wtorek, 29 września 2020

No nie

Kochany Pamiętniczku, już dawno nie było tak szalonego dnia...

Ale jak zwykle wyszłam na idiotkę :) Histeryczkę :) Starą wariatkę :) 

No dobra.

Pół nocy nie spałam, trzęsąc się ze strachu, że to homoniewiadomo, nie naumiem się. Jak już nad ranem zasnęłam, to śniły mi się takie koszmary, że głowa mała i kwadratowa. Zbudziłam się przerażona, że nie zdążę się ogarnąć, ale oczywiście niepotrzebnie, albowiem informatyk nie wie o tym, że punktualność jest grzecznością królów. Nawet śmieci z rozpaczy wyniosłam, konstatując przy tym, że nowiuteńki domofon jest już zepsuty, albowiem po naciśnięciu jednej cyferki wykwitał napis wejdź i kto chciał ten właził.

Już siadałam do pisania emilka do informatyka, ale na szczęście wzięłam te 5 minut na wstrzymanie, sesemesik: wyjeżdżam.

Godzina w plecy. Wleciał, pytam, czy będę mogła mieć system na prywatnym kompie, bo mam tam wygodniejsze stanowisko, no i prąd - co jeden komp na chodzie, to nie dwa. Mogę, bo system działa w przeglądarce, więc w sumie mogę mieć go nawet w telefonie (pozostaje tylko pytanie, jak pracować na telefonie). Wiem już, dlaczego ludzie nie ogarniają tego ustrojstwa - po prostu gość gada jak potłuczony i nie umie porządnie wytłumaczyć. Co mi dywagacje, co ludzie źle robili, jak nie pokazał, jak robić. Okazało się, że część, która mnie dotyczy jest prosta jak budowa cepa, to po prostu Word przeniesiony do przeglądarki. Wic polega na tym, że nie ma tam adiustacji, ale podobno redachtory widzą moje zmiany. Nie wiem, jak mogą je widzieć, ale to już nie mój ból :) Ja, po zasejfowaniu nie mogę już do tekstu wejść i nic grzebać, ale... chyba mają jakiś błąd na stronie, mniejsza z większym. Jak im nie będzie pasowało, mogę im robić tradycyjnie, sami sobie wkleją (po prostu mają więcej roboty i chuj), zresztą ze wszystkim mają więcej roboty. Całej reszty mi nie wyjaśnił, bo... nie było na czym, ale jak i tak nie zgodzę się na pracę na dalszym etapie w systemie, bo to nie moja broszka. Mnie interesuje wydruk i nie, nie będę sama robiła PDF, dostaję PDF od redachtora, albowiem stałą praktyką jest to, że co innego widać, co innego słychać. Gość się roztokował i gadał, gadał i nic z tego nie wynikało, choć dla mnie jasne było, że jedyne udogodnienie tego systemu jest takie, że pracować można wszędzie i zawsze, nie trzeba mieć nawet do tego firmowego kompa. Minus - nie podzielam optymizmu, że ludzie opanują to w 2-3 numery. Przez 10 lat od chwili, gdy zaczęłam tam pracować ludzie nie ogarniali starego ni w ząb, więc... Ale mniejsza z większym.

Od pierdolenia o Szopenie uratował mnie dzwonek... Lecę do drzwi radosna, jak do kochanka, a za drzwiami...

Kurwa.

Policjant :) Na to ja: a nie mówiłam, że policja zląduje mi na kwaterze i to wtedy, kiedy mam gościa z pracy... I trajkocę dalej, że przychodzą do mnie listy dla nieznanej osoby z policji, zapraszam jednocześnie dzielnicowego, bo to dzielnicowy się do mnie wkulał osobiście, do środka. A mój informatyk, jakby mu ktoś soli na ogon nasypał, zwinął się w trymiga z tekstem, że jak coś to emilka :)

Szeryf, gołowąs, z aparatem na zębach, spokojnie ze mną porozmawiał i powiedział, że dołożyłam im roboty, pokazując kilka stronic drobnym maczkiem, ale treści już mi nie pokazał. Już miałam na końcu ozora, że przynajmniej moje podatki poszły w szlachetnym celu ochrony obywatela, a nie na rozpędzanie tęczowych, ale się w jęzor ugryzłam :) I dobrze, bo gość był wyjątkowo przyjazny, powiedział, że next time mam awizo do kosza, ale gdyby mnie coś niepokoiło, mam się z nim skontaktować (a jakże, elegancką wizytówkę na koniec wręczył), przedtem spisując mnie i koniecznie telefon, bo jak coś więcej będzie wiedział, to zadzwoni. Nie docierało do niego, że nie odbieram telefonu, naparł się jak szczerbaty na suchary. Nawet powoływanie się na to, że Konstytucja nie nakłada na mnie obowiązku mania telefonu nie pomogło. Westchnęłam, dałam numer, a on na to, że będzie dzwonił do skutku (to chyba podpada pod nękanie obywatela), a ja, oczami duszy widząc zdychającego ajfonika, dałam mu nr Inżyniera (nie był zachwycony, ale przełknął, w końcu nie jestem o nic oskarżona, no i od czego ma się dziecko, zawsze dawałam nr Sikory do kontaktu, ale hola, hola, mam osobiste dwie sztuki na stanie, niech się matką zajmą). Gość zwijać się zaczął, ale jeszcze zapytał, gdzie pracuję. No i wyszło z tego przesłuchanie, bo nie wiedział, że korekta to nie redakcja i wciągnęło go jak chodzenie po bagnach, i ma kogoś, kto chce książkę wydać, ile biorę, czy zrobiłabym, nie miał pojęcia, że redaktor mu książki nie złamie... Tłumaczyłam, że nie wystawiam rachunków, nie mam działalności, ale w sumie, znam kogoś, kto by to zrobił nawet lepiej jak ja, więc na pytanie o kontakt powiedziałam, że pisać na emilka. Łakomym wzrokiem polustrował moją biblioteczkę i trzy razy zapytał, czy aby na pewno wszystkie książki przeczytałam, a na wierzchu leżała Chciwość i mówi, że on już to czytał i ze Blackout też czytał... Jeszcze trochę i byśmy się zaczęli zaprzyjaźniać, bo i badylki podziwiał...

Jprdl. 

W końcu poszedł, a ja ochłonęłam powoli, poemilkowałam z ludźmi, w SE zrobiłam dwie korekty - ja widziałam zmiany, autorka nie, bo ktoś obcy jej siedział w tekstach :) No, jacha :) Maszynki też drgnęły i książka, a jakże, więc dzień mi błyskawicznie leciał i nagle...

Ryp...

Poczta nie działa, SE nie działa, w ogóle się nie wgrywa... Panika level hard, ale wszystko inne chodzi jak szwajcarski zegarek, więc tłumaczę sobie jak dziecku, po polsku, po niemiecku, że firmowe padło i chuj.

No ale jak to? I tak przesmędziłam do 19, a o 19 cyk i wszystko jest na swoim miejscu. No, będzie cyrk jak to będzie tak padać. Fakt, można wtedy kombinować, nawet wiem jak, ale po co sobie łeb suszyć, nie płacą mi za to. Jedyne co dobre w tym bajzlu, to że mogę sobie pojechać na Madagaskar i stamtąd pracować i nikt nawet nie będzie wiedział, że z drinkiem pod palemką pracuję, a wachluje mnie przystojny Murzyn, prawdziwy Afrykanin, a nie żadna afroamerykańska podróba.

I po kiego grzyba ja pół nocy nie spałam? Ktoś wie?

A teraz wracając do kapustki, odpowiem hurtem: wrzucam wszystko do donicy przedwojennej, bo innej miski porządnej nie mam. Znaczy się zazwyczaj ucieram pół kapusty, posypuję to solą, na oko (na oko dziad w szpitalu umarł, ale nie mam żadnej wagi, nie przestrzegam proporcji) tak około płaskiej łyżeczki, mieszam dokładnie, wrzucam marchewkę (a marchewki trę na cienkich oczkach, trzy duże, dlatego jest tak dużo marchwi), mieszam z kapustką, trę resztę kapusty, znów łyżeczka soli (i wyżeram, jak wychodzi mi, że dla mnie mało słone, dosypuję na oko), mieszam wszystko dokładnie i ugniatam ręką, żeby było uklepane. I tak sobie leży godzinkę, dwie, aż zacznie z lekka puszczać sok, wtedy przekładam do garnczka do kiszenia, ugniatam to dokładnie gałką do ucierania ciasta,bardzo dokładnie, jak ktoś ma stanie chłopa to wołać, żeby docisnął. Kapusta powinna być zakryta sokiem (z takiej starkowanej jest dużo soku, więc potrafi wykipieć, jak za dużo jest włożone, a ona zaczyna buzować, więc lepiej wstawić w jakieś naczynie, bo może być potop). Na drugi dzień drewnianym trzonkiem jakiejś firlejki przekłuwam kapustę w paru miejscach do dna, żeby ją odgazować, znów ugniatam gałką i tak dookoła Wojtek aż się ukisi. Potem do słoiczków,  ugniatając i do lodówki, bo w mieszkaniu mam za ciepło, a nie mam piwnicy. Moja kapustka jest lekko słodkawa, nie wiem, czy to dlatego, że za mało soli, czy że marchew, ale mnie smakuje, jest w sumie gotowa surówka, nic nie trzeba płukać, odsalać, a dosolić zawsze można.

Ostatnio ukisiłam pół główki, ale widzę, że schodzi mi szybko, więc co tydzień będę kombinować. Jak mam napad głodu, nie żrę słodkiego, wciągam kapustkę i już jest git majonez. Pewno za jakiś czas mi się to znudzi, ale na razie smakuje :D 

Jako i Wam smacznego życzę :) 


poniedziałek, 28 września 2020

Z niejaką

 ulgą zakończyłam słoikowanie, Kochany Pamiętniczku. Jeszcze za mną chodzi żurawina, ale to tylko jak trafię na targu i dojrzała.

Bo wyżeranie jej z garnka - mlask.

A dla trolli, cierpiącej na brak kwaszonej kapusty - poglądowo. Tak, malakser, jak najbardziej polecam. Sama kolejne pół kapusty ukisiłam, pracowicie trąc w maszynce, internety zleciałam w poszukiwaniu malaksera, ale... Dopóki mój ręczny działa, wystarczy. Nie mam już miejsca na żadne ustrojstwo, mam trzy blendery, wprawdzie nieidealne, ale mam, odpuszczę.

A moja kiszona (tak, kiszona, sama kapustka, marchewka i sól - u mnie różowa himalajska, ale doczytałam się, że jest niejodowana, więc do tego celu idealna) kapustka na drugi dzień w garnczku wyglądała tak

 


 

burzyła się pięknie (jak się da więcej, polecam wstawić w miskę lub garnek, bo nieźle narozrabiać może) i już można było ją podżerać, mlask. Ale... wsadziłam ją w garnczek z resztkami poprzedniej kapustki (szybciej działają bakterie probiotyczne), po tym jak pierwsza partia wylądowała w słoiczkach



w lodówce (jednego już nie ma)... Wiem, dużo marchewki, ale na główkę dałam trzy, a poza tym ja lubię marchewkę.

I znam ból trolli, bom w UK próbowała coś wyczarować z kiszonej (!) z polskich sklepów, a przerabiałam jej kosmiczne ilości, warząc bigos dla Barana i spółki, stojąc przed dylematem - jak wypłukać sól i kwas, nie tracąc reszty. W Pl zaczęłam kisić sama, moja mama nigdy nie kisiła, zawsze kupowaliśmy gotową. Ale... W którymś momencie włączyła mi się wyobraźnia, do tego doszły teksty z fachowych wydawnictw, które korekcę, widok sprzedawcy nakładającego niby  to higienicznie kapustę ręką owiniętą w foliowy woreczek, który nie wiadomo gdzie przedtem leżał, a i rączka niemyta, bo sprzedawca w krzaczkach potrzebę załatwiał, wiem, co mówię... Więc zaczęłam sama. Ale że nie lubię twardych rzeczy, zęby mam jakie mam, wydaję na nie majątek, więc wpadłam na pomysł tarcia. 

