jestem, Kochany Pamiętniczku, zmęczona jak cholera i coś mnie bierze.
I to nie jest cholera, o nie :)
Arivederci Roma...
Ileż można? :)
jestem, Kochany Pamiętniczku, zmęczona jak cholera i coś mnie bierze.
I to nie jest cholera, o nie :)
Arivederci Roma...
Ileż można? :)
kwiecień się kończy, Kochany Pamiętniczku :)
Miałam mieć wolne, no miałam, ale pyry.
A w międzyczasie ten festiwal, pani na początku mówiła, że mogą mi zapłacić 200 zł, bo tyle mają na korektę, no nie uśmiechało mi się, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota. I tu tadam, pani dosyła umowę zlecenie i 1000 zł brutto, więc nie jest źle.
A dziś T. tajne przez poufne pisze, że walczył z Bossem jak lew i dwa niedźwiedzie i wytargował za atlas 1900 brutto, bo Boss to wszystko brutto daje, myśląc, że daje więcej. Dupy nie urywa, ale nie mam nerwów na szarpanie się z nim. T. prosi, żebym sprawdziła wypłatę. Sprawdzam i... mam 2 tys. więcej, więc jednak i za inserty zapłacił. Nie będę reklamowała, kwota wygląda zacnie, w sumie mogłabym sobie tego Chanela kupić bez drgnienia oka, ale nie pali się, co nie? :) Mam czym śmierdzieć.
A jeszcze wleci za prosięta, bo się kończy, ale o to się personalnie umawiałam i podawałam netto, nie brutto, a na jojczenie Bossa, że on nie wie ile to brutto odpowiedziałam, że to już zmartwienie księgowej, nie nasze ;)
A, właśnie odpisał, że wino było od Bossa, więc cóż, Wahałam się, ale napisałam emilka, że dziękuję i doceniam. W sumie, jak nie wiem, jak postąpić, lepiej być grzecznym, co mi szkodzi? Fakt, że należało się jak psu zupa, ale marchewka zawsze lepsza od kija, nic mi nie ubyło.
A z kroniki parafialnej...
W niedzielę pogoda była jak marzenie
gdy jechałam do Inżynierostwa.
Oberwałam na wstępie, bo i Alienek, i Kalafiorkówna zamiast dzień dobry pytali, co dla nich mam, więc kazanie, że ble, ble, sama mama sobie tak narobiła, że dziadek bez łapówek, a babcia z łapówkami. No cóż, babcia pracuje to ma na łapówki, co nie? Ale spoko, pozwolili mi się rozebrać, ręce umyć i cierpliwie poczekali na wziątek. Dwie duże czekolady kinder dostali, ale karnie pozwolili sobie je podzielić tak, jak mama kazała i tata :)
Są za mali, by im kieszonkowe dawać, a co mi szkodzi wziątek mieć? Jak nie mam, też się przytulają.
A potem poszliśmy na spacer i był cyrk na kółkach, jak zawsze.
bo wszystko robią na zasadzie "ja sam". Ja sam skończyło się, gdy wracaliśmy do chaty i na schodach Alienek zażyczył sobie wniesienia do mieszkania. Mieszkają na 3.piętrze, z trudem się tam wdrapuję, a wnuczę me kochane swoją wagę ma. Oświadczyłam więc stanowczo, że niestety, jest za duży, za ciężki, ja stara i nie chcę się zepsuć. Reszta rodziny wlazła raz-dwa, a my, sieroty, wlekliśmy się powoli, co mnie urządzało :) No, wlazł sam, jeszcze nie zwariowałam, żeby czterolatka po schodach wnosić, jak pod chatą nie ma karetki reanimacyjnej.
Postawiłam jedzonko w budce, dzieci lody dostały (niestety, lód matki spodobał się Kalafiorkównie i były sceny balkonowe), a ja skusiłam się na frytki belgijskie, raz, że nie jadłam frytek od wieków (chyba od UK), a dwa, że belgijskich nigdy nie jadłam. Pyszne były, Inżynier też się skusił :) Naparłam się, że zapłacę i oczy mi z orbit wyszły - nie bywam na takich imprezach, ale 45 zł za dwie porcje pyrów i 2,5 loda to jednak... No nic. Oczywiście, dla mnie nie problem, ale dziękuję niebiosom, że nie mam na co dzień na stanie małolatów...
To był dobry dzień. Naładowałam akumulatory.
W domu z zanabytej w sobotę
W poniedziałek się spitoliłam. Co mnie to nerwów kosztowało, mimo że papiery były gotowe, nic nie odliczałam, tego na wołowej skórze by nie spisał. Policzyłam w elfinie, wyszła dopłata 4 zł. Policzyłam w epicie, - złotówka dopłaty, Inżynier mówi, że może epit odliczył mi 3 złote nadpłaty z zeszłego roku, których mi złodzieje nie oddały. No ale okazuje się, że musiałabym jechać do kasy. Auććć... I że muszę miec mikrorachunek podatkowy. Wygenerowałam, zgrzytając zębami. I dupa... Żeby nie Sikorka, która mnie za rękę poprowadziła, chyba wyjebałabym się poza nawias kwadratowy :) Ale udało się, złodziejskim chujom dopłaciłam złotówkę, niech się moją krzywdą udławią. Parę lat temu musiałam godzinę kolędować na jedynej poczcie, która przyjmowała za darmo przekazy skarbowe, inaczej musiałabym zapłacić 5 zł za wysłanie złotówki. Rozumiem, że jak milion obywateli nie wpłaci złotówki, to państwo jest w plecy milion, ale... Ile, kurwa, nakradła już dobra zmiana?
Nie denerwować się...
Inżynier zaskoczyła mnie, jak zepsuty motocykl, normalnie. O badylek na szafkę do biura zapytał, bo mu się ckni po roku home office i potrzebuje zieleni. No cóż, są kotełki, zazwyczaj egzystujące w biurze, mają tam nawet kuwetę, więc badyl musi być absolutnie kotełkoprzyjazny. Zamiokulkas zatem odpada. Ale mam chamedorę, a że ostatnio badyle oszalały i już mi się nie mieszczą, przesadziłam i wmelę Inżynierowi chamedorę... A jak ją kupowałam, była w maleńkiej doniczusi :)
Chciałam mu jeszcze parę badyli wmelić, ale kwardy jest.
