niedziela, 31 sierpnia 2014

Dziwne

lato mamy tego roku, a ostatnie dwa dni to już zupełnie jesienne są.
Po rozmowie z Inżynierem dziś, a niełatwa była, chciałam polecieć na wyścigi smoczych łodzi, ale nie zdążyłam się zwinąć, jak zaczęło lać i stwierdzilam, że nie, dziękuję, postoję, z parasolem za bardzo zdjęć się nie da robić, a i nie lubię deszczu. I tym to pięknym sposobem przeleniłam cały dzień, ale co tam.
Do Barana na wycu g musowo będę musiała iść i modlić się, co by mnie nie wyćpnęli na ulicę, bo Inżynier na parę dni znienacka leci na ślub. Baran zaklina się, że nie wyćpnie, ale kto go tam wie. Oblał się. Hmmm... To szaleństwo zatacza coraz szersze kręgi. I czego się spodziewać po takim Baranie?
Właśnie spadło zdjęcie Pierworodnego z Małą Wiedźmą, oparte na półce i napędziło mi stracha, bo spadła też porcelanowa krówka... A nawet nie mam jak zapytać, czy u niego OK, tak, wiem, wiem, kto wierzy w gusła temu dupa uschła.... Nikt nie szedł, szafa nie ma prawa się trząść, a jednak spadło. I tak jadę na tabletkach uspokajających, zwiększę dawkę... Nic to...
Uświadomiłam sobie niedawno, że od 5 lat powinnam być na emeryturze. Wszystkie moje koleżanki są. A ja jedna sierota zapierdalać będę do końca życia chyba. I właśnie mam okres, że napawa mnie to czarną rozpaczą, nie radością. Chcę pracować, ale nie dlatego, że mam pistolet przy głowie. A pistolet mam i to naładowany...
Na dniach znów zostanę babcią. Przyszywaną, ale zawsze :)
A to, prosz państwa, moja przyszywana wnuczka, my Little Owl :)



Więcej fotek, en face i takie tam będzie, jak Panienka zdecyduje się na zlądowanie na tym padole, jeszcze nie poinformowała Cyganów, gdzie zamierza zlądować, w rzodkiewce, pietruszce czy innej kapuście. Ale już mówi, że chce na wolność, bo za ciasno jej tam.
Prosimy o kciuki i życzliwe fluidy, bo potrzebne.
A wydaje się, że wczoraj  Sikora kombinowała "zrobić test czy nie zrobić". A jak to szybko przeleciało...
Kalendarze jutro będę robić, ale coś mi nie wygląda na to, że uda mi się polecieć na piechotę. No nic, zobaczymy :)

piątek, 29 sierpnia 2014

Sprężyłam się

i pojechałam znów na giełdę ogrodniczą, ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu tym razem dupa była.
Na koncie też dupa, bo mimo emilka zapomniał, że korekta sama się nie robi, więc znów muszę latać, co mi niezmiernie zwarzyło humor.
Ale oj tam, oj tam, nie przeskoczę, więc dupa.
Polazłam ogarnąć tę kuwetę i naprawdę, mam najładniej, nie chwaląc się :D



Ściany śmiech na sali, zamiast wiertarką, kolega wkręcał uchwyt śrubokrętem, a ja kalendarze zawiesiłam nie napinając się, chorą ręką bez wysiłku...


... inni mają też nieźle, ale bezkwiatkowo, nie potrafię tak. Będę sadzić i przesadzać.
Ogarnąwszy tę kuwetę poszłam w świat, bo nie mam jeszcze podłączonego Internetu, to co mialam robić, inna bajka, że w tym miesiącu (a właściwie we wrześniu) będzie się działo, jako że... ludzie są niewypakowani, niepopodłączani i w ogóle, więc. Ale oj tam, oj tam.
Wylazłam i powiedziałam sobie: raz Starej Jędzy śmierć. Doszłam do stacji kolejowej, przy której onegdaj stchórzyłam i odkryłam, że nie muszę leźć wiaduktem, że jest tunel. W tunelu jak w... hmmm... przemykamy z duszą na ramieniu (i na pewno nie będziemy przemykać wieczorkami, choć i w drewnianym kościele może cegła człowiekowi na łeb zlecieć, a co??) i tadam, po drugiej stronie tunelu okazuje się, że droga do domu jak w pysk strzelił jest.
Zatem idea: nie pada, leziemy. W sumie do pracy jechałam tyle samo, bo czekałam na MPK, a wracając jeszcze zakupy w Biedronce, mięsnym i na Manhattanie zrobiłam, a czas był podobny.
Zatem...
Będziemy łazić, oby tylko nie padało :)

Jak się uda dwa razy dziennie, tym lepiej. Sieciówkę jednak będę kupować, bo ta kasa mnie nie uratuje, a dobrze mieć luz.
Piernę. Pościel zmieniałam, ale sprzatać mi się już nie chce. Jak się jutro uda pójdę na wyścig smoczych łodzi.
Co nie zmienia faktu, że doła mam, obejrzałam loty. Niby lot za 99 zł, ale i tak znów pęknie kilka setek.
Zaczynam się łamać i szczerze mówiąc: zamykam gębę na kłódkę.
Jak mnie dziś uświadomiła koleżanka zza ściany: najlepiej mieć wyjebane na wszystko przez 3 tygodnie.
Święte słowa :D

I to jest urok wielkiego miasta. Ponieważ nie mam bezpośredniego połączenia z miejscem pracy dojazd - dojście zajmuje mi czas. Z drugiej strony - ruch jest niezbędny.
I tak źle, i tak niehalo...
Coś mi się widzi, że PMS nadchodzi.
Jak w zegarku, bo i mycie okien mnie męczy.
Ale kto by się tam szczegółów czepiał :)

czwartek, 28 sierpnia 2014

ice splash nomination

Nie mam TV, więc pewne rzeczy docierają do mnie z opóźnieniem.
I okazuje się, że Dziewczyna Inżyniera jest głupia.
Po prostu.
Ta nominacja to nic innego, jak wezwanie do wysłania czeku.  Głównym celem akcji jest zwrócenie uwagi społeczeństwa na chorobę stwardnienia zanikowego bocznego (Amyotrophic lateral sclerosis – ALS).
A kretyni się oblewają wodą z lodem.
A jeszcze większe kretynki to lajkują.
Niech mnie ktoś dobije, błagam...
Nie wyślę czeku, bo mnie nie stać na wydanie takiej kwoty.
Nie podniecam się akcją, bo nie takie cuda widziałam.
Ale...
Na kolanach błagam: niech mnie ktoś zabije.
Nieważne, jak.
Byle bezboleśnie.
 Moje urodziny jej przeszkadzają.
Za to celebruje urodziny swoich lalek.
Wolno jej.
Ale... W najgorszych momentach pamiętałam, że gdyby nie moja Teściowa nie byłoby Eksa i dzieci.
Amen...
Ma ktoś wreszcie namiary na tego killera??
Sama sobie zafunduję :>
Nie stać mnie, ale czego się nie robi dla własnej wygody :P

Skoczyłam

na główkę i pojechałam.Pogoda... hmmm... coś do mnie mają moje Umarlaki, bo jak jechałam, było chłodno, jak zaczęłam sprzątać na cmentarzu wszystkie chmury się rozlazły i żar lał się z nieba, a założyłam czarnego i-shirta, bo było chłodno. Wyszłam z cmentarza, znów chłodno... :) Ale dzielna byłam, nie dałam się, posprzątałam. Znów była sterta śmieci nie wiadomo skąd do wyniesienia, ręka mnie bolała, ale nie poległam. Poległam tylko na chwastach, nie są wysokie, ale jest ich sporo. Wokół grobu Cioci z dwóch miejsc się plenią, ale odpuściłam. Raz, że nie miałam czasu, dwa, że padłabym. Groby koło Cioci są absolutnie zaniedbane, a co najlepsze - należą do rodziny. Kiedyś sprzątałam, ale... Rodzina przyszywanego wujka opierdoliła mnie (jedna połowa), że się mieszam do ich rodziny, zaś druga oświadczyła, że mama płaci za sprzątanie grobu. Wujek nie jest miejscowy, mieszkał z Ciocią i zmarł pierwszy. Ciocia pytała jego rodzinę, gdzie chcą Go pochować, powiedzieli, że tu. To Ciocia dała wykupione miejsce, postawiła pomnik, wszystko załatwiła. Problemu nie było, póki żyła. Przejęłam po niej pałeczkę po wszystkich grobach, co mnie kosztowało i zdrowia, i kasy. Póki Inżynier albo Pierworodny ze mną jeździł, nie było problemu. Jak ich zabrakło, a moje bukiety ciągle wywalano z obu grobów, wypięłam się. Niech ich rodziny dbają, łaski nie robią, a ja sama czterech grobów w półtorej godziny nie ogarnę. I żebym jeszcze dziękuję usłyszała, ale nie: mam się nie mieszać. Nie wiem, czy córka Wujka nie mieszać". No to się nie mieszam, ale na wujka grobie zielsko rośnie między płytami, rozwali je za jakiś czas. Trudno. Wola boska i skrzypce. Grób drugiego Wujka, pierwszego męża Cioci zadbany jest, myślę, że rodzina chce wziąć miejsce, bo tam tylko on leży. A miejsc w K. nie ma. Niech biorą, mi to lotto. Mam jeden problem z głowy.
Leciałam z wywieszonym ozorem, bo mało, że w mojej wiosce objazdy, bo wiadukt zamknięty, to jeszcze po drodze był wypadek i zrobił się taki korek, że dojechaliśmy 20 minut później. A w sutuacji, gdy mam 2 godziny na wszystko to jednak robi różnicę.
Ale dzielna ze mnie dziewczyna, poradziłam sobie i mam spokój do października. I sorry, Winnetou, jak nie będziecie dbali o temperaturę, to Wam wykorkuje na mogiłce i będzie obciach :D
I dorwałam grabarza, który jednocześnie jest kamieniarzem i przekładał grób moich rodziców. Podczas ostatniej wizyty zauważyłam, że u Cioci wazon się odkleił, a i litery coraz bardziej na obu grobach wyblakłe. Pisałam do córki kuzynki, żeby zorganizowała jakiegoś kamieniarza, że zapłacę za wszystko (kuzynki nie proszę, bo... walnęła mi kiedyś numer i mam na nią wyjebane. Zresztą znalazłam list od Cioci, w którym skarży się, że Lucyna jej nic nie pomoże, a mieszka 10 minut spacerkiem od cmentarza...). Agnieszka zaś do mnie: "ciocia, ciociunia, bo ciocia rozumie  blablabla". Ciocia rozumiała, biżuterię dała, nocowala, chuchała i dmuchała. Jak ciocia potrzebowała pomocy, to Agnieszka nawet na emilka nie odpisała.... Przeczytała emilka, bo fejsbunio mówi, kiedy jest przeczytane. I nawet cioci nie napisała: odpierdol się, nie chce mi się.... Dlatego ciocia (czyli moi, SJ) ma wyjebane na Lucynę i Agnieszkę, i całą resztę rodziny z K. Bo już nie ma nic do dania i nie będzie płacić. I w dupie to ma, a wie, że jest karma.
Chciałam prosić o tę przysługę koleżankę z K., zresztą niedoszłą szwagierkę, ale... No właśnie. Spotkałyśmy się po latach na tych zjazdach, ale... No ale :D
I dobrze, że nie prosiłam i nie narobilam sobie długów wdzięczności.
Dorwałam dziś przypadkiem sama tego grabarza i zrobi. Do seksu wykorzystam bezczelnie Sikorę, nie bacząc, że ciężarna nieboga, a co, okrutna jestem. Zadzwoni i ustali z nim. Złotówka za literę, myślę, że jakąś stówę, jak nie więcej ze mnie zedrze za wszystko. Trudno. Jak się wazon zbije (odpukać, nie, nie, nie), będzie drożej.
Do kibelka mnie wpuścił, bo ma dom przy cmentarzu. ale żałowałam, że poprosiłam, na Statoil bym miała wypas :D Nie, że biednie, sama miałam biedną łazienkę latami, lamperia i bez bajerów, ale zawsze było czysto. No nic, życie :D