I tadam :)

Kapustę da się jeść od razu, bez bólu :) Moja smakuje obłędnie (jak dla mnie, może jest za mało słona, ale łatwiej kijek zacienkować, jak go potem zgrubowaścić, co nie?, dosolić można do woli),czekam jeszcze, żeby ją dać Kalafiorkównie i Małej Wiedźmie,  bo to najlepsze testerki moich wyrobów. Next time spróbuję ukisić bez marchewki, ale przecież nawet w bigosie marchewka się sprawdzi. Mam specjalny nóż do siekania kapusty (nie zarzynam się nim), ale posiekana nim kapusta kiszona smakuje mi tylko zasmażana, sama jest z lekka twardawa. Więc polecam kapustę tartą i kiszoną :) 

Chodzą za mną wariacje kiszonej z chrzanem, z jabłkiem, marzy mi się kiszona w główkach, ale nie mam ani miejsca, ani naczynia na kiszenie w główkach. Jabłko na dnie zmieszczę :)

I specjalnie dla trolli - Baran w UK gdzieś kupił fajny garnek z pokrywką do kiszenia kapusty. Jak chcesz, zapytam gdzie :) Moje garnki są jeszcze z PRL, a kamień jest starszy od Pierworodnego - można powiedzieć, że to pełnoprawny członek rodziny. Kładę na kiszonkach takie fajne spodeczki od kompletu z chińskiej porcelany (LOL, filiżaneczki były mniejsze o połowę do mojej dłoni), kamolek i tadam :) 

Alem się o kiszonkach rozpisała, ale... Czymś trzeba żyć.

W niedzielę, jak za starych, dobrych czasów, randka na Skype, maluchy pchały się na lapka, żeby batię pocałować i nie docierało do nich, że mają się odsunąć od kamerki. Nice. Ustaliliśmy wyprawę do Umarlakowa na pierwszy tydzień października, jak pogoda pozwoli.

Zobaczymy. Inżynier zadatek na działkę wpłacił, zasłonę milczenia spuszczę na to, ile zapłacił. Oby mu się powiodło, niech się ziszczą jego marzenia.

Moje pieniądze i oszczędności to małe miki w porównaniu z tym, ale... 

Ma piękne plany :) 

W poniedziałek rano...

A tak sobie pocztę włączyłam.

I... kurwa...

Nowy system daje im popalić, bo już ślą materiały na alarm. Ale... Chwila, ja mam wolne...  Włączenie poczty nie jest równoznaczne z tym, że jestem w pracy. SMS. Informatyk. Chce mnie szkolić w SE. Today. A nie, mam wizytę u dentysty. To jutro. Tomorrow - OK. Już się boję :D Na serio. Ale z drugiej strony - skoro szkolą, to nie zwalniają. Nie będą inwestowali w kogoś, kto nie popracuje. Optymiści. Uświadomiłam sobie, że to już szósty rok, jak jestem na emeryturze.

Fuck you :|

Urzędowej, nie przyspieszonej :|

Idę do dentysty, jak zawsze miło, nawet nie poczułam wiercenia i nic mnie nie zabolało. Jeszcze jedna wizyta, bo dolna protezka do poprawy, nie jest idealnie, ale pani doktor, o dziwo, nie zaleca nowej. No nic, zobaczymy, poradzę sobie z niegryzieniem twardego, ale i tak za miesiąc dopiero termin, więc długo.

W domu na poczcie masa emilków, książka to rozumiem, wlecze się od roku, ale mam za to osobno zapłacone (na końcu), choć i tak za mało, ale jedna pensja ekstra piechotą nie chodzi. Ale emilki w stylu: zmieniła mi się koncepcja, proszę nie poprawiać, po tym, jak odpisałam, że zaczynam pracę od 5 października (a miałam wtedy wziąć urlop!), drugi - że dobrze, że nie skorekciłam, bo pani chora i leży w łóżeczku (współczuję, choroby nie życzę, ale... ona pracuje zdalnie od lat, ja od ponad 20 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim, choroby urlopem pokrywałam..., więc jej rybka, kiedy będzie zrobione, dziewczyna w wieku moich dzieci)... WTF, więc mam pracować sobie i muzom, jak im pasuje?

O nie.
Emilka wyskrobałam, do całokształtu załogi, że korekta, zgodnie z ustaleniami Bossa sprzed epoki pracuje od do, że daje z siebie wszystko, no bo jak mam te jebane nadgodziny odebrać, jak praca na mnie leci, jak kasztanów rudy grad, ale... 

Korekta ma życie osobiste i zamierza z niego korzystać. 

Pełną piersią, słuchając radia i grając w mahjonga, znalazłam fajną apkę z 700 kombinacjami i z codzienną grą...

Owinięta w kocek, bo nie grzeją, choć kazali rozkręcić grzejniki, a pani w piątce, do której polazłam rozmienić kasę, bo Informatyk, który jutro będzie mnie męczył, żeni się wkrótce i sekretariat zbiera na voucher, więc mu dam kasę w kopercie i niech dowiezie do firmy (śmieszne, co nie?) rzekła, że co, ja w dresach? Na to ja, że zimno, nawet mi, w domu. A pani, że już grzeją. Gdzie grzeją, tam grzeją, u mnie końcówka rurociągu od zawsze, dlatego nikt nie chciał w tym bloku mieszkać :D 

Kocek najlepszym przyjacielem dziewczyny w te dni :)

Lecąc do dentysty wpadłam na ojca kolegi Inżyniera. Taka tam znajomość, może z 10 zdań zamieniliśmy przez te lata, poza dzień dobry i uśmiechami na przystanku. Mieli trzech synów, w tym jednego z porażeniem mózgowym, rok młodszego od Inżyniera. Zdrowi synowie zniknęli mi z radaru od lat, a tego chorego spotykałam na wózeczku co jakiś czas. Albo z mamą, albo z tatą. I dziś tata zaczepia mnie i mówi: wie pani, nie ma już mojego syna, tego na wózku. Zamarłam, co mogłam rzec, oprócz banałów i wyrazów współczucia? Mówię, że najbardziej kochany był, to było widać. A facetowi łzy jak grochy i mówi: i co z tego, jak go już nie ma?

Wciąż o tym myślę. Nie ogarniam. Nie byłam nigdy poddana takiej próbie. Ale ja, znając siebie, cieszyłabym się, że odszedł przede mną, że nie zostanie na łasce obcych, kiedy mnie zabraknie, że jest już w lepszym świecie i nie cierpi (chociaż chuj wie, jaki jest ten drugi świat, może wcale go nie ma - wtedy spoko, ale może jest tam gorzej niż tu - wtedy przerąbane, co nie?). I chapeau bas dla gościa, bo matki w takich sytuacjach same ciągną wózek, a on - dosłownie, ciągnął go razem z nią. Przez 35 lat. W moim pokoleniu to rzadkość.

Więc, jestem pełna szacunku dla pana, panie K.

Dla pana żony też.

Chapeau bas. Jako ludzie jesteście wielcy, więksi od laureatów Nobla i innych. Jesteście Ludźmi przez duże L.

Tak za mną to chodzi, a do tego rozmowa z Inżynierem, ile bym nie miała mu za złe, nie mam racji tak do końca. Zależy mu. 

Kurwa.

Muszę się na nowo ogarniać.

I po co?

A jednak, budząc się rankiem, nie, nie bladym, sięgając po iPada, klnę pod nosem: co? Do matki tak rano?

Bo to albo Pierworodny leci, no wiem, wiem, ma interes, bo smaloszek i inne takie tam. 

Albo Inżynier zaprasza: może Skype?

A ja na to: o tak nieludzkiej porze (hahahahaha, 8-9 rano).

A oni na to: nam dzieci nie dają spać.

A ja: ale ja nie mam dzieci.

Jak to, mama nie ma?

Ano mam... Do końca i do bólu.

Jestem wredna, ale czasem nie tylko deszcz i liście na mnie lecą, cokolwiek by się nie działo, co nie? :) 

Trzymajcie kciuki, żebym się wyszkoliła, again :) 

 

czwartek, 24 września 2020

Zajączkuje się

 dalej na maksa, Kochany Pamiętniczku.

Dzisiaj znów znalazłam w skrzynce awizo na tego samego gościa. Sruu na pocztę,bo akurat na autobus szłam, no i pani znów mówi, że z policji, że odnotuje, sranie w banie. Mówi, że mam jechać na Chłapowskiego, na komisariat. A że akurat do banku jechałam w tę okolicę, żeby sobie konto odblokować o narodowość podać oraz kraj urodzenia, to sobie pomyślałam, czemu nie... I już oczami duszy widziałam, jak pięknie wyłuszczam sprawę, pan/pani w systemie odhacza i święty spokój mam...

Inżynier pisze: jechać, bo przyjdą nocą, do drzwi załomocą, a jak łomotania nie usłyszę, drzwi wyważą, na glebę rzucą i... nie ma takiego dźwigu, który mnie z podłogi podniesie, hahahahahahahahaha :)

No nic. Okazuje się, że na policję, nawet dobrowolnie, nie jest tak łatwo wejść. Interesant musi zadzwonić do okienka i czekać aż dyżurny dojdzie. Doszedł po dłuższej chwili, prawdziwy, bo naszywkę miał z nazwiskiem, jak ta ptaszyna, co ją zabili, choć się go nie zabija :)

Maseczki nie miał, ale stał tak, że gościa nie widziałam i nie słyszałam, więc poprosiłam, żeby się zniżył do mojego poziomu. Uczynił to niechętnie i ni chuja nie rozumiał, co od niego chcę. I skąd wiem, że list z policji. Bo mi pani na poczcie za każdym razem powiedziała. Ale z jakiej policji, bo policji dużo jest w PZ?  Nie wiem, bo pani nie wyjaśniła, RODO :) Ale skąd wiem, że z policji...  Kurwa... Kazał mi iść na pocztę. Kurwa. Mówię, że przecież mógłby sprawdzić w systemie, a gość oczy jak pięciozłotówki i pyta: w jakim systemie... Ja z głupia frant: no chyba policja ma jakiś system. Popatrzył na mnie jak na obywatelkę specjalnej troski. Nosz, kurwa, za dużo amerykańskich filmów, co nie? Siada gość do kompa, klepu, klep, klik, klak, jak mówi Alienek i całe dossier wszystkich w okolicy ma na tacy. A tu nasz rodzimy glina mnie wyśmiewa. Co ja mam z garem, jak mówiła moja Ciocia? Jak krowie na rowie tłumaczę, o co mi chodzi, wreszcie coś chłop ogarnął, kazał czekać i poszedł. A ja pod okienkiem, jak ten ułan, na schodach kwitłam. Za mną dwóch Murzynów, a przepraszam, Afroamerykanów (chyba, bo może z Mozambiku albo innej Kenii byli, nie pytałam), za nimi panienka z kopertą...

W końcu dyżurny wyszedł, odwołał mnie na bok, Francja elegancja i zapytał, czy mam Internet. I prosił, żebym się nie śmiała... Powiedziałam, że mam i umiem z niego korzystać.A morda mi się zbananiła, co było widać pod nową jebaną maseczką nanosową, pod którą ledwo dychałam, gdzie jej tam do starego namordnika w postaci przyłbicy. Ucieszył się niesamowicie i powiedział, że dzwonił na pocztę, ale mu powiedzieli, że mu nie powiedzą, kto wysłał list, bo RODO i musi mieć nakaz, żeby mu powiedzieli kto. A list może być równie dobrze z policji (nie wiadomo jakiej), jak i z prokuratury.

Kurwa. Mam prowadzić prywatne śledztwo kto wysyła na mój adres listy do kogoś, kto ty nigdy nie mieszkał?

Mówię, że jako głucha obawiam się wjazdu na chatę, o nieludzkiej porze, bo może facet jakiś grubszy bandzior. A ja po prostu nie otworzę, bo nie słyszę, kiedy przychodzą podpalić dom, ten w którym mieszkam...