We wtorek na zesłanie przyjadą Łobuzy, bo Inżynier ma urlop i jadą do architekta (drga im wreszcie z budową, powoli, ale drga), uszykowałam klocki Lego na spacyfikowanie hołoty, to i chamedora zmieni lokum.
Pyry idą wg rozkładu, na spokojnie, nie czekam, robię z doskoku.
Chatę dziś ogarnęłam dokładnie (no w miarę dokładnie, żeby się ruszać, bo wszystko mi już siada), z łazienki wyniosłam siatkę nieużywanych kosmetyków, wystawiłam przy kontenerach, wszystkie jebane przydasie wywaliłam, łazienka się jakaś większa zrobiła, do Lidla skoczyłam, ale jeden pieron - Lidl, Biedronka - kasa leci, nawet bez wózeczka za 100 zł zakupy bez trudu bym doniosła, no cóż. Dobra zmiana.
Zatem jutro tylko szybki numerek - piekarnia, Manhattan, skończenie pyrów i... długi weekend. Pęczek szparagów i truskawki i 41 złotych idzie się jebać. Znakomita zmiana.
Niby ceny nowalijek to nie wina rządu, bo i zimnisko piekielne jest... ale...
Sny mam koszmarne. Śniło mi się, że teściowa wysłała mnie do kantoru, żebym jej 4 tys. dolarów wymieniła (miałam takie akcje, nie te kwoty, ale akcje tak) i ukradli mi tę kasę. Chyba nie muszę mówić, że jako stara wariatka obudziłam się o 6 rano (o 6 budzę się, jak nie mam pracowych dni) i pierwsza myśl: skąd ja 4 tysiące dolców wezmę, zanim dotarło do mnie: że to tylko sen, że teściowa od lat nie żyje.
Lata temu, jadąc do DE, chciała zachomikować lewą kasę przed resztą rodziny (a, long story, miała ukochanego wnuka, który ją okradał, gdy wyjeżdżała, miała sztaby srebra pod łóżkiem, to je dobrze wykorzystał, syna, którego rolowała na kasie w imię "no ma dużo, nie ubędzie mu), no kto był porządny w rodzinie? Ja. Nie, nie chwalę się. Wróciłam do domu z duszą na ramieniu, kasa, którą dostałam, była dla mnie niewyobrażalna, w popłochu upychałam ją w książkach, oczami duszy widząc włam (drzwi były blokowe, z dykty, dziecko by kopniakiem wywaliło, a zamek trzymał się na zapałce, Eks był geniuszem)... Teściowa wróciła z DE. Odnoszę jej kasę, a ona: a co to za pieniądze? Już wtedy miała początki demencji.
I tak się nie wzbogaciłam, ale za to spałam spokojnie aż do chwili, gdy musiałam jej oddać te jebane 4 tysiące dolarów :)
I tak mija czas...
Nieustająco kocham. Rita Hayworth - wersja OK, aczkolwiek słuchając jej zawsze myślę, jak biedna była...
A to wykonanie zawsze rozrywa mi duszę na strzępy, ale...
... love me forever...
Kochany Pamiętniczku, zaczynam żyć czerwcowym rytmem.
W miarę spokojnie maj minął, aczkolwiek nie bez pewnych zawirowań i licznych przekleństw T. Klnie gorzej niż szewc, ale doskonale go rozumiem. Boss na dwa moje emilki z pytaniem, czy mogę dziś się spóźnić, bo do dentysty idę, w ogóle nie odpowiedział, więc na własne ryzyko polazłam, nikt mnie nie szukał (jak ja wiem, co jest grane), ale za to kiedy teoretycznie już do domu poszłam, albowiem wszystko wyjechało, emilka skrobnął, że go tytuł wstępniaka gniecie. No i co? Nie olałam, odpowiedziałam.
Więc czerwiec, Kochany Pamiętniczku. To były pracowite dni, aż warzywka oczka przecierały, że wszystko ogarnęłam, no ale kto jak nie ja? Aczkolwiek coraz mniej mam i siły, i ochoty, no ale to, co nas nakręca, to się nazywa kasa. Choć patrząc na inflację, na to, co wymyślają zastanawiam się, czy warto?
Samochód plus, mieszkanie plus, babcia plus, wszystko na plus, tylko, kurwa, dlaczego w portfelu mam coraz mniej, choć nie wydaję na nic - nie kupuję butów, ciuchów, nic do domu, bo wszystko mam, płacę tylko rachunki i jedzenie kupuję. Nawet książek i perfum nie kupuję. Kurwa.
Odezwała się kobitka od festiwalu, powiązana z teatrem, ale nie teatr, bo to festiwal, jednorazowy skok. I od razu mi ciśnienie skoczyło i przekleństwa zaczęły się pchać na ust korale, bo...
Jprdl.
