niedziela, 31 października 2021

Dzisiaj

 przełaziłam trochę mniej niż wczoraj, a to dlatego, Kochany Pamiętniczku, że sporo czasu straciłam na dojazd, choć autobus musiał kiblować na przystankach, żeby z rozkładu nie wypaść. Ale jak to z moim szczęściem, jak wracałam, to był na przystanku przed czasem i... goniłam go. Niedaleko, 50 metrów, ale myślałam, że ducha wyzionę, ale na całe szczęście nie wyzionęłam, a i drzwi się już zamykały, ale się udało, co mnie ucieszyło, bo wiadomo, mimo specjalnego rozkładu autobusy i tak jeżdżą rzadziej niż w dzień powszechny.

A obudziłam się dzięki tej godzinie wypoczęta (teraz już jestem podmęczona) i targując się sama ze sobą jednak za priorytet uznałam wizytę u wujka Mietka. I dobrze uczyniłam, bo już dziś w autobusie był (a to początkowy przystanek) tłok, a jutro dopiero będzie mogiła... A połowa bez maseczek, bo tak.

Więc wleciałam - widać, że oficjeli jeszcze nie było, żadnych wart, nic






zapaliłam wujkowi znicz, pogadałam z Umarlakami jak czekista z czekistą i wróciwszy do domu, tradycyjnie sik,picie i kijki w dłoń.

W akompaniamencie pytań: nie jest pani zimno, zapieprzałam jak Zatopek nie przymierzając aż mnie korciło, żeby nie pytać ludzi: a nie jest wam za gorąco? Poszłam w T-shircie, a i tak było mi gorąco, a ludzie w tych szynkowych kurtkach (pikowane, wyglądają jak szynka wielkanocna), kominach, szalach i czapeczkach, kozaczkach, berecikach i chuj wie czym...

A na termometrze 18 stopni, na słońcu pewno więcej, bo zdrowo napinkalało. A potem alarmują, że zachorowania rosną. Nie wiem,  może ja mam wadę fabryczną, ale jeżeli jest mi za ciepło, zdejmuję odzienie, niezależnie od tego jaki miesiąc jest. Jak w grudniu będzie 18, będę chodziła w T-shircie, kto bogatemu zabroni. U Inżyniera dzieci wiecznie siąkające, Alienek znów się rozłożył, ale gdy mówiłam Synowej, że jest ciepło (przyjechałam na dyżur w T-shircie i sandałach), nałożyła Alienkowi dwie bluzy z długim rękawem, kurtkę i czapeczkę, mówiąc, że on tak chce, bo mu zawsze zimno. A dziś, patrząc na maluchy opatulone tak, jak ja dzieci nawet w kilkunastostopniowe mrozy nie owijałam, szczerze im współczułam. U mnie, dopóki dziecko miało karczek ciepły, to było OK. 

No nic, nie mój cyrk, nie moje pchły.

Dzisiaj mniej natuptałam, ale też nieźle

i żałowałam, że mi się droga skończyła, a wracać mi się już nie chciało, jeszcze wczoraj czułam, że zdechnę, a dziś już nie. 

Byłam w sralni dla psów 


na chwilę na ławeczce przycupnęłam, żeby odpisać na wiadomość i 


motylek koło mojej ławki przycupnął, ale jak to motylek - latał i trudno go było sfocić :) 

A potem




 ... i trochę dalej odkryłam, zszokowana, bo jak ponad 30lat tu mieszkam, to nie widziałam tego, ale też nigdy tam nie skręcałam




Jak to we własnym Heimacie można się zgubić :)

A na Sikorczej budzie nowe graffiti  - jak nie lubię bazgrołów, tam zawsze są fajne malunki, świeże, zdaje się, że malują za pozwoleniem

i takie cudo, cót, mjut i ożeszki laskowe na me korektorskie serce


 


I poleciałam dalej, lewa, prawa, u Bambrów posiedziałam PÓŁ GODZINY na ławeczce - ja, siedząca bez ruchu pół godziny na ławce, to już chyba STAROŚĆ, KURWA, STAROŚĆ,  kosteczki sobie wygrzałam aż miło i siedziałabym tak jeszcze długo, bo 


ale kiszki zaczęły grać marsza żałobnego, jako że była druga, czyli w sumie trzecia, a ja zazwyczaj jem obiad o trzynastej.

