środa, 27 sierpnia 2025

Przeżyłam

 aczkolwiek cudem, Kochany Pamiętniczku. 

Jeszcze nigdy tak źle nie było.

Napierałam się na więcej dni, ale dobrze, że oni się nie zgodzili, znaczy się, rodzice Łobuzów.

Tak jak przez te dwa dni dzieciaki dały mi popalić, to głowa mała.

 A jeszcze w poniedziałek spokojnie sobie siedziałam w chaupce.

Zakupy zrobiłam wolnym walcem.

W KiK już Gwiazdka



 Jesień też jest, i owszem, ale zupełnie wypadł Thanksgiving i Halloween. 

Fatamorgana.

No w domu też mam jesień z lekkim wyprzedzeniem, ale nie da się ukryć, że jesiennie już jest.


 Przyjechali.

Dostali iPada (od proga pytali), bo mieliśmy trochę do ogarnięcia.

I. dziurę w kiblu zatkał, śmiejąc się, że tam się co najwyżej mała mysza prześlizgnie, a nie szczur, ale ja sobie nawet małej myszki nie życzę.

Szybę w piekarniku wstawił, aczkolwiek tam wypadła śrubka jakaś, nie ogarnął wkręcenia, bo był szał ciał, ale ogarnie. Ostrożnie otwierając mogę dalej korzystać z piekarnika, więc jestem o 1000 zł z groszami bogatsza. Z jednej strony mam ochotę kupić nową kuchenkę (białą, teraz są, ta metalowa doprowadza mnie do szewskiej pasji), ale... Znów obcy, wnoszący, wynoszący, przykręcający, odkręcający - NIE. Gaz zlecę tylko osobom z uprawnieniami, nie jestem desperatką oszczędzającą każdego centa. Ale nienawidzę obcych :) 

Fotel zmontował. Jest ikeowski, mniejszy jak ten gamingowy, ale OK. 

Zrobiło się luźniej w tym kącie i dobrze. A gamingowy mimo protestów żony zabrał na włości i tyż piknie :) Ten poprzedni też chyba zabrał - taki chomik jak ja :) 

A Łobuzy już na początku urzędowania zaczęły bój. 

Mało, że nie słuchają żadnych poleceń, głuchotę wybiórczą mają, jak drą się babcia, to ja mam natentychmiast lecieć z jednego końca mieszkania na drugi z prędkością nadświetlną, to ja sobie mogę płuca wypluć, a oni głuchną.

Już na starcie wojna o to, kto ma spać po której stronie kanapy. Są jeszcze na tyle mikrzy, że swobodnie mieszczą się na kanapie, każde ma swoją kordełkę i podusię (i pierdyliard maskotek, więc nie zapraszam do siebie, bo ja swoje gabaryty mam i z maskotkami się nie mieszczę, bo jeden pies jest naturalnej wielkości, a są dwa. Husky. Ale nie, wojna... Więc spali w poprzek, choć kordełki im spadały, a i Alienek za chwilę się w poprzek nie zmieści. Nosi kapcie już 39. Ja mam 40 i to tylko dlatego, że na starość kopyta mi się rozklapały :) 


 Ponieważ Kalafiorkówna chce mieć światło, a Alienkowi przeszkadza, szewskim  targiem na szafie zawisły świecące sople, bo nawet mała lampka mu nie pasowała.

Zasnęli...

A we wtorek...

Się zaczęło.

Spali, nie powiem, do 8.30. Ja spokojnie się wykąpałam, pograłam sobie, relaks.

Zapytałam, co chcą na obiad - napleśniki.

I na moje nieszczęście wymyśliłam Manekina.

Ale najpierw poszliśmy na Manhattan i to też była droga przez mękę.

Bo za daleko.


 Kalafiorkówna robiła za tanią siłę roboczą. Z własnej woli, tłukąc mój wózeczek niemiłosiernie, Alienek zaś co kawałek jej właził na wózek, ciągnąć nie chciał, bo się zmęczy.