I że już parę lat temu miałam takie awiza, nie pamiętam na jakie nazwisko, że i dzielnicowy do mnie zawitał, ale pięknie się dodzwonił...

Usłyszałam poradę i wykład: mam znaleźć adres i napisać do nich emilka w tej sprawie. Seriously? Już mi nawet adresu nie podał, nagle wyinteligentniałam w jego oczach i wyglądam mu na taką, co sama emilka znajdzie? No to się zawiódł, znalazłam, napisałam. Inżynier mówi, że jak coś mamy podstawę do odszkodowania za rozpierdolone drzwi. 

I wykład mi zrobił, jak mam emilka pisać. Nic, powinnam go nagrywać na telefonie, nie wpadłam na to, ale jak coś, nazwisko pamiętam. A emilka przesłodkiego napisałam. Inżynier ocenzurował, a ja stanowczo zabroniłam służbom lądować u mnie na kwadracie, bo w chałupie nic nie mam, a przetworów za mało, żeby ich wszystkich częstować.

I tak, kurwa, powinnam się cieszyć, że mnie na dołek nie zawlekli, co nie? Za dużo amerykańskich filmów... 

Teraz latam na pocztę, ale pewno sobie poczekam :) 

Do banku popełzłam. Pani w maseczce, ale ulitowała się nad kaleką i siedząc za pleksi,konto odblokowała, narodowość wpisała, męcząc się przy tym okrutnie, gdyż albowiem jej drukarka, aczkolwiek nabiurkowa, miała takie same fantazje, jak moja, padała, wydawała niedorzeczne polecenia, pani kilka razy pod biurkiem nurkowała, restartowała, spotykając się z moim pełnym zrozumieniem :) 

Miło się pożegnałyśmy, a ja obiecałam sobie więcej tam na konto nie włazić. Na pytanie, na co bankowi mój kraj urodzenia, skoro jest podane miejsce mojego urodzenia, a na jego podstawie można kraj wygooglać, pani westchnęła: RODO.

Kurwa.

A z pracy parę dni temu był emilek, że dana kancelaria jest upoważniona do przeegzaminowania wszystkich pracowników z RODO. Dałam się przeegzaminować, choć w mojej pracy RODO ni chuja nie ma znaczenia.

No ale może się mylę.

Pierworodny był w środę, słoiki przyniósł, smaloszek i inne przetwory do plecaczka wziął i rozpływał się, jak to jemu i MW smakuje wszystko, więc serce mi urosło i... już się przetwory nie zmarnują.

Poszliśmy na Manhattan, w promocji 10 kilo pomidorów kupiłam, dałam mu sporo do zeżarcia i poleciałam do domu gnana chęcią pomidorów przekładanych cebulą w słoiku... Niestety, słoiki mimo pasteryzacji się nie zamknęły. Nie zmarnują się, zjem, ale myślę, że winien jest olej. Dwa lata temu robiłam zaprawy z curry, też z olejem i wszystkie słoiki ciekły. Wywaliłam na balkon i stały dwa lata, upał, zima, w tym roku odkręciłam i... na oko i na węch nic im nie było, ale wywaliłam, bo... strzyżonego strzyże... Tak więc te słoiki do lodówki, dobrze, że tylko parę, sama zjem. 

A kapusta kisi się jak marzenie, na dokładkę soku po kokardkę i kucyki, więc nie będę szatkowała, tylko tarła. Jest najsmaczniejszą kiszoną, jaką w życiu zrobiłam i to dobry pomysł.

Wypróżniłam lodówkę z pomidorów, niestety, to już ostatnie smaczne pomidory, papryk, zrobiłam gęsty sos, wpakuję w resztę słoików i koniec.

Przeszło mi robienie przetworów w tym roku, może za rok znów :) 

Teraz chwila odpoczynku i oddechu, bo już do mnie piszą, że będę jednak wdrażana w nowy system. Tylko jeszcze nie wiadomo kiedy. 

Już chciałam bluznąć, ale... Nie będę jak moje psiapsióły, co 10 lat przed emeryturą jęczały,  że muszą się uczyć.

Jeśli chcą mnie w to wdrażać, mimo że jestem na emeryturze, to jednak wciąż jestem przydasię.

I to jest motywujące.

A jak coś, to i z  pierdla wyciągną :D 

I to jest ta optymistyczna część, Kochany Pamiętniczku, co nie? :)



wtorek, 22 września 2020

Coś

 chyba mi się pozajączkowało, Kochany Pamiętniczku, ale co się dziwić po takich przejściach?

Nie licząc pochwalnych emilków, na koncie pewno będzie co do grosza tyle samo, za co jednak dzięki blogu i partii, bo tak.

Bo mogło być gorzej.

Sobota. Na pocztę drepcę, bo... awizo w skrzynce było, na Janusza jakiegoś tam, nazwisko, nieczytelne. Na całe moje szczęście nie było kolejki, a chociaż na awizie nie było nr mojego mieszkania, miałam nosa. List był z policji, a jebany listowy nie był u mnie, chociaż cały czwartek byłam w domu, bo zamykałam.  Idąc na pocztę oszczędziłam sobie wjazdu policji na kwaterę, co już mi się zdarzało.

Mam wyjątkowego pecha, co nie?

W niedzielę jazda, bo D. napisała SMS. No, ja po tym, jak nie udało mi się do niej wysłać SMS na imieniny, nawet nie próbowałam. A tu bach. I nawet SMS nie widziałam długo, bo tak w sumie to ja nawet nie wiem, po co ja ten telefon mam, no ale wiadomo, w dzisiejszych czasach człowiek bez telefonu nie istnieje, do banku nie wejdzie, biletu nie kupi i inne takie tam. Jeszcze tylko w konstytucji brakuje zapisu, że telefon zaś ale na stanie musi być...

Zawstydzona odpisuję, i co ja paczę? Niedostarczona. Kombinuję jak koń pod górkę i pod wiatr, nic, dupa. Piszę do Inżyniera, każe mi włączyć kamerkę na MSG... Kurwa. Zaczyna się wszystko rypać, albowiem mam i bezprzewodowe słuchawki do kompa, które akurat mam na uszach, ale każe mi wejść na Skype na iPadzie, Skype tam nie działa, bo... resetowałam hasło do wszystkiego, które oczywiście nie działa, słuchawki na Bluetooth padają, muszę przestawić na słuchawki na kabel, każe mi robić zrzut ekranu z ajfona (no, teraz już kurwa wiem, jak to się robi, ale robiąc to nie mogłam tego zrobić, bo ręce mi się plątały między gryzoniem, kablami, słuchawkami, notesem, wpisywaniem haseł...). Kurwa.  Nie chciał zadzwonić do D. i przekazać jej, że walczę z systemem, bo... za osobiste to.

No, oczywiście, kurwa...

Odłączyłam się, dziękując pięknie, bo w międzyczasie przy tym całym przełączaniu fasolkę szlag trafił, dobrze, że smród poczułam i garnek się nie spalił, no i test na koronawirusa wyszedł ujemny (?) smród czuję, znaczy się jest OK :)

A kurwica mną trząsła i trząsła, jak cholera :D  Do M. z pracy, emilka skrobnęłam, objaśniając sytuację, screeny załączając i sumitując się, że w niedzielę.

A tu pstrrrr... I M. pisze, że rozumie, że D. ma WhatsApp. 

Napisałam i trzasnęło znów...

Ale w poniedziałek emilek od M., że dzwoniła do D., że D. coś nie tak kliknęła, ale wie...

Kamień z serca spadł, to był ten huk słyszany w okolicy :)

A na poczcie - no cóż, warzywka, które miały być we wtorek i maszynki, które mają być po5 października.

Warzywka zrobiłam, cóż. Z zapytaniem kiedy dwie ostatnie strony i cisza w eterze.

A maszynki, zrobione, a jakże, z entuzjazmem piszą, że mnie kochają.

No, odpisałam, że zatem pora umierać. Uregulowało się, jest naczelny, nie dam sobą pomiatać, jakkolwiek nie będę kochana (tzn., że mogą sobie kochać do woli), na pewno nie będę im warowała non stop przy kompie.Wracają stare zasady, za tę kasę, nie licząc doskoku - dwa dni i ani grosza więcej, bo nie opłaca mi się.

Mój czas jest bezcenny.

Wtorek. Wkurwiona lezę do Galerii, bo kupiłam lampki bez sprężynki. Pani na tyle uprzejma, że na moją prośbę maseczkę zesunęła, więc deal poszedł pięknie, a na moje "miłego dnia" oczy miała jak te spodki.

Słoików nakupiłam. 

Mam plany.

A emilka niet, więc piszę do warzywek, że sorry Batory, ale za tę kasę nie będę warowała dniami i nocami przy kompie (mieli inną korektorkę, przychodziła, jak jej pasowało) :) Odzywa się gościówka z zaległościami, że wieczorem, ale mogę zrobić jutro rano.

Idę do kuchni, mam chytry plan, kapusta w kącie leży. Jeszcze nie gnije. Przypominam sobie, że mam donicę (ojapierdolę, jaką donicę, przedwojenną, z cienkimi rowkami) i ręczną maszynkę do tarcia. 

Trę więc kapustę, eksperymentalnie, bo nie wiem, co wyjdzie z kiszenia kapusty utartej na tarce, ale co najwyżej stracę parę groszy, trę marchewkę, robiąc bałagan w sanktuarium, w dużym pokoju, albowiem do nowych szafek maszynka nie da się przykręcić, kurwa, ile lat jej nie używałam? Do stołu da się (nie mam kuchennego, Pierworodny zabrał, stół mam tak gówniany, że dzieciom nie wolno w niego stukać, bo drzazgi polecą, ale i u Inżyniera dzieciom nie wolno samochodzikami po stole jeździć, bo właściciela, a rysują, no cóż, bliższa koszula ciału jak sukmana), więc cieniutka deseczka i jest git majonez...

Na kuchence reszta antonówek i jabłek dogorywa, bo  z jabłkami w tej chwili problem: w lodówce, wydzielając etylen przyspieszają starzenie się warzyw, a stojąc dekoracyjnie na przedwojennej paterze... owocówki.

Zatem kapusta zakiszona, nie posiekana, ale starta na grubej tarce, zobaczymy, co wyjdzie.

Konfitura jabłkowa jest tak smaczna, że ojapierdolę.

Sama zeżrę, nikomu nie dam, bo... 

Jest zajebista.

Warzywka piszą, że im korekty zginęły, dosyłają wstępniaka, wersje dwie, spis, a na prośbę o potwierdzenie...

Giną w niebycie.

Mam na to wyjebane.

Otwieram wino ze swoją dziewczyną, zasłużyłam.

Pierworodny ma jutro wpaść po smaloszka, ale wątpię. 

Wątpię też mamy, jak w tym starym żydowskim kawale.

A ja, wbita w kąt, planuję jutro załatwić to zablokowane konto w banku.

Mieć na wszystko wyjebane w Kosmos.

A Inżynier zdał dziś na 93% na wymagane 75% egzamin.

Po kim to dziecko takie genialne jest?  :)

Chociaż i on mówi, że z wiekiem coraz trudniej. Potwierdzam. Ale u siebie podejrzewam coś gorszego. Nie wiem, może skleroza, może alzheimer. I szukam wyjścia, którego nie ma.

Nie ma dobrego wyjścia w takiej sytuacji.

Nikogo nie chcę krzywdzić, traumatyzować, zostawiać ze wspomnieniami takimi, jak moje.

Jak żyć?

Jak żyć, nie będąc dla nikogo ciężarem.

A na razie polecam Criminal na Netflixie. Zaliczyłam już UK i Francję. Pora na Niemcy :) 

A na razie radio Pogoda gra...


piątek, 18 września 2020

I kolejny tydzień

za mną, Kochany Pamiętniczku :)

Ja już listopadowa jestem, albowiem właśnie zamknęłam, bez huku, październikowy numer. Cieszę się, że nie byłam w redakcji i że pracowałam w starym systemie, jak na początku kariery - Word i wydruk, ale... System Worda nie wczytuje i inne cuda wianki chodzą.

