wtorek, 25 listopada 2025

W piątek

 w Lidlu zaszalałam. Myśląc o tym, że przyjdzie jutro P. kosmetyki kupiłam. Do pielęgnowania brody, ze szczotką, a i żel pod prysznic był. Myślałam o kosmetyczce, bo jak jeździ w te delegacje, ale pomyślałam, że do brody ważniejsze. No dobra, nie do brody. Puszka. Puszka była cudna. A że kosztowała 35 zł, to kto bogatemu zabroni?


 Jestem puszkomaniaczką, jego żona też. To sobie pomyślałam, że on dostanie kosmetyki, a ona puszkę :)

Bo ostatnio, jak wleciał tę klamkę naprawiać, to jak menel był. Nie stanęłabym koło takiego menela w tramwaju, poszłabym dalej. To sobie pomyślałam, że z olejkiem i jakąś emulsją do brody ogarnie się, a jeszcze szczotka, specjalnie do brody.

Bo moje dziecko niechlujem jest - uwielbia długie kłaki i zarost (z lenistwa), ale kłaków myć nie lubi. A piękne, ma gęste, garściami można wyrywać i mu nie ubędzie. Miał już włosy do pół pleców.

Ojeżukolczasty, jak ja mu zazdroszczę. 

I. zaś no - po mamusi - łysieje. 

P. ma po ojcu, ten do śmierci miał taką czuprynę.

A ja łysa przez to lizanie gałki przez Eksa.

I tak, czekając na dziecię, oczami duszy widziałam, jak doprowadzam go do porządku.

Dzwonek, lecę, otwieram drzwi i pytam: kim pan jest i co pan zrobił z moim synem?

W drzwiach stanął młodzieniec nadobny, z twarzą jak dupa niemowlęcia i modną fryzurką.

A mnie zatkało kakao :) 

Poszedł do fryzjera, z własnej i nieprzymuszonej woli.

15 lat mu ubyło, nie wyglądał jak Chrystusik z tłustym kłębowiskiem na głowie.

Fejsowi wiedzą, widzieli, tu fotki nie wrzucę. RODO.

Powiedział, że prezent się nie zmarnuje, bo na trzydniowy zarost może być, a jego poświęcenie nie sięga tak daleko, żeby się co dzien golić. 

Jeżukolczasty, żeby ten gupi łeb chociaż co 3 dni mył...

 Bo to fajny chłopak jest, jak był młodszy, mówili na niego Banderas.

I gupia ta jego żona. Tak, ja wiem, dorosły człowiek. Ale to taki model jak mój Eks. Jak nie kopniesz w dupę i nie pokażesz palcem, to mogiła. 

No ale ja jestem z pokolenia kobiet chowanych w przekonaniu, że mój mężczyzna świadczy o mnie i zawsze dyrygowałam.

I pilnowałam.

Inżynier wyrósł, po mamusi pedancik czyścioszek.

No cóż. Chociaż trochę się nacieszyłam przystojnym synem :)

Pogadaliśmy, omówiliśmy to, co do omówienia było. I OK.

Też go potrzebuję, chociaż nie we wszystko wtajemniczam.

Ale to wciąż moje dziecko, takie tam pijane dziecko we mgle (wyjątkowo niepijące, ale pijane).

Nie wszystko z tej rozmowy mnie zachwyciło, bo jak wiadomo, grudzień to u mnie pod kreską jest.

Piątka gwiazdkowiczów, mikołajki, no i dwóch jubilatów (nie licząc mnie samej). I włosy mi dęba na łysej główce stanęły, bo moja pensja nie ogarnęłaby cała wszystkich zamówień. Oczywiście, zasada jest taka, że daję ile chcę. Ale kupowanie dziecku na urodziny klocków LEGO za 900 zł (Papryczek), czy łóżka za ponad 1000 (to Kalafiorkówna - ale zapowiedziane, że składkowe, każdy da, ile chce, dokładają rodzice) - to moim zdaniem lekkie przegięcie, zwłaszcza w sytuacji finansowej młodych. Sama dopieszczając się, zastanawiam się, ile mogę wydać na perfumy. I choć mogę sobie kupić i takie za kilka tysięcy, zastanawiam się, czy wydać 200 zł.

Głupia ja, w sumie.

No ale i tak nie przeskoczę tej grudniowej kumulacji. Nie zbiednieję, ale wkurwia mnie podejście młodych - że dzieci muszą mieć zawsze to, co chcą. Alienek już czarował mnie jakimś Minecraftem za prawie 400 zł na Gwiazdkę, ale powiedziałam, że nie. Ze dam mu kasę, ma sobie sam uzbierać. 

Bo sumienie kazałoby mi dać wszystkim te 400 zł. Nawet jakbym odpuściła przyszywanego niżej, to i tak wyszłoby ponad 1600 zł. A gdzie urodzinowe?

Muszę też pomyśleć o tym, że kiedyś przestanę pracować i kasy nie będzie przybywać, a ubywać, a nie wiem, jak długo pożyję, bo ja strzelam, a panbuk kule nosi.

Więc jednak wezmę na wstrzymanie, a jak zaszaleję, to dla siebie.

Ja z tego powodu nawet urodzin nie wyprawiam, bo nalatam się, nakupuję, napracuję i zostanę bez kasy i ze zmywaniem, bo do knajpy dzisiaj wziąć  8 osób to też kosztuje jak za zboże i w pracy też (bo pytali, kto obchodzi, a kto nie) nie zgłosiłam, bo co z tego, że dostanę kwiatek i bombonierkę (chłopom dają dobry alkohol chociaż), jak będę musiała wydać kilka setek na poczęstunek? Podziękuję.  Bo ja poznanianka jestem, a poznanianki to Szkotki wyrzucone ze Szkocji za skąpstwo :P 

I doszłam do miejsca, w którym jestem właśnie przez to skąpstwo, przez liczenie się z wydatkami.

I nie, moje dzieci nie były poszkodowane. Miały i zabawki z Pewexu, i pierwsze gadżety elektroniczne i inne takie. Ale nigdy nie kosztem srania wyżej jak się dupę miało. To już było w stylu Eksa - jemu się wszystko od życia należało.

A, nevermind. Niech robią, co chcą.

Tyle że ja już niedługo odetnę się od zapychania dziur.

Może to coś ich nauczy.

Pracowo dojechałam do końca. Wykończona. Okazało się, że gdybym się nie przypomniała, to za dodatkową pracę nic bym nie dostała. A i tak nie wiem, czy dostanę, bo M. mówi, że wola boska i skrzypce, bo ona może tylko prosić, ale nie wiadomo, czy dostanie.

Zdaję sobie z tego sprawę, ale... Napisałam, że prawie za najniższą krajową już jadę i coraz bardziej mnie to wkurwia.

Dziennikarza mogą zwolnić, jak chce więcej, mnie też. Ale w sumie mnie to rybka już. 

Nie czuję się gorzej, ale coraz bardziej doskwiera mi to siedzenie po godzinach.

I te tygodnie, zwłaszcza teraz, zimą, wykreślone z życiorysu.

Bo rano nie chce mi się o 6 wstać, żeby lecieć na Manhattan (a cywilizuje się, dziś byłam w szoku, bo mój stragan ma nową, wypasioną, jeszcze niewykończoną budkę), leżę do 9, potem w piżamce ogarniam to, co w nocy przyszło i nad ranem, dopiero potem ablucje, śniadanie często jem po 11, więc i obiad się tak przesunął, że kolacji już nie jem.  O 16 już ciemno i choć do marketów mam blisko - nie chce mi się już dresów zdejmować i leźć...

A jeszcze teraz śnieg zapowiadają, to już mogiła.
Dziś musiałam wyjść, bo ostatnią skibkę chleba zjadłam, a nie chce mi się piec. Bo mycie naczyń po surowym cieście mnie wkurza.

Więc poszłam na Manhattan, mając 120 zł w kieszeni.

Bo mój bankomat jest zamknięty, bo Biedronkę w Alei Żula remontują.

Na Manhattanie płatność gotówką. Więc zrobiłam zakupy za 20 zł, a co :) Da się.

Resztę można w markecie, płacąc kartą. Bo mBank, mój bank pojebało i za wypłatę z bankomatu (oprócz tego jednego w Alei Żula) prowizję bierze.

Mało, że za obsługę konta, które miało być bezpłatne i za kartę, która też miała być bezpłatna (bez ustanku  zmieniają regulamin, a w innych bankach wcale nie jest lepiej, poza tym cała rodzina ma w nim konta, co ułatwia płatności w razie W, bo są od razu na drugim koncie) też biorą - w sumie w roku 168 zł golą, to jeszcze 5 zł prowizji za 100 z bankomatu - to jest złodziejstwo. A musiałabym jechać pod samą pracę, bo tam jest jedna z nielicznych (polikwidowali w Koziołkowie prawie wszystkie) filii, gdzie mogę wypłacać bez prowizji.

Kurwa.

I tak rano patrząc w lustro stwierdziłam, że do fryzjera pójdę, ogarnąć się, bom zarośnięta już jak dziecko, tyle że puszysta, a nie tłusta.

Strzyżenie, robota 15 minut na moim łbie, płacę zamiast 45 60 za przyjęcie bez zapisu - chyba dobry zarobek za 15 min nieopodatkowanej roboty?

Dzisiaj była ta fryzjerka, którą wolę, ale...

Chciała mnie zapisać, bo nie wskoczę w międzyczasie.

No to nie, podziękowałam i kontemplując


 ziejąc jadem z zazdrości, wróciłam do domu.

Nienawidzę układania sobie dnia, że mam gdzieś iść na godzinę. Bo nie. Bo daję napiwek, teraz rzadko kto daje. To nie, jak mnie jutro śnieg nie zasypie (bo taki ma plan), to pójdę po południu, może się załapię na tę, której nie lubię :) Wkurzają mnie te zapisy, wprowadzone w czasie pandemii. Wolałabym jak dawniej te pół godziny poczekać w kolejce i ostrzyc się, jak przyjdę, niż zapisywać na nie wiadomo jaki dzień. Są takie typy jak ja, że jak coś mają umówione i do załatwienia, to cały dzień mają z głowy. 

Co najwyżej się zapuszczę.

M. chce się ze mną spotkać, nie wiem, jak to rozgarnąć. 

Okulista wciąż niezałatwiony. 

