było hardcore, Kochany Pamiętniczku. Mam nadzieję, że dłuuuuugo nie będzie żadnej powtórki.
Pomyliłam daty, okazało się, że jedzie 11 listopada. Przyjechał po mnie rano, bo pociąg miał o 15.30, a musiał wrócić do Poznania, a w tym dniu odbywały się i demonstracje narodowców, i imieniny ulicy Św. Marcin, i... maraton oraz parę innych imprez.
Więc podłączył mi sprzęt kurcgalopkiem.
No i za Chiny Ludowe nie mogłam się zalogować, co było tym dziwniejsze, że przecież hasło wpisywałam prawidłowo. I od początku mi coś nie pasowało, bo na miejscu U było na klawiaturze W. No ale bywa, więc poszukałam U i klikałam w nie, omal nie blokując sprzętu.
Dopiero po chwili "uświadomił mi" (kazanie było), że wpisuje się na pamięć. No dobra, piszę bezwzrokowo, ale hasło zawsze wolę widzieć, co klikam, bo pomyłki są denerwujące i nie zawsze można liczyć na pamięć mięśniową, bo jak jem, to przesuwam klawiaturę i nie zawsze ustawiam ją idealnie pod palce. A on na miejscu klawisza U miał W, choć litery były jak powinny. Nosz, ja mam ogarniać jego pomysły.
Pojechał.
Następnego dnia już się zalogowałam, ale po chwili przestała mi działać klawiatura i gryzoń.
Bo miałam przed sobą 3 monitorki - od laptopa i jego dwa.
I tak jak kocham moje dwa monitorki i pracę na nich, tam u niego szału dostaję. Bo muszę pracować na lapku, na którym zazwyczaj baaaaardzo rzadko pracuję i nie lubię. Inaczej działa tam poczta. Dodatkowo okazało się, że nie mam SE, znaczy się pracowego programu. Nie wiem dlaczego informatyk mi go nie wgrał. Wgrał mi za to SE w przeglądarce na kompie, bo mi się tam najlepiej pracuje. Na całe moje szczęście mam dobrych ludzi w pracy i dosyłali w Wordzie - dla nich to dodatkowa praca, bo pracują w SE, musieli kopiować do Worda i z Worda z powrotem to SE tekst już skorekcony.
Jak informatyk przyjedzie z tonerem i papierem, będzie musiał to zmienić. No chyba że licencja jest na jedno urządzenie, to nie, zostanę bez SE na lapku.
Będzie powód do niewyjeżdżania.
Jako że klawiatura i gryzoń padły, dobrze, że działała klawiatura od lapka i gryzoń od niego, bo nie cierpię touchpada. Ale zabrałam gorszego gryzonia i ciśnienie mi rosło...
Po południu odezwał się I. i znów ochrzan - że tam gdzieś na biurku, nawet fotkę dosłał, jest pizdryk z czerwoną kropką.
Zdjęcie poglądowe pizdryka załączył, a jakże. Tyle że na biurku, pokrytym kurzem wieków jest bajzel na kółkach, jak przesunęłam lapka, znalazłam za nim pustą butelkę po winie i po wodzie mineralnej.
Nie mówiąc już i plątaninie kabli pod biurkami, jakieś porty, skrzynki i inne chujwico. Nie szukałam nawet pizdryka, szczęśliwa, że w ogóle mogę pracować. Żeby nic nie jebło się modliłam.
Tylko nie wyłączałam lapka na noc, na wszelki wypadek.
W środę siedzę sobie już po pracy i zneutralizowaniu Łobuzów (to już inna bajka), na iPadziku gram, gdy wtem wyskakuje mi info, że zamówił jakąś część do pompy ciepła (padła ta część i pompa nakurwia ile fabryka dała, a wyłączyć jej nie można, bo się nie włączy), więc w mieszkaniu jak na pustyni - 26 stopni i 28% wilgotności, słonko tego dnia nakurwiało, nawet spuszczenie rolet nie pomogło w ochłodzeniu, a wietrzyć nie można (i tak, śmierdzi - mi śmierdzi mimo rekuperacji, bo i pies wraca mokry i jest ledwo przetarty ręcznikiem, i puszki po żarciu sierściuchów, otwarte, rzucone na blat wonieją rybą non stop, a ja mam czuły węch)...
Że część miała przyjść w przyszłym tygodniu, a przyjdzie... jutro.
Kurierem.
Że ogarnę. No w aparatach na dole słyszę dzwonek, na górze, gdzie jest biuro - nie wiem, bo nigdy nikt nie dzwonił, gdy tam byłam.
