rzecz, a cieszy, Kochany Pamiętniczku...
Mocuję się z tymi robalami i szlag mnie. Jak można tak olać swoją pracę? No, ale czego mogłam się spodziewać? Wzięłam to, bo dostanę za to kaskę, a kaska piękna rzecz. A i potrzebna teraz. Ale gdy dziś okazało się, że zrobiłam wszystko i godzinę czekałam, grając w kulki, na resztę, co to "jeszcze 15 minut", wzięłam torebkę jak Jakubowska i poszłam w siną dal, lewa, prawa, mówiąc, że wrócę w poniedziałek i lepiej, żeby wszystko było gotowe. (Planowałam wolne, ale tak wpadnę, jak mi będzie pasować, a i po jajka pisałam, bo się kończą. To i sieciówkę wykorzystam, i prackę szybko odwalę (jak nie będzie, spadam, nie wiem, kiedy wrócę), i jajeczka świeże będę miała :) )
Nienawidzę tego, robi to od początku maja i jeszcze nie jest gotowe? Lekceważenie mojego czasu. To nie jest etat, to jest praca za kasę, a wiadomo, że czas to pieniądz. I jeżeli będę go traciła na czekanie, to dla mnie nie interes...
Wczoraj musiałam pracować na cudzym kompie, bo nie wgrywały się na mój fonty. Nienawidzę pracy na cudzym kompie, akurat gość miał inną klawiaturę niż moja, a pracuję na pamięć. Traciłam więc czas na poprawianie po sobie, bo w klawisz nie trafiałam. A i mysz miał tak oporną, że musiałam swoją założyć. Sama mam specyficznie ustawioną i nikt nie chce na moim kompie pracować. I dobrze :P Mogłam przepiąć klawiaturę, ale hola, hola, IT też za coś kasę bierze i to niemałą. Polecenie było wczoraj: założyć fonty.
Rankiem okazuje się, że fonty dalej w polu, więc zadziałałam, znaczy się, pysk otwierałam.
Redaktor łaps za słuchawkę i do IT dzwoni, że SJ na niego krzyczy, że fontów nie ma.
IT pyta, czy kompik włączony.
Włączony.
Zatem nie ruszając tyłka z miejsca, IT zainstalowało mi fonty.
Można? Można...
W południe spotykam IT na korytarzu i mówię: dziękuję.
A on na to: no bo pani tak krzyczała... Wszyscy się pani boją.
Taaa..
A ja mu na to: mnie? Przecież ja jestem spokojny człowiek, chociaż na to nie wyglądam... :)
A ta mała ciesząca rzecz, to mi się w kuchni trafiła. Wpadłam na kolegę, który pisze do nas z drugiego końca Polski. Jest na etacie, ale pracuje zdalnie. Pisze dobrze, ma ten dziennikarski pazur, lubię jego teksty. Widujemy się raz na rok, albo i rzadziej. I leci dziś do mnie, dłoń mi ściska, a krzepę chłop ma, i rzecze w te słowa: Pani SJ, tak jak zawsze pisałem, jestem pod wrażeniem pani umiejętności i zrozumienia, z jakim pani czyta moje teksty.
A ja, zapłoniona jak dziewica przed nocą poślubną, rzekę: ależ panie Andrzeju, dziękuję, a pana emilki czytam sobie, jak po mnie szef jedzie.
A na to A.: przez 25 lat (bo pracuje u nas od początku) przerobiłem wszystkie korektorki i naprawdę, jest pani niezastąpiona.
Kurtyna, chóry anielskie śpiewają, trąby grają, a ja cała w skowronkach.
Miło, jak ktoś docenia.
Fakt, że parę razy wyłapałam mu różne dziwne kiksy.
Ale Bossowi też łapię, a ten, zamiast thank you, próbuje mi udowodnić, że on ma rację.
I wypomina literówki.
Ale nic.
Poczułam się dziś dowartościowana, i mile na duszyczce połechtana :)
Noce teraz długie, długo jest jasno, ale warto na taki widok poczekać...
A juterko dzień gospodarczy będzie :)
piątek, 30 czerwca 2017
środa, 28 czerwca 2017
Szybciorem
dzień minął, Kochany Pamiętniczku.
Dziękuję za rady odnośnie do lodówki, ale to nie jest konieczne z dnia na dzień. No, chyba że mnie trzepnie.
A tak to na spokojnie, za i przeciw.
Moja obecna żre jak smok, myślę o kupnie A+++, trochę droższa, ale oszczędność rocznie z porównaniu z A+ (taką mam) jakieś 60 kWh, myślę, że gra warta świeczki...
W robalach tak było namieszane, że popracowałam cztery godziny i poszłam do domu, bo ani grafika, ani autora nie było, a ja nie mam zamiaru pracować na darmo.
Nie ma terminu, rękawów wyrywała nie będę, tym bardziej że redaktor poprosił o układanie alfabetyczne nazw, co jako żywo nie jest pracą korektorki.
Ot, taka redakcja...
Mniejsza z większym.
Na burzę czekam, duszno, jak w piecu chlebowym.
A jak mieszkam tu 31 lat, nigdy nie było awarii pionów. A teraz, miesiąc po wymianie pionów jest awaria.
Zawsze mówię, że lepsze jest wrogiem dobrego. Komu przeszkadzały stare piony? :)
Niebiosom dzięki, że nie w moim pionie i że nie muszę znów kiblotłuków wpuszczać. A te nieszczęsne kafelki, ojapierdolę.
Petya grasuje. Okupów żądają po zainfekowaniu kompika, w bitcoinach. Pisze do Inżyniera, a ten, że okupu mam nie płacić. Zaśmiałam się, skąd ja mu 300 dolców w bitcoinach wezmę?
Ale grzeczne dziecko, namęczyło się (no bo ja kobieta luksusowa, skąd mam wiedzieć, gdzie jest Windows Explorer, zawsze wszystko dzieci w kompikach majstrują), a i on pewno też miał dość, ale zainstalowałam plik chroniący.
Nie dopominałam się o pochwałę i uznanie, bo i tak z pracy działał, poświęcił swój czas, którego nie ma.
No ale< Kochany Pamiętniczku, dumna jestem z siebie, że to rozgryzłam :)
Nie jest ze mną jeszcze tak źle :)
Dziękuję za rady odnośnie do lodówki, ale to nie jest konieczne z dnia na dzień. No, chyba że mnie trzepnie.
A tak to na spokojnie, za i przeciw.
Moja obecna żre jak smok, myślę o kupnie A+++, trochę droższa, ale oszczędność rocznie z porównaniu z A+ (taką mam) jakieś 60 kWh, myślę, że gra warta świeczki...
W robalach tak było namieszane, że popracowałam cztery godziny i poszłam do domu, bo ani grafika, ani autora nie było, a ja nie mam zamiaru pracować na darmo.
Nie ma terminu, rękawów wyrywała nie będę, tym bardziej że redaktor poprosił o układanie alfabetyczne nazw, co jako żywo nie jest pracą korektorki.
Ot, taka redakcja...
Mniejsza z większym.
Na burzę czekam, duszno, jak w piecu chlebowym.
A jak mieszkam tu 31 lat, nigdy nie było awarii pionów. A teraz, miesiąc po wymianie pionów jest awaria.
Zawsze mówię, że lepsze jest wrogiem dobrego. Komu przeszkadzały stare piony? :)
Niebiosom dzięki, że nie w moim pionie i że nie muszę znów kiblotłuków wpuszczać. A te nieszczęsne kafelki, ojapierdolę.
Petya grasuje. Okupów żądają po zainfekowaniu kompika, w bitcoinach. Pisze do Inżyniera, a ten, że okupu mam nie płacić. Zaśmiałam się, skąd ja mu 300 dolców w bitcoinach wezmę?
Ale grzeczne dziecko, namęczyło się (no bo ja kobieta luksusowa, skąd mam wiedzieć, gdzie jest Windows Explorer, zawsze wszystko dzieci w kompikach majstrują), a i on pewno też miał dość, ale zainstalowałam plik chroniący.
Nie dopominałam się o pochwałę i uznanie, bo i tak z pracy działał, poświęcił swój czas, którego nie ma.
No ale< Kochany Pamiętniczku, dumna jestem z siebie, że to rozgryzłam :)
Nie jest ze mną jeszcze tak źle :)
wtorek, 27 czerwca 2017
Dzień
Dziecka przez trzy dni sobie zrobiłam, Kochany Pamiętniczku.
Znaczy się, nic w sumie nie robiłam, poza rzeczami niezbędnymi.
W sumie stwierdziłam, że nie mam się czym przejmować... I odpuściłam. Bo tak.
Wciąż kurde, latać ze szmatka i przecierać? Qui bono?
Więc luz i hastamaniana, a co.
Dziury w moście nie ma i chyba nie będzie.
Wczoraj już z leksza się ogarnęłam, balkon doprowadziłam do stanu używalności, kwiatki nowe posiałam, a zwiędłe na amen bratki wywaliłam.
I tyle dobrego.
Dziś miałam iść do spółdzielni, zamówić tego mitycznego pana Nowaka do kafelków... ale najpierw przyszedł SMS w sprawie chwastów.
Więc juterko lecę robale sprzątać, zatem pan Nowak się przesunął na chujwiekiedy. Z jednej strony mam wyrzuty, a z drugiej - gęsią skórkę na myśl o kimś znów w mieszkaniu...
Oj tam, oj tam.
Po robalach się tym zajmę :)
I lodówka dziś mi coś się nie spodobała i co ja paczę?
Ano, lampka zaczyna dyndać.
Już od dawna myślalam o nowej, ale nie paliło się.
Inżynier twierdzi, że z tego zwarcia nie będzie, ale i uszczelka od wieków utrzaśnięta (mam nieusuwalną uszczelkę, musiałabym całe drzwi wymieniać) i inne takie tam. Więc przelecę się po marketach i pooglądam. Myślałam o małej, ale po ostatniej wizycie gości, kiedy to zwiezionego piwa nie dało się upchnąć, jednak stwierdziłam, że kupię dużą. Najwyżej będzie pusta stała, ale i tak w sobotę, jak robię zakupy na cały tydzień, to jest pełno, do małej nie zmieszczę.
No nic. O czerwonej już nie marzę, bo nie wywalę ponad 3 tysięcy na kolorową. Życie. Mogę sobie magnetyczną nakładkę na drzwiczki kupić, a co :)
Jeszcze kwestia dopłaty i zamontowania, bo sama tego nie ogarnę. Wiem, że za dopłatą to zrobią, ale trzeba starą wystawić, zupełnie nie mam pomysłu jak. U mnie same kościane, schorowane dziadki, nie ma kogo poprosić, nie wystawią na korytarz.
No nic, coś wymyślę.
Może KB pomoże, zobaczymy.
Byle czego też nie kupię. Znów dostałam w skórę, kusząc się na tańsze. Moje słuchawki do ajfoniczka kosztują jak za zboże, a i podrożały znów. Tak więc widząc w stoisku w naszej galerii zapakowane identycznie, jak moje, za 35 zł, skusiłam się. Panienka mówi, że dobrze słychać, a co ja będę tłumaczyć, jaki mam słuch... To robiły chińskie rączki i te do ajfonika też chińskie. A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? Kombinowałam jak koń pod górkę, oceniając książkę po okładce, za co mnie zawsze Inżynier opierdala (i ma rację). Różnicy na oko nie widać, ale na ucho już słychać :D Widać te małe chińskie rączki za 35 zł się nie wysiliły :P Serio, firma produkująca jest ta sama... Przynajmniej tak głosiła etykieta :D
Włączyłam do mp3 i... ledwo słychać muzykę.
Podłączyłam do kompa, jako że tam dupa z dźwiękiem i nie słychać nic, a piosenki nie jestem w stanie zrozumieć.
A mówiła już babcia: kupuj drogo, boś biedna.
Chytry dwa razy traci, no ale :) Mam słuchawki jakby coś, takie awaryjne. Znaczy się do dupy :D
Moja ukochana stronka zniknęła, ale po długim szperaniu znalazłam inną i jest git majonez, jeszcze lepsze kawałki tam są, no ale ile można.
I Zero chce kupić i jeszcze jedno czytadło.
Rozpuściłam się jak dziadowski bicz, nie ma co.
A lato piękne tego roku, chłodne, jak lubię. Upały mają być po parę dni, a potem znów zimniej.
To lubię.
A wieczorkiem
I badylki
i już zapominam Cię, jak się zapomina sny...
Znaczy się, nic w sumie nie robiłam, poza rzeczami niezbędnymi.
W sumie stwierdziłam, że nie mam się czym przejmować... I odpuściłam. Bo tak.
Wciąż kurde, latać ze szmatka i przecierać? Qui bono?
Więc luz i hastamaniana, a co.
Dziury w moście nie ma i chyba nie będzie.
Wczoraj już z leksza się ogarnęłam, balkon doprowadziłam do stanu używalności, kwiatki nowe posiałam, a zwiędłe na amen bratki wywaliłam.
I tyle dobrego.