Pracuję w sumie do 15 grudnia ciągiem ( w tym tygodniu ciąg olewam, jestem z doskoku, niech mnie w pompkę, mam nadgodziny, niech się wreszcie ogarną, nie zależy mi już na harówce). To i tak niewiele czasu potem na ogarnięcie - już nie jestem maszyną sprzątającą - chatę po tym Dniu Dziecka, co sobie zafundowałam ostatnio, ogarnęłam dopiero dziś. 

Rosołku nagotowałam, mam w zamrażalniku gotowe zupy, wezmę na luz.

Jak mnie śnieg nie zasypie (no te 15 cm nie powinno, ale nienawidzę brei pośniegowej i boję się poślizgu), a nie mam nawet zimowych butów (ostatnie zimy mnie odzwyczaiły od kozaków i po prostu ich nie mam), to może pójdę się gdzieś, nie, nie puścić, dopieścić.

Bo zasługuję na pieszczotki, co nie? :)  

A. Śnił mi się dziś Paryż. Mieszkałam naprzeciwko Notre Dame, która zaczęłam płonąć, a ja nie mogłam zrobić  fotek, bo jacyś kolorowi (a co), zasadzali się na mojego ajfonika...

I tak, wiem, że mój Paryż nie jest już moim Paryżem. Już wtedy, kiedy w nim byłam, było tam pełno kolorowych, chociaż jeszcze nie byli AŻ tak widoczni i agresywni... 

 

 

piątek, 21 listopada 2025

Jutro

możemy być szczęśliwi, Kochany Pamiętniczku.
Jutro możemy być szczęśliwiJutro możemy tacy byćJutro by mogło być w tej chwiliGdyby w ogóle mogło być.
 

Coraz

 mniej mam cierpliwości, Kochany Pamiętniczku do pracy. 

Mam wrażenie, że czas mi przecieka między palcami i nawet to, że mogę coś w domu zrobić nie usuwa tego głupiego uczucia. 

Trzy osoby w jednym dziale (czwartej się pozbyli, bo opóźniała wszystko i musieli za nią robić) i... 6 stron do zrobienia. 6 stron, które ja przeczytam dwa razy w góra 20 minut, powoli, myśląc o błędach i zastąpieniu bełkotu polszczyzną. 
I do tego D., która zawsze trzyma mnie po godzinach.

Sceny balkonowe odstawiłam i skończyłam o 16.58, ale i tak kurwica mną miotała.

Jedyną pociechą jest to, że z chmurki będę  obserwowała nową korektorkę.

A może i nie, może przesadzam z moim niezastąpieniem? Może, jak śpiewa SDM - będą wtedy szczęśliwsi? 

Właśnie przed chwilą dostałam diagnozę MW. Spektrum autyzmu. Wysoko funkcjonującego, ale jednak.

Trudno, trzeba będzie z tym żyć, choć łatwo nie będzie. Są gorsze rzeczy w życiu. Przerabiałam, obawiałam się ich. 

Muszę to jeszcze przetrawić.  Mnie nie była potrzebna diagnoza, ja po jej oczach wszystko wiem.

Przykro mi bardzo i żal do losu. Ale cóż.

Jutro wleci P., pogadać.

Tak jak mówiłam, tłumaczyłam: rodzina. Nie taka, jak mojego ojca, gdzie ma trzynaścioro dzieci w sumie nikt się nikogo nie trzymał i wszyscy byli skłóceni.

Nie jak mojej mamy, gdzie do dziś nie potrafię rozszyfrować ich animozji, ale tam były trzy żony, czwórka dzieci z dwóch małżeństw i nie - żadnych rozwodów, po prostu życie - śmierć i macochy. Zakręcone, a ja do dziś nie jestem w stanie ogarnąć tych pokrewieństw i żali - za głupia jestem.

I nie taka, jak mieliśmy z Eksem, gdzie wszyscy oglądali się na kasę, a ci, który jej nie mieli (jak ja i jedna ze szwagierek, z pogardą nazywana: bo una jest ze Swarzyndza, najwięcej z siebie dała, opiekując się wszystkimi, w tym i teściową, która nią pogardzała, bo una ze Swarzyndza), no i jak mówiła teściowa: każdy ma ręce do siebie, nie od siebie. Upominając się o zachowek, który jej się nie należał, bo była już 10 lat po rozwodzie, co miała wyrwać, wyrwała, a wyrywali sobie każdą pierdołę, krzywoprzysięgając, nawet zepsutą pralkę automatyczną, bo "im się należała". Teść w sądzie zeznawał, że nie ma innych bliskich, a pod sądem w samochodzie czekała na niego rodzona jego siostra. Rodzina, w której wszyscy dorwali się do koryta, zabierając Eksowi to, co mu zostało zapisane,  okradając jego dzieci - które były powodem, dla którego chatę dostał. Żeby miał za co je wykształcić. Teść, nienawidzony przez całą rodzinę, nawet Eks unikał go jak diabeł święconej wody, jednak myślał o najsłabszym ogniwie w rodzinie.  Że nie walczyłam? Rodzina miała adwokatów za darmo, ja musiałabym płacić. Zażarta walka trwała 12 lat. Testamentów było 17 (sic!). Z mojej pensji korektorki opłacić adwokata? Dzięki kasie, której nie wydałam na adwokata, wykształciłam dwójkę wspaniałych chłopaków. Druga żona teścia, z którą się rozwodził, ale nie zdążył się rozwieść, miała córkę adwokatkę. Szwagier operował wielu adwokatów, nie, nie brał za to kasy - brał usługi, także od stolarzy i innych zawodów. Taniej by operowanym wyszło zapłacenie za zabieg. Szwagierka z Niemiec wydawała na adwokata co miesiąc tyle, że ja bym za tę kasę miesiąc przeżyła i jeszcze bym odłożyła.

Cóż, było, minęło, mam superdzieci, znające swoją wartość. 

Niemające do mnie żalu, bo razem tak postanowiliśmy - iść naprzód, nie oglądając się na rodzinę. My jesteśmy swoją rodziną. 

A teraz bez kasy weźmiemy się za ogarnianie tego, co się rypło. Nie do końca, ale czasem trzeba będzie się sprężyć. Cóż, taki life, przerabiałam gorsze rzeczy. 

Będzie dobrze.  

 A w tym całym syfie pracowym nawet nie zrobiłam dnia gospodarczego i nie posprzątałam korytarza (znów moja kolej, jak ten czas zapierdala!).

Ale Spotify przypomniało mi w którymś momencie 


 i... przeleciałam wszystkie możliwe interpretacje, w tym i braci Kaczmarków kilka lat później (o rany, jakie inne odczucia, nawet z moim słuchem, wiadomo, jest jak jest), i Ładysza, Ładysza z żoną, i...

No czasem tak mam.

Mama moja i ciocia, jej siostra, kochały Ładysza. Mnie było trudno ogarnąć jego głos bez słuchawek.

Teraz, bo wiadomo, że z moim słuchem, pogarszającym się systematycznie, wiele nie ogarniałam do końca. I owszem, na potańcówkach, na zabawach - wiadomo, głośno.

Ale na potańcówkach nikt tenorów nie puszczał.

Chociaż O sole mio leciało w radiu, inne takie też. O sole mio znałam, bo ciocia często nuciła :) 

Ale tak naprawdę zaczęłam to wszystko zbierać do kupki teraz, zwłaszcza że wtedy nikt nie zakładał nawet istnienia YT, Spotify czy innych cudów wianków.

I tak, skoczywszy do Lidla na jednej nodze, słuchając piosenki, wracając po te nowiny niespodziewane...

Umówiona jestem na jutro z P.

I. jest słomianym wdowcem, żona pojechała na jakąś konferencję...

Rano, bladym świtem (u mnie 8, jak on zaczyna pracę) pomyśleliśmy o nocowance.

Ale...

Kundel.

U mnie w mieszkaniu nie ma już miejsca dla Kundla.

Przykro mi... Nie, żebym go nie... no dobra, lubiła, o kochaniu mowy nie ma, bo wonieje mokrym psem i ciągnie mnie, narażając na kontuzję...

Nie mam gdzie wynieść badylków, które przedtem poupychałam na balkonie


 Obgryza namiętnie wszystkie, a tu są trujące dla niego. Nie wywalę też (nie mam gdzie) badylków z małego pokoju, koło których przesmykuję się sama wdzięcznie. Musiałabym je usunąć, żeby było spanie dla wszystkich. 

Sorry, w starciu badylków z Kundlem - wygrywają.  

Każde z nas ma swój wybór.

No i...


 to wszystko nie przetrwa ataku Łobuzów. Nudzących się, poniekąd, bo pod ręką i kompiki (nie wolno dotknąć nawet palcem), nie wolno się huśtać na krześle, nie wolno rzucać poduszkami, bo leci, nie, nie pierze, ale wszystkie durnostrojki. Cóż, moje mieszkanie jest niekompatybilne z dorastającymi, a jeszcze niedorosłymi egzemplarzami (te od Pierworodnego już dorosły). 

I. ma do ogarnięcia swoje lary i penaty (oj, ma, moje to małe miki w porównaniu z jego), zakupy i dwójka Łobuzów, nie byłoby nawet czasu na rozmowę. Dogadaliśmy się MSG. Jest OK.

Sama potrzebuję oddechu po pracy, spotkanie z P., bo on potrzebuje matki jednak. Tak wyszło. Cóż, czasem matka przydaje się, zwłaszcza gdy akceptuje, ogarnia, nie ocenia, nie docieka i nie analizuje. Nie wnika. Po prostu jest.

Więc... przeżyć jutro, pocieszyć dziecko, ogarnąć kuwetę.

I dalej żyć.

Jak widać, życie nie składa się z oddychania...

Ale i tak jest piękne.

Mimo wszystko.

A sny miałam koszmarno-słodkie, wyjechane w Kosmos.

Tak jakby mnie i wzywali na tamtą stronę, i kazali tu warować.

Cóż, muszę się jakoś  ogarnąć.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo...

 

 

 

 

czwartek, 20 listopada 2025

Dziewięć

godzin czytania non stop, Kochany Pamiętniczku.

A potem czekanie godzinę na autoryzację, w końcu wyprosiłam czytanie bez autoryzacji, co najwyżej jutro na ozalidy zerknę.

Ile można?

Błogosławię pandemię.

Bo dzięki niej nie muszę jeździć do redakcji.

A coś w tym jest - bo zawsze się tam źle czułam. To nowy budynek, nówka nieśmigana, 20% wilgotności w pokoju. Wiem, mierzyłam. I to trupie światło biurowych lamp, zawsze stojąc przed lustrem w kibelku zastanawiałam się, czy faktycznie już wyglądam jak plakat Iron Maiden, czy jeszcze odrobina dawnej urody we mnie jest?

W domu mam zawsze w granicach 30-45 albo i więcej procent wilgotności. Jednak jest różnica.

Nawet teraz, gdy sporadycznie wpadam dosłownie na chwilę, czuję się tam od wejścia źle.

A dzisiaj włączyłam ogrzewanie - pierwszy raz w zasadzie w tym sezonie, bo po włączeniu na rozruch, żeby nie zapowietrzyć, od razu zamknęłam kaloryfery, bo jest mi za gorąco. Dziś zmarzłam, przemeblowałam przy oknie, bo ciągnęło mi po pleckach jak cholera, no i odkręciłam kurki. W małym pokoju, gdy wpadałam drukować aż mnie mroziło. Musi na dworze już naprawdę zimno, nie wiem, nosa nie wychyliłam za próg. 

Nagrzeję chaupkę, a potem przykręcę ogrzewanie - nie chcę sobie grzyba wyhodować, aż tak oszczędzać nie muszę. I zakręcam nie z oszczędności, ale żeby się nie zagrzewać :) 

Zniesmaczona jestem komplementami, które dziś na mnie spłynęły, żem kochana, jedyna, szybka, cudowna i inne sranie w banie.

Tak jestem.

Ale moi współpracownicy byliby milsi, lepsi i bardziej kochani, gdyby szanowali mnie. Mój czas.

Wiem, delegacje, praca w polu, internety - mają zapieprz. Ale gros tekstów, które dziś ogarniałam można napisać ciut wcześniej. I nie przysyłać mi 5 tekstów hurtem, bo hurtem ich nie zrobili. Zrobiłeś jeden - doślij, później drugi i tak by się to kręciło. Ale nie zdołałam tego wywalczyć przez 15 lat, więc odpuszczam. Każdy święty ma swoje wykręty :) 

Przetrwałam dzięki Spotify - leci cały dzień, dobrze, że mam słuchawki na zmianę.

Nie dudni mi tak ten Meniere, a to już coś :) 

No i od kompika do kompika sobie tanecznym krokiem chodziłam.

Brakuje mi tańca. Bardzo.

A na ryneczku już karpie z Milicza niedługo będą. W nowej budce, wcześnie w tym roku. Może kupię, bo patroszą, a 30 zł za kilogram to dobra cena - półtusza w rybnym w zeszłym roku chodziła po 90 zł za kg. A tam wypatroszą, podzielę sobie, zamrożę. Już nie przepadam za nim tak jak kiedyś, ale cóż...

Smak dzieciństwa, czasem trzeba sobie przypomnieć.

Z nadzieją, że nie będę musiała w tym roku nigdzie zębów szczerzyć i zjem tak, jak chcę...

Pozostaję :)  

 

UPDATE

Wrócił na memłon rodziny i się zameldował. Padłam. W szoku jestem i chyba już nie powstanę :)

 

środa, 19 listopada 2025

Znalazłam


w odmętach, Kochany Pamiętniczku.

Jako że już nieaktualne i mało prawdopodobne, żeby ktoś rzeczone istoty w realu rozpoznał, dlaczego nie :) 

Słodkie.

Gość z fotki siedzi właśnie na Podlasiu, a moje matczyne serce zwija się...

Bo Podlasie, bo Drohiczyn, bo wiadomo.

A jednocześnie nowe scenariusze zmartwieniowe sobie piszę: że jeździć będzie po całym kraju.

Że... a ić, sranie w banie, ić stond.

Czemu ty się zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem?

Jesteś? A więc musisz minąć.

Miniesz, a więc to jest piękne.

I w drugą stronę mnie szarpie - zazdrość.

Że jeżdżąc po kraju, jednak wiele zobaczy. Tego, czego nie widział, bo latami zapierdala jak chomik w kołowrotku. Teraz też zapierdala, ale coś przeżywa, poza jazdą autobusem do pracy i z powrotem. Dziś pisałam do niego, trochę z ciekawości, bo pracuje przy montażu jakichś cudów wianków w chlewach (ma złote ręce, chociaż jest mańkutem na obie ręce i nogi), pytając o bioasekurację i ASF, bo właśnie tam się zaczęło od dzików, które przylazły z Białorusi.

I tak mi wspomniał, że tak daleko na wschód jeszcze nie był.

Może delegacje to nie jest taka zła opcja, nawet jak nie ma cię długo w domu? Inżynier nie cierpi, ale on się za młodu wyszalał, a P. nie. I latami kursował na trasie praca-dom, praca dom.

Więc niech mu się wiedzie w tym lataniu, niech ogarnie trochę świata.

Zanim się zestarzeje tak jak ja - dopiero na starość się trochę powłóczyłam, ale zostają wciąż niezrealizowane marzenia: Jura Krakowsko-Częstochowska - bo latami na dworcu w R. patrzyłam na litografię w sepii, wiszącą na ścianie, obiecując sobie, że kiedyś tam pojadę. Owszem, mogłabym teraz, nawet Słonko mi proponowało nocleg u jej rodziców... Ale... Kondycja nie taka już - nawet jak dojadę, nie połażę, bo podejście na osiedlu lekko pod górkę przy jedynce to już jak K2, więc idę inną trasą, żeby się nie zasapać i nie oblewać zimnym potem.

I Kornwalia, zawsze tam chciałam pojechać, do tego wypasionego Edenu - miałam obiecane, ale nie wyszło. A Kornwalia, bo Poldark. Bo tak.

Kolejne marzenie spisane na straty. Tak wyszło, trudno.

Sama jestem jak pijane dziecko we mgle, a poprosić nie ma kogo. Cóż, życie.   

I inne takie tam, więc niech chociaż się poszwenda służbowo, zawsze coś. Jak wiosna wróci, to w tych pipidówkach może się nacieszyć spacerami i zwiedzaniem.

Życie, kochanie, trwa tyle, co taniec...

A mnie nawet wieńca kupić nie chcą, chociaż piszą do mnie: cudowna i kochana.

Co poniektórzy, bo inni to piszą, czy emilek doszedł, bo nie odesłałam.

Kurwa.

Jebane coroczne forum.

Sranie w banie, wiecie, rozumiecie, wiodące, generalnie niezbędne do życia, opiniotwórcze i ojacierpiędolę.

Tak, rozumiem, to też generuje część mojej nędznej wypłaty.

Ale znów pod egidą Bossa, przesuwane z dnia na dzień, zebrania, nasiadówki, bicie piany i zawracanie korporacyjne dupy ludziom, którzy nie mają w ten sposób czasu na normalną pracę.

O 16 emilek od Bossa, że jeszcze minister się wypowie.

Kwitnę do 22, piszę emilki, wysyłam SMS i nic.

O 22 SMS, żeby nie czekać, bo minister będzie rano.

Chwała za siedzenie bez sensu przez 6 godzin przed kompem, czekając na ministra.
Nadgodziny, no ale jestem w domu, to co mam do roboty?

Tyle że zaliczyłam serial, hiszpański, jak to u nich - romans i nieprawdopodobne, a gdy zaczął mi się podobać główny bohater, to go zabili :) 

No ale spałam.

A rano wstać nie mogłam i nie chciało mi się, prawdę mówiąc.

O 8.45 w śpiżmamance, siadam do kompa i jest, a jakże minister. 8.52 ogarnięty, emilek odesłany z ministrem skorekconym i jazda - dalej w śpiżmamance z resztą dosłanych emilków. 9.39, wszystko ogarnięte, szybka piłka w łazience, głodna nie jestem, więc siad do kompa. 9.52 SMS, czy dotarł mail z tekstem Ministra. Kurwa, Ministra. Odesłany o 8.52 i do autora, i do grafika, zgodnie z życzeniem. Odsyłam jeszcze raz. I tak sobie SMS, w końcu: dobra już mamy. Nosz kurwa, jak to jest, że mnie nigdy na poczcie nic nie ginie, a innym tak?

I śniadanko sobie robię.

Obiadek przygotowuję.

W gry gram i nic, dupa, a jutro ma jechać do druku 2/3 gazetki, już i tak przesuniętej na poniedziałek. Jakieś 250 stron jak dla mnie, bo I i II korekta.

Przypominam sobie, że ma być jakieś zebranie zwołane przez prezesa, niebaczącego na to, że u nas sądne dni.

Wtóruje mi w tym T., rozkosznie bluzgający na jugosłowiańskie gówno. Bo tak, bo w ramach oszczędności mamy program stamtąd z... 2002 roku :) To tak, jakby uznać dziś samochód z 2002 roku za cud techniki. 

Nevermind.

W południe, nie wyrywając sobie rękawów i mając już dość grania i łażenia po necie, ile można - wyjść z chałupy nie mogę, bo pracuję, co nie (ale skoczyłam na jednej nodze i wyniosłam bio, leżące od dwóch dni na balkonie, u mnie jest dużo bio, bo worki mam 5-litrowe, biodegradowalne, a jadę na zielsku, no ale prawie zero jest, to bio ma się tam dobrze). 

I piszę do Góry, że spisek widzę, zamach na moje życie, ale ostrzegam jednocześnie, że  kwiaty drogie i na wieniec dużo wydadzą...

M. odpisuje, ogólny emilek alarmujący załogę, że ona na wieniec nie da, że żadnych wieńców.

No, świnie, swojej ulubionej, kochanej, cudownej korektorce na wieniec poskąpią?

Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale...

I maszynki się pojawiły, ogarnęłam już po godzinach.

Taki tam comiesięczny syf, na koniec roku przez to jebane forum jeszcze bardziej pojebany.

A T. pisze, że Boss posłał do druku bez naniesienia II korekty wczoraj, że będzie miał robotę na ozalidach.

I jak tu nie kochać swojej pracy, no jak?

Ja, stara komunistka, która nie wyszłaby z sali po okrzyku precz z komuną, po którym wylazł wuc, zachwycona jestem działaniem Czarzastego. I tak jak na początku zachwycałam się Kościółkowym, mimo głosu rozsądku, który mówił mi, że nie ma czym, tak Czarzastemu kibicuję. Mądry gość, krzyż zostawił, żeby się mieli pod czym modlić o powrót alkoholu do Sejmu.

