wtorek, 30 czerwca 2020

Odważni

nie żyją wiecznie, Kochany Pamiętniczku, prawdaż?
Tchórze nie żyją nigdy.
A to tak na marginesie i nawiasem :)

Jest

jak jest, Kochany Pamiętniczku.
Mdłości mam, jakich nie miałam nawet będąc w ciąży, bo w ciąży nic mi nie dolegało.
Już nawet wirtualnie nie da się pogadać, bo jak wiadomo, prawda jest jak dupa, każdy ma swoją i swojej pilnuje.
Żenujący jest jednak poziom chamstwa i zbydlęcenia, nazywając rzecz po imieniu.
Bo aczkolwiek nie po drodze mi z wyborcami takiego np. Bosaka, czy niemiłościwie nam urzędującego PAD, nigdy nie przyszłoby mi kogoś takiego wyzywać od najgorszych czy też wprost posyłać do gazu, chociaż czasem nóż mi się w kieszeni otwiera na bezdenną - bo ja wiem? - głupotę, bezmyślność, brak ostatniej komórki mózgowej?
Uczona od małego, że najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa, starająca się to wpoić własnym dzieciom (nie mówię, że wyszło idealnie, aż taką wariatką nie jestem, co to, to nie), nie potrafię ogarnąć, jak człowiek może nie ogarniać rzeczy oczywistych?
Swojego rozumu nie ma?
Jak żyje się lepiej, jak pensje stoją w miejscu, a wszystko drożeje?
A może tylko ja tak uważam, bo po mopsach nie latam i nic mi się nie należy?
Jedyne co do mnie należny to płacenie podatków i rachunków.
Nie, żebym z tego powodu w dołek wpadała, ale ile można? :P
Zastanawiam się, co będzie, jak wprowadzą tę odpowiedzialność lekarzy za błędy.
Bo ustawa nie jest normalna, to zemsta za śmierć ojca Z.
Przecież wiadomo, że lekarz bogiem nie jest i życia nie zatrzyma zawsze.
No cóż.
A, dość o polityce, bo znów w dołek wlecę.

Kroi mi się, olaboga, włóczęga po zoo, z jednej strony fajnie, z drugiej nie wiem, ile wytrzymam, taka niemobilna jak teraz dawno nie byłam.
A za dwa tygodnie będzie to, co sobie wykrakałam. Dostanę Łobuzy (ten gorszy, bardziej brojący sort, albowiem młodzi chcą iść na piwo z okazji urodzin Inżyniera.
Już mi się to po nocach śni, albowiem Kalafiorkówna jeszcze nigdy ze mną nie została bez protestu po dwóch minutach.
Ponoć zostawiana z dziadkiem też protestuje, ale widząc bezcelowość przestaje.
Alienka się nie boję, bestia oswojona z leksza jest.
Nie miała baba kłopotu, wymarzyla sobie wnuki.

Ten lepszy sort siedzi w O., co odbija się na psychice Synowej, ale widząc rewelacje jej matki na FB nie dziwię się, że nie wytrzymuje tam, a i przestałam się dziwić, że Pierworodny, tęskniąc tak mocno za dziećmi woli brać dyżury w weekendy zamiast jechać do O.
J. ma taką psiapsiółkę, jeszcze bardziej jebniętą jak ona i obie teraz plują na Trzaskowskiego, aż się kurzy :0
No ja rozumiem doskonale, że Trzaskowski zwinął się teraz w ramach kampanii w Polskę, przedtem dając łapówkę komu trzeba, żeby nad Warszawą rozpętała się ulewa, chytrze przy tym razem z Hanką G-W pozatykał uprzednio wszelkie kanały i odpływy, żeby zalało i żeby rząd został z tym problemem na lodzie. Tak w skrócie brzmią rewelacje obu pań, podkreślających przy tym, jak promiennie przyjął wynik I tury PAD, a jak zniesmaczony i chamski był RT.

Ojaciepierdolę.

Polityka to jedno wielkie bagno i tyle.

I tak, z mojego punktu widzenia J. jest pojebana na maksa.

Nic na to nie poradzę.

Świnie poszły w tango, ale po dzisiejszym rozdziale jestem załamana.
Po prostu. Autor, siląc się na pseudonaukowy język, zamiast napisać, że świnie nie czują się dobrze przebywając całą dobę w jaskrawym świetle, spłodził coś takiego:
Dwadzieścia-czterogodzinne oświetlenie na dobę może zwiększyć poziom stresu u świń.
Inżynier zaś mi odpisał, że CIA I KGB oraz Mossad doskonale o tym wiedzą :D 

A i taki kwiatek:

Powierzchnia kojca nie powinna być jasno oświetlona, aby promować zachowanie spoczynkowe.

Rozumiem, że moja redaktorka nie jest polonistką, ale serio? Serio może to do kogoś przemówić?


Czuję się jak ta świnia, co jej spać nie dali :) 

Tylko radio Pogoda koi mój ból jeszcze

 
I amerykańskie filmy dla nastolatków, bo nic innego ostatnio nie trawię. Niestety. Żadne tam posapokaliptyczne, życie niesie ze sobą dość apokalipsy.
Żadne strzelanki, gonitwy, śledztwa, szpiedzy, Żydzi, Palestyńczycy czy inne cholerstwa.
Żadne zdrady i zaginięcia.

Pragnę jedynie spokoju i ciszy...

I widoku zieleni i badyli...

niedziela, 28 czerwca 2020

Czekanie

pozostaje, Kochany Pamiętniczku.
Inżynier podjechał, podwiózł, ale sama bym też potuptała, za kolejną podwózkę podziękowałam, bo jak już z chaupki wylazłam, to ten kawałek mogłam sama potuptać. I tak niewiele potuptałam, ale zawsze, a gorąc taki, że już się nie zdecydowałam. Pogoda zresztą zwariowana, nie da się ukryć, choć my tu, w Pyrkowie, narzekać nie możemy.
Zauważyłam, że Synowa neguje wszystko, co powiem. Wrzuciłam na FB, że dezynfekcja długopisów to pic na wodę i fotomontaż, a ona, że trzeba mieć swój. Już się z nią na ogóle nie sprzeczałam, bo po co, ale piszę jej, że miała rękawiczki i niebieski długopis, bo ja o tym pomyślałam. Inżynier od drzwi pytał o niebieski, bo w domu ma same czarne. Rękawiczki też dla niej zabrał, a ona, że poszła bez... I że z brudnego palca sobie wyssałam niebieski długopis. Bo zaleceń nie ma. Niby nie, ale niektóre portale podawały, że na maturę tylko czarny, a do głosowania niebieski. Znalazłam, posłałam, zamknęła się.
Nie dezynfekowali, bo miały być podawane i dezynfekowane po każdym głosującym. Oczywiście, jak miałam swój, mogłam odmówić, przy wejściu podziękowałam grzecznie za płyn do dezynfekcji - założyłam świeżutkie rękawiczki na oczach cerbera. Jaki sens miało zalewanie ich płynem, nie dałabym rady wyciągnąć dowodu z zabezpieczenia (mam z Korumy, dowód też ma technologie RFID), nie mówiąc już o złożeniu podpisu czymś śliskim. Ale u mnie długopisy leżały na stoliku, nikt nie stał ze sprayem, zresztą jak można zdezynfekować długopis? Przed wejściem założyłam rękawiczki, stałam w nich w sumie może 5 minut i gdy wyszłam, woda się z nich wylewała. Na co dzień nie noszę, ale nie wiem dlaczego tym razem spanikowałam. Może te tytuły: że wybory powodują rozprzestrzenienie pandemii. Nie wiem.
Rzygam już, bo czego nie otworzę, to pierwsze słowo koronawirus, a i samymi politycznymi przepychankami rzygam.
I nie, nie uważam, że Trzaskowski jest idealny.
Jest po prostu jedyny możliwy do zaakceptowania.
Mam swoje lata, przerabiałam już wszystko i tak, wiem: za Gierka drgnęło. Za pożyczone pieniądze. Ale doprowadziło to do Sierpnia. I do wolnych wyborów. Kredyty gierkowskie spłaciliśmy za PO. Zaczęło iść w miarę, dla mnie wejście do Unii to nowe życie - wolność, freedom. No ale w kolejce czekali Teraz Kurwa My.
I mamy, jak mamy.
Czarna rozpacz w czerwoną kratkę ogarnia, gdy patrzy się na prymityw, bo to jest prymityw, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy, że rząd nic nie da, bo nie ma. Nie daje z kieszeni posłów, daje z kieszeni podatników. Tych pracujących. Wiedziała to nawet moja babcia, która 4 klasy podstawówki skończyła. Była bardzo mądrą kobietą, 13 dzieci na ludzi wyprowadziła. I gdyby żyła na pewno nie byłaby za pisiorkami.
A co ja będę wykład robiła.