Żal mi ludzi, którzy się z tym użerali, ale i mnie wdrażanie czeka, więc nie ma zmiłuj. A na dokładkę jebana drukarka raczyła zmienić opcje już pod koniec, w najgorętszym momencie i... pomijając, że drukuje na opcji "drukarka nie jest podłączona", sama się wyłącza (a poprzednio była włączona nawet przy wyłączonym komputerze), rozumiem, czemu Inżynier nie lubi drukarek, chociaż jest najgenialniejszy do kompików i ma nawet certyfikat Apple, oficjalny, a jakże (dumna jestem)...

Nowy iPad już jest, jak marzenie, ale... Dorastam, staremu nic nie brakuje, nawet połowy pamięci nie zużyłam, a bateria na kablu chodzi jak złoto jeszcze, więc? Jeszcze się łapie na uaktualnienia, więc? Kasę mam, jak coś, kupię, ale poczekam na Black Friday, a może i dłużej. Nie pali się. Dorastam chyba.

Cztery dni nie wychodziłam na krok z domu, a dziś w skrzynce... awizo. Klasyka. Klasyka tym bardziej, że na nazwisko nieczytelne Janusz... i nie ma nawet numeru mojego mieszkania :) Po prostu sobie leży w szparze unijnej i kwitnie. Ponieważ już miałam wizyty policji, oddam je na poczcie i zrobię raban. A co? Kto bogatemu zabroni. Wiem, listonosze marnie zarabiają i na poczcie rozpiździel jest, ale co mnie to? Ja też marnie mam płacone, ale pracy nie olewam.

Najlepszy dowód - dziś od Bossa artykuł o epokowym a jakże, evencie.

A w tytule trzy błędy. Trzy błędy w tytule od Bossa? Kokaina czy amfetamina? A że wydruk na rastrze i na mojej drukarce chuj widać, piszę emilka, że są byki... Nie minęła minuta, a odpowiedź, a zazwyczaj moje emilki giną w przepaści firmowej poczty :) Że sam jest zszokowany, że on nie wpisywał, że system...

Tak, kochany Bossie, też cię kocham. Jak ja w tym wariatkowie puszczę literówkę lub zgubię przecinek, jest  dochodzenie FBI i CIA...

I mam zachować to między nami.

Amen :) Mam na niego haka, jak coś.

No dobra, gorąco było, bo mało, że nowy system i wszystko się sypało, to sytuacja polityczna jest jaka jest, co też opóźniało zamknięcie numeru. Mam nadzieję, że pisiory się przejadą na tej ustawie i wypierdolą w Kosmos. Rozumiem argumenty wszystkich zwierzolubów, odwiedzających tego bloga, sama nie mam zwierząt, żeby im broń blog krzywdy nie uczynić.  Ale zakaz trzymania krów na uwięzi, teraz zaraz już?  Znam się na hodowli zwierząt i pomijając wypadki wołające o pomstę do nieba, zwierzęta nie mają źle hodowlach. A że są zabijane? Wszak ludzie są mięsożerni, nieprawdaż? Ubój rytualny jest nieludzki? A "ludzkie"jest transportowanie tych zwierząt w nieludzkich warunkach do kraju, gdzie tak samo zostaną rytualnie zabite, bo tam wolno. A straci nasza gospodarka. Nic nie jest proste. Jak czytam, jakie warunki muszą mieć świnie, łącznie z zabawkami i innymi takimi tam, to na serio, czasem ludzie tak dobrze nie mają. 

Nie jestem za krzywdzeniem zwierząt. Ale od wieków człowiek jadł mięso.  Jedyne wyjście z sytuacji: przejść na wegeterianizm. Ale chyba nie da się do tego zmusić wszystkich ludzi?

Temat rzeka, więc wychodzę z niego, jestem z rolnikami, bo to ich warsztat pracy. To tak samo, jakby ktoś wydał ustawę, że nieważna gramatyka i ortografia - zostaję bezrobotna. :) No ale ci ludzie władowali ciężkie pieniądze w doskonalenie i wygładzanie swojego warsztatu pracy, mają kredyty na karku. 

A prezio kocha kotka...

Kurwa :) 

I tyle w temacie.

Rano kurcgalopkiem na Manhattan pobieżałam, wciąż oczami duszy widząc wiszącego wstępniaka (głupia ze mnie cipa do kwadratu, pracowałam 4 dni jak niewolnica po godzinach, w rytmie redakcji, więc gdybym nie ogarnęła wstępniaka błyskawicznie, to co? Jeżu kolczasty, jaka ja jestem niedorobiona).

Nic na poczcie nie było, więc w akcie rozpaczy i protestu przeciwko życiowej niesprawiedliwości: 

- poszłam do piątki i kupiłam piwo na zamknięcie (które właśnie, rozkosznie schłodzone popijam). 

- okna w dużym pokoju pomyłam, albowiem rano w promieniach wrześniowego słońca, padającego już pod innym kątem widać było syf i malarię :), 

 


inaugurując jesień piękną hokkaido :),

- badylki postawiłam na baczność, 

- smalczyk zrobiłam, z papryką tym razem

 


 jest MLASK, wiem, bo brytfannę chlebkiem wymiziałam  :) 

- z żurawiny, która po dwóch tygodniach leżenia pod ręcznikiem dojrzała

wsypawszy na kilo żurawiny kilo cukru, wg wskazań przedwojennych 



przepyszny dżemik usmażyłam i zawekowałam :)

Nie licząc drobiazgów cotygodniowych na koniec. Mieszkanie wycyckane, obiad na jutro został (a tam, idę po linii najmniejszego oporu - w moim ukochanym garze, co się nawinie, na drugi dzień jest). 


We wtorek warzywa, ale do wtorku luz i hasta manana. 

Jeszcze nie mam planów.

Ale...

Pierworodny miał wpaść, miał trzy dni wolnego. Musi mi ktoś umyć szklany klosz w kuchni. Zarósł nagarem. A i wyżej jest co ogarniać. Mogę sama, ale przy moim błędniku, coraz gorszym... Sam mówił, że ma wolne i wpadnie, jak coś potrzebuję. Wpadł, w poniedziałek, bo... on potrzebował komiks na lekturę dla MW. Tak, teraz mają komiksy na lekturę. A że wydałam majątek na komiksy dla dzieci, to mam... (Gówno, co nie?). Zabrał zaprawy, na to sama nalegałam, bo co się ma zmarnować dobre żarcie...

A moja lampa? Dalej zarasta nagarem, bo... miał inne zadania w domu do wykonania.

Trudno :)

Dziś synowa wrzuca zdjęcie MW na koturnie.  WTF? Dziewczyna ma 10 lat. Wyrośnięta ponad miarę. Piszę, że zrobi, co zechce, ale prosi się o wizyty u ortopedy i choroby kręgosłupa. I co? Nic, przeczytała, zlała ciepłym strumieniem moczu. Mam pisać do Pierworodnego? I tak zrobi, co żona mu każe... 

A MW non stop w słuchawkach i na telefonie.
A za mną: 


W pierwszym odruchu chciałam zlikwidować FB, ale mnie Inżynier obśmiał. Nie lubię dokumentów, ale ten przełknęłam. W sumie - jestem uzależniona, nie da się ukryć, ale... Umiem funkcjonować poza siecią. Z MW nie mam PRAWIE żadnego kontaktu, bo ona wciąż jest w sieci. Ja mam 65 lat, ona 10.  Ja mam życie osobiste poza siecią, pracuję, żyję, w sensie chociażby robienia przetworów, łażenia, zainteresowań. Jestem pełna obaw. Może niesłusznie, bo to inne pokolenie, ale jednak. 

 Wiem, monotematyczna jestem, nie za bardzo podoba mi się niesłuchanie głupich rad pojebanych staruch.

Bo niestety, internety pełne są idiotyzmów, o czym też mówi ten film, właśnie napisałam do Pierworodnego, ale jest pod pantoflem, że hej :)

A nic, kurwa, nie będę się denerwowała... Bo i po co?

Do Inżyniera piszę, że do Umarlaków, a jakże, pamięta, urlop weźmie. Pytam: WTF urlop? Bo... No rozumiem, że żona ma pierwszeństwo w dzień Umarlaków, ale... W szoku był, że myślę o początku października, zgadzam się na niedzielę, bo w sobotę to oni zakupy robią na tydzień (obudził się z ręką w nocniku, a tak mnie krytykował, jak mówiłam, że zakaz handlu w niedzielę uderza w ludzi pracy, sam w UK robił zakupy w niedzielę).  

A do M.? Nie będę ciągnęła Inżyniera. A Pierworodny? Od ponad roku słyszę, że pojedzie tam ze mną i zabierze dzieci.

W sumie w dupie to mam.

Sama ogarnę, bo mogę i chcę. A że się umęczę? Nevermind.

Wiem, że Eks nie był idealnym ojcem, ale też najgorszym nie był.

Może oni tego nie pamiętają, ale ja tak. I oni wiedzą, jak to szło.

Dziś wsadziłam miarę zamiast do szuflady, na półkę do szafy. Nie wiem, o czym myślałam, latałam, ale...

Czy to już alzheimer, Kochany Pamiętniczku, czy zwykłe roztargnienie?

I dlaczego ja, kurwa, muszę tak dużo pamiętać i o tak wiele spraw mieć żal?




 

niedziela, 13 września 2020

Sama

 już nie wiem, Kochany Pamiętniczku, śmiać się, płakać, czy się upić i mieć na wszystko wyjebane :) 

Com ja wczoraj namęczyła biednego Inżyniera, że przeglądarka nie taka, to na wołowej skórze by nie spisał. Dziecko mam święte, bo ja moje marudzące tak, zabiłabym i każdy sąd by mnie uniewinnił. Jak gęgali, mówiłam: mów mi ciociu Basiu, więc chodzili i marudzili: ciociu Basiu :D :) 

Ale po długim i krwawym boju przeglądarka wróciła do stanu akceptowalnego przeze mnie. Bo jestem wrogiem zmian, lubię mieć tak, że moje puzzle układam z zamkniętymi oczyma po po pijaku :) Ale te cztery dni, kiedy pracuję jak Szalony Kapelusznik muszę móc wszystko robić na czuja. Przeglądarka musi mieć górny pasek menu, a sam pasek adresowy musi mieć adres główny i od razu boczny z wyszukiwarką. Bo czasem jest potrzeba i strona i jednoczesne szukanie. Jestem dobra, bo mam swoje metody i liczę już nie minuty, a sekundy. I dlatego zachwycona jestem Błyskawicą, bo to, co na firmowym kompie zajmuje mi 10 sekund, tu starcza na to sekunda. Jaka oszczędność czasu, nie mówiąc już o tym, że Angry Birds napierdalają jak należy :) Wciąż jeszcze nie mogę się przyzwyczaić do wielkości monitorka i nie mam ustawionej jasności, takiej jaką lubię, ale nie będę za dużo kombinować, bo przedobrzę i będzie bęc i będzie ała :) 

Ale... coś mnie "tkło" i wbrew zaleceniom Inżyniera wlazłam na firmową pocztę i dobrze. Emilki od Bossa z opierdzielem (nie dla mnie) i cała masa emilków z robotą. Wzdech, wydech, jak nie zrobię dziś, będę padała na ryj jutro, a i tak będzie się nazywało, że nie zdążyli, bo korekta poległa. Cóż było robić. Teksty do II korekty, tylko rzut oka i co ja paczę?  Nie ma I korekty, nówki nieśmigane są. To od razu widać i czuć, nie ma innej opcji. Z bólem dupy więc piszę emilka ogólnego, że no protestuję.  Olać moją niepotrzebną robotę, naga prawda jest taka, że I korekta na wydruku to masakra i sajgon. Niestety, to nie są mistrzowie pióra. No i burza w szklance wody, okazuje się, że... ludzie nie opanowali nowego systemu. Dla mnie - na razie - zmiana polega na tym, że nie ma już starego programu graficznego, w którym też mogłam robić I korektę - teraz tylko w Wordzie, a ten mam nówkę nieśmiganą na Błyskawicy, a za parę dni dostanę najnowszą wersję, bo jednak kupię nowego Office'a, chociaż mogłabym tę kasę przepić. Ale mam za tę kasę różne cuda wianki, ułatwienia, dodatki i 1 TB chmury i jestem niezależna i wolna jak ptak, więc warto. A II korekta na wydruczku, pikuś, lubię, bo rozłożę sobie strony i widzę to, czego nie widzę w kompie :)

O, i emilek od Bossa, z II korektą, że on chce na wydruku, bo na PDF ma za dużo pracy z szukaniem zaznaczeń? Serio? Ciśnienie mi wzrosło i grzecznie-niegrzecznie odpisałam, że w PDF robiłam, bo drukarka padła, a zanim doczekam się serwisu, to parę dni by upłynęło (pomijając, że zabrał mi 3 dni z życia przez swoje niezorganizowanie) i by jeszcze dodatek nie był w drukarni. Bo to nie jest tak, że ktoś do mnie dojedzie migusiem, ale i w samej firmie też się czasem kilka dni czeka. Że mam drukarkę dzięki osobistemu dziecku, za którego pracę firma kasuje 600 funtów za dzień. Cisza, jakby nie czytał emilka. Kurwa, jakby mu się należało.