Dziś miałam iść do spółdzielni, zamówić tego mitycznego pana Nowaka do kafelków... ale najpierw przyszedł SMS w sprawie chwastów.
Więc juterko lecę robale sprzątać, zatem pan Nowak się przesunął na chujwiekiedy. Z jednej strony mam wyrzuty, a z drugiej - gęsią skórkę na myśl o kimś znów w mieszkaniu...
Oj tam, oj tam.
Po robalach się tym zajmę :)
I lodówka dziś mi coś się nie spodobała i co ja paczę?
Ano, lampka zaczyna dyndać.
Już od dawna myślalam o nowej, ale nie paliło się.
Inżynier twierdzi, że z tego zwarcia nie będzie, ale i uszczelka od wieków utrzaśnięta (mam nieusuwalną uszczelkę, musiałabym całe drzwi wymieniać) i inne takie tam. Więc przelecę się po marketach i pooglądam. Myślałam o małej, ale po ostatniej wizycie gości, kiedy to zwiezionego piwa nie dało się upchnąć, jednak stwierdziłam, że kupię dużą. Najwyżej będzie pusta stała, ale i tak w sobotę, jak robię zakupy na cały tydzień, to jest pełno, do małej nie zmieszczę.
No nic. O czerwonej już nie marzę, bo nie wywalę ponad 3 tysięcy na kolorową. Życie. Mogę sobie magnetyczną nakładkę na drzwiczki kupić, a co :)
Jeszcze kwestia dopłaty i zamontowania, bo sama tego nie ogarnę. Wiem, że za dopłatą to zrobią, ale trzeba starą wystawić, zupełnie nie mam pomysłu jak. U mnie same kościane, schorowane dziadki, nie ma kogo poprosić, nie wystawią na korytarz.
No nic, coś wymyślę.
Może KB pomoże, zobaczymy.
Byle czego też nie kupię. Znów dostałam w skórę, kusząc się na tańsze. Moje słuchawki do ajfoniczka kosztują jak za zboże, a i podrożały znów. Tak więc widząc w stoisku w naszej galerii zapakowane identycznie, jak moje, za 35 zł, skusiłam się. Panienka mówi, że dobrze słychać, a co ja będę tłumaczyć, jaki mam słuch... To robiły chińskie rączki i te do ajfonika też chińskie. A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? Kombinowałam jak koń pod górkę, oceniając książkę po okładce, za co mnie zawsze Inżynier opierdala (i ma rację). Różnicy na oko nie widać, ale na ucho już słychać :D Widać te małe chińskie rączki za 35 zł się nie wysiliły :P Serio, firma produkująca jest ta sama... Przynajmniej tak głosiła etykieta :D
Włączyłam do mp3 i... ledwo słychać muzykę.
Podłączyłam do kompa, jako że tam dupa z dźwiękiem i nie słychać nic, a piosenki nie jestem w stanie zrozumieć.
A mówiła już babcia: kupuj drogo, boś biedna.
Chytry dwa razy traci, no ale :) Mam słuchawki jakby coś, takie awaryjne. Znaczy się do dupy :D
Moja ukochana stronka zniknęła, ale po długim szperaniu znalazłam inną i jest git majonez, jeszcze lepsze kawałki tam są, no ale ile można.
I Zero chce kupić i jeszcze jedno czytadło.
Rozpuściłam się jak dziadowski bicz, nie ma co.
A lato piękne tego roku, chłodne, jak lubię. Upały mają być po parę dni, a potem znów zimniej.
To lubię.
A wieczorkiem
I badylki
i już zapominam Cię, jak się zapomina sny...
sobota, 24 czerwca 2017
Pierdolę
nie robię. Kochany Pamiętniczku :)
Jak mądrze napisała Stardust, od roboty są chłopy i traktory.
Chłopa nie mam na stanie, a traktor tylko taki
John Deere, jakby kto pytał :)
Wczoraj wróciłam do domu tak padnięta, że nawet na piwo ochoty nie miałam. Coś jest w powietrzu, nogi mi spuchły jak balony, więc plackiemleżing uprawiałam.
Nowy kompik się zbuntował i nie chciał się wyłączyć. Piszę do Inżyniera, ale takie tam pisanie, dziecko ledwo dycha. Więc sama kombinuję, jak koń pod górkę i okazuje się, że kompiku nie pasuje dysk zewnętrzny, nie widzi cholery, mówi, że nic tam nie ma, a tam prawie terabajt danych (Inżynier opierdolił za to). Restart nie działa, więc wywalam dysk i kompik nówka nieśmigana. Podłączam do starego i wszystkie dane są na miejscu, mało tego, stary, który włączał się jak chciał, włącza się jak nówka nieśmigana...
A com się na kolanach naczołgała i kurzu nawdychała, to ojapierdolę.
Więc w sumie nie mam gdzie oglądać filmów, tzn. mam, ale na starym monitorze, a już oswoiłam nowy. I na starym nie chcę. Przenosić na pendrive nie chcę, bo właśnie po podłączeniu kolejnego dysku w postaci aparatu fotograficznego ten nowy focha strzelił.
Więc wykrakałam, latam i cholera mnie gania :)
A tu Baran dzwoni. Na piwko zaprasza. Czułam, że coś się święci, więc mówię, że nie mam piwa. A on na to, że mam sobie kupić. A ja na to, że herbatka starczy. No i umówiliśmy się na godzinę.
Suknie wyjściowe żem odziała, włos zmierzwiony przyczesałam, ząbki umyłam, herbatkę naszykowałam i na randkę poleciałam.
Pytam go, czemu zawdzięczam zaszczyt, a ten chrzani, że nic, że trelemorele. Tośmy pogadali, tzn. ja gadałam, ale i tak wszystko wiedział, bo bloga czyta łajza jedna :P
No ale miło, on piwko, ja herbatka, kultura, rączki na kordełce, jak zwykle.
I w którymś momencie taką bombę puścił, że ojapierdolę :) Atomową.
Więc, Kochany, nie daruję Ci tego.
Będziesz musiał przy najbliższej okazji wejść pod stół i odszczekać.
Bo ja to WIEDZIAŁAM.
Wiedziałam już w chwili, gdy Cię poznałam.
Czyli te 13 lat temu już wiedziałam :)
Nawet jak mi londyńskim metrze focha z półobrotem strzeliłeś, że nigdy w życiu, a potem kilka lat później łaskawie wybaczyłam Ci odszczekiwanie.
I jak potem marudziłam od kilku lat :P
A co.
OK, będzie po Twojemu, bo tak być musi. Ale niezmiernie mnie cieszy i raduje, że będzie.
Mogę więc spokojnie oczy zamykać.
Bo doczekałam i mój wiedźmowski nos mnie nie mylił.
Ja po prostu wiedziałam. Jak wiele innych rzeczy wiem.
I cieszę się z tego.
Bo jesteś w moim życiu ważny.
I to dla mnie zaszczyt, że ja - w sumie - pierwsza wiem :)
Ale odszczekać musisz, za to, że wątpiłeś :)
A padnięta byłam taka, że z tego wszystkiego od razu zasnęłam i spałam jak Alienek do rana, bez zmiany pampersa i bez cycka :D
Rano na Manhattan poleciałam, pomidorki i leluje zanabyłam. Lecę do domu z lelujami, a dziadek jakiś, palcem pokazując marudzi, że one śmierdzą. No i? Odrzekłam, że lubię smród :P
I coś mnie podkusiło, żeby do Lidla polecieć, biedna moja karta.
I moja chałupka niesprzątana, ale kurze omiotłam wzrokiem, a reszta (łącznie z sianiem kwiatków na balkonie)?
Reszta poczeka.
Od roboty jest chłop i traktor. Sprzątałam w poniedziałek po gościach.
Cały tydzień byłam w pracy, więc nie miał kto bałaganić :P
Bo w Lidlu kupiłam zestaw weekendowy
Blackout już zaliczyłam z dreszczami na plecach, Helisę zaraz zacznę. A cydr to nie alkohol, tylko dodatek do książki.
A na obiad
Jakby co, mam jeszcze fasolkę :)
Udanego weekendu :)
Jak mądrze napisała Stardust, od roboty są chłopy i traktory.
Chłopa nie mam na stanie, a traktor tylko taki
John Deere, jakby kto pytał :)
Wczoraj wróciłam do domu tak padnięta, że nawet na piwo ochoty nie miałam. Coś jest w powietrzu, nogi mi spuchły jak balony, więc plackiemleżing uprawiałam.
Nowy kompik się zbuntował i nie chciał się wyłączyć. Piszę do Inżyniera, ale takie tam pisanie, dziecko ledwo dycha. Więc sama kombinuję, jak koń pod górkę i okazuje się, że kompiku nie pasuje dysk zewnętrzny, nie widzi cholery, mówi, że nic tam nie ma, a tam prawie terabajt danych (Inżynier opierdolił za to). Restart nie działa, więc wywalam dysk i kompik nówka nieśmigana. Podłączam do starego i wszystkie dane są na miejscu, mało tego, stary, który włączał się jak chciał, włącza się jak nówka nieśmigana...
A com się na kolanach naczołgała i kurzu nawdychała, to ojapierdolę.
Więc w sumie nie mam gdzie oglądać filmów, tzn. mam, ale na starym monitorze, a już oswoiłam nowy. I na starym nie chcę. Przenosić na pendrive nie chcę, bo właśnie po podłączeniu kolejnego dysku w postaci aparatu fotograficznego ten nowy focha strzelił.
Więc wykrakałam, latam i cholera mnie gania :)
A tu Baran dzwoni. Na piwko zaprasza. Czułam, że coś się święci, więc mówię, że nie mam piwa. A on na to, że mam sobie kupić. A ja na to, że herbatka starczy. No i umówiliśmy się na godzinę.
Suknie wyjściowe żem odziała, włos zmierzwiony przyczesałam, ząbki umyłam, herbatkę naszykowałam i na randkę poleciałam.
Pytam go, czemu zawdzięczam zaszczyt, a ten chrzani, że nic, że trelemorele. Tośmy pogadali, tzn. ja gadałam, ale i tak wszystko wiedział, bo bloga czyta łajza jedna :P
No ale miło, on piwko, ja herbatka, kultura, rączki na kordełce, jak zwykle.
I w którymś momencie taką bombę puścił, że ojapierdolę :) Atomową.
Więc, Kochany, nie daruję Ci tego.
Będziesz musiał przy najbliższej okazji wejść pod stół i odszczekać.
Bo ja to WIEDZIAŁAM.
Wiedziałam już w chwili, gdy Cię poznałam.
Czyli te 13 lat temu już wiedziałam :)
Nawet jak mi londyńskim metrze focha z półobrotem strzeliłeś, że nigdy w życiu, a potem kilka lat później łaskawie wybaczyłam Ci odszczekiwanie.
I jak potem marudziłam od kilku lat :P
A co.
OK, będzie po Twojemu, bo tak być musi. Ale niezmiernie mnie cieszy i raduje, że będzie.
Mogę więc spokojnie oczy zamykać.
Bo doczekałam i mój wiedźmowski nos mnie nie mylił.
Ja po prostu wiedziałam. Jak wiele innych rzeczy wiem.
I cieszę się z tego.
Bo jesteś w moim życiu ważny.
I to dla mnie zaszczyt, że ja - w sumie - pierwsza wiem :)
Ale odszczekać musisz, za to, że wątpiłeś :)
A padnięta byłam taka, że z tego wszystkiego od razu zasnęłam i spałam jak Alienek do rana, bez zmiany pampersa i bez cycka :D
Rano na Manhattan poleciałam, pomidorki i leluje zanabyłam. Lecę do domu z lelujami, a dziadek jakiś, palcem pokazując marudzi, że one śmierdzą. No i? Odrzekłam, że lubię smród :P
I coś mnie podkusiło, żeby do Lidla polecieć, biedna moja karta.
I moja chałupka niesprzątana, ale kurze omiotłam wzrokiem, a reszta (łącznie z sianiem kwiatków na balkonie)?
Reszta poczeka.
Od roboty jest chłop i traktor. Sprzątałam w poniedziałek po gościach.
Cały tydzień byłam w pracy, więc nie miał kto bałaganić :P
Bo w Lidlu kupiłam zestaw weekendowy
Blackout już zaliczyłam z dreszczami na plecach, Helisę zaraz zacznę. A cydr to nie alkohol, tylko dodatek do książki.
A na obiad
Jakby co, mam jeszcze fasolkę :)
Udanego weekendu :)
czwartek, 22 czerwca 2017
Siódmy
numerek za mną, Kochany Pamiętniczku.
Ponieważ Alienek dziś odlatuje, a ja chciałam go w łebek pocałować, Inżyniera przytulić, a i Synową, choć nie lubi też, kombinowałam.
Boss był mi na rękę, bo już zaraz po moim o godzinę wcześniejszym przyjściu do pracy dał mi wstępniaka i pomaszerował w siną dal, w siną dal, lewa prawa, myślałam, że reszta też będzie z górki.
Ale nie...