Więc odłączyłam lapka, klnąc, bo mało że nie mam SE, to nie będę mogła drukować (na szczęście nikt nie chciał jeszcze wydruków). Mogłam pospać, bo tym razem nie odwoziłam dzieci - robiła to ich matka przed pracą, ja tylko odbierałam je ze szkoły (kolejna historia).
I od rana szybka kąpiel, żeby mi włosy wyschły, bo na mokre aparatów nie założę. A słoneczko nakurwiało jeszcze mocniej...
I tak siedzę, pracuję, a praca szła tym razem wartko.
I Inżynier pisze, że ma linka do kuriera. Że będzie między 12 a 13, co wkrótce zmieniło się na 14, Super, wprawdzie pójdę później po Łobuzy, ale wytrzymają, a ja o 14.25 mam autobus prawie pod szkołę, to się nie nałażę.
Spokojnie śledziłam trasę kuriera, nawet aparaty wywaliłam, muzyczkę sobie zapodawszy, bo już 13 i koniec mojej pracy, a mają taaaakie wielkie okno w kuchni, widać podjazd, apka go śledzi.
Pomijając, że siedziałam w totalnym bajzlu na blacie, z tymi puszkami i innymi takimi tam, z indukcją ufajdaną po kokardkę i kucyki tak, że nawet obiadu sobie nie zrobiłam - kupiłam poprzedniego dnia lunchbox w Biedronce i kefirek, od dwóch dni bez obiadu nie umrę. I nie, nie sprzątałam nic, bo jak ostatnio sprzątnęłam i doszorowałam kuchnię, 5 minut po powrocie rodziny znów był tam bajzel kosmiczny.
Kurier przyjechał o 14.07. I cały pogrzeb na nic - musiałam do szkoły per pedes, bo następny autobus był za godzinę, a do szkoły mam 25 minut marszu.
A że tego dnia było 15 stopni, a Łobuzy noszą już zimowe (sic!) kurtki, a Kalafiorkówna nawet kozaczki ocieplane już po 100 metrach zaczęli mdleć, bo jeszcze ciężkie plecaki, więc kazałam im zdjąć kurtki i sama je dygałam. Kurtki z jakiegoś nowomodnego materiału, ocieplane solidnie i ciężkie. A pod nimi mieli jeszcze ciepłe polarowe bluzy z kapturem... Ledwo dobrnęłam do domu z tym ciężarem, sama w jesiennej, ale ciepłej kurtce, ale już jej nie ściągałam. Fakt, rano jest kilka stopni, ale dzieci jadą samochodem, nie idą na piechotę. Więc nie ogarniam zimowego stroju. Sama swoje ubierałam ciepło, ale primo po pierwsze były inne jesienie, primo po drugie - do domu miały niecałe 10 minut drogi.
T-shirta miałam mokrzuteńkiego.
Wróciła Inżynierowa. Poszła z Kundlem, chociaż ja z nim wychodziłam 3 razy. Odgrzała sobie w mikrofali jakąś chemię z Biedronki, przysnęła przy stole na chwilę
A na stole rzeczy, które leżały tam od mojej poprzedniej wizyty i parę innych, nowych. Z lekka to odsunęłam rano, bo tylko tam mogłam postawić lapka, bo ma krótki kabel. Podejrzewam, że dostałam jakiegoś używanego, bo bateria pada błyskawicznie, pracować mogę tylko na kablu.
Spokojnie namówiłam Alienka na wydobycie z tego kłębowiska bluz.
Sztuk 4.
W tym jedna z mojej poprzedniej wizyty... Karnie zaniósł do kosza na pranie.
W międzyczasie w środę była awantura (głośna), gdy kompletował rano torbę na basen, bo okazało się, że są w niej w woreczku mokre gacie sprzed tygodnia. I narzekanie na Inżyniera, że nie pilnuje takich rzeczy. Hmmm... To już inna bajka.
Odbierając wieczorkiem Alienka z basenu, kazałam mu zaraz wywalić gatki do prania.
A przecież nie musiałam pamiętać, co nie?
Zapytałam też wieczorem o ręcznik z basenu, rzucony beztrosko na krzesło: czy ma iść do prania, czy coś? Okazało się, że ma wisieć, bo będzie za tydzień używany, a tu nikomu nie przeszkadza. Mnie na pewno nie :)
A że Kundel mnie molestuje nieustannie, bolały mnie już na maksa nogi, bo mam bardzo tkliwe na dotyk, nawet o tym nakręcono w zamierzchłej przeszłości film. I robię u niego za stację dokującą. bo on jak Roomba jest. Sęk w tym, że nie mogę swobodnie wstać, bo stół jest za niski, żebym mogła nad nim nogę podnieść. I jeszcze ten jebany kabel...