A nie będę Inżyniera wołała do każdej awarii firmowej, bo co innego ogarnianie mojego osobistego poletka i zabawek, bo robi to dla mnie, bo mnie kocha, a co innego sprawy pracowe.

Okazuje się, że po dwóch miesiącach bez mała szkolenia NIKT, dosłownie nikt nie ogarnia nowego systemu, a błędy tłumaczone są... wadami systemu. Wady systemu (wnioskuję ze skarg) polegają na tym, że nikt nie zapisywał chyba zasad, a do tego nie są opanowane zasady pracy na maczkach.Taki drobiazg: na PC cudzysłowy odpowiednie się same wpisują, na maczkach jest to już kombinacja klawiszy, inaczej wychodzą takie jak na FB. Druk na papierze rządzi się swoimi regułami i to ma znaczenie. Piszę więc emilka wyjaśniającego, łaziłam po redakcji i tłumaczyłam jak krowie na rowie takie drobiazgi, na co dostaję emilka, że pani karteczka zginęła... Drobiazg, ale z takim drobiazgiem idą do łamacza, który musi zapisać to, nad czym pracuje, wyjść, otworzyć nowy plik, poprawić, zapisać, zamknąć, w międzyczasie wlatuje Boss, dzwoni telefon, ktoś coś chce, siku... Piszę do pani: założyć folder dupa i wrzucać tam zasady, nie zginą. Pani hahahahaha, dawno się tak nie uśmiała. A na serio, ja mam folder dupa i nic mi nie ginie.

 I tak mi cudnie upłynęła niedziela. W którymś momencie zorientowałam się, że  dobrze, że Pierworodny odrzucił zaproszenie na ciasto, które zostało, bo Inżynierostwo są na diecie :) No cóż, jakby dziś przyszli, przystawiłabym sobie pistolet do głowy i pociągnęła za spust. Ciasto zamroziłam, po sprawdzeniu na wujku, że tyrajmisiu, tyraj można zamrażać.

Z rozgotowanych pomidorów sos zrobiłam świderki zanabyte ugotowałam (nie cierpię świderków, ale mnie natchło jakoś), kawałek tiramisu wciągnęłam, chrzanić dietę i inne takie tam... 


Przede mną naprawdę ciężkie dni, nie wiem, czy mi się rączka omskła, czy cuś, ale zamknięcie w piątek. 

Na szczęście warzywka wtorek-środa, co za ulga.

I tak mi się (dupa) kręci wkoło pracy.

 

Kolega pisze, że śle jak śle, bo mu dzieci chorują, małe. Inny, bo tylko bladym świtem może. Inny jeszcze inaczej, bo...

Jaki stąd wniosek?

Że korekta jest wieczna :)  Silna, zwarta, gotowa, bez życia osobistego (a chciałam dziś do wujka Mietka i znów nie wyszło), trzeźwa, myśląca.

Żarówka w sówce padła. Mam tylko 40-watówkę z takim małym gwintem, ale boję się, że tykwa się spali.

Ale pięknie to 40 wat wygląda.

I nowy monitorek mojej Błyskawicy :D 

 


 Nie pamiętać, nie truć Inżynierowi dupy, zapisać w kajeciku i zamknąć mordę na kłódkę, że znów te dni,kiedy wylądował na OiOM i miał w najlepszej wersji mieć przeszczep. Skoro on tym nie żyje, dlaczego mi wciąż to trwa i trwa?

Nauczyłam się nie trzymać go pod szklanym kloszem, dlaczego nie umiem nauczyć się po prostu żyć?




 

sobota, 12 września 2020

Szalony

 dzień, Kochany Pamiętniczku :) Na to się zanosiło, no ale nie myślałam, że aż tak.

Wstałam spokojnie, pościel zmieniłam, do prania wrzuciłam, wyprałam, powiesiłam i wolnym walcem na Manhattan polazłam, gdzie... Nie oparłam się dupomirkom, no jak można się im oprzeć, ale też za dużo nie wydałam, bo co to jest dzisiaj 50 zł. Nakupiłam ciasta i to okazało się błędem, bo Inżynierostwo są na diecie. Trudno.

Ale do brzegu...

Jak pięknie wlec się rankiem, patrząc za okno, na pomykających w watowanych kurtkach, i wieszając pranie, wywlokłam sweter, ale nie wiem, po jakiego grzyba... Wylądował na dnie wózeczka, bo


te kolorki i słońce - i tak warto żyć, co nie?

No i lokalne obszczymurki, na tym murku zawsze siedzi cała masa, nie szłam tam jeszcze z aparatami, jak siedzieli, więc kamieniem nie rzucę, dziś lazłam na tyle wcześnie, że pewno wczoraj odsypiali, ale pełen wersal i kultura, co nie?


W dwóch kątach długiego murku były dwa wiadra i porządek. Jak w Koziołkowie, które pamiętam z młodości, gdy dozorcy rano sprzątali chodniki, polewając je wodą ze szlaucha...

Kultura zaś ale musi być, obszczymurek czy nie obszczymurek.

Bo to cudny i ciepły dzień był, więc szło mi się w stronę słońca, okrężną drogą do domu. 

 

Przyjechali spóźnieni, albowiem Jej Wysokość Kalafiorkówna drzemkę sobie ucięła :) Ale tym razem nie wzdrgała się, przekraczając me skromne progi, tylko wparowała zdecydowanym krokiem :)  Alienek zaś nie miał żadnych oporów, od razu był na swoich śmieciach, radośnie wręczył mi pęk kabli. Batia, prezent :)  I jak go nie kochać, choć łajza z niego jest, co wyszło w praniu. 

Inżynier raźno zabrał się do roboty, okazało się, że nowy monitorek, aczkolwiek wielki jest, zmieścił się bez rozbierania półeczek, za co cześć mu i chwała.Tak też myślałam, gdy kupowaliśmy poprzedni, no ale morda w kubeł, a tam :)

Zabrałam Inżynierowi pół dnia i trochę później na Skype z życia, ale...

Dostali pizzę, która nawet dzieci jedzą. Przetwory. Poczęstowałam sałatką siedmiodniową. Inżynierowa marudziła, ale jak Inżynier posmakował, dała się skusić, a Kalafiorkówna stała i... w płacz, bo nie dali, Jak dali, był płacz, bo chciała cały słoik, ale nie dali, bo obiad. Jak pakowałam, gdy wyjeżdżali, na widok słoika dostała apopleksji... Obiecali jej dać na kolację, więc gdy siatkę z przetworami dorwała w kącie, z płaczem oddawała...  Nie sądzę, żeby mała dziewczynka doniosła w całości tyle słoików, tym bardziej, że udało jej się stłuc jeden z holenderskich sabotów, które spokojnie na półeczce od lat kiblowały. Więc mam dla kogo robić sałatkę siedmiodniową. A straty w rzeczach? Cóż, wliczone w koszta życia, do grobu tego nie wezmę przecież.

I tak zostałam w mieszkaniu



Zbierał ktoś kiedyś gumki z podłogi (tu tylko jedno pomieszczenie), ale...

Dwie kupy do wyniesienia :) I sterta pudeł po pizzy.

I drukarkę mi Skubany naprawił, a było proste jak drut sprężynowy... :) 

Nie muszę więc wołać informatyka...

I tak warto żyć. 

Na poczcie firmowej praca, w dupie mam. Wedle zaleceń Inżyniera. I po zerknięciu do kalendarza okazało się, że mam 4 dni na 212stron. Czyli na 424.

I tak warto żyć, co nie? :)

Zwłaszcza z nowym kompikiem, który śmiga jak szczała :P 

No dobra, jak strzała :D 


Ogarnięte,kompik powoli oswajany, bo kurwica mnie, że nie ma paska adresu i paska wyszukiwarki obok, Inżynier nie ogarniał, a mnie to przeszkadzało jak cholera... On ma inne warunki pracy, ja inne. Znalazłam,powoli oswajam.

Kompik upchnięty w małym pokoju, monitorek na szafie,powoli zagracenie mieszkania rośnie wykładniczo... Ale to nie ja będę to sprzątała, więc luz :P 


Tylko gumki jeszcze gdzieniegdzie się pod nogami plączą, ale luz. Bez okularów ich nie widzę, pod podeszwą kapci czuję.  Co się nie wyzbiera, to się odkurzaczem wciągnie.


piątek, 11 września 2020

Poszły

 w pizdu, Kochany Pamiętniczku. 

Kwartalniki ostatnie, a nie, wróć nie ostatnie, bo jeszcze w tym roku będziemy robić kwartalniki na następny rok. 

Takiej rozpierduchy najstarsi górale nie pamiętają. A mnie maksymalnie wkurwia nieszanowanie czasu ludzi, na dokładkę niezapłaconego. Bo jeżeli mam harmonogram na cały rok, to się go trzymam. Urlop i inne zabawki układam pod ten harmonogram, starając się nie zakłócać rytmu. Ale, kurwa, jeżeli coś jest zaplanowane na wtorek, a potem nie ma nic, to mam prawo sobie prywatnie zaplanować środę, czwartek i piątek, nieprawdaż. A skończyło się na tym, że kwitłam jak ta leluja niewinna przed kompem, rzygając nim w końcu, bo ile można oglądać kretyńskich seriali i grać w głupie gry? Może gdybym grała jeszcze w Plemiona, to bym mogła zabijać do woli, ale tak? Wiem, i tak lepsze to od kwitnięcia w redakcji, ale... Materiał przysłany po godzinach, nie będę do Bossa pisała, czy na dziś koniec, bo odpisze, że on jest w pracy od 6 do 22. Jest. To znaczy, że źle zarządza czasem, ja nawet za jego pieniądze nie chciałabym tak siedzieć. Skorekcony, odsyłam, jedynie D. ma na tyle oleju w głowie, że pisze mi, czy mam jeszcze kwitnąć, czy opaść. I... next day czekam i czekam, wkurw rośnie, bo o 14 zebranie znów, miało iść do drukarni we wtorek, jest piątek i nie poszło...

D. lituje się, gwałci Bossa i mam PDF.

I na końcu emilek od D., że jak zawsze dobrze się jej ze mną pracowało.  Kochana jest, napisałam jej to.

