wtorek, 21 stycznia 2020

Santa

Madonna, Kochany Pamiętniczku :)
Takiego młyna najstarsi górale nie pamiętają, ale...
Ojapierdolę jaki spokój był, mimo obecności Bossa.
No nic.
Przeżyłam 10-godzinny dzień pracy z przerwą na sik w tempie takim, że o mało co w dżinsy nie poszło, ale zdążyłam ściągnąć. Dżinsy, znaczy się.
I... Jak to się ma w świetle projektu o zmniejszeniu wynagrodzeń osobom po pięćdziesiątce z powodu ich mniejszej wydajności?
Khe?
Księgę bym napisała na temat pracy osób w wieku moich dzieci (nic moim potomkom nie ujmując personalnie, albowiem pisałabym o osobach bez moich genów i pracujących w zupełnie innych dziedzinach niż moje hmmm.... bachorzęta) :)
Nieważne.
Zawsze jestem do przodu, nie chwaląc się i nie popadając w samozachwyt, ale...
Dziś maszynkom  napisałam, że sorry Batory, tomorrow.
O dziwo, przyjęły do wiadomości.
Tak czy siak, dzień spędziłam nadzwyczaj pracowicie, o dziwo,na luzie i bez spiny.
Wkurwiał mnie tylko pierdzący co jakiś czas ajfonik,  bo masowo nadchodziły znów wiadomości z okazji tego dziadowskiego dnia.
I nie, nie że wnuki mi tyłek truły, nie.
Koleżanki-babcie składały mi życzenia w okazji Dnia Babci.
Kurwa.
Nie cierpię tego: w Dzień Kobiet kobiety kobietom ślą życzenia.
W Dzień Matki matki matkom ślą życzenia.
Kurwa.
Babcią jestem dla czterech osób: dla Małej Wiedźmy, dla Papryczka, Alienka i Kalafiorkówny.
I od nich oczekiwałam dziś pamięci. Pamiętała tak naprawdę MW, ale ona ma już 9 lat. Reszta tej bandy jeszcze czasu nie ogarnia - szczęściarze.
W niedzielę Papryczek wręczył mi Merci i obtulił mnie, z miłością przekazując jakiegoś jebanego wirusa.
Mała Wiedźma też się tuliła, tak jak marzyłam. wręczając mi własnoręcznie wykonaną laurkę (wyląduje w specjalnej teczce, jak się nią nacieszę. A jak już mnie nie będzie, MW znajdzie ją i... może się zatrzyma na wspomnieniu tego dnia, może nie).
A dziś, wracając do domu, sterana jak koń po westernie, zmarznięta, ostatkiem sił wsiada do łodzi, nie, nie, wróć, ostatkiem sił kluczyk od szpary unijnej wyciąga i... tadam :)
Inżynier w niedzielę na Skype się kajał, wcześniej Synowa mówiła, że sorry, ale ząbki i inne takie tam...
Że dojdzie, ale później...
(Boją się matki i teściowej, bo stara wariatka z niej, wiadomo)...
Doszło, idealnie, dziś...


Chapeau bas dla Synowej (jakie piękne pismo ma, wzdech). I jeszcze trochę pożyć, by...
Doczekać... Aż wszystkie same będą pamiętały, nienaganiane :) Bo jeden egzemplarz z tej Bandy już jest mój :)


Wracasz z pracy styrana, a na WhatsApps znów Mała Wiedźma pamięta dziś... W samo sedno, gdy potrzebujesz...

Jednak życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

I te wszystkie pojebane pracowe chwile, aczkolwiek nie ukrywam, że są mi do szczęścia potrzebne, bo na maksa pojebana jestem jak widać, nie umywają się do tych momentów, gdy człowiek czuje się po prostu - kochany.
Nieprawdopodobne, ale zaczynam znów wierzyć w miłość...

Kurde, pora szukać psychiatry, kozetka u psychologa to za mało :p

niedziela, 19 stycznia 2020

Spokojny

 weekend, Kochany Pamiętniczku.
Sobotę w kuchni spędziłam,pichcąc, jako że nie wchodzą mi gotowce. Raz, że wszystko takie drogie, dwa, jakieś takie - jak nie posolone tak, że można ducha wyzionąć to jakieś jałowe, bez smaku.
Więc ogarnęłam się na ten ciężki tydzień, co przede mną.
Z Inżynierem pokonferowałam wyjątkowo długo.
Potem wizyta obiadowo-kawowa Pierworodnego z asystą.