Powrót też się wlókł, bo korki, ale się już nie denerwowałam, bo nigdzie mi się nie spieszyło. Koło mnie siedziała blond Wenus, jeszcze chudsze nóżki i rączki miała od Barana, a zapewniam, że nie można być chudszym od Barana, który zresztą swoje centymetry ma. Ona ich nie miała, i... Co rusz trzepała swoją blond kitę na mnie, a włosy miała a la topielica. Nienawidzę dotyku cudzych włosów, poza nielicznymi wyjątkami (wyjątki wiedzą, bo dopraszam się o pozwolenie na głaskanie, a i bez pozwolenia głaszczę). Wróciłam więc do domu tak zestresowana tymi kłakami, że od razu wlazłam do wanny, wzięlam dłuuugą kąpiel i dopiero później ogarnęłam tę kuwetę. I jajeczniczkę sobie zrobiłam MLASK, bom przepękala dzień na śniadanku, pół litrze wody (mineralnej :>) i bułeczce jogurtowej. Żałowałam, że nie kupiłam więcej bułeczek, jeszcze takiej nie jadłam i była MLASK :)
I dowiedziałam się, że mebelki już są, więc jutro polecę ogarnąć pracowe szaleństwo, pokrzepiona, że Umarlaki mają wygodnie i ładnie i że żadnego z nich nic nie uwiera w plecki...
A co, staram się.
Ale wiem, że ile bym się nie starała i tak mi po papie natrzaskają, jak dorwą.
Nie ma zmiłuj.
Zasłużyłam na trzaskanie.
Życie :)

środa, 27 sierpnia 2014

To jeszcze nie koniec

kolędowania u dentysty, ale mam nadzieję, że tym razem już będzie OK. Chodzę od czerwca, ojapierdolę.
Pojechałam do pracy, z trudem trafiając na miejsce, to moje zdezorientowanie w przestrzeni, powiedzieli mi, że mam sobie GPS włączyć, ale mi to też nie pomoże. Moich gratów jeszcze nie było, więc kopnęłam się do domu, zahaczając o Leclerca z ciekawości, bo mam go koło pracy i tam nigdy nie byłam. Dupy nie urywa, ale mają fajną i tanią chemię. Leżała dynia, patrzę na metkę: 73 grosze, to wzięłam :) Przy kasie okazało się, że metka jest z... agrestu no i wyszłam na oszustkę. Nawet nie próbowałam się tłumaczyć, bo po co?? Co sklep, to inny obyczaj, leżało ometkowane, to wzięłam, nie pomyślałam, że ktoś złą metkę nakleił. Kupuję zawsze w sklepach, gdzie ważą towar na kasie... Nic to, ale niesmak pozostał i czulam się głupio. A i zmachałam się, bo okazało się, że w sumie - jak zwykle - lepiej było jechać z wózkiem.
"Rozgryzłam" dojście do pracy, 3,8 km, ale... polami i ogródkami działkowymi, nieciekawe i nie za bardzo jest się gdzie schronić w razie ulewy, a dziś mnie złapała, dobrze, że jechałam MPK jednak (bo toboły). Zobaczymy zatem w praniu, część mogę iść, część jechać, bo ciemno robi się już coraz wcześniej, a w tych chaszczach to i w dzień nie za przyjemnie jest...
I poszłam, a tam...








chwila, moment i już tych cudów nie było.

Przymierzam się na jutro do odwiedzin u moich Umarlaków, ale jeszcze na sto procent nie wiem. Jak zawsze mam obawy, ale w końcu jechać muszę, sumienie mi nie daje spokoju. Okazało się, że autobus 6.30 już nie jeździ, więc nie mam żadnego wyboru...

wtorek, 26 sierpnia 2014

Noc

była koszmarna. Najpierw okazało się, że dostałam taki kącik, że nie zmieściło się w nim nawet biurko, nie mówiąc już o badylkach, które chcieli mi po prostu ukraść. A potem wracałam do domu, Głogowska była jakimś labiryntem złożonym z parysko-londyńskich rzeźb i zaułków i nie wiedziałam, gdzie jestem. Ten widok Głogowskiej był tak sugestywny, że wracając do domu już na jawie miałam wrażenie, że za chwilę wjadę w coś nieznanego...
A potem był ranek i pojechałam, nie spiesząc się na stare śmieci.
Wszyscy siedzieli na tobołkach, a ja pomywszy statki w kuchni na nieswoim piętrze, bo tam same hrabiny pracują, a sekretarka na pysk padała, spakowałam swoje badylki do kartonu i złapawszy panów od przeprowadzki poprosiłam o zabranie ich. Boss deklarował, że zabierze je swoim SUV, ale nie wiedział, biedak, że badylki za duże do jego małego samochodu. Zatem zabrał tylko mnie i scindapsusa, skubaniec ledwo się zmieścił, a musiałam go wieźć na kolanach i Bossowi widok zasłaniał, i miło gawędząc (a bałam się tej jazdy z nim, w sensie że od lat mam uraz do bossów wszelkiej maści, ale ten jest OK) zajechaliśmy do nowej siedziby. Ojapierdolę, bałam się wejść.
Ale mamy gadającą windę (inna para kaloszy, że bez aparatów jej nie będę słyszała), i całe piętro dla siebie. Wbrew wszystkim wronom i innym krakajcom, jest super. Każdy ma swój pokój, no prawie każdy, ale nie ma jednej wielkiej hali :)  W kuchni jest nawet zmywarka do naczyń, skończą się więc zawalone zlewy (ja tam swój kubek i talerzyk myję staroświecko, ale jak wspominałam, mamy hrabianki na stanie). Kibelki też nowością tchną :) No i najważniejsze - salę konferencyjną mogę obserwować z okna, już nie jestem skrępowana przemykaniem się w czasie narad i nasiadówek.
Mój pokoik jest na samym końcu korytarza, do kibelka i kuchni mam blisko. Jest przechodni, będzie w nim dodarkowe biurko dla prawnika, który dyżuruje 2 razy w miesiącu i dla stażystów, tak że praktycznie jest mój, bo stażyści bywają przelotem i rzadko, a prawnik ma dyżur, jak ja mam wolne. Za ścianą mam tych, których lubię (chociaż lubię wszystkich). Panowie od przeprowadzek w końcu dowieźli moje kwiatki i z należytą czcią i szacunkiem wnieśli je na piętro, nie dając mi doniczki (bo się pani zmęczy, my jesteśmy od noszenia :) , nie jestem przyzwyczajona do tego, że mogę się zmęczyć, ale miło było). Ustawiłam badylki i poleciałam, bo moje biurko i reszta piernatów miała przyjechać następnym meblowozem, czyli nie wiadomo o której :) Chcialam iść do domu na piechotę, ale przy samej pętli się zapętliłam (górą, po wiadukcie bym przeszła, ale nie chcę chodzić po wiadukcie). Wsiadłam więc w bimbę i dojechałam do dworca, gdzie błądząc znów (ten mój brak orientacji w terenie) poszłam do Saturna, kupiłam podkładkę pod mysz na rachunek (już do firmy), zakupy w P&P zrobiłam i dotarłam do chaupki, gdzie popełniłam




 zapieczone w piekarniku.

Wczoraj były

oprócz ziemniaków z pomidorami i majonezem, miały być na dziś, ale były takie dobre, że zniknęły. Tak jakoś, same. Pewno Miśki się do nich dobrały, bo ja sobie nie przypominam :)
A tak wyglądały stare śmieci dziś

bez badylków okropnie, nieprawdaż??

A tu nowe, za oknem zamiast kół samochodowych mam drzewo i widok na ogrody domków jednorodzinnych.