Dla mnie to bardzo niekomfortowe jest. Ma szelki, albowiem nie jestem w stanie go ubrać w nie, więc musi cierpieć jak jest skazany na wychodzenie ze mną. Tego dnia zakochał się w wozie śmieciarzy i tak mnie szarpnął, chcąc za nimi lecieć, że o mało nie poleciałam na pysk. Na schodach już się pilnuję, pomna ostrzeżeń. Ma gnojek krzepę.
I do łóżka mi już włazi, a jak nie wlezie, to w nocy mam trudności z dotarciem na siku, bo najpierw muszę nogą obadać, czy koło kanapy nie leży, żeby go nie zdeptać, potem poszukać po ciemku kapci, bo lubi je po mieszkaniu przenosić i namiętnie wącha. A z tej zarwanej kanapy trudno mi jest wstać, cóż, stara jestem. I nie, nie postawię na tej podłodze gołej nogi i serce rwie mi się na strzępy, gdy dzieci po kąpieli szorują po niej.
I całują psa, który przed chwilą puścił pawia.
Alienek miał nakazane - całuje psa, nie może całować mnie. A lubi mnie całować, lubi, jak ja go po włoskach całuję (zamykam oczy i znów jest ze mną mały Inżynier, zawsze dawał "łebek, łebeczek" do wycałowania), nie jestem fanką całowania dzieci gdzie indziej - ale po głowince i owszem :)
Pojechali do logopedy, a ja zostałam sama z Kalafiorkówną. Oczywiście, wykorzystuje sytuację i chce pograć na iPadzie. Poprzedniego dnia była awantura, bo za długo grała na kompie, wbrew zakazom (wrzask I. z dołu, moje biedne uszy). Więc mówię, że nie, że ma poczytać książkę. Nie, bo nie umie czytać. Na iPadzie zaraz wszystko czyta. Po długich targach przyniosła książkę i... czytając przepuszcza jedną linijkę. Znaczy się - nie czyta ze zrozumieniem, bo co druga linijka to bez sensu.
A że akurat rozmawiałam z I., który kiblował na dworcu w Berlinie, jednocześnie każąc mi się spakować, że jak dojedzie to mnie dowiezie do domu, o 22, ale klamki nie ogarnie, bo jak coś się w nocy spieprzy, to mogiła.
Fochnęłam się, że mnie wywala, na zasadzie, że Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść.
No ale my nigdy nie idziemy na noże.
Że specjalnie przyjedzie w sobotę do tej klamki.
A mnie się nóż w kieszeni otworzył, złość narastała, powiedziałam, że poproszę Pierworodnego, chociaż to psuło moje plany, bo i takie mam wobec niego, bo zasłużył. Ale to inna bajka już.
Kalafiorkówna książkę świchnęła w kąt, a moja rozmowa z I. wyglądała tak, że zrobiła postępy od czerwca, kiedy w ogóle nie umiała czytać, że jest OK, że to pierwsza klasa.
Alienek czytał płynnie już przed zerówką i jest wrzodem na dupie w szkole, bo... nudzi się na lekcjach, bo wszystko wie.
I ma karę, bo używa brzydkich słów. Kalafiorkówna konspiracyjnie: powiedział spie...
No dobra, ja go uczę brzydkich słów, bo ja takie używam, ale tego akurat przy dzieciach nie mówiłam :)
Za to pojechałam (z premedytacją, nie ukrywam), w T-shircie z napisem: Fuck Google, ask me...
Przetłumaczył, nie znał tylko słowa fuck. Objaśniłam, że to "olej". Włączyła się jego mama, że to nie do końca tak, że to brzydkie słowo, którego nie wolno mu używać. Dalsze objaśnienia obrazowe zadowoliły jego ciekawość. W sumie nic się nie stało, a rechotałam z nim przy opowieści, jak Boss zachwycał się napisem.
Można?
Można. Bez przesady. Rynsztokowe słownictwo zna doskonale, bo koledzy tak mówią. I nawet niektórzy pornosy już oglądają.