Więc ciesząc się na resztę kuraka do odgrzania i na popołudnie z muzyką (a nie nosiłam dziś aparatów, mp3 wróciła do łask)

nie znajdując nic ciekawego na Netflixie, zrelaksowałam się maksymalnie dziś i...

Jutro ma padać, mam nadzieję, że nie cały dzień.

 

Właśnie przebierańcy dzwonili, ale nie mam cukierków, nie kupiłam... Więc nie otwieram :)  Szkoda, no trudno :)




sobota, 30 października 2021

Kolejny

 cudny dzień, Kochany Pamiętniczku. 



Koleżanka, lecąc na zlot nie wyrobiła się na zakręcie. A mówiłam: nie pij tyle.


Resume dnia


aż sama byłam w szoku. 

A tyle dlatego, że czajnik przestał się wyłączać, a nie mam ochoty się sfajczyć, nie miałam też ochoty na jazdę do marketu. W Galerii jak na złość nie było nic, za to w Lidlu dyskotekę kupiłam




Nie podoba mi się, wkurza mnie, ale to są dwa dni bez handlu, a i tak musiałabym jechać do miasta, czego nie chcę. Jak wstawię wodę w garnku na gaz (zwykłego czajnika już dawno nie mam, po spaleniu kolejnego - nie słyszę gwizdka, a kwitnięcie w kuchni mnie nie kręci), to nie daj cuś znów sfajczę garnek, a  i trudno z niego wodę nalewać.

Tak więc mam dyskotekę i już problem, jak Łobuzy zlądują.


 W instrukcji wyraźnie zaznaczono, że dzieci nie mogą bawić się z produktem. Żeby nie mogły bawić się produktem, to potrafię zrozumieć, bo nawet ja mam przed nim respekt, ale zakaz bawienia się z nim to już jawna dyskryminacja. A, teraz uświadomiłam sobie, że czajnik jest gejowski, bo ma kolorki tęczowe... ;)


piątek, 29 października 2021

Jakie

 przyjemne jest ogarnianie chaupki, kiedy nie trzeba patrzeć na emilka i nie trzeba się niczym stresować. 

Zatem ogarnęłam, wykąpałam się, serialik zaliczyłam, gdy do drzwi zapukał dawno niewidziany My Shadow


i poszliśmy na kijki.

A dzień był cudny jak rzadko kiedy, letni, rozbarwiony kolorami jesieni. Taka jesień mogłaby być cały rok, to nawet bratki bym odżałowała. No, może nie, a jednak...





















Iść, ciągle iść w stronę słońca, ze słuchawkami w uszach i nie martwić się niczym, nawet obiadem, bo kurak upieczony w domu czekał.

Odgrzałam z warzywami, dołożyłam warzywa z rosołu, żeby ich nie marnować, ominęłam pyry i...

Żyć, nie umierać.

Żeby jeszcze nie było takiego syfu w kraju.

Jebać PiS i Konfederację, bo po równo mają we łbach nasrane, złodzieje.

Cała masa moich znajomych to LGBT i jeszcze nigdy żaden z nich mnie nie skrzywdził. Za to wspaniali, bogobojni katolicy, narodowcy i hetero i owszem, w moim życiu nieźle nabałaganili.

Jak nędzne życie musi mieć Kaja Godek, skoro miesza się w życie innych ludzi, zaglądając im do łóżka i skazując na niebyt, bo mają czelność nie być hetero.

Kurwa.

A czasami odnoszę wrażenie, że ta cała nagonka jest po to, by odwrócić uwagę od kolejnych wałków.

Jebać PiS i Konfederację.

I zanim ktokolwiek rzuci we mnie kamieniem, niech zastanowi się, co zrobi, gdy okaże się, że jego ukochane dziecko jest LGBT, a może wnuk wyrośnie na geja?