Zakupy to też było niezłe hardcore, tylko kupno pomidorków dla K. było u Pana od Pomidorków przyjemne. A potem naleganie, że ona chce iść do Żabki. Mówię, że ja nie kupuję w Żabce dla zasady, ale ona przy każdym przystanku brzęczy o Żabce, że ona sobie tam tylko pochodzi, ale musi tam bezwzględnie iść. Wszyscy patrzą na mnie z niechęcią, że odmawiam dziecku, ale kurwa, po co do Żabki? Nawet oni nie chodzą do Żabki, a już na pewno nie z dziećmi, może ktoś w niedzielę tam wpadał kiedyś, ale teraz? Alienek tylko oczami przewracał. A wracaliśmy do domu z jękiem, że tak daleko, że trzy Żabki po drodze, a ja podła, nie weszłam do żadnej :) U rzeźnika cyrk -  wybierali sobie wędliny, a w domu ich nie ruszali, bo niedobre (oni kupują w marketach, wszystko pakowane w folię, a moje pakowane w papier, trudno, zamroziłam, ale nóż mi się w kieszeni otwierał). Kalafiorkównie odbiło do tego stopnia, że jadła sam kawiorek z masłem, ale koniecznie odgrzany i pomidorki oraz małosolne (moje) - tylko to jej smakowało.

Herbata rooibos, słodka już z natury, miodowa, posłodzona solidną łyżką miodu była  za gorzka (zalecenie rodziców: nie słodzić więcej, trzymałam się rozkazu). 

Ojapierdolę. Na moje nieszczęście wymyśliłam obiad w Manekinie.

No to sruuu... Jedziemy.


 Kolejny cyrk, bo nie usiądzie na siedzeniu poczwórnym, bo za nisko. A każde chce, żebym koło niego siedziała. A ja zakręcona, bo muszę odbijać PEKĘ za Alienka... Santa Madonna...

A z plecaczka delikwentki wywaliłam pierdyliard zabawek, które chciała wlec do miasta, zostawiając tylko butelkę z wodą... 

I nie mogliśmy dojechać.

Bo zaczęły się nowe remonty i... nic nie jechało na tej trasie, wszystko objazdami i ojapierdolę, sama się w tym zagubiłam.

Na całe szczęście dotarliśmy do dworca, do Avenidy, bo Kalafiorkówna miała siku. 

Ja z Łobuzami płci dwojga, rozdarta, z którym wchodzić, które pilnować. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, zawsze była obstawa ze mną.

Kibel na dworcu wstęp 4,50 (sic!), na szczęście można płacić kartą, akurat wyszła obsługa i mówi, że KAlafiorkówna może spokojnie iść sama (dzielna, poszła), a ja pilnowałam Alienka, któremu rogi rosły...

I bimba, która miała jechać na Starołękę, pojechała w bok, koło Zamku i...

zrozpaczona, nie wiedząc, gdzie ją dalej diabli poniosą, na Gwarnej wyskoczyłam z niej, wlokąc Łobuzów, bo był Sfinx.

Alienek na wieść, że nie jedziemy do Manekina, tylko idziemy do Sfinksa, odstawił taką scenę balkonową, że ludzie zastanawiali się już nad wzywaniem policji, bo biedne dziecko.

Więc surowo i głośno powiedziałam mu, że może poczekać pod Sfinksem, aż zjemy, a potem pójdziemy do Manekina.
Spasował.

W Sfinksie zostawiłam majątek, bo nie miałam apki (apkę ma I.), a nie pamiętałam hasła do FB i mi jej nie zainstalowało, ale...

Oni mieli i rosołek, i pomidorową (mała miseczka prawie 14 zyla). A ja dorsza, drogie, ale moje ulubione w Sfinksie. 

Zeżarli wszystko, dopychając się moimi frytkami 


 I Kalafiorkówna zapytała grzecznie, czy można kupić dokładkę?

Odrzekłam, że nie, bo to było już na zasadzie: oczy chcą, a buzia nie może i nie myliłam się.

Dzielne dziewczę z małym pęcherzem  samo poleciało do kibelka, a ja umierałam ze strachu, że je ktoś uprowadzi, że o ja głupia cipa (zegarków monitorujących nie zabrali).

Ale szczęśliwie wróciliśmy do domu,  bo rzut beretem od tego Sfinksa jest przystanek naszego autobusu i dolecieliśmy do niego IDEALNIE w momencie, gdy podjeżdżał...

Ale to jeszcze młoda pora była, więc... na plac zabaw. Bo w domu dostawali małpiego rozumu - nic z dotychczasowych zabaw. Tylko iPad. A ten zakazany przez rodziców i słusznie, bo nasrane na gry mają.

