Kochany Pamiętniczku, już dawno nie było tak szalonego dnia...
Ale jak zwykle wyszłam na idiotkę :) Histeryczkę :) Starą wariatkę :)
No dobra.
Pół nocy nie spałam, trzęsąc się ze strachu, że to homoniewiadomo, nie naumiem się. Jak już nad ranem zasnęłam, to śniły mi się takie koszmary, że głowa mała i kwadratowa. Zbudziłam się przerażona, że nie zdążę się ogarnąć, ale oczywiście niepotrzebnie, albowiem informatyk nie wie o tym, że punktualność jest grzecznością królów. Nawet śmieci z rozpaczy wyniosłam, konstatując przy tym, że nowiuteńki domofon jest już zepsuty, albowiem po naciśnięciu jednej cyferki wykwitał napis wejdź i kto chciał ten właził.
Już siadałam do pisania emilka do informatyka, ale na szczęście wzięłam te 5 minut na wstrzymanie, sesemesik: wyjeżdżam.
Godzina w plecy. Wleciał, pytam, czy będę mogła mieć system na prywatnym kompie, bo mam tam wygodniejsze stanowisko, no i prąd - co jeden komp na chodzie, to nie dwa. Mogę, bo system działa w przeglądarce, więc w sumie mogę mieć go nawet w telefonie (pozostaje tylko pytanie, jak pracować na telefonie). Wiem już, dlaczego ludzie nie ogarniają tego ustrojstwa - po prostu gość gada jak potłuczony i nie umie porządnie wytłumaczyć. Co mi dywagacje, co ludzie źle robili, jak nie pokazał, jak robić. Okazało się, że część, która mnie dotyczy jest prosta jak budowa cepa, to po prostu Word przeniesiony do przeglądarki. Wic polega na tym, że nie ma tam adiustacji, ale podobno redachtory widzą moje zmiany. Nie wiem, jak mogą je widzieć, ale to już nie mój ból :) Ja, po zasejfowaniu nie mogę już do tekstu wejść i nic grzebać, ale... chyba mają jakiś błąd na stronie, mniejsza z większym. Jak im nie będzie pasowało, mogę im robić tradycyjnie, sami sobie wkleją (po prostu mają więcej roboty i chuj), zresztą ze wszystkim mają więcej roboty. Całej reszty mi nie wyjaśnił, bo... nie było na czym, ale jak i tak nie zgodzę się na pracę na dalszym etapie w systemie, bo to nie moja broszka. Mnie interesuje wydruk i nie, nie będę sama robiła PDF, dostaję PDF od redachtora, albowiem stałą praktyką jest to, że co innego widać, co innego słychać. Gość się roztokował i gadał, gadał i nic z tego nie wynikało, choć dla mnie jasne było, że jedyne udogodnienie tego systemu jest takie, że pracować można wszędzie i zawsze, nie trzeba mieć nawet do tego firmowego kompa. Minus - nie podzielam optymizmu, że ludzie opanują to w 2-3 numery. Przez 10 lat od chwili, gdy zaczęłam tam pracować ludzie nie ogarniali starego ni w ząb, więc... Ale mniejsza z większym.
Od pierdolenia o Szopenie uratował mnie dzwonek... Lecę do drzwi radosna, jak do kochanka, a za drzwiami...
Kurwa.
Policjant :) Na to ja: a nie mówiłam, że policja zląduje mi na kwaterze i to wtedy, kiedy mam gościa z pracy... I trajkocę dalej, że przychodzą do mnie listy dla nieznanej osoby z policji, zapraszam jednocześnie dzielnicowego, bo to dzielnicowy się do mnie wkulał osobiście, do środka. A mój informatyk, jakby mu ktoś soli na ogon nasypał, zwinął się w trymiga z tekstem, że jak coś to emilka :)
Szeryf, gołowąs, z aparatem na zębach, spokojnie ze mną porozmawiał i powiedział, że dołożyłam im roboty, pokazując kilka stronic drobnym maczkiem, ale treści już mi nie pokazał. Już miałam na końcu ozora, że przynajmniej moje podatki poszły w szlachetnym celu ochrony obywatela, a nie na rozpędzanie tęczowych, ale się w jęzor ugryzłam :) I dobrze, bo gość był wyjątkowo przyjazny, powiedział, że next time mam awizo do kosza, ale gdyby mnie coś niepokoiło, mam się z nim skontaktować (a jakże, elegancką wizytówkę na koniec wręczył), przedtem spisując mnie i koniecznie telefon, bo jak coś więcej będzie wiedział, to zadzwoni. Nie docierało do niego, że nie odbieram telefonu, naparł się jak szczerbaty na suchary. Nawet powoływanie się na to, że Konstytucja nie nakłada na mnie obowiązku mania telefonu nie pomogło. Westchnęłam, dałam numer, a on na to, że będzie dzwonił do skutku (to chyba podpada pod nękanie obywatela), a ja, oczami duszy widząc zdychającego ajfonika, dałam mu nr Inżyniera (nie był zachwycony, ale przełknął, w końcu nie jestem o nic oskarżona, no i od czego ma się dziecko, zawsze dawałam nr Sikory do kontaktu, ale hola, hola, mam osobiste dwie sztuki na stanie, niech się matką zajmą). Gość zwijać się zaczął, ale jeszcze zapytał, gdzie pracuję. No i wyszło z tego przesłuchanie, bo nie wiedział, że korekta to nie redakcja i wciągnęło go jak chodzenie po bagnach, i ma kogoś, kto chce książkę wydać, ile biorę, czy zrobiłabym, nie miał pojęcia, że redaktor mu książki nie złamie... Tłumaczyłam, że nie wystawiam rachunków, nie mam działalności, ale w sumie, znam kogoś, kto by to zrobił nawet lepiej jak ja, więc na pytanie o kontakt powiedziałam, że pisać na emilka. Łakomym wzrokiem polustrował moją biblioteczkę i trzy razy zapytał, czy aby na pewno wszystkie książki przeczytałam, a na wierzchu leżała Chciwość i mówi, że on już to czytał i ze Blackout też czytał... Jeszcze trochę i byśmy się zaczęli zaprzyjaźniać, bo i badylki podziwiał...