Męczący mnie w najgorętszych momentach Vice, zamiast ścibolić stronki, o które mnie męczył, wybył i nikt nie wiedział ani gdzie, ani kiedy wróci.
Wkurzona wzięłam więc, jak niejaka Jakubowska, torebkę, i mówiąc, że za dwie godziny wrócę pojechałam do teścia Inżyniera.
A Alienek, a jakże, niespodziankę miał dla babci.
A kogucik jak nieżywy wpadł w pokrzywy, ani drgnie...
Tak wyglądał.
Padł w upale, na brzuszku, a jakże, ale u mnie go nigdy na brzuszku nie kładli i całą godzinę, jaką tam siedziałam, leżał i spal, posapując i rupcią duszając.
Chcieli go budzić, ale nie pozwoliłam, bo dla takiego brzdąca sen najważniejszy.
Ucałowałam wytarte z tyłu włoski i zacierając rączki na myśl o tym, jak się zemszczę, opowiadając po latach, jak to zerwałam się z pracy, żeby go zobaczyć, a on spał...
No właśnie, ja go kocham, a on śpi :)
Wróciłam na pracowe łono, a Vice na mój widok tylko westchnął: Stara Jędzo, a i ja nie pozostałam mu dłużna: Panie Redaktorze :P
I tyle było gadania.
Zrobiłam, com miała zrobić.
W czasie się zmieściłam.
A dobrze, że pojechałam, bo przez warzywka wychodziłam po 17, więc cały pogrzeb byłby na nic.
Alienka, wbrew doniesieniom prasy, puścili przez granice z brytyjskim paszportem, niemacanego chyba (Inżynier zwięzły był).
W biurze paszportowym zaś rzekli im (dwa razy pytali!), że jeden rodzic może odebrać paszport.
Co dla mnie jest przekrętem, bo co, jak się nie daj bór liściasty pokłócą i Synowa sprzeda Alienka?
Ha...
Natenczas czekam aż dolecą i dojadą.
Bo burze są.
Ale będzie dobrze, musi być.
UPDATE
Mają ponadgodzinne opóźnienie już. Nad Niemcami burze szaleją i ich samolot jeszcze do nas nie doleciał.
A moja D. wydaje za mąż jedną ze swoich bliźniaczek. I nie widziałam jej nigdy takiej niezrównoważonej. Jest nerwowa, rozkojarzona i robi wrażenie, że na zawał zejdzie. Termin jej nie pasuje, a córka uparła się na ten. Może dlatego, że wie, że matka w tym momencie nie ma czasu na wtrącanie się (to tak jak u mnie przy zamykaniu ;) ) Wciąż mnie pyta, co ja robiłam ze ślubem chłopców. Nie chce wierzyć, że nic. Pierworodnego ożenili teściowie, a że to był ich pomysł, i ich miejscówka oraz kasa, miałam na to wyrąbane. Inżynier zaś płacił za całą zabawę sam, Synowa wymyślała cuda-wianki, moim jedynym zmartwieniem były wygodne buty :D
Mówię jej, D. wrzuć na luz, nie pękaj, kup sobie fajną kieckę, a ta, że... Godzinę przez telefon męczyła knajpę, bo żarcie nie takie. Pytam: D. - płacisz? Nie, ponoć płaci córka. Mówię, olej. A ona nie, bo dopłaca, bo co ludzie powiedzą.
Zaśmiałam się, bo wiem, że ona wszystkim musi rządzić i umrze, jak nie będzie tak jak chce. Powiedziałam jej tylko, że niezależnie od tego, co zrobi, i tak najedzą się, napiją, a potem dupę obrobią.
Fochnęła się.
A co, nie mam racji?
Nie wiem, czy u mnie obrabiali, było tak, jak młodzi chcieli, ja się bawiłam świetnie, jedzenie było ekstra, towarzystwo też.
A że nie było tortu bezowego, jak ja chciałam?
To nie był mój ślub, tort z Batmanem też był pyszny, a i do redakcji jeszcze zawiozłam tyle, że się wszyscy najedli i chwalili. Tort kupiłam sobie sama, w cukierni, która Synowej nie pasowała i zeżarłam z apetytem. Można? Można :)
A ja się ani trochę nie umęczyłam, no może w czasie kościelnego Pierworodnego, goniąc na obcasach Małą Wiedźmę, niezadowoloną z chrztu, bo jakoś zamówiona opiekunka się rozpłynęła we mgle.
Ale za to nikt nie pieprzył, dlaczego mama Pana Młodego nie była u komunii...
Ludzie to mają problemy :D
A ja, kurde, taka wyrodna jestem, zupełnie się nie martwię, co będzie, jak umrę.
Bo właśnie dostałam z PZU ofertę nie do odrzucenia. Moja składka wzrośnie o niecałe 10 zł, a odszkodowanie za mnie ponadsześciokrotnie, ale... pod warunkiem, że zginę w wypadku komunikacyjnym.
Hmmm....
Jest mi obojętne, jak zejdę z tego padołu, byle nie bolało.
Rowerem na drzewo to się nie zabiję.
Rowerem pod czyjś samochód - nie taka świnia nie jestem.
Jak skończę pracować, to i na tę gównianą składkę PZU nie będzie mnie stać, a płacę ją od lat.
I co ja mam z tym, Kochany Pamiętniczku zrobić?
To dopiero jest dylemat :D
Ponieważ Alienek dziś odlatuje, a ja chciałam go w łebek pocałować, Inżyniera przytulić, a i Synową, choć nie lubi też, kombinowałam.
Boss był mi na rękę, bo już zaraz po moim o godzinę wcześniejszym przyjściu do pracy dał mi wstępniaka i pomaszerował w siną dal, w siną dal, lewa prawa, myślałam, że reszta też będzie z górki.
Ale nie...
Męczący mnie w najgorętszych momentach Vice, zamiast ścibolić stronki, o które mnie męczył, wybył i nikt nie wiedział ani gdzie, ani kiedy wróci.
Wkurzona wzięłam więc, jak niejaka Jakubowska, torebkę, i mówiąc, że za dwie godziny wrócę pojechałam do teścia Inżyniera.
A Alienek, a jakże, niespodziankę miał dla babci.
A kogucik jak nieżywy wpadł w pokrzywy, ani drgnie...
Tak wyglądał.
Padł w upale, na brzuszku, a jakże, ale u mnie go nigdy na brzuszku nie kładli i całą godzinę, jaką tam siedziałam, leżał i spal, posapując i rupcią duszając.
Chcieli go budzić, ale nie pozwoliłam, bo dla takiego brzdąca sen najważniejszy.
Ucałowałam wytarte z tyłu włoski i zacierając rączki na myśl o tym, jak się zemszczę, opowiadając po latach, jak to zerwałam się z pracy, żeby go zobaczyć, a on spał...
No właśnie, ja go kocham, a on śpi :)
Wróciłam na pracowe łono, a Vice na mój widok tylko westchnął: Stara Jędzo, a i ja nie pozostałam mu dłużna: Panie Redaktorze :P
I tyle było gadania.
Zrobiłam, com miała zrobić.
W czasie się zmieściłam.
A dobrze, że pojechałam, bo przez warzywka wychodziłam po 17, więc cały pogrzeb byłby na nic.
Alienka, wbrew doniesieniom prasy, puścili przez granice z brytyjskim paszportem, niemacanego chyba (Inżynier zwięzły był).
W biurze paszportowym zaś rzekli im (dwa razy pytali!), że jeden rodzic może odebrać paszport.
Co dla mnie jest przekrętem, bo co, jak się nie daj bór liściasty pokłócą i Synowa sprzeda Alienka?
Ha...
Natenczas czekam aż dolecą i dojadą.
Bo burze są.
Ale będzie dobrze, musi być.
UPDATE
Mają ponadgodzinne opóźnienie już. Nad Niemcami burze szaleją i ich samolot jeszcze do nas nie doleciał.
A moja D. wydaje za mąż jedną ze swoich bliźniaczek. I nie widziałam jej nigdy takiej niezrównoważonej. Jest nerwowa, rozkojarzona i robi wrażenie, że na zawał zejdzie. Termin jej nie pasuje, a córka uparła się na ten. Może dlatego, że wie, że matka w tym momencie nie ma czasu na wtrącanie się (to tak jak u mnie przy zamykaniu ;) ) Wciąż mnie pyta, co ja robiłam ze ślubem chłopców. Nie chce wierzyć, że nic. Pierworodnego ożenili teściowie, a że to był ich pomysł, i ich miejscówka oraz kasa, miałam na to wyrąbane. Inżynier zaś płacił za całą zabawę sam, Synowa wymyślała cuda-wianki, moim jedynym zmartwieniem były wygodne buty :D
Mówię jej, D. wrzuć na luz, nie pękaj, kup sobie fajną kieckę, a ta, że... Godzinę przez telefon męczyła knajpę, bo żarcie nie takie. Pytam: D. - płacisz? Nie, ponoć płaci córka. Mówię, olej. A ona nie, bo dopłaca, bo co ludzie powiedzą.
Zaśmiałam się, bo wiem, że ona wszystkim musi rządzić i umrze, jak nie będzie tak jak chce. Powiedziałam jej tylko, że niezależnie od tego, co zrobi, i tak najedzą się, napiją, a potem dupę obrobią.
Fochnęła się.
A co, nie mam racji?
Nie wiem, czy u mnie obrabiali, było tak, jak młodzi chcieli, ja się bawiłam świetnie, jedzenie było ekstra, towarzystwo też.
A że nie było tortu bezowego, jak ja chciałam?
To nie był mój ślub, tort z Batmanem też był pyszny, a i do redakcji jeszcze zawiozłam tyle, że się wszyscy najedli i chwalili. Tort kupiłam sobie sama, w cukierni, która Synowej nie pasowała i zeżarłam z apetytem. Można? Można :)
A ja się ani trochę nie umęczyłam, no może w czasie kościelnego Pierworodnego, goniąc na obcasach Małą Wiedźmę, niezadowoloną z chrztu, bo jakoś zamówiona opiekunka się rozpłynęła we mgle.
Ale za to nikt nie pieprzył, dlaczego mama Pana Młodego nie była u komunii...
Ludzie to mają problemy :D
A ja, kurde, taka wyrodna jestem, zupełnie się nie martwię, co będzie, jak umrę.
Bo właśnie dostałam z PZU ofertę nie do odrzucenia. Moja składka wzrośnie o niecałe 10 zł, a odszkodowanie za mnie ponadsześciokrotnie, ale... pod warunkiem, że zginę w wypadku komunikacyjnym.
Hmmm....
Jest mi obojętne, jak zejdę z tego padołu, byle nie bolało.
Rowerem na drzewo to się nie zabiję.
Rowerem pod czyjś samochód - nie taka świnia nie jestem.
Jak skończę pracować, to i na tę gównianą składkę PZU nie będzie mnie stać, a płacę ją od lat.
I co ja mam z tym, Kochany Pamiętniczku zrobić?
To dopiero jest dylemat :D
wtorek, 20 czerwca 2017
Jeszcze
dwa dni, Kochany Pamiętniczku.
Comiesięczne użeranie się, choć w tym miesiącu nie jest tragicznie, no ale upały.
Inżynier spędził dziś ponad 4 godziny w urzędzie, żeby wyrobić paszport Alienkowi. Z połowicą i Alienkiem, of course. W sumie dobrze, że mnie tam nie było.
Zdjęcie, które pasowało do brytyjskiego paszportu i do polskiego dowodu osobistego, nie pasowało do polskiego paszportu.
Ale że tam ktoś chodzi i reklamuje fotki piętro wyżej, więc pewnie nie mieli kłopotu, tylko pozbyli się kasy.
Ano, dzieci to kosztowna zabawka.
Nie wiem, czy zobaczę się z nimi jeszcze, nie piszę scenariuszy.
Co na być, będzie.
Mój dysk padł, ale okazało się, że to dlatemu, że podłączony do rozgałęźnika, a nie bezpośrednio do kompika. A pewno dlatego, że rano włączyłam tam mp3, wgrałam, bo z ajfonikiem za dużo zabawy i całą drogę słuchałam jesteś dalej niż daleko... Sopockim bolerem katowałam się kiedyś cały miesiąc. Ma się tę moc ;)
Takie same fanaberie, jak dysk, ma skaner. Ale już teraz wszystko opanowane, tylko za biurkiem muszę kurz sprzątnąć.
Głośniki poszły ze starym kompikiem, zatem biurko ma nowy image, z burdelówką i skrzydłokwiatem na wierzchu.
Pięknie jest :) Podoba mi się :D
... a ja ciągle wierzę w to, że na peron wyjdę znów, wyjdę w noc...
Luksus własnego mieszkania: koszulka, w której upał jest niegroźny :P
Comiesięczne użeranie się, choć w tym miesiącu nie jest tragicznie, no ale upały.
Inżynier spędził dziś ponad 4 godziny w urzędzie, żeby wyrobić paszport Alienkowi. Z połowicą i Alienkiem, of course. W sumie dobrze, że mnie tam nie było.
Zdjęcie, które pasowało do brytyjskiego paszportu i do polskiego dowodu osobistego, nie pasowało do polskiego paszportu.
Ale że tam ktoś chodzi i reklamuje fotki piętro wyżej, więc pewnie nie mieli kłopotu, tylko pozbyli się kasy.
Ano, dzieci to kosztowna zabawka.
Nie wiem, czy zobaczę się z nimi jeszcze, nie piszę scenariuszy.
Co na być, będzie.
Mój dysk padł, ale okazało się, że to dlatemu, że podłączony do rozgałęźnika, a nie bezpośrednio do kompika. A pewno dlatego, że rano włączyłam tam mp3, wgrałam, bo z ajfonikiem za dużo zabawy i całą drogę słuchałam jesteś dalej niż daleko... Sopockim bolerem katowałam się kiedyś cały miesiąc. Ma się tę moc ;)
Takie same fanaberie, jak dysk, ma skaner. Ale już teraz wszystko opanowane, tylko za biurkiem muszę kurz sprzątnąć.
Głośniki poszły ze starym kompikiem, zatem biurko ma nowy image, z burdelówką i skrzydłokwiatem na wierzchu.
Pięknie jest :) Podoba mi się :D
... a ja ciągle wierzę w to, że na peron wyjdę znów, wyjdę w noc...
Luksus własnego mieszkania: koszulka, w której upał jest niegroźny :P
poniedziałek, 19 czerwca 2017
Wszystko
przemija, nawet najdłuższa żmija, Kochany Pamiętniczku.
Zatrzymam więc w pamięci to, co warto zatrzymać, ten śmiech całą gębusią, z wywalonym ozorkiem, za każdym razem na moje pytanie: a gdzie masz ząbki, szczerbalu?
Wiem, głupie.
I inne takie tam.
Zapomnę ruiny i zgliszcza po wizycie Kradziejki, która ma fazę na "robię, co chcę" i tak lata i rzuca wszystkim, co jej się w ręce nawinie, a z hukiem, a co, wypluwa jedzenie dla sportu, z miseczki truskawek, o które poprosiła nie zjadła ani jednej, wszystkie rzuciła, bijąc rekord olimpijski. Moje po wyrzuceniu drugiej nie dostałyby już ani jednej i pokolędowałyby w kącie. To znakomicie uczy dobrych manier :)
Dlatego nie jestem fanką małych dzieci, bo są obecnie bezstresowo wychowywane.
Moje pokolenie i pokolenie moich dzieci znało proporcje, mocium panie. Nawet Inżynier, u którego dziś zdiagnozowano by ADHD, w gościach nigdy obciachu nie zrobił, a i w domu znał mores, nie to było nie. I jakoś nie wspomina traumatycznie dzieciństwa.
A nieważne.
Alienek jest stworzeniem wodnym, w kąpieli zachowuje się jak książę, a i wyciągany z wody nie urządza awantur.
U nas to rodzinne było, dzieci Pierworodnego są z innego bieguna :d
W sumie do pracy wróciłam z radością, a jako że Bossa nie było dziś, poszło gładko.
W domu miła niespodzianka, jednak podłączył starego kompa, tak że teraz cholera może mnie rzucać od sprzętu do sprzętu do wypęku...
A i mieszkanie zostawili w porządku, śmiał się, że wystaczyło, że zabrali swoje graty, ale to nie do końca tak.
Zapomnieli Alienkową mordkowycierajkę, więc wrócą. Bo jak się coś zapomina, to się wraca :)
Już zapominam cię, jak się zapomina sny, zapominam cię, zapominam cię, jak wysłany donikąd list...
Piękne to jest...
Były nieśmiałe słowa o powrocie, co mnie cieszy, bo jednak coraz gorzej wszędzie jest. Wiem, że to nie hop siup, nie na dziś, nie na jutro, ale...
Nadzieja umiera ostatnia.
Rzutem na taśmę ogarnęłam po mojemu i do weekendu mogę oddychać spokojnie. Z jednej strony żal, że nie ma ich, ale nie dam rady ośmiogodzinnej pracy i zarządzaniu chałupą z gotowaniem, z chodzeniem na paluszkach, żeby dziecka nie budzić. Nie mam drzwi na dokładkę.
A i pozapraszali kolegów wspólnych z dziećmi w wieku właśnie na "nie". Więc dziękuję, postoję, niech się męczą na innych śmieciach :D
No cóż, wracając do domu chcę założyć tego łacha i odpocząć, a nie rozczulać się na widok kolejnych przesłodkich łapek rąbiących w moje rolety bądź pieczętujących moje lustra i meble na klejko.
Życie.
I można we mnie rzucać kamieniami. Chleba mam dość ;)
Zatrzymam więc w pamięci to, co warto zatrzymać, ten śmiech całą gębusią, z wywalonym ozorkiem, za każdym razem na moje pytanie: a gdzie masz ząbki, szczerbalu?
Wiem, głupie.
I inne takie tam.
Zapomnę ruiny i zgliszcza po wizycie Kradziejki, która ma fazę na "robię, co chcę" i tak lata i rzuca wszystkim, co jej się w ręce nawinie, a z hukiem, a co, wypluwa jedzenie dla sportu, z miseczki truskawek, o które poprosiła nie zjadła ani jednej, wszystkie rzuciła, bijąc rekord olimpijski. Moje po wyrzuceniu drugiej nie dostałyby już ani jednej i pokolędowałyby w kącie. To znakomicie uczy dobrych manier :)
Dlatego nie jestem fanką małych dzieci, bo są obecnie bezstresowo wychowywane.
Moje pokolenie i pokolenie moich dzieci znało proporcje, mocium panie. Nawet Inżynier, u którego dziś zdiagnozowano by ADHD, w gościach nigdy obciachu nie zrobił, a i w domu znał mores, nie to było nie. I jakoś nie wspomina traumatycznie dzieciństwa.
A nieważne.
Alienek jest stworzeniem wodnym, w kąpieli zachowuje się jak książę, a i wyciągany z wody nie urządza awantur.
U nas to rodzinne było, dzieci Pierworodnego są z innego bieguna :d
W sumie do pracy wróciłam z radością, a jako że Bossa nie było dziś, poszło gładko.
W domu miła niespodzianka, jednak podłączył starego kompa, tak że teraz cholera może mnie rzucać od sprzętu do sprzętu do wypęku...
A i mieszkanie zostawili w porządku, śmiał się, że wystaczyło, że zabrali swoje graty, ale to nie do końca tak.
Zapomnieli Alienkową mordkowycierajkę, więc wrócą. Bo jak się coś zapomina, to się wraca :)
Już zapominam cię, jak się zapomina sny, zapominam cię, zapominam cię, jak wysłany donikąd list...
Piękne to jest...
Były nieśmiałe słowa o powrocie, co mnie cieszy, bo jednak coraz gorzej wszędzie jest. Wiem, że to nie hop siup, nie na dziś, nie na jutro, ale...
Nadzieja umiera ostatnia.
Rzutem na taśmę ogarnęłam po mojemu i do weekendu mogę oddychać spokojnie. Z jednej strony żal, że nie ma ich, ale nie dam rady ośmiogodzinnej pracy i zarządzaniu chałupą z gotowaniem, z chodzeniem na paluszkach, żeby dziecka nie budzić. Nie mam drzwi na dokładkę.
A i pozapraszali kolegów wspólnych z dziećmi w wieku właśnie na "nie". Więc dziękuję, postoję, niech się męczą na innych śmieciach :D
No cóż, wracając do domu chcę założyć tego łacha i odpocząć, a nie rozczulać się na widok kolejnych przesłodkich łapek rąbiących w moje rolety bądź pieczętujących moje lustra i meble na klejko.
Życie.
I można we mnie rzucać kamieniami. Chleba mam dość ;)
sobota, 17 czerwca 2017
Dobra
piszę scenariusze. Kochany Pamiętniczku.
Ale jeżeli i Inżynier, i jego Żona. mimo oddania Alienka w jasyr są co paręnaście minut dostępni na FB, tu chyba wesele Smerfa Marudy nie jest takie wypasione?
Moja złośliwość, wrodzona, dochodzi do głosu.
Ale oj tam, oj tam, piwko wypiję i pójdę w objęcia Morfeusza.
Jutro ciężki dzień, a w poniedziałek mogiła :P
Ale jeżeli i Inżynier, i jego Żona. mimo oddania Alienka w jasyr są co paręnaście minut dostępni na FB, tu chyba wesele Smerfa Marudy nie jest takie wypasione?
Moja złośliwość, wrodzona, dochodzi do głosu.
Ale oj tam, oj tam, piwko wypiję i pójdę w objęcia Morfeusza.
Jutro ciężki dzień, a w poniedziałek mogiła :P
Życie
Kochany Pamiętniczku, ma plusy dodatnie i plusy ujemne...
Mieliśmy te parę minut dla siebie, bo prosto z lotniska dojechał do mnie sam, bo tak się logistycznie ułożyło, jego teść ma za mały samochód, a czekał u niego karton rzeczy niezbędnych do przeżycia na pustyni, jaką jest PL.
W tym specjalny wkład do wanny, żeby dziecko można było wykąpać, albowiem wykąpane w zwykłej wanience zeszłoby niechybnie z tego świata w strasznych męczarniach... (jednak tak jak Mała Wiedźma powodowała alarm we wszystkich jednostkach antyterrorystycznych w okolicy podczas kąpieli, tak Alienek w kąpieli zamienia się z Bestii w Księcia).
Nevermind, mniejsza z większym, wkład fajna rzecz, aż się zacukałam, myśląc, jak to ojapierdolę, wychowałam dwójkę dzieci bez takich cudów wianków :)
I bez pieluszki, która na specjalnym pasku wskazuje, na ile jest zasikana.
I takie tam inne, bez czego nie można żyć. Bez aplikacji, notującej, ile razy dziennie dziecko się zesrało i spimpulkało, ile razy jadło, inaczej może nie przeżyć w tym dzikim świecie...
Za to przewijane na podłodze, na specjalnej podkładce, ale jednak na podłodze.
Dobrze, że ja od zawsze mam ambę na mycie podłogi i myję ją non stop, a na cześć Alienka umyłam dwa razy, aczkolwiek on jeszcze nieraczkujący.
I ma takie hobby: jak mu się pampersa odchyla, albo zmienia, to świeżego zaraz zalewa potopem, a jak się da, olewa wszystko ciepłym strumieniem moczu, mając na wszystko wyjebane. Pierwszego dnia wpędził rodziców w poczucie winy, olewając świeżutkie posłanie, co mnie rozbawiło, jak człowiek ma mało rozrywek, to nawet sikanie go bawi ;)
Ale wracając do naszych baranów, siedliśmy i pogadaliśmy, jak czekista z czekistą i moje wiedźmowskie serce mnie nie myliło.
Nie jest różowo nigdzie.
Pierworodny, jak to on, ma na wszystko wyjebane i chociaż Inżynier kopie go w dupę po bratersku, ma wyjebane. Po prostu. Jego żona też ma wyjebane. Przepraszał mnie (Inżynier) mówiąc, że nie ma już ani siły, ani czasu, ani środków, żeby mu pomagać.
Kazałam mu wrzucić na luz i zająć się sobą, bo ile można? I chuj w oko jego żonie, znaczy się Pierworodnego.
Kurwa, ja już nic nie muszę, ale moje wnuki.
Czy ja, kurwa, do końca życia muszę się o wszystko i wszystkich martwić?
Może powinnam lec na kanapie i słać wszędzie SMS, Messenger i co tam się jeszcze nawinie, że ojapierdolę??
Kurwa mać.
Brat I. nie jest ani niepełnosprawny, ani gorzej wykształcony (w sensie, że miał taką samą szansę, wybrał, co chciał, jego wola). Ma po prostu wyjebane, a jego kobieta jeszcze bardziej. I ja to wszystko wiem z autopsji!!!
Sam Inżynier też sfrustrowany.
Że już się nie rozwija. I to nie tylko o kasę chodzi, choć to główny motor. Szuka już innej pracy i jest, kurde na tyle dobry, że nie wygląda to źle.
Ale...
Nie ma w tym żadnego wsparcia, w sensie, że śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje. I mówi, że tak musi być.
Ale... Nie ma już z czego oszczędzać, a i oszczędności naruszył.
No, ale co mam rzec?
Że dziecko nie musi mieć czterech chust do noszenia go, w momencie, kiedy w żadnej nie daje się nosić?
Że kupowanie piątej jest pojebane. Tym bardziej, że to nie jest groszowy wydatek.
A kupiła. I to nie tylko to.
Słucham, pogłaszczę, przytulę i trzymam mordę na kłódkę.
Choć to niełatwe.
I wiele innych rzeczy mnie wkurwia do potęgi entej. Że wózek ma stać u mnie w przedpokoju, przez co wyjść z mieszkania nie mogę, bo kurwa, muszę go co chwilę przesuwać, bo się o niego obijam i dziury się robią, bo JESTEM GRUBA, mam prawo być gruba, to mój dom. Do wózkarni wózka nie, bo ukradną. I spazmy przy tym i och, ach i ojapierdolę.
Kurwa.
Tylko ja mam klucz od wózkarni.
Kazałam wózek rozmontować i stoi na balkonie, a gondola w pokoju.
I git majonez.
Kompik jednak doszedł w całości. Ale monitorek jest niekompatybilny z nim, tak samo jak starszy, zachomikowany (w sumie dostałam pochwałę za chomikowanie, bo kable były przydasię). I kompik nie miał dysku SSD, miał być wymontowany z mojego.
Ale stwierdziłam, że pierdolę.
Kupiłam dysk SSD, nowy monitorek (ojapierdolę, jak fajnie na nim widać) i klawiaturkę (stara brudna jak świnia, bo jem przy kompiku, a gryzoń się ostatnio zacina) i... będę miała dwa. Kompiki. A kto bogatemu zabroni?
Inżynier pracowicie, w przerwach między obsługą Księcia Pana, ogarniał matczyną zachciankę. Z pyskiem i z sercem, bo on wie, co to dla mnie znaczy. Zwłaszcza ten pysk i matka do nogi.
I nawet mu powiedziałam, że to doceniam, a niech się cieszy.
Wszystko gra, ale nie śpiewa, mówił, że to słuchawki, ale nie, to albo karta, albo głośniki.
Ale to i montowanie starego ogarniemy jutro, choćby miał kaca mordercę. Trudno :) Bo odkryłam to, jak już pojechał w stronę słońca aż po horyzontu kres.
Ale mam inne zabawki :P
Synowa wpadła na pomysł, że skoro już są w wiosce, to i dowód Alienkowi załatwią, więc najpierw pojechaliśmy po dowód.
Przed nami 60 osób w kolejce, ale o dziwo, daliśmy radę. Wyskakując na kawkę do Kandulskiego ;)
Sprawdzam na stronie, do paszportowego też zdążymy, więc kurcgalopkiem i...
Bam. Klamkę pocałowaliśmy, bo paszportowe zamknięte, odrobi 24 czerwca. Na stronie zaś jak byk, że czynne.
W sumie pozostaje się modlić, żeby Alienka wypuścili na brytyjskim paszporcie i z zaświadczeniem, że będzie miał polski dowód :P
Potem polecieliśmy rzut beretem po moje akcesoria do kompika, a Synowa w międzyczasie obleciała całą galerię. Wytrzymałam tylko w jednym sklepie, bo nienawidzę chodzenia i macania dla samego sportu.
Nieważne.
Swoje zabawki zamówiłam w necie, do natychmiastowego odbioru i już na mnie czekały.
Jestem wygodną kobietą. Kiedyś chociaż za część zapłaciłby I., wyśmiewając moje skrupuły, ale teraz zapłaciłam nawet za transport z UK, a to naprawdę dla niego powinna być drobiazgowa suma. Zarabia rocznie 7,5 raza więcej niż ja, abstrahując od różnicy w kosztach utrzymania. Jak dla mnie 20 zł, ale wziął i było widać, że mu tego brakuje. I to mnie martwi, nie że ja nie dostanę nic, bo póki mam pracę, mam na to wyjebane. A później mam nadzieję umrzeć. ZUS plus moje ubezpieczenie starczy na pogrzeb :p
Wróciliśmy umęczeni, bo upał był nieziemski, a ja jeszcze: obiad, zmywanie, kolacja, zmywanie, pranie (no prał cukierek, ale ja wieszałam).
A nieważne.
Dziś rano kurcgalopek na Manhattan i po resztę, przedtem śniadanie i zmywanie, w międzyczasie herbatka, kawka, kanapki, kawka, ojapierdolę.
Pojechali wreszcie na ten ślub Smerfa Marudy, ale niebiosa mu dobrze nie życzą, bo zaplanowali ślub na plaży, a jak lało, tak leje, choć na moment słońce wyszło, ale zimno dalej jest.
Facet jest prawie tak długo jak Inżynier w UK, I. go tam ściągnął, bo żona Kierownika Budowy zabroniła mu szantażem wyjazdu tam, ale na ślub nie zaprosił nikogo stamtąd... A na weselu I. bawili się Anglicy i to nieźle, nawet się pobratali z kilkoma stąd.
No ale nevermind.
Alienkiem opiekuje się na jublu znajoma Inżynierostwa, czująca ciągoty macierzyńskie (kiedyś czuła pociąg do I.).
Myślałam, że jedzie siostra Synowej, bo mają tak samo na imię, ale w praniu okazało się, że nie.
Mi to rybka.
Bo wracając do clou tego wszystkiego.
To jest małe Półdiablę.
Rozpuszczone jak dziadowski bicz.
Ale mało, że Matka Natura nie poskąpiła mu urody i tego czegoś, to czy widział ktoś trzymiesięczne dziecko próbujące siadać samo?
Wprawdzie Inżynier mając sześć miesięcy sam wstawał, ale to już przesada,
Głosik ma taki, że jak zacznie płakać, ludzie łapią za komórki, żeby policję wzywać, więc chodzenie z nim publicznie jest naprawdę ryzykiem :)
A poza tym.
No cóż, jest moim wnukiem, a jak wiadomo, babcie ślepe są.
Lubię z nim rozmawiać, bo słucha uważnie i już głuży.
Ale dobra, nie zapeszajmy, dziecko.
Najfajniej mi się z Inżynierem gada, w klimacie wyrzucania z domu bez plecaczka, sprzedaży za psi grosz i tego piekarnika z sosem czosnkowym.
T były cudne chwile i ten zapach.
W sumie idiotyzm, Kochany Pamiętniczku, ale co tam...
A na domiar złego okazało się, że ludzie nie czytają ze zrozumieniem. Napisałam w pracy, że przeczytam wszystko dosłane w Wordzie lub PDF w sobotę po południu. Wszyscy napisali, że mam czytać w poniedziałek w InCopy.
Tak jakbym kurwa nie wiedziała, że w poniedziałek umrę na posterunku :)
Na chuja mi na prywatnej poczcie w sobotę wiadomość, że w poniedziałek będę miała roboty po kokardę i kucyki?
Wszyscy w piątek pracujący (SZTUK 5) wyskrobali statystycznie 1800 znaków ze spacjami, czyli jedną standardową stronę...
A stron mamy do zrobienia 250...
Mieliśmy te parę minut dla siebie, bo prosto z lotniska dojechał do mnie sam, bo tak się logistycznie ułożyło, jego teść ma za mały samochód, a czekał u niego karton rzeczy niezbędnych do przeżycia na pustyni, jaką jest PL.
W tym specjalny wkład do wanny, żeby dziecko można było wykąpać, albowiem wykąpane w zwykłej wanience zeszłoby niechybnie z tego świata w strasznych męczarniach... (jednak tak jak Mała Wiedźma powodowała alarm we wszystkich jednostkach antyterrorystycznych w okolicy podczas kąpieli, tak Alienek w kąpieli zamienia się z Bestii w Księcia).
Nevermind, mniejsza z większym, wkład fajna rzecz, aż się zacukałam, myśląc, jak to ojapierdolę, wychowałam dwójkę dzieci bez takich cudów wianków :)
I bez pieluszki, która na specjalnym pasku wskazuje, na ile jest zasikana.
I takie tam inne, bez czego nie można żyć. Bez aplikacji, notującej, ile razy dziennie dziecko się zesrało i spimpulkało, ile razy jadło, inaczej może nie przeżyć w tym dzikim świecie...
Za to przewijane na podłodze, na specjalnej podkładce, ale jednak na podłodze.
Dobrze, że ja od zawsze mam ambę na mycie podłogi i myję ją non stop, a na cześć Alienka umyłam dwa razy, aczkolwiek on jeszcze nieraczkujący.
I ma takie hobby: jak mu się pampersa odchyla, albo zmienia, to świeżego zaraz zalewa potopem, a jak się da, olewa wszystko ciepłym strumieniem moczu, mając na wszystko wyjebane. Pierwszego dnia wpędził rodziców w poczucie winy, olewając świeżutkie posłanie, co mnie rozbawiło, jak człowiek ma mało rozrywek, to nawet sikanie go bawi ;)
Ale wracając do naszych baranów, siedliśmy i pogadaliśmy, jak czekista z czekistą i moje wiedźmowskie serce mnie nie myliło.
Nie jest różowo nigdzie.
Pierworodny, jak to on, ma na wszystko wyjebane i chociaż Inżynier kopie go w dupę po bratersku, ma wyjebane. Po prostu. Jego żona też ma wyjebane. Przepraszał mnie (Inżynier) mówiąc, że nie ma już ani siły, ani czasu, ani środków, żeby mu pomagać.
Kazałam mu wrzucić na luz i zająć się sobą, bo ile można? I chuj w oko jego żonie, znaczy się Pierworodnego.
Kurwa, ja już nic nie muszę, ale moje wnuki.
Czy ja, kurwa, do końca życia muszę się o wszystko i wszystkich martwić?
Może powinnam lec na kanapie i słać wszędzie SMS, Messenger i co tam się jeszcze nawinie, że ojapierdolę??
Kurwa mać.
Brat I. nie jest ani niepełnosprawny, ani gorzej wykształcony (w sensie, że miał taką samą szansę, wybrał, co chciał, jego wola). Ma po prostu wyjebane, a jego kobieta jeszcze bardziej. I ja to wszystko wiem z autopsji!!!
Sam Inżynier też sfrustrowany.
Że już się nie rozwija. I to nie tylko o kasę chodzi, choć to główny motor. Szuka już innej pracy i jest, kurde na tyle dobry, że nie wygląda to źle.
Ale...
Nie ma w tym żadnego wsparcia, w sensie, że śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje. I mówi, że tak musi być.
Ale... Nie ma już z czego oszczędzać, a i oszczędności naruszył.
No, ale co mam rzec?
Że dziecko nie musi mieć czterech chust do noszenia go, w momencie, kiedy w żadnej nie daje się nosić?
Że kupowanie piątej jest pojebane. Tym bardziej, że to nie jest groszowy wydatek.
A kupiła. I to nie tylko to.
Słucham, pogłaszczę, przytulę i trzymam mordę na kłódkę.
Choć to niełatwe.
I wiele innych rzeczy mnie wkurwia do potęgi entej. Że wózek ma stać u mnie w przedpokoju, przez co wyjść z mieszkania nie mogę, bo kurwa, muszę go co chwilę przesuwać, bo się o niego obijam i dziury się robią, bo JESTEM GRUBA, mam prawo być gruba, to mój dom. Do wózkarni wózka nie, bo ukradną. I spazmy przy tym i och, ach i ojapierdolę.
Kurwa.
Tylko ja mam klucz od wózkarni.
Kazałam wózek rozmontować i stoi na balkonie, a gondola w pokoju.
I git majonez.
Kompik jednak doszedł w całości. Ale monitorek jest niekompatybilny z nim, tak samo jak starszy, zachomikowany (w sumie dostałam pochwałę za chomikowanie, bo kable były przydasię). I kompik nie miał dysku SSD, miał być wymontowany z mojego.
Ale stwierdziłam, że pierdolę.
Kupiłam dysk SSD, nowy monitorek (ojapierdolę, jak fajnie na nim widać) i klawiaturkę (stara brudna jak świnia, bo jem przy kompiku, a gryzoń się ostatnio zacina) i... będę miała dwa. Kompiki. A kto bogatemu zabroni?
Inżynier pracowicie, w przerwach między obsługą Księcia Pana, ogarniał matczyną zachciankę. Z pyskiem i z sercem, bo on wie, co to dla mnie znaczy. Zwłaszcza ten pysk i matka do nogi.
I nawet mu powiedziałam, że to doceniam, a niech się cieszy.
Wszystko gra, ale nie śpiewa, mówił, że to słuchawki, ale nie, to albo karta, albo głośniki.
Ale to i montowanie starego ogarniemy jutro, choćby miał kaca mordercę. Trudno :) Bo odkryłam to, jak już pojechał w stronę słońca aż po horyzontu kres.
Ale mam inne zabawki :P
Synowa wpadła na pomysł, że skoro już są w wiosce, to i dowód Alienkowi załatwią, więc najpierw pojechaliśmy po dowód.
Przed nami 60 osób w kolejce, ale o dziwo, daliśmy radę. Wyskakując na kawkę do Kandulskiego ;)
Sprawdzam na stronie, do paszportowego też zdążymy, więc kurcgalopkiem i...
Bam. Klamkę pocałowaliśmy, bo paszportowe zamknięte, odrobi 24 czerwca. Na stronie zaś jak byk, że czynne.
W sumie pozostaje się modlić, żeby Alienka wypuścili na brytyjskim paszporcie i z zaświadczeniem, że będzie miał polski dowód :P
Potem polecieliśmy rzut beretem po moje akcesoria do kompika, a Synowa w międzyczasie obleciała całą galerię. Wytrzymałam tylko w jednym sklepie, bo nienawidzę chodzenia i macania dla samego sportu.
Nieważne.