I szczerze? Jednak moje dzieci miały szczęśliwe dzieciństwo, bo nie słyszałam hałasu. A może one nie robiły tyle hałasu, bo całkiem głucha nie jestem i nie byłam. A tu nie dało się rozmawiać, trzeba było krzyczeć, bo cały czas słychać było łomot lecących z wysokości resoraków i  matchboxów. A moje serce zamierało, bo w jednym miejscu już mam utrzaśnięty kawałek panela i nie wiadomo, kogo obwiniać, zresztą co da obwinianie?

Amarylisowe szczęście


Już sprzątnięte, zebrane resztki jedzenia (naprawdę nie ogarniam, dlaczego dzieci jedząc muszą machać sztućcami we wszystkie strony).
Radio Pogoda gra, jeszcze trochę poogarniam wszystko i jutro do pracy.



Udanego nadchodzącego tygodnia wszystkim życzę :)

piątek, 17 stycznia 2020

Kolejny

tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku.
To był strzał w dziesiątkę, żeby Pierworodnego wrobić w czekanie na instalatora. Teoretycznie miałam pracować do 13. Jednak teoria a praktyka to dwie różne sprawy i gdy przed trzynastą pytałam o opcje pomaszerowania w siną dal, okazało się, że nie. Nie, bo Boss nie był gotowy.Teoretycznie zamykaliśmy we wtorek. Teoretycznie. W środę okazało się, że brakuje tekstu Bossa, a ten jeszcze... nie jest napisany.
I tekst: trzeba być elastycznym i dostosować się do reszty zespołu.
WTF?
Jestem jedyna, niezastąpiona (bez megalomanii - nikt nie jest w stanie przejąć moich obowiązków) i to ja, kurwa, zawsze mam się dostosowywać do pozostałych ponad 20 piszących osób, które mają swoje rozliczne interesy?
W ten piękny sposób zjadłam obiad z budki, a w domu zlądowałam po 19.
Instalator chodził do 18.
 W siną dal, w siną dal, pomaszerował...
A wróć, Pierworodny ogarnął instalatora i chyba sobie krzywdy nie zrobił, bo... nadrobił zaległości w spaniu, jak wskazywały ślady w mieszkaniu, nie, żebym mu żałowała :D
I wilk syty, i owca cała.
No i tak mi tydzień minął na czekaniu, ale dziś nie pytając, nie drążąc, punkt 13 pomaszerowałam w siną dal...
W dupie mam.
Zakupy zrobiłam, bo zaprosiłam na niedzielę na obiad i na słodkie.
Wiem, sadomaso, ale...
Nie mam kontaktu z wnukami, a przepiękne zaproszenie dostałam na Dzień Babci do przedszkola.
Nigdy nie byłam na Dniu Babci, tak wyszło. Wiem, że chłam, jak jasełka, ale chodzi o dziecko.
A nie dam, kurwa, rady, bo 21 stycznia idzie do drukarni II składka. Nie ma opcji.
A druga babcia odmówiła przyjechania do PZ, choć podobno bez wnuków usycha.
Więc będzie w niedzielę obiad i słodkie, żeby Papryczek wiedział, że to nie moja wina. A na serio, wolałabym się walnąć na kanapę i mieć wyjebane.
Od Inżynierostwa przynajmniej jasne - Synowa już ostrzegła, że pamięta (trudno wymagać, żeby te smarki pamiętały, dla nich czas jest abstrakcją), ale jest zakręcona, bo z jednej strony ma Alienka z wczesną andropauzą, a z drugiej Kalafiorkównę ząbkującą i połykającą łezki w milczeniu (dowody rzeczowe załączyła). Zasugerowała, że wkrótce Alienek może mi ścianę ozdobić i zapytała, co wtedy? Ano nic, ramki dorobię i karteczkę, może z Alienka Picasso 2.0 będzie i ktoś kasę zakosi :)
Z Pierworodnym się starłam. Bo w niedzielę mnie zaskoczył, że będą odkładać na kompika dla MW. No dobra. Mówię, że jak coś, a ten: mamy nie stać. WTF?
Bo MW utalentowana jest i kompik byłby za 10 tys. Bo cudnie rysuje na telefonie. WTF? Może i głupia jestem, ale jaki to talent na telefonie, w aplikacji? Rysunki na papierze i owszem, niezłe, ale... Niedokończone, niedopracowane.
Nie jestem fachowcem.
Może źle oceniam, ale...
Wydawać 10 tys, dla 9-latki? Nie mając mieszkania, oszczędności. Bo rokuje. No dobra. Jakiś kurs, kółko zainteresowań.
Inżynier mówi, że komp Pierworodnego (ja pracuję na jego starym) po drobnych modernizacjach będzie wyjechany w kosmos.