Prześwietlone, ale kącik już oswojony, choć bez mebli. Mamy klimatyzację na pilota, u sąsiadów już sobie grzeją, bo im zimno :)

A to okno na najwyższym piętrze, z badylkami, to moje :)
Jutro polecę, może bym się mogła rozpakować.
Do pracy mi się spieszy, ale... Nie ma jeszcze dla mnie pracy, najwcześniej 8 września wrócę :)

Niepotrzebnie się martwiłam, zmiany nie zawsze są złe... :)


Update

 2,5 kilo węgierek, zero cukru, 4 dni smażenia i brytfanna do szorowania. Kiedyś by starczyło na dwa dni, a teraz postoi, czekając na amatora, bo go nie widać :)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Czepnęli się

mnie parę dni temu, kiedy przylatuję. No to się najeżyłam i gadam wczoraj na Skype, że jak coś nie muszę, że blablabla. A biedactwa chciały mi bilet kupić, ale kto by tam Starą Jędzę przegadał. Za to ciekawie będzie, bo tak zdrowego trybu życia w tym niezdrowym świecie to jeszcze nie prowadziłam. Ale nie dam się, bo od zdrowego na 100 procent życia ludzie umierają.
Biedny ten mój Baranek, będzie żywiony mleczem.
I tak sobie myślę, że zamiast Baranka zastanę królika jakiegoś, a z królika to wiadomo - tylko potrawkę można zrobić.
I na dokładkę prohibicja absolutna, bo ponoć dałam czadu w sylwestra... :)
Hmmm.... Nie dałam, pamięć mnie nie myli, dziś rano Inżynier potwierdził, że ubiegłoroczny sylwester był wyjątkowo spokojny i przyzwoity, nawet on nie balował, bo miał wieźć Dziewczynę do pracy w Nowy Rok, a wyszli wcześniej, przed północą, bo się źle czuła. Myślę, że to ja źle wpływam na jej samopoczucie, ale wzdech, co ja mogę za to?
Nie to, co parę lat temu, jak z Baranem wracaliśmy na piechotę z pubu i chcieliśmy zobaczyć stare śmieci. Nie padało, źle nie było, ale okazało się, że mieliśmy spodnie po kolana utytłane w błocku.... Gdzie, kiedy?? Spuśćmy na to zasłonę milczenia, nie wiemy, no ale byliśmy wtedy młodzi i piękni jeszcze :D
Postman ręce załamywał, że nie będzie szajki ze Stevenage, ale... Będą mieli noworodka, zaledwie miesięcznego. Transportu nie mają. Nie mój dom, nie moje warunki i dziękuję pięknie. Nie będą sami, są rodziną. A że ja pierwszy raz nie będę z Pierworodnym?? Życie. Nie ma źle, ma swoją rodzinę, na co dzień mu mnie nie brakuje, więc i w święta przeżyje. Jakby chcieli do mnie przyjechać, nie widzę problemu, ale nie będę u siebie. Postman ma duże serce, ale mały rozumek w tym momencie... Kochany jest :)  Oni od ośmiu bodaj lat przyjeżdżali zawsze do nas (znaczy się do eksbandy ze Sroczego Zaułka, bo i inne zaułki po drodze były), teraz pora na odcięcie pępowiny. Pozostaje Skype, a i ja wpadnę do nich zobaczyć nowego członka rodziny (robię się podobna do mojej Teściowej, ale... Teściowa mieszkała w tym samym domu, co my, a ja mieszkam tysiące kilometrów dalej, a jak jestem w UK to na wycugu jestem i uzależniona od kierowców pracujących).
Zmobilizowałam się dziś i aktywowałam kartę, i o dziwo, działa, ale opcja "płatności internetowe" nie, więc jednak będę musiała przejechać się do banku. Nie zadzwonię wszak, a czat się "spsuł'... Nic to, mam czas.
Myślę, że jak dobrze pójdzie, hycnę w czwartek do umarlaków. Jutro mam przeprowadzkę, a w środę dentysta, mam nadzieję, że już ostatni raz na długo, bo to się już robi nudne :P
Inżynier się nadąsał, bo mówię, że jak sobota, to Baran zadeklarował się, że mnie odbierze, no i dąs, że miała mama do nas jechać.
Dojdź tu z tym wszystkim do ładu, jeszcze czas i daleko.
Jeszcze wulkan się budzi.
Na Ukrainie też nieciekawie.
Tak jak kiedyś chłonęłam wiadomości, tak teraz staram się nie wiedzieć.
Żeby spokojnie spać.
Sikora już powoli finiszuje, choć się znerwowała niepotrzebnie Bidula. a ja wciąż mam zachcianki.
Dziś zjadłam na obiad... ziemniaki z majonezem i pomidorem, obficie posolone i posypane trawa cytrynową. Smakowały wybornie. Na deser miałam cukinię zapiekaną z pomidorami i fetą, oczywiście doprawioną.
Czekam na Dosię, bo może mi się wreszcie te smaki skończą??
Nie podejrzewam ciąży u siebie, musiałabym być wiatropylna :P

niedziela, 24 sierpnia 2014

My home is my castle

Po co mi świat?
Wracam do domu,
wchodzę po schodach,
po pięć, po dziesięć liczę uparcie.
Zamykam drzwi.
Odłączam dzwonek.
I jest nieważne.


sobota, 23 sierpnia 2014

Działo się

dziś, oj działo.
Zgodnie z planem poleciałam na Manhattan po gazetkę i chleb. Pani sprzedająca gazety ma już... kalendarze na 2015 rok. Jak dla mnie przegięcie, ale sama mówiła, że ją o kalendarze męczyli, więc sprowadziła. Co ludziom się tak śpieszy do następnego roku, jak jeszcze ten się na dobre nie rozkręcił?? :)
Potem poleciałam na pętlę i na giełdę kwiatową tramwajem pojechałam i ojapierdolę.
Już nie będę sadziła żadnych badyli, jak mi padną, zrobię do co w zeszłym roku - kupię dąbki i postawię na parapecie, co by mieć widok na badylki. W zeszłym roku tak zrobiłam (skleroza), bo nic nie było po remoncie na balkonie, ale w tym roku zrobię to z wyboru. Mam nadzieję, że znów pogoda je oszczędzi. Zaraz na pierwszym stoisku - o dziwo - trafiłam na ładne bukiety i niedrogie, bo tylko 15 zł, więc kupiłam dwa dla moich Umarlaków. Jak te wiosenne będą się jeszcze trzymać, to nowe wstawię na Wszystkich Świętych, jak nie, to wstawię je teraz, a na Wszystkich Świętych będą jeszcze OK. Już się nie wyrabiam z tym wszystkim. Też wolałabym im dać żywe, ale kto o to zadba, żeby podlać? Życie.
I za 10 zł dostałam bukiet słoneczników, ledwo się z nim do domu dowlokłam, ręce mi mdlały. Słoneczniki miały ponad metr długości i uświadomiłam sobie już po kupnie, że... nie mam takiego wazonu, a w każdym innym się przewrócą. Z bólem serca więc je skróciłam, ale i tak mam w chaupce wypas...


i jeszcze astry mam i goździki, które wczoraj kupiłam. Astry na giełdzie za 2 zł za duży pęczek, a na targu chcą 6 zł za mały. To już wolę jechac na giełdę, czas mam :)
I na koniec zaszalałam, a co tam, kto bogatemu zabroni i mam

wiem, mogę sama takie coś zrobić, ale... nie chce mi się :D Małe chińskie rączki zrobiły za 5 zł polskich... Podoba mi się... :)
Potem poleciałam na kijki i ładnie leciałam :>

Ostatnio słyszalam, że wróble giną, a u nas w tym roku zatrzęsienie. Już miałam strzelić fotkę, całe stado rozrabiało na chodniku, ale jakaś baba szła jak czołg i choć widziała, że przymiezram się do zdjęcia rozgoniła towarzystwo na cztery wiatry. Zatem złapałam tylko niedobitki na drutach i nie, to nie sa jaskółki, to sa wróbelki :)

 Z ajfona guzik widać, pójdę może jutro na nie popolować z aparatem :)
Muszę uważać, bo co chwila mam jakiegoś nieproszonego gościa, nie wiem, czy to osy, czy pszczoły, ale co rusz coś wlatuje. A jak nie mogą wlecieć, to kopulują z moimi świeżo mytymi szybami, zostawiając na nich jakieś klejkie placki. Pornografia, psiakostka :)
Jak leciałam na kijki, dałam dziadkowi, u którego kupuję zawsze miętę i badylki 3 zł, bo w zeszłym tygodniu lało, wiało i sama brałam kwiaty, dopiero w domu zauważyłam, że zamiast jednego bukietu astrów wzięłam dwa, ale mi sie już nie chciało w ulewę na Manhattan wracać. Człowiek oczy kwadratowe zrobił i mówi, że nic nie wie i nie pamięta, ale ja wiem. Złodziejem nie jestem. Chciał mi badylki dać, ale podziękowałam, bo z kijkami nie miałam jak nieść i powiedziałam, że jak coś liczę na zniżkę. I od razu mi się lżej zrobiło na tej parszywej duszyczce.
A propos mycia okien - nie wiem, czy to wina tego, że są plastikowe, czy budów w okolicy, braku firanek, ale wciąż widzę brud. I Mama Klary też na to narzeka. A w pracy kumpela mówi, że w Matki Boskiej Zielnej okna myła, bo... teściowa miała wpaść z wizytą.... :) Moja teściowa to słodka nie była, kawał wtrącacza się, ale na czystość nigdy mi nie zwracała uwagi. Może dlatego, że większej bałaganiary jak ona to ze świecą można było szukać. Sama się nie zhańbiła sprzątaniem, robiła takie cyrki, że albo ja sprzątałam, albo szwagier brał kobietę do sprzątania... Panikę w oczach miałam, jak przyjeżdżała Ciocia moja, Mamy Siostra, bo ta i pod wannę zajrzała, czy tam kurzu nie ma, ale... bywała tak rzadko, że nie było źle...
I uświadomiłam sobie, że nigdy w życiu nikt mi okien nie umył!!!! Eksa odganiałam, bo jak widziałam, jak umył okna u Teściowej, to mi serce pękło. Przetarł i olał... Brudne były czystsze, jak po jego myciu :D Też metoda... A chłopcom nigdy nie pozwalałam, choć się kłócili (umieją myć okna, myli w pracy i gdzie indziej), bo bałam się, że wypadną. Po tym, jak wleźli na parapet na zewnątrz, pacholęciami będąc, do dziś wrzeszczę, jak zbliżają się do barierki balkonu i mam odruch wymiotny :) Więc pozostaje mi się modlić, żebym dawała radę myć te pieprzone okna, bo na usługę mnie nie stać... :)

Cicho, spokojnie, chmurzy się, pachnie powidłami...
Sobota.
Jedno, czego mi żal, że nie mogę dziś być w Londynie. Jest Notting Hill Carnival i od lat marzę, żeby to na żywo zobaczyć. :)
Takie marzenie z tych niespełnionych nigdy...
I takie trzeba mieć :D


piątek, 22 sierpnia 2014

Again

na listku bobkowym dumnie spoczęłam. Po nocy, podczas której przeżyłam wybuch atomowy i inne cuda wianki zerwalam się raźno rankiem (otworzywszy balkon, żeby nawdychać się świeżego, rześkiego powietrza, temperatura oscylowała koło siedmiu stopni i aż chcialo się żyć. Więc wziąwszy kąpiel poleciałam na Manhattan, zahaczając o ogrodnika i Rossmanna i leząc apiać do Lidla. Jak do Lidla lazłam, to co ja paczę??





