piątek, 26 września 2025

I to

był kolejny fajny dzień, Kochany Pamiętniczku.

Wyszłam po MW na przystanek, poszłyśmy do przychodni, załatwiłyśmy wszystko spokojnie, nikt mnie o nic nie pytał ani nie legitymował. Korzystając z okazji poprosiłam o receptę na moje piguły, dostanę za parę dni.

Przychodzi na telefon, więc nie muszę już tam chodzić.

Wpadłyśmy do piekarni, kupiłam babeczki owocowe i poszłyśmy na herbatkę.

Jakoś tak fajnie nam się gawędziło...

Wprawdzie upichciłam wczoraj obiad, a jakże z przepisu z neta, zamiast zrobić coś swojego. No zjadliwy był, ale... Mięso mi nie podeszło i już nigdy więcej się na takie coś nie nabiorę. Przereklamowane są te przepisy. A że nie chciałam jej byle czego dawać, a wiem, że lubi sushi, skoczyłyśmy do Lidla, mają tam dobre sushi.

Wytrzymała ze mną ponad 4 godziny.

A i ja się z nią nie nudziłam.

Włoski miała ładnie umyte.

Ale... na paznokciach połupany lakier i żałoba po kocie.

No cóż, jeszcze sporo pracy przede mną, ale nie chciałam tak z marszu atakować.

Co jest co najmniej dziwne, bo moje dzieci noszą pazury krótko obcięte, tak jak ja.

Nigdy nie widziałam ich z zapuszczonymi.

Ale to już wpływ drugiej babci u MW, bo ta już jako maleństwo wpadała do mnie i pokazując łapki, krzyczała: pink, pink, co ja zrozumiałam jako ping, ping i objechałam jej ojca za to, że uczy dzieciątko strzelania do ludzi.

No cóż...

Nie była na moich naukach latami.

Jeszcze we wakacje, jak się z nią spotykałam, miała długie pazury i pomalowane, wszyscy mi mówili, że wakacje. A że były czyste i porządnie polakierowane, tom nie jojczyła.

No cóż, a każdej beczce miodu może być łyżka dziegciu, życie :)  

I zapytała, czy może wpaść w przyszłym tygodniu po szkole. Sama, nieproszona,  nienamawiana. Jestem w szoku.

Więc to jakiś krok naprzód, może da się oswoić?

Bardzo boleję nad jej choróbskiem, już wiem, co to jest - lepiej mi się z nią samą rozmawia, niż z jej rodzicami.

Więc tak, to był dobry dzień.

Poczekam i może jednak się złamię z tym wyjściem na balet. Tyle że balety są zazwyczaj w środku tygodnia, a ja pracuję. Ale mam już zatwierdzony harmonogram, więc może uda się wstrzelić z jakimś terminem.  

 

 

środa, 24 września 2025

Udał

 mi się dzień, Kochany Pamiętniczku.

A tak mi się nie chciało. Wstać. Ale słoneczko, choć mroźno, noce już na tyle zimne, że


 asparagus wrócił na memłon (znów będą igiełki do wiosny), a świeci tak, że światła w ogóle nie włączam, mam jasno, nawet jak jest ciemno. Ja w ogóle jak jestem sama rzadko włączam lampę, kocham półmrok (my Shadow też), a z dworu tak świeci, że idę wszędzie bez wahania, tylko w kibelku zapalam światło.

Ale wstałam, przeprosiłam się z okryjbidą (już na wcisk), bo jednak było ciepło, aczkolwiek chłodnawo, a wiewający wiaterek zawiewał mrozkiem jednak...

I tak stałam i zastanawiałam się, gdzie jechać. Jeden sklep mam obczajony, na Katowickiej, tam kupiłam zestaw na 50-lecie matury, aczkolwiek tak do końca zachwycona nie byłam wyborem. I kurtkę zimową tam bodaj 5 lat temu kupiłam, z niej jestem bardzo zadowolona, bo elegancka i nie słuchając rad wzięłam większą, dzięki czemu jeszcze w nią włażę.

Nadjechał 174 pierwszy, wsiadłam, a że nie cierpię włażenia na wiadukt na Hetmańskiej, zaczęłam się zastanawiać, gdzie wysiąść: przy AWF czy przystanek dalej. Ale...

Tu bimba jedzie przez most, i tam jedzie.

A jakiś most jest w remoncie, nie ogarniam, który. Na telefonie nie lubię szukać.

Pomna zaś na wyprawę z Łobuzami, kiedy miasto się nam zbuntowało, wysiadłam na Rolnej poszłam na bimbę.

Szybciej miała jechać siódemka na Ogrody, do tego nowego sklepu, niż ta na Katowicką. Więc po namyśle pojechałam na Ogrody, znów czując ból w sercu, gdy mijałam moją starą siedzibę redakcyjną na Reymonta...

A dzień przepiękny był jak marzenie.

Sklep znalazłam, chociaż schował się za drzewami, a widać było tylko budynek Santandera i aptekę weterynaryjną.

Od proga przemiłe powitanie, pani tam pracująca, widząc mnie, zapytała, czy kupowałam w sklepie na Katowickiej. Zdziwiona powiedziałam, że tak, choć ja przecież na Katowickiej byłam dwa lata temu, przed zjazdem. A przedtem może ze 2-3 razy, nie więcej. Coś we mnie gupiego jest, bo mało, że mnie znają w sklepach dla grubasów, to przecież tam się tłumy przewalają, a ja ciuchy takie kupuję rzadko, bo ja w ogóle rzadko kupuję ubrania, przedtem przywoziłam sobie z UK. A w każdym ze sklepów panie mnie poznają i mało tego, czasami poznają rzeczy, które tam kiedyś kupiłam, a w których zdarzało mi się wracać na zakupy. Rzadko jednak jestem zadowolona z zakupów, no bo jestem mało, że brzydka, to nieforemna.

Ale z tą Panią miło mi się gawędziło (a siedziałam w sklepie bez mała godzinę, mierząc i gadając, była tylko jedna klientka w tym czasie, krótko, zaraz wyszła. I tak na wstępie poprosiłam o okryjbidę. Bo takiej przejściówki nie mam, a na Manhattanie w 6XXL się nie dopinam (moja legendarna kubańska dupa taka już jest, w połączeniu z brzucholem, cycków nie mam). To 6XXL dobiło mnie osinowym kołkiem, niestety.

A tu Pani daje mi kurteczkę, która mało, że lata mi koło dupy, to jeszcze rękawy ma OK, znaczy się, moje bicepsy się w niej swobodnie czują, marynarka się może pod nią nie zmieści, ale nie mam marynarki ;), to jeszcze nie są za długie :) 

I mówi, patrząc na mnie, że przymierzymy numer mniejszą, bo ta za duża jest.

Ja na to, że nie, bo jest idealna, ale się uparła.

Mniejsza i owszem, leżała dobrze, ale z lekka opinała, a ja opinania nie cierpię. 

A tam tyle fajnych rzeczy wisiało, no i...

Wydałam tyle kasy na zakupy, ile nie wydałam w sumie razem przez ostatnie 5 lat (licząc zimową kurtkę na Katowickiej, którą kupiłam za obłędną wtedy sumę jakieś 500 zł, ale która do dziś wygląda jak nówka nieśmigana i już kilka razy pytano mnie, gdzie taką fajną kurtkę kupiłam). Bo to nie jest taka pikowana, pompowana kurtka, jaką noszą wszyscy. 

I tak spodni nie kupiłam, bo jednak nie za bardzo się w nich czułam, choć pasowały, ale Pani nagle pokazała mi dżinsy i te mnie urzekły. Założyłam na tę kształtną kubańską dupę i już nie miałam ochoty ich zdjąć. A że mam tylko takie bazarowe wycierusy, przyciasnawe (od 2 lat w nich nie chodziłam, więc nie wiem, czy się jeszcze w nie zmieszczę), to nawet na cenę nie spojrzałam. Z wysokim stanem, znaczy się, idealne, żadne tam zjeżdżające pod brzuch biodrówki. Cena też fajna, bo 175, najdroższe na Manhattanie kosztują 90 zł. Ale... W sklepach nawet nie przymierzam, bo z góry wiem, że nie będą pasowały. A te jak rękawiczka. Nie kupiłam więc czarnych spodni (te noszę tylko na pogrzeby, mam już chyba ze 4 pary, nie wiem, czy ostatnia będzie jeszcze pasować). (Tak, mam sporo lumpów do wyrzucenia, a wyrzucać szkoda, bo praktycznie niezniszczone są).

Więc dżinsy.

Kurteczka.

Trzy bluzki (na fotce dwie, bo trzecia mi się w torbie zaplątała).

Coś a la marynarka, nie wiem, jak to się zwie, taki kitel, ale maskuje i dupę, i brzuchola. Granatowy, w słońcu piękny granat.

A co, marynarka żadna mi nie leżała. Figurę mam niemarynarkową.

A jakieś takie wdzianko chciałam mieć, bo czasem trzeba być ciut mniej obdartym.

I mam ochotę zabrać MW na balet - tęskni za baletem, tańczyła w UK.

No a balet, nawet w kinie, a nie w operze - mnie uczono, żeby być w miarę eleganckim. W wieczorowej sukni nie pójdę, ale odrobina sznytu nie zaszkodzi. 

I na koniec, rzutem na taśmę zauważyłam oversize - ni to płaszczyk, ni to kapotka, z kapturem, materiał jak na tej mojej starej kurtce, to sobie rzekła, raz się żyje, potem się starszy.

I tak jak nienawidzę kupowania ciuchów i oceniających spojrzeń młodych, szparagowych ekspedientek, tak...

Pokochałam ten sklep.

Ale miałam ustawiony na karcie limit 2 tys.

Więc sobie powiedziałam: reszta przyjemności później. Na urodziny sobie coś kupię, na Gwiazdkę, a potem wiosna i... moje tłuste łapska wejdą w rękaw :) 

I tak




  Zimowe płaszczyki mieli tam cudne, taki model coś lata 50.-60., zapinane na jeden guzik :) Rozkloszowane, granatowe... :) 

Wprawdzie już żadnych bonusów pieniężnych w tym roku nie będzie, ale...

Nie wyjeżdżałam nigdzie.

Najbliższych dopieściłam.

W sumie na co ja tak zapierdalam ze śrubką w dupie, okrętową numer 5?

Z trudem wyszłam z tego sklepu, bo raz, że miło się gawędziło ze sprzedawczynią, jakbym ją znała od lat, dwa, te dwie torby miałam pewne.

Inżynier się obśmiał na moje sumitowanie się, że zaszalałam, podsumował: znaczy zakupy były udane.

Wróciłam na memłon, weszłam "od tyłu" przez piwnicę, bo wejście remontują, takie tam pudrowanie trupa, paćknęli tynkiem, farbą i nazywa się to remontem, a za drzwia


mi stary syf :) 

I do Lidla poleciałam, bo nie chciało mi się już obiadu gotować, sushi chciałam zjeść.

No i znów zeszłam na złą drogę. No ale jak to, takie piffko okolicznościowe ominąć?

Kalorie będę spalać włażąc na kopiec, który tam usypują :) 


 Wracam i szok...

Pisze do mnie synowa, że prośbę ma.

Nie mówię (a kiedyś bym powiedziała, że tak, ja na to jak na lato), pytam, co potrzebuje. Odebrania MW w piątek, bo na badanie krwi idzie. No OK, mam wolne, jesteśmy w tej samej przychodni,  rzut beretem ode mnie, więc odbiorę. I potrzebuje 3 podania, klucz od mieszkania, fotografię pradziadka, żeby mi wystawić upoważnienie na odbiór dziecka. WTF? Nie mogę wejść do przychodni i odebrać wnuczki, która nie zaprzeczy, że nie jestem pedofilem? Ani że nie jest to uprowadzenie rodzicielskie? Musiałam podać nr dowodu, PESEL... WTF PESEL? Tego nie potrzebowałam nigdy nawet do odbioru Łobuzów z przedszkola i szkoły.  