Jprdl.
W końcu poszedł, a ja ochłonęłam powoli, poemilkowałam z ludźmi, w SE zrobiłam dwie korekty - ja widziałam zmiany, autorka nie, bo ktoś obcy jej siedział w tekstach :) No, jacha :) Maszynki też drgnęły i książka, a jakże, więc dzień mi błyskawicznie leciał i nagle...
Ryp...
Poczta nie działa, SE nie działa, w ogóle się nie wgrywa... Panika level hard, ale wszystko inne chodzi jak szwajcarski zegarek, więc tłumaczę sobie jak dziecku, po polsku, po niemiecku, że firmowe padło i chuj.
No ale jak to? I tak przesmędziłam do 19, a o 19 cyk i wszystko jest na swoim miejscu. No, będzie cyrk jak to będzie tak padać. Fakt, można wtedy kombinować, nawet wiem jak, ale po co sobie łeb suszyć, nie płacą mi za to. Jedyne co dobre w tym bajzlu, to że mogę sobie pojechać na Madagaskar i stamtąd pracować i nikt nawet nie będzie wiedział, że z drinkiem pod palemką pracuję, a wachluje mnie przystojny Murzyn, prawdziwy Afrykanin, a nie żadna afroamerykańska podróba.
I po kiego grzyba ja pół nocy nie spałam? Ktoś wie?
A teraz wracając do kapustki, odpowiem hurtem: wrzucam wszystko do donicy przedwojennej, bo innej miski porządnej nie mam. Znaczy się zazwyczaj ucieram pół kapusty, posypuję to solą, na oko (na oko dziad w szpitalu umarł, ale nie mam żadnej wagi, nie przestrzegam proporcji) tak około płaskiej łyżeczki, mieszam dokładnie, wrzucam marchewkę (a marchewki trę na cienkich oczkach, trzy duże, dlatego jest tak dużo marchwi), mieszam z kapustką, trę resztę kapusty, znów łyżeczka soli (i wyżeram, jak wychodzi mi, że dla mnie mało słone, dosypuję na oko), mieszam wszystko dokładnie i ugniatam ręką, żeby było uklepane. I tak sobie leży godzinkę, dwie, aż zacznie z lekka puszczać sok, wtedy przekładam do garnczka do kiszenia, ugniatam to dokładnie gałką do ucierania ciasta,bardzo dokładnie, jak ktoś ma stanie chłopa to wołać, żeby docisnął. Kapusta powinna być zakryta sokiem (z takiej starkowanej jest dużo soku, więc potrafi wykipieć, jak za dużo jest włożone, a ona zaczyna buzować, więc lepiej wstawić w jakieś naczynie, bo może być potop). Na drugi dzień drewnianym trzonkiem jakiejś firlejki przekłuwam kapustę w paru miejscach do dna, żeby ją odgazować, znów ugniatam gałką i tak dookoła Wojtek aż się ukisi. Potem do słoiczków, ugniatając i do lodówki, bo w mieszkaniu mam za ciepło, a nie mam piwnicy. Moja kapustka jest lekko słodkawa, nie wiem, czy to dlatego, że za mało soli, czy że marchew, ale mnie smakuje, jest w sumie gotowa surówka, nic nie trzeba płukać, odsalać, a dosolić zawsze można.
Ostatnio ukisiłam pół główki, ale widzę, że schodzi mi szybko, więc co tydzień będę kombinować. Jak mam napad głodu, nie żrę słodkiego, wciągam kapustkę i już jest git majonez. Pewno za jakiś czas mi się to znudzi, ale na razie smakuje :D
Jako i Wam smacznego życzę :)






