Rysowanie - nie, planszówki - nie, oglądanie zdjęć - zabawa na chwilę, a potem znów wrzaski (szczerze, obawiałam się reakcji sąsiadów), skakanie ( ja się nawet ćwicząc nie odważę skakać...), lanie się, miotanie, a wszędzie kanty i inne takie tam...

I ja mówię - jak groch o ścianę, oni coś chcą... babcia pierdyliard razy na minutę, nie daj borze, jak czegoś nie zrozumiem - A. chodzi do logopedy i nie do końca jeszcze ogarniają, że do mnie mówi się przodem... 

Dobrze, że na osiedlu jest plac.

Na tyrolkę. 

Poznają tam jakiegoś Adama i wariują z nim tam, potem na placu, umawiają się na jutro po 11...

Jestem sceptyczna, ale nie wiedziałam, że im tak to wejdzie w krew...

Padam dokładnie o 21. Bez piguł, bez czucia. Po potężnej awanturze, bo... Nie słuchają nic i chlapią w kąpieli tak, że pół mieszkania jest zalane.

Nie mam siły.

Tylko raportuję rodzicom obawiającym się o ich życie, a idących sobie do kina, że dzieci mają karę, bo przebrały miarę w łobuzerce.

Na pytanie matki o 22, co nabroiły nie odpisuję, bo...

Śpię, niestety tylko do 6, gdy budzi mnie gorący pocałunek Kalafiorkówny.

Bo są umówieni z Adamem na kilka minut po 11...

Kurwa...

Więc szybka kąpiel, śniadanie i pytanie na śniadanie, co z obiadem. Bo to nie jest tak, że idziemy gdzieś na obiad, dzieci  mają prawo wyboru (a jakie prawa mam ja. kurwa?), no i nie ma zgody. A. chce Manekina (na szczęście sprawdzam tym razem menu i na widok cen mówię nie), K. chce pizzę, której dzisiaj kijem nie tknie A., naleśnik w nowo otwartej knajpce na osiedlu kosztuje 15 zyla za sztukę...

Może tam złota dosypują?

Na dokładkę od 8.30 do 13 mamy nie sikać, nie myć rąk, nie kapać się, nie prać, nie zmywać, bo...

Przyłącze kanalizacyjne naprawiają.

Jak będziemy to robić, to zalejemy piwnicę.

Ogłaszam więc alarm myjąco-sikający, zakręcając wodę do kibelka, szykując miskę i wiadro. Sikać mamy bez spuszczania wody, co budzi sprzeciw w moich czyścioszkach, a K. w którymś momencie sprawdza, że ciepła woda leci i ona może normalnie umyć ręce.

Ojepierdolę.

Ponieważ nie ma konsensusu w  kwestii obiadu, ogłaszam tonem nieznoszącym sprzeciwu, że idziemy do Lidla po mąkę i maślankę. I jebany dżem. Bo chcą naleśniki z dżemem. Nie z powidłami. Powidła są na liście rzeczy obrzydliwych.

W drodze do Lidla tragedia w wykonaniu Alienka, bo on nienawidzi chodzić do Lidla (nie chodzi tam, u nich nie ma, ich mama czasem robi zakupy w Lidlu w B., gdzie pracuje). Zakupy w Lidlu kończą się triumfem K., która znalazła mąkę (nie wiem, gdzie w Lidlu jest mąka, albowiem mąki nie kupuję i nie używam) oraz wyczynami przy kasie samoobsługowej, którą chcą obsługiwać razem, co jest jak godzenie wody z ogniem. Na całe moje szczęście rachunek nie przekracza 30 zł :) Co dla moich zakupów w Lidlu jest sumą niesłychaną, a i udaje nam się wyjść.

Ciasto na naleśniki kręcą wszyscy.

Co w mojej kuchni jest wyczynem na miarę lądowania pierwszego człowieka na Księżycu.

I robię ser na słodko ze Strzałkowa, Alienek oczy w słup i wyżerając mówi: to jest lepsze od miodu, niemożliwe.

Pada nowiuteńki blender z Lidla, ale olać, kosztował grosze.

Lecimy na plac, bo parę minut po 11... Adama nie ma i nie pojawił się dziś, a na moje, że nie przyjdzie, Alienkowe: skąd wiedziałaś.

No cóż, życie, wiem :) 

Lecimy na obiad, oni szaleją, a ja smażę naleśniki.