Tak się zastanawiam, jaka jest w ich małżeństwach (u Pierworodnego też) komunikacja, skoro nie rozmawiają o takich pierdołach, czasem istotnych. Ja zawsze mówiłam Eksowi:powiedziałam mamie, mama mówiła, dzieciom: babcia mówiła, babci: dzieci mówiły. Tak, wiem, pierduśnica jestem.
Ale wkurza mnie i to maksymalnie, że akurat ona neguje wszystko, co powiem. Wszystko wie lepiej. Wszystko umie lepiej (nie neguję, meble skręca tak, że jej zazdroszczę).
Ale nic to.
W sumie mam na to wyjebane :D
Przeleciałam całe

oprócz ostatniego odcinka, bo nie ma jeszcze napisów i chyba zacznę czytać, bo w ciemnej dupie jestem, mimo Netflixa nie ma co oglądać.
Nie wciąga mnie żaden z seriali, albo oklepane i wtórne, albo badziewne i denne.
Council od dads też z dydaktycznym smrodkiem, aż zatyka, a na dokładkę jak brazylijska telenowela, bo rodzina mało że patchworkowa, to jeszcze jest w niej i less, i trans, i różne kolory skóry. Co za dużo to niezdrowo, od gejów też się roi (nie żebym coś do nich miała), ale serio? Jak na zapełnienie dnia odpoczynku i odmóżdżenie OK :)
Tydzień wypełniony będzie świniami, ale to dobrze, bo minie. 

Nie będę czekała na wyniki, padnę, jak mnie zmorzy, bo potem zasnąć nie mogę.
Co ma być, będzie, jutro nowiny będą aktualniejsze niż dziś. 
Zanosiło się na burzę, niezłą, nawet denerwowałam się o Pierworodnego (pracował dziś, niedziela handlowa, tak, świrnięta jestem, denerwuję się o czterdziestoletniego gościa), ale przeszła bokiem i skończyło się na burzy w nocniku :)

W nocy ulewa była, ale przespałam przy otwartym balkonie, dobrze, że mi nic nie zalało. Jak zamknę balkon, zdechnę.
No cóż :) Takie zalety głuchoty :D

piątek, 26 czerwca 2020

Porno

i duszno, Kochany Pamiętniczku :)
Tak porno, że ogarniałam tę kuwetę niespiesznie, na raty, oglądając kolejny odcinek Nurses. Jaja jak brylanty z nimi, bo co ściągałam, to mi porno wyskakiwało, ale udało się i mam pielęgniarki. Tak samo miałam w poprzedniej firmie, gdzie każdy palant widział, co robię na kompie. Tekst o pielęgniarkach robiłam i potrzebowałam jakichś danych, wrzucam na wujka, a tu mi same porno strony lecą, a buc kierownik leci do dyrektora i mówi, że SJ na porno strony wchodzi w pracy.
Ta, bo pielęgniarki mnie kręcą na maksa, nie da się ukryć.
Ale mniejsza z większym.
Burza przeszła, taka solidna, pół miasta zalało, ale w moim Heimacie spoko, aczkolwiek nieźle jechało :)
Rano wleciał Pierworodny, bo wczoraj go zaczepiłam. Biedak myślał, że będę mędziła o cokolwiek i zaszokowany był, że nic nie chcę. Ale na moje: chciałam się tylko dowiedzieć co u Was, odrzekł, że woli wlecieć, bo nie lubi klepać.
OK, mnie to rybka :)
Wpadł, wypadł, na Manhattan poleciałam, a tam tłumy. A na wszystkich sklepach wielkie plakaty, żeby mordy zakrywać (ja chodzę cały czas w przyłbicy, bo nigdy nie wiem, kiedy gdzieś wlezę, a zakładanie i zdejmowanie maseczki na ten mord to chyba nie o to chodzi), więc nie mam wyrzutów. Ale ludzie już oswoili się z niebezpieczeństwem i mówią, że im to lotto.
Może i rację mają ci, którzy twierdzą, że to pic na wodę i fotomontaż, nie będę się kłóciła.
Każdy ma prawo do swojego zdania i ja mu tego nie odbieram.
Ja tam wierzę i w płaską Ziemię, i w życie pozagrobowe (nawet sobie z Umarlakami przyjaźnie gawędzę, w różne hocki-klocki), to dlaczego nie mam wierzyć w wirusa? Wolno mi, jeszcze :) Jako że poczytałam w tym tygodniu o chorobach świń (a jest ich więcej niż można sobie wyobrazić, a do tego przy korekceniu w InCopy kolorowe foteczki, łącznie z fotkami kupsk od chorych świń) - już chyba nie tknę mięsa. Nie zarzekam się, może mi przejdzie. A całe życie surowe mięso świńskie, robiąc klopsy smakowałam (uwielbiam), bo jak zrobić klopsy nie wiedząc, czy dało się dość przypraw?
Teraz przerzucam się na pieczarki z piekarnika, jutro zrobię :)

I tak w rezultacie chałupka gotowa na weekend. Zakładam, że przyszły tydzień będzie pracowity, bo świńska balanga jest we wrześniu, ale to też nie jest tak, że na gwałt muszę filować na kompie, a zresztą Inżynier mi tego Outloka oswoił.
Jest cudnie.

A Kalafiorkówna wygrywa wszystko. Skubana ma dzisiaj dokładnie 1,5 roku i...
Wczoraj zażyczyła sobie DWA razy zdjęcia body i pieluchy, siadła na nocnik i załatwiła się.
Moje wnuki są pod każdym względem idealne, genialne, nie dam sobie powiedzieć, że nie (co nie znaczy, że inne dzieci nie są), ale Kalafiorkówna jest jedyna.
Patrząc z boku - mam porównanie, bo byłam cały miesiąc z Alienkiem, gdy był w jej wieku - a, nawet o 3 miesiące starszy niż ona teraz. Był przemądrzały, ale daleko jemu do niej.
Podobno dziewczynki są inteligentniejsze, nie da się ukryć, jestem tego żywym przykładem :P
I moje dzieci są super, bo urodę mają po ojcu (a przystojny, Skubany był, nie da się ukryć), a rozum po mnie.
Samochwała w kącie stała, ale to mój blog i jeżeli nie tu, to gdzie mam się dowartościowywać.
I piszę do Synowej, że ma Kalafiorkównę wykorzystywać, a ona, kurwa mać, że to za małe dziecko, że ryzykowne, że się zesika, że przebierać trzeba...
Sranie w banie.
I tu będę wredna: bierze kasę, więc w dupie ma cenę pampersów.
Lumpów mają stertę, co za problem je wyprać, jak ma się automat.
A ekologia, o której na FB trąbi i lajkuje?
No ale czego spodziewać się po kimś, kto głosuje na Hołownię...
Idę po tytkę i nie będę się denerwować, będę w nią oddychać.

No, kurwa, mać...

Zapłaciłam gościowi i błyskawicznie nagle umył pomniki w K. Moja E. ogarnęła badyle (a co przy tym było kombinowania, że może gdzieś tańsze badyle, że sranie w banie...). Dostałam fotki najpierw od gościa od mycia, a potem od E. i Umarlaki mają luks wypas.
Do tego akcja na poczcie, bo E. nie ma konta :|
Mówię, że chcę wysłać kasę, a kasjerka, że blankiety są płatne. WTF? Dostaję książeczkę do wpłat na konto. Mówię, że chcę wysłać kasę tak, że listonosz potupta do celu i wypłaci. A. To mam napisać na kartce adresata i nadawcę. WTF? Pani wklepie w kompika, ale muszę mieć na kartce :| Kurwa, to dlaczego nie mogę jak za dawnych lat wklepać na przekazie? Nie, bo nie. Na całe moje szczęście, wysyłam kartkę do E., więc mam adresata, dopisuję nadawcę, pani klepie w kompika po literce (napisałabym przekaz dwa razy szybciej), płacę ponad 7 zł i poszło. Kartka doszła po jednym dniu, kasa do dziś nie doszła.
Nie rozumiem, dlaczego kartka, którą trzeba było przesłać fizycznie do celu doszła błyskawicznie, a pieniądze, które fizycznie iść nie musiały, bo wystarczy - nie wiem? emilek, telefon, jakieś zlecenie, że wysłano i poszły - jadą na żółwiu? Żałuję, że nie wzięłam opcji błyskawicznie, ale skoro za wysłanie 100 zł biorą 7, czyli 7%, to ile wezmą za błysk?
A E. nie założy konta, bo jej niepotrzebne. Ona zawsze ma gotówkę i to grubą przy sobie :) Wiem, bo jak padły karty, zapłaciła za mnie :P
Zatem Umarlaki ogarnięte i nie powinny mnie męczyć.