Nie, nie jestem feministką, aczkolwiek uważam, że kobieta to też człowiek. Ale udziwnianie, w sensie, że mówię i nie wiem, kto mnie słucha, więc muszą być jednocześnie formy męskie i żeńskie (no i nie wpadła kurwa na to, że powinny być najpierw żeńskie, a ja już nie prostowałam, w dupie mam), podniosło mi ciśnienie. Bo to ja mam wyłapywać takie niuanse. Co ja, kurwa, jestem redaktorką? Mało że głupie to, wygląda jak pojebane w zapisie, nie ma na to żadnych reguł, nic do treści w sumie nie wnosi, no to chuj :) Bo co za przesłanie niesie kretyński zapis: co może zrobić autor_ka? Feminizm taki to jest przeginanie pały i tyle. Rozumiem, prawa dla kobiet - równa pensja, równe prawa i obowiązki, ale takie sztuczne nazwy i sztuczne doczepianie końcówek żeńskich jest po prostu posrane. Nie dam sobie wytłumaczyć, że nie. Jeżeli kupę nazwę różą i wstawię do wazonu, nie będzie ona pięknie pachniała. Nie chodzi o nazwę, chodzi o treść. Jeżeli kobieta nie umie pracować, to nawet jak będzie miała tytuł mistrzyni, nie mistrz, to nic nie zmieni. Nie pomogą wszyscy święci, z gówna bicza nie ukręci. No, ale pan każe, sługa musi, to tylko kilkanaście tekstów i będzie po ptokach. I kupię sobie Chanel5, bo mam bony z pracy, Sodexo, dołożę i kupię, a co. Za moje męczarnie. Bo nigdy nie znalazł się nikt, kto kupiłby mi Chanela, a marzę o nim od dziecka, tak, wiem, posrane, ale dla mnie to symbol luksusu, na który nigdy nie było mnie stać. Pewno, że mogę teraz sobie kupić, no problem, ale... To tak jak wino z mojego rocznika - spojrzałam na stronę sklepu, sprzedającego w prezencie wina i mój rocznik za od 600 zł w górę? Serio? Nawet nie wiadomo, czy by mi smakowało :) Nie jestem aż tak bogata ani aż tak zdesperowana czy zwariowana. Znaj proporcje mocium panie. Wiem, że są torebki za kilkanaście tysięcy, ale po co? Moja za 45 zł jest OK. Kiedyś Pierworodny ubzdurał sobie, że ja lubię torebki. Nie mówię, nazbierało się ich trochę, ale... Serio? Tę, z którą chodzę, mam od jakichś 3-4 lat i nic jej nie brakuje. Zresztą teraz wychodzę z torebką może raz na miesiąc-dwa. Więc na chuja mi kolejna, a i to droga?
Życie nie polega na maniu, ale na byciu szczęśliwym. Może nie zawsze mi wychodzi to bycie, ale się staram.
Z wolności - od 1 do 7 maja powinnam być wolna jak ptaszek. Znaczy się wolna powinnam być od dziś. No ale wskakują pyry, a jakże, w zwiększonej objętości. Jako że zafiksowany dodatek, należy do moich obowiązków i nie ma żadnego znaczenia, że godziny mam już wypracowane. Patrząc pod innym kątem, dogadałam się z zespołem, że nie robię na cito, tylko jak mi będzie pasowało, a fałdów przysiedzę jak do drukarni pojedzie, bo wtedy wiadomo - mus.
Po stronie plusów - mam już od lat emeryturę i kwestia zwolnienia mnie nie jest żadnym problemem, przynajmniej dla Bossa. Ceni mnie, swoją szosą, ale przecież po ulicy chodzą bezrobotni korektorzy, a on lubi rządzić. Uległ mi, nie ściągnął z home office, mam kasę, zdrowie jeszcze mam, coraz mniej, ale mam. Więc to są plusy dodatnie. Ujemne to nerwy, ale to tylko parę dni w miesiącu.
Dziś: byłam u dentysty, zamknęłam gazetę, zrobiłam pranie, sprzątnęłam mieszkanie, zrobiłam fuchę i jeszcze mam sporo wolnego dnia. Wszystko w ramach 8-godzinnego dnia pracy :) Więc tak, warto.
A, napad porządków miałam i odsunęłam kanapę. Ojapierdolę. Nic dziwnego, że się drapię, a na lewej ręce mam swędzący od miesiąca wzgórek. Pod kanapą egzystował Pająk. Cała podłoga była zasnuta pajęczyną, takim dywanikiem, skubaniec wielki jak szafa, a ponieważ ja nie zabijam pająków, chciałam go zwinąć chusteczką higieniczną i eksmitować na balkon, ale mnie przechytrzył i zwiał. Już go nie znalazłam, pewno się przyczepił do dna kanapy, a nie mam tyle siły, by ją do góry nogami przewrócić. No nic. I tak dorwę gada :)
I nie, nie boję się pająków, ale nie lubię, jak nie płacą czynszu :) Oprócz pajęczyny pod kanapą były połamane kredki świecowe i inne dzieciopozostałości.
Dogadałam się z Inżynierem. Lata całe wpłacałam MW i Papryczkowi kasę na każdy jubel w roku, bo nie miałam jak wozić prezentów do UK, a danie kasy Pierworodnym to jak wrzucenie jej w błoto. Wpłacałam funty na konto Inżyniera, polegając na nim, nawet nie notowałam. Założenie było, że wszyscy siedzą w UK, a konto będzie na ewentualną naukę, czy coś.
Odkąd są w PL, wpłacam złotówki Pierworodnemu i jak kamień w wodę. Czasem, z rzadka MW się pochwali, na co przepiła, ale zazwyczaj nawet dziękuję nie słyszę.
Ponieważ opcja zostania w PL jest na stałe, Inżynier walutę likwiduje, przeleje złotówki Pierworodnemu, a że przepiją? Trudno. Wola boska i skrzypce. A trochę grosza się uzbierało, aż się sama zdziwiłam, że tyle.
No i tak to się plecie. Bratki pięknie rosną, na siatce mam poprzyczepiane klamerkami torby foliowe, bo kurwa, nie wiem, czy sąsiadka z góry żyje, ale z jej balkonu zlatują na mój srajdy. Znaczy się nie na balkon, ale na barierki, bo barierki są na zewnątrz, za siatką. Kątem oka widzę, jak pikują, jak słońce świeci, widzę cień, nie, nie orła, srajdy i jak tu obniżyć ciśnienie? Siedząc na barierce, próbują skubać MOJE BRATKI. Chuj im w plecy, bo w dupę miałyby przyjemność. Dziewczyna na grupie pisała, że nawet psa się nie boją.
Kurwa.
W sąsiednich blokach widzę, że ludzie paski folii aluminiowej przyczepiają...
A na tablicy wisi ogłoszenie, że będą nam panele fotowoltaiczne zakładać na dachu, żeby obniżyć czynsz. Niegłupi pomysł, bo płacimy za prąd spółdzielni też (korytarze się za darmo nie oświetlą przecież).
A jutro po szparagi polecę, chociaż co to za szparagi w tym zimnie?