Swoje zabawki zamówiłam w necie, do natychmiastowego odbioru i już na mnie czekały.
Jestem wygodną kobietą. Kiedyś chociaż za część zapłaciłby I., wyśmiewając moje skrupuły, ale teraz zapłaciłam nawet za transport z UK, a to naprawdę dla niego powinna być drobiazgowa suma. Zarabia rocznie 7,5 raza więcej niż ja, abstrahując od różnicy w kosztach utrzymania. Jak dla mnie 20 zł, ale wziął i było widać, że mu tego brakuje. I to mnie martwi, nie że ja nie dostanę nic, bo póki mam pracę, mam na to wyjebane. A później mam nadzieję umrzeć. ZUS plus moje ubezpieczenie starczy na pogrzeb :p
Wróciliśmy umęczeni, bo upał był nieziemski, a ja jeszcze: obiad, zmywanie, kolacja, zmywanie, pranie (no prał cukierek, ale ja wieszałam).
A nieważne.
Dziś rano kurcgalopek na Manhattan i po resztę, przedtem śniadanie i zmywanie, w międzyczasie herbatka, kawka, kanapki, kawka, ojapierdolę.
Pojechali wreszcie na ten ślub Smerfa Marudy, ale niebiosa mu dobrze nie życzą, bo zaplanowali ślub na plaży, a jak lało, tak leje, choć na moment słońce wyszło, ale zimno dalej jest.
Facet jest prawie tak długo jak Inżynier w UK, I. go tam ściągnął, bo żona Kierownika Budowy zabroniła mu szantażem wyjazdu tam, ale na ślub nie zaprosił nikogo stamtąd... A na weselu I. bawili się Anglicy i to nieźle, nawet się pobratali z kilkoma stąd.
No ale nevermind.
Alienkiem opiekuje się na jublu znajoma Inżynierostwa, czująca ciągoty macierzyńskie (kiedyś czuła pociąg do I.).
Myślałam, że jedzie siostra Synowej, bo mają tak samo na imię, ale w praniu okazało się, że nie.
Mi to rybka.
Bo wracając do clou tego wszystkiego.
To jest małe Półdiablę.
Rozpuszczone jak dziadowski bicz.
Ale mało, że Matka Natura nie poskąpiła mu urody i tego czegoś, to czy widział ktoś trzymiesięczne dziecko próbujące siadać samo?
Wprawdzie Inżynier mając sześć miesięcy sam wstawał, ale to już przesada,
Głosik ma taki, że jak zacznie płakać, ludzie łapią za komórki, żeby policję wzywać, więc chodzenie z nim publicznie jest naprawdę ryzykiem :)
A poza tym.
No cóż, jest moim wnukiem, a jak wiadomo, babcie ślepe są.
Lubię z nim rozmawiać, bo słucha uważnie i już głuży.
Ale dobra, nie zapeszajmy, dziecko.
Najfajniej mi się z Inżynierem gada, w klimacie wyrzucania z domu bez plecaczka, sprzedaży za psi grosz i tego piekarnika z sosem czosnkowym.
T były cudne chwile i ten zapach.
W sumie idiotyzm, Kochany Pamiętniczku, ale co tam...
A na domiar złego okazało się, że ludzie nie czytają ze zrozumieniem. Napisałam w pracy, że przeczytam wszystko dosłane w Wordzie lub PDF w sobotę po południu. Wszyscy napisali, że mam czytać w poniedziałek w InCopy.
Tak jakbym kurwa nie wiedziała, że w poniedziałek umrę na posterunku :)
Na chuja mi na prywatnej poczcie w sobotę wiadomość, że w poniedziałek będę miała roboty po kokardę i kucyki?
Wszyscy w piątek pracujący (SZTUK 5) wyskrobali statystycznie 1800 znaków ze spacjami, czyli jedną standardową stronę...
A stron mamy do zrobienia 250...
środa, 14 czerwca 2017
Mam moc
mam tę moc, Kochany Pamiętniczku, mam ją i już :)
Rano emilek, że paczka jest w redakcji. Więc lecę, jak planowałam, zgrzana jak siwa mysz, bo na Manhattanie tłok o ósmej rano jak na plaży nad Bałtykiem w długi weekend, a babuszki z obłędem w oczach macają kalafiorki za 2 zyle polskie, jakby ze złota były (też tak będę macać, jak przejdę apiać na emeryturę).
A ludzie w pracce w popłochu pytają się i piszą emilki, dlaczemu SJ nie ma w pracy o 9?
(Tak, kurwa, co dzień siedziałam od tygodnia po 4 godziny usychając bez pracy, powiedziałam sekretarce, że będę później, jakby kto pytał)...
Znaczy się, bajzel.
A ja wstrząśnięta, nie zmieszana, bo rano na fejsie wyskoczył mi ten londyński pożar i niebiosom dziękowałam, że moi, choć wszyscy tam, nie są w Londynie...
Pracowicie ogarniam tę kuwetę, uradowana, bo na piątek mam urlop podpisany, tarararabum :)
Zbieram się już do wyjścia, ogarniając ostatni tekścik (tak, tak ma się ten power), gdy wtem pani M. wpada, mówiąc, że pali się i mam do Bossa. Że z urlopu chyba nici...
Lezę. Kwitnę parę minut pod drzwiami. Musiałam mieć wzrok zbójnicki, bo na słowa Bossa, że w związku z tym, że nie pracowaliśmy jak należy piątek jest roboczy (kto nie pracował, ten kurwa nie pracował), rzekłam tylko tyle: ale ja tylko w piątek mogę zobaczyć wnuka, którego jeszcze nigdy na żywo nie widziałam.
Westchnął, aż echo poszło i przeciąg się zrobił, i w te słowa rzecze: dobrze, to ma pani urlop :P
Żeby go nie wpędzać do grobu (szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego), rzekłam, że jak coś w sobotę po południu z prywatnego łącza ogarnę tę kuwetę.
Polecił to zemilkować na jego emilku odwołującym wolne, com uczyniła.
I tak sobie myślę, że jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom...
O ileż piękniejsze byłoby życie, gdyby wszyscy o tym pamiętali...
W kartonie komputerkowym są dziury, ale nie pisałam o tym Inżynierowi. Ma dość swoich stresów. Przyjedzie, zobaczy, ogarnie.
Ważne, że udało mi się to ustrojstwo do domu dotachać. Dałam 5 zł napiwku taksiarzowi i dotachał mi z własnej inicjatywy pod drzwi, choć też siwe włosy miał, sam to zaproponował :) Musiałam wyglądać jak kupka nieszczęścia z tym kartonem. Przedtem pisałam z Kierownikiem Budowy, ale że zaorany był, a znając go, musiałabym czekać na spóźnialskiego, więc wybrałam opcję tachania taksówką :) Nie mam przekonania do Ubera. W sumie 15 zł za błyskawiczny dojazd do chaupki to nie jest taka zła opcja, zwłaszcza jak trzeba dojechać na gwałt. Nowy tunel to superopcja, dobrze, że wypróbowałam.
Rosołek na młodej włoszczyźnie sobie na jutro pichcę, choć od Wielkanocy nie jadłam mięsa. Ale uświadomiłam sobie po czasie, że w sobotę mogę kupić zwłoki na niedzielny rosołek na kaca...
I rolady już popełniam na piątek, ale rolad taka uroda, że im dłużej się duszą, ty są lepsze :)
A nastrój mam
Bo naprawdę bardzo się staram zapomnieć...
Rano emilek, że paczka jest w redakcji. Więc lecę, jak planowałam, zgrzana jak siwa mysz, bo na Manhattanie tłok o ósmej rano jak na plaży nad Bałtykiem w długi weekend, a babuszki z obłędem w oczach macają kalafiorki za 2 zyle polskie, jakby ze złota były (też tak będę macać, jak przejdę apiać na emeryturę).
A ludzie w pracce w popłochu pytają się i piszą emilki, dlaczemu SJ nie ma w pracy o 9?
(Tak, kurwa, co dzień siedziałam od tygodnia po 4 godziny usychając bez pracy, powiedziałam sekretarce, że będę później, jakby kto pytał)...
Znaczy się, bajzel.
A ja wstrząśnięta, nie zmieszana, bo rano na fejsie wyskoczył mi ten londyński pożar i niebiosom dziękowałam, że moi, choć wszyscy tam, nie są w Londynie...
Pracowicie ogarniam tę kuwetę, uradowana, bo na piątek mam urlop podpisany, tarararabum :)
Zbieram się już do wyjścia, ogarniając ostatni tekścik (tak, tak ma się ten power), gdy wtem pani M. wpada, mówiąc, że pali się i mam do Bossa. Że z urlopu chyba nici...
Lezę. Kwitnę parę minut pod drzwiami. Musiałam mieć wzrok zbójnicki, bo na słowa Bossa, że w związku z tym, że nie pracowaliśmy jak należy piątek jest roboczy (kto nie pracował, ten kurwa nie pracował), rzekłam tylko tyle: ale ja tylko w piątek mogę zobaczyć wnuka, którego jeszcze nigdy na żywo nie widziałam.
Westchnął, aż echo poszło i przeciąg się zrobił, i w te słowa rzecze: dobrze, to ma pani urlop :P
Żeby go nie wpędzać do grobu (szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego), rzekłam, że jak coś w sobotę po południu z prywatnego łącza ogarnę tę kuwetę.
Polecił to zemilkować na jego emilku odwołującym wolne, com uczyniła.
I tak sobie myślę, że jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom...
O ileż piękniejsze byłoby życie, gdyby wszyscy o tym pamiętali...
W kartonie komputerkowym są dziury, ale nie pisałam o tym Inżynierowi. Ma dość swoich stresów. Przyjedzie, zobaczy, ogarnie.
Ważne, że udało mi się to ustrojstwo do domu dotachać. Dałam 5 zł napiwku taksiarzowi i dotachał mi z własnej inicjatywy pod drzwi, choć też siwe włosy miał, sam to zaproponował :) Musiałam wyglądać jak kupka nieszczęścia z tym kartonem. Przedtem pisałam z Kierownikiem Budowy, ale że zaorany był, a znając go, musiałabym czekać na spóźnialskiego, więc wybrałam opcję tachania taksówką :) Nie mam przekonania do Ubera. W sumie 15 zł za błyskawiczny dojazd do chaupki to nie jest taka zła opcja, zwłaszcza jak trzeba dojechać na gwałt. Nowy tunel to superopcja, dobrze, że wypróbowałam.
Rosołek na młodej włoszczyźnie sobie na jutro pichcę, choć od Wielkanocy nie jadłam mięsa. Ale uświadomiłam sobie po czasie, że w sobotę mogę kupić zwłoki na niedzielny rosołek na kaca...
I rolady już popełniam na piątek, ale rolad taka uroda, że im dłużej się duszą, ty są lepsze :)
A nastrój mam
Bo naprawdę bardzo się staram zapomnieć...
wtorek, 13 czerwca 2017
Za mohera
mnie dzisiaj w bimbie wziął babus, Kochany Pamiętniczku...
Wracam ja sobie z pracki, bimbą, a jakże, jako że torebkę ciężką mam, a do tego cztery pęczki szparagów, oj tam, oj tam, nie zjem od razu, na raty. Jak dla mnie to dużo, ale pogoda cudna, zimny wiaterek piździ, nie jest źle.
Przesiadam się na odcinek, gdzie mam do przejechania dwa przystanki, więc nie zabolało mnie to, że nie ma miejsc wolnych, zresztą sami emeryci (wiem, wiem, ja też emerytka). Stoję więc sobie spokojnie, a obok mnie babus (mniej więcej w moim wieku) staje. A na siedzeniu jedyna młoda w całej bimbie, tak na oko dwudziestolatka, zagapiona w smartfon. Mi to rybka.
A babus na mnie zezuje, więc z leksza się uśmiecham, tak półgębkiem, bo ja życzliwa dla ludzi jestem.
Babus oczami na mnie, potem lekki skręt głowy w lewo i ślepiami na dziewczynę, znów na mnie i zepsute zęby szczerzy. Udaję, że nie rozumiem, o co chodzi, ale babus nie ustępuje. Robię więc minę "ale o co cho", a ona: siedzi. No to ja na to: no i co?
Myślała, że rozpętam pogawędkę pod tytułem, jaka ta młodzież niewychowana. Nawet gdybym jechała do końca trasy, nie przyszłoby mi do głowy zaczepiać dziewczyny. Gdybym źle się czuła i chciałabym usiąść, poprosiłabym grzecznie o zwolnienie miejsca.
Japierniczę, babus jechał tylko dwa przystanki, ja zmieniłam zdanie i pojechałam jeden dalej, przesiadając się na autobus.
Nie wyglądała na chorą, wyglądała na babusa.
A dotychczas myślałam, że to urban legend, bo tylko raz przez całe życie mi się zdarzyło, że mnie jakaś zwaliła z fotela, jeszcze jak miałam te dzieści lat, bo... ona tu zawsze siedzi. Choć pół autobusu było puste. Wpuściłam, bo co się będę kopać z koniem, skoro to jego miejsce? Współpasażerka próbowała mnie buntować, ale odrzekłam: najważniejszy święty spokój, a nie miejsce.
I tak sobie myślę, ile złości może być w człowieku bez potrzeby. Dokopać drugiemu, bo tak.
Qui bono?
Wracam ja sobie z pracki, bimbą, a jakże, jako że torebkę ciężką mam, a do tego cztery pęczki szparagów, oj tam, oj tam, nie zjem od razu, na raty. Jak dla mnie to dużo, ale pogoda cudna, zimny wiaterek piździ, nie jest źle.
Przesiadam się na odcinek, gdzie mam do przejechania dwa przystanki, więc nie zabolało mnie to, że nie ma miejsc wolnych, zresztą sami emeryci (wiem, wiem, ja też emerytka). Stoję więc sobie spokojnie, a obok mnie babus (mniej więcej w moim wieku) staje. A na siedzeniu jedyna młoda w całej bimbie, tak na oko dwudziestolatka, zagapiona w smartfon. Mi to rybka.
A babus na mnie zezuje, więc z leksza się uśmiecham, tak półgębkiem, bo ja życzliwa dla ludzi jestem.
Babus oczami na mnie, potem lekki skręt głowy w lewo i ślepiami na dziewczynę, znów na mnie i zepsute zęby szczerzy. Udaję, że nie rozumiem, o co chodzi, ale babus nie ustępuje. Robię więc minę "ale o co cho", a ona: siedzi. No to ja na to: no i co?
Myślała, że rozpętam pogawędkę pod tytułem, jaka ta młodzież niewychowana. Nawet gdybym jechała do końca trasy, nie przyszłoby mi do głowy zaczepiać dziewczyny. Gdybym źle się czuła i chciałabym usiąść, poprosiłabym grzecznie o zwolnienie miejsca.
Japierniczę, babus jechał tylko dwa przystanki, ja zmieniłam zdanie i pojechałam jeden dalej, przesiadając się na autobus.
Nie wyglądała na chorą, wyglądała na babusa.
A dotychczas myślałam, że to urban legend, bo tylko raz przez całe życie mi się zdarzyło, że mnie jakaś zwaliła z fotela, jeszcze jak miałam te dzieści lat, bo... ona tu zawsze siedzi. Choć pół autobusu było puste. Wpuściłam, bo co się będę kopać z koniem, skoro to jego miejsce? Współpasażerka próbowała mnie buntować, ale odrzekłam: najważniejszy święty spokój, a nie miejsce.
I tak sobie myślę, ile złości może być w człowieku bez potrzeby. Dokopać drugiemu, bo tak.
Qui bono?
sobota, 10 czerwca 2017
Głupia
jestem, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Robię zakupy w Pepco, a co, zaszalałam.
Poszłam tylko po torebkę do wina.
Przy kasie pani mówi 10,98.
OK. Płacę.
Wychodzę ze sklepu i coś mi nie pasuje. Jak 10,98, kiedy torebka sama 3,99, a kupiłam jeszcze odświeżacz i dywanik do łazienki, cud, mjut i orzeszki laskowe, kolorem dobrany do ściany idealnie.
Sam dywanik 9,99.
Patrzę na rachunek i dupa. Dywanika nie ma.
Wracam i mówię, a kobieta jak słup soli.
Że jeszcze nikt jej nigdy na korzyść sklepu nie reklamował, że jak to, że mogłam iść. I że dziękuję.
Ano, mogłam.
Głupia ja :)
I co z taką idiotką zrobić?
Robię zakupy w Pepco, a co, zaszalałam.
Poszłam tylko po torebkę do wina.
Przy kasie pani mówi 10,98.
OK. Płacę.
Wychodzę ze sklepu i coś mi nie pasuje. Jak 10,98, kiedy torebka sama 3,99, a kupiłam jeszcze odświeżacz i dywanik do łazienki, cud, mjut i orzeszki laskowe, kolorem dobrany do ściany idealnie.
Sam dywanik 9,99.
Patrzę na rachunek i dupa. Dywanika nie ma.
Wracam i mówię, a kobieta jak słup soli.
Że jeszcze nikt jej nigdy na korzyść sklepu nie reklamował, że jak to, że mogłam iść. I że dziękuję.
Ano, mogłam.
Głupia ja :)
I co z taką idiotką zrobić?
piątek, 9 czerwca 2017
środa, 7 czerwca 2017
wtorek, 6 czerwca 2017
Kaczuszko
wiesz maki są tak duże, duże, a Ty masz krótkie nóżki...
Kochany Pamiętniczku.
Całe życie miałam krótkie nóżki.
Nevermind...
Czupiradło po babci, choć mu się włoski nie kręcą :)
I tyle w temacie.
Kochany Pamiętniczku.
Całe życie miałam krótkie nóżki.
Nevermind...
Czupiradło po babci, choć mu się włoski nie kręcą :)
I tyle w temacie.
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Oliwnik
kwitnie od wczoraj, Kochany Pamiętniczku.
Napisałam do Zmorki, że czekam w weekend, ale niestety, umówiona już nad morze, nie zrezygnuje i nie przyjedzie.
A ja tylko ten weekend mam wolny, bo w trybie awaryjnym wróciłam do pracy, a w następny zjeżdża Inżynier z Rodziną, więc nie mam opcji.
Szkoda.
Może za rok.
Ale...
Nevermind.
Silence.
C'est la vie...
Napisałam do Zmorki, że czekam w weekend, ale niestety, umówiona już nad morze, nie zrezygnuje i nie przyjedzie.
A ja tylko ten weekend mam wolny, bo w trybie awaryjnym wróciłam do pracy, a w następny zjeżdża Inżynier z Rodziną, więc nie mam opcji.
Szkoda.
Może za rok.
Ale...
Nevermind.
Silence.
C'est la vie...
piątek, 2 czerwca 2017
Zakręciło się
Kochany Pamiętniczku :)
Wstałam z planem, ale najpierw, w ramach on revient toujours à ses premiers amours postanowiłam oglądnąć do śniadania Stargate Atlantis, bo skończył mi się 6. sezon Blue Bloods, a do 7. nie ma napisów (znaczy się, są, angielskie, ale... lenia mam).
I tak w połowie podwójnego odcinka, wcinając chlebuś z avocado, jajeczkiem, pomidorkiem, cebulką i bazylią, włażę na pocztę, a tam alarm, że mam nie przychodzić, bo łamaczki nie ma.
Nosz, fuck you, jak ja chciałam po Barana na dworzec polecieć, to scenę balkonową zrobiła, a sama ni z gruszki ni z pietruszki znika, wywalając moje plany do góry dupą.
Ale mniejsza z większym.
Piszę, że przyjdę w poniedziałek, no problem.
I oglądam dalej, niewiele pamiętam, więc miło się ogląda.
Skończywszy, wracam na pocztę, ot, natręctwo i uzależnienie, a tam emilek w Wordem. Skorekciłam.
W sumie z dupy sobie wpiszę nadgodziny, bo praktycznie powinnam liczyć 24 godziny na dobę.
Odpuszczę.
Polazłam na Manhattan, mam zapasy na te trzy dni (w niedzielę wszystko zamknięte znów, bo Zielone Świątki).
Do dziś byłam pewna, że jestem burżujem, kupując masło irlandzkie i specjalnie po nie jeżdżąc do P & P (kostka 6,99), bo lubię je, że nawet wyjęte z lodówki da się rozsmarować, w przeciwieństwie do naszego, które nie ma takiej opcji. A dziś w kiosku nabiałowym paczę i... nasze, Kościana, regularne 250 g, jak to irlandzkie - 6,50. Ojapierdolę. Odczuwam wszystko w portfelu, bo ubiegłej wiosny zostawiałam na straganie 15 zł, a teraz 25, za tę samą bajkę. Więc błogosławię pracę. Że jest. Że ją mam. Że mimo wszystko mam siły.
Kapustkę młodą zakisiłam, obiadek wyskrobałam.
Rzuciłam się na okna i pomyłam wszystkie, inaczej kurwica by mnie wzięła.
I to pożytek z tego rozpiździelenia dnia.
A potem już ostatnim rzutem na taśmę ogarnęłam tę kuwetę na błysk.
I tym sposobem mam dwa dni wolnego, aczkolwiek widzę, że bratki na potęgę zdychają i...
Głupia ze mnie cipa, bez dwóch zdań.
Na balkonie mam sublokatora. Daruję mu czynsz, jak będzie tępił muchy, komary i inne dziadostwo.
Nie boję się pająków. Lubię je.
Martwi mnie sama ja :)
Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi.
Czuję, że się starzeję, fizycznie, dlatego comiesięczne mycie okien jest dla mnie sprawdzianem.
Że jeszcze wlezę na ten stołek.
Coraz bardziej boję się mycia okien w kuchni i w małym pokoju, mam wrażenie, że za chwilę wypadnę. Mam lęk wysokości, zawsze miałam. Ale teraz jest coraz potężniejszy. A okna były tak oblepione pyłkiem sosny, że kleiły się, jakbym je miodem posmarowała.
I satysfakcja, że jeszcze jestem WINNER :)
Nie wiem, jak długo.
Ale jeszcze raz wygrałam.
A może lepiej wypaść? No ale za nisko mieszkam, jest opcja, że przeżyję i wyląduję jako warzywko albo na wózku. Tego się nie robi dzieciom. A zwłaszcza Inżynierowi, bo Pierworodny miałby raczej na to wyjebane.
I zapisać w kajeciku: w następnym życiu postarać się o córkę, bo...
Fuck.
Można na nią zwalić zmienianie pampersów, co nie?
Choć ponoć mój najmłodszy szwagier był mistrzem w zmienianiu pampersów babci swojej, zaś jego siostry, lekarki nota bene, nie skalały sobie tym nigdy rączek.
Życie pisze dziwne scenariusze.
Inny drobiazg. Nigdy nie bałam się technologii. W pracy, jak ktoś nie wie o kompie czegoś, najpierw lezie do mnie, a potem do IT.
Ma się tę markę.
A tu taki drobiażdżek.
Kasy samoobsługowe. Sa u nas w Piotrze i Pawle.
W UK przerabiałam to często, z Inżynierem i Baranem. Tam nie do końca mogę się na to zdecydować, bo jak coś nie zatrybi, to obsługa jest po angielsku, a ja jestem kretynką i się nie dogadam. Ale w PL? A jednak mam hamulce włączone. Wczoraj podczas zakupów w P & P kasjerka z jedynej czynnej kasy poszła w siną dal, w siną dal i nie wracała ( odkąd uruchomili tam kasy samoobsługowe, normalne są czynne w liczbie jednej albo dwóch). Jako że trwało to wieki, wrzuciłam zakupy apiać do koszyczka i poszłam się sama obsłużyć. I co? Poszło gładko, mimo tego, że ślepa wrona w okularach nie widzę tak, a bez nich siak, ale poradziłam sobie. Więc dlaczego mam zahamowania, których kiedyś nie miałam?
SKS.
Starość, kurwa, starość.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę, Kochany Pamiętniczku, nie mając zielonego pojęcia, co przyniesie jutro...
Jak wszyscy.
Wstałam z planem, ale najpierw, w ramach on revient toujours à ses premiers amours postanowiłam oglądnąć do śniadania Stargate Atlantis, bo skończył mi się 6. sezon Blue Bloods, a do 7. nie ma napisów (znaczy się, są, angielskie, ale... lenia mam).
I tak w połowie podwójnego odcinka, wcinając chlebuś z avocado, jajeczkiem, pomidorkiem, cebulką i bazylią, włażę na pocztę, a tam alarm, że mam nie przychodzić, bo łamaczki nie ma.
Nosz, fuck you, jak ja chciałam po Barana na dworzec polecieć, to scenę balkonową zrobiła, a sama ni z gruszki ni z pietruszki znika, wywalając moje plany do góry dupą.
Ale mniejsza z większym.
Piszę, że przyjdę w poniedziałek, no problem.
I oglądam dalej, niewiele pamiętam, więc miło się ogląda.
Skończywszy, wracam na pocztę, ot, natręctwo i uzależnienie, a tam emilek w Wordem. Skorekciłam.
W sumie z dupy sobie wpiszę nadgodziny, bo praktycznie powinnam liczyć 24 godziny na dobę.
Odpuszczę.
Polazłam na Manhattan, mam zapasy na te trzy dni (w niedzielę wszystko zamknięte znów, bo Zielone Świątki).
Do dziś byłam pewna, że jestem burżujem, kupując masło irlandzkie i specjalnie po nie jeżdżąc do P & P (kostka 6,99), bo lubię je, że nawet wyjęte z lodówki da się rozsmarować, w przeciwieństwie do naszego, które nie ma takiej opcji. A dziś w kiosku nabiałowym paczę i... nasze, Kościana, regularne 250 g, jak to irlandzkie - 6,50. Ojapierdolę. Odczuwam wszystko w portfelu, bo ubiegłej wiosny zostawiałam na straganie 15 zł, a teraz 25, za tę samą bajkę. Więc błogosławię pracę. Że jest. Że ją mam. Że mimo wszystko mam siły.
Kapustkę młodą zakisiłam, obiadek wyskrobałam.
Rzuciłam się na okna i pomyłam wszystkie, inaczej kurwica by mnie wzięła.
I to pożytek z tego rozpiździelenia dnia.
A potem już ostatnim rzutem na taśmę ogarnęłam tę kuwetę na błysk.
I tym sposobem mam dwa dni wolnego, aczkolwiek widzę, że bratki na potęgę zdychają i...
Głupia ze mnie cipa, bez dwóch zdań.
Na balkonie mam sublokatora. Daruję mu czynsz, jak będzie tępił muchy, komary i inne dziadostwo.
Nie boję się pająków. Lubię je.
Martwi mnie sama ja :)
Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi.
Czuję, że się starzeję, fizycznie, dlatego comiesięczne mycie okien jest dla mnie sprawdzianem.
Że jeszcze wlezę na ten stołek.
Coraz bardziej boję się mycia okien w kuchni i w małym pokoju, mam wrażenie, że za chwilę wypadnę. Mam lęk wysokości, zawsze miałam. Ale teraz jest coraz potężniejszy. A okna były tak oblepione pyłkiem sosny, że kleiły się, jakbym je miodem posmarowała.
I satysfakcja, że jeszcze jestem WINNER :)
Nie wiem, jak długo.
Ale jeszcze raz wygrałam.
A może lepiej wypaść? No ale za nisko mieszkam, jest opcja, że przeżyję i wyląduję jako warzywko albo na wózku. Tego się nie robi dzieciom. A zwłaszcza Inżynierowi, bo Pierworodny miałby raczej na to wyjebane.
I zapisać w kajeciku: w następnym życiu postarać się o córkę, bo...
Fuck.
Można na nią zwalić zmienianie pampersów, co nie?
Choć ponoć mój najmłodszy szwagier był mistrzem w zmienianiu pampersów babci swojej, zaś jego siostry, lekarki nota bene, nie skalały sobie tym nigdy rączek.
Życie pisze dziwne scenariusze.
Inny drobiazg. Nigdy nie bałam się technologii. W pracy, jak ktoś nie wie o kompie czegoś, najpierw lezie do mnie, a potem do IT.
Ma się tę markę.
A tu taki drobiażdżek.
Kasy samoobsługowe. Sa u nas w Piotrze i Pawle.
W UK przerabiałam to często, z Inżynierem i Baranem. Tam nie do końca mogę się na to zdecydować, bo jak coś nie zatrybi, to obsługa jest po angielsku, a ja jestem kretynką i się nie dogadam. Ale w PL? A jednak mam hamulce włączone. Wczoraj podczas zakupów w P & P kasjerka z jedynej czynnej kasy poszła w siną dal, w siną dal i nie wracała ( odkąd uruchomili tam kasy samoobsługowe, normalne są czynne w liczbie jednej albo dwóch). Jako że trwało to wieki, wrzuciłam zakupy apiać do koszyczka i poszłam się sama obsłużyć. I co? Poszło gładko, mimo tego, że ślepa wrona w okularach nie widzę tak, a bez nich siak, ale poradziłam sobie. Więc dlaczego mam zahamowania, których kiedyś nie miałam?
SKS.
Starość, kurwa, starość.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę, Kochany Pamiętniczku, nie mając zielonego pojęcia, co przyniesie jutro...
Jak wszyscy.
czwartek, 1 czerwca 2017
Migusiem
poszło w poniedziałek, Kochany Pamiętniczku, uzupełnianie danych Alienka. Dopisali nazwisko rodowe Inżyniera i daty urodzin jego i Synowej. Ojapierdolę, mieli to wszystko w akcie małżeństwa, ale... nie miałam na to upoważnienia, kurde balans.
Na moje pytanie, po co to, skoro dowód i paszport, i ślub też na skróconym, kobieta rzekła, że jakby Alienek do sądu musiał iść, mogą zażądać pełnego aktu urodzenia.
Ojapierdolę i tyle w temacie.
A lato było piękne tego roku, więc pobieżyłam lewa, prawa, w siną dal, w siną dal...
I choć klapnąć chciałam na ławeczce, nie klapnęłam.
Powód?
Większość ławeczek po drodze zajmowały żule w pozycji horyzontalnej, w tym jeden drapiący się tak, że na sam widok tego poczułam się, jakby mnie mrówki oblazły.
Na samą myśl, że ktoś taki leżał na tej ławce przed chwilą, przechodziła mi ochota na klapnięcie, za to dopadała mnie wizja świądu i wydłubywania robactwa zewsząd.
Wiem, żul też człowiek, ale to ja płacę podatki, za które stawiane są ławki...
No nic.
Na placu Wolności plażę zrobili
akurat był meczyk piłki plażowej. Moim skromnym zdaniem poroniony pomysł, bo mimo wysokiego ogrodzenia piłeczka hycnęła na ulicę. Tylko dzięki temu, że to teraz strefa "30" nie jechało nic, a i bimby w okolicy nie było...
W piłeczkę grali nawet ludzie w garniturach, a było w cieniu około 30 stopni, a na placu cienia śladu nie było...
Cały mural next time, bo w ten upał nie miałam siły tych paru metrów nadłożyć...
Za to na Paderewskiego cień był i na wystawie toto leżało. W pierwszej chwili myślałam, że to pluszak, ale nie, żywy piesek :) Tylko mordki sobie nie dał sfocić...
Popeerelowskie resztki, prawda, że jest w tym "coś"?
I srajdy, srajdy, srajdy wszędzie....
A to Bema. Czołg tu można kupić, armatę i co dusza zapragnie :) Kultowe miejsce z dawnych lat, dziś już podupadłe...
Z daleka wygląda jak wschodni targ.
Aż strach taki samochód otworzyć i wsiąść do niego, fotka nie oddaje, parking wyglądał, jaki wielkie lustro :)
A poniżej cel mojej wędrówki. Pomalowali tę ruinę i jest cacy...
Ta...
Nie pomoże szminka róż...
I tak sobie prawie cały tydzień przebumblowałam, pracując w domu online, dzięki temu przeżyłam wtorkową burzę spokojnie, w mojej dzielni nawet nie było żadnej sensacji, ot, burza jak burza. Za to zieleń wciąż szalona, piękna, czysta, lśniąca, tą majową, świeżą, nieskalaną zielenią.
Rozmyślałam też dużo, bo i kontaktowałam się z Synową.
Jestem dobrze wytresowana, przy Pierworodnym dostałam w dupę od wszystkich, że taka jestem wredna, że liczy się ich szczęście, a nie to, co mi się podoba.
Spokorniałam, spuściłam z tonu.
Na wiele rzeczy mam wyjebane, co nie znaczy, że je akceptuję.
Ani jedna, ani druga nie zna słowa dziękuję.
Pewne rzeczy przyjmują jak należne z urzędu, po prostu tak jest i wielkie zdziwko, że co?
Inżynier, jak coś załatwię zawsze powie dziękuję.
Nieważne, czy to coś ważnego, czy drobiazg.
Ale co tam, trudno.
Ale też uczę się ich, poniekąd zaczynam pewne rzeczy rozumieć.
Nie każdy miał normalny dom. Trudno.
Każdy jest inny. I broń borze liściasty, żebym myślała, że jestem idealna, gdzie tam. Niezła ze mnie zołza, egoistka i inne grzeszki też mam.
No nic, nieważne, jest jak jest i nie ma co szat rozdzierać.
Trzeba z tym żyć.
A dziś sobie gniję na fotelu, a tu Sikora pisze, że akt urodzenia Olka już jest, błyskawicznie to załatwili, miał być w przyszłym tygodniu.
Na wysokości Akademii Ekonomicznej na skwerku jakaś impreza reklamowa była, sportowa, ludzie leżeli na takich leżankach i ćwiczyli. W tych spalinach, a korek był niezły, jak to w al. Niepodległości bywa, więc westchnęłam w głębi duszy nad głupotą ludzką. Sport to nie zawsze zdrowie.
Polazłam więc na Libelta, mając motywację do wywleczenia leniwej dupy z domu, pogoda idealna.
Poleciałam potem do SB, bo jem tylko masło irlandzkie, a tam najtańsze.
Po drodze upolowałam
słynne poznańskie małżeństwo
A jak żule wyglądają.
A juterko już do pracy...
C'est la vie...
Na moje pytanie, po co to, skoro dowód i paszport, i ślub też na skróconym, kobieta rzekła, że jakby Alienek do sądu musiał iść, mogą zażądać pełnego aktu urodzenia.
Ojapierdolę i tyle w temacie.
A lato było piękne tego roku, więc pobieżyłam lewa, prawa, w siną dal, w siną dal...
I choć klapnąć chciałam na ławeczce, nie klapnęłam.
Powód?
Większość ławeczek po drodze zajmowały żule w pozycji horyzontalnej, w tym jeden drapiący się tak, że na sam widok tego poczułam się, jakby mnie mrówki oblazły.
Na samą myśl, że ktoś taki leżał na tej ławce przed chwilą, przechodziła mi ochota na klapnięcie, za to dopadała mnie wizja świądu i wydłubywania robactwa zewsząd.
Wiem, żul też człowiek, ale to ja płacę podatki, za które stawiane są ławki...
No nic.
Na placu Wolności plażę zrobili
akurat był meczyk piłki plażowej. Moim skromnym zdaniem poroniony pomysł, bo mimo wysokiego ogrodzenia piłeczka hycnęła na ulicę. Tylko dzięki temu, że to teraz strefa "30" nie jechało nic, a i bimby w okolicy nie było...
W piłeczkę grali nawet ludzie w garniturach, a było w cieniu około 30 stopni, a na placu cienia śladu nie było...
Cały mural next time, bo w ten upał nie miałam siły tych paru metrów nadłożyć...
Za to na Paderewskiego cień był i na wystawie toto leżało. W pierwszej chwili myślałam, że to pluszak, ale nie, żywy piesek :) Tylko mordki sobie nie dał sfocić...
Popeerelowskie resztki, prawda, że jest w tym "coś"?
I srajdy, srajdy, srajdy wszędzie....
A to Bema. Czołg tu można kupić, armatę i co dusza zapragnie :) Kultowe miejsce z dawnych lat, dziś już podupadłe...
Z daleka wygląda jak wschodni targ.
Aż strach taki samochód otworzyć i wsiąść do niego, fotka nie oddaje, parking wyglądał, jaki wielkie lustro :)
A poniżej cel mojej wędrówki. Pomalowali tę ruinę i jest cacy...
Ta...
Nie pomoże szminka róż...
I tak sobie prawie cały tydzień przebumblowałam, pracując w domu online, dzięki temu przeżyłam wtorkową burzę spokojnie, w mojej dzielni nawet nie było żadnej sensacji, ot, burza jak burza. Za to zieleń wciąż szalona, piękna, czysta, lśniąca, tą majową, świeżą, nieskalaną zielenią.
Rozmyślałam też dużo, bo i kontaktowałam się z Synową.
Jestem dobrze wytresowana, przy Pierworodnym dostałam w dupę od wszystkich, że taka jestem wredna, że liczy się ich szczęście, a nie to, co mi się podoba.
Spokorniałam, spuściłam z tonu.
Na wiele rzeczy mam wyjebane, co nie znaczy, że je akceptuję.
Ani jedna, ani druga nie zna słowa dziękuję.
Pewne rzeczy przyjmują jak należne z urzędu, po prostu tak jest i wielkie zdziwko, że co?
Inżynier, jak coś załatwię zawsze powie dziękuję.
Nieważne, czy to coś ważnego, czy drobiazg.
Ale co tam, trudno.
Ale też uczę się ich, poniekąd zaczynam pewne rzeczy rozumieć.
Nie każdy miał normalny dom. Trudno.
Każdy jest inny. I broń borze liściasty, żebym myślała, że jestem idealna, gdzie tam. Niezła ze mnie zołza, egoistka i inne grzeszki też mam.
No nic, nieważne, jest jak jest i nie ma co szat rozdzierać.
Trzeba z tym żyć.
A dziś sobie gniję na fotelu, a tu Sikora pisze, że akt urodzenia Olka już jest, błyskawicznie to załatwili, miał być w przyszłym tygodniu.
Na wysokości Akademii Ekonomicznej na skwerku jakaś impreza reklamowa była, sportowa, ludzie leżeli na takich leżankach i ćwiczyli. W tych spalinach, a korek był niezły, jak to w al. Niepodległości bywa, więc westchnęłam w głębi duszy nad głupotą ludzką. Sport to nie zawsze zdrowie.
Polazłam więc na Libelta, mając motywację do wywleczenia leniwej dupy z domu, pogoda idealna.
Poleciałam potem do SB, bo jem tylko masło irlandzkie, a tam najtańsze.
Po drodze upolowałam
słynne poznańskie małżeństwo
A jak żule wyglądają.
A juterko już do pracy...
C'est la vie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