A reszta rzuca się jak ryba w przeręblu, Boss emilki śle, że pracują w weekend, bo się nie wyrabiają. Od miesiąca szkolą się w nowym systemie (mnie na razie z niego wyłączyli, pracuję tradycyjnie Word i PDF), a mnie pusty śmiech ogarnia, bo niektórzy po ponad ćwierćwieczu pracy w starym systemie nie ogarniają go :) (Nie chwaląc się, gdy weszłam do tej firmy, zasady wyłożyła mi koleżanka z sąsiedniej redakcji, bo mamy tak kilka, ogarnęłam je... nie wiem?... może w pół godziny, w sumie dotąd pracowałam w Quarku, zmieniłam na InCopy, różnica w tym, że w Quarka się wchodziło z ulicy, a tu trzeba kliknąć w każdy "kawałek", a takie tam drobiazgi. Reszta taka sama, z tym że pracując w Quarku sejfowałam, a tu checkuję :) )

W dupie to mam. Nawet poczty nie włączę, zresztą jutro wpadnie Inżynier, z kompikiem i nowym monitorkiem, serce mi pęka, bo biurko pójdzie w pizdu, usunęłam wszystko sprzątając, nie zrobiłam zdjęcia, trudno, nie będę pierdyliarda badziewi z powrotem układać, ale jak ja to potem znajdę? Jak żyć, Kochany Pamiętniczku bez starych rupieci w zasięgu ręki? Nie cierpię zmian, mam nadzieję, że ocalę chociaż jedną część półeczek... Gdzieś musi stać lampka, moja czarownica w szklanej kuli i inne śmiecie, bez których nie mogę żyć.

Sowa się nie zapala, ale nie mam już siły sprawdzać, czy poszła żarówka, czy inny szlag. Mam dość wczołgiwanie się pod biurka i wyciągania stamtąd kubańskiej dupy, nawet raźniej zaczęłam się wywlekać ostatnio i coraz mniej szukam do podpierania, ale jednak. Nie wiem, co zrobię z kompem, bo ni chuchu nie mam pomysłu, gdzie go upchnąć i co zrobić z kolejnym monitorkiem... W szafach mam już skitrane dwa, nie licząc tego niepłaskiego jeszcze, który po prostu wyniosłam na śmietnik i który zniknął z prędkością światła. Kompa nie wystawię, bo nie będę męczyć Inżyniera o unicestwienie dysku, to nie takie proste jednak. W domu parę dysków snuje się po kątach, wszystko z nadzieją na uporządkowanie bajzlu (a mam na każdym z nich nielichy, jestem wyjątkową bałaganiarą dyskową)...

Małe przemeblowanie, jednak jeżeli dalej zostanę na home office, będę tam potrzebowała lampek, jesień nadchodzi... Nieźle jest. Jeszcze tylko plastik na podłogę z IKEA, bo ten dywanik o kant dupy, ale... Chyba się nie doczekam, za wielkie to, żeby wieźć bimbą, a Inżynier nie wybiera się do IKEA. Pojadę, wrócę taksówką, trudno.  Te miękkie podkładki z marketów budowlanych, niedrogie są do dupy, łamią się, haczą i potykam się o nie, a że latam na boso, boję się, że rozorzę sobie kopyto albo co gorsza, zęby wybiję...

Rano ostatnim rzutem na taśmę poleciałam do Biedronki, jutro rano na Manhattan, potem wpadną Inżynierostwo z potomstwem, ciekawe będzie podłączanie kompa z taką bandą. No nic. Darowanemu nie zagląda się w zęby, choć wolałabym to zrobić spokojnie. Bez dzieci. Trudno :) 

Gotować nie gotuję, zamówię pizzę, to jedzą, nie będę się stresowała, że w ząbki wchodzi, a i zaoszczędzę sobie stania przy garach.

Dzisiaj rocznica śmierci Brata mojego, nie wiem, która, nie pamiętam, wymazuję. No dobra, Inżynier miał wtedy 18 lat, zatem osiemnasta. 

Jutro Mamy, okrągła, pół wieku.

A boli, kurwa, jakby to było wczoraj i co najgorsze, człowiek jest z tym bólem sam.

Bo co zmieni, że przypomnę niepamiętającym? Nieprzywiązującym wagi do takich dat? Może mają rację, bo pamiętają o ludziach. To wiem, bo rozmawiamy. A że nie pamiętają dat? Pierworodny o swoich urodzinach nie pamięta :) Może i ja powinnam żyć, pamiętając, jak dotychczas, ale nie biczując się?

Nie czując się wciąż winna, że żyję.

Jeszcze...

 

Staram się nie myśleć, nie odlatywać, ale to wcale nie jest takie proste...

 

Aby do października, odpukać, tfu, tfu, niech nic więcej się nie dzieje. 






czwartek, 10 września 2020

Kiedyś

 Kochany Pamiętniczku, zejdę.

Wtedy będzie tragedia, chyba że wcześniej odejdę.

Dziś mnie znów szlag, z powodu nieszanowania czasu ludzi.

Bo dla niego ludzie chyba są tylko tłem.

Ano, miałam być do wtorku, jest czwartek, czwartek zamienia się na piątek, latam jak idiotka od kompa do kompa, sąsiadka dzwoni, bo... telefon jej padł, nie ma jak zadzwonić do syna, w międzyczasie Inżynier kupuje inny monitor, emilki lecą gradem, nie umiem zadzwonić z iPhone'a sąsiadce,  na serio, nie umiem dzwonić z komórki, piszę do Inżyniera, podpowiada, ale to nie działa, opanowuję to dopiero wieczorem, ja zadzwonić... Emilki lecą jak szalone, a ja miotam się jak opętana.

Sąsiadka w szoku, ja też, ona, że mam komórkę, a nie umiem z niej dzwonić, ja że można aż tak nie mieć w XXI wieku łączności ze światem (powiedziała głupia cipa, nieumiejąca dzwonić z komórki) :)

Kurwa, a niby taka oblatana jestem, a z komórki nie umiem zadzwonić. Na serio - jest tyle kanałów: SMS, MSG, WhatsAPP, na co komu dzwonienie? Wpisałam syna sąsiadki do kontaktów i ulga - zadzwoniła. Nie wiem, o co lotto,  nie słyszałam, odpierałam ataki emilków i Inżyniera, który teraz zaraz już chciał wiedzieć, czy chcę taki monitor. W sumie - niech kupuje co chce, jakbym poszła do marketu, obsługa pewnie wcisnęłaby mi coś najdroższego, gdybym zapytała Pierworodnego wybrałby wyjechany w Kosmos z funkcjami, których bym do końca życia nie ogarnęła...

Kurwa, to słowo w punkt.

Emilki lecą jak grad, nie mam czasu się wysikać, nie mówiąc o innych czynnościach.

Drukarka pada. Żąda, żeby jej otworzyć obie pokrywy, sęk w tym, że ja tam tylko papier umiem wkładać, żadnych pokryw nie widzę.

II korekta w PDF, ciśnienie rośnie, emilki po godzinach - od Bossa, a jakże, lecą jak grad, jak te kasztany na rude niegdyś kłaki...

Piszę do jedynej dostępnej, rozsądnej osoby, odpowiada, że jutro. A miało być dziś. Kurwa.

Lodówka pusta, brudna, a ja...

Mam dość na dziś.

Idę do piątki po piwo.

I jak żyć, nie pijąc w takich warunkach? Wiem, każdy AA się tak tłumaczy, ale ja nie jestem, kurwa AA. Jestem znanym pijakiem.

Jestem coraz bardziej zmęczona życiem.

Jutro rocznica śmierci mojego brata, mojej Mamy.

 

Brak mi sił, ale co tam, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, nieprawdaż?

 

 Tak się cudownie składa, że mimo mojej sklerozy tylko ja pamiętam. Jestem więc martwa, bo żywi mają realne problemy.

Oczywiście, zgadzam się z tym, jednocześnie moje problemy zazębiają się z ich problemami...

A ja po prostu nie mam siły wszystkiego dźwigać, więc...

Żegnam was, już wiem
Nie załatwię wszystkich pilnych spraw
Idę sam, właśnie tam
Gdzie czekają mnie...

Pięknie było, co nie? 


To już po prostu za dużo na mnie.



środa, 9 września 2020

Siedzę

 ja sobie spokojnie w niedzielę, gawędzę na Skype z Inżynierem, Kochany Pamiętniczku, bo się wszystko zakręciło, jak świński ogonek.

Ale do brzegu, jak mówi PT :) 

Kompik zdychający jest i Inżynier wpadł na genialny  - jego zdaniem - pomysł, że da mi swój stary, bo nie używa, a i tak chce sobie kupić nowy. Po co? No, kto zgadnie? A jakże, do grania. Bo mu gry nie chodzą. Ja jedna jestem w tej rodzinie normalna i mi wszystko chodzi. Fakt, jego stary kompik ma od mojego lepszy procesor i wszystkie inne chuje-muje. No a ja mam kupić nowe biurko i nowy monitor. Bo mój monitor jest za mały (zdaniem dziecka), a na to biurko, które mam nie wejdzie większy monitor. I takie tam ple, ple, że oczy, że sranie w banie, ale kto zna Inżyniera, ten wie, że dziurę w brzuchu wywierci...

Napaliłam się na nowe biurko jak szczerbaty na suchary i po przejrzeniu pierdyliarda wzorów w necie stwierdziłam, że i owszem, pasuje mi jedno. Słownie: jedno. Ale... to jest identyczne jak moje biurko, nie ma tylko bocznych półeczek, które u mnie właśnie ograniczają wielkość monitora. Wszystkie inne biurka naprawdę o kant dupy, tym bardziej że potrzebuję monitora na półeczce i przestrzeni na dole - żeby było gdzie wydruki położyć. Stanęło więc na tym, że zdemontujemy półeczki. Biurka za 3,5 tys., które jako jedyne by mi pasowało, nie kupię, jeszcze nie zwariowałam, mam za to nowego iPada :) Poza tym mam małe wymagania, a stare biurko kocham.

W międzyczasie synowa no1 dosyła zdjęcia i widzę, że są koło mojego osiedla. A że właśnie rosół się dogotowywał, bo mnie naszło na rosół, wielki gar, więc z mordą, że jak to, w okolicy, a mnie olewają?

Przyszli, zaczęli się przerzucać: mówiłam, żebyś napisał do mamy, a ty, że mama nie chce...

Kuźwa. Wystarczyło zapytać, jakbym nie chciała powiedziałabym, że nie, proste, prawda. Jak drut sprężynowy. Rosół zjedli, przetwory pochwalili, to dostali słoiki, synowa wycyganiła badylków (i dobrze, bo bajzel z nimi, za dużo jest), Papryczek zeżarł, bo nie zjadł, ale zeżarł dwa talerze rosołu (ktoś mi wnuka podmienił), no i tak niedziela miło minęła.

A ja z loggii przywlokłam


bo noce już zimne, szlajał się całe lato i mało, że rozrósł, to jeszcze



nieślubnych dzieci się dorobił :) Aż trzech :)

A w poniedziałek pracka przyszła, ale tak jakoś... 

Wtorek też nie wiadomo jak zleciał. Miało być zamykanie we wtorek dwóch kwartalników, ale ni chuja. Nie wyrobili się. Ano. I nie ogarniają nowego systemu mimo szkoleń. Mnie to rybka, na razie pracuję w starym.

Środa.Tragedia, bo pani korektorka znika na godzinę, jakbym codziennie nie czekała godzinami na robotę, rzygam już Netflixem, puzzlami, Mahjongiem, wszystkim.

Więc poszłam w siną dal. Ale przedtem sobie nagrabiłam, bo z banku, w którym mam kartę, o której chłop nie wie wysyłają emilki, żeby podać NARODOWOŚĆ, bo inaczej nie odnowią konta i nie wydadzą kolejnej karty. Już kiedyś miałam z nimi jazdy, bo zapłaciłam, a przysłali emilka, że nie... Założył mi tam wtedy konto, bo ja u nich konta nie mam, tylko taką kartę a la kredyt odnawialny, którą założyłam lata temu na wyjazd do Berlina, kiedy cienko przędłam. I tak ta karta jest ze mną, kupuję zachcianki, procent to parę złotych miesięcznie, karta kosztuje 30 zł rocznie. Ostatnio kupiłam za nią kuchenkę gazową, taniej mi to wyszło niż na kredyt, a bez latania i zaświadczeń o dochodach. No i chcę wejść na to konto, ale pokręciłam (moje nierozgarnięcie, niestety) i zablokowali mi serwis internetowy. W sumie do niczego mi to nie jest potrzebne, ten serwis. Piszę emilka, muszę dzwonić albo iść do banku, inaczej nie odblokują.