Ciepło już było, wręcz gorąco i ochrona najnowszego biurowca w mojej wiosce jakąś lekturą się na ławeczce zajmowała, wygrzewając kosteczki w słońcu. Dobrze, że banku tu nie ma, ale przecież i banki ochraniają takie "ochrony"... Oj tam, oj tam, co warta złotówka?? ;)
Z Lidla wróciwszy nastawiłam powidła dla Postmana, com mu je obiecała




inaugurując tym samym sezon jesieni i zapraw....
Lodówkę umyłam.
Do dentysty polecialam.
W poczekalni dostałam SMS, że mam lecieć na słodkie do pracy, ale szczerze mówiąc nie za bardzo mi się chciało, więc odpisalam, że kibluję u zębologa w kolejce. Prawdę napisałam i choć poszło w miarę szybko, nie chciało mi się już jechać, bo nie wiadomo, czy jeszcze pracowali na cukrzycę, czy wrócili do pakowania i do pracy.
Zatem wpadłam do domu, rosołku pojadłam, powidełka (MLASK, bez cukru, choć Postman Maruda jękolił "mało cukru daj, pliiizzzz", ha, nie zna moich powideł, nie wie, że czarodziejską starodawną sztuczką są słodkie, ale bezcukrowe :P) , piekąc cyc indorzy w zalewie śliwkowej rzuciłam się do mycia okien. Ojapierdolę.
Umyłam wszystkie.
Chapeau bas :)
I wzdechłam, że zdycham, ale oj tam, oj tam, trza być kwardym, a nie miętkim. Ogarnęłam balkon :)






bajzel tam był nieziemski, liście, kłaki, pióra, wywalając zeżarte przez mszyce, sadząc wrzosy i wiatraczek :)
Kupiłam sobie, a co, kto bogatemu zabroni?? :)
Balkon też dopominał się o sprzątanie, winobluszcz o cięcie i tak zeszło.
A potem (się śmierdzi, wiem, wiem), tu musnęłam

(nie czepiamy się kabla, to zmora KB, a taki mój design), inaugurując jesień dynią hokkaido...
i włażąc na listek bobkowy.
Juterko się coś wymyśli.
Ma padać, ale zobaczymy.
I tak piątek mi minął, choć mam wrażenie, że to sobota :D
Zatem sobota będzie niedzielą.

Coraz mniej brak mi ludzi. A może coraz więcej?? Nie wiem.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Time to say goodbye

Przychodzi taki czas.
Smutno.
Boję się nowego, jak zawsze. Nie musi być źle, będzie na pewno inaczej. Zobaczymy. Wiem, że stracę spokój, będę z ludźmi, nie wiem, jak to się poukłada, zawsze mogę aparaty wyłączyć, ale się już do nich przyzwyczailam.
Zobaczymy.
Na zawsze zostanie w moich wspomnieniach ten dom, bo spędzilam tu cztery lata, jedne z najpiękniejszych w pracowym  życiu.


I mój pokoik. Kwiaty wybujały przez te cztery lata, ale ich nie przesadziłam. Nie wiem, jak zniosą przeprowadzkę, ani czy będzie im służył klimat nowego miejsca (zdaje sie, że tam klimatyzacja będzie). Nie będzie już pokoiku tylko dla nich...



Mój pracowy dobytek zmieścił się, po segregacji, w jednym kartonie, bo... nic nie gromadzę. Ludzie mają po kilkanaście, a co makulatury wywaliliśmy, to ojapierdolę...
I nie do wiary, jak puste może być dziennikarskie biurko :)  Aż żal serce ściska...
No nic, coś się kończy, coś zaczyna...

Przesiadam się i co ja paczę?? Na skrzyżowaniu "18"... Dziś wyjątkowo nie nadjechała "2", ale "10", no ale co jest z tą "18"?? W sumie były dwie, bo druga jechała w przeciwną stronę :)
Napad miałam po czytaniu książki kucharskiej, więc wlazłam do "mojego" rzeźnika. Była ta sama dziewoja i było jeszcze salami. Poprosiłam, poznała mnie i rzekła: znowu salami??? A ja na to: fazę mam, w ciąży jestem... A kobiałka: niemożliwe. A ja: o in vitro pani nie słyszała?? Już nic nie rzekła :) Melodię zaś miałam na polędwiczki i że jeszcze był stragan, kupiłam śliwki i... Ledwo się do domu dowlokłam, bo parę rzeczy zabrałam do domu  z pracy, a i koleżanka podrzuciła mi cudnej urody i smaku pomidorki ze swojego ogródka, MLASK :)
I polędwiczki wytarzałam w musztardzie z Guinnessem (mam taką od Słonka) pomieszanej z miodem, obsmażyłam na oleju i wpieprzyłam w śliwkowy - hmm??? - miąższcz?? Bo powidła to jeszcze nie były. I udusiłam w tychże śliwkach, doprawiając pieprzem i solą himalajską. Niebo w gębusi. Jako że sos śliwkowy został, jutro spróbuję w to wrzucić schab.
Dentysta jutro i może wlecę na pożegnalne słodkości do pracy. A potem będę ogarniała rzeczywistość do wtroku, we wtorek muszę badyle przetransportować. No i Umarlaki. Zobaczymy, jak się pouklada.

Balkon też się prosi o pańską rękę, a nadwyrężyłam tę chorą pakując... Wszystko leży i kwiczy, a mi jest żal...

Nikomu nie żal pięknych kobiet, co zamiast serca mają głaz...
Nie żebym piękna była :D

środa, 20 sierpnia 2014

Ukradzione

ale genialne

Zwyczaj przepuszczania kobiet w drzwiach wywodzi się z prehistorii,
w ten sposób sprawdzano, czy w jaskini nie ma niedźwiedzi...

Od trzech

dni mam stałe uczucie deja vu. Wychodzę z pracy o różnych godzinach, nigdy o tej samej porze. Dojeżdżam do skrzyżowania, gdzie mam przesiadkę i co ja paczę?? Stoi "18", która jak wiadomo mi nie pasuje. Stoi długo, bo tak ma światła do skrętu. Co jedzie za "18"? "Dwójka", a jakże... I tak dzień w dzień, a przecież to różne pory, więc WTF?? Gdzie reszta numerów???
Znak??

Wczoraj lecę alejką i co ja paczę? U "mojego" rzeźnika mają promocję salami z oliwkami. Uwielbiam, przepadam, dam się posiekać za nie. Czasem bywa w P &P, ale drogie. Włażę więc, patrzę na ladę i ni widu, ni dudu salami. Pytam ekspedientkę, a ta paczy na mnie jak na oślizgłego robaka i mówi: pani lubi oliwki?? A ja na to, że mogę jeść na okrągło i pytam, gdzie to salami, bo potykacz stoi jak wół... Z wielką niechęcią pogrzebała w stercie różnych salami w ladzie chłodniczej i biorąc moje salami (tak, to było TO salami) rzekła: a ja nienawidzę oliwek. I wykrzywiła się okrutnie. Zapytała: co pani z tym zrobi?? Zamurowało mnie na amen. Spojrzałam spode łba i mówię; kotki przy śmietniku nakarmię. A ona: ale to drogie jest. A ja na to: wiem, ale zaszaleję, co mi tam... Ona: kotki nie zjedzą. Spokojnie odrzekłam: zjedzą, zastosuję chwyt marketingowy, wszystko zjedzą... Facet za mną pokładał się ze śmiechu, a panienka niechętnie odkroiła mi to salami i nie, tego się nie da opowiedzieć :D

Mieliśmy wczoraj zamknąć książkę i co?? No co??  Może zamkniemy jutro... Dlaczego?? Ano, wstęo nie jest gotowy. I tytuł. Boss myśli nad tytułem.
Ojapierdolę.
No nic, kocham swoją pracę, a co kocham, to pierdolę.
Jeszcze jeden dzień i koniec tych śmieci.
Muszę się spakować i od wtorku przenosimy się na łono korporacyjne.
Nie jestem zachwycona, ale innej pracy szukała nie będę, bo nie warto.

Sen miałam. Dziwny. Sen nie sen, jawa nie jawa. Cofnęłam się w czasie i znów byłam z Eksem, my młodzi i piękni, a jakże, przystojna z niego była bestia, dzieci były jednak dorosłe już. I co się okazało?? Że na wszystko jest lekarstwo i będziemy żyli długo i szczęśliwie. Kiedyś jedna z Psiapsiółek Teściowej zapytała mnie, co bym zrobiła... Odpowiedziałam, że nie wiem. Ale perspektywa, nie ukrywam, kusząca... Szkoda, że to tylko sen, ale nie można mieć wszystkiego. Można mieć marzenia, nieprawdaż?? :)

Nic nie dało pochowanie wszystkiego do lodówki i wynoszenie śmieci co dzień. Wyciągnęłam odkurzacz. Na razie prowadzą, ale oj poczekamy, poczekamy :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Niech mnie

ktoś zabije, błagam. Sama nie mam siły.
Już nie mogę.
Starość nie radość.
Dziś po samych schodach walnęłam 6 tysięcy kroków.
Powinnam być jak trzcinka, a jestem jak kolubryna.
Niech ktoś zrobi dobry uczynek i mnie zabije.
Wkład Bossa w książkę:
- Stara Jędzo, prosimy.
- Dlaczego po "z nr." jest kropka?
- Bo czytamy: z numeru...
- Ale dlaczego?
- Bo taka jest reguła. Mogę napisac z nr. albo z nru...
- To już niech zostanie kropka. Ale i tak ludzie będą myśleli, że to błąd. Ja bym napisał bez kropki...
- I dlatego ja korekcę, nie Boss... :)
Obie panie redaktorki tłumaczyły mu, że kropkę kazała wstawić pani korektorka.
Niewierny Tomasz, nie uwierzył.
On jeszcze nie wie, jaki skarb ma.
Dziś cały dzień pisał wstępniak. Na jedną stronę. Dostanę jutro rano...
Ojapierdolę, niech mnie ktoś zabije. Zamknęłam książkę w dwa dni, plus standardowo gazetkę ukochaną.
Jutro druga gazetka (o, powieść mogę napisać o piszących ową, ale siły nie mam), z której nawet 1/3 nie jest gotowa.
Niech mnie ktoś, do jasnej cholery zabije. Szybko. Bezboleśnie.
Please....