Oj, nie kroi nam się fajny rok, bo za zimno jest. No nic, aniołki Glapy dodrukują kasy, a ja cieszę się, że Kalafiorkówna się dostała do przedszkola od września i nikt mnie nie będzie namawiał na babcię plus (reszta bandy za stara, nie załapuje się na me opiekuńcze ramiona).
Lepsze jutro było wczoraj...
Więc posłucham i odlecę w krainę, gdzie nic mnie już nie boli...
I choć nas dzieli, może tysiące wiosek i mil...
Pamiętniczku...
No, dycham, dycham :)
W niedzielę podczas konferencji na Skype serce pękło mi na miliard pierdyliardów kawałków, gdy nagle ni z gruszki, ni z pietruszki w kadr wparował Alienek i oznajmił, patrząc mi prosto w oczy, bez drgnienia powieki: kocham mamę i kocham babcię. Wprawdzie Inżynier tłumaczył mi jak krowie na rowie, że Alienek kocha wszystkich, ale co on tam wie, nie zna się i tyle :)
Dzisiaj Alienek był na kolejnych badaniach i ma jakiś niedosłuch na wyższych częstotliwościach, wprawdzie Inżynier zrobił mi na ten temat naukowy wykład, ale niech mnie ktoś zabije - nie ogarniam tego. Przez tego jebanego koronawirusa wszystkie badania idą jak po grudzie, a co najważniejsze - diagnoza w poradni nie może być postawiona (chodzi o integrację sensoryczną), bo jeszcze nie wskoczyli w kolejkę, a w fundacji, która prywatnie diagnozuje nie mogą postawić, bo ze względu na COVID fundacja nie działa. Żeby było śmieszniej, i fundacja, i przychodnia są w tym samym budynku.
Kurwa, tyle w temacie, bo cóż można rzec?
Kalafiorkówna dostała się bez trudu do przedszkola, gdzie chodzi Alienek, z Alienkiem były kłopoty, bo miał bardzo mało punktów, a Kalafiorkówna, jako że jej ojciec płaci już podatki w PL uzbierała tych punktów dziesięć razy więcej niż biedny Alienek :)
W niedzielę wieczorem skoczyłam do nich (tak, tak, mimo kwarantanny), bo wypełnili papiery na gaz na działce i chcieli szybko wysłać, bo to też się wszystko ślimaczy. I nie, nie wchodziłam, maska na papie, list przez drzwi, czekolady zającowe tylko rzuciłam, nawet przez szparkę nie widziałam Łobuzów. Za to na przystanku siedziała tak zakatarzona i zakichana osoba, że ludzie stali z daleka, a gdy gościówa wsiadła na przód autobusu, wszyscy prysnęli do tyłu :)
Ale dzięki temu zaliczyłam i spacer w ciepełku, i przecudny zachód słońca
i odebrałam poddupnik, który zamówiłam przed świętami na adres I.
Poddupnik jest genialny, nawet po kilku godzinach siedzenia nie drętwieją mi uda. A i siedzieć muszę prosto, nie wiem jak to działa, ale działa, więc cieszę się, że go wreszcie odebrałam, bo przede mną znów szalony tydzień.
Bratki
mają się znakomicie, winobluszcz
takoż żyje, na 16. rok mu chyba idzie, już nie pamiętam :) Nie jest tak bujny jak w młodości, bo nie ma go kto przycinać, ale dycha i to mnie cieszy :)
A, dokumentacja świąt
tak byłam zarobiona, że nie miałam czasu zeżreć truskawek, więc jako że z leksza padały, postanowiłam z nich kompot zrobić.
Skończyło się
wyrzuceniem garnka do śmietnika - truskawki zeżarłam, słodkie były w tym karmelu. Pracując, myślałam, że Inżynier stracił węch i smak, a ja mam omamy węchowe, a to karmel się fajczył. Piękny zapach. Zatem COVID nie mam :) Na bank...
A w poniedziałek i wtorek z bydłem zapierdalałam po pastwiskach.
W środę Boss się odezwał. Ja sobie na luzie, w piżamce, odruchowo, ale późno, bo o 8.48 włączam kompika zwlekając trzeźwe do bólu, ale niewyspane zwłoki w wyra, a tam - plask... Od Bossa. Więc nawet zębów nie umywszy, po błyskawicznym siku siadam i korekcę, Helena w stroju niedbałym, jak dobrze, że mnie nikt nie widzi i że nie muszę się tłumaczyć, że komunikacja rzadziej jeździ (a jeździ), błogosławiąc mojego kompika i Inżyniera, bo pracowy zanim by zaktualizował wszystkie antywiry i co on tam ma nasrane, ruszyłby jakieś 9.20, no śmierci bym się spodziewała, nie Bossa w środę bladym świtem... 9.08 leci do Bossa skorekcone (znaczy się, korekta na posterunku, a że w stroju niedbałym i bez kawy, z włosem rozwianym i cuchnącą papą, to trudno, w tle rozgrzebane wyro, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal)... I tu plask, po drodze mój emilek mija się z emilkiem Boss, pełnym troski, pytaniem o moje zdrowie, o szczepienie, o tym, że oczy wypłakuje z tęsknoty za mem widokiem, no ale że pamięta, że mi kasę wisi i to dużą, ale musimy wszystko dogadać... Serio? Kto go podmienił, że o kasie pamięta?
Japierdolę.
Wpadam w panikę, level hard... Koniec wolności, koniec home office, czaszka mi pęka.
Więc siadam i piszę do niego list...
A nie, wróć, emilka skrobię. Żem wzruszona, że się o mnie martwi, że ja o niego też, że u mnie cała rodzina pocowidova, a ja jedna nówka nieśmigana, bo się dystansuję, że praca pomogła mi święta przetrwać, bo mi w święta beniaminek zachorzał... Że się izoluję, że nawet się nie zapisałam na szczepienia, bo ten OIOM po meszkach. Że jak mus to mus, zaszczepię się i wrócę, żywa albo martwa na ojczyzny (znaczy się redakcji) łono, że też tęsknię i wzdycham, ale te maseczki na mordach... No i że ja przecież zawsze jestem silna, zwarta, gotowa i nie oddam ani guzika, co nie? Bo taka prawda...