Zła, bo chciałam kartą u dentysty płacić (to to zniknięcie - tragedia w pracy), bałam się, bo wszyscy piszą ile to doliczają za ochronę przed koronawirusem. Ale myślę - ryzyk-fizyk, zapłacę, jak coś przecież mam swoją kasę i kartę. Pani doktor jak zawsze miła, sympatyczna, fachowa, ale moje zęby w coraz gorszym stanie są, to sama widzę. Strasznie bolało zrywanie kamienia, mam odsłonięte szyjki. I jedną dziurę mam, następna wizyta już umówiona. I zonk - ani grosza więcej niż rok temu, a przychodnia po remoncie i czysta tak, że z podłogi bym bez oporów jadła.

Zawsze to jakiś plus. Cieszę się, że wciąż mam kasę na leczenie tam i na inne fantazje (choć leczenie akurat fantazją nie jest, niestety). 

Zdziczałam (zdziwaczałam) do reszty, bo już mnie nawet nie wkurwia, że po godzinach wyskakują mi emilki. Obiadek sobie spokojnie ugotuję, rękawów nie wyrywam, a oni mają tam bajzel. A, kongres był, na który ma być ta książka, która nie wiadomo kiedy wyjdzie, ale wciąż dopełza.

Luz. Tyle że szukam sobie zajęć. A że zapraw nie zaczynam, bo nie wiem, kiedy zacznie się jazda, znudzona Netflixem itede, itepe, poprasować zapragnęłam, aczkolwiek prasowanie to dla mnie kara za grzechy, ale biedne Miśki wciąż się w niewyprasowanym tarzają...

Więc 



namęczywszy się z Groove, bo kurde, Winamp to już wspomnienie, a taki kochany był, mam w kółko trzy ukochane ostatnio piosenki, bo tak, bo tak chcę, poprasowałam wszystko, rozmyślając nad starymi ściereczkami



spranymi, wyblakłymi, ale jakże kochanymi i ile z nimi wspomnień. Jeszcze starsze też mam, starsze ode mnie o ładnych 10 lat co najmniej, a wciąż nie do zdarcia. Pewno wylądują na śmietniku, jak umrę, bo to pokolenie już nie ma takich kiełbi we łbie, jak ja, kupi nowe, po co trzymać stare, albo i nie kupi, są zmywarki i papierowe ręczniki.

Obrusy. A to pech. Kocham obrus na stole, ale... Dopóki moje dzieci nie wyniosły się z domu, jakoś obrusy na stole nie brudziły się namiętnie, lekko tydzień wytrzymywały. A teraz - nawet jak przychodzą sami, to tragedia. Oni w domach swych nawet nie mają obrusów. O tym, żeby wnuki jadły na obrusie - nie ma absolutnie mowy.  Nie ma opcji. I czasem, jak mi tęskno - kładę obrus, modląc się, żeby nikt za szybko nie wleciał. A potem kładę taką badziewną serwetkę, bo stół mam badziewny i lepiej się prezentuje, jak jest na nim obrus.

A przepiękny rozkładany stół z rodzinnego domu dawno temu wydałam, bo się w tym M3 nie mieścił, a docelowego M5 nie dożył ani Eks, ani ja.

No cóż. Jest pięknie jak jest.

Budzę się rankiem, szczęśliwa, patrząc w sufit. W mój sufit. Mam dach nad głową, ciepłą wodę, jedzenie. Kompiki, kwiaty, porządek. Zdrowie w miarę, co ma boleć, boli delikatnie. Pracę. Muzykę, ukochaną,  która tu nikomu nie przeszkadza.

Blisko bliskich, może nie w idealnych stosunkach, ale bywają gorsze.

A, i ukochana Akademia Rolnicza zaskoczyła mnie w tym roku, mało, że szybciej, to więcej.

Jak nie kochać życia?

Alienek i Kalafiorkówna idą w poniedziałek do psychologa. Kalafiorkówna jest opóźniona w gadaniu.

Faktycznie, jest. Ale i tak je kocham, miłością wielką jak cały świat. wszystkie. Także MW, która nie zdejmuje słuchawek bez bicia i Papryczka, który zwija mi świeżo kupione play doh (kupiłam dla siebie, żeby się odstresować, stało na wierzchu, nie pomyślałam, no ale ten szał w jego oczach...). Kupiłam sobie za to wino do odstresowania, bo play doh w okolicy nie było... Każda wymówka dla dobrego wina jest dobra, ale skoro szukam wymówek - AA się kłania. 

 

Silence...  Mimo tego, że to wrzesień, jakoś w tym roku ból zelżał. Bo co ja za to mogę, że żyję? Nic. Taki to dziwny ten świat, co nie?



sobota, 5 września 2020

Niereformowalna

jestem i głupia jak but, Kochany Pamiętniczku.

I tyle w temacie. Polazłam na Manhattan z mocnym postanowieniem poprawy, wiecie, rozumiecie, żadnych takich tam, tylko z łapy do papy i już.

No dobra :)

 Wróciłam do domu

 


 No bo żółte dupomirki na przetwory krzyczały: ale jeszcze masz puste słoiki, co tam będą puste w kącie stały, a śliwki łkały rozpaczliwie, że nutelli jeszcze z nich nie zrobiłam, antonówki na mój widok skakać zaczęły i wołać: już nie pamiętasz, jak nasze praprapraprapraprababcie w pokoju na szafie leżały (szafę mam do dziś), na gazecie, razem z boskopami i jak smakowały... Tak, tak, drogie dziatki, kiedyś jabłek przez cały rok nie było, trzeba było i kompoty robić i przeciery i inne takie tam. Nie było innej opcji, jabłka kończyły się gdzieś w marcu, a i przez zimę były skąpo wydzielane. No i żurawina, bo tak, bo kto bogatemu zabroni? Ale dopiero w domu w necie doczytałam, że niedojrzałą kupiłam, więc teraz czekam aż dojrzeje, potem się wymyśli - zamrozić, czy zrobić konfiturę.

I tak z antonówek z borówkami (szlajały się w lodówce) zrobiłam dżem, z wanilią (jako rasowy chomik mam prawdziwą wanilię w zapasie), odrobiną cynamonu i cukierem. Będzie jak znalazł do naplesników, jak ten gad kręcący nosem przyjdzie, a jak i na to pokręci, zabiję i każdy sąd mnie uniewinni.

Efekt był gładki jak aksamit, ani jednego kawałka, a garnek rewelacja - nic się nie przypaliło i nie musiałam non stop mieszać. 

Wyszło 5 małych słoiczków, a kupiłam rano, a jakże, 10 :) No są jeszcze śliwki i żurawina, ale kto wie, co mi do tego głupiego łba strzeli. 

Może praca wyhamuje to szaleństwo? Z dupomirków dwa słoiki wyszły, takie w sam raz na zupę, ale nie bawiłam się już w pasteryzowanie, tylko w koce do góry dupą, pójdą na pierwszy ogień.

I chyba już wiem, dlaczego śnił mi się Eks z nożem. Bo ja życiowa kaleka jestem na noże i szatkownice. Szatkownicą, przedwojenną, niewinnie wyglądającą, com ją przywiozła w spadku po Cioci zerżnęłam sobie cały paznokieć, ojapierdolę na wspomnienie tego po suficie chodzę. Kierownik Budowy kupił mi potem taką niby z ochraniaczem, ale nie, nie odważyłam się nią szatkować, leży pod szafą i gnije.

A każdy naostrzony nóż w domu jest moim wrogiem, że nie policzę ran. No, ale diabeł podkusił, w Biedronce zanabyłam parę dni temu nóż. Za całe 5,99. Ojapierdolę, skórkę pomidora tnie jak masło, nie mówiąc o innych rzeczach. Ciach, ciach i pocięte. Cięłam, a jakże, ostrożnie, uważnie i w skupieniu. I dziś dokupiłam kolejny, myśląc, że nie będzie mi Inżynier pluł w twarz, że w tym domu to się tylko tępym nożem można zarżnąć, innej opcji nie ma. Kiedyś znalazłam w szufladzie zawinięte w ręcznik, a jakże i w gazetę, prawidłowo, ostre noże (takie codzienne, do widelców do kompletu) po Cioci i nawet na blogu się chwaliłam, że mam ostre noże (kochane, nic mi nie urżnęły).

Biedronkowe zaś


są takie. Kroję pomidory i ciach... Z trudem zatamowałam krwotok, bo jak trzeba, to wszystkie specjalnie uszykowane i posegregowane przybory leżą na samym szczycie albo dnie, a krewka sikała i sikała rytmicznie...

Kurwa.

Piszę do Pierworodnego. Nie, dziękuje, ma trzy zabójcze narzędzia.

Piszę do Inżyniera, a weźmie, ale... może się zastanowię i będę ostrożniej kroiła? Zapytałam, czy chce się matki tanim kosztem pozbyć? Kasy potrzebuje to mu dam, bez zabijania, zresztą zakrwawioną chatę ciężko posprzątać :D 

I tak przepraszam się z moimi tępymi nożami, do dupomirków mam Solingena po mamie, ząbkowany, Ciocia go zawsze zazdrościła (Pierworodny na niego łakomie patrzy i wzdycha: o. Solingen, zna się, Skubany na rzeczy). Ostrzałkę mam jak coś, do mojego drewnianego noża i parę ząbkowanych, kochanych, nietnących.

Nigdy więcej ostrego noża. 

A i kompik się znów powiesił. Najpierw gryzoń padł, ale nauczona doświadczeniem, wiedziałam już, że... porty USB.

No, dba o moją kondycję, na kolankach, parę razy i takie tam. 

Ale nie wołałam żadnego dziecka i veni, vidi, vici :)

Pocieszająca jest jednak myśl, że jak coś, nawet śpijmą nocą, jak uśpi swą hołotę, dojedzie i naprawi mamusi kompika :) 

Luksusowa ze mnie kobieta, dojrzewająca znów do samodzielności i nieliczenia na nikogo.Synowa napisała, że jadą dziś do jej ojca.  Nie powiem, to mną wszczonsło, bo do mnie nie jadą, a jej ojciec ma samochód i nie musi się MPK tłuc.

Z drugiej strony spojrzałam na to trzeźwo: nie mam bajzlu, zrobiłam spokojnie swoje, drzemkę sobie ucięłam, a teraz zamiast w popłochu i pośpiechu ogarniać, delektuję się winkiem, a on zabiera mnie na fregatę, gdzie miłością swą będę go upajała...

Wakacje w Mikołajkach, z P., na które pojechałam pod namiot.  Przedtem dwa miesiące bawiłam dziecko brata koleżanki. Jej mama, nie powiem, złota kobieta, trzymająca koleżankę krótko za pysk, przez co jej życie spaprała na maksa, mnie traktująca jak córkę [nie rzucę kamieniem, bo dosyłała słoiczki i zawsze o mnie dbała, aczkolwiek nie na tyle, żebym odważyła się jej powiedzieć, że zarówno jej ojciec, jak i jej syn, któremu dziecko niańczyłam, nie są święci i dziś byłaby afera z molestowaniem, ale wtedy byłam na tyle bezczelna (zdaniem panów), że sama w zarodku gasiłam pożar, po prostu bezczelnie udając większą idiotkę niż byłam, działało], orzekła, że skoro jadę z P., to po powrocie pójdziemy do ginekologa, aby sprawdzić, czy wciąż jestem dziewicą. Na całe moje szczęście wracałam z Mikołajek do Poznania, do akademika i wizyta u ginekologa mnie ominęła. Abstrahując - jej córka spieprzyła sobie życie na maksa, usuwając ciążę, w którą zaszła z żonatym facetem.

Amen.

Czasem nie warto być bardziej papieskim od papieża, co nie.

Ale to tak na falach Beaty i tych siedmiu dziewcząt z Albatrosa :) 

I tak przeżyłam kolejny cudny dzień, nie popełniając mimowolnie samobójstwa. 

Zapisać w kajeciku i podkreślić wężykiem (Doro, kocham Cię, nie znałam tego): kupić dużo plastrów. Myślałam, że już po bólu, ale nie, bez plastra się rozchodzi i krwawi. 