Za mało ciasta zrobiłam, zeżarli wszystkie, jęcząc, że mama takich dobrych nie robi (mama robi na mleku, na specjalnej patelni, a moje takie raczej racuchowe). Ja zjadłam dwa, oni po cztery i... są głodni. K. akceptuje lody na deser, ale A. domaga się konkretów. Lody - rolada cappuccino mu  nie smakują... Na kuchenkę wjeżdża pomidorowa... Alienek je dwa talerze, zanim padnie z przeżarcia, a kruszynka K.... też dwa :) 

 

A potem nie ma opcji, że rysowanie, cokolwiek, klocki LEGO inne cuda... Nie.

iPad.

Nie ma iPada, jest awantura, bieganie, wrzaski, a wszędzie są kanty, moje poduszki mówią gromko nie na szorowanie nimi po podłodze, która po tych dniach nie jest już idealnie czysta.

Wymiękam, idziemy na plac.

A na placu...

Kalafiorkówna znajduje PATOL, nie patyk, patol zaostrzony na końcu, jakby ktoś jakąś dzidę czy inny oszczep zrobił i...

Celuje tym w twarz A.

Jeden cios, oko wybite, dziecko zabite.

Na szczęście czuwam.

Każę wyrzucić w krzaki narzędzie zbrodni.

Odwracam się na moment i...

Ona znów z nim lata.

I inne takie tam.

Na moje uwagi (pierdyliard razy), że nie ma sama otwierać drzwi windy, bo... Pcha się między nie, a mogą ją zmiażdżyć, ma wyjebane. Bo ona je chce otworzyć. Sąsiad, wsiadający za nami mówi: pani, jak się połamie, to zrozumie... 

Serio?

Alienek, szarpiący po raz kolejny, mimo upomnień klamkę, która kiedyś od szarpania padnie...

Dzieci skaczące sobie na nogi...

Bijące się po głowie...

Lecące na przejście mimo moich wrzasków (nie dogonię ich, stara jestem). 

I wrzaski. Dla mnie, przyzwyczajonej do życia w ciszy ich wrzaski, gdy mam aparaty, to jakby mi ktoś wbijał gwoździe w mózg. I skakanie w butach, co z tego, że domowych - po suficie - nie wiem, jak to brzmi dla sąsiadów.

Moje dzieci nie miały takich odchyłów.

I Kalafiorkówna, lecąca do każdego kundla, co z tego, że pyta, czy może głaskać?

Nikt na osiedlu nie powiedział, że może, różnie tłumaczyli. A synowa była zdziwiona, że takie u nas nieużytki...

K. w ostateczności odmówiła zjedzenia u mnie kolacji, bo chce zjeść z Lokusiem :) Może, nawet z jednej miski...

Doszło do momentu, że powiedziała mi, że nigdy już do mnie nie przyjedzie, że nie chce, żebym ja do nich przyjeżdżała.

Powiedziałam, że OK, że nie ma sprawy. Nie zobaczymy się więcej. Alienek oburzony zapytał, czy może do mnie przyjeżdżać, powiedziałam, że zawsze.  

Zostały ostatnie, najgorsze minuty oczekiwania na I., który miał zabrać przychówek.

Dojechał. 

Wysłuchał mojego jojczenia.

I potwierdził, że z K. mają problem. W te wakacje. Ona mnie już przepraszała. Cóż. Mam zapisane w kajeciku. Nie będzie mną manipulowała nawet wnuczka, która po mnie charakterek odziedziczyła na 100%. Ja już nic nie muszę :) 

Delikatnie stwierdziłam, że inaczej to wygląda z perspektywy rodziców (ja tam ich błędów nie będę wytykała, choć widzę, robię za Szwajcarię, bo na kij mi kłótnie?), inaczej z mojej. 

I już się do niczego nie rwę. 

Miałam ciężki tydzień pracowy, przede mną następny, nielekki.

A potem okulista - o tym pamiętam tylko ja (jak wiadomo, każdy ma swoje piekło).

Teraz jutro dzień gospodarczy (a jest co prać, oj jest, taka ze mnie porąbana wariatka). 

I ogarniać.

I tak, kocham ciszę, bez wrzasków, szorowania podłogi poduszkami, mimo próśb.

A biedne misie, sterane przez nich ostatnio schowałam do szafy, skąd wywlokła je K., dalej poniewierając.

I była zniesmaczona, że nie chcę mieć zniszczonych do końca misiów, bo ona chce się nimi bawić.