No to ja, wciąż naburmuszona, zabrałam się za pakowanie i nawet wilgotne rzeczy upchnęłam (w tym swoje ręczniki, bo od nich dostaję takie grube, których nie lubię, zaś Inżynierowa śmiała się, że u mnie takie cienkie są i szorstkie - cóż takie lubię, więc wożę ze sobą). I stary ręcznik, którego u nich używam jako dywanika po wyjściu spod prysznica. Bo ja stara jestem i nie chcę się rozwalić na kafelkach. Tam się nawet nie ma czego przytrzymać. Dałam kiedyś Inżynierowi takie stare ręczniki, ale zniknęły z łazienki, bo synowa nie lubiła ich. Dywaników też nie lubi. I tak, łazienka jest ze mną niekompatybilna, bo nawet nie mam tam gdzie zawiesić ręcznika, I. wiesza swój na prysznicu, co denerwuje jego żonę, dzieci zaś rzucają je po prostu na podłogę. I nie mam tam miejsca, żeby ubranie położyć, mogę tylko na klapie od kibla, co mi nie odpowiada. Albo na olbrzymiej kuwecie, na której leżą narzędzia do sprzątania żwirku, co mnie też nie kręci :)
Nie mam miejsca na położenie chociażby swojej kosmetyczki z przyborami - trudno, żebym korzystała z utensyliów domowników.
I tak, szyba od prysznica woła o pomstę do nieba, nie czyszczę. Moja kąpiel nie zmienia tam nic.
Wszystkie półeczki na przyssawki poodpadały.
A kibelek na śmieci jest pełny tak, że się wylewa.
Sama nie mam takiego wypasionego, tani, plastikowy, ale regularnie opróżniany, mimo że okresu już nie mam od lat :)
Spakowana, zaczęłam ogarniać Kalafiorkównę. I tak, dostała iPada. Z Pages.
Zaczęła pisać swoje opowiadania.
Tylko kotki i pieski. Monotematycznie.
Wróciwszy z logopedii, matka delikwentki powiedziała, że da jej iPada po swoim trupie.
Że ma pisać na kartce.
Że to, że nie ogarnia liter to normalne, bo jest w pierwszej klasie.
Że to, że myli i z j to nie problem.
Że wciąż pisze pijes zamiast pies.
Słyszy dobrze.
To samo stwierdził Inżynier, że się czepiam. Że się nie znam.
I takie tam sranie w banie.
Po czym po kąpieli Pages zażyczył sobie Alienek, który pisze opowiadania tylko o postaciach SF. Zna wszystkie z Marwella.
Wywaleni od łóżka, długo złazili, żegnając się ze mną.
Rozpaczliwie już tęskniąc i tłumacząc, że psa nie całowali już.
Że ta książka o Poznaniu, którą kupiłam wbrew wątpliwościom rodziców ich bardzo interesuje - zaprosiłam na nocowankę i zwiedzanie.
I wtem, popijając już wino, zaoferowane przez matkę dzieciom, dowiedziałam się, że pociąg z Berlina ma pół godziny spóźnienia.
Więc mam się wypakować. Bo za późno na odwożenie mnie (co też cały czas utrzymywałam, decydując się na kolejną noc na zarwanej kanapie, zresztą dostałam tylko kordłę świeżo praną, a resztę zorganizowałam sobie sama, nie chcąc narażać dziecka na prawie 100 km po tym wyjeździe - auto zostawił pod moim domem, licząc się z 11 listopada). Musiałby wrócić do chaty, odwieźć mnie, wrócić na włości. W nocy już.
A ja byłabym w domu najwcześniej o 22, z walizką pełną brudnych ciuchów.
Wobec tego napiliśmy się (kto bogatemu zabroni?)? Inżynierowa swoim zwyczajem siedziała w biurze, nie wiem, czy mnie aż tak nie lubi, bo nie spędziłyśmy razem ani jednego wieczora po wyeliminowaniu Łobuzów, czy też ma inne zajęcia? Rybka mi to w sumie, mogłam zdjąć aparaty i odetchnąć.
Pogadaliśmy, jak czekista z czekistą, jak zawsze. Nie w moim stylu kłótnia o nic, nawet jak wiem, jak myli się dziecko.
Inżynier odwoził następnego dnia Łobuzy do szkoły, choć jego żona szła do pracy na 12.30.
Nie mój cyrk, nie moje pchły.
Nawet się nie kąpałam (po tych cudach z poprzedniego postu mam włoski takie, że przyczeszę i mogę się ludziom pokazać - WOW). Schłyby co najmniej godzinę.
Więc wyściskana przez Łobuzów (nawet Kalafiorkówna zadeklarowała miłość do mnie i że będzie tęsknić - bez przymusu, a Alienka trzeba było ode mnie siłą odrywać, już pani woźna, ta jedna miła, widząc jak się ze mną wita po wyjściu ze szkoły, stwierdziła: o, babci pieszczoszek), odwieziona zostałam do domu...