Ma się ten talent literacki, co nie?
A na serio - nie tęsknię za powrotem do redakcji. Ani trochę.
Pip.
Drugi emilek od Bossa. Drugi tekst. Ki diabeł go opętał? No więc dalej w piżamce, bawełnianej, ale seksownej, bo na naramkach (oj tam, oj tam, ja i seks, nie ma opcji), korekcę z obłędem w oczach, marząc o kawie.
Oddycham w tytkę...
Odsyłam, pip...
Emilek odbossowy (wersja oryginalna):
Bardzo dziękuję za obszerny List. Oczywiście miło by było znowu Panią zobaczyć u nas, ale warunek to nie jest. Korekta przebiega płynnie i dajemy radę. Jeśli preferuje Pani zdalny tryb pracy, to przy nim możemy pozostać. Nie chcę Pani narażać ani na dyskomfort, ani potencjalne niebezpieczeństwo zakażenia, którego ryzyko przy ograniczeniu kontaktów jest dosyć mocno zredukowane.
Pozostajemy zatem w kontakcie mailowym, no chyba, że czasem możemy połączyć się przez komunikatory typu Skype czy Teams…
Pozdrawiam serdecznie
bk
I jak tu się nie cieszyć? Więc na razie OK, o resztę będę się martwić później. Z przecieków redakcyjnych wiem (ma się te dojścia, a co), że jest chory, jak ktoś jest na zdalnym i nie może go co chwila na dywanik wzywać. Jak widać, korekta przebiega płynnie, więc nie wiem, na chuja bym mu była w redakcji... :) Napisałam, że na Skype jestem otwarta, nic innego nie mam zamiaru instalować.
Wkurza mnie to, że wciąż po godzinach mam emilki, bo nikt nie respektuje moich godzin pracy. No dobra, ja sama nie respektuję, bo wstaję tak późno, że powrót do normalnego trybu jest niewykonalny chyba. A pocztę mam włączoną, bo warzywka są poza harmonogramem, a idą pysk w pysk z gazetką. No dobra, robię wszystko, wyrabiam się, denerwując ludzi pretensjami, że po godzinach. Ten model tak ma.
Ale dziś mój wkurw osiągnął maksimum. Od lat wkurza mnie pani redaktor, przysyłająca mi teksty opisane "do czytania". Nie, nie czytam dla przyjemności. Moja praca nie polega na czytaniu. Moja praca jest ciężka i polega na czytaniu rzeczy, które są nudne do wyrzygania, ze zrozumieniem i wyłapywaniu błędów, o których nawet specjaliści z tytułem profesorskim nie mają pojęcia, albo ich nie widzą. Profesor pisze patogena i trzeba się z nim godzinami kłócić, że nie patogena, ale patogenu. A akurat redaktor u mnie też mówi patogena. Kurwa. Albo taki Streptococcus aureus. Profesor raz pisze Streptococcus, raz Streptoccocus i nie widzi błędu, redaktor też nie, a ja muszę. Więc to nie kropki i przecinki, literówki i ortografy, jak chce Boss, ale wyższa półka z dziedzin, które mnie ani nie interesują, ani nie są łatwe i przyjemne. I tak, puszczam literówki, ale kto z normalnych zjadaczy chleba jest w stanie przez 12 godzin nieraz czytać ze zrozumieniem drętwe teksty, gdzie koparki dedykowane są dla ziemniaków i widzieć w tym błędy?
Nie, żebym się chwaliła. To ciężki kawałek chleba, ale kocham go.
Apogeum wkurwu doszło, gdy na MSG, moja, skądinąd dobra znajoma, lata pracowałyśmy razem w Auschwitz, to ona podrzuciła mi fuchę, dobrze płatną w teatrze, ostatnio też mi ją podrzucała, bo pani zajmująca się tym w ramach licznych obowiązków znów zachorowała. Tak do końca nie wiem, czy tę fuchę mam, bo poza kilkoma "może rzucisz na to okiem" od owej kumpeli i dwoma notkami, na zasadzie: proszę spojrzeć, rozliczymy się później, cisza w eterze, pomijając informację, że "sprawą umowy zajęli się nasi prawnicy". I tak minął miesiąc.Wiem, nie ma się co szastać i podskakiwać, teatry jak gastronomia, zamknięte. Ale halo, halo: tak trudno napisać: jak nas odblokują, omówimy warunki współpracy? Więc podsyłanie mi na MSG kolejnego pliku z opisem: rzucisz okiem jak dla mnie nie jest OK. Olalam.
Nie mam zamiaru ani wyjaśniać, ani kłamać, ani się tłumaczyć. Nie, nie rzucam okiem. Ciężko pracuję, sprawdzając nawet w teatralnych meandrach nazwiska i imiona. Bo teatr, a jakże, narodowy, świątynia sztuki, potrafił puścić w repertuarze sztukę Stanisława Mrożka. I nie, nie zauważył tego nikt ze świata Kultury, kultury przez duże K. A szara korektorka nie usłyszała za to nawet dziękuję. Bo to byłby obciach, co nie? Stanisław Mrożek. Mrożka za moich czasów w kanonie lektur nie było. A przecież wszyscy pracujący na tym poziomie powinni mieć maturę, co nie?
Więc pierdolę, moja praca taka sama, jak praca każdego mechanika, który rzuca okiem i bierze za to kasę.
Rozumiem, rzucić okiem raz, ale rzucać tak bez opamiętania? A kto zapłaci za okulistę?
O ile mogę zrozumieć to w kontekście etatu, to takie rzucanie na zasadzie: wspólna przeszłość w Auschwitz jakoś do mnie nie przemawia.