Jak dla mnie coś nie pykło. Po stronie obu synowych - bo każda z nich ma swojego ulubieńca, co odbija się na relacjach. 

Ale co ja tam mogę?

Morda w kubeł i cieszę się, że teraz tylko w słuchawkach gra muzyka. I że co minutę nie rozlega się: babcia...

Wiem. Nie byłam dobrą córką, żoną też nie, matką taką se, a babcią to już na stos i podpalić...

Ale lubię siebie.

Bo dlaczego nie?

Są jeszcze gorsze ode mnie :)  

 

 

4 komentarze:

  1. Ojesu, od samego czytania dzwoni mi w glowie BAPCIAAA. Pojdziesz zywcem do nieba za to, ze przetrwalas ten najazd Hunow i dewastacje mieszkania, drenaz portfela i kaprysy. Ciekawe, kiedy K. przejdzie ten dozywotni ban na babcie. Zauwazylam, ze dziewczynki sa bardziej marudne i obrazalskie od chlopcow, u mnie to samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej przeszedł zanim ojciec dojechał. Przepraszała potem jeszcze parę razy. Mnie uraz nie przeszedł i nie kwapię się z okazywaniem miłości teraz. Bo naprawdę jest nieposłuszna do wyrzygu. I po okazaniu skruchy za moment broi tak samo. One zachowują się tak, jakby miały zaawansowanego alzheimera. Nic nie pamiętają. I teraz są zafiksowane na granie... Do wyrzygu. Leją się o byle co albo i bez daj racji. Jak myślę o spokoju w wykonaniu mojego rodzicielstwa, to nie - nie nadaję się na babcię. Ani jednej, ani drugiej ekipy :)

      Usuń
  2. Zasłużyłaś na nagrodę!🍷!Ja mam jednak łatwiej, bo moje zgodnie się razem bawią ( przywożącego pierdyliard malych lalek( nie pamiętam tej nazwy!) zajmują nimi dwa pokoje i nie ma dzieci- tylko slychac śmiechy.Mają przykazane nie wybrzydzać i jeść, co babcia poda, ale przecież i tak dogadzam😀 A że na wsi sklepów mało- to tylko wyprawa do Dino po gazetki( no ale tam też są te lalki- więc kupuję!)A w Chacie Polskiej było Labubu! To dostaly🥰, ale to mój pomysł.Śą starsze10 i 7, więc już nieklopotliwe.Niedlugo pewnie nudno będzie u babci i już nie będą tak chętnie przyjeżdzac😪.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. K. nigdy nie bawiła się lalkami tak na serio. Ma, ale leżą w kącie. Ona zbiera pluszaki, na dokładkę te wielkie i wszędzie je ze sobą tacha. A rodzice jej ustępują. Przypadkowo zobaczyłam cenę jednej z zabawek i przeszła mi ochota na pomaganie w razie W. Jednak są pewne granice, których niestety, żaden z moich chłopców nie przestrzega. Nie wiem, może rekompensują sobie swoje biedne dzieciństwo? Choć wcale takie biedne nie było, mieli np. transformersy i resoraki, które wtedy były nie do zdobycia. Labubu kupiły sobie same, za swoje oszczędności. Moje mają 8 i 6, więc niewielka różnica, ale za to brojenie na miarę osiedlowych żuli. Już teraz wszystko nudne, mimo że mam i klocki LEGO, cały kubeł, i inne zabawki też, a i swoje przywlokły każde w swoim plecaku. Nie licząc tych pluszaków zawalidróg - u mnie wystarczą 4 pary butów w przedpokoju rozrzucone i już jest dupa. Oni mają wiatrołap prawie tak duży, jak mój mały pokój, więc to inna bajka i inne nawyki. I ta nieustępliwość w próbach wymuszania iPada. A mam dwa :) I. mi tłumaczy; bo my swoich nie dajemy, a mama daje... No jak muszę coś ogarnąć, a wiem, że ich nie upilnuję, to daję stary i mogą układać puzzle, ale teraz nawet puzzle nie chcieli, chcieli nowego, bo tam są lepsze gry (na starym nie działają już)... :P Szczerze - babciowanie jest przereklamowane. Jeden Alienek na razie trzyma fason i nawet publicznie całuje mnie za nic, budząc sensację :) Choć też włazi mi na odcisk czasami, ale delikatnie i z wyczuciem :P

      Usuń