Ale...
Dziś cała noc śniło mi się, jprdl, że zmieniam pampersy Kaczyńskiemu. Tak, prezesowi.
Moja Synowa padła, jak ogarniałam osranego Alienka, bez zmrużenia oka. No ale Alienek jest mój co nie?
Ogarniam w tym śnie kaczora, budzę się i czuję, że rzygnę.
Udało się, nie rzygnęłam.
Nic mi nie jest, nie jestem chora, nic mi nie zaszkodziło, choć sporo niezdrowych rzeczy wczoraj wciągnęłam aż się sama siebie bałam.
Niebiosa, oszczędźcie mi takich snów.
Umarlaki, do roboty, chronić mnie przed koszmarami.
Macie wszystkie porządnie, ślicznie, to kto mnie, kurwa, pilnuje?
Aż tak balujecie, że nie ma się mną kto zaopiekować?

Ja się tak nie bawię.

A prywatna linie z K. wciąż nie jeździ. Jak zbankrutowali, będzie tragedia :|
Niby jest Inżynier, ale...
Lubię swoją niezależność :D

wtorek, 23 czerwca 2020

Działo się

Kochany Pamiętniczku, oj działo.
My echo, my Shadow and me bawiliśmy się przez te dwa dni wspaniale. Bo dlaczego nie.

Bo jak nie czuć się wspaniale? :)
Interpretacja w podłogę wbija, przynajmniej mnie.
A w poniedziałek grzebałam w warzywkach aż miło, no i oczywiście, tradycyjnie, nie raczono mnie poinformować, że la comedia est finita :) A co mnie jebana drukarka przetrzymała na kolanach, uparcie twierdząc, że papier się zaciął, jak się nie zaciął, to moje. Inżynier dziś mi rzekł, że on nienawidzi drukarek. Ja też :) Ciiii, żeby ta moja nie słyszała, bo będę się musiała grzebać w .pdf jak coś, a to też fuj :D
Za to napływały teksty od stęsknionych kolegów (jprdl, idących na urlop), które olałam, bo są na lipiec.
Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, już to wiem.
I dziś nastał ten dzień, kiedy miejsca sobie znaleźć nie mogłam, no bo jak to? Nie ma nic do roboty? Serio?
To po co ja żyję?
Olaboga.
Na Manhattan potuptałam i Inżynierowi na łapówkę pół kilo bobu kupiłam.
Albowiem wpadłam na chytry plan, że skoro już jedzie do mnie, to niech zboczy do firmy i przywiezie mi papier, bo się kończy, a dwie ryzy jednak swoje ważą. A jak złożę zamówienie, żeby informatyk dowiózł, to będę znów godzinami kiblować, czekając na dowóz.
Inżynier, o dziwo, nie grymasił, dojechał, podjechał i po krótkim marudzeniu, że nie wiem, jak nazywa się ulica, na której jest cmentarz w M., a on nie jest autobusem i nie pojedzie trasą autobusu (miał rację, bo autobus  nie dojeżdża na cmentarz w plątaninie jednokierunkowych uliczek i rond w M.), spacerkiem dojechaliśmy. W szoku byłam, bo przyzwyczajona jestem do jeżdżenia z Inżynierem jak ta strzała (znaczy się, jechała, nie szczała) po angielskich autostradach, kiedy mordę w kubeł, bo nie denerwuje się kierowcy, jechałam majestatycznie 40, 50 na godzinę, a na moje WTF dziecię, rozparte za kierownicą z nieprawidłowej strony odrzekło: nie widzi mama, że tu jest 40?
Serio?
Ktoś mi dziecko podmienił.
Na lepsze, of course, ale cicho, sza.
Grób w M. nieruszany od mojej ostatniej bytności, a byłam tam sprzątnąć po Wszystkich Świętych. Źle nie wyglądał z daleka, bom porządnie zostawiła, bez dyskoteki, ale...
Japierdolę.
Grób jest pod akacją.
Która w międzyczasie zakwitła i której kwiaty, słodkie jak miód dosłownie wżarły się w płytę i pomiędzy te mosiężne, wypukłe litery. A zapomniałam zabrać szczotki do zamiatania i mając te papierowe jednorazówki, którymi zawsze rach-ciach myłam (dotąd cud kwiatków nie było, bo płytę położono ponad rok po śmierci Eksa i nie zdołała się jeszcze zakwiecić). Na szczęście dziecko młode i silne, dołożył płyn do spryskiwaczy i poszło. W sumie w dupie mam, jak to wpłynie na płytę i nie, nie dlatego, że ja za nią nie płaciłam. Okradli go i pochowali po kosztach, o grób dbam tylko ja. W dupie to mam.
Inżynier opyskował mnie, kupując wieniec, że Dzień Ojca, że jego ojciec, ok, dobrze, że pamięta. Nie planowaliśmy daty, tak wyszło i zdaje się, że i łezkę uronił, ale nie oceniam. Bo i ja żywą różę zanabyłam, położyłam na pomniku, mowę tronową palnęłam, aż mnie dziecię utulało. Róża dla wszystkich, w tym i dla mojego ojca, który ideałem nie był, ale był. Ja też nie jestem idealna, swoje za uszami mam. Nie przejmuję się, co z różą, bo albo ją ktoś rąbnie, albo wiatr zwieje, albo przy następnym sprzątaniu znajdę badyla.
Nieważne.
Światełko dziś się pali w domu dla Ciebie, Tato. Dla wszystkich tatów z tej rodziny. Lepszych, gorszych, całkiem złych.
To niełatwa rola być ojcem.
Nieprawdaż?
Ty to już wiesz.
I ja wiem, co zrobiłeś nie tak, kochając mnie na swój sposób.
Myślę, że mimo wszystko możesz być ze mnie dumny.


Szkoda, że nie mam Twojej urody.
No cóż, wszystko inne mam :) Genów nie wydłubiesz, niestety.

Wróciwszy do domu, nakarmiłam dziecko tym bobem, bo jego żona nie jest fanką, a on był głodny, zadysponował, dostał, z masełkiem, a jakże i westchnął.
Przespał się pół godziny, tłumacząc, jak ma.
Jakbym nie wiedziała :D Miałam ten luksus, że mnie budzili dopiero jak im się znudziła zabawa, nie budził mnie łoskot zabawek. Jak opisywał mi grzechot pierdyliarda klocków Duplo, jaki mają, przesypywanego łopatkami, to aż dreszcze na plecach miałam jak wtedy, gdy słyszałam (bo to akurat w pierwszej ławce siedząc słyszałam) zgrzyt tablicy haczonej pazurami fizyczki (miała chyba metrowe pazury,pomalowane na karminową czerwień, nienaganne, dziś to nic takiego, ale wtedy to był wybryk natury).
Pracowy kompik ogarnął, wyłączając co trzeba, żeby mi się serwer nie rozłączał nieustannie.
I olaboga, olaboga, olaboga, firmową pocztę aktywował mi na MOIM kompie, więc będę mogła siedzieć wygodnie na swoim kompie, a firmowe powiadomienia będą hyc, hyc, wyskakiwać jak coś. I zeskanowane II korekty będę mogła bez kombinowania słać z firmowej poczty, nie latając między kompikami i nie sprawdzając, jaki adres aktualnie kolegom wyskoczył i gdzie co posłali.
Podsumowując za i przeciw, opłaca się robić dzieci i w nie inwestować.
I jeszcze nowa karta przyszła, sprawdził, czy dobrze aktywowałam.
(Poszłam do piątki i nie przeszła ani stara, ani nowa, ale pani A. rozwiązała problem, wkładając kartę i każąc wpisać PIN, co potem Inżynier pochwalił) :)
I zadzwonił do K. w sprawie umycia grobów. Pan umyje, po starej cenie, ale za nowe kwiaty, za bukiet z pięciu kwiatków (to nędza z biedą) zaśpiewał 50 zł na grób. Powiedziałam nie, napisałam do koleżanki, która tam chodzi, czy nie kupiłaby mi bukietów, oddam kasę. Jak ona jeszcze nie chodzi, mam drugą w zapasie. Jak nie, będą leżeli pod umytą płytą z brudnymi wiechciami. Trudno. Ja tu, w PZ za 30 zł mam porządny bukiet. I nie, nie przemawia do mnie tłumaczenie Inżyniera, że koszty. Koleżanka z K. mówi, że on na miejscu bierze 50 zł od grobowca. Ode mnie goli 50 zł za pojedynczy grób. Sorry Winnetou, chytry traci. Pojadę jak się da, ogarnę. Jak L. ma sumienie, to chociaż cioci da nowy bukiet, w końcu jak sama plumkała, że to też jej chrzestna. Że nie dostanie grobu? Trudno, było nie być chytrą suką :D
A, nieważne.
I tak pięknie minął mi wtorek, który wydaje mi się być piątkiem (bo na Manhattanie byłam, no i jutro wszystko mogę, nic nie muszę).
Jednak jestem starą wariatką, nie da się ukryć, co nie?
Ale za to jaką fajną :D