Jedna ze współwięźniarek z Auschwitz, też jej zawdzięczam coś. Po upadku prasy Świtalskiego zostałam na 10 miesięcy na lodzie. A z A. pracowałam u Świtalskiego. Na bezrobociu aplikowałam do Auschwitz, nie wiedząc, że pracuje tam A. Odrzucono mnie ze względu na słuch, pani przeprowadzająca aplikację zachwyciła mnie, bo wyglądała jak gwiazda filmowa, za kilka lat wywalono ją z hukiem z pracy, pracowała potem w Holandii jako sprzątaczka, nie żebym coś miała do pracujących na powierzchniach płaskich, też tak zasuwałam na bezrobociu, bo z głuchym źle się pracuje. A. nie wiedziała, że aplikowałam. Kilka miesięcy później telefon od A., że mam się stawić w Auschwitz. Odpisuję, że byłam, ale mnie olali. A ona:nie pierdol, przyjeżdżaj. Pojechałam i ugrzęzłam tam na 10 lat tego samego dnia. Potrzebowali korektorkę, a ona od razu o mnie pomyślała. Skończyło się tak, że zwolnili dotychczasową korektorkę, a ja sama w pewnym momencie ciągnęłam 18 czasopism... Fakt, że były to czasopisma rozłożone w czasie. Zanim nie przyszła po moim Słonku ekipa, która z niczym nie nadążała i brała pracowe zlecenia na "zewnętrzne" firmy... A. long story :) Otóż A.poprosiła mnie o korektę pracy brata muzyka (magisterka). Poczuwałam się, korektę zrobiłam, zastrzegając, że do nut się nie wtrącam, bo jestem debilem. Zebrałam ochrzan za nieskorekcenie nut i nawet czekolady nie dostałam, a miałyśmy "się rozliczyć"...
No więc, kurwa. Dorosłam.
Nie rzucam okiem nadaremno, a już na pewno nie rzucam obojgiem oczu :)
No i tak mi się nazbierało, żółci upuściłam.
Radio gra...
Usta milczą, dusza śpiewa. Mieszkanie ogarnięte, zakupy w zasadzie zrobione, czegóż więcej chcieć?
Alienek mnie kocha. Mnie, personalnie, bo niebożę innej babci nie zna, niestety, nie mam konkurencji...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech, nieprawdaż? :)
No, Enea, kurwa mać.
Ale to już inna bajka, nie będę się znów nakręcała, wczorajsza noc cała nieprzespana przez to.
W sumie, nieważne, bo myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. Zobaczymy pod koniec miesiąca, czy mnie szlag z hukiem, czy bez. A radziłam się Inżyniera, ale mnie zbył. No cóż, czasem jest tak: umiesz liczyć, licz na siebie.
Amen.
Najważniejszy jest Alienek, co nie?
Kochany Pamiętniczku, pojechałam na giełdę na Bema po kwiaty. Był piękny, słoneczny dzień, Wielka Sobota. Kupiłam naręcze tulipanów, żonkile, prawie uginałam się pod ich ciężarem. Postanowiłam, że do Hetmańskiej dojdę spacerkiem, dzieci w domu nie płakały, wszystko było gotowe, tylko kwiatów brakowało. W słuchawkach leciało coś mojego (o, błogie czasy, kiedy spokojnie popylałam rytm moich piosenek, bo wszyscy byli odmaskowani i nie sprawiała mi kłopotu komunikacja z ludźmi, nawet bez aparatów). Szłam sobie lewa, prawa, lewa, prawa w stronę słońca, gdy wtem SMS.Cynober napisał: kaczka spadła. Krótko, jasno i węzłowato. Myślałam, że żarty sobie stroi, ale nie, szedł w zaparte. Nastrój radości, spokoju i błogości prysnął jak bańka mydlana.
Strony popadały, kablówki już nie miałam, ale powoli odwisło. Tak, katastrofa była faktem.
Jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zniszczy to naszą Ojczyznę, jaki dance macabre na grobach się zaczyna i ile to będzie nas wszystkich kosztowało. Bo miesiączkują, pomnikują, ekshumują, dochodzą i odchodzą, parówkują, brzozują za nasze pieniądze, nie za swoje.
Po jakiego chuja stawiali koszmarny pomnik, którego pilnują zastępy policjantów? W czym gorsze są wieńce od opozycji, która też potraciła w katastrofie bliskich i przyjaciół? Kiedy skończy się ten chocholi taniec i to życie w wariatkowie.
Mam dość, po prostu mam dość.
Tęsknię za moją Ojczyzną, może nie zawsze z idealnym ustrojem, ale przyjazną ludziom. W której chodziłam swobodnie z moją tęczową parasolką, nie bojąc się, że mnie ktoś - kopnie, powlecze, opluje, bo jestem jebaną zwolenniczką LGTB. Gdzie moje znajome, nie czujące się na siłach zostać matką miały wyjście z sytuacji - nie oceniam, nie chodziłam w ich butach. Szłam w swoich i nawet przez sekundę nie myślałam o usunięciu żadnej z ciąż, wprost przeciwnie, jak lwica walczyłam o utrzymanie każdej z nich. Bo tak, bo za każdym razem zachodziłam w ciążę na własne życzenie i miałam to szczęście, że antykoncepcja - niezależnie od metody, jaką stosowałam, nigdy mnie nie zawiodła. Tak, jestem szczęściarą, bo nie musiałam stać przed takim dylematem. Ale moja matka, której pierwsza ciąża obumarła nie była zmuszona do donoszenia martwego dziecka i dzięki opiece urodziła mnie. Tak, w tych okrutnych, zacofanych latach pięćdziesiątych.
Za moją ojczyzną, gdzie sama, wywalona z domu, dzięki pomocy państwa spokojnie skończyłam studia. Bo się do nich przykładałam, a państwo mi za to pomagało. I myślę, że dobrze mu się za to odwdzięczyłam, dając mu dwóch porządnych obywateli, płacąc przez lata pracy podatki, nie kradnąc, nie oszukując, przechodząc na zielonym świetle (no, nie zawsze). I jak mniemam, więcej do kasy włożyłam, płacąc składki na zdrowie, albowiem w szpitalu byłam tylko rodząc, a i wiejąc stamtąd na drugi dzień, aż się kurzyło, chodząc do lekarzy i do dentysty prywatnie i takoż wlokąc potomstwo i do czasu Eksa.