Jebłam.
Inżynier mówi, że pojebało mu brata, że znów to samo. Że on sam, jako profesjonalista nie kupiłby sobie takiego sprzętu.
I mówię to w środę Pierworodnemu, i co? Ale mamo, ale mamo.
Opadły mi: witki, gacie i wszystko inne.
Te 15 lat na straty nic go nie nauczyły, wyżej sra, jak dupę ma.
I jednocześnie kupują dom.

Niech mnie ktoś po prostu lekko trąci i zabije.
Przypadkiem.
Nie będę już oszczędzała, bo po chuja?

Dziś kupując, wcale nie rozrzutnie na niedzielny obiad dla pięciorga i na tydzień dla mnie (bo kolejny tydzień pracowy) wydałam bez szaleństw, bez alkoholu 200 zł.
Jedyne szaleństwo 7,99 na boligłówkę, na metce stało 5,99, dlatego wzięłam, a metkę sprawdziłam w domu. I nie, nie miałam siły lecieć na reklamację za 2 zł do Biedronki.
Więc mój kochany, wyśniony i wymarzony Pierworodny wciąż jak wrzód na dupie.
Wzdech.

A  oczar wirginijski JUŻ kwitnie. Sama na własne oczy widziałam dziś :)
Nie sfociłam, bo bateria mi padała, ale kwitnie.
Nie tylko ludziom się wszystko pierdoli, przyrodzie też.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?

Zwłaszcza gdy w snach gonię Inżynierowe tałatajstwo wokół mojego rodzinnego domu, który jest na plaży (jestem w Wielkopolski, jak coś),goluteńkie jak je natura stworzyła, tylko po to, by wytarzać je w piaseczku, jak tarza się świńskie noworodki w specjalnych preparatach zaraz po urodzeniu, aby je osuszyć, a następnie funduję im pierdzioszki na pleckach i gdzie się da?
Kochany Pamiętniczku, powinnam szukać specjalisty i się leczyć?
Bo czasu na pierdzioszki jest coraz mniej, dzieci tak szybko rosną i...

Jak bardzo jestem pojebana w skali od 1 do 10?
Obstawiam 11 :P



piątek, 10 stycznia 2020

Już

dziesięć dni nowego roku za mną, Kochany Pamiętniczku, przeleciało nie wiadomo kiedy.
Pierworodny w Nowy Rok raczył wreszcie życzenia złożyć, ale od Synowej nic.
Przed świętami dostałam SMS z nieznanego numeru: Hej. Co słychać. Olałam, bo albo pomyłka, albo jakiś napaleniec.
Po Nowym Roku dostaję z tego numeru SMS: co u ciebie babcia?
Kurde.
Raz, że nie jestem przyzwyczajona do tykania, dwa, że skąd miałam wiedzieć, że kupili Małej Wiedźmie kartę?
Ale kontakt z nią jest jak gęsi z prosięciem.

Trudno.
Siedzą wciąż w O., co jest co najmniej zadziwiające, jeśli wezmę pod uwagę to, co mówiła Synowa.
No nic. W końcu dogadałam się z Pierworodnym, i szok - zamienił wolne, żeby siedzieć u mnie i czekać na inwentaryzację (sic!) pokręteł do grzejników. Na chuja komu inwentaryzacja tego ustrojstwa, przecież mają to w dokumentacji, no chyba że ktoś prywatnie wymieniał, nie mam zielonego pojęcia. A że ja akurat tego dnia będę musiała zaganiać bydło do obory, tym bardziej doceniam gest Pierworodnego. I wleci w niedzielę, bo jest sam. Co mnie w sumie też cieszy, bo sam. Nakarmię słomianego wdowca i będę miała na chwilę moje dziecko.
Wiem, wiem, nie jest już mój, co nie zmienia faktu, że jest moim dzieckiem.
Będę drążyć i analizować.

A wczoraj wieczorkiem, kiedy już się spać zwijałam, Inżynier się odezwał.
I szok.
Cicho, sza, nie zapeszamy.
Ale moje geny, mówię to bez certolenia się i lata ciężkiej pracy - chociaż w jego przypadku mogą zaprocentować.
Sprawa jest na dobrej drodze i niech na takiej zostanie.
Ale pół nocy zasnąć nie mogłam, bo czasem dzieją się rzeczy nieprawdopodobne.
Czasem.