I tak, sama piję, bez bicia przyznaję. I to czasem nieźle dawałam w palnik, młodszą (niemłodą już kobietą) będąc. Jak choćby wtedy, gdy zginęła mi myszka kultowa, z mysich cipek :) Albo gdy wracałam z Baranem z sylwestrowej lumpi i następnego dnia zastanawialiśmy się oboje, gdzie utytłaliśmy sobie po kolana w błocie dżinsy, leząc tylko na ulicę Kwitnącej Wiśni, by obejrzeć poprzednie włości, a potem do Sroczego Zaułka - na całej trasie nie było błota :) 

Nie mówię, że nie mam pijackich epizodów w życiorysie, o których chciałabym nie pamiętać. 

Ale.

Nigdy nie piłam w pracy. A pracuję od lat w środowisku zaiste pijącym. Wciąż widzę Tomka D., cenionego dziennikarza (już nieżyjącego), leżącego na brudnej jak ta święta ziemia wykładzinie w redakcji na Grunwaldzkiej. Niekontaktującego, reszta redaktorów też nie była w najlepszej formie, tylko korekta trzeźwa opanowała sytuację. I nie, nie byłam sama w tej trzeźwej korekcie. Moment, kiedy zamiast 24 stron poszło do druku 16, bo w pierwszych chwilach, gdy wysyłano do druku gazetę online, trzeźwy był tylko... nocny stróż, któremu to zlecono, a że nie znał się na wysyłaniu online, a korekta już poszła do domu, bo nie miała już nic do roboty...   
I  nieżyjący już, młodszy ode mnie redaktor, zresztą bardzo fajny gość, w kolejnej mojej pracy, przyjeżdżający z Warsiawki, pupilek też nieżyjącej już współwłaścicielki Auschwitz. Po jej odejściu z tego padołu łez zawieszono zaraz czasopismo, które dziś byłoby wiodące na rynku, bo pisało o energetyce odnawialnej, gdy była ona jeszcze w pampersach. Na jego przyjazd zawsze kupowano kilka zgrzewek piwa Warka Strong - bez tego nie zaczynał pracy. I zawsze   zgrzewka trafiała do mnie, albowiem tylko ja nie buntowałam się na siedzenie z nim po godzinach. I nie, nie piłam z nim. Zgrzewka lądowała w mojej lodówce w domu. 

Imprezy zakładowe - już w miejscu, gdzie obecnie pracuję. Unikałam zawsze, zaliczyłam tylko jedną zakładową wigilię. A są co roku. Jak już coś się działo, to ogarniałam lampką szampana. I nie dlatego, że wstydzę się, że lubię alkohol, bo lubię. Ale następnego dnia nasłuchałam się różnych opowieści - nie o sobie. I tego się trzymam.

Piję, bo mogę, ale nie dlatego, że muszę.

Będąc DDA trzymam się pędzla, guzika i powietrza, starając się ze wszech miar, by alkohol był dla mnie odskocznią, nie musem, koniecznością.

I serce mi pęka, że Sejm, w tak kurewskich czasach, jakie są, z wojną za granicą, rzut beretem od miejsca, gdzie obecnie pracuje moje dziecko, zajmuje się, kurwa tym, żeby nie można w nim było kupić alkoholu!

Ja, mając dość życia, pracy (już niedługo 11 lat na emeryturze), żeby się napić, bo padnę od stresu (tak, jestem alkoholiczką), muszę się przebrać  (za Gwiazdora) i polecieć po nadgodzinach do najbliższego marketu (daleko na moje stare nogi), bo na skutek pisowskiej polityki padła moja ukochana Piątka, pracująca w pocie czoła do 21.

Gdzie tu jest, kurde, sprawiedliwość dziejowa?

Śmieję się trochę, ale to jest śmiech przez łzy.

Na pocztę jeszcze wlazłam, a tam już nowe emilki, tradycyjnie wysyłane po 17.

I na serio - w dupie mam.

I tak będę jutro pracowała chujwijakdługo, więc nie.

Nie włączę drukarki, nie odpalę mojej zajebistości i nie popracuję.

 

Takie tam, comiesięczne od lat, nakładające się na politykę.

Poszłabym po winko, ale ciemno już jak w dupie u Murzyna, pomijając źle ustawione lampy reklamy na sąsiednim bloku, wkurwiające mnie co dzień i podlegające pod ustawę o smogu świetlnym...

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil wkurwiających na maksa :)  

 

 

sobota, 15 listopada 2025

Ułożyło się

 Kochany Pamiętniczku.

Napisałam rano, tak po ósmej, do P. Nawet nie odczytał.

Przed 10 napisałam do jego żony.

Nic.

Koło 10.30 pojawił się na MSG Inżynier, poprosiłam, żeby zadzwonił do brata, bo dziwne to. 

Ja i moje teorie spiskowe. Zadzwonił i wywalił brata z łóżka.

Powiedziałam o klamce, chciał lecieć na złamanie karku, ale powiedziałam, że siedzę na dupie więc spoko.

Ale też błyskawicznie przyjechał i już w pierwszych słowach usprawiedliwiał się, że pamięta o kasie, ale...

Kazałam mu się zamknąć, powiedziałam, że dobrze, że pamięta, ale ma zapomnieć. Nie będę mu dawała za pracę, ale go wykorzystam - odrobi - widziałam, że kamień mu z serca spadł. W końcu aż tak często go nie wykorzystuję.

No i po pogawędce wziął się do roboty.

Dobrze, że wściekła (bo wściekła byłam, jak zawsze) nie zabrałam się sama do tego. Bo jak z tym piekarnikiem - też bym nie dała rady.

I zgodnie z regułą naszej chałupy - jak inżynier nie może, to się bierze technika. Inżynier domowy nie jest tak elastyczny i uparty, jak P. Okazało się, że zgodnie z moimi przewidywaniami, śruby nie pasowały. I nie były za długie, a za krótkie. Co się biedak namęczył, ale ogarnął i to śpiewająco.

Inżynier by - nic mu nie ujmując - nie ogarnął.

Powiedział, że pomyślimy o całkiem nowym ogarnięciu tych drzwi. Wiem, że polezie i wymycha coś w markecie.

MW nie chodzi już do tego liceum - nie przypasowało jej. Nie mieliśmy za wiele czasu na gadanie - co rozumiem, bo mógł mieć inne plany, dorwałam go znienacka.  Będzie się uczyła w domu - jest jakiś program dla takich dzieci, niedostosowanych społecznie. A maturę będzie zdawała w Warszawie. Jak dla mnie to szalony plan, ale cóż - jak będę mogła, pomogę, choć szczerze - ze szkolnej wiedzy niewiele mi w głowie zostało, lektur już nawet nie pamiętam, tylko ogólniki i frazesy. I nawet gramatyki bym już nie ogarniała - ostatnio próbowałam zrobić rozbiór zdania - i zabijcie mnie - nie umiem :) 

No nic, czas pokaże.

A leci jak szalony.

Jak przyszedł P., założyłam okulary (w domu nie noszę, tylko do kompa) i...

No asparagus się posypał jednak.

Więc zaczęłam ogarnianie, a jak zacznę, to skończyć nie mogę.

I tym pięknym sposobem ogarnęłam tę kuwetę - i dobrze, bo dynia dekoracyjna zaczęła już pleśnieć. Trochę image zmieniłam - jeszcze nie na gwiazdkowe, ale halloweenowe świece do końca wypalić trzeba było.


 Obie zapalane jednocześnie - a tak dziwnie się palą... Krwawo, jak obiecywali. 

I na stół też poszedł taki obrus w kratkę - niby to bardziej gwiazdkowe, ale...

Nie chciało mi się już szukać świątecznych gnomów, dobrze je zachomikowałam. Ale jeszcze na nie czas. 

Ratuję się jak mogę przed chandrą, o 16.30 już noc.

W szafie mam jeszcze do kompletu zasłony z takiej kratki, spłowiałe od słońca.

Latami miałam kuchnię w takim stylu, gdzieś mam zdjęcie, jak karmię przy stole Inżyniera,  ciastem, nie cyckiem. Moje ulubione. 

Może jutro zacznę segregować fotki?

Chciałam kiedyś zmienić te kuchenne zasłony na inne, ale zaprotestował Pierworodny, mówiąc: mamo, nikt na osiedlu nie ma takich. Wracam do domu, patrzę na blok i już wiem, że to mój dom...

I nie, nie wracał jeszcze na autopilocie - on z tej lepszej części rodziny, niealkoholizowanej. 

A we mnie te słowa, jak mało które zostały na zawsze.  

Wciąż w szafie kitram i firany, i te nieszczęsne zasłony i obrusy, których tak naprawdę nie mam gdzie kłaść, ale raz do roku robię sobie czas w biało-czerwoną kratkę.

I tak się dziwnie złożyło - zobaczenie Pierworodnego i ta kratka.

Wzruszyłam się :) 

Bo zameldował, że teraz już  mu w pracy drgnęło i będzie rzadko w domu. Wyjeżdża na Podlasie. 

Będę się o niego martwiła - jeszcze nie ma prawa jazdy i samochodu, ale...

Dobrze, koniec pisania scenariuszy.

Ale chyba zostanie mi to do końca życia. 

Namawiali mnie na wyprawę do ogrodu dendrologicznego - od paru lat zasadzam się na Lumina Park. Ale tak znienacka z tym wyskoczyli - a mnie już tak daleko od spontaniczności. No i trzeba jechać jak jest ciemno. Sołacz - mieszkałam tam kilka lat, pracowałam w Bibliotece Głównej AR - ale teraz mimo map Googla nie ogarniam. Jakoś nikt nie przejmuje się tym, że boję się dojazdu tam. Odpuściłam, wykręciłam się i już. Nie wiem, czy pojechali, czy nie. Ja sobie to inaczej ogarnę - wybiorę się tam w dzień, żeby obczaić drogę, a potem pojadę. Sama i też git majonez. Jak będę miała fazę i się zmobilizuję. Oni mogą tylko w weekend, a ja wolę w dzień powszechni, gdy nie ma takich tłumów. Może ogarnę, może nie, nevermind. :)    

Film dokończę, już z tej gwiazdkowej serii na Netflixie, ale wielu tam nie mam do oglądania, nie lubię drugi raz oglądać tych szmelcowatych, duszaszczypatielnych - bo takie są...

A oglądnęłam już prawie wszystkie.

I bardzo lubię takie domowe, spokojne dni, kiedy nie nakręcam się niczym. 

I tak, chociaż psioczę na niego bezustannie, serce rośnie jak widzę moje najstarsze dziecko - z tymi tłustymi kłakami i z prawie już siwą brodą...

A ja wciąż młoda i piękna.

Dano mi w życiu wiele.  Także to, że mam 45-letniego syna.

Dziękuję, losie :)  

 

piątek, 14 listopada 2025

To

 było hardcore, Kochany Pamiętniczku. Mam nadzieję, że dłuuuuugo nie będzie żadnej powtórki. 

Pomyliłam daty, okazało się, że jedzie 11 listopada. Przyjechał po mnie rano, bo pociąg miał o 15.30, a musiał wrócić do Poznania, a w tym dniu odbywały się i demonstracje narodowców, i imieniny ulicy Św. Marcin, i... maraton oraz parę innych imprez.

Więc podłączył mi sprzęt kurcgalopkiem.

No i za Chiny Ludowe nie mogłam się zalogować, co było tym dziwniejsze, że przecież hasło wpisywałam prawidłowo. I od początku mi coś nie pasowało, bo na miejscu U było na klawiaturze W. No ale bywa, więc poszukałam U i klikałam w nie, omal nie blokując sprzętu. 

Dopiero po chwili "uświadomił mi" (kazanie było), że wpisuje się na pamięć. No dobra, piszę bezwzrokowo, ale hasło zawsze wolę widzieć, co klikam, bo pomyłki są denerwujące i nie zawsze można liczyć na pamięć mięśniową, bo jak jem, to przesuwam klawiaturę i nie zawsze ustawiam ją idealnie pod palce.  A on na miejscu klawisza U miał W, choć litery były jak powinny. Nosz, ja mam ogarniać jego pomysły.

Pojechał.

Następnego dnia już się zalogowałam, ale po chwili przestała mi działać klawiatura i gryzoń.

Bo miałam przed sobą 3 monitorki - od laptopa i jego dwa.

I tak jak kocham moje dwa monitorki i pracę na nich, tam u niego szału dostaję. Bo muszę pracować na lapku, na którym zazwyczaj baaaaardzo rzadko pracuję i nie lubię. Inaczej działa tam poczta. Dodatkowo okazało się, że nie mam SE, znaczy się pracowego programu. Nie wiem dlaczego informatyk mi go nie wgrał. Wgrał mi za to SE w przeglądarce na kompie, bo mi się tam najlepiej pracuje. Na całe moje szczęście mam dobrych ludzi w pracy i dosyłali w Wordzie - dla nich to dodatkowa praca, bo pracują w SE, musieli kopiować do Worda i z Worda z powrotem to SE tekst już skorekcony.

Jak informatyk przyjedzie z tonerem i papierem, będzie musiał to zmienić. No chyba że licencja jest na jedno urządzenie, to nie, zostanę bez SE na lapku.

Będzie powód do niewyjeżdżania.

Jako że klawiatura i gryzoń padły, dobrze, że działała klawiatura od lapka i gryzoń od niego, bo nie cierpię touchpada. Ale zabrałam gorszego gryzonia i ciśnienie mi rosło...

Po południu odezwał się I. i znów ochrzan - że tam gdzieś na biurku, nawet fotkę dosłał, jest pizdryk z czerwoną kropką. 


 Zdjęcie poglądowe pizdryka załączył, a jakże. Tyle że na biurku, pokrytym kurzem wieków jest bajzel na kółkach, jak przesunęłam lapka, znalazłam za nim pustą butelkę po winie i po wodzie mineralnej.

Nie mówiąc już i plątaninie kabli pod biurkami, jakieś porty, skrzynki i inne chujwico. Nie szukałam nawet pizdryka, szczęśliwa, że w ogóle mogę pracować. Żeby nic nie jebło się modliłam.

Tylko nie wyłączałam lapka na noc, na wszelki wypadek.

W środę siedzę sobie już po pracy i zneutralizowaniu Łobuzów (to już inna bajka), na iPadziku gram, gdy wtem wyskakuje mi info, że zamówił jakąś część do pompy ciepła (padła ta część i pompa nakurwia ile fabryka dała, a wyłączyć jej nie można, bo się nie włączy), więc w mieszkaniu jak na pustyni - 26 stopni i 28% wilgotności, słonko tego dnia nakurwiało, nawet spuszczenie rolet nie pomogło w ochłodzeniu, a wietrzyć nie można (i tak, śmierdzi - mi śmierdzi mimo rekuperacji, bo i pies wraca mokry i jest ledwo przetarty ręcznikiem, i  puszki po żarciu sierściuchów, otwarte, rzucone na blat wonieją rybą non stop, a ja mam czuły węch)... 

Że część miała przyjść w przyszłym tygodniu, a przyjdzie... jutro.

Kurierem.

Że ogarnę. No w aparatach na dole słyszę dzwonek, na górze, gdzie jest biuro - nie wiem, bo nigdy nikt nie dzwonił, gdy tam byłam. 

Więc odłączyłam lapka, klnąc, bo mało że nie mam SE, to nie będę mogła drukować (na szczęście nikt nie chciał jeszcze wydruków).  Mogłam pospać, bo tym razem nie odwoziłam dzieci - robiła to ich matka przed pracą, ja tylko odbierałam je ze szkoły (kolejna historia).

I od rana szybka kąpiel, żeby mi włosy wyschły, bo na mokre aparatów nie założę. A słoneczko nakurwiało jeszcze mocniej...

I tak siedzę, pracuję, a praca szła tym razem wartko.

I Inżynier pisze, że ma linka do kuriera. Że będzie między 12 a 13, co wkrótce zmieniło się na 14, Super, wprawdzie pójdę później po Łobuzy, ale wytrzymają, a ja o 14.25 mam autobus prawie pod szkołę, to się nie nałażę.

Spokojnie śledziłam trasę kuriera, nawet aparaty wywaliłam, muzyczkę sobie zapodawszy, bo już 13 i koniec mojej pracy, a mają taaaakie wielkie okno w kuchni, widać podjazd, apka go śledzi.

Pomijając, że siedziałam w totalnym bajzlu na blacie, z tymi puszkami i innymi takimi tam, z indukcją ufajdaną po kokardkę i kucyki tak, że nawet obiadu sobie nie zrobiłam - kupiłam poprzedniego dnia lunchbox w Biedronce i kefirek, od dwóch dni bez obiadu nie umrę. I nie, nie sprzątałam nic, bo jak ostatnio sprzątnęłam i doszorowałam kuchnię, 5 minut po powrocie rodziny znów był tam bajzel kosmiczny. 

Kurier przyjechał o 14.07. I cały pogrzeb na nic - musiałam do szkoły per pedes, bo następny autobus był za godzinę, a do szkoły mam 25 minut marszu.

A że tego dnia było 15 stopni, a Łobuzy noszą już zimowe (sic!) kurtki, a Kalafiorkówna nawet kozaczki ocieplane już po 100 metrach zaczęli mdleć, bo jeszcze ciężkie plecaki, więc kazałam im zdjąć kurtki i sama je dygałam. Kurtki z jakiegoś nowomodnego materiału, ocieplane solidnie i ciężkie. A pod nimi mieli jeszcze ciepłe polarowe bluzy z kapturem... Ledwo dobrnęłam do domu z tym ciężarem, sama w jesiennej, ale ciepłej kurtce, ale już jej nie ściągałam. Fakt, rano jest kilka stopni, ale dzieci jadą samochodem, nie idą na piechotę. Więc nie ogarniam zimowego stroju. Sama swoje ubierałam ciepło, ale primo po pierwsze były inne jesienie, primo po drugie - do domu miały niecałe 10 minut drogi. 

T-shirta miałam mokrzuteńkiego.

Wróciła Inżynierowa. Poszła z Kundlem, chociaż ja z nim wychodziłam 3 razy. Odgrzała sobie w mikrofali jakąś chemię z Biedronki, przysnęła przy stole na chwilę


 A na stole rzeczy, które leżały tam od mojej poprzedniej wizyty i parę innych, nowych. Z lekka to odsunęłam rano, bo tylko tam mogłam postawić lapka, bo ma krótki kabel. Podejrzewam, że dostałam jakiegoś używanego, bo bateria pada błyskawicznie, pracować mogę tylko na kablu.

Spokojnie namówiłam Alienka na wydobycie z tego kłębowiska bluz.


 Sztuk 4.

W tym jedna z mojej poprzedniej wizyty... Karnie zaniósł do kosza na pranie.

W międzyczasie w środę była awantura (głośna), gdy kompletował rano torbę na basen, bo okazało się, że są w niej w woreczku mokre gacie sprzed tygodnia. I narzekanie na Inżyniera, że nie pilnuje takich rzeczy. Hmmm... To już inna bajka.

Odbierając wieczorkiem Alienka z basenu, kazałam mu zaraz wywalić gatki do prania.

A przecież nie musiałam pamiętać, co nie? 

Zapytałam też wieczorem o ręcznik z basenu, rzucony beztrosko na krzesło: czy ma iść do prania, czy coś? Okazało się, że ma wisieć, bo będzie za tydzień używany, a tu nikomu nie przeszkadza. Mnie na pewno nie :)  

A że Kundel mnie molestuje nieustannie, bolały mnie już na maksa nogi, bo mam bardzo tkliwe na dotyk, nawet o tym nakręcono w zamierzchłej przeszłości film. I robię u niego za stację dokującą. bo on jak Roomba jest. Sęk w tym, że nie mogę swobodnie wstać, bo stół jest za niski, żebym mogła nad nim nogę podnieść. I jeszcze ten jebany kabel...


 Dla mnie to bardzo niekomfortowe jest. Ma szelki, albowiem nie jestem w stanie go ubrać w nie, więc musi cierpieć jak jest skazany na wychodzenie ze mną. Tego dnia zakochał się w wozie śmieciarzy i tak mnie szarpnął, chcąc za nimi lecieć, że o mało nie poleciałam na pysk. Na schodach już się pilnuję, pomna ostrzeżeń. Ma gnojek krzepę.

I do łóżka mi już włazi, a jak nie wlezie, to w nocy mam trudności z dotarciem na siku, bo najpierw muszę nogą obadać, czy koło kanapy nie leży, żeby go nie zdeptać, potem poszukać po ciemku kapci, bo lubi je po mieszkaniu przenosić  i namiętnie wącha. A z tej zarwanej kanapy trudno mi jest wstać, cóż, stara jestem. I nie, nie postawię na tej podłodze gołej nogi i serce rwie mi się na strzępy, gdy dzieci po kąpieli szorują po niej.

I całują psa, który przed chwilą puścił pawia.

Alienek miał nakazane - całuje psa, nie może całować mnie. A lubi mnie całować, lubi, jak ja go po włoskach całuję (zamykam oczy i znów jest ze mną mały Inżynier, zawsze dawał "łebek, łebeczek" do wycałowania), nie jestem fanką całowania dzieci gdzie indziej - ale po głowince i owszem :)

Pojechali do logopedy, a ja zostałam sama z Kalafiorkówną. Oczywiście, wykorzystuje sytuację i chce pograć na iPadzie. Poprzedniego dnia była awantura, bo za długo grała na kompie, wbrew zakazom (wrzask I. z dołu, moje biedne uszy). Więc mówię, że nie, że ma poczytać książkę. Nie, bo nie umie czytać. Na iPadzie zaraz wszystko czyta. Po długich targach przyniosła książkę i... czytając przepuszcza jedną linijkę. Znaczy się - nie czyta ze zrozumieniem, bo co druga linijka to bez sensu.

A że akurat rozmawiałam z I., który kiblował na dworcu w Berlinie, jednocześnie każąc mi się spakować, że jak dojedzie to mnie dowiezie do domu, o 22, ale klamki nie ogarnie, bo jak coś się w nocy spieprzy, to mogiła.

Fochnęłam się, że mnie wywala, na zasadzie, że Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść.

No ale my nigdy nie idziemy na noże.

Że specjalnie przyjedzie w sobotę do tej klamki.

A mnie się nóż w kieszeni otworzył, złość narastała, powiedziałam, że poproszę Pierworodnego, chociaż to psuło moje plany, bo i takie mam wobec niego, bo zasłużył. Ale to inna bajka już.

Kalafiorkówna książkę świchnęła w kąt, a moja rozmowa z I. wyglądała tak, że zrobiła postępy od czerwca, kiedy w ogóle nie umiała czytać, że jest OK, że to pierwsza klasa.

Alienek czytał płynnie już przed zerówką i jest wrzodem na dupie w szkole, bo... nudzi się na lekcjach, bo wszystko wie.

I ma karę, bo używa brzydkich słów. Kalafiorkówna konspiracyjnie: powiedział spie...

No dobra, ja go uczę brzydkich słów, bo ja takie używam, ale tego akurat przy dzieciach nie mówiłam :)

Za to pojechałam (z premedytacją, nie ukrywam), w T-shircie z napisem: Fuck Google, ask me...

Przetłumaczył, nie znał tylko słowa fuck. Objaśniłam, że to "olej". Włączyła się jego mama, że to nie do końca tak, że to brzydkie słowo, którego nie wolno mu używać. Dalsze objaśnienia obrazowe zadowoliły jego ciekawość. W sumie nic się nie stało, a rechotałam z nim przy opowieści, jak Boss zachwycał się napisem.

Można?

Można. Bez przesady. Rynsztokowe słownictwo zna doskonale, bo koledzy tak mówią. I nawet niektórzy pornosy już oglądają.

No to ja, wciąż naburmuszona, zabrałam się za pakowanie i nawet wilgotne rzeczy upchnęłam (w tym swoje ręczniki, bo od nich dostaję takie grube, których nie lubię, zaś Inżynierowa śmiała się, że u mnie takie cienkie są i szorstkie - cóż takie lubię, więc wożę ze sobą). I stary ręcznik, którego u nich używam jako dywanika po wyjściu spod prysznica. Bo ja stara jestem i nie chcę się rozwalić na kafelkach. Tam się nawet nie ma czego przytrzymać. Dałam kiedyś Inżynierowi takie stare ręczniki, ale zniknęły z łazienki, bo synowa nie lubiła ich. Dywaników też nie lubi. I tak, łazienka jest ze mną niekompatybilna, bo nawet nie mam tam gdzie zawiesić ręcznika, I. wiesza swój na prysznicu, co denerwuje jego żonę, dzieci zaś rzucają je po prostu na podłogę. I nie mam tam miejsca, żeby ubranie położyć, mogę tylko na klapie od kibla, co mi nie odpowiada. Albo na olbrzymiej kuwecie, na której leżą narzędzia do sprzątania żwirku, co mnie też nie kręci :)

Nie mam miejsca na położenie chociażby swojej kosmetyczki z przyborami - trudno, żebym korzystała z utensyliów domowników.

I tak, szyba od prysznica woła o pomstę do nieba, nie czyszczę. Moja kąpiel nie zmienia tam nic.

Wszystkie półeczki na przyssawki poodpadały.

A kibelek na śmieci jest pełny tak, że się wylewa. 

Sama nie mam takiego wypasionego, tani, plastikowy, ale regularnie opróżniany, mimo że okresu już nie mam od lat :) 

Spakowana, zaczęłam ogarniać Kalafiorkównę. I tak, dostała iPada. Z Pages. 

Zaczęła pisać swoje opowiadania. 

Tylko kotki i pieski. Monotematycznie.

Wróciwszy z logopedii, matka delikwentki powiedziała, że da jej iPada po swoim trupie.

Że ma pisać na kartce.

Że to, że nie ogarnia liter to normalne, bo jest w pierwszej klasie.

Że to, że myli i z j to nie problem.

Że wciąż pisze pijes zamiast pies.

Słyszy dobrze.

To samo stwierdził Inżynier, że się czepiam.  Że się nie znam.

I takie tam sranie w banie.

Po czym po kąpieli Pages zażyczył sobie Alienek, który pisze opowiadania tylko o postaciach SF. Zna wszystkie z Marwella.

Wywaleni od łóżka, długo złazili, żegnając się ze mną.

Rozpaczliwie już tęskniąc i tłumacząc, że psa nie całowali już.

Że ta książka o Poznaniu, którą kupiłam wbrew wątpliwościom rodziców ich bardzo interesuje - zaprosiłam na nocowankę i zwiedzanie.

I wtem, popijając już wino, zaoferowane przez matkę dzieciom, dowiedziałam się, że pociąg z Berlina ma pół godziny spóźnienia. 

Więc mam się wypakować. Bo za późno na odwożenie mnie (co też cały czas utrzymywałam, decydując się na kolejną noc na zarwanej kanapie, zresztą dostałam tylko kordłę świeżo praną, a resztę zorganizowałam sobie sama, nie chcąc narażać dziecka na prawie 100 km po tym wyjeździe - auto zostawił pod moim domem, licząc się z 11 listopada). Musiałby wrócić do chaty, odwieźć mnie, wrócić na włości. W nocy już.  

A ja byłabym w domu najwcześniej o 22, z walizką pełną brudnych ciuchów.

Wobec tego napiliśmy się (kto bogatemu zabroni?)? Inżynierowa swoim zwyczajem siedziała w biurze, nie wiem, czy mnie aż tak nie lubi, bo nie spędziłyśmy razem ani jednego wieczora po wyeliminowaniu Łobuzów, czy też ma inne zajęcia? Rybka mi to w sumie, mogłam zdjąć aparaty i odetchnąć.

Pogadaliśmy, jak czekista z czekistą, jak zawsze. Nie w moim stylu kłótnia o nic, nawet jak wiem, jak myli się dziecko.

Inżynier odwoził następnego dnia  Łobuzy do szkoły, choć jego żona szła do pracy na 12.30.

Nie mój cyrk, nie moje pchły.

Nawet się nie kąpałam (po tych cudach z poprzedniego postu mam włoski takie, że przyczeszę i mogę się ludziom pokazać - WOW). Schłyby co najmniej godzinę.

Więc wyściskana przez Łobuzów (nawet Kalafiorkówna zadeklarowała miłość do mnie i że będzie tęsknić - bez przymusu, a Alienka trzeba było ode mnie siłą odrywać, już pani woźna, ta jedna miła, widząc jak się ze mną wita po wyjściu ze szkoły, stwierdziła: o, babci pieszczoszek), odwieziona zostałam do domu...

Nie ma to jak w moim domu. Ogarnąwszy wzrokiem (w okularach) moje nieskazitelne w sumie podłogi, łazienkę i inne takie tam, stwierdziłam, że skoro mnie nie było, to wrzucę na luz i dziś Dzień Dziecka.

Amarylisy już przekwitły, ale są nowe pędy.



 Grudniki rozhulały się na maksa :) 


 Asparagus puszcza nowe pędy tak daleko, że zahaczam o nie, idąc do stołu z wydruczkami, odpukać - powinien przetrwać kolejną zimę w mieszkaniu :)

Pracowałam po godzinach, ale w ciszy i spokoju, nawet muzyki nie włączałam - dopiero jak zaczęłam pisać na bloga.

Kolejny wyjazd I. jest  znów środa-czwartek w grudniu. I nie, nie pojadę już, będą musieli dziadka molestować. Ogarnęłam kalendarz - nawet nie mam przerwy przed jednym a drugim numerem, bo styczeń zamykamy 15 grudnia, o ile znów się coś nie przesunie. I byłam przekonana, że fajrant, ale nie, maszynki zamykają się 22.

No i dupa.

I nie, moja miłość do dziecka nie sięga AŻ tak daleko, że kurcgalopkiem polecę w przerwie, której nie mam w tych dniach po wnuki.  

Będą musieli sobie to inaczej ogarnąć, dziadek nie pracuje, jest mobilny. 

Prawdopodobnie w tym roku upiecze mi się wigilia, nawet urodziny Kalafiorkówny chcą zorganizować przed świętami (ma je 26 grudnia). I ja ich rozumiem i nie czuję się poszkodowana, że nikt mnie nie będzie NIGDZIE ciągał, na zasadzie, że taka biedna i samotna jestem.

Jestem i dobrze mi z tym.

Dzieci moje doświadczenie życiowe w sumie mają w dupie, wiedzą wszystko lepiej.

Kocham moje wnuki, zwłaszcza mojego przydupasa Alienka, ale kocham też siebie.

22 grudnia zamknę wszystko i będę miała czas dla siebie.

Bez porażającego mnie bałaganu.

Bo u mnie w domu było to nie do pomyślenia. Kiedyś mój szwagier (nie ten), na moją odmowę czegoś tam, bo muszę ogarnąć mieszkanie, powiedział: a co ty masz do roboty w tej ciupie (sam ma chatę olaboga, ale jak tam byłam po śmierci szwagierki, śmierdziało stęchlizną). Cóż, w małej chacie, tak samo jak w pałacu - wszystko powinno być na swoim miejscu.

Inaczej  zawsze będzie bajzel.

I nie wiem, dlaczego moi synowie, chowani w porządku (jak byli mali, co dzień odkurzałam podłogę i myłam ją na kolanach, mając dywany i linoleum), wprawdzie niedokładnie (śmieją się z tego po latach, że mnie kantowali) ścierając kurze, jakoś nie rzucając lumpów jak leci, ogarniając swoje własne włości pod surową egidą  żon (hmmm, zamilknę, i tak bez tego wiadomo, że nie ma paskudniejszej teściowej niż moi) - dobrze się czują w takim bajzlu?

Z którego wróciłam z ulgą, że...

Zjadłabym z podłogi, niesprzątanej od zeszłego tygodnia, położę się do niepołamanego łóżeczka z czystą jak kryształ pościelą (a chciałam im dać kanapę niepołamaną, podobna do tej, jaką mają, bo moja mi nie pasuje i żałuję tej wyrzuconej, kupiłabym sobie kompatybilniejszą niż mam, a u nich spałabym wygodnie, ale nie to nie)...

To już za mną i mam nadzieję, że nie będzie mi się dziś śnił wszechobecny brud  kotami z sierści i inne takie tam...

Stary dom, stare meble, ja stara.

Jakie to cudne jest, nawet jak trudno do wanny niekiedy wleźć.

Ale kuchenka codziennie myta. Też pracowałam zawodowo, nie mogąc liczyć na Eksa. Jeździłam do szpitala w sąsiednim mieście. Nikt z jego rodziny, a wszyscy mieli po kilka samochodów nigdy mnie nie podwiózł. Ogarniałam pracę, dom, dzieci, jeździłam (zbiorkomem) do teściowej i w mieście, i do Baranowa, do którego nie było wtedy tylu kursów, co teraz. Nawet mój szwagier (nie ten), z którym wówczas mieszkała, na wieść, że po pracy jadę do niej, bo tego chciała, rzekł: pojebało cię.

No cóż.

Bez wynalazków - zmywarki, samosprzatających odkurzaczy i innych takich tam.

Bez prawa jazdy, którego nie zrobiłam, bo nie miał kto się zająć Pierworodnym.

Utrzymując wszystko w sumie z jednej pensji.

Jak widać, gorszej ode mnie ze świecą szukać.

Jeszcze muszę się przeprosić z Pierworodnym, jakbym coś zawiniła... Bo ta jebana klamka, dobrze, że Alienek nie słyszy, bo znów by mu kompa zabrali :P

A jutro pójdę i kupię sobie wino.

W sumie, nawet jak wypiję całą butelkę i mi zaszkodzi, to będzie bardzo fajna sprawa.

Co mam do stracenia? 

 

 

piątek, 7 listopada 2025

Pierdoła

 taka, Kochany Pamiętniczku, a nerwy poszarpane.

Wczoraj, wychodząc z domu, zauważyłam na podłodze na korytarzu jakiś dziwny guziczek.

Podniosłam, ale do niczego mi to nie pasowało, więc... wsunęłam za wycieraczkę :) No bo... przydasię.

Dziś, wychodząc z domu, zauważyłam, że wkręt przy  rozecie przy zamku wystaje.

A i wkręt u klamki też dynda.

Wkręciłam oba, ale nie za bardzo - zaślepki, w tym ten pizdryk, który znalazłam są wyrobione.

Snując scenariusze na temat możliwej próby włamania do mieszkania (ale mój Ezviz nic nie zanotował), poszłam w siną dal, lewa, prawa, wydawszy grosza sporo, ale Zakład Utylizacji Składek już dziś przelał  mi emeryturkę, choć termin mam na 10 każdego miesiąca.

No więc, kto bogatemu zabroni wydawać?

Wróciwszy do domu, sfotografowałam nieszczęsne śrubki i zaczęłam męczyć Inżyniera.


 Na zielono zaznaczyłam felerne śrubki.

Mądre dziecko podesłało linka do tych produktów w Leroy Merlin, ja nie wiedziałabym nawet, że to się nazywa rozeta :) Klamka lata od dawna, bo zanim wieki temu koleżanka Pierworodnego, który już w LM nie pracował wtedy, poradziła mi, żebym zainstalowała w drzwiach wewnętrznych (tak, mam dwie pary drzwi) nie klamkę, a gałkę, klamka w drzwiach zewnętrznych swoje przeszła. No a potem już było z górki, bo gdy dorobiłam się wnuków, to gdy otwierałam górny zamek, albo i przed jego otwarciem, z impetem rzucały się na rzeczoną  klamkę, wisząc na niej mimo mojego darcia mordy.

Miało prawo się wyrobić.

Inżynier kazał mi jeszcze ogarnąć rozstaw, odsyłając mi 


 Zmierzyłam. 4 cm.

Ale cały pogrzeb na nic, bo na stronie LM był pierdyliard klamek i rozetek, ale tylko jedna wersja mojej :)

Rwąc resztę kudłów z łysego łba, ogarniałam kuwetę, ucząc się, że są rozety do klucza, rozety do łazienki i rozety do zamka.

Mój antytechniczny mózg tego nie ogarnia. Absolutnie.

I pot ściekał z mego czoła, albowiem wszystko było w LM Komorniki. A ja do Komornik nie dojadę, chyba że stracę pół dnia. Bo nie mam samochodu. I dumając, dlaczego ja, mieszkając w PZ muszę jechać do Komornik, ogarnęłam ten bajzel i... zamówiłam wszystko do LM Posnania. 

I zapłaciłam kartą, mądrze nie zapisując jej w systemie, albowiem po zalogowaniu się przez FB, bo nie chciało mi się tworzyć konta w LM, dostałam od razu moje dane na tacy, łącznie z emilkiem i telefonem :|

I emilek, że dziękują za zamówienie, SMS z potwierdzeniem zamówienia i ojapierdolę.

Ustawiłam sobie odebranie zamówienia na południe, bo po co mam się zrywać bladym świtem?

Dumna z siebie byłam, jeszcze podlizałam się Inżynierowi,  czy wkręci mi te śrubki jak po mnie przyjedzie, żeby mnie na wygnanie zabrać. Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, jestem idiotką techniczną. Bez bicia przyznaję. Dziecko obiecało powkręcać śrubki, pewno przeklinając matkę.

No ale u mnie wszelkie działania techniczne wyglądają tak

https://www.facebook.com/reel/1563132108188344

Mam nadzieję, że się to wyświetli, a jak nie, to trudno :) 

I zadowolona spoczęłam na listku bobkowym i mimo Niechcieja ogarnęłam gospodarczo chałupę, no bo jutro muszę jechać do LM. I super, że dziś zakupiłam wszystko na czas do wygnania.

A Łysy zaczął w którymś momencie napierdalać tak, że nie musiałam światła włączać, w mieszkaniu miałam dyskotekę, a i znów się uaktywnił gość z sąsiedniego bloku, chyba z hodowlą marysi, długo go nie było, no i ta nieszczęsna reklama.

Więc pospuszczałam wszystkie rolety (czego nie lubię) i poszłam na Rekruta.

Dobrze, że miałam telefon pod ręką.

Bo dzwonił.

A ja, jak wiadomo, nie odbieram podejrzanych telefonów.

A za chwilę SMS. SMS czytam. Z Leroya proszą o kontakt.

Więc znów męczę dziecko drugorodne.

Żeby dzwoniło.

Czekam długo.

Załatwił wszystko idealnie.

Że zamówiłam źle rozety, bo dwie.

No ale jedna na zewnątrz, druga w środku. Nie - to jest komplet - oddadzą kasę na konto.

I że towar będzie nie jutro, jak obiecali, ale w poniedziałek.

Jeszcze lepiej - poniedziałek mam wolny.

I że zawiadomią SMS :) 

I jak nie kochać takiego dziecka?

Pierworodny też by to ogarnął, ale ponieważ albowiem mam z nim na pieńku, bo mało że odezwał się tylko jak kasy potrzebował, oddał część a potem zamilknął - nawet się nie zająknął we Wszystkich Świętych, a latają wciąż do O., a co ja, sroce spod ogona wypadłam? Więc nie, biorę na wstrzymanie, poczekam, w sumie - w dupie mam te parę setek, ale to już drugi raz. Za pierwszym razem, jak nie ogarnęli kantu z telefonem MW na 1200 zł odpuściłam. Ale bez przesady. Mogę zasponsorować, nawet jestem na to gotowa, ale nie lubię lekceważenia.

Mogłam w tym czasie zejść i truchełko mogło w moim zimnym mieszkaniu wysychać powoli.

W tym czasie wlazłam na odcisk Inżynierowi i to solidnie, a jednak mamy szwajcarskie stosunki.

Więc nie.

W sumie: dobrze, że wkurwiona scenariuszem włamania nie pojechałam od razu do LM. 

Nie straciłam czasu na dojazd, na całowanie tam klamki (hahahahaha), bo nawet taki wielki moloch nie ma towaru! No i dobrze, że szanują klienta, informując, że nie ma czegoś. I tak, w sumie jestem szczęściarą, że jeszcze internety ogarniam i gdyby nie moje kalectwo, ogarnęłabym sama wszystko.

Dobrze mieć dziecko, wybaczające mi darcie mordy (bo darłam).  

Jakże tęsknię za sklepikami w okolicy, które poznikały. Bo mieliśmy taki fajny sklep z takimi akcesoriami, które mi dziś padły. I pewno nie musiałabym tam kupować i nowej klamki, i nowych rozet - mieliby śrubki, które padły.

Może i ja mam takie gdzieś w przydasiach. Ale... Nie mam ani siły, ani ochoty na przewalanie wszystkiego, żeby je znaleźć. 

Dopóki pracuję, łatwiej mi wydać te 20 parę złotych i pojechać po gotowce, niż szukać śrubek.

Prawda, że dziwne te czasy są.

I SKS.

Biedny Inżynier, na jego łeb spadło ogarnianie mojej starości.

Nienawidzę z całego serca.

Starości.

Jest okrutna.   

czwartek, 6 listopada 2025

Ojacierpiędolę

 Kochany Pamiętniczku...

Dobrze, że znalazłam Rekruta. I to wszystkie 6 sezonów. Albowiem oglądałam to już w czasach torrentowych i ucieszyłam się, gdy znalazłam na Netflixie następne sezony, no co, lubię amerykańskie seriale policyjne, takie zboczenie. Orgazm mam, jak minutę po zgłoszeniu podjeżdżają radiowozy i przestępca nie ma szans. A adwokaci mają pole do popisu.  Niestety, serial ten leciał na Netflixie z niemieckimi napisami. A dubbingu nienawidzę. I tak sobie wisiał, wisiał, aż odwisł i tadam :) 

A pracy miałam po kokardkę i kucyki (tak, tak), więc leci już 3. sezon.

I kolejny amarylis kwitnie


 domowe grudniki też zaczynają, a i - olaboga - storczyk od I., który dostałam na Dzień Matki DWA lata temu po raz kolejny (odpukać) chyba zakwitnie.

Napisałam dziś emilka do M., obiecała popędzić.

I...

Nie było ani jednego tekstu. A na podlizywanie się o malutką premię za dodatkową harówę (bo będzie) odpisała, że się postara, ale finanse przejęły siły niechętne zwykłym ludziom. A i nowy prezio nie zważając na nic zwołał zebranie w sprawie "wspólnym wysiłkiem rządu i społeczeństwa" w momencie krytycznym (zupełnie jak niejaki Jaruś), no i zamykanie przesuwa się z piątku na poniedziałek - czyli dla mnie jakieś kolejne dodatkowe 10 godzin.

Ale cóż było robić. 

Marna, bo marna, ale odłożona co miesiąc, dopóki jeszcze nie oślepłam (a mogę, bo operacje wstrzymane, bo dziura w szpitalnych budżetach) operacja, a i na wizytę wciąż nie udaje mi się zapisać, a do P. nie dojechałam jeszcze...

C'est la vie...

 Ale siedziałam uczciwie te jebane 4 godziny codziennie. Bo ja taka głupia już jestem, cipa. Chociaż tego pracowego kompa nie włączam i nie włączam pracowego śledzenia. Szkoda mi kasy na prąd. Te 20 zł dodatku za home office (nawet nie wiem, czy mi je płacą) nie pokrywa tego, że prąd, że woda (bo i picie, i kibelek), absolutnie nie pokrywa. Ale... Mogę siąść w piżamce o 8.55... I mieć wyjebane. Na dojazdy bym i tak nie wydawała grosza, bo mam już darmowe przejazdy do 2054 roku :) Muszę jeszcze tylko dożyć, a co. I tak się zastanawiam, czy po ukończeniu setki będę musiała płacić?

Zarżnę się zaś w następnym tygodniu, ale może się nie wykrwawię?

Mniejsza z większym.

Brzozy były jak złote wodotryski


 

W poniedziałek wkurwiona na maksa, bo za oknem słońce, a ja na dupie jak księżniczka, polazłam najpierw do kiosku na Manhattan, bo pani obiecywała, że zdobędzie kalendarz, jakiego szukam. Nabiurkowy. Bo net netem, ale lubię zerknąć na prawo i od razu widzieć, kiedy mogę tylko pomarzyć o życiu, orząc tę nieszczęsną prackę. Kalendarza nie było, przede mną stał gość pierduśnik, a sprzedający był jeszcze większą pierdołą.

Polazłam zatem do Galerii, chociaż teściowa tłumaczyła mi zawsze, że w poniedziałek nie robi się zakupów, nie wydaje kasy, bo wtedy cały tydzień kasa znika. W poniedziałek przyjmuje się kasę.

Kto wierzy w gusła, temu dupa uschła, więc polazłam do Hebe, albowiem przeglądając kosmetyki znalazłam wcierkę i o dziwo... Wtarłam, a następnego dnia nie musiałam myć głowy. Wstałam, a włoski leżały idealnie, a nie jakby piorun w rabarbar strzelił. Bo ja włosy myję co dzień, mam skórę głowy przesuszoną tak, że aż mnie boli i swędzi, a włosy wychodzą garściami i w ogóle syf, kiła i mogiła. Ale nieumyte, nieprzylizane naprawdę są jak rabarbar po piorunie.

A w Hebe... no rozhulałam się jak jakieś tornado :) 

I tak mam


 cały arsenał i... we wtorek wyszłam do ludzi, pojechałam do miasta z nieumytą głową. Ja, która dotąd nawet śmieci nie wyniosła, gdy był Dzień Dziecka i głowy nie myłam :) 

Były idealne, moje włosy kolejnego dnia (środa) wyglądały dalej jak świeżo myte i... umyłam je tylko dlatego, że chciałam wypróbować kolejny szampon.

Obczaiłam też, że Sielanka ma kremy i inne cuda, ale ja potrzebowałam tylko czegoś do włosów, a wypróbowałam już pierdyliard kosmetyków. I na dokładkę nie kosztują "miliona monet" jak mówią internety. I ładnie pachną.

Patrzę w lustro z mniejszą niechęcią na ten mój łysy łeb - do dawnej obfitości już nie wrócę, ale już chociażby to, że nie muszę co dzień łba myć i wychodzę z domu bez stresu - to już coś.  U Inżyniera jest taka woda, że myte czy niemyte wyglądają jakby piorun w rabarbar strzelił, no i samo suszenie i czekanie na możliwość założenia aparatów to już droga przez mękę, Łobuzy bowiem atakują mnie zaraz po wyjściu spod prysznica, a jeszcze nie do końca opanowały mówienie do mnie. Synowa nie opanowała tego do dziś.

Wtorek

brzozy dalej były jak złote wodospady, gdy leciałam kurcgalopkiem na przystanek.

Bo zamyśliłam do Avenidy pojechać. Bo mam na lodówce taką maleńką fiefiureczkę (taki pseudonim miałam przez lata), która poruszona świeciła pięknie. Ale bateria się wyczerpała. CR 927. Jako że ani w PEPCO, ani w KiK jej nie ma, umyśliłam pojechać do Avenidy. I bankomatu nie mam, bo zamknęli (remont) Biedronkę w Alei Żula, gdzie jest jedyny bankomat w okolicy, w którym mogę wypłacać kasę bez prowizji. No i nie ma bankomatu. A potrzebuję kasę na Manhattanie, bo tylko kilka straganów ma terminale, a nie zawsze pasuje mi tam kupowanie. Mam jeszcze zachomikowaną stówkę, ale to na długo nie starczy :) 

CR 927 w Media Markt nie mieli. Będę musiała znów prosić Inżyniera, bo na Alledrogo jest. Potrzebuję dwie baterie, a wysyłka też swoje kosztuje. Trudno :) Nie mam ochoty na zwiedzanie wszystkim marketów.

Do Action wpadłam i poza tradycyjnymi świeczuszkami i workami degradowalnymi do bio (gdzie indziej ich nie widziałam), odciągając się od wielu innych pierdół, zanabyłam lampkę na USB. I to był strzał w dziesiątkę, bo świeci sobie na biureczko (doskonale widzę dzięki niej kurz za monitorkami, który boję się wycierać, bo już raz wywaliłam jakiś kabel, a kabli tam mam od metra i nie wiem, gdzie który wtykać), oświetla też teren wokół monitorka tak, że moje oczy odpoczywają.

A ciemno jak w dupie u Murzyna teraz coraz szybciej.

I w Empiku kupiłam kubek


 zastąpił mi te dwa stłuczone ulubione kubasy - jest pojemny tak, jak porządny kubek powinien być. Mieszanka czterech torebek ziół rano - idealna. Nacięli mnie na tym kubku. Metkę mam - 49,99, nie brałam innych, bo było na nich 69,99. Trochę się zdziwiłam wysokością rachunku, ale kupiłam tam jeszcze kalendarz nabiurkowy, jakiego szukałam (drogi, dlatego szukałam gdzie indziej, ale na Alledrogo kosztuje tyle samo, a jeszcze znów prosić I.) i drugi kalendarz na ścianę (nie miał ceny), bo ja mam swoje kalendarzowe nawyki i sami Men in kilts mi nie wystarczą, a i jeszcze poleci jeden trójdzielny... W Empiku gorąco jak w piekle, ja w kurtce i ledwo dycham, nie sprawdzałam nic, kasę mam, obsłucha natrętna, taka aplikacja, sraka aplikacja, torba, promocja, a ja mdleję... Dopiero w domu zerknęłam na paragon - za kubek naliczyli mi 69,99.

Nie, to przerastało moje poświęcenie - powrót do Empiku (pół godziny co najmniej autobusem w jedną stronę, w czasie korków), niech im to moje 20 zł w dupę wejdzie.

I miała być pełnia z tych zwariowanych...

Kurwa. A ja poprzedniej nocy latałam po mieszkaniu, szukając miejsca do zaśnięcia. Melatoninę odstawiłam właśnie, bom się doczytała, że na serce nie za dobrze wpływa po długim stosowaniu, a stosuję ją już chyba dwa lata z małymi przerwami...

I była





 Com się namęczyła, spuszczając wszystkie rolety, czego nienawidzę, bo lubię to przyćmione światło osiedlowych lamp, oświetlające mi drogę do kibelka, a i przy tych krzakach na oknach nie jest łatwe spuszczanie wszystkich rolet.

W takich chwilach żałuję, że zlikwidowałam drzwi :)

No cóż, mądra Polka po szkodzie.

A dziś tylko do Lidla skoczyłam, ale zawsze, nacieszyłam się słoneczkiem i niewiele kupując wydałam całą masę kasy.

Ale w końcu na coś ciągnę ten wózek, co nie?

Czarny dorsz  wyszedł przepyszny, mam obiad na dwa dni. 

I ciasto francuskie z Aldiego, z gruszkami, serem i orzechami, z miodem na wierzchu jest o wiele lepsze niż te kupne ciacha. A można je zrobić małymi porcyjkami, wychodzi. Można też inne owoce kłaść. I warzywa.

Tak, u mnie czas światełek (tylko znów jest reklama na sąsiednim bloku i jebie po oczach, znów źle ustawione lampy, ale nie mam już siły prosić Inżyniera  o dzwonienie, a spółdzielnia, gdzie same pierdzistołki siedzą za moją kasę pewno znów każe mi dzwonić do zleceniodawcy, cóż, może pora sprzedać mieszkanie i wyprowadzić się gdzieś do lasu?), ciemności. 

I rozmyślania.

Dobrze, że jest Rekrut.

Tak, zabijam czas czekania na pracę.

I wolałabym pracować ciągiem cały czas, bez wypruwania sobie żył przez kilka dni.

Ale cóż, taki los sobie wybrałam i taki mam.

Ale...

Wciąż nie włączyłam ogrzewania w chałupie.

I tak, jestem złodziejem  ciepła.

Ale też mój sąsiad musi nieźle hajcować (jakiś czas miałam włączony kaloryfer), bo miałam wtedy w mieszkaniu 26 (sic!) w sypialni, z moim kaloryferem na 2 (letnim). Więc wyłączyłam, bo nie da się w takiej temperaturze spać.

Mam 23 stopnie bez kaloryferów, 47% wilgotności. I. ma około 20 i... jakieś 20% wilgotności, z ekoogrzewaniem podłogowym :) 

Życie jest zakręcone jak świński ogonek :)

O polityce i innych cudach nie piszę, bo mnie szlag :)