Więc tak, tęsknię za tamtym czasem, choć biedna byłam wtedy jak mysz kościelna (chociaż te chyba są bogate). Tak biedna, że aż nie chcę pamiętać. Dziś też nie jestem bogata, ale i gołą dupą nie świecę, nie oglądam każdej złotówki trzy razy pod światło, zanim ją wydam i perspektywa jakiejkolwiek (odpukać) awarii nie budzi we mnie dzikiej paniki.
No, dziś spanikowałam, bo wyświetlało mi się (tak, totalna inwigilacja), że Inżyniera nie ma w sieci od 10 godzin, a Synowa była bladym świtem nieobecna od 3... A sny miałam koszmarne... Śniło mi się, że w kościele (kościół wg mojej nieboszczki teściowej to zły znak, filmując chujwico, upuściłam mojego ukochanego ajfonika na kamienie). Niby nic mu nie było. Wstałam, biorę do ręki ajfonika, bo w sobotę to mnie ranne zorze budzą, a piękne były dziś i chciałam sfocić, i ni chuja nie mogę na nim nic zrobić. Mam na PIN, bo mój palec jest do dupy :) Ale nic nie mogę wcisnąć! Robię się sztywna, oddech w tytkę i... No tak. Jak krowie na rowie Inżynier tłumaczy zawsze, że każdy komputer się włącza i wyłącza. A kiedy ja ostatnio biednego ajfonika wyłączałam - nie pamiętam. Wyłączam więc, włączam, o, PIN pamiętam i ogromny kamol z serca z hukiem jedzie, bo działa moje kochanie :) Wiem, jestem starą wariatką.
Po porannych ablucjach na Manhattan lecę, spacerkiem, aczkolwiek deszczyk z lekka popaduje, ale co tam. Zaliczyłam nędzne 4 tys. kroków, ale na tyle sobie ustawiłam normę, nie ma się co czarować, 10 tys. to se ne vrati, może sporadycznie, ale nie na co dzień.
Mieszkanie odpicowane, ogarniam śledzie (odkryłam autentyczne matiasy, nie żadne tam a la matias, z olejem z ostropestu - a jakże, za miliony monet i druga wersja ze śmietaną są obłędne), włażę z herbatką na FB, bo Angry Birds nie są ogarnięte i co ja paczę? Ani Inżyniera, ani Synowej nie ma od wielu godzin.
Panika level hard. SMS do Inżyniera, na numer angielski i polski - nie dochodzi. Messenger milczy.
Messenger Synowej też zdechł.
Gram, piję (herbatkę) i ciśnienie rozsadza mi czaszkę. Po dwóch godzinach odpowiada Synowa, że spali długo, nic się nie dzieje. Spanie u nich do 11.30?
Z Łobuzami?
Serio? Nigdzie nie mogli jechać, bo kwarantanna, a i oni chorzy, więc pisanie scenariuszy szło mi lepiej niż Mrozowi kolejnego kryminału.
Gdy odezwał się Inżynier, zdrapywałam już moje żałosne szczątki z podłogi i byłam oschła.
Wiem, nie ich wina. Ale przecież, gdyby mnie szlag, toby mnie szlag, zanim ktoś by się zorientował.
No dobra, mnie nie szlag.
Aczkolwiek jak nie zacznę łazić, to mnie szlag.
Inżynierostwo zdrowieje. Dziękuję wszystkim wspierającym, pozostając z nadzieją, że wyjdą z tego spokojnie (Inżynier wczoraj odzyskał40% smaku, był szczęśliwy jak świnia w błocie, a i Inżynierowa już coraz mniej kaszle).
Spędziłam na fotelu u dentystki 2 bite godziny. Mam krzywy zgryz i jestem bardzo spięta, więc wykonanie dla mnie protezy to syzyfowa praca. Pani doktor, męcząc się, w którymś momencie rzekła po raz kolejny między "otworzyć, zamknąć, otworzyć, zamknąć powoli, zacisnąć" mruknęła: nie podoba mi się. A ja na to: ja się sobie, pani doktor nigdy nie podobałam. Przerażona odrzekła, że ja się jej podobam (no less nie jest, ma męża i dzieci). Potem na moje kajanie się, że jestem trudnym pacjentem, odrzekła, że daleko mi do tego, muszę się o wiele bardziej starać :) Lubię moją dentystkę, fajna z niej kobieta, chociaż zostawiłam tam w sumie 850 zł, no ale skoro nie palę, po knajpach nie łażę, ciuchów ani butów nie kupuję, w święta ryję, a i 13.emeryturę dostałam, to na coś tę kasę muszę wydawać, choć na mój Hollywood smile już nikt nie poleci, co nie?
Muszę jeszcze popitolić, no spisać się spisałam, no i emilka do Bossa skrobnąć. Bośmy obie epokowe książki skończyli, a on pewno nie pamięta, że co do jednej to honorarium ustaliliśmy i się należy jak psu zupa (choć wiem, że za mało sobie zażyczyłam, patrząc na całokształt), a za drugą mieliśmy ustalić, ale nam nie wyszło (nie z mojej winy), a na dokładkę w święta pracowałam. I nie, nie ku chwale ojczyzny. To se ne vrati...
ma koronawirusa, Kochany Pamiętniczku.
Nie wiem, czy drugie umieranie przeżyję.
A od Pierworodnego nikt się dziś nie odezwał.
Każdy ma swoje piekło, co nie?
Co jeszcze mogłam zrobić, żeby być idealna?
wszystko, jak dawniej, Kochany Pamiętniczku.
Niech wszyscy przejdą przez te dni, jak chcą.
Mnie się udało nie dostać do wina, bo korkociąg zastrajkował, a potem udało mi się dostać do dwóch win... Koreańskie są jak moje młodzieńcze marzenia w mojej młodości, które nigdy nie wrócą, nie ma takiej opcji.
Na serio? Biedny mój syn, jest idealnym facetem, jak się go w dupę kopnie, z miłością (za dużo seriali, wiem, jestem pojebana jak każda matka, zwłaszcza oglądająca koreańskie seriale, które namiętnie ogląda moja synowa), z tego wynika, że padlina ze mnie :)
No dobra, fotek nie będzie, nie zawsze muszą być.