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Długi weekend

przeleciał super. Cynober o dziwo wleciał, jak obiecał i przegadaliśmy cały dzień, Moja opowieść to proza życia, jego skrzyżowanie układu zamkniętego z Jamesem Bondem. Aż czasami trudno to ogarnąć. Najważniejsze, że jego ojciec wydobrzał, a widząc go wtedy na OIOM straciłam wszelką nadzieję. Podziwiam tych, co walczyć chcą. Ja nie chcę. Choć sam Cynober przyznał, że był moment, kiedy go to wszystko przerosło. Ale... ma znajomości i rodzina ma kasę. Wyciągnięcie ojca z choroby kosztowało ich 25 tysięcy. A on był przekonany, że "to wszystko na Fundusz" :) O święta naiwności. No i znajomości ma nie byle jakie. Osobiście nie mam opcji, więc kapituluję jak coś na starcie. Nikt nie będzie płakał i ja też nie.
Dowiedziałam się również, że zmarła wdowa po Cynoberze, tak ją nazywaliśmy. To była jego pierwsza kwatera w wiosce, a ona zawsze pytała o niego, lata po tym, jak się wyprowadzil.
Jak nagle odchodzą ludzie...
A z weselszych rzeczy


kotecka dorwaliśmy na spacerze na Dębinie... Na piwko się nie załapał, ale jak się wyspał, to przywlókł ciałko




na naszą ławeczkę, a Cynober go dopieszczał. Potem, jak odholowałam go na autobus też dorwał jakiegoś kocurka na pieszczotki. Twierdził, że domowy, bo miał obrożę przeciwpchelną, ale nie miałam nawet ajfonika, więc dupa :)

Zabalowaliśmy co nieco

na szczęście nie doszło do rękoczynów z użyciem ostrego narzędzia :) Choć trzy winiacze padły, ale co to na takiego chłopa, jak Cynober i taką alkoholiczkę jak ja :)
Umówiliśmy się na zaś, ale co wyjdzie - nie wiadomo.

A dziś wrrrrrrrrrrrrrrrrr............
Koleżanka nie tak dawno awansowała na zastępczynię. W ogóle na początku, zanim ją poznałam, wydawało się, że do rany przyłóż, a się zagoi. Trochę trwało, zanim rozgryzłam, ale za stary ze mnie wróbel na takie plewy. Jak coś potrzebuje, to jestem Jędzuleńką, jak nic nie trzeba, to Jędzą. A wyrachowana, że ojapierdolę. I dziś w całym młynie zamykaniowym, kiedy nikt nic nie wie, wszyscy marzą o gwałcie, iskry idą, pierze się sypie, wkracza ona do mnie i oznajmia, że zgodnie z procedurami blablabla... Procedury procedurami, ale opierdalałam się dwa tygodnie, wyjąc z nudów i błagając i pracę na prawo i lewo, żeby dziś dowiedzieć się, że do jutra mam ogarnąć książkę??? WTF?? Poszłam do Bossa, a ten, jak w tej srającej piramidce zachowuje się tak, jakby nie wiedział, jak to działa. "Skoro było już w druku, jest OK, w czym problem".... Powiedziałam, że nie mam czasu i wyszłam. W wolnej chwili zajrzałam do "bezproblemu" i okazało się, że "już wydrukowane", ale nie po moim oku, nasza firma, ale inna gałąź, roi się od błędów. Więc działo się; jak to możliwe i co jest grane...
Mnie już to nie rusza. Mam wszystko na piśmie, na taśmie, na wydruku. Asekuruję dupę. Bo błędy, drodzy państwo, to nie wina korekty, ale chochlików drukarskich i takich oburzonych pań redaktorek.
Oj tam, oj tam :)
Uczciwie przepracowałam 10 godzin, o 18 rzuciłam tę brudną robotę i wzięłam się za węgiel, znaczy się, poszłam do domu.
Bo na oczy nie widziałam i przeżyłam dzień o 2 herbatach, pomidorze i malinach, na więcej czasu nie starczyło.
Pętla w wiosce ma ten urok, że ma 3 przejazdy kolejowe. Kiedyś były tu takie drewniane schody, obecnie ich nie ma, bo... się rozpadły ze starości. Zatem albo można przełazić przed spuszczonymi szlabanami, albo iść naokoło, zależnie co jest otwarte, albo kiblować. I dziś na szlabanie utknął elektrowóz ze składem towarowym. A że wszystkie rzeczone przejazdy są remontowane, przekopywane, zielskiem zarosłe i inne takie tam, działo się... Ludzie wózki z dziećmi przenosili po rozjechanym błocie przed stojącą, jakby ją wmurowało lokomotywą. Maszynista, nieboże, na pewno nic nie widział!!! Lało, i tylko dlatego foty nie ma, bo bałam się, że szlag ajfoniczka trafi... O siebie też się bałam, że ruszy, wyląduję na wózeczku, więc.... Poszłam naokoło, przeczekałam jeszcze jeden jadący InterCity na innym przejściu. A koło pętli towarowy wrastał, zakwitał, a tłum gęstniał.
Zahaczając o dentystę, w ulewie dotarłam do domu i teraz czekam, aż się wypiernie, powieszę i spadam spać.
Dobrze, że zimno jest.
Zmarzłam lekuchno :)
Kocham zimno :)



piątek, 15 sierpnia 2014

Planowałam

pospać. Planowałam. Jak idę do pracy, rano jest szaroburo i nie budzi mnie nic. Jak nie idę, słońce wstaje w pełnej krasie, o 6 całując mnie w oczy i grzejąc jak na Majorce. Nie umiem spać przy zamkniętym balkonie, więc nic nie broni mu dostępu, posłanie mam tak ustawione, innej opcji nie ma. Zatem pobudka o 6 :) I już nie zasnę. Troszkę się pobawiłam w łóżku (elektroniką, nie, nie wibratorem, żeby nie było), kąpiel, śniadanie, upolowanie Inżyniera, bo gadzina zamilkła, no i zabieram się za robienie obiadu.
Pogoda jak na razie OK, więc mam nadzieję, że uda mi się P. wywlec w plener :)
Sny okropne miałam. Całą noc męczyłam się w rodzinnym domu, będąc mną nie mną, moim ojcem i mną jednocześnie, ratując walące się ściany (a dom był stary, stareńki, nieremontowany od lat, mieszkaliśmy w szkole i w ostatnich latach w pokoju między ścianą a sufitem była taka wyrwa, że encyklopedię można było spokojnie włożyć, dziw, że na łeb to nie runęło...), a wokół kręcili się moi chlopcy, maleńcy. W międzyczasie mój dom zmieniał się w mieszkanie teściowej, tam gdzie i my mieszkaliśmy na górze, mieszkanie-niemieszkanie, pałacem to było i w tym wszystkim mój szwagier kladący teściową, zasuszoną jak mumia, zawinietą w becik, na stole... Odchodziła. Gdy naprawdę odchodziła, nie pożegnałam się z nią, nie dlatego, że nie chciałam, ale dlatego że rzeczywistość jest jaka jest. Traktowałam ją jak matkę, ona mnie jak pasierbicę. Bywa. Nie mam żalu. Ona chyba miała. Nie spełniłam jej nadziei tak do końca. Wzięłam z niej przykład. Zawsze tłumaczyła mi, że wybrała stronę dzieci. Ja też. Choć okoliczności były inne, wbrew pozorom mianownik był wspólny. Coś za coś. Płacę za to wysoką cenę, ale to mój wybór. I nieładnie, że mnie prześladuje... Bo wie przecież wszystko już...
Koszmar, sen mara, ale... Nie lubię. To z tych rzeczy, która będzie za mną chodziła cały dzień. Uczucie podświadomego lęku i zagrożenia i nawet słońce tego nie rozprasza.
No nic. Może będzie dobrze, a właściwie być dobrze musi.
Idę polować.
Na owocówki.
Masakra...