Że mają swoją kulturę? I OK. Że się przebierają (drag queen)? No i? Ja też łażę w spodniach, cycków nie mam, bo jak je dawali, stałam w kolejce po rozum. Osobiście podziwiam drag queen, bo mnie byłoby szkoda życia na malowanie się i wyglądanie tak wystrzałowo, a już łażenie w szpilkach jest dla mnie karą za grzechy niepopełnione. Jestem szarą myszą, taki jest mój wybór i jest mi z tym dobrze. 

I nie znam z tej społeczności żadnej drag, nad czym po cichu boleję. Zaś moi przyjaciele, umawiając się ze mną, krygują się, że będą w szpileczkach i róziowym boa, po czym spotykam się z przystojniakami, za którymi oglądają się laski. 

Tak działają stereotypy.

Więc niech wszyscy ci świętojebliwi odpierdolą się od ludzi, którzy chcą żyć po swojemu, nikomu krzywdy tym nie robiąc. Nawet gdyby mój szef przyszedł do pracy w sukience i szpilkach, nie zmieniłoby to nic w tym, że jest jaki jest. No i przynajmniej ja nie zazdrościłabym mu kiecki, bo wolę dżinsy.

W Marsz Równości weszłabym bez wahania, bo co mi zrobią? Tęczową flagą połaskoczą czy do tańca zaproszą?

Za to marsz ONR omijałabym, idąc pieszo wokół miasta, chociaż miałabym paść z wycieńczenia. Schodzę z drogi chuliganom i hołocie. Boję się ich i nienawidzę. Nie jestem bohaterką.

Inflacja już 7%.

Ale i tak warto żyć.

Na złość.


czwartek, 28 października 2021

Pecha

 mam w tym roku jakiegoś z tymi Umarlakami, Kochany Pamiętniczku.

Wczoraj zakwitłam na przystanku na całe 40 minut, autobus wypadł z kursu, a później musiałabym po cmentarzu kiblować dwie godziny w M., zanim cokolwiek by jechało do wioski. Wróciłam do domu zmarznięta na kość i trzęsłam się jak osinowy listek. Dwie polopirynki i kocek załatwiły sprawę, a Inżynier fochnął się, że chciał jechać i że pojedziemy jutro. A ja po prostu nie chciałam mu zabierać urlopu...

Na szczęście z przemarznięcia nic się nie wykluło, a środa piękna była jak marzenie.

Inżynier odstawiwszy ciupasem Łobuzów, zaszantażowanych tak, że pokazówkę na drodze do przedszkola odstawili, nie wyrywając sobie włosów z głowy ani nie wydrapując ślepków, co zostało zapisane czarną kredą w kominie


 wzudziło sensację na dzielni i odnotowane zostało w rodzinnych annałach i na blogasku...

... wleciał do matki, no i pytanie za 50 zł polskich: gdzie się, tradycyjnie, jak każde moje dziecko udał?

A SJ akurat gryzoń zdechł, aczkolwiek dwa miała podłączone, a na stanie całe stado.Poprzedniego dnia oswajałam Ajpadzika i tak mi zeszło, Ajpadzik nie potrzebuje gryzonia, aczkolwiek mam do niego klawiatury osobne i tak czasem już mi się kićka, co dotykowe, co bezprzewodowe, a co na kablu i takie tam :)

iTouch działał przy ustawianiu, później odmówił współpracy, a ja biedna dziś doczytałam się, że teraz wymieniając dowód jak nie oddam odcisków, to będę miała dowód tymczasowy ważny rok. Nosz, kurwa, wesoło. Ale na razie mam ważny do 2025, a swoje lata już mam. I tej wersji się trzymajmy ;) 

Droga do M. przecudna była, w żółtych płomieniach liści... Inżynier kazał mi gadać i nie zwracać uwagi na nawigację, więc nawijałam i w samej M., gdzie wszystko jest jednokierunkowe dwa razy objechaliśmy rynek, zanim dojechaliśmy do cmentarza. Na grobie już ktoś był, bo wywalił starszy z moich stroików, ale ten z rocznicy śmierci miał się całkiem całkiem, ktoś dołożył dąbki. Po krótkiej naradzie też dołożyliśmy dąbki, zakładając, że już nie będę sama latała do śmietnika z umarniętymi badylkami, a plastiku jest od cholery wszędzie i tym pięknym sposobem, obmyty przez Inżyniera grób wygląda całkiem całkiem, a zbędne znicze wylądowały w zniczodzielni - genialny pomysł. Ja od lat nie kupuję zniczy, tylko wkłady i wkurza mnie w K., jak każdy pamiętający dokłada nowy znicz, zamiast wstawić wkład do starego. No nic. Ponoć są już znicze solarne i rozglądnę się za takim.

Zatem M.

odfajkowana, wszyscy moi Umarlacy tak. I nie, nie będę latała na grób reszty rodziny Eksa, nie moja bajka, że chowają się po wszystkich nekropoliach wiochy i okolicy, bo po kosztach. 

Śpią na kasie. Nieważne.

A że miałam Inżyniera pod ręką, a w M. jest Komputronik, to jęczącego na jednokierunkowe zawlekłam tam, spacerkiem spod cmentarza byłoby równie szybko, jak jeżdżenie po uliczkach, no i zdrowiej, ale gadaj z facetem (a lato było piękne tego dnia) i wybrał mi gryzonia, bo on takiego ma.

Tyle że nie powiedział mi, że gryzoń jebie ledem, czego nie cierpię, no ale trudno. 


Działa OK, ale jebie. 

Inżynier musiał jeszcze zorganizować majteczki dla Kalafiorkówny, która już odpieluchowana, na noc jeszcze dostaje pampersa, zatem zabrał mnie do Galerii (prawie 700 kroków w plecy), ale tam już zrobiłam zakupy sama i uświadomiwszy sobie, że chleba nie mam, z rozpędu poszłam do Faworu, a jesień była piękna tego dnia, dobrze, że miałam tylko lekką bluzę, słoneczko grzało, a ludziska w tych pikowanych kurtkach, szalach i czapeczkach zapierdalali, a ja szłam w stronę słońca.

I do rzeźnika wlazłam, a tam czyhał na mnie

Czytałam o tym, ale nie jadłam. Pani mówiła, że ludzie chwalą i kupują, ale ona nie jadła. Zatem kupiłam i jeszcze Manhattan niezamknięty obleciałam i tym sposobem mam z głowy wszystko do Zaduszek.



Kurczak z czosnkiem w dupie i innymi cudami się pięknie upiekł, rosołek jak wystygnie, wyląduje w lodówce, spokojnie tydzień tam wytrwa, zupki się wymyśli.

Rodzina się rozjechała, Pierworodny z ekipą jedzie do O., bo teściowa znów się sypie (hahahaha, jprdl, no dobra, ja się trzymam i nie sypię, ale czasem miło byłoby, gdyby zauważyli, że też istnieję, na święta kolejny raz jadą tam, co w sumie - żeby nie być hipokrytką - mnie urządza, bo ani mi się śni skakać wokół wszystkich w święta, aczkolwiek raz koło mnie mógłby ktoś skoczyć, co nie?). 

Inżynierostwo zaś ma odpuszczone, albowiem Inżynier ogarnął naszą część familii, nie ma JESZCZE opcji ogarniania w towarzystwie Łobuzów, nie stać nas na odszkodowanie za zniszczone nagrobki. Inżynierowej mama nie żyje, a resztę familii mają w Sz., zbierają się tam rodzinnie i ja to szanuję. 

Tak więc jutro dzień gospodarczy, a potem odpoczywanie, aczkolwiek mimo urlopu już mam warzywka...

Taki life :) 

A mury rosną, co mnie cieszy, chociaż w związku z tym, że firma rozrywana jest na strzępy, dalszy etap będzie w styczniu...


Z jednej strony wkurzył mnie trochę, że szkoda, że nie chciałam się z nimi budować, z drugiej trochę mi się pożałowało, ale oj tam, oj tam, widać tak miało być.

Perspektywa uprawiania ogródka nie jest już dla mnie nęcąca, ledwo daję radę z loggią...

No, może pora zacząć myśleć o odchudzaniu, ale wszak zapasy gromadzę na gorsze czasy, co nie? A jak trzeba będzie, to dojadę, zasadzę, wpadnę opielić, a oni będą podlewali :)

Będę miała motywację do wyjścia z chaupki...