W ostatni dzień wolnego umówiłam się z Elką, świętą, która pasowałaby do większości tu obecnych czytaczek, bo to zwierzęciara jakich mało.
Pracowałyśmy razem w Auschwitz 10 lat, ona tam nadal kwitnie, ja się wyrwałam.
Życiorys ma zakręcony jak świński ogonek, ale kto nie ma?
Umówiłyśmy się


dzięki temu zobaczyłam Stary Rynek w świątecznej krasie.
Po kawie w nijakiej knajpie zlądowałyśmy w Columbusie

gdzie na suficie łodzie są, karmią dobrze, jest cicho i spokojnie i... przegadałyśmy sześć godzin ciurkiem :)
Z dobrym człowiekiem to wiek godziną :)

Po obiedzie, na pożegnanie, uparła się na kamikadze.

To było moje pierwsze w życiu kamikadze, nigdy dotąd nie piłam, ale...
Jest przereklamowane :)
W te cztery kieliszki wlane jest tyle alkoholu, co ja chyba za jednym zamachem wychylam w ten wigilijny poranek, a my to sączyłyśmy jak herbatkę.
Kamikadze jest przereklamowane.
Wróciłam do domu trzeźwa jak niemowlę ;)
A wszystkie sklepy - nawet Żabki były już pozamykane, a na stację benzynową damie nie wypada :D
Więc nazajutrz w pracy byłam o 8.30.
I zupełnie niepotrzebnie, bo nie było władzy cały tydzień, jest w rozjazdach.
Zatem i pracy nie ma, ale co podpisałam listę, to moje.
Takie tygodnie to ja lubię, aczkolwiek nie migam się od pracy, lubię też, jak pracy jest po kokardkę i kucyki :p
W sumie wszystko przesuwa się na ostatni dzwonek...
I dlatego wdzięczna jestem Pierworodnemu, bo nie muszę dawać kluczy sąsiadkom.
Są kochani, tyle lat ogarniali tę kuwetę, ale...
Moje szafy też :)
A nowa sąsiadka spod mojego wymarzonego numeru ma jak wół na drzwiach K + M + B 2020 r.
A reszta z piętra ma drzwi czyste jak pupa niemowlęcia :D
Kiedyś pisali to wewnątrz, więc nie orientowałam się, kto przyjmuje kolędę, a kto nie, bo ta informacja nie była mi nigdy do szczęścia potrzebna, ale teraz...
No cóż, tempora mutantur et nos mutamur in illis...

Jakie to wszystko dalekie od chwili, gdy ponad 30 lat temu wprowadzaliśmy się tu...
 A ja dalej wyalienowana i  dobrze mi z tym, co nie?


Pieścichłopy znów wróciły na tapet, i boligłowki, ta akurat od E., z kwiaciarni, więc pachnie obłędnie...
Za oknem 10 stopni, wietrzę non stop, wciąż mam  wrażenie, że w mieszkaniu coś pachnie niehalo, przejrzałam kąty i nic nie znalazłam.
Kaloryfery zakręcone, bo się duszę...
Bratki


I ta zielona trawa za oknem, deszcz, mżawka, 10 stopni - UK bez bycia w UK.
Australia, płonąca.
Irak.
Zestrzelony boeing.

Szczucie na WOŚP, na profesora Grodzkiego.
Lech Kaczyński na banknocie?
I coraz większe kwoty w Biedronce, mimo że nie kupuję procentów.

Coraz bardziej zapętlona jestem, nawet się nie zastanawiam nad tym, co mnie boli, myślę tylko o tym, żeby wstać, dojść, zrobić.
Uśmiechać się, bo tak.
Bo warto się uśmiechać, nawet przez łzy :)

Cieszyć się każdym dniem.
Bo mogą być gorsze.
I nie pisać scenariuszy, nie wspominać przepowiedni i tego, co w tym głupim łbie kołacze, zanim się zaśnie.
I obudzi w śnie-nieśnie-jawie-niejawie, kiedy coś czy ktoś wyrywa te resztki życia z ciebie...

I nawet nie wiem, czy krzyczałam, czy nie, choć wydawało mi się, że blok powinien wylecieć w powietrze od tego krzyku.

Najgłębszy smutek jest milczeniem,
A skoro krzyczę tak, czym smutny?