Jako że mam spiskową teorię dziejów, nie podałam jej PESEL na MSG.

A WhatsAppa nie mogłam jej znaleźć. Ona się odezwała, dałam nr dowodu.

A później sprawdziłam wszystko u jej męża.

I włosy mi na łysinie stanęły dęba.

Bo ja,  jak żyję, nie nalatałam się tyle po konowałach z żadnym z moich dzieci, a sama miałam mniej badań krwi przez całe życie, niż MW. Nie wiem, dlaczego wciąż jej nie mogą zdiagnozować, a miała już i tomografię, i rezonans, niezliczone USG, kolonoskopię. I tu współczuję i rodzicom, i jej samej. Bo to niekomfortowe, nieludzkie takie coś.

W szpitalu byłam 3 razy, w dzieciństwie miesiąc na wyrywaniu migdałków i do zdiagnozowania dlaczego mam niedosłuch - nie zdiagnozowano przyczyn. Dwa porody - wychodziłam na 2 dzień na własne żądanie, oszalałabym będąc tam dłużej. A i tydzień na patologii ciąży przed porodem, bo - serio - zapomniałam, że mam na ileś tam tygodni przed przestać zażywać piguły na podtrzymanie i gdyby nie ta patologia, to pewno do dziś byłabym w ciąży z Pierworodnym :) 

A ona już była kilka razy :( I wciąż nie wiadomo, co jest...

No nic.

Do napisania, Kochany Pamiętniczku. Idę potańczyć. Tango grają, a ja muszę się ruszać...

Zamykam oczy i znów mam naście lat...

Jak słodko wiolonczela łka... 

 

wtorek, 23 września 2025

Potwierdziło się

 Kochany Pamiętniczku.

Jestem starą wariatką i panikarą. 

Teams jest bardzo fajnym programem.

Na początku nie miałam głosu, ale to dlatego, że Pani A. nie włączyła mikrofonu...

A ja szukałam błędu w moim lapku i w słuchawkach.

Widziałam wszystkich, którzy byli na szkoleniu, ale tak naprawdę tylko Panią A., bo tylko ona i ja włączyłyśmy kamerki. Reszta miała kwadraciki z inicjałami. Można bez pokazywania ryja (taki rodzinny szlagwort, kulało się czasem do człowieka dziecko, na pytanie zaś, po co przylazło, odpowiadało: pokazywać ryja i nie, nie było to dla nikogo obraźliwe), ale co to za frajda?

Przerzuciłam się ze słuchawek na aparaty słuchowe - jakość dźwięku była o niebo lepsza, ale i tak niewiele rozumiałam z tego, co mówił prelegent z firmy zewnętrznej. Z jednej strony przeszkadzało  mi to, że nie widziałam jego ust (tak, mi to zawsze pomaga, nawet z aparatami), bo gość w sumie pokazał zamiast swojego pyska dwie (sic!) ilustracje, jak siedzieć przy kompie (co sobie mogę znaleźć w necie i co nijak ma się do naszych warunków, jak wiele z tych durnych przepisów), i jak można spaść ze schodów i z fotela (i tu się kłania mój zdrowy rozsądek, że kupiłam nowy fotel). Do tego gość pewno miał urodę radiową, że się nie pokazał, głosu radiowego za to nie miał - gadał tak szybko, jak karabin maszynowy i rozumiałam piąte przez dziesiąte.

W sumie mogłam też wyłączyć kamerkę (albo i nie), włączyć film i zamiast 45-minutowego wysłuchiwania zdań, z których wyławiałam poszczególne wyrazy, pooglądać coś miłego. Sprawdzianu żadnego nie było (przy stacjonarnych szkoleniach był zawsze, tutaj bym nie ogarnęła nic, bo też nic z tego szkolenia nie wyniosłam).
Absurd - szkolenie trzeba powtarzać co 5 lat.

Czyli to jakaś trampolina dla krewnych i znajomych królika. 

Bo przecież firma za to płaci i pewno niemało.

Gość na zakończenie zapytał, czy są jakieś pytania, a cisza była jak makiem zasiał...

Ikonki zaczęły znikać, pożegnałam się z Panią Anią i tyle było mojego ponadmiesięcznego martwienia się o szkolenie BHP.

Jestem jednak starą panikarą i  to muszę sobie wyryć na jakiejś tabliczce i powiesić na ścianie.

Ochłodziło się, nareszcie, ale już mi się dziś nie chciało jechać szukać okryjbidy. 

Pomyślę o tym jutro...

 

sobota, 20 września 2025

Jestem

 starą histeryczką i czarnowidzką, Kochany Pamiętniczku.

Wstałam sobie bladym świtem, bo tak cudnie było za oknem


 aż chciało się żyć.

Jeszcze jeden darowany cudownego życia dzień...

Codzienna rutyna, do znudzenia, ale super, że jest.

Że znów.

I poleciałam na Manhattan, a poranki już rześkie, choć zapowiadali armagedon na dziś - 28 stopni (i tyle było, a w pełnym słońcu aż mdlałam, ale spoko, przeżyłam).

Z nosa dla odmiany leci mi jak z zepsutego kranu, jakaś głupia ta choroba.


 Przystanek, nowy, a jakże, cały zaparowany był, jak wracałam już zeszło.

I tak sobie, my Echo, my Shadow, and Me maszerowaliśmy lewa prawa, kontemplując.

Znaczy się, nie plułam kątem, nos czyściłam, ale maszerowaliśmy dzielnie, gdy wtem...

Co widzą moje sterane życiem oczęta? Okulary przeciwsłoneczne na nosie miałam, one ze 20 lat mają, jak nie więcej, więc za ostro w nich już nie widzę, ale... No chyba nie jest tak źle z moimi ślepiami :) 

Zażółciło mi się w oczkach, ale olaboga, chyba nie trzeba się znów martwić.


 I tak, choć dusza właziła mi na ramię ze strachu przed kleszczami, czyhającymi na mnie w trawie, bo w sandałkach byłam (fobię mam), a rosa jeszcze nie obeschła, podeszłam do drzewa. Z daleka myślałam, że ktoś jakąś tarczę tam zawiesił, ale...


 Przecudny okaz żółciaka siarkowego odkryłam. Tak się składa, że niedawno o nim gdzieś w internetach czytałam, w domu się upewniłam. Niby jadalny, ale inne źródła mówią, że rosnący na akacjach (a to akurat jest robinia) są trujące. Zresztą i tak bym nie zdjęła, bo po co niszczyć takie piękno? Jestem ciekawa, czy ktoś go też zauważył, bo ja chodzę i szukam takich dziwów na spacerkach.

I tak przeleciałam Manhattan, do Aldiego wlazłam, bo wciąż zapominam kupić musztardy.

Zanim dotarłam do chaupki, byłam już mokra jak mysza.

Wstawiłam rosołek, wyniosłam śmieci (bo ja do śmietnika tylko w stroju wyjściowym, żadne tam dresy), a nazbierało się bio, a wiadomo, bio śmierdzi szybko.

Odsapnęłam, pograłam i już wiadomość: będę z Papryczkiem za 20 minut.

Ale gdzie MW?

Źle się czuje.

Miałabym się z pyszna, gdybym jednak ugotowała obiad, jak kombinowałam... No ale wygrałam w totka, więc spoko :) 

Zanim dojechali to i tak bym nie zdążyła ogarnąć obiadu, rosołek był jeszcze niedogotowany.

Papryczek wszedł, cześć babcia, telefon i tyle go widzieli :) Ma już swój telefon - nie ma dziecka.

A ja zaczęłam jazdę po Pierworodnym.

Że już mam dość lekceważenia ze strony jego połowicy...

No i oberwałam.

Ta lepsza (gorsza) połowa siedziała w Bednarach. Jak i połowa mojej redakcji. Oni pracują też w firmie mającej powiązania z rolnictwem.

I że ubolewała, że nie mogła się wybrać do mnie.

No cóż, odszczekuję i postaram się nie pisać więcej scenariuszy.

Jako że dziecko siedziało cały czas w telefonie (jest uzależnione, ale do syna to na razie nie dociera chyba...), tośmy sobie pogadali jak czekista z czekistą.

Jakoś mu się powoli zaczyna układać w tym głupim, kudłatym, niedomytym łbie.

Wbijałam mu jak dziecku, po polsku, po angielsku, że mają przestać sprzątać i zacząć przyjmować naszą gałąź rodziny u siebie. Bo pewne na bank, że jak jego teściowie odejdą, to zostaną bez rodziny (szwagier to temat na brazylijską telenowelę). 

Jak odejdę ja, zostanie mu tylko Inżynier, bo z resztą rodziny nie chce ani on, ani I. mieć nic wspólnego. Z dwójki ich rówieśników, z którymi chcą mieć kontakt, jeden jest pod pantoflem żony jędzy (ja jestem ta dobra jędza), a drugi mieszka tak daleko, że olaboga taki dojazd.

Reszta, od TEGO szwagra - nie ma opcji.

Tak więc, ponieważ i z mojej strony, i ze strony Eksa nie ma nikogo - są zdani sami na siebie.

I tak, wiem, marudzę, wyklinam, lamencę, ale... jak w amerykańskim serialu - family. Tym bardziej że wciąż są zgodni, nie kłócą się, więc niech i ich dzieci mają kontakt.

Ile z tego dotarło, nie wiem.

Ale zawsze warto spróbować.

Nawet jak u matki w tej chwili ważny jest porządek na serwecie.

Matka ma już prawo do tego porządku. 

A, jeszcze oberwałam za to, że jak mnie ucho rozbolało, to do niego nie napisałam, zarejestrowałby mnie do razu (jesteśmy w tej samej przychodni i on umie obłaskawiać swym nieodpartym urokiem recepcjonistkę). Zapisałam w kajeciku - dobrze wiedzieć.

I pora nauczyć się prosić.

Cóż, starzeję się i wymagam odrobiny wsparcia.

(Kopala w dupala, ogarnij się SJ).  

T-shirta ode mnie dostał, bo jego, delikatnie mówiąc, był nieświeży, tłumaczył się zarobieniem i takie tam. jego wylądował w mojej pralce, a ten kazałam mu sobie wziąć, bo ja teraz nie nosze T-shirtów, porażają mnie moje fałdy tłuszczu.

A mój, kupiony przed laty w Petroleum był na niego jak ulał. I nie, nie jest to powodem do dumy - chłop ma 180, więc moje XL było na niego idealne. Nie żadne tam chińskie XL, ale porządne, europejskie.

Mój mężczyzna świadczy o mnie - mam taką zasadę wdrukowaną. Na mycie łbów obu (przydałoby się im obu, myłabym) było już za późno. 

Zadzwoniliśmy do MW, ale odmówiła wyjścia z domu.

Pojechaliśmy do Sfinksa.

Po drodze była księgarnia, a Papryczkowi oczęta się zaszkliły, bo były albumy o kolei i o samolotach.

Papryczek jest kolejo-, tramwajomaniakiem, a ostatnio samoloty rzucają się mu na mózg.

Wymieni wszystkie modele parowozów, lokomotyw, bimb.

Jeden album zawrócił mu w głowie, no to kupiłam.

Pierworodny jęczał, że za drogi, ale...

Żadna książka do czytania nie jest za droga. A ważne, że czyta.

Nie zbiednieję, na chleb mi zostało, więc?

Mam z tymi z Dżemorem tak mało kontaktu.

A tu po raz pierwszy usłyszałam tak serdeczne dziękuję (dwa razy!), a potem jeszcze raz później, że (tak, jestem wyrachowana), zwróciła się każda złotówka :) 

W Sfinksie tradycyjnie zamówiłam


 dorsza. Bo lubię, a w tym Sfinksie kręci mnie dodatkowo, że podają go na gazecie, znaczy się tradycyjne fish and chips z UK, przed którym tak długo bronili mnie chłopcy tam, a które to danie pokochałam miłością wielką jak cały świat).