Precz z nożami :)


O, znów Rodowiczka leci, a tak łka po internetach, że nie ma za co żyć.  A tantiemy?  Za koncert zarabiała więcej niż ja przez cały rok. Ja odkładać zaczęłam dopiero jak Eks zmarł, jak popłaciłam wszystko, wykupiłam mieszkanie. A i teraz pracuję nie dlatego, że aż tak to uwielbiam (nie kłam, Stara Jędzo, bo to lubisz,  workholizm ci się uszami wylewa), ale lubię tę kaskę, marną, bo marną na koncie co miesiąc. Bo dzięki temu kupujesz noże... :)

Dopiero tnąc się (niechcący) i z trudem hamując krwotok uświadomiłam sobie, że kurde, bardzo kocham życie.

Czy to walca czar?

Tego, którego już nie ma z kim tańczyć?

No kocham i chuj :)



 




piątek, 4 września 2020

Piąteczek

 Kochany Pamiętniczku sponsoruje 



Słucham cały dzień na okrągło, z przerwą na sprzątanie z radiem Pogoda :)  Jest wiele interpretacji Ciszy, ale ta jest dla mnie duszaszczypatielna...

Bo nie zgram na iPada, trudno...

Jestem spokojna, jak puls nieboszczyka. 

I rozmowa z Małą Czarną, też dla mnie ważna...

A tak to dzień jak co dzień. Pracowy już, więc i wkurw z leksza. Nie, nie wyrwałam sobie rękawów, co to jest jeden tekst od Cezara i dwa z warzywek, tyle co nic. Ale... Cezar niereformowalny wsadził tekst bez I korekty. Na moje emilki nie odpisywał, więc mu skorekciłam na wydruku, jak chciał, no i... trup (błędy) ścielił się gęsto :) No i już po wszystkim, a wysyłając napisałam mu, co myślę, że przeprasza, że coś się źle wlało. Jemu się zawsze źle wlewa. A dopisał sobie zdanie, a w zdaniu "z goła" :) Jak, kurde, nie wiesz, jak napisać, zastąp słowo innym, miało być zgoła.. Jest różnica, prawda?

No i potem jeszcze jeden emilek, z zapytaniem czy Jordan to Jordania. Nie, nie z korekconego tekstu. Co ja, wróżka Sylwia jestem?  No dobra, nie jestem redaktorem i to nie mój artykuł, merytorycznie mam wszystko w dupie. No bo on ze statystyk Unii Europejskiej korzystał, a tam jest Jordan. Seriously? Znany ekonomista i nie wie, a biedna korektorka, której w życiu nie wpadłoby do głowy zaglądać do statystyk UE  ma wiedzieć? Już kiedyś Boss był zdziwiony, że ja i merytorycznie ogarniam. Jeszcze żeby mi za to płacili, byłoby cudnie... No, nie dobijałam Cezara, napisałam mu, że pewno statystyki ma po angielsku, a po angielsku Jordania to Jordan. 

Kurwa.

Wiem, nie klnąć, ale nie da się. Mogę albo pić, albo klnąć. Więc klnę, bo mam detoks :D 

A noc koszmarną miałam, śniło mi się, że Eks chce mnie jedynym ostrym nożem w tym domu zabić. Czułam, jak nóż wsuwa mi się pod żebro. Tylko dlaczego z prawej strony, a nie od razu prosto w serce?

Tego nie ogarniam.

Za trzy dni miną trzy lata, jak odszedł.

I dlatego słucham Silenze...

Bo tak mi w duszy gra... 



środa, 2 września 2020

Znienacka

 w sobotę znów wylądowałam u Inżyniera, Kochany Pamiętniczku.

Synowa poszła na randkę, no i zaprosił matkę.

Nie, nie jest do końca OK, ale jednak inaczej patrzę na pewne rzeczy i nie, nie chodzi tu o Synową. Jednak nie mówili mi wszystkiego do końca, na zasadzie "po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy".

Alienek urodził się niedotleniony. Nie powiedzieli, tyle tylko, że był poród kleszczowy, bez szczegółów.

I teraz są problemy. No nic, mam nadzieję, że je rozwiążemy wspólnie, szukają wyjścia, zwalając zwlekanie po swojemu na to, że koronawirus, że sranie w banie. Inżynier zarabia więcej niż dobrze, więc za kasę można było nawet mimo koronawirusa wiele zrobić.

Serce mi pęka, jak widzę, jak się szamoce, ale kto matki nie słucha, ten musi psiej skóry słuchać. Nie wtrącam się już, poczekam, co będzie.

Inaczej na wszystko patrzę i na serio - widzę, że miałam w sumie bezproblemowe życie. Dotąd,of course.

Zobaczymy, co będzie dalej, co ma być będzie. Szkody są, może niewielkie, ale są. I bardzo źle, że to wszystko takie rozwleczone. No nic, pora pamiętać o 12 krokach AA. Bo są odpowiedzią na wiele problemów, zwłaszcza ten pierwszy.

Niedziela już w domu, na spokojnie.

W poniedziałek nastawiona byłam na wizytę MW i Papryczka, ale Pierworodny pisze, że Papryczek rzyga, więc lekarz i zostaje z nim w domu.

Pomijając, że zostałam z masą rozmrożonego mięsa, bo mieli być u mnie dwa dni, z noclegiem, a mam dość grymasów Papryczka na moje jedzenie, a ja mięsa nie jem, to nie dawało mi spokoju, że idą do szkoły wg niego 2 września, bo i radio, i internety mówią 1 września. Drążę temat, Synowa nie wie. Dowie się. Mówi: mąż wie. Kurwa.

Kurwa, jak można nie wiedzieć, kiedy dziecko idzie do szkoły? Ja sama do szkoły zaczynałam przygotowania gdzieś tak koło 15 sierpnia, te szlaczki, podpisy, okładki. I tak samo dzieci tresowałam.

Wyjaśnia się wszystko, idą 1 września, trzymają rękę na pulsie. Drążę, że miały u mnie spać z 1 na 2... A to się Pierworodnemu pokićkało.

Zawsze najłatwiej tak powiedzieć. Oczywiście. 

We wtorek więc polazłam na Manhattan i dupomirków już nie kupiłam, ale śliwki i owszem. Chyba ostatnim rzutem na taśmę zrobię nutellę ze śliwek, choć zastanawiam się, bo zrobiłam kiedyś powidła z czekoladą i dupy nie urywały, jeszcze się prześpię ze ślimakami, jeszcze sporo smażenia przede mną.

A do tego chodzą za mną kiszonki, więc paprykę zakisiłam, bo kiszona mi nie szkodzi, ale nie będę kładła w słoiki, tylko będę kisiła na bieżąco, papryka jest cały rok dostępna, a ja już nie mam ani słoików, ani miejsca na nie. Zakisiłam też w garnku kapustę na bieżąco, bo od czasu do czasu mam napady na kiszone, a mam obawy przed kupnem gotowców, no, ja wierzę w koronawirusa. A na przykład w mojej kochanej piątce kiszone ogóraski stoją w otwartym wiaderku, na tej półeczce przy ladzie, a piątka maciupka i każdy kupujący, również ten menel zwracający butelki stoi obok i nie ma mocnych, żeby mu łokcie nad otwartym wiaderkiem nie wisiały... Mam mieszane uczucia, ale morda w kubeł. Kupuję tam alkohol i towary pakowane. Kiszonki na targu też mam obiekcje, wolę sama kisić, albo nie jeść. Nie przekonują mnie ani foliowe rękawice, ani łopatki. Trudno. I przy okazji popełniłam sałatkę siedmiodniową, ponoć może w lodówce stać siedem dni albo i dłużej... 



Wczoraj zeżarłam późnym wieczorem słoik cały i...

Nic mi nie było, co jest co najmniej dziwne, bo nie bolał mnie ani żołądek, ani wątroba, a te narządy mówią u mnie takim wynalazkom stanowcze NIE :) 

Jestem z tego powodu przeszczęśliwa i będę to robiła na bieżąco. Do tego pyry i żyć, nie umierać :D 

Tak więc spiżarnia i lodówka dobrze zaopatrzone. Na tapecie Secret City, laba, tylko drinka z palemką brak. I już moje ukochane światełka powoli zapalam, bo mało, że zimno, to szaro-buro...




Stopniowo, bo baterie się rozładowały, a nowych nie kupiłam.

Dziś do Biedry wleciałam, bo mycie okien za mną jednak chodzi, srajdy zaczęły mi siadać na oknie, dorwałam kanalie, ale co osrały, to ich.  Mało, że okna brudne jak cholera, to jeszcze parapet osrany, a nie miałam ręczników. Więc polazłam, zadowolona wróciłam w deszczu, patrząc z pogardą na zakutanych w pikowane kurtki ludzi, którzy ze zdziwieniem patrzyli na mnie w bermudach i letniej bluzie. A czułam się jak młoda bogini, ten chłodek, ta cudna temperaturka :)

A przedtem emilkowałam ze spółdzielnią, bo od 1 września nie wolno wyrzucać bio w folii. Dotąd pani mi tłumaczyła, że mam wyrzucać w folii, bo nie muszą myć pojemników. Więc zgłupiałam. Odtąd za wyrzucanie w folii grozi podwyższenie opłat. No OK, lezę, karnie przestudiowawszy regulamin i tak opakowania po dezodorantach mam wyrzucać do plastiku (dotąd miałam je wywozić do punktu odbioru, oj, nazbierało mi się ich już kilkanaście), otwieram pojemnik bio i sruuu z plastiku "gołe" śmieci. Zaglądam do pojemnika, z duszą na ramieniu, bo boję się, że może mi stamtąd szczur wyskoczyć, a tam... śmieci bio, opakowane w folię. Wątpię, czy biodegradowalną, nie drążyłam. Kupiłam w Biedronce opakowania bio do śmieci (2,99 za 10 toreb, zresztą nieporęcznych bardzo, czyli dopłacam do opłaty za śmieci za każdym razem 30 groszy, może to tyle co nic, ale na gołej emeryturze to już coś). No i pewno tę regułę wprowadzono po to, by za jakiś czas w majestacie prawa podnieść w majestacie prawa opłatę za śmieci - mnie (póki pracuję, jednoosobowe gospodarstwo) to pikuś, ale takie cztery osoby? Kurwa.

I pracka przypełzła. Powoli, ale pełza. Książeczka wróciła, na pewno nie wydamy jej na 9 września, ale w sumie rybka. Powoli, kiedyś tam dotrę z nią do brzegu, jak dożyję. A mam zamiar, na złość ZUS :) Nie ukrywam, stęskniłam się za nią, za pracką znaczy się. Czy ja jestem, Kochany Pamiętniczku, na maksa pojebana? Wygląda na to, że tak. Internety straszą, że będą zwalniać emerytów, więc się nieco przelękłam, ale chyba nikt nie pamięta, że ja już na emeryturze jestem. A 1 września minęło dokładnie 10 lat odkąd zaczęłam orkę na ugorze. Podziwiam ludzi, odnajdujących się na emeryturze. U mnie może to kwestia przejścia na home office - mam zajęcie, bez szarpania się z dojazdami i pracowymi awanturami, po prostu jestem w domu i robię swoje. Dla introwertyczki, takiej jak ja, idealne.

Zatem pracka pracką, ale zmobilizowana wzięłam się za mycie okien, mimo przelotnych opadów i tadam...

Okienka jak malowanie, ostatnim rzutem na taśmę ogarnęłam resztę.
Dziewięć lat temu Pierworodny brał ślub. Jak ten czas zapinkala. A ja niedługo będę miała 41. rocznicę.

Ale przedtem przede mną parę ciężkich dni. Bo to wrzesień.

I nie, nie będę się już na nikogo wściekać, że nie jest ze mną.

Bo będzie ze mną my Shadow.

I nawet Umarlaki mnie już nie wyzywają, że do nich w te dni nie jadę. 

Taki to podły czas.  Chociaż życie wciąż jest piękne.