I...



Polecam.
I jak ktoś ma Netflixa to "W rytmie bossa novy". Paniom w moim wieku łezka w oku się zakręci, lubiącym romanse też, a mnie nachodzi refleksja, że jestem szczęściarą, że słuchałam mamy, która już umierając mówiła: ucz się, żebyś nigdy nie była zależna od mężczyzny. To mam na cyckach wyryte i niebiosom za to dzięki, że słuchałam matki...
A film skłania do refleksji.
Jak i to, że na Syberii są 38-stopniowe upały.

Życie pędzi coraz prędzej. My też...



piątek, 19 czerwca 2020

Napisałam się

Kochany Pamiętniczku i wyleciało w Kosmos.
Widać nie miało być publikowane, wierzę w palec opaczności ;)
U mnie już na dniach sierpień, pomijając wczorajsze kwitnięcie do 21.08 w burzy, pizgającej za plecami mimo home office, a może dzięki temu, że po prostu wyłączyłam kompa i nie musiałam przebijać się przez zalane miasto, jest cudnie.
Pomijając wszystko, co wcięło, widocznie nie miało być pisane credo na parkanie :P
A dziś rano Manhattan, w mżawce, jak cudnie, chłodno, te diamenty, najwięksi przyjaciele dziewczyny :)



(kocham Cię, Ajfoniku 2, za te fotki),

a Manhattan (ma już 38 lat, a wciąż nie dorobił się nowych bud)
kocham za

 gdzie ja takie cuda znajdę? Biedronka ani Lidl się nie umywają, nie żal ani grosza wydanego na ukochanym Manhattanie (piwonie pysznią się w wazonie...).

I nareszcie weekend, kiedy będę z my Shadow.
Kocham moje dzieci z ich rodzinami, ale czasami tęsknię za byciem z my Shadow. 
Od tej wegediety mam pierdalca, więc czekając na pracę ogarnęłam wszystko na błysk (może nie na wysoki, na balkonowej szybie ślady łapek Alienka i Kalafiorkówny, na lustrach również, ale komu to przeszkadza?), a teraz dwa dni jesteśmy tylko we dwoje


Jest cudnie... 

środa, 17 czerwca 2020

Historia

lubi się powtarzać, Kochany Pamiętniczku.
Z emilków wynika, że co poniektórzy są niedopieszczeni, bo mnie nie ma (ojapierdolę, ale ja też jestem niedopieszczona, nie mogąc wkroczyć w pewne miejsca i rzucić standardowym leitmotivem, pogadać, pożalić się politycznie i w ogóle). No cóż.
Uroki lockdown.
Pracowałam dziś jak ten garbaty siwy mrówek, a na koniec pisząc emilka, bo oczom nie dowierzałam w to, co widziałam na serwerze zostałam olana.
Dobrze, że jedyna nieolewająca osoba ma też ajfona, bo ja na koncie mam jakieś 5 zł i nie zamierzam go doładowywać.
W sumie wyszło na to, że ja jedna w podskokach zapierniczam, no ale nie będę się tu użalała nad moim smętnym losem, albowiem bez wstydu i bez bicia przyznaję, że lubię takie dni, kiedy nie mam czasu nawet na wizytę w WC, a bez pana Kanapki umieram z głodu, nie dlatego, że nie mam co jeść, ale dlatego, że nie mam czasu na zrobienie jedzenia :)
No, ja mam czyste sumienie.
Umawiałam się wstępnie z Synową na jutrzejszą manifestację poparcia LGTB, ale już dziś wiem, że nic z tego, nie ma opcji.
Piszę do niej, jako że jestem osobą słowną i rzeczową, a ta mi, że nie tyle jej zależy na manifestacji, co na spotkaniu ze mną.
Serio?
Chyba pora umierać.
Inżynierowa zaś  wybiera się na manifestację poparcia dla Szymona Hołowni.
Ciekawe, czy wciągnie w to Inżyniera i komu podrzucą dzieci? Bo ja ich w tej intencji na pewno nie wezmę.
Nie ma opcji :)
Na serio? Hołownia?
No nie...
To już na bosaka do Częstochowy bym powędrowała.
A, nieważne :)
Inżynier zaś mnie męczy o wyjazd do M., bo rozmawiając wspomniałam, że moglibyśmy skoczyć tam.
To w końcu grób jego ojca też, dlaczego ja mam wszystko ogarniać?
Bez dzieci, bo tak.
Ok, dostosowałam się, chociaż dla mnie to, że czekałby w samochodzie z Łobuzami, a ja bym ogarniała, ewentualnie na odwrót - nie stanowi problemu.  Skoro dla niego tak, dostosuję się. Doceniam, że chce ze mną jechać. W sumie, gdybym nie poruszyła tematu, zamknąwszy budki na kłódkę pojechałabym teraz - wkrótce - sama - i też by dziury w moście nie było.
Ale doceniam.
Pozostaje K.
Umarlaki mnie się śnią.
Porąbana jestem, nie zaprzeczam.
Po oglądnięciu Harry'ego Pottera wiem, że to, co mnie w nocy dusiło (a dusiło mnie, zanim wpadłam na pomysł oglądania filmu) to śmierciożerca. Było identyczne, jak to na filmie.

I tak się u mnie plecie jawa ze snem, a po mnie to może być potop :)

A co tam :|D

UPDATE
Wysłuchałam 30 minut debaty kandydatów na prezydenta.
Sorry Winnetou.
Pierdolenie o Szopenie.
Amen.
Idę spać.
Jutro będę w pocie czoła i oczu pracować na kolejny przekaz na koncie.

niedziela, 14 czerwca 2020

Szaleństwo

Kochany Pamiętniczku, jak babcię w kapcie, szaleństwo wszędzie.
W czwartek, jako że Boże Ciało było, wpadł Pierworodny z Połowicą i Małą Wiedźmą.
A, ciekawie było, bo MW przyszła z iPadem i z nowymi słuchawkami na głowie i w zasadzie dziecka nie było.
Weszła, rzuciła cześć bapcia, tulasek i sruuu....
Ni ma.
My gadu, gadu, a dziecko głuche i zajpadowane.
Wiem, wina rodziców, nie dziecka, ale...
No nic.
My gadu, gadu, ja patrzę na to dziecię i nagle mnie olśniewa, że to już czas na kieckę, która od ponad 30 lat czeka w szafie na to, że komuś uda się ją założyć.
Ta kiecka. I nie, nie jestem tą dojrzałą panią, to siostra mojej Mamy. Jestem do niej coraz bardziej podobna, aczkolwiek jeszcze paru kilo mi do niej brakuje...
Na tym zdjęciu mam 32 lata. Inżynier ma 2 lata, Pierworodny 6.
Mała Wiedźma z grymasem wielkim, oburzona, że ktoś wyrywa ją z przepięknego świata iPadowej gry zakłada suknię cienką (na wiosnę kwiatki rosną, i kwitnie miesiąc maj...)
i...
... nie wiem, jak wam, ale mnie szczęka opadła :)