Fiołki w TYM miejscu kwitną IDEALNIE. Forsycja wszędzie oszalała.
A jeszcze nie tak dawno zastanawiałam się, czy dożyję kolejnej wiosny.
Dożyłam.
wszystkie inne pytania pozostają otwarte.
Warto było?
życie pędzi coraz prędzej, Kochany Pamiętniczku.
Pani w Alienkowym przedszkolu złapała koronawirusa, więc Alienek wylądował na kwarantannie. Zatrzymali go w domu na dłużej, żeby nic nie przywlekał z przedszkola i żeby święta były wspólne, a tu bach, dwa dni po kwarantannie test, bo coś gorączkował i... pozytywny. Kolejne dwa tygodnie izolacji i tym razem cała banda. Alienek już jest OK, w sumie nie wiadomo, czy test nie był fałszywy, ale cóż. Najważniejsze, że im nic nie jest.
Bywa.
No a ja święta spędzę sama...
A w sumie mi to na rękę, bo roboty mam po kokardkę i kucyki. Atlas, który miał wyjść w lutym, ruszył nagle z kopyta i tak jednego dnia zostałam z ponad 400 stronami, na dokładkę z indeksem w stanie zerowym. A wyjechać ma 7 kwietnia, co jak łatwo obliczyć jest z lekka mówiąc szajbnięte. No ale kto, jak nie ja. Nie chwaląc się - skorekciłam najszybciej jak mogłam, idąc na rękę koledze, a indeks, no cóż na spokojnie w święta ogarnę, bo co mam robić? Wkurw nieziemski miałam pracując nad indeksem na pracowym kompie, ale po przejściu na mój kochany komputerek i Office'a nówkę nieśmiganą (szybkość pracowego to jazda Komarkiem, aczkolwiek na tle kompików kolegów mam ścigacz, a praca na moim kochaniu to jak jazda Hondą BlackBird :) Nieważne, gra radio, a ja sobie spokojnie indeksuję, a że praca monotonna, działa jak mantra i jest git majonez. T. wleciał cały happy po wydruczki, bo mówił, że go szlag, jak będzie każdy PDF otwierał (no mnie by szlag, jakbym miała to skanować, wydrukowanie całości trwało bitą godzinę), szczęśliwy, że ma, przywiózł mi podkładkę pod gryzonia z pracy i pracową lampkę, no i z pozdrowieniami od wszystkich bonus
z prośbą o szybki powrót :) Ha, tak tanio mnie wycenili :) Ale wino wyśmienite, od paru dni chodziło za mną wino, więc się nie oparłam. Nawet chciałam lecieć dziś do piątki (od soboty nosa z domu nie wysadziłam), no a tu bach :) No i toast chciałam wznieść, bo dziś 68. rocznica ślubu moich rodziców.
Nie do wiary...
Pogadałam z T., niechętnie, ale zdjął namordnik. Ma taki tembr głosu, że nie ma opcji... Mam nadzieję, że nic ode mnie nie złapał...
Pensja znowu golutka, napisałam wczoraj maila z fochem, Boss nie odpowiedział, ale zacięłam się w milczeniu i dziś sekretarka z pytaniem, co to była za dodatkowa praca. Nosz, kurwa, sam prosił, żeby mu zrobić.
No nic. W sumie w dupie to mam :) To on ma powody do wstydu, nie ja.
T. był niepocieszony po moim stwierdzeniu, że nie mam zamiaru wracać do pracy. Mój pokój jest wciąż moim pokojem, chociaż przerzucają tam sublokatorów, żeby rozgęścić. W odpowiednim momencie wlecę tam zabrać moje prywatne manele, bo wciąż tam są i nieruszane, bo to SJ pokój. Jprdl...
Planuję jutro ostatnie przedświąteczne zakupy, choć żadnych świąt nie robię. Ciasto zamówione, to odbiorę, chałupkę ogarnę jak co tydzień, bo to dzień gospodarczy. I rabanka zrobię, bo tak. A reszta na luzie, żadnych bigosów, sałatek, żarcia do wyrzucania potem. Będzie po prostu spokojny długi weekend, urozmaicony indeksowaniem, jak będzie mi się chciało, a nie że muszę :)
Afera dziś była, poczta się urywała, że szczepią. Koleżanka pisała, że jej mąż, rocznik mojego Pierworodnego ma termin na jutro i to Pfizerem... Napisałam, że nie wierzę... Ale nie, prawda... To piszę do Pierworodnego, a on mi, że błąd systemu. Posyłam mu linka z Wyborczej (nawet oni się nabrali), maile, aż mnie olśniewa i piszę, że to kawał primaaprilisowy. Zakrzyczeli mnie...
No i czyje na wierzchu? :)
A koledze, który mi bladym świtem (korekciłam mu teksty jeszcze w piżamie, bez kawy, grubo przed godzinami pracy) cukrował, że jestem niezastąpiona, odpisałam: Prima Aprilis, wpędzając go w poczucie winy - prosił o antydatowanie maila na 2 kwietnia.
I tak leci dzień za dniem, spokojnie i moim jedynym życzeniem jest, żeby tak zostało. Bratki rosną jak na drożdżach, sny mam coraz głupsze, coraz więcej ludzi, o których myślałam, że po drodze nam, zmienia się nie do poznania i nie będzie nam łatwo już tą samą drogą iść.
I nie mówię tu o tym, że nie mają racji. Mają swoją rację, tyle że ja ich akceptuję, oni mojej nie, mało tego, wyśmiewają mnie za plecami.
Jak za dawnych lat. Jestem, jak zawsze podkreślałam, tylko głucha, nie głupia. I mam prawo do swojego życia, swojego zdania i swoich fantazji i fanaberii.
Zakochałam się w koreańskich serialach sf.
Nikogo przecież tym nie krzywdzę, nieprawdaż? A że odmóżdżają? Cóż, niekiedy, jak mówił mistrz: