na mapę burz, Kochany Pamiętniczku, modląc się, by pieprznęło.
I ani śladu burzy, a i deszcze urywają się na granicy wioski.
Nosz, kurdemol...
A jutro ma być jeszcze goręcej.
Przymierzałam się dziś do mycia okien, bo z zewnątrz znów osrane przez muchy, ale spasowałam.
Niechcemisię.
I tak niech zostanie.
KB napierał się o spotkanie, a zamiast tego podesłał mi linka o tym, jak zmienia się świat w związku z robotyzacją. Napisałam mu, że sam z tego korzysta. Inaczej nie przysłałby mi przecież tego sznureczka.
Jeżeli negujemy wszystko i powracamy do natury, to sramy w krzaczkach i podcieramy się listeczkiem, polując na dziki maczugą i wykopując korzonki. (Maczuga i korzonki OK, ale sranie w krzaczkach? Kiedyś dawałam radę, ale teraz nie widzę opcji, skoro zgiąć się jeszcze zegnę, ale jak wstać, Kochany Pamiętniczku, nie waląc się w gówno, zwłaszcza rankiem, kiedy jestem jeszcze nierozciągnięta?). Kto wie, czy nas to nie czeka, jak rządzący zaczną się bawić swoimi zabawkami.
Nie wszystko jest piękne, OK, ale kto chciałby powrotu do przeszłości? Do prania na tarze? Do zamawiania rozmowy telefonicznej z wyprzedzeniem w centrali? Do czekania niekiedy miesiącami na list?
Rzeczy takie, jak brak kontaktu bezpośredniego z drugim człowiekiem można zniwelować, nie rezygnując z dobrodziejstw XXI wieku.
Ja tam kocham swój kompik, dzięki niemu mam też kontakt z bliskimi na co dzień, nawet kiedy cholery głaszczą mnie bez pozwolenia po łysej główce. Ale niektórym uchodzi to na sucho, a sama propozycja oberwania ścierą wprawia ich w ekstazę. I pewno orgazm mają.
Zboczeńcy jacyś kręcą się wokół mnie.
Całe życie z wariatami, ale może kiedyś uda mi się tirem przejechać. Tirówką zostanę. Zatem kciuki trzymać, co sobie mam na stare lata żałować :D
Ogólnie to wszystko się jebie, okazuje się, że i jeżdżenie do UK może przestać być taką prostą sprawą, jak dotychczas. Już za niedługo.
I to jest dopiero pojebane, a nie to, że świat opanują maszyny.
Ja tam kocham lodówkę, automat i odkurzacz też, aczkolwiek częściej jadę miotłą, jak odkurzaczem, bo mniej kłopotu z wyciąganiem.
A upały nie odpuszczają, a ja muszę w czwartek znów do pracy. Odpowiedzi w sprawie obrabowania nie dostałam, pewno pani na urlop poszła.
Ale za to nowa karta przyszła, zatem zabieram się za przepijanie kasy, a co, niech debet spłacają.
Niech wiedzą, że mieli matkę :)
poniedziałek, 31 lipca 2017
sobota, 29 lipca 2017
To była
koszmarna noc, Kochany Pamiętniczku.
Sen zwariowany, że zostaję sama w Londynie na ulicy z Alienkiem, otoczona przez postacie z Szekspirowskiego dramatu.
Szukam policjanta, znajduję i dukam: I need your help, ale z moim akcentem to mnie nie rozumie.
Sen na okrągło parę godzin, obudziłam się ze sparaliżowanymi rękami, bo Alienek już swoje waży...
I pocieszajka jest w telefonie, od Barana, a jakże, bo rano do pracy szedł, to sobie poczytał... I dalej nie wierzy. Niedowiarek jeden :P
No i jak nie czuć się pocieszona, skoro taki przystojniak o mnie pamięta? :)
On wciąż młody i piękny do dziś, a ja już jedną nogą na tamtym świecie, ale... :)
Inżynier z rana zaproponował randkę, przystałam.
Nie drążyłam, bo i po co?
Powiedział tylko, że mam nic nie słać Pierworodnemu, bo i tak roztrwonią.
Co nie jest niczym dziwnym.
Kolejny raz zgubił i paszport, i dowód. Zatem nie wyjedzie z UK, zanim nie wyrobi sobie w konsulacie, a to niemałe koszty.
Trudno, jebło to jebło, jest dorosły.
Na moje pytania odpowiadają, że jest OK.
Zatem nie drążę, bo oni nawet nie zapytają, czy u mnie OK.
Piszę, że mam wolne od 18 sierpnia i czy jej pasuje.
Łaskawie się zastanowi.
Nie będę płakała, jak się nie zastanowi.
Wnuków mi żal, ale pierdolę.
Jak bardzo nieodpowiedzialnym można być? Nie tak uczyłam.
I nie będę do końca życia płaciła za niesłuchanie moich nauk.
Tak, jestem niedojrzała.
Ale jestem odpowiedzialna, odpowiadam za swoje postępowanie i czyny.
I kolejny wkurw, bo znów nie doszła cała pensja i znów będę musiała chodzić i mówić, że to moja ciężko zarobiona kasa.
To też jest nieodpowiedzialność.
Bo przy zarobkach wierchuszki takie kwoty to na waciki, a ja akurat kasy potrzebuję.
No nic.
Jebło to jebło, dobrze, że tylko tyle...
Sen zwariowany, że zostaję sama w Londynie na ulicy z Alienkiem, otoczona przez postacie z Szekspirowskiego dramatu.
Szukam policjanta, znajduję i dukam: I need your help, ale z moim akcentem to mnie nie rozumie.
Sen na okrągło parę godzin, obudziłam się ze sparaliżowanymi rękami, bo Alienek już swoje waży...
I pocieszajka jest w telefonie, od Barana, a jakże, bo rano do pracy szedł, to sobie poczytał... I dalej nie wierzy. Niedowiarek jeden :P
No i jak nie czuć się pocieszona, skoro taki przystojniak o mnie pamięta? :)
On wciąż młody i piękny do dziś, a ja już jedną nogą na tamtym świecie, ale... :)
Inżynier z rana zaproponował randkę, przystałam.
Nie drążyłam, bo i po co?
Powiedział tylko, że mam nic nie słać Pierworodnemu, bo i tak roztrwonią.
Co nie jest niczym dziwnym.
Kolejny raz zgubił i paszport, i dowód. Zatem nie wyjedzie z UK, zanim nie wyrobi sobie w konsulacie, a to niemałe koszty.
Trudno, jebło to jebło, jest dorosły.
Na moje pytania odpowiadają, że jest OK.
Zatem nie drążę, bo oni nawet nie zapytają, czy u mnie OK.
Piszę, że mam wolne od 18 sierpnia i czy jej pasuje.
Łaskawie się zastanowi.
Nie będę płakała, jak się nie zastanowi.
Wnuków mi żal, ale pierdolę.
Jak bardzo nieodpowiedzialnym można być? Nie tak uczyłam.
I nie będę do końca życia płaciła za niesłuchanie moich nauk.
Tak, jestem niedojrzała.
Ale jestem odpowiedzialna, odpowiadam za swoje postępowanie i czyny.
I kolejny wkurw, bo znów nie doszła cała pensja i znów będę musiała chodzić i mówić, że to moja ciężko zarobiona kasa.
To też jest nieodpowiedzialność.
Bo przy zarobkach wierchuszki takie kwoty to na waciki, a ja akurat kasy potrzebuję.
No nic.
Jebło to jebło, dobrze, że tylko tyle...
piątek, 28 lipca 2017
Kurwa
mać, Kochany Pamiętniczku.
Po całości.
A tak niewinnie się zaczęło.
Znaczy się zabawiłam się w kupowanie książeczek dla Alienka, bo jak wiadomo, Alienkowi czytają namiętnie.
A książeczko to je to, co SJ lubi najbardziej.
No ale, książeczki grosze kosztują, ale wywóz do UK już niekoniecznie.
Paczka najtańsza 20 funtów.
Podpuszczam Inżyniera na sponsorowanie, ale okazuje się, że nie. Nie zasponsoruje, bo to zawrotna kwota.
Może dla mnie.
Ale dla niego?
No fakt, 20 funtów za transport kompika wziął ode mnie, ale nie wystawił rachunku za podłączenie dwóch kompików.
Baran pisał, że nie wierzy, a jednak.
Wiedziałam, że jest niehalo już po wizycie jeszcze w Sroczym Zaułku, gdy nie usłyszałam, że w szufladzie jest dla mnie 100 funtów na waciki.
Spoko, miałam swoje 100 funtów na waciki, zawsze.
I kiedy zaczęłam sama płacić za bilety na samolot, choć to dla mnie czasem była połowa pensji.
Ale nic to.
Przerabiałam to już z Pierworodnym.
Więc zacisnęłam zęby, bo co ja się będę wywnętrzała.
Ośmieliłam się tylko raz otworzyć tę mordę, mówiąc, że po co wydawać 600 funtów na jednego kota, skoro ze schroniska można dostać za darmo. Zostałam ustawiona do pionu, a koty kupiono dwa.
Cóż, nie mój cyrk, nie moje pchły.
Do mieszkania Inżyniera dołożyłam kwotę, którą spłacałam dwa lata, ale należało mu się jak psu zupa, bo było z jego książeczki mieszkaniowej.
Choć i Pierworodny, i Inżynier dali kasę na remont mieszkania tu.
W sumie Pierworodny dał, ale logicznie - gdybym i jemu oddała, to nie wiem, jakbym wyglądała, bo oni każdą kasę potrafią przepić. Inżynier ma zapowiedziane - a wiem, że dotrzyma, że wszystko, co tu ostało, będzie Pierworodnego. Wyrówna się.
Inna para kaloszy, że Pierworodny szasta na prawo i na lewo. Dostałam wypasiony komputer, ale stał u nich w zagraconym mieszkaniu, zawadzał Synowej, bo... nie mając kasy kupili lepszy, z lepszą kartą graficzną.
Ja tam z tego, co dostałam jestem zadowolona. Wydałam tylko na SSD, monitor i klawiaturę i zamiast wydawać 4 tys. mam za tysiąc nówkę nieśmiganą.
Tak jak latami miałam kompa składanego z części, które komuś z nosa spadły.
Ale nieważne.
Pierworodny wydał 6 tys. funtów na samochód, który zgnił. Prawa jazdy do dziś nie ma ani on, ani ona, choć jeszcze w PL zapłaciłam 2 tys. (a przed kilkunastoma laty to była kasa) za jego dwa kursy. I 1000 za Inżyniera. Pierworodny nie zdał żadnego egzaminu. Inżynier nawet nie przystąpił, bo mu czasu nie starczyło. Że zasłonę milczenia spuszczę na to, dlaczego.
I tak mogę ciągnąć w nieskończoność, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, jak Synowa pisze, że śpioszki dla Alienka kosztują 17 dolarów. Wydałam na komplet, wypasiony, z kotami 120 zł. I ani razu Alienkowi nie założyła. Nie był w jej guście.
Tak samo było u Pierworodnego.
Którego co roku do Wojasa wlokłam, kupując mu buty, bo w podartych przyjeżdżał do PL.
Kochany Pamiętniczku, za 2600 miesięcznie utrzymywałam cały dom.
Pierworodny co nieco dokładał, pracując, ale odbierał w naturze.
Inżynier pojechał do Erasmusa na kredyt, ale...
Napisał potem, że "żeby nie mama, nie udałoby mi się to".
Ubierałam ich w lumpeksach, gdy odeszłam od Eksa, ale jak Pierworodny chciał, to dostawał nowe.
To, co dostałam po śmierci brata, poszło na dzieci.
To, co dostałam po Cioci, w większości też, dzięki temu Pierworodny mógł wywiać.
To, co dostałam od Wujka, dołożyłam do remontu, nie wydając na siebie ani złotówki.
Przez całe życie nie byłam na wczasach, nie licząc kolonii i wczasów z rodzicami w Skorzęcinie.
Co jeszcze, kurwa, muszę zrobić, żeby nie czuć się winna.
Inżynier dziś powiedział mi, że ma jak ja: licznik w głowie, za co płacić najpierw.
Pomaga Pierworodnemu. Co doceniam, ale mówię mu: po co? Latami płaciłam za brata, który zarabiał 3 razy tyle co ja. Ostatniego dnia, odchodząc ode mnie, wyrwał mi ostatnie 10 zł z portfela, mówiąc: niedługo oddam Ci wszystko.
Oddał. Faktycznie.
Kurwa mać.
No i kurwa, gdzie mają swoje drugie połówki?
Synowej od Inżyniera lecą licówki, a to w UK ruina. Mówię, że mam dobrego i niedrogiego dentystę. Nie bo nie. Mówię, że dołożę 100 ft, nie bo nie, porozmawiamy w weekend. Miała okropne zęby, moje to były perełki. To akurat rozumiem. Ale... Gdzie gwarancja dwuletnia z PL? Dlaczego o to nie walczą? Jak polecałam moją dentystkę, sprowadzili mnie do gleby. Koty kosztują więcej jak te licówki. I koty to był jej pomysł. Dlaczego Inżynier ma za to płacić?
(Tu naraziłam się wszystkim wielbicielom kotów i innych sierściuchów. W dupie to mam. Nie miałam zwierząt w życiu, bo mnie nie stać na to. I dlatego, kurwa, śpię sama, nikt się do mnie nie przytula, chyba że Anielkę albo Patryczka do wyra wciągnę. Ale ten model tak ma, jest sam). I dobrze mu tak :p
A ja lata całe zasłaniałam usta ręką, bo płaciłam za dentystę dla nich, a sama się wstydziłam ubytków. Eks ma zęby jak stal. A o swoje zadbałam dopiero w 2010.
I tak wszystko jest popierdolone.
Cokolwiek nie powiem, jestem zła.
Do szpiku kości.
Bo sprowadzam wszystko do pieniędzy.
Bo tak, kurwa, pieniądz rządzi światem.
I dlatego wciąż pracuję, bo wiem, że nikt nie ma na dokładanie do mnie, żebym sobie na hamaczku nóżką kiwała,
Inżynier podsumował, że nikt nie mówi, że dla mamy nie ma miejsca.
Prawda jest taka, że nie ma.
Nie mogę spać w livingu na kanapie, bo to dla wszystkich krępujące.
Ano.
Zwłaszcza dla mnie, bo jak spać bez szczęki?
Jeszcze do tego nie dorosłam i mam traumę z dzieciństwa.
Nie warto żyć, Kochany Pamiętniczku, bo kurwa, po co?
Inżynier posumował mnie: zachowuje się mama jak nastolatka.
Myślałam, że serce zawsze trzeba mieć młode.
Moje umarło.
Idę się upić.
Może przesadzę i się uda.
Wspominajcie mnie dobrze, albo wcale.
Po całości.
A tak niewinnie się zaczęło.
Znaczy się zabawiłam się w kupowanie książeczek dla Alienka, bo jak wiadomo, Alienkowi czytają namiętnie.
A książeczko to je to, co SJ lubi najbardziej.
No ale, książeczki grosze kosztują, ale wywóz do UK już niekoniecznie.
Paczka najtańsza 20 funtów.
Podpuszczam Inżyniera na sponsorowanie, ale okazuje się, że nie. Nie zasponsoruje, bo to zawrotna kwota.
Może dla mnie.
Ale dla niego?
No fakt, 20 funtów za transport kompika wziął ode mnie, ale nie wystawił rachunku za podłączenie dwóch kompików.
Baran pisał, że nie wierzy, a jednak.
Wiedziałam, że jest niehalo już po wizycie jeszcze w Sroczym Zaułku, gdy nie usłyszałam, że w szufladzie jest dla mnie 100 funtów na waciki.
Spoko, miałam swoje 100 funtów na waciki, zawsze.
I kiedy zaczęłam sama płacić za bilety na samolot, choć to dla mnie czasem była połowa pensji.
Ale nic to.
Przerabiałam to już z Pierworodnym.
Więc zacisnęłam zęby, bo co ja się będę wywnętrzała.
Ośmieliłam się tylko raz otworzyć tę mordę, mówiąc, że po co wydawać 600 funtów na jednego kota, skoro ze schroniska można dostać za darmo. Zostałam ustawiona do pionu, a koty kupiono dwa.
Cóż, nie mój cyrk, nie moje pchły.
Do mieszkania Inżyniera dołożyłam kwotę, którą spłacałam dwa lata, ale należało mu się jak psu zupa, bo było z jego książeczki mieszkaniowej.
Choć i Pierworodny, i Inżynier dali kasę na remont mieszkania tu.
W sumie Pierworodny dał, ale logicznie - gdybym i jemu oddała, to nie wiem, jakbym wyglądała, bo oni każdą kasę potrafią przepić. Inżynier ma zapowiedziane - a wiem, że dotrzyma, że wszystko, co tu ostało, będzie Pierworodnego. Wyrówna się.
Inna para kaloszy, że Pierworodny szasta na prawo i na lewo. Dostałam wypasiony komputer, ale stał u nich w zagraconym mieszkaniu, zawadzał Synowej, bo... nie mając kasy kupili lepszy, z lepszą kartą graficzną.
Ja tam z tego, co dostałam jestem zadowolona. Wydałam tylko na SSD, monitor i klawiaturę i zamiast wydawać 4 tys. mam za tysiąc nówkę nieśmiganą.
Tak jak latami miałam kompa składanego z części, które komuś z nosa spadły.
Ale nieważne.
Pierworodny wydał 6 tys. funtów na samochód, który zgnił. Prawa jazdy do dziś nie ma ani on, ani ona, choć jeszcze w PL zapłaciłam 2 tys. (a przed kilkunastoma laty to była kasa) za jego dwa kursy. I 1000 za Inżyniera. Pierworodny nie zdał żadnego egzaminu. Inżynier nawet nie przystąpił, bo mu czasu nie starczyło. Że zasłonę milczenia spuszczę na to, dlaczego.
I tak mogę ciągnąć w nieskończoność, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, jak Synowa pisze, że śpioszki dla Alienka kosztują 17 dolarów. Wydałam na komplet, wypasiony, z kotami 120 zł. I ani razu Alienkowi nie założyła. Nie był w jej guście.
Tak samo było u Pierworodnego.
Którego co roku do Wojasa wlokłam, kupując mu buty, bo w podartych przyjeżdżał do PL.
Kochany Pamiętniczku, za 2600 miesięcznie utrzymywałam cały dom.
Pierworodny co nieco dokładał, pracując, ale odbierał w naturze.
Inżynier pojechał do Erasmusa na kredyt, ale...
Napisał potem, że "żeby nie mama, nie udałoby mi się to".
Ubierałam ich w lumpeksach, gdy odeszłam od Eksa, ale jak Pierworodny chciał, to dostawał nowe.
To, co dostałam po śmierci brata, poszło na dzieci.
To, co dostałam po Cioci, w większości też, dzięki temu Pierworodny mógł wywiać.
To, co dostałam od Wujka, dołożyłam do remontu, nie wydając na siebie ani złotówki.
Przez całe życie nie byłam na wczasach, nie licząc kolonii i wczasów z rodzicami w Skorzęcinie.
Co jeszcze, kurwa, muszę zrobić, żeby nie czuć się winna.
Inżynier dziś powiedział mi, że ma jak ja: licznik w głowie, za co płacić najpierw.
Pomaga Pierworodnemu. Co doceniam, ale mówię mu: po co? Latami płaciłam za brata, który zarabiał 3 razy tyle co ja. Ostatniego dnia, odchodząc ode mnie, wyrwał mi ostatnie 10 zł z portfela, mówiąc: niedługo oddam Ci wszystko.
Oddał. Faktycznie.
Kurwa mać.
No i kurwa, gdzie mają swoje drugie połówki?
Synowej od Inżyniera lecą licówki, a to w UK ruina. Mówię, że mam dobrego i niedrogiego dentystę. Nie bo nie. Mówię, że dołożę 100 ft, nie bo nie, porozmawiamy w weekend. Miała okropne zęby, moje to były perełki. To akurat rozumiem. Ale... Gdzie gwarancja dwuletnia z PL? Dlaczego o to nie walczą? Jak polecałam moją dentystkę, sprowadzili mnie do gleby. Koty kosztują więcej jak te licówki. I koty to był jej pomysł. Dlaczego Inżynier ma za to płacić?
(Tu naraziłam się wszystkim wielbicielom kotów i innych sierściuchów. W dupie to mam. Nie miałam zwierząt w życiu, bo mnie nie stać na to. I dlatego, kurwa, śpię sama, nikt się do mnie nie przytula, chyba że Anielkę albo Patryczka do wyra wciągnę. Ale ten model tak ma, jest sam). I dobrze mu tak :p
A ja lata całe zasłaniałam usta ręką, bo płaciłam za dentystę dla nich, a sama się wstydziłam ubytków. Eks ma zęby jak stal. A o swoje zadbałam dopiero w 2010.
I tak wszystko jest popierdolone.
Cokolwiek nie powiem, jestem zła.
Do szpiku kości.
Bo sprowadzam wszystko do pieniędzy.
Bo tak, kurwa, pieniądz rządzi światem.
I dlatego wciąż pracuję, bo wiem, że nikt nie ma na dokładanie do mnie, żebym sobie na hamaczku nóżką kiwała,
Inżynier podsumował, że nikt nie mówi, że dla mamy nie ma miejsca.
Prawda jest taka, że nie ma.
Nie mogę spać w livingu na kanapie, bo to dla wszystkich krępujące.
Ano.
Zwłaszcza dla mnie, bo jak spać bez szczęki?
Jeszcze do tego nie dorosłam i mam traumę z dzieciństwa.
Nie warto żyć, Kochany Pamiętniczku, bo kurwa, po co?
Inżynier posumował mnie: zachowuje się mama jak nastolatka.
Myślałam, że serce zawsze trzeba mieć młode.
Moje umarło.
Idę się upić.
Może przesadzę i się uda.
Wspominajcie mnie dobrze, albo wcale.
środa, 26 lipca 2017
Chińskie
przysłowie, a raczej przekleństwo, mówi, Kochany Pamiętniczku: obyś żył w ciekawych czasach.
Na mnie padło.
Zamknęłam ukochaną gazetkę, w szaleńczych okolicznościach, bo i warzywka doskoczyły znienacka, a tam robi się jeszcze większy bajzel.
A już były demonstracje. A mnie serce bolało, bo wiedziałam, że jak nie pójdę chociaż raz, to będę pluła co dzień na lusterko, a nie lubię go myć...
I bach, po gazetkach spadło na mnie
do przeczytania.
Oczywiście, nie mam nic do redaktora, bo on rolnik, nie wydawca.
Ani do profesorów, bo kto tam widzi, czy jest jedno ii czy dwa w łacińskiej nazwie.
Więc i piątek spędziłam na dłubaninie, ale ogarnąwszy znienacka wszystko rzekłam dość, że mam życie osobiste, tym bardziej, że działo się coraz więcej.
Więc zabrawszy na nowo druknięte do domu plus indeks, który okazał się leżący i kwiczący pomaszerowałam do domu, lewa, prawa, lewa, prawa...
I pojechałam wieczorem pod operę.
Ciepło mi się na sercu robiło, bo widać było, kto tam tupta, jak na dłoni.
I tak sobie tam szukam miejsca na przystanięcie, gdy wtem...
Ojaciepierdolę :)
Na murku siedzi...
Grażynka, nie Grażynka?
Czasem komentuje moje posty. Znalazła mnie na fejsiku, kiedy zawiesiłam działalność na kołku i molestowała :)
I tak kwitniemy w znajomych tamże, ale realnie nigdy się nie spotkałyśmy, choć mieszkamy w tej samej wiosce.
Ona mnie też od razu poznała :)
A więc FB łączy ludzi, a co :)
I tak razem przetrwałyśmy demonstrację, po czym ja zwiałam z prędkością światła, albowiem mój ostatni autobus za chwilę odjeżdżał, a potem już tylko nocne, a te co pół godziny jeżdżą i nie z tego przystanku, musiałabym kurcgalopkiem lecieć kilometr, a nazajutrz roboty po kokardkę i kucyki miałam.
I laurka dla Grażynki, bo była na WSZYSTKICH łańcuchach światła.
Dzielna kobieta.
Ja nie. Bo w sobotę ugrzęzłam w robalach, a w niedzielę siedziałam nad nimi 13 godzin non stop.
Na oczy już nie widziałam i klęłam, na czym świat stoi.
Ale cóż, zależy mi na kasie, bo tak. Bo jestem taką zasraną materialistką.
Taki life :)
Ale z Grażynką się spotkam na kawie, jak tylko mi się zluzuje, bo jest fantastyczna :)
Internet łączy ludzi, FB takoż i nie damy sobie w kaszę pluć :)
A sama impreza, tu w wiosce, była pod hasłem: porzundek zaś ale musi być. Ani jednego kwiatka pod operą nie zadeptano. I nie był to wiec taki, jak parasolkowy. Był inny. Bezpartyjny. Spokojny. Stonowany. Było widać, że ludzie, którzy mówią ze sceny wiedzą, co mówią. Że chodzi o Polskę, nie o żadną partię. I wiersze były, pisane przed laty, ale jakże tragicznie pasujące do okoliczności. I ludzie wokół rozumiejący, co się mówi.
Te chwile. Niezapomniane.
I te 10 minut ciszy, ze światełkami w rękach. To nie chodziło o PiS, o PO, o Nowoczesną.
To chodziło o nas, nasze dzieci, nasze wnuki.
Jestem dumna z mojej wioski, mimo że powstańcy z niej nie zdobyli dworca, bo nie mieli peronówek.
I hymn śpiewałam, fałszując, jak to ja, ale ze szczerego serca. Bo kocham mój kraj i na pohybel wszystkim popierdoleńcom.
Nieważne, kto rządzi, niech rządzi mądrze i sprawiedliwie.
I dlatego mówię nie.
A dziś (bo dopiero dziś znalazłam chwilę) wysłałam kartkę
Nie była na tej manifie, na której taki piękny napis ułożono, trudno. To wszystko przez tę pracę, bo jednak stara jestem i tak zmęczona wracam, że nie pójdę stać, bo nie chcę do szpitala na noszach. A jeszcze na dokładkę upały takie, że nogi mam jak dwa słupy do podpierania dupy, gdzie te pęcinki smukłe, ach gdzie :)
A i wokół na co dzień dzieje się :)
Bandyci atakują znienacka :)
Mało, że muszę robale opracowywać, to jeszcze mnie w domu nawiedzają.
Psy samochodami się rozbijają, kto im dał prawo jazdy?
W Biedronce szatan zamieszkał na stałe i mnie na złą drogę sprowadza.
A Synowa myślała, że zaniedbuję bandę dwojga, ale nie
Bo na nią czeka cały karton. A jeszcze znów mnie w PEPCO nie skasowali za kręgle. Ja to mam farta, co nie? Śmiałam się do pani, że muszę tu częściej zakupy robić, to się dorobię :P
A na Manhattanie już się jesień zaczyna...
Mieszkam w porządnym bloku, co nie?
Upływa szybko życie...
Jak potok mija czas...
W międzyczasie, 22 lipca Mała Wiedźma skończyła siedem lat.
Za niedługo ją dorwę.
Za miesiąc.
Za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas...
Na mnie padło.
Zamknęłam ukochaną gazetkę, w szaleńczych okolicznościach, bo i warzywka doskoczyły znienacka, a tam robi się jeszcze większy bajzel.
A już były demonstracje. A mnie serce bolało, bo wiedziałam, że jak nie pójdę chociaż raz, to będę pluła co dzień na lusterko, a nie lubię go myć...
I bach, po gazetkach spadło na mnie
do przeczytania.
Oczywiście, nie mam nic do redaktora, bo on rolnik, nie wydawca.
Ani do profesorów, bo kto tam widzi, czy jest jedno ii czy dwa w łacińskiej nazwie.
Więc i piątek spędziłam na dłubaninie, ale ogarnąwszy znienacka wszystko rzekłam dość, że mam życie osobiste, tym bardziej, że działo się coraz więcej.
Więc zabrawszy na nowo druknięte do domu plus indeks, który okazał się leżący i kwiczący pomaszerowałam do domu, lewa, prawa, lewa, prawa...
I pojechałam wieczorem pod operę.
Ciepło mi się na sercu robiło, bo widać było, kto tam tupta, jak na dłoni.
I tak sobie tam szukam miejsca na przystanięcie, gdy wtem...
Ojaciepierdolę :)
Na murku siedzi...
Grażynka, nie Grażynka?
Czasem komentuje moje posty. Znalazła mnie na fejsiku, kiedy zawiesiłam działalność na kołku i molestowała :)
I tak kwitniemy w znajomych tamże, ale realnie nigdy się nie spotkałyśmy, choć mieszkamy w tej samej wiosce.
Ona mnie też od razu poznała :)
A więc FB łączy ludzi, a co :)
I tak razem przetrwałyśmy demonstrację, po czym ja zwiałam z prędkością światła, albowiem mój ostatni autobus za chwilę odjeżdżał, a potem już tylko nocne, a te co pół godziny jeżdżą i nie z tego przystanku, musiałabym kurcgalopkiem lecieć kilometr, a nazajutrz roboty po kokardkę i kucyki miałam.
I laurka dla Grażynki, bo była na WSZYSTKICH łańcuchach światła.
Dzielna kobieta.
Ja nie. Bo w sobotę ugrzęzłam w robalach, a w niedzielę siedziałam nad nimi 13 godzin non stop.
Na oczy już nie widziałam i klęłam, na czym świat stoi.
Ale cóż, zależy mi na kasie, bo tak. Bo jestem taką zasraną materialistką.
Taki life :)
Ale z Grażynką się spotkam na kawie, jak tylko mi się zluzuje, bo jest fantastyczna :)
Internet łączy ludzi, FB takoż i nie damy sobie w kaszę pluć :)
A sama impreza, tu w wiosce, była pod hasłem: porzundek zaś ale musi być. Ani jednego kwiatka pod operą nie zadeptano. I nie był to wiec taki, jak parasolkowy. Był inny. Bezpartyjny. Spokojny. Stonowany. Było widać, że ludzie, którzy mówią ze sceny wiedzą, co mówią. Że chodzi o Polskę, nie o żadną partię. I wiersze były, pisane przed laty, ale jakże tragicznie pasujące do okoliczności. I ludzie wokół rozumiejący, co się mówi.
Te chwile. Niezapomniane.
I te 10 minut ciszy, ze światełkami w rękach. To nie chodziło o PiS, o PO, o Nowoczesną.
To chodziło o nas, nasze dzieci, nasze wnuki.
Jestem dumna z mojej wioski, mimo że powstańcy z niej nie zdobyli dworca, bo nie mieli peronówek.
Nieważne, kto rządzi, niech rządzi mądrze i sprawiedliwie.
I dlatego mówię nie.
A dziś (bo dopiero dziś znalazłam chwilę) wysłałam kartkę
Nie była na tej manifie, na której taki piękny napis ułożono, trudno. To wszystko przez tę pracę, bo jednak stara jestem i tak zmęczona wracam, że nie pójdę stać, bo nie chcę do szpitala na noszach. A jeszcze na dokładkę upały takie, że nogi mam jak dwa słupy do podpierania dupy, gdzie te pęcinki smukłe, ach gdzie :)
A i wokół na co dzień dzieje się :)
Bandyci atakują znienacka :)
Mało, że muszę robale opracowywać, to jeszcze mnie w domu nawiedzają.
Psy samochodami się rozbijają, kto im dał prawo jazdy?
W Biedronce szatan zamieszkał na stałe i mnie na złą drogę sprowadza.
A Synowa myślała, że zaniedbuję bandę dwojga, ale nie
Bo na nią czeka cały karton. A jeszcze znów mnie w PEPCO nie skasowali za kręgle. Ja to mam farta, co nie? Śmiałam się do pani, że muszę tu częściej zakupy robić, to się dorobię :P
A na Manhattanie już się jesień zaczyna...
Mieszkam w porządnym bloku, co nie?
Upływa szybko życie...
Jak potok mija czas...
W międzyczasie, 22 lipca Mała Wiedźma skończyła siedem lat.
Za niedługo ją dorwę.
Za miesiąc.
Za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas...
sobota, 22 lipca 2017
Nieczynne
do odwołania, Kochany Pamiętniczku.
Nie mam czasu, za dużo się dzieje.
A ja nie mogę być obojętna, już nie.
Maciej Zembaty, Jacek Kleyff - SEJM KALEK
Za górami, za lasami
Był raz sobie kraik mały
Od lat wielu doświadczany
Najcięższymi nieszczęściami
Kraj ten wielkie miał ambicje
Licznych też obywateli
Ale wszyscy mniej lub więcej
Byli w nim upośledzeni
Najróżniejsze typy kalectw
Były reprezentowane
Więc nikt rządzić prężnie krajem
Nie mógł, no bo nie był w stanie
Niemniej jednak powołano
Tam ustawodawcze ciało
Ciało to funkcjonowało
Poświęcało się obradom
Ława niemych, ława głuchych
Było w sejmie ław niemało
A Marszałkiem został ślepy
Z marszałkowską białą lagą
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Już marszałek sejmu kalek
uroczyście wszedł na salę
Strasznie brzęczą mu medale
lecz się nie przejmuje wcale
Maca laską krok po kroku
Osiem dioptrii w każdym oku
Okulary ma schowane
bo dziś będzie głosowane
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Wstaje jeden z krótszą nogą
(delegują go kulawi)
On interpelację nową
Izbie dzisiaj ma przedstawić
W interesie społeczeństwa
i dla dobra ogólnego
po wnikliwej konsultacji
aż do szczebla lokalnego
Z dniem trzeciego października
ma dekretem prawomocnym
w trotuarach i chodnikach
być co druga płyta wyższa
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Patrzą ślepi zadziwieni
Zaraz będą mówić niemi
W ławach wrzawa wnet wybucha
Głusi nadstawiają ucha
Na mównicę wszedł niemowa
z wnioskiem o wolności słowa
Dyskusja się zawiązała
kiedy zabrał głos jąkała
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Przedstawiciel paranoi
wstał, nikogo się nie boi
Będzie chyba całkiem szczery
gdyż przy sobie ma papiery
A na głowie ma czapeczkę
w lewej ręce trzyma teczkę
A na włosach ma wstążeczkę
a na ustach ma piosneczkę:
O jedności w społeczeństwie
żeby jedność była wszędzie
Bo w jedności tylko siła
Żeby tylko jedna była
Jedna świnia, jedna krowa
jedna dupa, jedna głowa
"Teraz będzie głosowane!"
Siadł i puścił z pyska pianę
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Przestraszony psychopatą
na estradę wbiegł marszałek
ślepy, potknął się o paproć
oczywiście bez patrzałek
"Kto jest za? Kto się wstrzymuje?"
Maca brailem po pulpicie
Tydzień obrad, obrad tydzień
"Kto przeciw? Nie widzę!"
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Nie mam czasu, za dużo się dzieje.
A ja nie mogę być obojętna, już nie.
Maciej Zembaty, Jacek Kleyff - SEJM KALEK
Za górami, za lasami
Był raz sobie kraik mały
Od lat wielu doświadczany
Najcięższymi nieszczęściami
Kraj ten wielkie miał ambicje
Licznych też obywateli
Ale wszyscy mniej lub więcej
Byli w nim upośledzeni
Najróżniejsze typy kalectw
Były reprezentowane
Więc nikt rządzić prężnie krajem
Nie mógł, no bo nie był w stanie
Niemniej jednak powołano
Tam ustawodawcze ciało
Ciało to funkcjonowało
Poświęcało się obradom
Ława niemych, ława głuchych
Było w sejmie ław niemało
A Marszałkiem został ślepy
Z marszałkowską białą lagą
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Już marszałek sejmu kalek
uroczyście wszedł na salę
Strasznie brzęczą mu medale
lecz się nie przejmuje wcale
Maca laską krok po kroku
Osiem dioptrii w każdym oku
Okulary ma schowane
bo dziś będzie głosowane
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Wstaje jeden z krótszą nogą
(delegują go kulawi)
On interpelację nową
Izbie dzisiaj ma przedstawić
W interesie społeczeństwa
i dla dobra ogólnego
po wnikliwej konsultacji
aż do szczebla lokalnego
Z dniem trzeciego października
ma dekretem prawomocnym
w trotuarach i chodnikach
być co druga płyta wyższa
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Patrzą ślepi zadziwieni
Zaraz będą mówić niemi
W ławach wrzawa wnet wybucha
Głusi nadstawiają ucha
Na mównicę wszedł niemowa
z wnioskiem o wolności słowa
Dyskusja się zawiązała
kiedy zabrał głos jąkała
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Przedstawiciel paranoi
wstał, nikogo się nie boi
Będzie chyba całkiem szczery
gdyż przy sobie ma papiery
A na głowie ma czapeczkę
w lewej ręce trzyma teczkę
A na włosach ma wstążeczkę
a na ustach ma piosneczkę:
O jedności w społeczeństwie
żeby jedność była wszędzie
Bo w jedności tylko siła
Żeby tylko jedna była
Jedna świnia, jedna krowa
jedna dupa, jedna głowa
"Teraz będzie głosowane!"
Siadł i puścił z pyska pianę
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Przestraszony psychopatą
na estradę wbiegł marszałek
ślepy, potknął się o paproć
oczywiście bez patrzałek
"Kto jest za? Kto się wstrzymuje?"
Maca brailem po pulpicie
Tydzień obrad, obrad tydzień
"Kto przeciw? Nie widzę!"
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
sobota, 15 lipca 2017
Zła
wstałam, Kochany Pamiętniczku, bo tu nijak pospać nie można.
No ale na Manhattan musiałam, bo gość od dupomirków w tygodniu tak się szlajał, że go złapać nie mogłam, a w zeszłą sobotę niedobitki dupomirków po 10 miał.
Więc pobieżyłam, a co, klnąc...
A tam, tadam...
Oszalało, zwariowało moje serce i Barana zem z leksza wkurzyła (chyba) śląc mu fotki. Ojapierdolił ;)
Rosyjski pomidor gruszkowy kupiłam, ale są niedojrzałe i muszę czekać aż dojrzeją.
To tylko dupomirkowy stragan, oczywiście, że na innych większe jeszcze szaleństwo, ale to się sfoci następnym razem.
I wyśle :p
Wróciwszy do domu w zwątpienie i w dołek wpadłam, no bo... stanika za Chiny Ludowe odpiąć nie mogłam. A że rano namęczyłam się, zapinając go, zaczęłam się zastanawiać, co mnie na starość dopadło, bo że boli, to pikuś, ale dotąd nie miałam kłopotów z zapinaniem i odpinaniem najbardziej opornych egzemplarzy. W młodości miałam i zapinałam z przodu, potem okręcałam i wciągałam ramiączka, ale wtedy były inne staniki...
Nosz, kurde. Męczę się i męczę, jak Jagiełlo pod Grunwaldem i nagle tadam :)
Olśniło.
Założyłam go po prostu na lewą stronę.
A że były trzy haftki, to ojapierdolę :D
Ale nie wiem, czy nie powinnam się martwić, że na lewą stronę.
Stop.
Weź niepierdol :)
A potem już sobota sobotnim rytmem leciała i tak popełniłam papryki nadziewane bulgurem, zapiekane w brytfannie :)
Mlask.
I drzwi za mną chodziły.
Najpierw znalazłam te kultowe, nieodżałowane, co ocalały dzięki Zmorce (na fotce, of course, bo majster je spieprzył na amen i trzeba było wyrzucić :(
Inżynier chciał je zachować, bo wracając po spożyciu wiedział, że jest w domu, tak charakterystycznie skrzypiały (nie słyszałam skrzypu, więc mi rybka). No ale skończyły się czasy wracania po spożyciu na następne kilkanaście lat, więc trudno :P
I sprzątając dziś półki dokładnie w jednym miejscu znalazłam naszą pierwszą wizytówkę na drzwi. Biedni byliśmy, jak myszy kościelne, więc po prostu karteczka przyczepiona na starej wizytówce taśmą. A dopisałam Brzdąkwusię, bo mówiłam do niego (znaczy się do Pierworodnego), musi być na wizytówce Brzdąkwusia, bo przyjdzie kolega się pobawić i przeczyta "Barbara, Władysław" i pomyśli, że Brzdąkwusia tu nie mieszka i nie zadzwoni...
Brzdąkwusia miała miesiąc, gdy wieszałam wizytówkę...
Apartamenta miały 16 m kw.
Nie wiem, dlaczego zbieram takie pierdoły.
Może dlatego, że przypominają mi piękne chwile?
Można podziwiać artystyczny bibliotekarski druczek.
Bo na co dzień z moimi listami i notatkami do apteki chodzić trzeba. Ale umiem ładnie pisać :D
I sublokatora mam,
Rosiczka pisało na etykiecie, a mnie nie olśniło, więc kupiłam z sentymentu, bo Inżynier wyjeżdżając na obczyznę zostawił mi swoją hodowlę rosiczek, com ja wydała na wodę destylowaną, to ojapierdolę, bo tylko tym można je podlewać. W czasie remontu zmarniały i zeszły z tego świata. Jak zobaczyłam toto, coś mi nie pasowało, ale rosiczka to rosiczka. Dopiero Nadworny Ogrodnik mi uświadomił, że to nie rosiczka, tylko muchołówka. Trudno, byle muchy łapała, to będę jej wodę destylowaną kupowała :)
Inżynier prace zmienia. Przechodzi do innego działu, bo tak chciał. I dostał podwyżkę, jaką sobie zaśpiewał. Nie miał nadziei, bo musiałby to zatwierdzić w ramach wyjątku capo di tutti capi. I co? Zatwierdził :)
Jednak dobry jest, a tam cenią dobrych pracowników.
Jego podwyżka to moje dwuletnie zarobki.
Tam są inne ceny, ale wyobrażam sobie, że proszę mojego szefa chociaż o 100 zł podwyżki, chybaby mnie zabił albo co najmniej zwolnił od razu :) A wszystko drożeje niesamowicie, widzę to na straganie. Zazwyczaj zakupy zamykały mi się tam w 12-15 zł, a teraz zostawiam minimum 25. A kupuję to samo i tylko dla siebie.
No nic, nieważne, dobrze, że chociaż tam się ludziom udaje.
No ale na Manhattan musiałam, bo gość od dupomirków w tygodniu tak się szlajał, że go złapać nie mogłam, a w zeszłą sobotę niedobitki dupomirków po 10 miał.
Więc pobieżyłam, a co, klnąc...
A tam, tadam...
Oszalało, zwariowało moje serce i Barana zem z leksza wkurzyła (chyba) śląc mu fotki. Ojapierdolił ;)
Rosyjski pomidor gruszkowy kupiłam, ale są niedojrzałe i muszę czekać aż dojrzeją.
To tylko dupomirkowy stragan, oczywiście, że na innych większe jeszcze szaleństwo, ale to się sfoci następnym razem.
I wyśle :p
Wróciwszy do domu w zwątpienie i w dołek wpadłam, no bo... stanika za Chiny Ludowe odpiąć nie mogłam. A że rano namęczyłam się, zapinając go, zaczęłam się zastanawiać, co mnie na starość dopadło, bo że boli, to pikuś, ale dotąd nie miałam kłopotów z zapinaniem i odpinaniem najbardziej opornych egzemplarzy. W młodości miałam i zapinałam z przodu, potem okręcałam i wciągałam ramiączka, ale wtedy były inne staniki...
Nosz, kurde. Męczę się i męczę, jak Jagiełlo pod Grunwaldem i nagle tadam :)
Olśniło.
Założyłam go po prostu na lewą stronę.
A że były trzy haftki, to ojapierdolę :D
Ale nie wiem, czy nie powinnam się martwić, że na lewą stronę.
Stop.
Weź niepierdol :)
A potem już sobota sobotnim rytmem leciała i tak popełniłam papryki nadziewane bulgurem, zapiekane w brytfannie :)
Mlask.
I drzwi za mną chodziły.
Najpierw znalazłam te kultowe, nieodżałowane, co ocalały dzięki Zmorce (na fotce, of course, bo majster je spieprzył na amen i trzeba było wyrzucić :(
I sprzątając dziś półki dokładnie w jednym miejscu znalazłam naszą pierwszą wizytówkę na drzwi. Biedni byliśmy, jak myszy kościelne, więc po prostu karteczka przyczepiona na starej wizytówce taśmą. A dopisałam Brzdąkwusię, bo mówiłam do niego (znaczy się do Pierworodnego), musi być na wizytówce Brzdąkwusia, bo przyjdzie kolega się pobawić i przeczyta "Barbara, Władysław" i pomyśli, że Brzdąkwusia tu nie mieszka i nie zadzwoni...
Brzdąkwusia miała miesiąc, gdy wieszałam wizytówkę...
Apartamenta miały 16 m kw.
Nie wiem, dlaczego zbieram takie pierdoły.
Może dlatego, że przypominają mi piękne chwile?
Można podziwiać artystyczny bibliotekarski druczek.
Bo na co dzień z moimi listami i notatkami do apteki chodzić trzeba. Ale umiem ładnie pisać :D
I sublokatora mam,
Rosiczka pisało na etykiecie, a mnie nie olśniło, więc kupiłam z sentymentu, bo Inżynier wyjeżdżając na obczyznę zostawił mi swoją hodowlę rosiczek, com ja wydała na wodę destylowaną, to ojapierdolę, bo tylko tym można je podlewać. W czasie remontu zmarniały i zeszły z tego świata. Jak zobaczyłam toto, coś mi nie pasowało, ale rosiczka to rosiczka. Dopiero Nadworny Ogrodnik mi uświadomił, że to nie rosiczka, tylko muchołówka. Trudno, byle muchy łapała, to będę jej wodę destylowaną kupowała :)
Inżynier prace zmienia. Przechodzi do innego działu, bo tak chciał. I dostał podwyżkę, jaką sobie zaśpiewał. Nie miał nadziei, bo musiałby to zatwierdzić w ramach wyjątku capo di tutti capi. I co? Zatwierdził :)
Jednak dobry jest, a tam cenią dobrych pracowników.
Jego podwyżka to moje dwuletnie zarobki.
Tam są inne ceny, ale wyobrażam sobie, że proszę mojego szefa chociaż o 100 zł podwyżki, chybaby mnie zabił albo co najmniej zwolnił od razu :) A wszystko drożeje niesamowicie, widzę to na straganie. Zazwyczaj zakupy zamykały mi się tam w 12-15 zł, a teraz zostawiam minimum 25. A kupuję to samo i tylko dla siebie.
No nic, nieważne, dobrze, że chociaż tam się ludziom udaje.
czwartek, 13 lipca 2017
Na łeb
upadłam, Kochany Pamiętniczku.
Kupiłam dziś osiem książek dla Alienka.
No co...
Skoro mu czytają, a okazuje się, że już ma ulubione, to co będę dziecku żałowała?
Może moja biblioteka nie pójdzie na śmietnik, jak się smarkacz w książkach rozkocha tak, jak ja?
Bo szkoda by było tyle dobra wyrzucić. Pewno, że nie majątek, ale nawet sprzedając hurtem za grosze można by niezłą sumkę uzbierać.
Perełki też są, a co...
I w dołek włażę, oglądając w necie zabawki, bo Mała Wiedźma za niedługo skończy 7 lat, a jej mama pisze, że ona to tylko Little Pony.
Sęk w tym, że ona tego Little Pony ma od groma i może się okazać, że nie ma akurat najdroższego egzemplarza.
[Jednak Alienek jest (na razie) łatwiejszy w obsłudze, książki kosztowały grosze, mam taką fajną księgarnię internetową.]
Piasek plastyczny też może być. Od 70 zł w górę. A już tonę tego piasku kupiłam.
A moje dzieci się po prostu w piaskownicy bawiły i po kąpieli miałam Miami Beach w wannie, a na korytarzu plażę nad Bałtykiem.
Za darmo.
To były piękne dni :)
Staram się nie myśleć, co władza robi z tym krajem, bo zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo mam przesrane.
Nie pisać scenariuszy.
Co ma być, będzie.
Nocą miałam koszmary, ale jakoś się nie przełożyło do końca na dzień.
Sen mara, Bóg wiara.
I tego się trzymajmy...
Kupiłam dziś osiem książek dla Alienka.
No co...
Skoro mu czytają, a okazuje się, że już ma ulubione, to co będę dziecku żałowała?
Może moja biblioteka nie pójdzie na śmietnik, jak się smarkacz w książkach rozkocha tak, jak ja?
Bo szkoda by było tyle dobra wyrzucić. Pewno, że nie majątek, ale nawet sprzedając hurtem za grosze można by niezłą sumkę uzbierać.
Perełki też są, a co...
I w dołek włażę, oglądając w necie zabawki, bo Mała Wiedźma za niedługo skończy 7 lat, a jej mama pisze, że ona to tylko Little Pony.
Sęk w tym, że ona tego Little Pony ma od groma i może się okazać, że nie ma akurat najdroższego egzemplarza.
[Jednak Alienek jest (na razie) łatwiejszy w obsłudze, książki kosztowały grosze, mam taką fajną księgarnię internetową.]
Piasek plastyczny też może być. Od 70 zł w górę. A już tonę tego piasku kupiłam.
A moje dzieci się po prostu w piaskownicy bawiły i po kąpieli miałam Miami Beach w wannie, a na korytarzu plażę nad Bałtykiem.
Za darmo.
To były piękne dni :)
Staram się nie myśleć, co władza robi z tym krajem, bo zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo mam przesrane.
Nie pisać scenariuszy.
Co ma być, będzie.
Nocą miałam koszmary, ale jakoś się nie przełożyło do końca na dzień.
Sen mara, Bóg wiara.
I tego się trzymajmy...
wtorek, 11 lipca 2017
Mam
tęęęęę mooooc, Kochany Pamiętniczku, mam tęęęę mooooc :)
Zamówiłam sobie książki w piątek późnym
wieczorkiem i tadam, w poniedziałek rano już były do odebrania.
Zero to do kompletu z Blackoutem i Helisą, czyta się :)
Rzeczy, których nie wyrzuciłem to tak, jak o mnie...
I Oskara miałam przeczytać lata temu, ale się nie złożyło,
teraz był do kupienia za grosze i przeczytałam w niecałą godzinę...
Alienek też czyta
A raczej czyta mu jego tata. Czytają mu i po polsku, i po angielsku. Będzie dwujęzyczny, tak jak ekipa ze Stevenage, bo mają dziadków niekumatych i jak chcą do nich jeździć, język ojczysty muszą znać. Moje dzieci wciąż czują się Polakami, choć mieszkać mogą wszędzie, a i myślą w obcym języku, Inżynierowi się nawet po angielsku śni.
A starszaki to tak mają, korzystają z lata, niedługo zlądują. U nas też są dobre lody, a nawet rzekłabym lepsze :)
Mam też tę moc, bo udało mi się :D
Tak odwlekałam tę wizytę u dentysty, że to nieporozumienie, ale dziś nie dawało mi to spokoju. Chciałam się zapisać rano, ale było zamknięte, zatem wykorzystując wcześniejsze wyjście z pracy potuptałam po i tadam... Pani doktor od jutra ma miesiąc urlopu... Ale stwierdziła, że z tym cholerstwem będzie trudno przeżyć mi miesiąc, więc dostałam szczoteczkę-gotowiec z pastą (bo powiedziałam, że nie ma opcji, że otworzę niemytą parę godzin paszczę), fajny gadżet, ale sobie dziąsła pokaleczyłam, bo ja myję supermiękką, ale nieważne. Wylądowałam na fotelu i lżejsza o 8 dych wyszłam cała w skowronkach :) Za miesiąc na czyszczenie, to może poczekać, dziury w moście nie będzie.
Ale mam kochaną panią doktor i szczerze mówiąc, dziwię się Synowej, że do niej nie chce. Solidna jest, jeszcze mi się nigdy od niej nic nie posypało, a z zębami to ja zawsze miałam pod górkę i pod wiatr. No nic, każdy ma to, co lubi :)
Niewyspana zaś jestem, bo wczoraj zewsząd dochodziły komunikaty, że będzie piekło i szatani. I było wszędzie, tylko nie u mnie.
U mnie była burza jak koci bąk i
Ale że dalej dostawałam komunikaty, że armageddon nadchodzi, zamknęłam balkon, jako że nie słyszę burzy i jak mocno zasnę, to mi mieszkanie może zalać.
Obudziłam się w środku nocy ledwo żywa, żadnej burzy nie było, a ja się udusiłam prawie od wilgoci.
Wszyscy idą na urlop.
Nie idę ja.
A kolega dziś do mnie mówi w pracy: co pani tu robi, jak na liście ma pani wpisany urlop?
Niestety, pomylił kratki, urlop nie był mój.
Mam tę moc i praca mnie kocha.
A Inżynier zaczyna dziś 33. rok życia.
Kiedy to przeleciało?
Zamówiłam sobie książki w piątek późnym
Zero to do kompletu z Blackoutem i Helisą, czyta się :)
Rzeczy, których nie wyrzuciłem to tak, jak o mnie...
I Oskara miałam przeczytać lata temu, ale się nie złożyło,
teraz był do kupienia za grosze i przeczytałam w niecałą godzinę...
Alienek też czyta
A raczej czyta mu jego tata. Czytają mu i po polsku, i po angielsku. Będzie dwujęzyczny, tak jak ekipa ze Stevenage, bo mają dziadków niekumatych i jak chcą do nich jeździć, język ojczysty muszą znać. Moje dzieci wciąż czują się Polakami, choć mieszkać mogą wszędzie, a i myślą w obcym języku, Inżynierowi się nawet po angielsku śni.
A starszaki to tak mają, korzystają z lata, niedługo zlądują. U nas też są dobre lody, a nawet rzekłabym lepsze :)
Mam też tę moc, bo udało mi się :D
Tak odwlekałam tę wizytę u dentysty, że to nieporozumienie, ale dziś nie dawało mi to spokoju. Chciałam się zapisać rano, ale było zamknięte, zatem wykorzystując wcześniejsze wyjście z pracy potuptałam po i tadam... Pani doktor od jutra ma miesiąc urlopu... Ale stwierdziła, że z tym cholerstwem będzie trudno przeżyć mi miesiąc, więc dostałam szczoteczkę-gotowiec z pastą (bo powiedziałam, że nie ma opcji, że otworzę niemytą parę godzin paszczę), fajny gadżet, ale sobie dziąsła pokaleczyłam, bo ja myję supermiękką, ale nieważne. Wylądowałam na fotelu i lżejsza o 8 dych wyszłam cała w skowronkach :) Za miesiąc na czyszczenie, to może poczekać, dziury w moście nie będzie.
Ale mam kochaną panią doktor i szczerze mówiąc, dziwię się Synowej, że do niej nie chce. Solidna jest, jeszcze mi się nigdy od niej nic nie posypało, a z zębami to ja zawsze miałam pod górkę i pod wiatr. No nic, każdy ma to, co lubi :)
Niewyspana zaś jestem, bo wczoraj zewsząd dochodziły komunikaty, że będzie piekło i szatani. I było wszędzie, tylko nie u mnie.
U mnie była burza jak koci bąk i
Obudziłam się w środku nocy ledwo żywa, żadnej burzy nie było, a ja się udusiłam prawie od wilgoci.
Wszyscy idą na urlop.
Nie idę ja.
A kolega dziś do mnie mówi w pracy: co pani tu robi, jak na liście ma pani wpisany urlop?
Niestety, pomylił kratki, urlop nie był mój.
Mam tę moc i praca mnie kocha.
A Inżynier zaczyna dziś 33. rok życia.
Kiedy to przeleciało?
sobota, 8 lipca 2017
Znienacka
zaprosili na audiencję, Kochany Pamiętniczku.
Jako że pogoda barowo-marcowa, siedzę w domu i dobrze mi, więc poszłam na pogawędkę.
Alienek rośnie jak na drożdżach, mlekiem matki karmiony. Skomplementowałam Synową, bo szczerze, jestem pełna podziwu, że tak całymi dniami daje sobie na cycku wisieć. Sama mówiła, że jej kuzynka karmi co trzy godziny, też cyckiem.
Nie wnikam, podziwiam.
Tyle że ja w innej rzeczywistości żyłam, musiałam i zarabiać, i w kolejkach kolędować (lata 80., kto przeżył, ten wie, jak nie wystałam, w domu nic nie było, w epoce przedkartkowej jeszcze, stało się od 6 rano do 15 po kostkę masła, z dzieckiem, żeby nie było, bo teściowa nie miała opcji zajęcia się wnukiem), prać (ręcznie, pralki nie mieliśmy żadnej, woda zimna, jednopalnikowa maszynka elektryczna do gotowania wszystkiego, chodziła non stop), gotować i oj tam, oj tam. Eksa robotą było wstanie w południe i popylanie na kawę do mamusi. Było, minęło, to były piękne dni :) Ale w tę wersję nie wpisywało się całodobowe wiszenie na cycku, więc chyba do końca życia będę musiała dzieci przepraszać, że nie wisiały.
Karmiłam prawą ręką wtykając butlę, w z lewej strony miałam książkę i to był mój jedyny czas dla mnie.
I nie, nie zmienię zdania, to były piękne dni.
A później ciocia Eksa, wiekowa dama,która Syberię z dwójką dzieci przeżyła, co jest tematem na osobną opowieść, jako że była żoną przedwojennego urzędnika starostwa i nie skalała rąk żadną pracą, do końca życia nawet wodę na herbatę potrafiła przypalić, a samą Syberię przeżyła - jak sama mówiła - dzięki prostym ludziom, zlitowała się nad nami i dostaliśmy pralkę wirnikową i starą, dogorywającą już chłodziarkę, made in USRR. Chłodziarka i pralka dotrwały do momentu wprowadzenia kredytów dla młodych małżeństw, co po kolejkowaniu tygodniami pod sklepem zaowocowało automatem i lodówką z prawdziwego zdarzenia. Ale to było już za czasów Inżyniera i rotacyjnego mieszkania (rotacyjne, mieszkam na nim do dziś).
Wtedy już byłam luksusową kobietą, aczkolwiek telewizora długo jeszcze nie mieliśmy.
Najpierw szwagier przytachał nam z pracy jakiś ruski, a jakże, turystyczny, czerwony, do dziś pamiętam.
Potem ciotka z Gdyni przysłała nam jakąś enerdowską kolubrynę, w której co rusz lampy się przepalały.
Potem dorobiliśmy się już własnego, kolorowego Neptuna, ale po przejściu PAL/Secam było nieciekawie i dorobiliśmy się Sony. Kupionego zresztą dzięki talonom za makulaturę, nie że tyle makulatury miałam, ale teściowa kupowała talony od śmieciarzy :)
Do tegoż Sony dokupiliśmy mały, czarno-biały turystyczny, który robił za głośnik, bo jak wsadziłam słuchawki do dużego, to nie było głosu :)
A potem, już po odejściu Eksa, kolejny Sony, jeden z ostatnich, na których kot mógł się wygrzewać. Ten wywaliłam podczas remontu, chyba gdzieś u Kierownika Budowy jeszcze gnije, bo na chodzie był. I tak pięknego obrazu nie ma w żadnym z tych nowoczesnych badziewi.
Tak mnie na wspominki naszło, ale...
Nie miałam nigdy zmywarki, prawa jazdy, własnego samochodu, masy gadżetów i zabawek.
Nie, że coś zazdroszczę, cieszę się, że mają.
Tylko...
Tak sobie myślę, ile ten Inżynier wytrzyma jeszcze. Bo już się szarpie.
No ale...
Mało, że dziecko ma matę edukacyjną, co jest super, to ma też osobną matę do leżenia na brzuszku.
Rozumiem, że dziecku chce się nieba przychylić, bo i ja łzy wylewałam, jak rodzina Eksa mnie opierdalała, że pieniędzy nie mam, a dzieciom czekoladę kupuję...
Ale są granice przesadyzmu.
A tu Alienek na rzeczonej macie, w ramach bonusika, do maty dołączone jest lustro, ojapierdolę :)
Krzywe zwierciadło, niech się dziecko nie przyzwyczaja :)
I problem mają, bo Synowej licówki lecą, krótko po gwarancji, a że w PL robione...
No nic.
Nie znałam jej sprzed aparatów, ale widziałam odlew, faktycznie, nie dało się żyć bez wyprostowania zębów.
Ale licówki, poprawiane w UK, mogą ich zrujnować.
Nie mój cyrk, nie moje małpy.
Sama muszę do dentysty i tak za długo odwlekałam.
Nie, że licówki, ale wizyta kontrolna. Spróbuję się w poniedziałek umówić, choć wracam już do pracy.
Jako że pogoda barowo-marcowa, siedzę w domu i dobrze mi, więc poszłam na pogawędkę.
Alienek rośnie jak na drożdżach, mlekiem matki karmiony. Skomplementowałam Synową, bo szczerze, jestem pełna podziwu, że tak całymi dniami daje sobie na cycku wisieć. Sama mówiła, że jej kuzynka karmi co trzy godziny, też cyckiem.
Nie wnikam, podziwiam.
Tyle że ja w innej rzeczywistości żyłam, musiałam i zarabiać, i w kolejkach kolędować (lata 80., kto przeżył, ten wie, jak nie wystałam, w domu nic nie było, w epoce przedkartkowej jeszcze, stało się od 6 rano do 15 po kostkę masła, z dzieckiem, żeby nie było, bo teściowa nie miała opcji zajęcia się wnukiem), prać (ręcznie, pralki nie mieliśmy żadnej, woda zimna, jednopalnikowa maszynka elektryczna do gotowania wszystkiego, chodziła non stop), gotować i oj tam, oj tam. Eksa robotą było wstanie w południe i popylanie na kawę do mamusi. Było, minęło, to były piękne dni :) Ale w tę wersję nie wpisywało się całodobowe wiszenie na cycku, więc chyba do końca życia będę musiała dzieci przepraszać, że nie wisiały.
Karmiłam prawą ręką wtykając butlę, w z lewej strony miałam książkę i to był mój jedyny czas dla mnie.
I nie, nie zmienię zdania, to były piękne dni.
A później ciocia Eksa, wiekowa dama,która Syberię z dwójką dzieci przeżyła, co jest tematem na osobną opowieść, jako że była żoną przedwojennego urzędnika starostwa i nie skalała rąk żadną pracą, do końca życia nawet wodę na herbatę potrafiła przypalić, a samą Syberię przeżyła - jak sama mówiła - dzięki prostym ludziom, zlitowała się nad nami i dostaliśmy pralkę wirnikową i starą, dogorywającą już chłodziarkę, made in USRR. Chłodziarka i pralka dotrwały do momentu wprowadzenia kredytów dla młodych małżeństw, co po kolejkowaniu tygodniami pod sklepem zaowocowało automatem i lodówką z prawdziwego zdarzenia. Ale to było już za czasów Inżyniera i rotacyjnego mieszkania (rotacyjne, mieszkam na nim do dziś).
Wtedy już byłam luksusową kobietą, aczkolwiek telewizora długo jeszcze nie mieliśmy.
Najpierw szwagier przytachał nam z pracy jakiś ruski, a jakże, turystyczny, czerwony, do dziś pamiętam.
Potem ciotka z Gdyni przysłała nam jakąś enerdowską kolubrynę, w której co rusz lampy się przepalały.
Potem dorobiliśmy się już własnego, kolorowego Neptuna, ale po przejściu PAL/Secam było nieciekawie i dorobiliśmy się Sony. Kupionego zresztą dzięki talonom za makulaturę, nie że tyle makulatury miałam, ale teściowa kupowała talony od śmieciarzy :)
Do tegoż Sony dokupiliśmy mały, czarno-biały turystyczny, który robił za głośnik, bo jak wsadziłam słuchawki do dużego, to nie było głosu :)
A potem, już po odejściu Eksa, kolejny Sony, jeden z ostatnich, na których kot mógł się wygrzewać. Ten wywaliłam podczas remontu, chyba gdzieś u Kierownika Budowy jeszcze gnije, bo na chodzie był. I tak pięknego obrazu nie ma w żadnym z tych nowoczesnych badziewi.
Tak mnie na wspominki naszło, ale...
Nie miałam nigdy zmywarki, prawa jazdy, własnego samochodu, masy gadżetów i zabawek.
Nie, że coś zazdroszczę, cieszę się, że mają.
Tylko...
Tak sobie myślę, ile ten Inżynier wytrzyma jeszcze. Bo już się szarpie.
No ale...
Mało, że dziecko ma matę edukacyjną, co jest super, to ma też osobną matę do leżenia na brzuszku.
Rozumiem, że dziecku chce się nieba przychylić, bo i ja łzy wylewałam, jak rodzina Eksa mnie opierdalała, że pieniędzy nie mam, a dzieciom czekoladę kupuję...
Ale są granice przesadyzmu.
A tu Alienek na rzeczonej macie, w ramach bonusika, do maty dołączone jest lustro, ojapierdolę :)
Krzywe zwierciadło, niech się dziecko nie przyzwyczaja :)
I problem mają, bo Synowej licówki lecą, krótko po gwarancji, a że w PL robione...
No nic.
Nie znałam jej sprzed aparatów, ale widziałam odlew, faktycznie, nie dało się żyć bez wyprostowania zębów.
Ale licówki, poprawiane w UK, mogą ich zrujnować.
Nie mój cyrk, nie moje małpy.
Sama muszę do dentysty i tak za długo odwlekałam.
Nie, że licówki, ale wizyta kontrolna. Spróbuję się w poniedziałek umówić, choć wracam już do pracy.
piątek, 7 lipca 2017
Mam
nadal tę moc, Kochany Pamiętniczku :)
Jak dzisiaj lunęło, to cały pogrzeb na nic.
Jutro będę okna przecierała od zewnątrz, a kto bogatemu zabroni? :)
Przed ulewą udało mi się wyrwać na Manhattan, nie lubię sobotniego tłoku i bab, macających wszystko, jakby to ze złota było i kombinujących, czy ten ogórek lepszy, czy inny :)
A dziś podziwiałam okoliczności przyrody, bo zaiste jest ona nie do podrobienia.
Kto potrafi szydełkiem wyczarować takie cuda, jak ona?
A to ślimak na szczawiu :)
Szczaw i pokrzywa... Poezja :)
Rodzinka :)
I moje mieczyki, dawno nie widziałam tak pięknego koloru.
Wszystko powinno się powoli wyjaśnić w przyszłym tygodniu, więc muszę się uzbroić w cierpliwość. Nie ma innego wyjścia, Kochany Pamiętniczku.
Jak dzisiaj lunęło, to cały pogrzeb na nic.
Jutro będę okna przecierała od zewnątrz, a kto bogatemu zabroni? :)
Przed ulewą udało mi się wyrwać na Manhattan, nie lubię sobotniego tłoku i bab, macających wszystko, jakby to ze złota było i kombinujących, czy ten ogórek lepszy, czy inny :)
A dziś podziwiałam okoliczności przyrody, bo zaiste jest ona nie do podrobienia.
Kto potrafi szydełkiem wyczarować takie cuda, jak ona?
A to ślimak na szczawiu :)
Szczaw i pokrzywa... Poezja :)
Rodzinka :)
I moje mieczyki, dawno nie widziałam tak pięknego koloru.
Wszystko powinno się powoli wyjaśnić w przyszłym tygodniu, więc muszę się uzbroić w cierpliwość. Nie ma innego wyjścia, Kochany Pamiętniczku.
czwartek, 6 lipca 2017
Takie
lato, to ja lubię, Kochany Pamiętniczku.
Wracam do mojego dzieciństwa, widzę, jak leżę pod wiśnią, na kocyku i sweterek mam, bo chłodno. Wtedy było mi chłodno, a dziś 18 stopni to hastamaniana i raj na ziemi.
Lato, cieplejszy pada deszcz.
Wiem, że wszyscy tęsknią za upałami i za słońcem, ale ja nie.
Jest dobrze, ba rzekłabym, że jest cudnie.
Już prawie cały tydzień przeleciał, a u mnie dziś sobotnio.
Dostałam pierdalca, okna pomyłam, obsrały je muchy na maksa, i to nie wewnątrz, bo w mieszkaniu much nie mam, ale co rusz jakaś siedzi na szybie od zewnątrz.
Siłą rozpędu procedury sobotnie wdrożyłam, łącznie z praniem, zatem mam teraz trzydniowy weekend, tylko zakupy zrobię, ale że na obiad starcza mi pół kilo bobu albo coś równie wymyślnego, zatem nie mam co robić i leniuchuję sobie.
Staram się nie myśleć, że w sierpniu zląduje desant, bo z jednej strony serce mi się rwie do wnuczków, z drugiej najlepiej, jak są tak
Rodzina w komplecie, nawet świeczkę mogę im zapalić, a żadnego bałaganu.
U chłopaków się dzieje, ale cicho sza, innym razem powiem, bo zapeszyć nie chcę...
Od wczoraj zaczęło się moje lato. Znaczy się - mieczykowe.
Te kwiaty - obok bzu i piwonii - kocham najbardziej. A że są dość długo, więc mam zamiar się nimi nacieszyć, zanim znów zacznie wcześniej zapadać mrok, za którym tęsknię.
Po latach samotności kocham półmrok i ciszę.
Choć rozerwana jestem, bo...
No, ale nie można mieć wszystkiego, co nie Kochany Pamiętniczku?
Wracam do mojego dzieciństwa, widzę, jak leżę pod wiśnią, na kocyku i sweterek mam, bo chłodno. Wtedy było mi chłodno, a dziś 18 stopni to hastamaniana i raj na ziemi.
Lato, cieplejszy pada deszcz.
Wiem, że wszyscy tęsknią za upałami i za słońcem, ale ja nie.
Jest dobrze, ba rzekłabym, że jest cudnie.
Już prawie cały tydzień przeleciał, a u mnie dziś sobotnio.
Dostałam pierdalca, okna pomyłam, obsrały je muchy na maksa, i to nie wewnątrz, bo w mieszkaniu much nie mam, ale co rusz jakaś siedzi na szybie od zewnątrz.
Siłą rozpędu procedury sobotnie wdrożyłam, łącznie z praniem, zatem mam teraz trzydniowy weekend, tylko zakupy zrobię, ale że na obiad starcza mi pół kilo bobu albo coś równie wymyślnego, zatem nie mam co robić i leniuchuję sobie.
Staram się nie myśleć, że w sierpniu zląduje desant, bo z jednej strony serce mi się rwie do wnuczków, z drugiej najlepiej, jak są tak
Rodzina w komplecie, nawet świeczkę mogę im zapalić, a żadnego bałaganu.
U chłopaków się dzieje, ale cicho sza, innym razem powiem, bo zapeszyć nie chcę...
Od wczoraj zaczęło się moje lato. Znaczy się - mieczykowe.
Te kwiaty - obok bzu i piwonii - kocham najbardziej. A że są dość długo, więc mam zamiar się nimi nacieszyć, zanim znów zacznie wcześniej zapadać mrok, za którym tęsknię.
Po latach samotności kocham półmrok i ciszę.
Choć rozerwana jestem, bo...
No, ale nie można mieć wszystkiego, co nie Kochany Pamiętniczku?
Subskrybuj:
Posty (Atom)