 

 Bawiliśmy się znakomicie, chociaż moi współtowarzysze czasem znikali w telefonach, ale tylko na chwilę. Pasują do siebie, rozumieją się w pół słowa i mają ze sobą znakomity kontakt.

To cieszy.

 (Obsługiwał nas wyjątkowo sympatyczny młody kelner, błyskawica. Lubię Sfinksa też dzięki Baranowi, ale to już inna story).

I tak po wszystkim wdepnęliśmy jeszcze raz do księgarni, gdzie kupiłam


 

nie były drogie, a kupiłam je (uprzednio pytając rodziców, I. przekonała moja argumentacja, żeby Alienek zaczął czytać po angielsku i że pora poznać Koziołkowo, Inżynierowa twierdziła, że to nie jest jeszcze angielski dla Alienka, ale spóźniła się, książki kupione już były). Bo rodzice rodowici poznaniacy, a dzieci wsiowe już (nie żebym coś do wsi miała), nie znają w ogóle nic o Koziołkowie :O)

I lecąc przez rozgrzaną patelnię na przystanek znów kontemplowałam...

miasto moje...

Winobluszcz na Collegium Maximum jeszcze zielony, nie sfociłam... 

I... nawet się nie zająknęłam, ale żal było mi dziecka, bo akurat były absolutoria... Long story znów...

A winobluszcz na Zamku już czerwoniusieńki...


 

Chcieli mnie eskortować pod dom, ale odmówiłam, jeszcze nie błądzę :) A MW dość siedziała sama i głodna, bo odmówili zamówienia jej jedzonka z dowozem.

I tak pożegnaliśmy się czule w autobusie, którym dojechałam do domu...

To był bardzo fajny, wbrew moim obawom, dzień.

Chociaż parę rzeczy  - w sumie drobiazgów - mnie wkurzyło, no ale cóż...

Życie nie jest idealne, uczę się cieszyć tym, co mam. 

I nie spisywać wszystkiego na minus.

Niełatwa to nauka.

I tak, moje starsze dziecko jest: nieokrzesane, niedopilnowane.

Ale - kocha swoje dzieci i to bardzo.

Swoją żonę też.

No i kundla (ma przegubowca). 

Trochę pojęczał, że cóż, taki los rodzica,  że ostatecznie musi wyprowadzać, bo dzieciom nie zawsze to pasuje, ale on i tak kundla kocha...

A czarna część mojej paskudnej duszyczki nie omieszkała stwierdzić: i dlatego ja nie zgodziłam się na psa, bo skończyłoby się na tym, że musiałabym go wyprowadzać.

Co przy Eksie, mojej pracy na zmiany, często w nadgodzinach i samodzielnym ogarnianiu wszystkiego (nie, nie byliśmy zespołem z Eksem) wyglądałoby tragicznie.

Ale, anyway, u nich to działa.

 

Dziękuję, życie, za kolejny dobry dzień.

Jutro przeleżę, bo ma być ostatni upalny dzień, a nie mam pod ręką nikogo, kto mnie wyniesie, jak padnę :)

I tak myślę, że skoro mój T-shirt XL pasuje na 180-cm chłopa idealnie, to fakt, że chińskie  6 XL dopina się na mnie, ale nie czuję się w nim swobodnie, to znaczy, że Chińczycy oszczędzają na materiale :P 

Tak się pocieszam, żeby nie było...

Bo co można mieć za 120 zł?

 

piątek, 19 września 2025

Pojęcia

nie mam, jak długo jeszcze dam radę to wszystko ciągnąć, Kochany Pamiętniczku.

Pracowy bajzel coraz bardziej bajzlowaty jest.

Niby bezstresowo, bo bez Bossa na co dzień, ale naprawdę te bezstresowe dni, kiedy rzygam grami i serialami, zamieniają się potem w taki zapierdziel, że olaboga i moja psychika nie wytrzymuje, choć dalej przerzucamy się żarcikami.

M. idzie mi jak najbardziej na rękę, ale...

Chyba to zmęczenie materiału jednak jest.

I P. się odezwał, a jakże. 

Że ma propozycję. Zapytałam, czy niemoralną, a ten prosto z mostu: że wpadłby z dziećmi w sobotę na obiad.
WTF?

Tak bez buzi buzi?

Bez pytania, czy ja mam czas, siły i ochotę?

Napisałam, że jestem chora, co oczywiście w tym momencie zabrzmiało jak wymówka. I że nie, nie gotuję już dla nikogo. 

 Ojacierpiędolę.

Gotować na 4 osoby, żeby to było daję co chcę i po ptakach, to jeszcze bym zniosła, ale... Ten nie je tego, ten nie ruszy tego, są i tacy, co schabowych nie lubią, na żeberka nosem kręcą, buraczków kijem nie tkną itd., itp.

Inna bajka, że z sił ostatnio opadłam, a te choróbska mnie dobiły, dziś wrócił katar i znów kaszel, który przeszedł po Thicodinie, ale za to takie zaparcie po tej kodeinie miałam, że myślałam, że w powietrze wylecę z hukiem.

Ale od razu uaktywnił się mój wyrzutnik sumienia, że jak I. prosi, to ja na to jak na lato, a jak P., to...

Z tym, że I. nigdy nie mówi, że wleci z dziećmi na obiad, tylko najpierw pyta, jakie mam plany i czy można prosić.  I od razu zastrzeżenie, że rosołek albo pomidorówka wystarczy.

Reszta jest moją dobrą wolą, a czasem wykorzystuję sytuację i lecimy gdzieś na obiad.

Bo o ile lubię gotować dla moich osobistych dzieci, bo jedzą i nie grymaszą, dziękują i wylizują talerz, to już ich rodziny to całkiem inna bajka. 

Jeden Alienek podchodzi chyłkiem i ukradkiem, i pyta, robiąc oczy żebrzącego psa, czy na kolację może dostać chlebka z miodem? Albo z nutellą? A nawet suchą kromeczkę kawiorka, odgrzaną w tosterze, z masełkiem... Łatwy w obsłudze.
Ale już Kalafiorkówna, wpadająca znienacka do kuchni, nie zważająca na to (a kuchnię mam naprawdę mikroskopijną i źle urządzoną, mea culpa), że właśnie mam pełen czajnik gorącej wody, rzucająca się do lodówki (jak się lodówkę otworzy, nie ma już przejścia) i wrzeszcząca, że takiej kanapki ona nie zje, bo najpierw miał być ser, a potem szynka, a nie odwrotnie (serio, to ma znaczenie) i pomidor nie miał być pokrojony, choć jest większy niż jej gębusia... doprowadza mnie do zawału, zwłaszcza lądując pod tym czajnikiem.

Poza tym wszyscy, ale to wszyscy moi goście jedzą hmmm...

Dlatego nie mam obrusów.

W czasach, gdy miałam stół w kuchni i tam jedliśmy, miałam na nim ceratę, uwielbiałam ją zmieniać co jakiś czas.

Ale teraz w pokoju mam  przeważnie goły stół i małą serwetkę, albowiem stół służy mi (nie, nie do jedzenia, jem jak prosię przy kompiku) jako czytelnia wydruczków (na żadnym biurku, a mam ich dwa, nie ma miejsca na czytanie wydruczków, nie mówiąc już o tym, że nie ma  tam odpowiedniej lampki. Dlatego w firmie zawsze miałam olbrzymie biurko. W moim małym mieszkaniu nie zmieściłoby się takie. 

Trudno na serwecie poprawiać wydruczki, więc nie mam serwety, nad czym boleję.

Ale teraz w ramach zabijania wkurwu przy czekaniu na pracę, przemeblowanie zrobiłam.

I tak w przedpokoju wylądowały skrzaty na szafce przy wejściu, a co, jesień już...


 To zielone światło jest tak nerwujące w nocy, że muszę je wyłączać, bo mam wrażenie, że w przedpokoju jest nalot ufoludków. Ale wieczorem i owszem, miło pomykać do kibelka w zielonej poświacie :) 

A na stole wylądowała serweta (olać, że troszku zagnieciona), ale jak piknie jest :) 


 i kulturalnie...

No i... troszku trudno się korekci, ale podkładam tekturkę i jest OK :) 

I na samą myśl o tym, że będę musiała wszystkie te pierdoły ściągać, łącznie z serwetą, której nie doprałabym po obiedzie, przesuwać stół, krzesła, utykać wszystko po kątach...

Nie, nie stać mnie już na takie poświęcenia.

Chora wypruwałam sobie żyły przez tydzień i jeszcze ogarnęłam chałupę i mam to ot tak, burzyć, bo dziecku coś pykło albo nie pykło?

A, na serio, a dlaczego jego żona nie raczy przyjść?

On jeździ do jej rodziców zawsze. 

Teściowa go rozpieszcza (docenia faceta), teść ledwo toleruje (niesłusznie, mając taką córkę powinien być szczęśliwy, że ma takiego faceta) - ale cóż, jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - gość uważa swą córkę za ósmy cud świata.

No nic, long story.

Piszę, że dam znać w piątek, jak się będę czuła.

Jako że czuję się po japońsku, jako-tako, piszę rano, że jak chcą, mogą wlecieć.

O 13. Na własne ryzyko, bo wciąż smarkam i kaszlę.

Wlecą.

I tak mnie teraz zastanawia, co się dzieje, że wlecą?

Nagła miłość do mnie?

Czy znów czegoś potrzebują?

Znów im kasy zabrakło?

No nic, dowiem się jutro :)  O ile mi się uda z nich coś wydusić.

Albowiem...

Nie, nie będę kurwa nic gotować...

Jeszcze mnie nie pojebało.

Ale wygrałam w totka :) 

I pójdziemy do knajpy.

Bo ja wciąż mam wyrzuty sumienia, że z I. chodzę, a z P. nie. Ale... nawet niemogące się zdecydować, co chcą zjeść Łobuzy, nie przebiją Papryczka, ryczącego nad talerzem tak, że jedzący w knajpie chwytali za telefon, by dzwonić na policję, a ryczał, bo MW na niego krzywo spojrzała.

No i...

Trzy gęste, cudne, ale ociekające tłuszczem czupryny na tle mojej wyszorowanej łysiny :) 

Tak, czepiam się drobiazgów, rzeczy nieistotnych.

Ale nauczyłam się już, że jak I. czegoś potrzebuje, mówi wprost: czy może mama mi pomóc?

A P. kombinuje jak koń pod górkę. 

Inżynierowej brakowało do samochodu, pożyczyłam, oddała błyskawicznie.

U P. zawsze jakieś kolejne komplikacje, w sumie przez ich beztroskę, zawsze pod górkę i pod wiatr, umarzałam już kilka razy.

Jestem rozdarta jak ta brzoza u Żeromskiego.

Wiem, że jak poproszę, P. zajmie się. Ale muszę prosić. Sam nie wpadnie na to, żeby zapytać, co u mnie. 

I. zaś  męczy mnie codziennie. A jak mamy na pieńku, po dwóch dniach pisze: u mnie wszystko OK, tylko matka się do mnie nie odzywa...

Wiem, są inni.

Ale czasami mnie to przerasta. 

I tak samo z wnukami. Łobuzy mnie do grobu wpędzają, ale z miłością. A dla tych z Dżemorem czasami jestem jak zbędna dekoracja na ścianie.

No nic.

Zobaczymy jutro.

Jako że moja ajentka ubezpieczeniowa wyniosła się z mojego Heimatu, ubezpieczenie trzeba było załatwiać telefonicznie. Wykorzystałam do tego I., jak zawsze robi za moją sekretarkę.

Pani miała wrzucić papiery do skrzynki (dostała kod do domofonu), ale... lało.

Napisałam emilka.

Opierdoliłam za niewinność I.

Papiery wrzuciła następnego dnia - podpisałam, com miała podpisać, zapłaciłam, com miałam zapłacić.

Pani zwaloryzowała wartość mojej chałupki. O całe 50 tys.,  a składka wzrosła o 10 zł. Latami ubezpieczałam się w Warcie. U rodziców koleżanki I,. z którą darł koty. Mieszkanie, ubezpieczone przed wiekami na 250 tys., wciąż było na tyle ubezpieczone, a składka rosła co roku. Na pytanie o bezszkodowość pan odpowiadał, że cóż, wszystko rośnie i on nic nie może. Przed rokiem wpadła mi na FB w oko opinia... i...

Moje mieszkanie jest droższe, składka niższa niż w Warcie...

Wszystko załatwione telefonicznie i emilkowo.

A dziś wyrwałam się z pracy i poszłam z pisemkiem do biura (likwidowanego), gdzie miałam wrzucić papiery do skrzynki.

Akurat było otwarte - pani likwidowała.

Przepraszała, że w ulewę nie przyszła. 

A że wyprowadza się, że ojapierdolę, na Strzeszyn, od razu powiedziała, że zadzwoni do syna za rok... Albo wyśle emilka, bo ogarnęła, że ja stara, głucha, umiem w emilki :) 

Takie deale to ja lubię :)

 

A w Biedrze stoisko ze SNUSAMI.

OJAPIERDOLĘ.

Mnie nic nie grozi, jestem wyspecjalizowana w alkoholu, innych używek nie ogarniam (no dobra, poza kompikami i tymi tam). Ale gdzie mam pisać, by zatrzymać to wariactwo? A może trzeba zatrzymać ten świat - ja chętnie wysiądę.

Obserwuję - bez spiny, rozsądnie - różne takie tam.

A la płaska Ziemia.

I przemawia do mnie, że nie umrę, ale odnajdę się w innej rzeczywistości, w innym wymiarze, co nie znaczy, że szczęśliwszym.

Chcę być kotkiem albo innym mopsem.


 

Choć moja synowa twierdzi, że absolutnie nie ma takiej opcji :)  

Z nadzieją, że się myli, pozostaję... 

Śliwki z czekoladą (gorzką) wyglądają nieapetycznie, ale smakują bosko. Dwa malutkie słoiczki. Może Alienek się skusi.


 

 Papierów z ubezpieczenia nawet nie focę, odłożyłam na półkę, przeczytam, jak internety jebną. Biedne drzewa, a mam, kurwa e-konto u nich, z którego korzystam, co widać, więc mogli sobie oszczędzić fatygi... 

A Thiocodin i kropelki do ucha, zadrukowane dwustronnie...


 

 Wiem, wiem, nie wszyscy mają internety...

Tylko drzew żal.

Bo nawet starsze ode mnie (na oko) osobistości jadą w zbiorkomie na smartfonach aż miło. Ja tak nawet nie jeżdżę...

Do juterka.

Mam nadzieję, że nie będzie się za dużo działo :)  

A, i warto pracować w budżetówce.

Ona do końca życia dba o swoich pracowników.

W tym roku mnie zaszokowała.

I w mojej pamięci mile pozostają panie z działu socjalnego AR.

Cześć im i chwała.

A, AR podżyrowała mi pożyczkę dla młodych małżeństw - właśnie niedawno przepuściłam kwity przez niszczarkę.

150 tysięcy - tyle dawano młodym.

Trzeba było spłacić połowę. Spłaciłam, akurat jak przechodziłam na rentę. I spłaciłam też drugą połowę, bo Eks zarobił w DE. Wyszłam z założenia, że zakład już nic nie musi.

Kasę mi odesłano.

Tak, państwo kiedyś dbało o ludzi. Inna bajka, że najwyższy zasiłek na dzieci (na dwójkę), nigdy nie przekroczył jakichś 48 zł. Nieważne, jakie były wtedy waluty. I rzadko się na ten zasiłek załapywałam, bo zawsze miałam ten 1 zł z groszami dochód większy...

Ufff, ale siem napisałam, musiałam odreagować i podsumować.

A jeszcze nie napisałam o wojnach w bydełku...

No cóż, może next time :)  

 

 

 

 

 

wtorek, 16 września 2025

Wrzesień

 Kochany Pamiętniczku, to jednak zły miesiąc jest.

Niepotrzebnie wrobiłam się w ten teatr.

Miało być ostatecznie w niedzielę.

W niedzielę nie przyszło, no i łaska pańska, że raczyli mnie poinformować, że nie przyjdzie.

Naparła się jak szczerbaty na suchary, że mam dokończyć korektę całości, choć tłumaczyłam jak krowie na rowie, że może to być niemożliwe.

No i kurwa, wpisać trzy wersje nazwiska własnego aktora to jak dla mnie szczyt szczytów.

I na dokładkę na liście płac wpisała mnie pleno titulo jako redaktorkę broszurki, na co się nie zgodziłam.

Bo o kant dupy potłuc taką broszurkę. Artystycznie bez ładu i składu, chujwico w sumie z tego wynika, nie, ja tam tylko sprzątałam, więc wpisałam - korekta. Czy nanieśli - nie wiem, ale się dowiem, jak nie zmienili redaktorki na korektorkę, zażądam innego honorarium. Bo redaktor bierze więcej, a ja nie będę odpowiadała moim nazwiskiem i to podwójnym za ten artystyczny bajzel.

Pracowo okazało się, że znów się przesuwa zamykanie o jeden dzień, znaczy się zamiast skończyć pracę w piątek, będę jeszcze miała poniedziałek roboczy. I godzina we wtorek, bo szkolenie BHP. I znów nie mam kiedy odebrać tego, bo zaraz inne cuda wianki są. Tym razem M. sama mnie uprzedziła, pytając, czy mi to z życiem osobistym nie koliduje - koliduje, kurtkę chciałam ogarnąć, sklep dla grubasów jest otwarty od 9 do 17...

Ale cóż.

Pani od Allianzu nie dotarła i nie wrzuciła umowy do skrzynki, bo niebo spadło na ziemię.

A choróbsko jak trzymało, tak trzyma.

Ogarnęłam wszystko w poniedziałek, bo kto, jak nie ja, ale leki niewiele pomagały. W dzień nie kaszlałam za bardzo, ale za to w nocy dusił mnie suchy kaszel, a ten jebany syrop na suchy kaszel nic nie dawał.

No i skończyła mi się aspiryna Bayera, którą miałam jeszcze z włości, a polopiryna S ciężko wchodzi.

Wyrwałam się więc siłą woli dziś rano na osiedle, a pizgało złem (nie mam wciąż kurtki na taki czas). Do apteki się wyrwałam. Ale był facet. Nie cierpię facetów w aptekach, są do dupy.

Zanabyłam polopirynę C (w osiedlowej aptece była) i na całe moje szczęście  Thiocodin jest bez recepty. Tak, to jedyne co na suchy kaszel u mnie działa. I chuj, że z kodeiną, nie kręci mnie to, nie mam po tym odlotu, osowiała tylko jestem.

I wszystko szło ku lepszemu, bo na emilka dostałam odpowiedź, że dziś wrzuci (już nie złażę na dół, zobaczę jutro), leki powoli zaczęły działać, nie kaszlę, za to kicham tak, że rozrywa mnie na części...

I gdy już wydawało się, że zło sobie poszło, rozbolało mnie lewe ucho.

Wszystkie krople do uszu przeterminowane (2022), więc nie, nie zaryzykowałam zakraplania uszu.

Ale bólu uszu i zęba to ja nie wytrzymuję, przeciwbólowym nie będę się szpikowała, bo to nic nie daje.

Sprawdzam - przychodnia otwarta do 18. Jest 16.

No to sruuu do przychodni, jak rakieta.

W recepcji jakaś nowa twarz, ja tam rzadko bywam, ale nigdy cipy nie widziałam. Mówię, co jest, proszę, czy mogę się załapać. Nie, bo pan doktor ma dużo pacjentów. Poczekalnia puściuteńka, żywej duszy nie widać, w gabinecie zabiegowym pracuje sprzątaczka. Czy mogę zapytać pana doktora, czy mnie łaskawie przyjmie. Nie, bo ma dużo pracy. Mówię, że ucho i boli, ale nie, bo nie. Mam iść na pomoc wieczorową. WTF? Wieczorowa jest od 18 i nawet nie wiem gdzie, a jest dosłownie 5 minut po 16. Szuka w telefonie, bo też nie wie, gdzie jest (a ja wiem - w Luboniu dla nas, nie wiem tylko, którym autobusem bym tam dojechała, bo jeżdżą raz na godzinę). Mówię, że z wieczorowej mnie wywalą do rodzinnego, dołącza pani sprzątająca gabinet i popiera cipę. A cipa mi na to, że jak mnie wywalą z pomocy wieczorowej to mam się odwoływać do rzecznika praw pacjenta, wnieść skargę. I że nawet gdyby lekarz mi teraz wystawił receptę, to i tak lek zacznie działać dopiero za parę dni (skąd ona, kurwa, taka mądra jest?). No faktycznie, parę godzin jazda, parę godzin w pomocy wieczorowej, szukanie dyżurnej apteki po nocy, może mi parę dni zejść, co nie?

WTF, KURWA MAĆ?

Obracam się na pięcie i wychodzę.

Bo to nie na moje nerwy i nie na moje zdrowie.

I te jebane cipy biorą kasę z moich składek, kurwa mać.

Ja się w wolnej chwili przepiszę z powrotem do starej przychodni jak się uda, jeszcze muszę tylko jedną sprawę obadać :) 

Idę do apteki (tym razem była już pani, nie ten debil z rana) i pytam o receptę farmaceutyczną. Pani mówi, że i owszem, ale musi być uzasadnione. To wykładam kawę na ławę. prosi o dowód i za chwilę mam już krople do uszu z antybiotykiem. 

Na razie wielkiej poprawy nie ma, ale czuję, że przepękam do rana, a rano znów polezę do przychodni jak nie pomoże, najpierw odbębnię swoje w kolejce do rejestracji, ale zdążę przed 9 wrócić, potem polecę na godzinę, sorry Winnetou, będą musieli jakoś tę godzinę, bo pewno tyle mi zejdzie poczekać, na szczęście jutro nie jedziemy do drukarni...

Jestem już dziś lżejsza o stówę, ciekawe, co będzie jutro.

Żeby chorować, trzeba mieć końskie zdrowie, a ja takiego nie mam, więc obstalowałam już urenkę, choć I. twierdzi, że jeszcze na to za wcześnie.

Mnie tam już rybka, żeby nie bolało, to najważniejsze.

A dla atencji


 też bym sobie tak legła, zabraliby mnie do weta, zrobili wszystkie możliwe badania, łącznie z tomografią komputerową, zapłaciliby jak za zboże i lataliby wkoło mnie na paluszkach.

A tak chujnia z grzybnią i patatajnia.

A urenka będzie wypasiona, a co... 

 

niedziela, 14 września 2025

piątek, 12 września 2025

Gupia

ja, Kochany Pamiętniczku, no naprawdę gupia ja do bólu i do szpiku kości.

Wykłóciłam się jednak o to wolne rano.

Ale i tak bardzo źle spałam, choć przecież bez budzika budzę się teraz co rano o 6, więc z palcem w dupie zdążyłabym na autobus 9.30, który odjeżdża spod mojej chaty.

Zawsze tak mam, jak mam gdzieś jechać.

Na dokładkę scenariusze pisałam: że autobus wypadnie mi z kursu, a następnym już nie dojadę na czas (tym samym jeżdżę na cmentarz w M. a raz mnie wystawił do wiatru, no i mam uraz), już studiowałam cenniki, ile zapłacę za taksi, pewno, że dużo, ale mnie stać...

I jak będę się czuła, jak pan doktor powie: tniemy, nie ma innej opcji (bo nie ukrywam, że troszkę się pogorszyło).