Ona nie ma jeszcze 10 lat. Jest 15 cm ode mnie niższa, co widać po długości kiecki, ale reszta - idealna.
Tak idealna, jak na mnie nigdy nie była.
Uśmiech do fotki wyrwany z młodej piersi.
Powrót na kanapę, do iPada, nie ma dziecka.
Paa bapcia...
Nastawiłam się na rozmowę z Pierworodnym, byliśmy umówieni na niedzielę,  bo on kolejny raz słomiany wdowiec, w międzyczasie dzwoni Inżynier, że w niedzielę tańce, hulanki, swawola,na które i owszem, Pierworodny ma wbijać na krzywy ryj...
Nie wyszło, znaczy się już w samą niedzielę Pierworodny zadzwonił, że sorry Winnetou.
A, pewno ma znów ten swój bajzel do ogarnięcia pod nieobecność jaśnie pani,w sobotę pracował 12 godzin, rąbie nadgodziny, bo mu płacą.
I sam jak ten palec w dupie.
No nic.
Ja w międzyczasie zlądowałam zgodnie z zamówieniem u Inżynierostwa. Na moje nieszczęście 15 minut przed czasem, ale ochrzaniłam za ochrzanienie, bo do licha, na to 4. piętro wlazłam bez windy :)
Dwa jajka niespodziewajki i radości było za milion dolarów. Po kątach nie łaziłam, kurzy nie sprawdzałam, a to, że są w piżamach - gdyby nie wyjaśnili, nie ogarnęłabym. Autobus po prostu jeździł jak chciał i dlatego byłam wcześniej.
Na spacer poleźliśmy w okolice Areny, gdzie najpierw zostałam porzucona z Alienkiem (to moje kochanie, po pleckach dał się drapać, batia kocham szeptał, nocniczek do mych stóp przytargał i inne takie tam, Kalafiorkówna wciąż zdystansowana, łapówkę, a jakże, zeżarła, ale już na pieszczotki nie ma opcji), w piaseczku, psiakrew, w piaseczku.
Przedtem lody zeżarli, ja wdzięcznie odmówiłam, albowiem, no...
W piaseczku bawiła się dziewczynka w wieku MW. Mulatka. Prześliczna. A Alienek zapałał miłością wielką do piaseczku, ale...
Serio?
Moje wnuki idą na plac zabaw bez przyrządów do grzebania w piasku?
Serio?
Pierdyliard razy pytałam, czy mogę kupić.
Nie, bo...
Mała Mulatka (jak mam to, kurwa, napisać nie obrażając nikogo? Jej mama niańczyła białe jak śnieg niemowlę, więc jaki scenariusz mam napisać?) grzecznie, z uśmiechem podsunęła Alienkowi swoje piaskowe gospodarstwo. W pewnym momencie Alienek sypnął na nią piaskiem, aż mi włosy dęba stanęły, bo widziałam wyczesywanie piaseczku z tego gąszczu włosów... Dostał ochrzan, polecenie przeproszenia, buzia w podkówkę, podszedł, zawahał się, przytulił, przeprosił i już była zgoda...
Odchodząc nie chciał oddać łopatki, na moje "Alienek, ogłuchłeś, co do Ciebie mówię?" usłyszałam "te małe zawsze głuchną na zawołanie", wymruczane pod nosem :) Była bardzo grzeczną dziewczynką i serio? Byłabym zadowolona, gdyby moje wnuki miały takie przyjaźnie.
Akurat dla Alienka kolor skóry nie był problemem, bo on w UK miał to na co dzień.
No ale jego upór to inna bajka.
Gdy wracaliśmy z parku Kalafiorkówna udała się w objęcia Morfeusza, więc zadeklarowałam, że na ławeczce spocznę z delikwentką, chytrze kombinując, żeby znów nie drapać się na 4.piętro bez windy :)
Ludzie, siedzenie pół godziny na ławce w ciszy, przerywanej tylko świergoleniem ptaszydeł, serio?
Nie pamiętam takich chwil.

 Kalafiorkówna sobie spała, ssąc paluszek, no wiadomo, w tej rodzinie same Ssipalce i Ssiłapki, a ja myślałam logicznie:co ja, tu, k..., robię? Serio? Zamiast wi-fi, i innych takich tam teraz mam, po 15 latach na karku takie coś?
Potem poleźliśmy na działki. A, long story, rodziny Inżynierowej siostry. Nieważne. Wlazłam i...
Gotowa byłam kredyt brać, żeby działeczkę kupić.
Bo chaszcze niebywałe


... z leksza przez dziewczyny podkoszone,


... wierzba hakironiszyki

czereśnie, wiśnie, agrest, chrzan, pietruszka wybijająca w pośpiechy już, jabłonie, dzicz, Kuba wyspa jak wulkan gorąca...
I grill. Kaszanka z kiszoną kapustą, jakem od kilkunastu dni wege, smakowała mi obłędnie.
I Alienek, straszący wszystkich słoniem i pająkami.
I Kalafiorkówna, za Chiny Ludowe niechcąca iść na mełon, wyrywająca się z niego jak z piekła, która nagle, znienacka, pocałowała mnie w polika i na mój szok zaśmiała się perliście, domagając się żółwika i piąteczki.
I Alienek, głośno protestujący na pożegnanie, że nie, nie żegnamy się.

Serio?
A miała być taka spokojna niedziela :)

No i była.
A i Baranowi dzięki, bo bez niego nie wiedziałabym, z czym oprócz ślimaków idę spać :D A okazało się, że z wierzbą hakironiszyki i milinem amerykańskim :)
Porąbane to, ale może Inżynierostwo zostaną w mieście i...

Ciiiiiii...

Do śmietnika polazłam, bio w tym upale trzeba na bieżąco wyrzucać.

Obywatelska straż osiedlowa krążyła jak sępy nad trupem i: dzień dobry. A pani SJ, co pani taka czerwona...
Wracam do domu, lecę do lustra, a faktycznie, jak upiór dzienny wyglądam.
Cera siwej rudej i ten dekolt :)
Ojapierdolę:)
Mam nadzieję tylko, że skóra nie będzie ze mnie złazić, a jeżeli już, to zlezie powoli i na klęczkach.

Amen :D
A jutro kurcgalopkiem do roboty, z żalem, że nie da się iść na randkę z Inżynierem, który dziś z dziką satysfakcją na wszystkie me pytania odpowiadał: to tylko głosy w mamy głowie :P



czwartek, 11 czerwca 2020

Nie od dziś

wiadomo, Kochany Pamiętniczku, że mam krzywo pod kapturkiem.
Nie rzucam nigdy kamieniem, jak nie muszę, bo się zmęczę i nie trafię jeszcze i co wtedy?
Zawsze byłam za Murzynami, ciapatymi (oj, te moje wojenki: nie mów, nie tak cię uczyłam), LGTB, kolorowymi, mięsożernymi, roślinożercami, wielbicielami żab i pająków i inne takie tam.
Jednak każda nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, ale starałam się trzymać nerwy (i własne zdanie) na postronku, bo co gównoburzę będę wywoływać?
Niektórzy mają na tyle niedorozwiniete zwoje mózgowe, że i Dudę, i PiS kochają, ale przecież na tym polega demokracja, że mogą.
Kto głupiemu zabroni?
A może to ja jestem głupia? Może moja rzeczywistość jest źle wykreowana?
Może i tak.
Ale dziś mną naprawdę wstrząsnęło,kiedy poczytałam sobie rano na ukochanym fejsbuczku, że HBO wycofało "Przeminęło z wiatrem", albowiem film jest niepoprawny politycznie.
Serio?
Serio?
Serio?
Równie niepoprawna politycznie jest każda wojna. Każda dyktatura. Każda religia widziana z punktu innego wyznania.
Wiele rzeczy.
Ale czy dlatego należy zakłamywać historię do bólu?
Serio? Wycofanie "Przeminęło z wiatrem" zmieni coś w losie - kurwa - Murzynów?
Nie, żebym coś miała do czarnych.
Już trochę mnie wkurzało, gdy oglądnęłam czarnoskórą wersję "Stalowych magnolii". Pusty śmiech ogarniał mnie, gdy na Netflixie puścili nową "Dynastię", gdzie bodajże Jeff był czarnoskóry i paru innych bohaterów.No ale "Dynastia" nigdy nie była filmem logicznym, tak samo jak "Moda na sukces", więc co mi tam. Trzeciego sezonu nowej już nie męczyłam, bo po co? Życia szkoda.
I tak, rozumiem, że mając inny kolor skóry niż biały ma się w życiu ciężej.
Ale rodząc się w PL w czasach komunizmu też się miało pod górkę.
A co mają powiedzieć biedni Koreańczycy z tej gorszej Korei (nie rozróżniam ich, sorry Winnetou, nigdy nie wiem, która jest ta lepsza). Mało, że skórę mają żółta, to jeszcze mają komunizm taki, o jakim my nigdy nie marzyliśmy nawet.
Za darmo podrzucam zatem pomysł scenarzystom hollywoodzkim: nakręćcie czarnoskórą wersję "Przeminęło z wiatrem". Niech biali będą niewolnikami, a czarni plantatorami.
Jest paru młodych czarnoskórych aktorów, którzy mogą się wcielić w Retta i Scarlet. A i Melania się jakaś znajdzie, jak najbardziej czarnoskóra.

Japierdolęto przedszkole.
Świat jednak zwariował.
Chociaż Ziemia jest płaska, Kopernik była kobietą, anteny 5G zabijają, witamina C lewoskretna leczy wszystko, a monotlenek diwodoru czasami zabija (to fakt niezbity jednak), ze wszystkim się zgadzam, ale wycofywaniu "Przeminęło z wiatrem" mówię nie.
Dobrze, że mam swoje nagranie, bo zrozpaczona byłam niesamowicie, gdy kupiłam za własne pieniądze taśmę wideo i poprosiłam teściową o nagranie "Przeminęło z wiatrem". Taśmę wówczas nie do zdobycia. Zostawiłam ją wówczas u niej, bo mieliśmy telewizor czarno-biały, turystyczny. Po dwóch miesiącach i tak zmazała mi ten film, no bo przecież go nie oglądałam... Nie jestem wróżką Sylwią, nie mogłam wtedy przewidzieć, że będą płyty DVD, że film będzie dosłownie na wyciągnięcie ręki, że będą platformy...
A dziś widzę, że mądrze czynię, zbierając swoją własną filmotekę.
Jak tak dalej pójdzie, będę wnukom podziemne seanse klasyki kina urządzała.
Mam Szekspira dzieła wszystkie w wersji BBC.
A niektórzy wyzywają mnie od chomików, a ja po prostu dalekowzroczna jestem :)

Co nie zmienia faktu, że świat w wariackim tempie mknie ku zagładzie...

niedziela, 7 czerwca 2020

To był

dobry dzień, Kochany Pamiętniczku.
Jestem szczęśliwa, że zrobiłam tak, jak zrobiłam.
I nie, nic nie tłumaczy mojej Synowej, szkoła Małej Wiedźmy to tylko pretekst, można to było rozwiązać inaczej.
Cieszę się, że nie był w tym dniu sam, bo wreszcie poczuł, że jest ważny, że są ludzie, dla których wiele znaczy.
Aczkolwiek taki z leksza niedorobiony jest.
I Inżynier mu wprost powiedział, że na tę imprezę wbił się na krzywy ryj.
Kocham moje dzieci, są niedopodrobienia, jak mówi Sikora - jednym ciągiem :D

Alienek prawie cały dzień bawił się takim sznurkiem, który służy do zawieszania na szyi okularów. Nie pamiętałam nawet, że takie coś mam. I jaki uradowany był, gdy za zgodą mamy pozwoliłam mu zabrać sznurek do domu - taka mała rzecz, a taka duża radocha.
I krygując się i wstydząc, zaśpiewał jednak wujkowi w końcu Happy Birthday.
I paradował w moim kapeluszu, niech się wszystkie modelki tego świata schowają ze wstydu, to dopiero był show :)
I powiedział mi "batia, kocham".
Oszalało, zwariowało moje serce, aczkolwiek od drapania po pleckach starłam sobie paznokcie prawie do krwi (jego ojciec też uwielbiał drapanie po pleckach, a ja osobiście tego nie cierpię, no ale czego się nie robi z miłości).
I zarzucono mi prosto w twarz, że miłość do sznurków, zwisów, pętelek, wiązania, poplątanego bałaganu, odziedziczył po mnie, wskazując przy tym na zwisające zewsząd korale, lampki i inne pierdoły. No co, są chyba gorsze zboczenia? :) Oj tam, oj tam :)
A Kalafiorkówna, wiejąca do windy - zaraz po tym, jak otworzyłam drzwi, wiała, aż się za nią kurzyło, to replay Małej Wiedźmy. Też wiała :) Teraz włazi, przytula się, wyciąga swój kabel, podłącza laptopa i nie ma dziecka. Ale gdy uda mi się ją wyciągnąć ze skorupy jest wciąż moją Małą Wiedźmą. Ukochaną. Więc i Kalafiorkównę mam nadzieję oswoić. Cierpliwość to moje drugie imię :)
Nie oswoiła się jeszcze na tyle, by dać się nosić i przytulać, ale piątkę przybiła i na prośbę o danie paluszka, dała ten malutki, a potem poproszona o łapeczkę, też ją dała, aczkolwiek błyskawicznie rzuciła się następnie w mamine ramiona...
Mądrala, niewiele mówi, ale odpowiada, kiwając głowinką tak lub nie i cierpliwie drążąc temat można się z nią dogadać.
Wszystko, co paskudne, łapie od Alienka.
Gdy ten, nie słuchając ani ojca, ani matki, zaczął jeść rękojeścią łyżeczki, Kalafiorkówna natychmiast zmałpowała brata...

Życie  nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

To był piękny dzień, a czterdzieści dokładnie lat temu był też tak piękny :)




sobota, 6 czerwca 2020

Niechcący

Kochany Pamiętniczku
 wyszło szydło z worka.
Aczkolwiek G. napisał, że to stulicha, wierzę mu, nawet jak mówi, że  
jestem idiotką... Bo mówi to delikatnie i nevermind :)
No dobra, zobaczymy co się będzie działo/
Jutro. Po czterdziestu latach :)
Serio? Wciąż go tak samo kocham?
A mam inną opcję?

piątek, 5 czerwca 2020

Ja pierdolę

kurwa, Kochany Pamiętniczku.
Wchodzę na bloggera, a tam nowy image.
Wchodzę na mbank, a tam nowy image.
Wchodzę do kompika, restartuję, bo prosi, a tam Microsoft Edge.
Lezę do jednego lustra, a tam stara, wredna maupa.
Z nadzieją kulam się do drugiego lustra, a tam takaż sama maupa.
Zatem jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
Ileż ja już zmian w swoim życiu przeżyłam? Tych realnych, wbijających w ziemię, zapierających dech, wywalających poza nawias kwadratowy i tych, po których wydawało się, że już nic nie ma, a jednak...
Ile zmian image'u netowych stron, aplikacji, wkurzających do szpiku kości.
Ile zmian ekranów, klawiatur, skrótów?
A ja?
W tych lustrach coraz paskudniejsza, coraz grubsza stara kobieta, coraz bardziej wkurzona na to, że jest jak jest.
I nie, nie szukam botoksu, kremów (aktualnie nie mam żadnego kremu w domu, tak wyszło, znaczy się do tej paskudnej mordy, zresztą nigdy nie byłam fanką, na swoje zmarszczki ciężko i solidnie pracowałam, nie wstydzę się ich). Nie chcę wyglądać na góra 40 lat. Jestem, jaka jestem. W środku mam wciąż te osiemnaście z lekkim Vatem, no cóż.
Nie tęsknię za wieczną młodością, albowiem ta, aczkolwiek piękna jest, niesie za sobą wiele bólu: że ta łydka chyba jest o parę milimetrów grubsza, że cycki za małe, za duże, że brzuch za duży, dupa przekracza wszelkie normy...
I nie umiałam się cieszyć, studiując godzinami w dwóch pod odpowiednim kątem ustawionych lusterkach profil mojego - kurwa - krzywego, rzymskiego nosa, że ma fajne kudły, zawsze wyglądające jakbym wylazła od fryzjera (mój ojciec do śmierci powtarzał, że każdy mój facet jest szczęściarzem, bo zaoszczędzi majątek na fryzjerze), ewentualnie jakby piorun w rabarbar strzelił...
A dziś wiem, że nie ma opcji mieć tamtą urodę i dzisiejszy rozum.
To nie jest hollywoodzki film...
Pierworodny bladym świtem zakołatał do mych drzwi, bo żonę na dworzec odtachał (jednak dobrze skunksa wychowałam, nie ma co) i już był w okolicy Heimatu.
Dzień był fajny, pomijając uciszanie go, bo wciąż do niego nie dociera, że mam aparaty, że nie muszę się na niego gapić, gdy gada. Wrzeszczy, ale on zawsze wrzeszczy, nie wiadomo po jaką cholerę, bo Inżynier z kolei mówi do mnie zupełnie nie wydając głosu :)
Mieliśmy iść do Posnanii w związku z tą nieszczęsną zmywarką, ale już od rana było wiadomo, że nici z tego.
Załapał się na obiad, po którym WYLIZAŁ talerz, więc jednak spuszczam zasłonę milczenia na wszystko inne i na teksty: mamo, sam sobie ugotuję.
Jakbym na co dzień miała taki egzemplarz w domu, nie musiałabym mieć zmywarki.
No chyba, że rozleniwiłby go dobrobyt żywieniowy.
Praca szła jak szła, dziecko dojrzało, że mamusi kaska sama nie wlatuje, zdziwione rzekło, że ono się narobi. Wiem. Osobiście wołałabym się narobić, niż mieć wkurw na czekaniu na I korektę, która zamienia się w II korektę, bo coś się zmieniło, która zamienia się w III korektę, w IV, a dopiero piąta idzie do druku, kiedy już odpisuję, że w dupie mam niekompetencję i ubogie słownictwo prezesa jakiegoś tam, tylko proszę o poprawienie ortografa, bo reszty nie ogarniam :P
I po 10 godzinach tkwienia na posterunku SMS, że co złego to nie oni, że przepraszają.
Wiem, że nie oni, ale poniekąd i oni, aczkolwiek nie do końca.
W międzyczasie pada firmowa poczta.
Która jednak notuje emilki, że mam zapłacić 920 euro, bo mam zhakowaną pocztę, przez geniusza, który żąda ode mnie tylko 920 euro (emilek napisany perfekcyjną polszczyzną), albowiem ma moje kontakty i wyśle do nich emilka z filmikiem, jak się masturbuję na stronach porno, akurat na firmowej poczcie.
Serio?
Masturbacja jak masturbacja, miłość do samego siebie (kiedyś wrodzona wstydliwość nie pozwoliła mi na zakup T-shirta z takim napisem, no bo boginią seksu to ja nigdy nie byłam), ale serio, mając w domu w porywach 7 urządzeń, nie licząc firmowego, masturbowałabym się akurat tam?
Słaby ten hacker.
I nie wpadł na to, że w PL 920 euro to majątek, zwłaszcza dla kobiety?
Czego oni tych hackerów uczą? Niedorobieni oni jacyś tak :)
Zakończyłam pracę po 10 godzinach, Pierworodny za moją namową wcześniej wybył, bo ile można czekać?
Miał swoje ręczne robótki w domu, a i ja po jego ewakuacji odetchnęłam, bom w porywie wściekłości, między jedną korektą a drugą i padniętą pocztą ogarnęła chaupkę.
Na medal, znaczy się, bez przesadyzmu, albowiem, ponieważ że, w niedzielę zlądują niedobitki rodziny, na którą wciąż mam politycznego focha, z Łobuzami w komplecie, więc bez przesady z tym sprzątaniem, bajzel będzie na bank.
Nawet filmik mam, jak pięknie Łobuzerka sprząta u siebie książki z półek.
Ale w ramach mania wyjebanego nie błagam o pozwolenie zamieszczania na FB.
Jak i na delikatne wyliczenie Synowej, na jakie książki dla dzieci ma ochotę nie zareagowałam zupełnie.
Coraz więcej rzeczy mam  w dupie, nie wiem, czy to dobrze, czy źle?
Ale dlaczego mam się martwić za cały świat, skoro świat ani trochę nie martwi się o mnie?

Jutro wstanę, albo i nie.
Ogarnę, albo będzie mi to już absolutnie obojętne.
Kolejny numer zamknięty.

Co ma być, będzie :)

A, dla potomności, rzygam rzepakiem.
Rzygam specjalistami od rzepaku.
Dobrze, że olej kupuję słonecznikowy.
Chociaż i tak potomność nie ogarnie rzygu. Zatem wyjaśniam. Specjaliści od rzepaku, koszący grubą kasę, chyba podstawówki nie skończyli...
Ja skończyłam studia i...

Jestem szczęśliwą kobietą, poza dniami zamykania :P





środa, 3 czerwca 2020

Wkurw

wszechmogący mnie ogarnia, Kochany Pamiętniczku.
I nic na to nie poradzę.
W sobotę poszłam na te urodziny, bo nie będę cyrków robić. Wynudziłam się jak mops, już u cioci na imieninach lepiej było, ale mniejsza z większym. Była ukochana ciocia dzieci, więc nawet się z nimi nie pobawiłam, bo ignorowały wszystkich. I nie, nie mam o to pretensji, mają prawo do swoich sympatii, ale po jaką cholerę jechałam w sumie. Teść Inżyniera wychodzi z założenia, że jak niedosłyszę, to trzeba mi do ucha krzyczeć (teściowa jego tak ma), więc co i rusz naruszał moją przestrzeń osobistą, wionąc blehhhh... sfermentowanym zapachem kawy zmieszanej z piwem.
Ja, pięknie, kurwa dziękuję za takie atrakcje.
Nienawidzę tego, ale co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz?
W niedzielę dowiedziałam się, że Pierworodny będzie w swoje 40. urodziny sam jak palec. Bo ona jedzie do O. do dzieci, a on nie jedzie, bo pracuje w sobotę.
No, pięknie, kurwa, pięknie.
Urodziny też spędzam samotnie, ale to czterdzieste i tego mojego bardziej pokopanego syna.
Zorganizowałam więc w przyszłą niedzielę u mnie imprezę. I głupia, powiedziałam, że wszystko ogarnę, ale mniejsza z większym. Pizza będzie z Pizza Hut, nie mam zamiaru kisić się przy garach. I torcik kupię, będzie git majonez. Alkohol odpuszczam, niech sami o tym pomyślą.
Nie mam worka z pieniędzmi. I wkurwiona jestem, ale o tym później, w dalszych słowach mego listu.
Boss nie odpisał, co mnie też wkurwia, ale mam na piśmie, że pytałam. Nie odpisał, siedzę na dupie, zresztą narzędzia mam w domu i dopóki nikt mi ich nie zabierze, będę się ich kurczowo trzymała. A bez nich w redakcji nie ogarną tej kuwety. Że już brudnym paluchem nie wytknę, bo po co?
Maszyny ruszyły przed terminem, ale mniejsza z większym, powoli i w międzyczasie ogarnęłam okna w całym domu i od razu jest czyściej i przyjemniej. Już nie myję okien co miesiąc, mam wyjebane, a i sił mam mniej.
Ale jest czysto, jeden plus.
Jak Boss będzie mnie potrzebował, sam wezwie. Jako że po maszynkach robimy od razu szefa, piszę do robiących, bo jeden mi dziś już teksty słał, a na moje protesty, że od poniedziałku zajęczał, że nie da rady, bo zaraz gazetka ukochana, a Boże Ciało jest, a reszta odpisała, że ich szlag.
No mnie też, bo wszystko na raty, a nie szast-prast, no ale cóż.
Po 10 latach powinnam już być niewzruszona jak skała.
I jestem.
Jestem opoką, skałą, mam na wszystko wyjebane.
Temat pracy zamknięty, no może nie do końca, bo Pierworodny ma w piątek wolne i chciał ze mną lecieć po te zmywarki na zwiady, a ja nie wiem, o której będę wolna, bo maszynki zamykam. U poprzedniego głównego 14.30 - bo tak czeka drukarnia i do widzenia ślepa Genia, a teraz bywa ciekawie. Momentami bardzo ciekawie.
No nic, co ma być, będzie. Jak nie zobaczę i nie kupię, też tragedii nie ma. Co się odwlecze, to nie uciecze.
Wciąż mam mieszane uczucia. Co do zmywarki, od course, ale nie tylko :)
Cynober lamentował, jakby to koniec świata był, powiedziałam więc, że ma dać emilka, napiszę. Napisałam i?
No, kurwa, nic. Ani od niego,a jakże, zaczynam się zastanawiać, czy to nie była próba wymuszenia spotkania, że polecę pogadać, ani na emilka od tej kuzynki.
Więc mam wyjebane.
Nawet jak im przeszło, wypadało napisać, że już nie są zainteresowani.
Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
Więc, sorry Winnetou, next time będę miała w dupie, bo tak.
Wszyscy narzekają na pogodę, dla mnie jest idealna.
Na dworze około 20, w mieszkaniu 23. Żyć, nie umierać.
Jestem jak świnia. One też mają komfort cieplny, gdy temperatura jest w tych granicach. Krowy też.
Pytam Inżynierowej, co  dla dzieci na Dzień Dziecka, bo kręcą nosem na wszystko. Powiedziała książki, kupiłam wg rozpiski, bo nie wiem, co mają, a mają sporo. Nie dostały od razu, bo Alienek cyrki obrażalskie w sobotę robił, że matka ma urodziny, a nie on. Więc dali mu prezenty w niedzielę.
No ok. Czy wie, że ode mnie, nie wiem. Zawiedziony był, że nic nie dostał, ja się podporządkowałam, no cóż, ego mamusi ważniejsze jak moje uczucia. Niech będzie :)
Ale Kalafiorkówna dostała dwa wózki


 bo dziadek kupił, co chciał, nie pytając, a oni też wózek kupili. No i ma wszystko pinkowe do wyrzygu. Nawet tę jebaną gumkę na kitce ma róziową. Ponoć innych frotek nie można kupić :|
Bo ponoć innych kolorów nie ma w niczym dla dziewczynek w tym przedziale wiekowym. Gdyby to była personalnie moja dziewczynka, latałaby w chłopięcych T-shirtach i w dżinsach. Polecam Mrs. America. Nie, nie jestem feministką, wprost przeciwnie, wkurwiają mnie one. Dla mnie wszystko, co radykalne jest faszyzmem. Bóg dał człowiekowi wolną wolę. Może wybrać swoją drogę. I tylko o to mi chodzi.
Wychowają bezguście, jak moja synowa. Bo jest bez gustu, nie da się ukryć. No dobrze. Nasze gusty radykalnie się różnią :)
I niestety, z żadną z moich synowych nie mam wspólnego języka w najmniejszym stopniu.
Jest też opcja, że to ja mam krzywo pod kapturkiem i tego się trzymamy :)
Wszyscy zadowoleni, co nie?

A, nieważne.
Wkurw.

U mnie pinkowe tylko piwonie, bo je uwielbiam :)

Pisałam już kiedyś, że strasznie zazdrościłam piwonii moim koleżankom, bo gdy sypałam kwiatki, musiałam męczyć się, zbierając maki, rumianki i chabry, trwało, zanim uzbierałam koszyczek na sypanie. A moje koleżanki z piwonii szast-prast miały pełen koszyczek. Moja mama nie lubiła piwonii, mówiła, że to takie wsiowe kwiaty. Ale jak i ja uwielbiała irysy. I białe narcyze. Jako i ja :)
A maki, moje ukochane

poleciałam dziś do Lidla i były jeszcze.
I od razu w głowie Kaczuszka i mak - takie moje życie jest...

Kaczuszko, wiesz, maki są tak duże, duże duże,
A ty masz krótkie nóżki,
Jak zwykle u kaczuszki.
Kaczuszko, wiesz, maki są czerwone tak jak róże,
Kaczuszki są nieduże i tak już w życiu jest.


Ano, tak jest...

Dziś okazało się, że jest termin wyborów i zbieramy podpisy na Trzaskowskiego.
Kurwa, pięknie powiedziane, zbieramy.
Ostatni mój powód do KOSMICZNEGO wkurwu.
Nie mogłam wejść na stronę, zawisła, ale ściągnęłam formularz do zbierania podpisów. Myślę: cztery mam jak w banku, a każdy się liczy. Piszę do Inżynierowej: podpisała już Hołowni. Kurwa, komu? Jebanemu Hołowni, miniaturce Dudusia, związanemu z  Kościołem do  bólu (nie mówię, że nie można być w takim związku, ale, kurwa, państwo ma  być świeckie!!!), popierającemu zakaz aborcji, Ordo Iuris i inne gówna!!! WTF? No i taka jest za LGTB, a Hołownia jest przeciw. No ok, podpisała, jak Trzaskowskiego nie było, ale... Ona ma zamiar na niego głosować.
Nie ogarniam czasem jej poziomu inteligencji, ale żartuję i mówię, że jak Inżynier też za Hołownią, to go wydziedziczę. W odpowiedzi: mąż musi słuchać żony, nie matki.
Tak, kurwa, oczywiście.
No to już wiadomo, skąd mamy pisiorstwo na karku na wieki wieków amen, skoro ludzie w miarę (podkreślam, w miarę) inteligentni głosują tak, jak głosują.
 
Piszę do Inżyniera, a ten mi nóż w plecy wbija. I obraca nim miarowo.
Bo on nie wie, nie zna kandydatów, nie orientuje się, nie ma czasu. Jeszcze się namyśli, ogarnie, jak przyjdzie czas.
Nie dociera do niego, że właśnie czasu nie ma, że nic nie jest normalne, ani terminy, ani polityka, ani nic. Nie odczuwa kryzysu, bo ma wciąż angielską pensję w polskich warunkach. Ja za całe moje polskie zarobki nie miałabym szansy na życie w UK, no może na jakiś pokój w kołchozie i na zakupy w sklepie za jednego funta i w ichnich lumpeksach. Moja emerytura to u nich jakieś 300 funtów. U nich najniższa, głodowa to około 360 funtów :)
Kurwa. Do Asdy się nie nadaję, nie znam języka. Na pchanie wózków na parkingu sił już nie mam.
Za to ja mam czas na wysłuchiwanie godzinami o angielskiej polityce, o tym, jak tam jest źle, jak oszukują i kombinują w ichniej Izbie Lordów...
Dzisiaj wkurwiona na maksa oznajmiłam, że w dupie mam to, że w UK dochodzą do głosu faszyści. U nas też już doszli.
Że mieszkam tu, tu żyję, stąd nie wyjadę, dla mnie liczy się polska racja stanu, nie angielska.
To, że oni mają opcję spierdalania w podskokach do UK, dla mnie nic nie znaczy. Bo dotąd całe moje życie jest podporządkowane zasadzie, żeby dzieciom było dobrze.
I zaczynam mieć tego dość.
Że mógłby zainteresować się, gdzie będzie musiał żyć.
Nie pierdoliłam już, że ma córkę, że jak coś, to ja z parasolką szłam.
I nie, nie jestem za aborcją.
Jestem za wyborem.
Sama miałam wybór i mam dwójkę dzieci, dwa razy będąc w ciąży.
Ale miałam wybór i nikt mnie nie zmuszał, chciałam je mieć i mam. Zachodziłam w ciążę świadomie i tak, jestem szczęściarą, że w czasach sprzed USG i innych cudów wianków urodziłam dwoje zdrowych dzieci, mimo mojej wady genetycznej.
Chociaż czasami jestem za aborcją, jak słyszę te mądrości.
No nic.
Po raz kolejny strzeliłam focha, ostatnio zdarza mi się to coraz częściej.  
Aż w końcu kupię sobie jakiegoś jebanego sierściucha i zapiszę mu wszystko, a co.
Albo wezmę, przepiję, przepierdolę, wyląduję na ulicy, kto bogatemu zabroni. Będę krążyć po śmietnikach, puszki zbierać, kraść, pić, coś jeszcze mogę wymyślić.
Bo czasami głupota moich niby mądrych dzieci mnie przerasta.  
Pierworodny się jeszcze nie odezwał, ale pewno zapierdala w LM.
Czyta Wyborczą, więc może ma w głowie bardziej poukładane i więcej wie?
Jest politologiem.
Dotąd sądziłam, że Inżynier ma lepiej w głowie, ale nie, widzę, że nie. 
Kurwa.

Radio Pogoda gra, a na ścianie

 
mój wieczorny teatr cieni...

Życie jest diabła warte, poza Chopinem, Mozartem, 
poza Słowackim, Mickiewiczem jest w ogóle niczem...


Pierworodny się odezwał.
Jeden normalny w rodzinie, choć po mnie najbardziej pojebany...