Matki Boskiej Zielnej dziś. Dla mnie to zawsze była cezura. Dzień, w którym zaczyna umierać lato, niezależnie od tego, jak długo jeszcze będzie ciepło. Ale lubię ten dzień. Jest obietnicą spełnienia...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Szybko

mijają chwile...
Już ostatni tydzień na starych śmieciach, zamkniemy wszystko i wyprowadzka na nowe. Będzie jak w korporacji, karty zegarowe. Nie widzi mi się to, ale cóż. Za dobra praca, poradzę sobie i z tym.
Od poniedziałku do czwartku będzie się działo, bo wszystko w polu, a za drzwiami nasiadówki.
Normalka...
Rano poleciałam na Manhattan, bo jutro ma wlecieć P. Nazbierało się nam gadania, bo ostatnio widzieliśmy się, jak byłam z nim u jego Taty w szpitalu. To dziwna znajomość, z jeszcze dziwniejszymi zakrętami. Poznaliśmy się wieki temu, a jakże, w Internecie. Na lanczacie. Lanczat to kiedyś był szał ciał - osiedlowy czat zaraz u zarania neta na moim osiedlu, czyli dawno, dawno temu. Gawędzimy sobie na lanczacie i gość pyta, kim jestem. Mówię, że matką Inżyniera, są prawie rówieśnikami i też znają się z lanczatu, a gość za Chiny Ludowe w to nie wierzył. Uwierzył, jak zobaczył i zostaliśmy... hmm... Przyjaciółmi, ale to taka zakręcona przyjaźń, że ojapierdolę. Długo by pisać, a nie wszystko chcę opisywać :)  W każdym razie mamy wspólny krąg znajomych, i Sikora go zna, i Baran, i KB wiele z nim przeszedł. Jednym podpadł więcej, innym mniej, ale ja jestem wierna. W sensie, że buntuję się, pyskuję, boję, ale... jakiś sentyment mam. No co ja za to mogę?? Sama też normalna nie jestem, więc oj tam, oj tam... Szkoda, że jest jak jest, bo to idealny kompan do włóczęg i szlajania się, może cały dzień łazić. Może, ale nie łazi.
Torebką go przez łeb, torebką i nie bać się, że odda.
Numery umie walić.
Chciał kiedyś kupić mieszkanie i zabierał mnie na wizje lokalne.
W jednym z mieszkań developerka mówi: i co pana mama na to, a on ogarnia mnie ramieniem i mówi do mnie: kochanie, podyskutujemy o tym w domu, dobrze?? Kobiałka mało nie zemdlała. I było widać panikę w jej oczach. To jego stały numer, mówić do mnie "kochanie" w sytuacjach niesytuacyjnych.
Już się przyzwyczaiłam.
Pogoda ma być nietenteges, więc jak nic nie wyjdzie z włóczęgi, pogadamy w domu.
Ma jedną zaletę: umie też słuchać.
Chociaż pogięty jest i dobrze, że Inżynier zabrał magnetowid, ominie mnie ogladanie taśmy z Philem :)
***
Wychodzę z pracy dziś troszkę później, a wioska jak marzenie, jak sen...

Przed 18 w przedweekendowy dzień nie ma prawa tak być na tym rondzie, a jednak. Uroki lata... :) Zero spalin prawie i chce się żyć.
Poleciałam więc do Chlebaka, stamtąd mam autobus do domu, a tam...



... szedł burz od mojej chaupki, ale szedł i dojść nie mógł.... :)

A potem Sikorka zostawiła fotkę lepszego profilu Princessy Dobrawy,

która już zaniedługo zamelduje się w całej okazałości (prawda, jak błyskawicznie przeleciało??).

W autobusie wpadłam na teściową KB, potem dotarłam do domu i...
Kiedyś co rusz miałam w szparze unijnej listy do Mariusza Kamińskiego (walić ochronę danych osobowych). Pracowicie odsyłałam, wizytę policji szukającej onego zaliczyłam. Dziś kolejny list do niego. Aczkolwiek znam osoby o tym nazwisku, Mariusza żadnego. Do mieszkania wprowadziłam się jeszcze na placu budowy i nigdy tu takiego osobnika ani nie było, ani nie meldowałam. Dzisiejsze pismo jest z jakiejś firmy egzekwującej zadłużenie. Oczywiście, odeślę. Ale nie wiem, czy nie powinnam się bać.
Boję się.
Jak nie sraczka, to przemarsz wojsk radzieckich.
Dziś czytałam nową listę produktów rolnych objętych embargiem.
Zawodowo.
Szczawiu i mirabelek na niej nie ma.
Znaczy się, jabłka, banany i inne kapusty i cebulę mają, a szczawiu i mirabelek nie??
To jak oni będą żyć??
Jesień nadchodzi. Szarawo już. A jeszcze nie tak dawno do 22 było jasno...
Ale są gorsze zmartwienia jak to.
Chociaż... Marzy mi się lato z temperaturami góra 20 stopni i dniami trwającymi do 22 przez cały rok ;)
Marzenie ściętej głowy, co nie?? :)
Wyśpię się jutro. Nigdzie nie muszę lecieć, nawet na Manhattan. Lubię takie dni :D

środa, 13 sierpnia 2014

Umówiona

byłam do dentysty o 21, bo nie wiedzialam, kiedy skończę pracę. Z lekkim poślizgiem wlazłam, a wychodziłam o.... 22.30, szczerząc się jak głupia. Pani doktor powiedziała, że jestem idealną pacjentką. Tja, żeby mnie jeszcze za pół ceny leczyła, byłaby idealnym doktorem :) Bo jest znakomita i tyle w temacie.
Wyjątkowo (odpukać) spokojny miesiąc w pracy.
A jako że mnie Stardust zawstydziła, kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę i latam te 10 tys. kroków co dzień. Z rana to jeszcze nie problem, później kombinuję, żeby cień był, zresztą zabójcze upały poszły w siną dal i jest zwyczajnie gorąco. Za to nocą jest 12 stopni i to chłodne, nocne sierpniowe powietrze, pachnące mieszanką lata i jesieni, która już nadciąga... Są dynie, astry, wrzosy i CHOLERA JASNA, owocówki :) Nie mam nic na wierzchu oprócz pomidorów, bo te z lodówki są niesmaczne, a nie wiem nigdy, czy dostanę dobre w ciągu dnia, więc kupuję na zapas. I owocówki, kurde, są. Znów wyciągnę odkurzacz i będę je eksterminować, jak Gestapo i SS razem wzięte. Najgorsze, że nie chce mi się co dzień wynosić śmieci, bo mikro ich, a poza tym nie wyniosę idąc na przystanek, bo... no właśnie, dodatkowy klucz i nie mam jak umyć rąk... Nie pojadę do miasta po śmietniku, wiem, każdy swoją fobię ma.
Ale wracając do łażenia, lezę naprawdę spory kawał, bo 35 minut do przystanku, potem tramwaj i z pętli do domu 20 minut. I co?? W sumie jestem w domu prawie tak samo, jakbym całą drogę jechała, a niekiedy nawet szybciej  - czas kiedy lezę, to czas stracony na przystankach w oczekiwaniu na bimbę czy autobus. A wcale - mimo wakacji - tak rzadko nie jeżdżą, bo mam do wyboru kilka numerów.
Chudnąć nie schudnę, ale czuję się lepiej, o wiele lepiej.
Więc jeśli nie będę miała nic do dźwigania (kilogram jest teraz dla mnie zabójczym ciężarem, sporo swoich mam do dźwigania) i nie będzie lało - łażę.
W ostatniej Polityce bardzo fajny artykuł o tym, jak starość staje się pojęciem względnym. Podpisuję się obiema ręcami.
Mimo mojego jojczenia na stare lata wiem, że mam łeb otwarty (co nie znaczy, że pusty) i wiem więcej od niejednego młodzika. Wbrew marudzeniu doceniam się i dziękuję co poniektórym pocieszycielom, zwłaszcza temu na B. za ciepłe słowa.
Mieć "tamtą" urodę i "ten" rozum i te aparaty na dokładkę, nie to ruskie badziewie.
No nie, mogłabym przypadkowo zostać żoną Putina, a wtedy drżyjcie narody ;)

niedziela, 10 sierpnia 2014

I po randce

Hmmm... Burza przeszła bokiem, ale i tak nie zmieniam zdania. Tylko co ja się będę kłocić, skoro i tak nie mogę pewnych rzeczy przeskoczyć?? Życie... Mieszkanie pokazał, ładnie mają, mają sporo schowków, które co prawda kradną im przestrzeń, ale które można zagospodarować. Powiedziałam tylko raz: zrobiłabym półeczki i od razu był dąs. Więc zamilknę, nie mój cyrk, nie moje pchły. Sama miałam bajzel zawsze, bo wszystko było z łapanki, niedostosowane, bo nie było nic innego w sklepie, albo dostawaliśmy od kogoś, bo groszem też nie śmierdzieliśmy. Teraz miałam luksus zrobienia po swojemu i mam co chcę. Olać.
Nie jest warte mego zdrowia.
Nie, że nie chce, ale co będę robić, jak ich po 13 godzin nie będzie w domu?? W Sroczym Zaułku też ich nie było i przeżyłam. No ale, że Barana miałam. I taka tam gadka. Niech będzie, zobaczymy, co czas przyniesie.
Kupiłam podpórkę pod nadgarstek i mówię Inżynierowi, żeby pomyślał o czymś takim, bo jego też dopadnie, dopadnie większość pracujących na komputerach. Nie, bo nie. No to nie.
I tak wygląda dialog pokoleń :)
Ale z drugiej strony nawet jak nie miał neta to się meldował, więc pluć na darmo też nie będę.
Jest jak jest.
Ciemno się robi już, pewno jakiś burz idzie, bo głowa mnie boli i mokrzuteńka jestem. Wczoraj łaziło wkoło, ale się nie wyburzyło.
Zapomniałam o mleku i wracając z marketu chciałam wejść do Stokrotki, a tu masz, remont.
Więc polazłam dziś do Lidla, bo grzybek musi mieć mleko i ten spacer mnie dobił (a to rzut beretem), więc niedzielę przegarowałam :)
Poszłam na głupią stronę o iluminatach i z braku czegoś lepszego do roboty wysłuchałam wywiadu. I... tak jak unikam polityki i spiskowej teorii dziejów, masonów, iluminatów i innych cudów wianków, to, co mówił gość w wywiadzie w świetle tego, co się dzieje na Bliskim Wschodzie ma ręce i nogi.
Zapisać w kajeciku: nie słuchać, nie czytać, nie myśleć.
Co ma być, będzie.
Jak powiedział Mistrz Yoda: Strach jest ścieżką na ciemną stronę. Strach prowadzi do gniewu, gniew prowadzi do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia. Racja.
Sny miałam kolorowe i odlotowe. Jechałam z kimś busem wśród pół i na tle sielskim, anielskim, białej chatki i maków wyjechał oddział husarii tak kolorowy, że oczy bolały :) Wciąż mam ten widok pod powiekami i nie wiem, dobry to znak, czy zły, ale sen był piękny :)




Pachnie deszczem, takim gorącym, letnim. Ulewą...
Spokój niedzielnego wieczora...
Niech trwa...