Sny koszmarne miałam, bałam się oczy otworzyć, żeby nie okazało się, że to prawda.

No sama się nakręcałam jak pozytywka.

Wstałam o 6, nieszczęśliwa, bo zamiast pograć, to wstałam. A i gadrełko bolało trochę, nie posłużyło mi spanie przy szeroko otwartym balkonie, pewno chrapałam, jak zawsze, gdy się nerwuję. I w uszach drapało... Ogarnęłam. 

A za oknem pięknie było, a co?


 Kibelek, szorowanie rączek, zakrapianie oczków, ojacierpiędolę, jak ja nienawidzę zakrapiania, sprzątanie łóżeczka, kąpiel, śniadanie, poczta pracowa, była robótka, zmywanie, pasjansa zdążyłam ułożyć, tego codziennego, a jest ich pięć. Z Inżynierem załatwić Microsofta, bo właśnie się skończył (bierze rodzinnego i ja się załapuję, w ten sposób płacę o 3/4 mniej niż gdybym kupowała sama), dowiaduję się, jak genialnie załatwił mi polisę na chałupę (Geniusz Zła), no i ubieram się, nie żałując Shalimaru. Bo dla mnie wyjść nieperfumowana, to jak wyjść nago. I łapię się na tym, że za ciężkie, ale cóż, nie będę się znów kąpać. A mogłam być La Petite Robe Noire...
Trudno :) 

I tak miałam portki, więc żadna tam mała czarna :) 

Na przystanku byłam 20 minut przed czasem, ale nic to -  Spotify robi swoje.

Do Niwki jechałam kontemplując szaleństwo zieleni i grzejąc się w promieniach jesiennego słońca.

Prawie 40 minut siedzenia, a że kolejka była tasiemcowa, tom znów pisała scenariusze, że nie zdążę. Wizyta 10.40 (był 5-minutowy poślizg, dla mnie to wieki, bo, kurwa, wciąż na coś czekam), a autobus powrotny miałam 11.39 (też spod szpitala, 3 minuty spacerkiem na przystanek). 

I gdy już dostałam się do gabinetu, od proga zagaiłam: tylko bez cięcia, proszę.

Tym razem miałam nieco inne badania. Ale na czytanie literek wyśmiałam, bo chociaż nie widziałam ich wyraźnie, to i tak wiedziałam, jakie są. Nie ze mną te numery, Brunner :) A widziałam (zgadywałam) nawet te malutkie, nie widziałam tylko (i nie dałam rady zgadnąć dwóch najmniejszych rządków).

Standardowe pytanie, czy potrzebna recepta - poprosiłam. Wprawdzie w  lodówce mam zapas, ale lepiej mieć więcej, niż za mało. Tym bardziej, że skrupulatnie zakraplam wg przepisu.  No i zapytałam o suplement, dostałam namiary. Nie chcę stosować tych reklamowanych, bo nie wiem, jak zadziałają w połączeniu z kropelkami. Polecony wygląda ciekawie, jutro wykupię, zobaczymy.

Następna wizyta za pół roku.

Ten huk, który rozległ się w okolicy, to nie były F-16 z Krzesin, to kamień, który z serca mi spadł, ale wszyscy podskoczyli. 

No bo takie to czasy.

Wracałam rozradowana, spokojna, kontemplując i dumając, czy nie rzucić tej brudnej roboty i nie udać się na wagary...

No ale jestem boomerem, nie ma opcji blauek...

I tak myślałam, że fajnie byłoby wlecieć na MW...

Niby wiem, że uczy się w L., ale nie wiedziałam, gdzie jest jej liceum.

Była na przystanku,  zapadnięta w sobie, w ogóle nie zauważyła, że pukam w szybę i skaczę jak na sprężynie. Więc poleciałam do niej, ocknęła się i "babcia" :) 

Zabrałam ją do mnie, bo cyckonosz sobie kupiłam i oczywiście pasował znów na nią, a nie na mnie, mimo przedłużki. Bo cycki mamy takie same, z tym, że ja mam jej wagę razy dwa i jeszcze trochę :) Rozmiar wg rozmiarówki, którą kupuję, powinien pasować. No nic, przynajmniej dziewczyna ma nowy cyckonosz i to ładny :) 

Dostała jeszcze lody, kod do domofonu (oczywiście P. jej nie dał), zaproszenie, łapówkę, przed którą  się wzdrygała, bo jak to ona - nie potrzebuje, ale jak to - od babci bez łapówki? Łobuzy by brały bez wahania, ona zawsze ma skrupuły :) Ale włączyłam kompika i niestety, eksmitowałam ją, bo była na poczcie kolejka emilków.

Bez sensu, żeby siedziała i gapiła się, jak ja pracuję, a i ja wolę pracować w ciszy i samotności.

Ma kod, informację, że przyszły tydzień odpada, ale później może wlecieć, jak ma ochotę.

Zobaczymy, czy skorzysta.

A mnie się zimno robiło, choć termometr pokazywał 25 stopni, ale stoi przy kompie, tu zawsze ciepło.

Wiszący na drugim końcu pokoju pokazywał 21.

Wyciągnęłam dresaczki, zamknęłam balkon...

Praca szła, ale wciąż miałam dreszcze...

Obiadek był gotowy - wczoraj wymodziłam


 

 zapiekane w piekarniku mielone na kapuście. Już wiem, że czerwona się za bardzo do tego nie nadaje, dalej jest twardawa, aczkolwiek zjadliwa.

Było użyć białej, a jeszcze lepiej pekińskiej. Ale danie fajne :) 

A że byłam w międzyczasie w plenerze (tam ten cyckonosz w Pepco dorwałam, w ramach bezmyślnego wydawania kasy, bo tak) na drzwiach mam nowego gościa


 Pasują do siebie jak ulał :) Każdy zasłania co innego :) 

A i jeszcze nie oparłam się


 Świece są czarne, ale będą krwawić...

Klimaty I., ale oni nie mogą mieć takich świec, bo kotki. Kotek może skoczyć. Kundel na stół się nie dostanie, ale kotek tak. Nawet ten grubas Edek, staruch jeden, wskoczy.

U mnie nie ma co wskakiwać, więc spoko.

A za oknem


 kalejdoskop chmur sunął (gdzie ja schowałam kalejdoskop, pojęcia zielonego nie mam, a nie wyrzucałam)...

I tak sobie pracowałam do 18.30, zanim ogarnęli wszystko.

Nie pomnę już słów, które cisnęły się na moich ust korale.

Bo takiego niezorganizowania to ze świecą szukać.

Ale morda w kubeł, cóż, jeszcze mam pół roku na pracowanie na pewno darowane, chyba że mnie szlag.

No i czy ja tę kasę do grobu zabiorę?

No ale jak przyjdzie żyć z samej emeryturki, będzie na dołożenie na sól do śledzia, co nie?

Chlebka z masełkiem czosnkowym wciągnęłam - wątróbka mówi: nie, ale gadrełko mówi: o, jest lepiej, może będzie OK...

O polityce, o dronach: morda w kubeł.

Morda w kubeł po tym, jak widziałam Alfonsa zjaranego (a może zesnusowanego) na maksa na posiedzeniu BBN. Nawet mnie tak nie trzęsło, jak rzucałam palenie, a trzęsło mnie tak, że lekarka załamała ręce i rzekła: co ja pani poradzę, pani jest narkomanką...

Nie trzęsie mnie nawet teraz, gdy nie piję, a czasami muszę.

Co świadczy o tym, że jestem już zaawansowaną alkoholiczką.

Morda w kubeł.

I wciąż widzę wujka D., męża cioci D. (przyszywanego wujostwa), ona uratowała mi życie po porodzie I. Ja uratowałam mu życie, w czasach przedgooglowych,  studiując opasły tom Leków współczesnej terapii. Wujek kolędował po lekarzach. I miał niezły zestaw leków. I zięcia lekarza. Którego lekceważył. I czuł się coraz gorzej. Wydębiłam od niego listę leków i wyszło, że brał i na powstrzymanie, i na pobudzenie, i na inne takie tam. Brał wszystko, jak leci. Nawet jego zięć pogratulował mi trzeźwości umysłu i zapytał: czemu pan się do mnie nie zgłosił. Bo byli na pan-pan :) I tenże wujek dostał szczękościsku i ataku serca na widok zestawienia kolorów: niebieskiego i żółtego na jakiejś jebanej poduszeczce. Bo rzeź wołyńska.

Nie oceniam, nie mówię, że potrafię zrozumieć traumę.

Moja rodzina (mojej Mamy) miała inne traumy, niemieckie. Ciocia do końca życia powtarzała, że nie weźmie odszkodowania za męża w niemieckim obozie. Z tego powodu, szanując to - a brali w tym udział i moi chłopcy, raczeni tą historią za każdą wizytą u niej, nie wydałam papierów rodzinie jej męża, którego - notabene - nie kochała potem, a chciała to odszkodowanie (rodzina, nie ciocia) i mnie nachodziła, ale to inna bajka. Fakt faktem, że grób wujka sprząta Inżynier, chociaż opłaca tamta rodzina, no bo miejsce na cmentarzu i gotowy pomnik :) 

 

Nie wiem, czy zrobiłam dobrze, czy źle. 

Jestem ciekawa, jak to działałoby dziś.

Bo ja, osobiście,  nic do Ukraińców nie mam.

W pamięci mam wciąż piosenkę - nie pamiętam tytułu książki, skleroza, ale była to książka ważna w tamtych czasach dla mnie, bo mówiła o młodych w przedwojennej Polsce:

Zdobędziem Krym i Zaporoże,

z krzyżackich kufli będziem pić.

Oprzemy się o Czarne Morze i w wolnej Polsce będziem żyć.

I tak, wiem o gangach Ukraińców.

W Polsce.

Ale też wiem, że Ukraińcy są  przedmurzem dla ruskich hord. 

I tak, nie wiem, czy my, Polacy, bronilibyśmy się tak, jak oni.

Bo patrząc na pojebanie już nawet nie tylko piśdzielców, ale i innej hołoty, np. mentzenów, macierewiczów, bąkiewiczów - wątpię. Małe litery celowe.

Staram się nie myśleć, nie analizować.

Nie ocalę ani dzieci, ani ich dzieci jak coś.

Będą musiały sobie same radzić - ja odejdę w spokoju. Miałam piękne życie.

Więc ani nie będę nigdzie wiała - nawet paszportu nie mam, nie mam też plecaka ewakuacyjnego.

Będę jak w Ostatnim brzegu starała się żyć do końca.

I tylko strasznie boli mnie serce, że takie chuje nieskrobane wykańczają w ten sposób ten najpiękniejszy ze światów. 

I nie ogarniam wciąż w imię czego?

Jeden z moich (bogatych, a jakże) szwagrów, na pytanie, dlaczego nie kupi sobie drugiego auta, odrzekł: mam tylko jedną dupę, jak mam ją wsadzić do dwóch aut?

I to jest właśnie sens wszystkiego...

Mam nadzieję, że jutro uda mi się obudzić (gadrełko mniej już boli, czosnek działa), ogarnąć.

Że pojadą, wrócą... Bo kurde na Wschód jadą... W te i nazad w jeden dzień. Z Kundlem. 

Jakby nie mogli tylko prezentu wysłać, nie mają na nocleg. A ja się nie pcham. I tak nie skorzystają, a w sumie - qui bono? 

A tak informacyjnie.

7 września była rocznica śmierci Eksa, 11 mojego brata, a dziś, 12 jest mamy.

I tyle mam jeszcze do napisania, ale może kiedyś.

Padam na ten mord... 

I w sumie nie mam się nawet czym znieczulić.

Chociaż ponoć, jak mówił wieszcz: Topisz smutki w alkoholu? Uważaj, umieją pływać...

 

 

 

 

 

 

wtorek, 9 września 2025

Olaboga

 Kochany Pamiętniczku.

Ja to mam talent do pisania spiskowych teorii dziejów.

I tak czekam na materiały od Kaśki i nic...

A i z pyrków też nic.

No i zamiast się cieszyć czasem na nicnierobienie i oglądanie seriali, bo mieszkanie po najeździe ogarnięte na tip-top, dziś ostatnia porcja prania przeszła, com się namęczyła, myśląc, że Cukiereczek padł, a ja po prostu, gupia cipa, załadowałam za dużo, za ciężko, bo dywaniki łazienkowe i prześcieradło i poszwę po kundlu oraz mopy... Odwirowywać nie chciało, stękało. Już kupowałam nową pralkę, gdy wpadłam na genialny pomysł i podzieliłam pranie na dwa.

Sprało, wywirowało.

Obiadu nie musiałam gotować, z rosołku wczoraj wyszła ogórkowa, mlask, która została jeszcze na dziś, a i tak było jej nadto :)

No ale piszę do teatru, do Kasi, i co się okazuje?

Przez bez mała tydzień graficy nie złamali niecałych 40 stron.

Moi graficy łamią to w pół dnia.

Okazało się, że to nie są graficy-rzemieślnicy, z jakimi mam do czynienia w pracy, ale artyści.

A...

I cały pogrzeb na nic.

Więc jak krowie na rowie tłumaczę (nie Kasi, tej, co mnie nie zna, a tyka, realizatorce dzieła), że ja i owszem w tym tygodniu, ale w piątek dupa, okulista ważniejszy, nie tknę kijem nic, bo i pyry niewyorane.

Emilki, MSG, po południu stanęło na tym, że zrobię im to w niedzielę. Robię to tylko dla Kasi, więcej nie tknę żadnego zlecenia palcem. Za pracę w niedzielę powinnam dostać ekstrakasę i w sumie gówno mnie, że zleceniodawca nie ma. Ale podjęłam się i gupia ja, skoro była mowa o 9 września, to na tym powinno się skończyć. 

Widać na mojej pracy, jak bardzo nie szanują czasu innych niektórzy. Nie znam gościówy, nie wiem, jakie to pokolenie, ale na pewno nie boomer.

Bo boomer to solidny gość, dla niego czas i obietnica ta rzeczy święte...

No nic, ponieważ I. jedzie z familią do Warszawy na urodziny szwagra, ze względów oszczędnościowych na jeden dzień, z Kundlem, bez noclegu w hotelu (ja bym olała wyjazd, ale znów - to nie jest moja bajka), więc lepiej, że będę w niedzielę pracować, niż cały czas się nerwować.

Jedna sprawa rozwiązana.

Pracowo - cisza na emilku jak makiem zasiał. Tuż przed 13 przyszedł tekst z tych pokręconych, ale do gazetki ukochanej, nie do pyrków, a i tam będzie się działo, bo zero, null, znów "Stara Jędzo kochana", kurwa mać będzie.

Z pyrków - zero, null.

Piszę do Nadszyszkowniczki, odpowiedź wieczorem, jak zwykle, grzeczna i przepraszająca, ona rozumie, choć na pamięć to umie. 
Są na polu, będą tam też jutro. W czwartek będzie się działo, a w piątek - to już moje osobiste zdanie - armageddon będzie.

Ale, kurwa, nie zrezygnuję z wizyty u okulisty. Nie ja jestem niezorganizowana. Trzęsę się, bo sama widzę, że widzę gorzej, choć np. teraz piszę czcionką 11 i widzę doskonale, ale nie jest OK.

No i tak z M. uzgodniłyśmy, że damy radę.

Bo kto, jak nie my.

I mam jutro nie wisieć na kompiku. Odpisałam, że powiszę, bo może coś wleci z gazetki ukochanej.

I tak, nie ma ludzi niezastąpionych.

Ale do pracy tam ściągnęła mnie niejaka Małgosia, doktor, a jakże.

Robiła obie główne gazetki i nie dawała rady.

Tygodnik i miesięcznik.

Miała 3/4 etatu, wywalczyła cały i podzieliła na dwie połówki.

Ściągnęła mnie z Auschwitz, bo miała też swoją firmę i pracowała w Auschwitz.

Zatrudniała kilka osób, właśnie stamtąd.

I te osoby chciały się mnie pozbyć, bo pracowałam za szybko.

A, zawiła historia i nie warto do tego wracać.

Sama ogarniałam tam 28 czasopism, oczywiście były tam i miesięczniki, i kwartalniki, i półroczniki :) Odkąd odeszło z redakcji moje Słonko i nastały rządy nowej władzy, byłam persona non grata, bo pracowałam, a nie latałam do szefów, że za mało ludzi, że się nie da. I że trzeba zlecać właśnie Małgosi :) Żeby było śmieszniej, już po moim odejściu z Auschwitz Małgosia zlecała mi prace nad... encyklopedią.

Mniejsza z większym - Boss zawsze mówił, że żeby wykorzystać moje moce przerobowe musieliby wydawać więcej gazet.

Ale to nie moja wina, że pracuję szybko (szybko czytam), dokładnie i nienawidzę czekania.

Tygodnik i miesięcznik ogarniałam z palcem w dupie, gdy M. poszła na chorobowe.

Ale że pensja nie rosła, bo M. miała z chorobowego wrócić, tom się zbuntowała i do tygodnika znaleźli inną korektorkę.

Tu byłam mądra.

Więc tak sobie myślę, że przy tym całym niezorganizowaniu obecnie, to jednak będą za mną tęsknili, jak mnie szlag.

Pewno będzie mi już wszystko jedno, ale to jebnie :) Może szybciej niż powinno, ale jebnie.

Kocham to słówko. Niech jebnie.

I tak wczoraj w ramach łagodzenia wkurwu, doceniając trud Pierworodnego i ratując śliwki, których kupiłam za mało na kolejne powidła i nie mam już słoików


 popełniłam ciasto ze śliwkami. I. mówił, że nie zjem, ale zjem. Tortownica 18 cm, jutro dokończę :) 

A dziś, złoszcząc się na siebie za niedzielne i wczorajsze lenistwo, poszłam  w siną dal po 14, jak już wiedziałam, że roboty nie będzie.

Okazało się, że pod szkołą chłopców nie ma już pojemnika na zakrętki, które pracowicie odrywałam, bo mnie wkurwia ratowanie Ziemi tymi nakrętkami. A już ledwo szłam, bo w słońcu było pewno ponad 25 stopni, a tam cienia na lekarstwo.
Dotarłam do Manhattanu, wywaliłam nakrętki do PET, trudno.

Pani, która ma w miarę tanie i fajne bukiety, właśnie się zwijała i...

Dostałam dwa bukiety astrów, normalnie kosztują 6 zyla, a ja dwa dostałam za 8 i nawet złotówkę mi wydała, mówiąc, że cena jest ceną...

A nie liczyłam już na żadne badyle na Manhattanie, bo po 14 to tam wiatr hula...

Więc to było fajne i miłe, także chwila pogawędki z panią sprzedającą i z jej współrozmówczynią.

Czyżbym zamieniała się w taką staruszkę, która gawędzi wszędzie? W erotomankę gawędziarkę? Pora umierać.

Ale miło było ponarzekać na dzisiejsze czasy :)

(A na koncie już emerytura z czternastką. Czternastka niestety, mizerna, po odciągnięciu podatków, składek i chuj wi jeszcze czego jakieś 800 zł). No, po 10 latach pracy na emeryturze, rencie wdowiej mizernej, bo mizernej (na parę dobrych win starczy) ze startowych niecałych 1600 zł stałam się krezusem :)

W drodze do domu (chłodząc się wodą, za którą zapłaciłam 2,13 gr za 300 ml, innej małej nie było w tej pierwszej na dzielni Biedrze - prawie jak na lotnisku cena) takie cudo napotkałam


   

 w Aldim, bo wleciałam po cebulę, której na stanie nie miałam, a na Manhattanie nie było już straganów.

Zawsze myślałam, że cukier jest tylko z buraków cukrowych, pomijając ten trzcinowy, brązowy, który okazuje się tam samo szkodliwy, jak ten biały.

A słodziki to całkiem inna bajka.
Kupiłam kiedyś Werthers  originals, choć nie jestem dziadkiem, ale babcią, hahahaha, słodzone słodzikiem, więc super kuper i... polecam je jak ktoś ma zatwardzenie. Ja nie miewam, jem dość błonnika :)

Więc niech żyje cukier z buraków cukrowych.

Jechałam z Inżynierem wieki temu, autobusem, do Umarlaków przed Wszystkimi Świętymi. PKS. Okrężnie przez Wielkopolskę.

Dziecko pyta: mamo, a czemu przy polach tyle kamieni leży? I czemu oni te kamienie na przyczepach wożą i gdzie.

Kurtyna.

A dalej na drodze


 Taki pieniek.

Jeszcze nie tak dawno było wokół niego mnóstwo gałązek na bokach.

Cóż, lipa była spróchniała, to ją wycięli.

I te boczne gałęzie z pieńka też.

Tą jedną gałąź zostawili.

Może będzie z niej nowe drzewo?

Analizę na temat wojny poczytałam.

 

https://www.facebook.com/share/p/19p6Nw9BVy/

 

Może Wam się otworzy, może nie.

Tragedia.

A ja znów wracam do spiskowej teorii dziejów.

I przede mną ten jebany piątek.

Pocieszam się, że zawsze mogę powiedzieć, że jeszcze nie dam się kroić.

Przecież ślepnięcie nie jest zabronione.

Histeryzuję, Kochany Pamiętniczku?

A, kaloryfery kazali odkręcić na maksa. 
9 września, gdy w najzimniejszych latach termin odkręcania kaloryferów był 15 października?

Mimo podań, petycji i lamentowania?

Pora umierać? 

 

 

niedziela, 7 września 2025

Home

 sweet home, Kochany Pamiętniczku :) 

W sobotę od rana lało tak, że zanosiło się na to, że nici z festynu. Ale cudnie było, w tym roku w zasadzie cały czas zieleń niezakurzona. Ale i tak pełno zaschniętych liści  już leży. Jednak taki ciepłym, jeszcze letni deszcz, a nie jesienna szaruga - jest cudnie.

I jak dla mnie 16 stopni - idealnie :) 


 Coś mnie tknęło i włoszczyznę kupiłam, zakładając, że będę rosołek ogarniała w niedzielę - na tydzień.

Ale wstawiłam w sobotę i sobie pyrkał. 

Kilo węgierek też zorganizowałam, bo naszło mnie na pieczenie placka, ale uświadomiłam sobie, że będę miała zagracone garami z piekarnika i śliwki czekają spokojnie.

Badylki z podłogi powywalałam hurtem na balkon i w mieszkaniu zrobiło się jakoś dziwnie pusto, a na balkonie za to były Manieczki.


 A poprzednia noc była... uuuuu...

 No ale czekam na  gości, gdy nagle melduje się, że wleci P., który wlecieć miał wczoraj :) Nice.

Wleciał, zabrał ten kalkulator, ale... Na maturze nie można z niego będzie korzystać, bo ponoć są jakieś dwa certyfikowane przez ME. W sumie w dupie to mam - maturę będzie zdawała za cztery lata. Pierdół trochę naznosił, ale szybko poleciał.

Za to Łobuzy zjawiły się jak zwykle spóźnione i zaczął się diabelski młyn.

Bo przyjechali z Kundlem. Sama zaprosiłam, wiedząc, że robię głupotę, ale...

Inżynierowa wyjechała na balety, a słomiany wdowiec zawsze wtedy wpadał do mnie na nocowankę z Łobuzami. Tym razem chciał wpaść tylko na popołudnie, bo oczywiście - Kundel. No to ja, zaklinająca się na wszystkie świętości, że żadne sierściuchy nie mają tu wstępu, powiedziałam, że mają go zabrać ze sobą. Sam nie ośmielił się o to prosić. No i od proga zaczął się kołowrotek. Bo Kundel rzucił się na mnie tak, jakbym była jego dawno niewidzianą kochanką, taką przez duże K, sapał, dyszał, jęzorkował, pieścił, kieckę ze mnie zdzierał (a miałam długą prawie do ziemi) i o ogóle brakowało tylko, żeby owinął mi się wokół nóg i powalił mnie.

A jako że mój przedpokój mały jest, I. i ja postury słusznej, dwójka Łobuzów, Kundel na smyczy, cztery plecaki, torba z akcesoriami Kundla (a jakże, piłeczki, laleczki, kosteczki, słusznej postury świnia z IKEA, większa od Kundla, torba z butami, wrzaski BABCIA, policzki nadstawione do  cmokania (o dziwo, hurtowo tym razem, bez fochów)...A to jeszcze nie wszystko, bo Kalafiorkówna miała swojego husky największego - prawie tak wielki jest jak prawdziwy.

Zajebiście, co nie? 

I od razu moje mieszkanko, z którego pousuwałam kwiaty, wazony, Gnomy, żeby stół był pusty i żeby było miejsce - zamieniło się w pobojowisko. W kuchni na podłodze wylądowała karma dla Kundla i miseczka z wodą, zabawki zostały puszczone w mieszkaniu z ostrzeżeniem: pułapki na mamę pozastawiałem, dzieci jedno przez drugie opowiadały mi nowiny z kraju i ze świata... Kundel łaził za mną jak cień, włażąc mi pod nogi, a ja zaczęłam w głowie nerwowo kalkulować, czy dostanę od banku kredyt na większe mieszkanie...

No i qui pro quo było. Bo pisałam, że zapraszam na obiad - mając na myśli, że gdzieś się urwiemy - że ja zapłacę. 

Bo w końcu na coś muszę tę krwawicę wydawać. A dojrzałam już do dopieszczania siebie, do niezmywania stert naczyń, nielatania z kuchni do pokoju. I tak, dzieci nie znają nowego rozkładu kuchni i narobią więcej szkód, jak pomocy, bo oba są wyszkolone kuchennie w swoich domach.

Tłumaczę dziecku jak krowie na rowie, że knajpa. 
Primo po pierwsze:  Ł. na hasło: jest rosołek (a pachniał jak głupi) odmawiają pójścia do jakiejkolwiek knajpy.

Primo po drugie: pada, więc co z Kundlem, jak nie będzie ogródka?

Mówię: zamówimy do chaty.

I zaczęło się debatowanie przed kompem. Nie pizza, nie burger, nie to, nie tamto, nie sramto...

Ojapierdolę, żebym wiedziała, machnęłabym obiad, żeby  Inżynier się najadł, rosołki to on ma do wyrzygu na co dzień, bo pracuje jak matka.

Po godzinie okazało się, że do lubońskiego Sfinksa można wejść z Kundlem i po szybkim rajdzie na sikupę mieliśmy jechać z Kundlem. Ale w ostatniej  chwili I. się rozmyślił, skoczył po kojec, zamontował go i pojechaliśmy sami.

 W międzyczasie Łobuzy wciągnęły po talerzu rosołku, bo głodne były już straszliwie, a I. odmówił rosołku, ale zutylizował resztkę po Kalafiorkównie, bo co ma się marnować...

W Sfinksie  jedliśmy po 17, więc było wiadomo, że kolacji nie zjedzą, bo oni tak koło 17.30 jedzą kolację. Kalafiorkówna uparła się na burgera, ale... Nie smakował jej. Pewno zapchała się rosołkiem. Za to Alienek zjadł i swojego burgera, i burgera siostry, mówiąc, że nie może się zmarnować :D 

W sumie mądre dziecko, bo rachunki tam, nawet z apką, jednak powalają na kolana, choć to jeszcze nie są paragony grozy. 

A ja nakupiłam jedzenia, łącznie z kawiorkiem, bo to u mnie wcinają, wychodzi taniej niż bułka - jedna bułka to w tej chwili jakieś 1,50-2 zł, a kawiorek cały 5,50 i na kolację dla wszystkich by starczył. "Zdrowego" pieczywa kijem nie tkną. Dobrze, że ciasta nie kupiłam żadnego.
Załapaliśmy się jeszcze na osiedlowy festyn, bo przestało padać. 


 Na plac zabaw też.

Poszłam z Kundlem na spacer i trafiłam na dwie sąsiadki z bloku. Zielonego pojęcia nie mam, jak się nazywają, na którym piętrze mieszkają, z dziećmi plotkuję o nich opisowo. Jak się wprowadzali, to pół bloku było z ich familii. To są chyba siostry (dzień dobry sobie mówimy, ładna pogoda i tyle). Ja naprawdę jestem odludkiem. Jak zobaczyły mnie z Kundlem, wpadły w zachwyt "o, pieska pani sobie kupiła". Same miały kiedyś psa (I. go pamięta)... I tak sobie miło pogawędziłyśmy, jak nigdy, I. dołączył, Ł. się bawiły na dmuchańcu, w namiocie z balonami i było fajnie :) 

A Kundel furorę robił, dzieci wciąż pytały, czy mogą pogłaskać, a on to kocha, ja chciałam go sprzedać, ale I. się nie zgadzał :) 

W sumie nawet porządnej fotki nie zrobiłam ani Łobuzom, ani jemu (Kundlowi znaczy się), bo taki był kołowrotek.  

Kąpiel zafundowali sobie tak gorącą, że o mało nie pomdleli, ale uwielbiają moją wannę (i pianę).

Spacyfikowani, bo była wojna, bo Kalafiorkówna chciała spać z Alienkiem, rozkosznie proponując mi dzielenie kanapy z Inżynierem. Dopiero stanowcze nie ojca doprowadziło ją do pionu.

Na fotce widać Kundlową świnię. 
 Bajka i mieli zasypiać razem, ale ich wspólne zasypianie przeciągnęło się w szaleństwo do 21. Inżynier mnie nie słuchał. Bo ja ich po 15 minutach rozdzielam i koniec. 

Alienek zaciągnięty do dużego pokoju (bo śpi tylko i jedynie z babcią, niedługo się to skończy) tragedię grecką odstawiał, że nie zaśnie, bo jest światło (w małym pokoju domaga się światła, a paliła się mała lampka), że mu rozmowy przeszkadzają, ale moja metoda ignora zadziałała, więc po kilkunastu minutach padł.

A Kundel nocował tak 


 Dostał stare prześcieradło, które miało być wywiezione do PSZOK, ale ocalało, bo nie miałam czasu na wywiezienie. Stara poszewka na poduszkę przydała się do wycierania psa, który wracał mokry.

I tak, pomijają starość, cieszę się, że nie miałam psa.

I tu narażę się wszystkim, zwłaszcza AMP. Dla mnie pies po prostu śmierdzi. Ma tak specyficzny zapach, którego nie lubię. Musiałam mieć zamknięty balkon, żeby Kundel nie zwiał, zamknięte okna, bo A. się przeziębia i dla mnie w mieszkaniu nie pachniało ładnie. I. tłumaczył mi kiedyś (bo i u nich czułam zapach psa, jak się do mnie zbliżał, a mają wielką przestrzeń), że czasem może zawonieć, bo takiego młodego psa nie można często kąpać.

Wszystko jedno - mnie każdy pies wonieje. Mam węch jak pies gończy i chyba perfumowałabym go (wiem, wiem, paranoja i krzywda).

Koty mi nie wonieją, psy tak.

I do białej gorączki doprowadzają mnie karesy z psem, typu całowanie, branie do łóżka, na kanapę...

Nic na to nie poradzę. Nie byłam, nie jestem i nie będę psiarą.

Jak muszę, to nawet za babcię klozetową robię (tak było jak go kupili), ale jak nie muszę, to podziękuję.

I wiem, sama zaprosiłam, ale nie miałam innego wyjścia - Kundel jest w pakiecie z dzieckiem, na którym mi zależy.

Sprzedaż wiązana. 

Nagadać się nie mogliśmy, bo te wszystkie wiadomości na MSG i jak jesteśmy w towarzystwie, to jednak nie to.

Więc tak.

Wyjeżdżali wcześnie rano, bo Kalafiorkówna w niedzielę jeździ na koniu, u nich w wiosce był jakiś bieg strongmanów...

Więc rano tylko nakarmiłam towarzystwo, pomogłam znieść lary i piernaty i wróciłam na pobojowisko. A było pobojowisko i to nieliche. Doprowadzenie wszystkiego do stanu używalności zajęło mi sporo czasu, ale potem...


 

 Życie wróciło na właściwy tor. 

My Echo, my Shadow and Me.

Tylko coś mi nie dawało spokoju.

Ale papiery gdzieś wsiąkły.

A to wrzesień.

Pomogła AI, która już rządzi w fotkach.

Tak, dzisiaj mija 8 lat od śmierci Eksa.

I nie, nie pojechałam do M.

W sumie tylko ja pamiętam.

Nie moja wina, że dzieci zobojętniały. Sam sobie na to zapracował.

Oni już umieją wykreślać to z pamięci.

Ja nie.

Wciąż boli, jakby to była moja wina - bo może jest?

Pojadę w październiku, rutynowa trasa do Umarlaków.

 

A na razie dochodzę do siebie po szaleństwach. Jutro praca again, jutro albo pojutrze wleci całość z teatru.

Albo się rozmyślili i nic nie doślą, w sumie - mam to w dupie :) 

Jakąż pojemną tę dupę mam...

I jeszcze muszę odespać nocowanie z Alienkiem, to było hardcore, uratowało mnie tylko to, że on ma głowę po jednej stronie kanapy, a ja po drugiej :) Opanowałam technikę niedawania się wykopać.

I tak, mimo wariatkowa znów były fajne chwile.

Żal mi tylko Inżyniera, bo posrane z niego pokolenie. Alienek był w stosunku do niego bardzo bezczelny, a na moje, że ja za takie zachowanie dostałabym pasem (sama moich chłopców nie biłam), usłyszałam, że nie wolno dzieci nawet postraszyć pasem.

Cóż.

Mnie się udało wychować dzieci, bez bicia, ale z respektem (lanie dostali raz, jak wyszli za okno na 3. piętrze - moja trauma do dziś). Puściły mi wtedy nerwy. Nie było opcji takiego bezczela, że dzieci tracą nagle słuch i... 

Ale to już nie jest moja jurysdykcja. Skoro nie wolno nawet postraszyć, obym była fałszywym prorokiem...

 

 

 

czwartek, 4 września 2025

Borze

 szumiący, o mało dziś nie zeszłam na zawał, Kochany Pamiętniczku...

Miała być praca do 15 (bo poślizg jest zawsze, potem dowiedziałam się, że D. od 2 dni pracuje na urlopie, to u nas norma).  

No ale w praniu okazało się, że...

Nasz warszawski, światowy nabytek, pisze bardzo dobrze, co stwierdzam ja, korektorka z klasą, ale niezorganizowany i niezdyscyplinowany jak mało kto, ten, co chciał mnie w pierwszym emilku tykać - rozpierdolił system.
Niby się zawieszał program, ale jakoś innym latał, a jemu wisiał.

Nie wnikałam. Dzięki niemu mam dziś 5 nadgodzin, za które nikt mi nie zapłaci, ani nie mam ich jak odebrać.

I w sumie zaczyna mnie walić to, jakie ciężary mają dziennikarze.

W dupie to mam.

Nikt nie pracuje za takie śmieszne pieniądze jak ja.

A wzięłam tę pracę, gdy to były jeszcze fajne pieniądze - za pół etatu miałam tyle, ile za cały w Auschwitz. Bo więcej nie mogłam zarobić,  żeby nie stracić renty. A że nie dostałabym więcej niż taka pensja plus renta, nie opłacało mi się.

A potem...

Potem już z górki - podwyżki śmiech na sali, a lata lecą.

No i etat - czyli urlop, inne takie tam.

I gdzie szukać pracy po sześćdziesiątce?

Przeszłam do obecnej firmy mając 55 lat.

I mimo tego, że jestem dobra w te klocki, nawet nie szukałam innej.

Bezrobotne korektorki chodzą stadami po ulicach (słyszę to od 1992 r. i w sumie to prawda, załapać się na etat, to cud), teraz jeszcze dochodzi AI. A patrząc na błędy, które czasami widzę tylko ja (nawet Gazeta Wyborcza zlikwidowała korektę, a jeszcze w czasach Auschwitz przyszła do nas naczelna korekty z GW, która tam zarabiała mniej, niż jako korektorka w Auschwitz), na zaśmiecony Internet, na ogólny upadek kultury (choćby filia - hahahaha - faktycznie filia - Auschwitz, która wydaje książki z błędami wołającymi o pomstę do nieba), co ja się będę szarpała.

W mojej firmie teraz wielkie zmiany, to już nie jest rodzinna firma, gdzie walczono o każdego.

To już korpo i do widzenia ślepa Genia jak coś.

Więc staram się jeszcze pociągnąć, ale dziś puściły mi nerwy.

Bo gość z korpo w sumie ma wyjebane.

I potrafi po cztery razy wysyłać ten sam tekst, nie ogarnia, autoryzuje (jakoś nikt nie opanował autoryzowania i zmian na skorekconym tekście, a to ludzie, którzy mogliby być moimi dziećmi, no i japierdolę - słyszący na dokładkę).

A ja mam umowę na dwie korekty.

Rozumiem - wyjątek raz na rok, zdarza się.

Ale co miesiąc?

I nie jeden, a dwa?

Wojny wszczynała nie będę.

Ale dziś mnie kurwica i...
Napisałam, że będę za pół godziny, jak dobrze pójdzie.

I...

Poszłam do Lidla, żeby choć kawałek przejść...

Odetchnąć świeżymi spalinami. Powalczyć z gorącem - było 29 stopni.

Musiałam, inaczej udusiłabym się.

I tak...


 Warto było wyjść...


 ... taką piękną chryzantemę do domu przywlec...

... i...


 

 ... pierwszą fajną dynię hokkaido, bo inne ogromniaste były...

... i Wspomnienie lata...

Zasłużyłam na piffko :) 

Odkąd nie ma niezapomnianej Piątki, nie mam piwa. Bo za daleko po nie, nawet jak mam wkurw. Ale dziś miałam megawkurw.

I w dupie, że nie czekam na teksty.

Czeka mnie szkolenie BHP znów po dniach mojego urzędowania, a jest obowiązkowe (taki pojebany kodeks pracy) - kiedyś, za dobrych czasów, jak się trafiło to Boss mnie zwalniał i zapisywali, żem doszkolona.

Teraz takiej opcji nie ma - a firma może za to zabulić, więc muszę się doszkolić, bo za to mnie mogą zwolnić, jak będą musieli karę zapłacić.

Najgorsze, że na Teams, mam na swoim kompie, ale...

Nigdy nie korzystałam. Mam MSG, starcza, WhatsApp też. 

(O, dobrze, w sobotę będzie Inżynier, ogarniemy) ;)  

No i godzina w plecy - pierdolenie o Szopenie. Godzina z mojego prywatnego czasu.

I...

Dzisiaj sponsorem jest... jazz...

No cóż, nawet moje rodzone dzieci nie dowierzają, że słucham tak szerokiego spektrum muzyki, ja na wpół głucha.

Ale musi mnie coś zachwycić.

A dziś zachwyciło mnie

 I tak leci na okrągło...

A kubańska dupa, gdy wstanę z fotela, porusza się w rytmie...

A i rap mi czasem pasuje...

Disco polo też.

I te sentymentalne piosenki z lat dzieciństwa.

I te, które odkrywałam po latach dzięki You Tube, Spotify, słuchawkom...

Jak Most na rzece Kwai, o którym nie wiedziałam, że to właśnie on był ulubioną piosenką mojego ojca...

No cóż, pojebana jestem na maksa, ale kto bogatemu zabroni?

Niełatwo niedosłyszącemu było kiedyś.

Pierwsze toporne słuchawki podarowała mi ciocia, do tranzystorka (nie pamiętam już jakiego), siedziałam w akademikowej kuchni, ze słuchawką w uchu i nie przeszkadzali mi w nauce gotujący... Bo leciały moje ukochane Jesienne róże albo inne wzdychulce.

Potem magnetofon z Reichu, też ze słuchawkami (dałam bratu)... I mozolne dłubanie przy elektrodach EKG do taśm Presleya, Czerwonych Gitar i innych takich tam...

I pierwsze słuchawki do TV, od kolegi Eksa, który jakoś dziwnie rozumiał mój ból...

I epoka, gdy oglądaliśmy TV na dwa odbiorniki. Znaczy się, obraz był w TV, w którym głos blokowały moje słuchawki, a głos był z małego odbiornika turystycznego, co wystarczało reszcie.

I potem pierwszy walkman Sony.

Mój, cudny, z radiem i z odtwarzaczem taśm... Działa do dziś, choć trybiki się wytarły, taśmy kręcą się w zwolnionym tempie, no i nie wiem, gdzie mam słuchawki z taką wtyczką, gdzieś mam :) 

Na którym słuchałam, wracając z pracy, transmisji z ataków 11 września...

I potem odtwarzacz CD, jakiś niemarkowy, kupiony z polecenia Barana, padł dość szybko, przeprosiłam się z walkmanem.

I kolejne mp3, też już nie wiem, gdzie są pasujące do niego słuchawki, z playlistą znaną do bólu, po pierwszej nucie wiedziałam, co leci, kilka ich było, jeden gra do dziś (chyba)... Gdy zaczął padać, na prośbę o zakupienie nowego Inżynier obśmiał mnie, mówiąc: trzeba z żywymi naprzód iść... Ma mama iPhone'a. No i przyszła epoka iPhone'a, choć mp3 żal, bo i za pendrive'a robił.

A ta ekscytacja, gdy na dyskietce dało się przenieść coś do domu, jakiegoś GIF, czy cuś...

Serio?

Aż tyle się zmieniło?

Tyle sprzętów, kabelków, wtyczek i innych cudów wianków za mną już?

A na serio - ten świat i te zmiany są przyjazne dla osób takich jak ja.
Więc i pewno tego TEAMS ogarnę...

Pomyślę o tym jutro...

A dziś widzę Pierworodnego na MSG, dostępnego.

Po 8.

To oznacza jedno - albo się coś dzieje, albo czegoś potrzebuje.

No nic, czekam...

Się odzywa. Że MW jest szczęśliwa w nowej szkole, bo... rozmawiają ze sobą po angielsku...

(A wyrwali ją przez swoje nieogarnięcie z korzeniami, gdy była już  w 99% Angielką, choć mówiła po polsku.)

Polska jej do końca nie przypasowała.

Mam na ten temat swoją teorię.

Ale co ja tam wiem, za Szwajcarię robię, bo cóż mogę?

Nie każdy ma zadatki na bycie wariatką jak ja.

No i ma wolne, bo idą (z żoną)  na rozmowę w sprawie zdiagnozowania u MW spektrum autyzmu.

Był już guz na mózgu, inne boleści, teraz jest autyzm.

Wiem, da się z tym żyć.

Ale jakbym tak w siebie się zagłębiła, to u mnie oprócz wszystkich tych nowych boleści, doszedłby jeszcze, oprócz DDA zaawansowany AA, żeby nie to, że za alkohol płacę kartą imienną, nie na okaziciela :)  

No dobra, nie będę pajacowała.

Ale P. mówi, że teraz zaraz już musi mieć kalkulator naukowy, bo MW potrzebuje.

Oddycham głęboko, w tytkę, zastanawiając się, czy to jakaś zakamuflowana prośba (sprawdzam od razu, są niedrogie, już za 50 zyla można mieć), czy też nowy pomysł na kupowanie chujwiczego za grubą kasę.

Myślę, piszę, że gdzieś powinien być jego osobisty kalkulator, który dostał (chyba na komunię), nie jestem pewna, od jednego z wujków (tych w miarę normalnych), a który wówczas był ostatnim krzykiem techniki i nie do zdobycia. Enerdowski. Ale nie pamiętam, czy go mam. Odpowiada, że u dzieci w pokoju powinien być jakiś przywleczony z UK, że będzie szukał. Kiedyś... a znając go, kupi to, co najdroższe i znów sobie nachamęci z odroczoną płatnością.

Hmm, brzmi to jak mission imposible.

Idę więc do małego pokoju - pierwsza szuflada. Jest. A i takie cudo jest


 

 nówka nieśmigana, pora zabrać się znów za przeglądanie zakamarków...

Kalkulator nie działa, ale cóż, trudno, żeby po tylu latach działała bateria.

Na pewno się zlała.

I kombinuję, jak koń pod górkę, a ten wije się jak piskorz.

Wujek Google pomaga, bateria L44.

Przegląd baterii.

Mam  jedną L44.


 

 Śrubokręt. Jeden nie pasuje, ale drugi już tak. Odkręcam obie śrubki, kto mnie zna, wie, że to wyczyn na miarę zdobycia K2. 

Dupa. Są dwie baterie.

Ale...

W bateriach z innej bajki, z innej firmy jest jedna z oznaczeniem L44.

Wkładam.

Dokręcam śrubki, umierając z wysiłku.

I tadam...


 

 Kalkulator działa :) Winner :) 

Później pytam, kiedy przyjedzie po niego, pisząc, że przecież MW może go ode mnie odebrać, wszak wraca koło mnie... I ma autobusów od metra... 

Cisza w eterze. 

Piszę do synowej, bo dlaczego ja, KURWA, mam reagować na każdą wiadomość, od razu, bo jak nie, to znaczy że można już wieniec zamawiać i na spadek liczyć?

Jutro. wpadnie jutro po kalkulator.

Bez oklasków, bez podziwu dla mnie.

A ja jemu klaskałam do bólu za ten piekarnik.

Śmieszna jestem z moim pretensjami, nieprawdaż?

Synowa też nic. W sumie na licealne potrzeby to nie jest  oszałamiająca kwota - taki kalkulator kosztuje ok. 50 zł.

Ale...

Jak chce się do czegoś dojść, to trzeba każdą złotówkę oglądać.

Fakt, stać mnie na wydanie 50 zł ot tak.  

Ale odkładam, bo nie wydaję kasy ot tak.

Nie muszę wszystkiego mieć.

Jeżeli rzecz, która nie zepsuła się przez tyle lat, działa, dlaczego z niej dalej nie korzystać?

No i zmniejszać elektrośmieci, które zagrażają planecie?

Nie ogarniam, ale ja stara i głupia jestem.

A bardzo mądry artykuł korekciłam, w którym profesor udowadniał, że wege zagrażają.

Bo futra, oblewane tak chętnie przez ekoświrów farbami, co doprowadziło do zaniku futer, są o wiele ekologiczniejsze, od futer sztucznych, które emitują mikro- i nanoplastik, które są już wszędzie, nawet w tej rzekomo zdrowej ekożywności...

Wełna, bawełna, len, futra  - rozpadają się naturalnie, prędzej czy później - plastik nie. Nie da się do końca zutylizować. Nanoplastik jest już w naszych mózgach i będzie go coraz więcej.

Więc ja, tym małym kalkulatorkiem - może o minutę przedłużyłam życie moich prawnuków?

No, ale ja tak tylko bredzę bez sensu, co nie?

Quand la vie
Par moment me trahit
Tu restes mon bonheur
Petite fleur
...

Idę potańczyć, bo nogi się same kręcą do tej melodii..

A mojemu dupsku dobrze to zrobi :) 

Taki jeden prosty dzień, a tyle wkurwu, Kochany Pamiętniczku :)