sobota, 9 sierpnia 2014

Randka

będzie jutro, bo Inżynier dziś pracujący. Zameldował się wczoraj na Face Time, wprawiając starą matkę w popłoch, bo wciąż mi się wszystko plącze przy obsłudze tego ustrojstwa. Nie ma letko, trzeba się wciąż uczyć. I nie był szczególnie zachwycony faktem, że wybieram się na cały miesiąc do UK. Tak jakbym do niego jechała. Jak się wkurwię, to nawet go nie odwiedzę, przesiedzę wszystko u Barana. Biedny Baran :) Oddycham w torebkę i staram się nie zaogniać sytuacji. Dlaczego moi chłopcy mają tak głupie dziewuchy?? Dlaczego mam pokutować za to, że one nie mają dobrych stosunków ze swoimi matkami?? Nic od nich nie chcę, już nawet nie ma opcji "zaprzyjaźnię się z dziewczyną mojego syna, będę idealną teściową", wali mnie to, oddaję im chłopaków z dobrodziejstwem inwentarza, ale nie tak miało być. Dlaczego mam się dostosowywać i ustępować, a one nie muszą??? Przecież nawet nie proszę o herbatę, bo wiem, że jej nie lubią robić. Sama sobie też umiem zaparzyć. Sprzątam po sobie, nie krytykuję ich gospodarstwa, nie wymagam asysty, na spacery chodzę sama, potrafię też sama sobą się zająć. Co jeszcze, kurwa, mogę zrobić?? Żeby było śmieszniej, Sikora jest Eks Inżyniera i nie ukrywam, że jest dla mnie Córką. Tak samo dobre stosunki mam z niedoszłą Pierworodnego, choć widziałyśmy się kilka razy w życiu (zamiejscowa była) i odnalazłyśmy na NK. Więc co takiego niehalo jest we mnie?? WTF?? No nic, zobaczymy :P Tak się zastanawiam, dlaczego Baranowi moje towarzystwo nie zawadza, przecież nie jest tak, że we wszystkim się zgadzamy i z dzióbków sobie jemy. Może mniej się teraz kłócimy, jak kiedyś, ale były momenty wojen światowych i jakoś minęło. A z moimi chłopcami jak ze zgniłym jajem, uśmiecham się, mówię że OK, a tu masz, zawsze jakaś cipa wylezie...
Poranny rajd manhattanowo-lidlowy zaliczony i jak zwykle o tej porze roku, ocipieć można. Wszystko wrzeszczy kup mnie, kup mnie, smaczne jestem, zobacz, jak pachnę. Problem tylko w tym, że żeby wszystko zjeść musiałabym kupować jak ten krasnoludek w kawale: kroplę benzyny i kichnięcie w oponkę. Jak proszę o jednego buraka (bo dorodny jest, w sam raz na porcję soku), to patrzą na mnie jak na idiotkę. Jak kupię kilogram, to zanim skonsumuje, zaczyna pleśnieć. I tak z każdą rzeczą jest. A że teraz tydzień już pracujący i jak wracam, nie ma opcji kupna na targu, a w marketach nie cierpię, to szamotanina trwa.
Kto nałożył jakieś embargo na cytryny??
Na targu cytryny już po 11 zł za kg. A jeszcze niedawno oscylowały w granicach 6 zł. Myślę sobie, kupię w Biedronce. Idę do Biedronki, ładuję cytryny do woreczka, na oko, tak jak zawsze, jeszcze woreczki śniadaniowe i pruję do kasy. W rączce dycha. Pani kasuje mnie i rzecze 15,22. Ojapierdole. Zapłaciłam, bo nie lubię dyskusji i patrzę na rachunek i co ja paczę?? Cytryny po 12 zł... No nie, ze złota je robią, czy co?? Nie przypominam sobie, żeby cytryny były kiedyś takie drogie, więc ani chybi jakieś embargo albo inna zaraza cytrynowa jest. Przerzucamy się zatem na kompocik, bo taniej wychodzi ;) Ale cytryn używam też do płukania włosów. Bądź tu mądra.
Oblukałam podkładki pod mysz i chyba się wybiorę do marketu dla idiotów, do pracy sobie kupię taką za niecałą dychę (nie wiem, może mi się uda podkładkę służbową wydębić, powinno wchodzić w zakres), do domu taką lepszą. Muszę zacząć dbac o moje ręce, bo nie odczuwa się ich przydatności, póki nie odpadną. Tak samo z palcami, wydaje się, że kciuk czy inny do niczego nam, a jak odpada to dopiero jest balanga :D
Człowiek jest jednak doskonale zbudowany i każdy kawałek człowieka jest potrzebny.
No, może poza kością ogonową, ale ta z kolei zbita potrafi dać do wiwatu. Wiem, co mówię :D
Idę walczyć z upałem, nie ma tak, że wygra :) Nie ze Starą Jędzą :D

piątek, 8 sierpnia 2014

Mądrze

prawi Stardust, polać jej :) Niby taka oblatana jestem, ale mi się nie chciało, a mądra rzecze, wyguglaj rehabilitację. Poguglałam. Babcia Ania doradzała lasery i inne bajery, ale użeranie się z polską służbą zdrowia to nie na moje nerwy. Prędzej zejdę z tego padołu łez, jak ją pokonam. Opaska na łokieć za droga, a opinie różne - jednym pomaga, innym nie. Wywalić ponad stówę na coś, co może nie pomóc??? O nie, serce by mi pękło. Googluje sobie rehabilitację i co ja paczę?? Zalecają rozciągać gumkę recepturkę. No ja myślę, głupich szukają. Rano ścielę łóżko i jak myślicie, co leży na kanapie?? Na czym spałam?? Na gumce recepturce. Skąd się skubana wzięła na kanapie, Miśki jedne wiedzą, włoszczyzny nie kupowałam, przeważnie włoszczyzna jest ściągana gumką. No ale leży sobie i animrumra, znaczy się, znak jakiś. Czary mary. Ubrałam się, zgarnęłam torebkę, ajfonika i gumkę, i lecę. Na dole zakładam ją na palce, co mi szkodzi idąc naciągać?? "Adieu zatoko snów, goodbye riviero marzeń..." drze się Geppertowa, a mi łapa powoli odpada. Ale bolą mięśnie, które nie bolały, to dobry znak. I grzebiąc w odmętach pamięci przypomniałam sobie, jak po urodzeniu Pierworodnego miałam tak ostry atak zapalenia stawów, że wykręciło mi dłoń, a bezlitosny szwagier ortopeda powiedział: im więcej boli, tym więcej musisz ruszać, tylko ruch eliminuje ból i zapalenie. Poruszałam więc do granic wytrzymałości i potem gumeczkę sruuu do kieszonki. I tak parę razy w ciągu dnia, co mi się przypomniało, to sruuu gumeczkę :)
W pracy jaja jak brylanty, bo Boss szuka nowego chwytliwego hasła na okładkę  Nie, żeby stare nie było OK, ale on ma ideę. Widać, że nie ma co robić, ale mniejsza o to. Zagonił mnie do burzy mózgów, ale wielkiej pociechy ze mnie dziś nie miał, bo mi się wszystko kojarzyło z seksem. No co, wolno mi :) Ostatecznie nie wiadomo, jakie hasło "pójdzie", zobaczę po wydrukowaniu :D
Lecąc do domu przypomniałam sobie, że mam kupić końską maść. W rehabilitacji zalecają okład mrożonkami, ale akurat tylu mrożonek teraz nie jem, żeby się nimi okładać, a kapiąca woda na moje panele - o nie... Więc kupiłam końską maść oziębiającą, posmarowałam się, zjadłam obiadek, wzięłam się za sprzątanie (a co, porządnieję, jutro tylko zakupy, a potem weekend jak powinien być - leniwy), rączka trochę pobolewała, ale coraz mniej.
Mam nadzieję, że uda mi się ten łokieć przechytrzyć i niech żyje gumka recepturka :) Taka gimnastyka jest super, bo nawet nie absorbuje czasu, można gumkę rozciągać praktycznie w każdej sytuacji, nawet w czasie seksu :) I mam nadzieję, że nie będę musiała zrezygnować z kompika, bo dla mnie to równoznaczne z utratą pracy i całego smaku życia.
Próbowałam też zgodnie z poradami wziąć myszkę w lewą rękę, ale niestety, jak w życiu mogę robić lewą ręką to, co robię prawą, tak przy myszce nie ma opcji. Szło mi jeszcze gorzej niż wtedy, gdy pierwszy raz miałam myszkę w ręku. A w mojej pracy liczy się szybkość i precyzja, bardzo łatwo coś "wyciąć" i przekręcić. Tak więc pozostaje mi tylko prawa ręka, z masturbacji mogę zrezygnować, z kompika nigdy.

Przepraszam, ale dziś mi się naprawdę wszystko z seksem kojarzy.
I to nie na zasadzie głodnemu chleb na myśli, bo... :) No dobra :)

PS Platfusa mam. Poprzecznego, nie podłużnego. Od tego bolał mnie staw biodrowy tak, że zdiagnozowałam u siebie raka. Szwagier mądrala zalecił wkładkę do butów. Wychodziłam z założenia, że śmiech na sali, takie nic ma pomóc?? Pomogło nie wiadomo kiedy. Zatem dam szansę gumce recepturce :) Próbowałam kurczyć dłoń bez gumki, ale nawet moja uparta głowa czuje różnicę.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Windows

umyte :) Nie wytrzymałam. Robiąc śniadanie i latając rano do łazienki, wciąż widziałam ochlapane okna. Po pracy otwieram drzwi, roletki do połowy spuszczone i co ja paczę?? Syf na szybach (a ponoć niedowidzę). Więc obiadek, pół godzinki dla słoninki, godzinka pracy i tadam, okienka jak malina. Balkon odpuściłam, tam się tak nie świni, deszcz nie dociera na szyby. A co sobie będę żałowała mycia okien? Cieszę się, że jeszcze mogę, mimo tego cholernego łokcia.
Jak się rano obudzę i nie będzie mnie bolał, to znaczy że umarłam :)
Jednak praca w Auschwitz miała jedną zaletę - leciałam do niej na piechotę co dzień ładny kawałek. Teraz mam takie połączenie, że na piechotę mi się nie chce, ale nie ma zmiłuj. Myślałam, że to daleko, a to nawet 10 tys. kroków nie jest :D Muszę przetrenować opcję na piechotę do nowej siedziby, wydaje mi się, że będę szybciej jak tramwajami. Szkopuł tylko, że po drodze jest wiadukt przy wjeździe do miasta i tam chodnik o kant dupy potłuc i takim wiaduktem w smrodzie spalin to niehalo. No nic, zobaczymy, coś obmyślę.
Bo chodzić muszę, mimo upału, bo w drzwi się nie zmieszczę.
Jest dodatkowa praca i OK, bo praca jest pracą, a nie siedzeniem. To lubię.
Dziś wracając przez Manhattan co ja paczę?? Brzoskwinie po 2 zł, śliwki po 1,60. Grzech nie kupić. Wiem, żadnych zapraw, ale ugotowałam sobie kompocik i właśnie w lodówce się chłodzi. Zamiast lodów, zdrowsze. Nie jadłam takiego kompotu misz masz od wieków, chyba ostatni raz gotowałam jak dzieci były w szkole średniej. A to całkiem smaczne jest. Nie widzę sensu zaprawiania, bo zimą i tak wolę herbatkę, ale w sezonie dlaczego nie?
Wracam do smaków dzieciństwa.
Do zapachów dzieciństwa.
Do życia jak za dawnych lat, kiedy cykl wyznaczała przyroda. Nigdy już nie znajdę smaku jabłek z dzieciństwa, trzymanych na szafie w pokoju, które kończyły się wczesną wiosną...
SKS.
Staję się sentymentalna :D
A dziś w tramwaju, z rana, kobieta jakieś 25 lat ustąpiła mi miejsca. Wkurzyło mnie to, ale... głupio odmawiać, jak ktoś się stara :)
A byłam wyjątkowo wypoczęta, wyspana, bez bagaży i grzebałam pazurem w ajfoniczku, i wydawało mi się, że trzymam się OK.
Pora umierać :) Takie próchno już ze mnie...

Inżynier ma już neta. W sobotę randka. Chyba będę jednak żółć wylewała :>

środa, 6 sierpnia 2014

Dorobiłam się

na stare lata.
Łokcia tenisisty.
A co, od przybytku głowa nie boli. Dobiłam się, of course, szaleństwem z namowy Barana, ale co tam :)

Ponieważ z leczeniem tegoż jest jak z leczeniem kataru, dam sobie siana.
Ponoć po roku mija.
Mam go już circa od miesiąca.
Będzie wesoło.

A dziś zastanawiałam, się, czy jestem w pełni wladz umysłowych. Czytam ja i czytam i nijak nie mogę zrozumieć. Takie kwiatki :)
Maszyny napędzane energią elektryczną są na szpilkowane różnymi układami.
WTF??
Chodziło o naszpikowanie. I to piszą ludzie słyszący... Ojapierdolę.

Inny kwiatek:

W rozsiewaczach zaczepianych posów taśmy realizowany jest także eklektycznie... :)

Bądź tu mądry i rób dzieci.
Po długim namyśle stwierdziłam, że chyba biega o to,  że w rozsiewaczach zaczepianych taśma posuwa się dzięki energii elektrycznej.

W całym tekście było co rusz eklektyczne...

W technice to jestem kompletnym lajkonikiem i naprawdę mam trudności ze zrozumieniem tekstu ;)

Aby do 14 sierpnia :)

I 5 km dziś przeszłam, mimo upału, bo pracę skończyłam o 11. Zaczynało się zebranie, więc perspektyw na zajęcie dla mnie nie było.
Kocham moją pracę miłością wielką jak cały świat :)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Podpisze

Cyrograf.
Wchodzę, akurat niesie sobie na talerzyku dwa pomidorki.
Smacznego - mówię.
Dziękuję - odrzekł.
Ależ Boss pięknie opalony - westchnęłam głęboko.
Nieprawdaż?? - odrzekł.
Wzdech, wydech, oddech, pąs, oczka w dół, buzia w ciup, rączki w małdrzyk (wiem, wiem, dzidzia piernik).
I wyłuszczyłam z czym do władzy.
Spojrzał spode łba.
Westchnął.
Spojrzał znów.
Westchnął.
Podpiszę pani ten urlop - rzekł.
Skoczyłam. Miałam ochotę go w łysinkę pocałować, ale się powstrzymałam.
To najpiękniejszy prezent urodzinowy od Pana dostałam - morda mi się śmiała, gdy to mówiłam.
A, to dzisiaj - i już chciał gratulować.
Nie, nie jeszcze daleko - odrzekłam - ale prezent jest.
I tyle mnie widzieli :)

A Baran, gupol jeden, się cieszy :)
Nie ma z czego :>

 W Auschwitz musiałabym odegrać rolę Piotra Skargi, a i tak by mi nie podpisali.
I na tym polega różnica między Firmą a Auschwitz.
Auschwitz jest firmą polską, rodzinną.
Firma jest niemiecka.
 Prezes rozmawia z ogółem przez tłumacza.
Nigdy nie uwierzyłabym, że dobrze będę się czuła pracując dla Niemca.
Moja rodzina się chyba w grobie przewraca.
A Baran już może żałuje??
Kto wie :P

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Zabawiłam

1,5 godziny, z tego pół godziny na pierdołach. Rękawów sobie nie powyrywałam, choć mało brakowało, bo wszędzie klamki, a mam fruwającą bluzę. Już raz sobie tak pół koszuli udarłam i musiałam badziew kupic, żeby do domu wrócić, bo nic innego w okolicy nie było :)  Bossa tez nie było, przynajmniej do chwili, gdy wychodziłam po angielsku, więc dalej nie wiem. Będzie wesoło, bo przed Matki Boskiej Zielnej zamykamy "rzeźbiony" dodatek, więc ojapierdolę. Ale nie będę się przejmowała, bo nie warto.
Ten tydzień będzie jeszcze w miarę.
Całą drogę do domu męczyło mnie mycie okien, bo znów są brudne jak te świnie nieskrobane, ale wszedłszy do domu nie podciągnęłam roletek i mi przeszło. I znakomicie :)
A na obiad wypichciłam sobie ze znalezionego w necie przepisu

taki cudo wianek z cukinii, kalarepki, marchewki i batata, uduszonych z ziołami i czosnkiem. Kocham takie wynalazki miłością wielką jak cały świat i to jedna z zalet bycia singlem, nikt nie marudzi "co za gówno dajesz na obiad". Dzieci nie marudziły nigdy, jadły bez animrumrania, choć niektórych rzeczy nie tykały, ale Eks! Obiad obowiązkowo musiał być mięsny, najlepiej schabowy, kurczak miał tylko pały, a mielone to była obraza majestatu. Zupełnie nie liczył się z finansami, bo mamusia zawsze miała schabowe. Miała, ale nie gotowała, wszystko kwitło w zamrażarce, a jak już ugotowała, to klękajcie narody.
Zatem jak singiel z odzysku jem to, co mi fantazja podyktuje i bardzo sobie to chwalę :D
I klucz do śmietnika znów zgubiłam, ale dobra dusza znalazła i oddała. Pechowy jest ten klucz, no ale zamykane mamy śmietniki, żeby nam obcy śmieci nie podrzucali. W samym śmietniku dziś syf, kiła i mogiła, dozorca na urlopie, a zastępca geniusz postawił z przodu dwa kontenery, blokując dojście do innych no i... wszyscy wysypali śmieci przed pełnymi już kontenerami. Lotto mi to, płacę za wywóz, nie za myślenie za kogoś.
Te fotki pieseczków ojaciepierdolę dwa razy na krzyż, nie wiem, czy to tylko fotki, czy już armageddon nadchodzi wielkimi krokami. Dobrze, że azyl dla mnie jest zaklepany, ale i tak strach się bać. Antropomorfizowanie zwierząt ma inną, mniej elegancką nazwę - zoofilia. Ojapierdolę, może mnie ktos dobić???

niedziela, 3 sierpnia 2014

O wyższości rzeczy prostych

Gazeta w komputerze ma swoje zalety. Leży, nie trzeba jej szukać, można czytać kiedy się chce, nawet w tramwaju. Zwykłą też można, wiadomo :) Ale... Drukowana gazeta ma wiele innych ważnych funkcji. Nie boję się wziąć jej do łazienki, do wanny, co najwyżej się zamoczy. Okna można nią umyć. Owinąć coś :) No i najważniejsze, komputerkiem nijak się nie da muchy zabić, a gazeta, jak nie ma pod ręką klapki jest niezastąpiona :)
Mam stare encyklopedie, stare, tzn. z lat 80. Jaki to wtedy był szpan i rarytas mieć w domu encyklopedię. Jak układałam książki, Kierownik Budowy doczepił się encyklopedii i mówi: wywal, po co ci to, wszystko jest w necie. Ale nie... Bo... No sentyment mam, a i ta granatowa to był prezent dla Inżyniera na komunię, więc tak jakby nie jest moja, a i... jak prąd wyłączą, czy komputer padnie, to encyklopedia na półce stoi. Fakt, niektóre hasła nieaktualne, ale co tam :)
I tak dopadła mnie dziś znienacka skleroza. Wczoraj kupowałam badylki na balkon, przecież wiem, jak się nazywają, a dziś dziura w pamięci. Wiem, że na bank na c, ale... Szukam na wujku i szukam, po obrazkach, po dziwnych hasłach, po cudach wiankach i nic. Słowo nie przychodzi i uwiera... Wkurzające. Mogę strzelić fotkę i Baranowi posłać, ale on ma dziś gości, to co będę człeka męczyć, zamknie trumnę z wielkim hukiem. Po półgodzinnej włóczędze w internecie poszłam po rozum do głowy, znaczy się po książkę o roślinach. Jest indeks? Jest :) Jedziemy przez "c" i JEST :) Celozja :) Strona 113. Oglądam fotkę, zgadza się.
Więc nie wszystko, co proste jest bezużyteczne i należy wywalić to z życia codziennego.
Wszystko ma swoje zady i walety :)

Ale rzeczy drukowane pozostaną na zawsze moją miłością, choć Internet też daje mi wiele i kompika kocham, choć mnie wkurza czasami.
Bez kompika i netu nie byłoby wielu dobrych zdarzeń w moim życiu.
Ale książka i gazeta...

Idę popatrzeć, czy gdzieś znów mucha nie lata.
Wielka była jak kobyła...

Upalna niedziela

zatem co się będę wysilała ;)

Szefowa kuchni poleca



oj tam, że nie artystycznie. Ale smacznie i bez gotowania :)