Nie ma to jak w moim domu. Ogarnąwszy wzrokiem (w okularach) moje nieskazitelne w sumie podłogi, łazienkę i inne takie tam, stwierdziłam, że skoro mnie nie było, to wrzucę na luz i dziś Dzień Dziecka.
Amarylisy już przekwitły, ale są nowe pędy.
Grudniki rozhulały się na maksa :)
Asparagus puszcza nowe pędy tak daleko, że zahaczam o nie, idąc do stołu z wydruczkami, odpukać - powinien przetrwać kolejną zimę w mieszkaniu :)
Pracowałam po godzinach, ale w ciszy i spokoju, nawet muzyki nie włączałam - dopiero jak zaczęłam pisać na bloga.
Kolejny wyjazd I. jest znów środa-czwartek w grudniu. I nie, nie pojadę już, będą musieli dziadka molestować. Ogarnęłam kalendarz - nawet nie mam przerwy przed jednym a drugim numerem, bo styczeń zamykamy 15 grudnia, o ile znów się coś nie przesunie. I byłam przekonana, że fajrant, ale nie, maszynki zamykają się 22.
No i dupa.
I nie, moja miłość do dziecka nie sięga AŻ tak daleko, że kurcgalopkiem polecę w przerwie, której nie mam w tych dniach po wnuki.
Będą musieli sobie to inaczej ogarnąć, dziadek nie pracuje, jest mobilny.
Prawdopodobnie w tym roku upiecze mi się wigilia, nawet urodziny Kalafiorkówny chcą zorganizować przed świętami (ma je 26 grudnia). I ja ich rozumiem i nie czuję się poszkodowana, że nikt mnie nie będzie NIGDZIE ciągał, na zasadzie, że taka biedna i samotna jestem.
Jestem i dobrze mi z tym.
Dzieci moje doświadczenie życiowe w sumie mają w dupie, wiedzą wszystko lepiej.
Kocham moje wnuki, zwłaszcza mojego przydupasa Alienka, ale kocham też siebie.
22 grudnia zamknę wszystko i będę miała czas dla siebie.
Bez porażającego mnie bałaganu.
Bo u mnie w domu było to nie do pomyślenia. Kiedyś mój szwagier (nie ten), na moją odmowę czegoś tam, bo muszę ogarnąć mieszkanie, powiedział: a co ty masz do roboty w tej ciupie (sam ma chatę olaboga, ale jak tam byłam po śmierci szwagierki, śmierdziało stęchlizną). Cóż, w małej chacie, tak samo jak w pałacu - wszystko powinno być na swoim miejscu.
Inaczej zawsze będzie bajzel.
I nie wiem, dlaczego moi synowie, chowani w porządku (jak byli mali, co dzień odkurzałam podłogę i myłam ją na kolanach, mając dywany i linoleum), wprawdzie niedokładnie (śmieją się z tego po latach, że mnie kantowali) ścierając kurze, jakoś nie rzucając lumpów jak leci, ogarniając swoje własne włości pod surową egidą żon (hmmm, zamilknę, i tak bez tego wiadomo, że nie ma paskudniejszej teściowej niż moi) - dobrze się czują w takim bajzlu?
Z którego wróciłam z ulgą, że...
Zjadłabym z podłogi, niesprzątanej od zeszłego tygodnia, położę się do niepołamanego łóżeczka z czystą jak kryształ pościelą (a chciałam im dać kanapę niepołamaną, podobna do tej, jaką mają, bo moja mi nie pasuje i żałuję tej wyrzuconej, kupiłabym sobie kompatybilniejszą niż mam, a u nich spałabym wygodnie, ale nie to nie)...
To już za mną i mam nadzieję, że nie będzie mi się dziś śnił wszechobecny brud kotami z sierści i inne takie tam...
Stary dom, stare meble, ja stara.
Jakie to cudne jest, nawet jak trudno do wanny niekiedy wleźć.
Ale kuchenka codziennie myta. Też pracowałam zawodowo, nie mogąc liczyć na Eksa. Jeździłam do szpitala w sąsiednim mieście. Nikt z jego rodziny, a wszyscy mieli po kilka samochodów nigdy mnie nie podwiózł. Ogarniałam pracę, dom, dzieci, jeździłam (zbiorkomem) do teściowej i w mieście, i do Baranowa, do którego nie było wtedy tylu kursów, co teraz. Nawet mój szwagier (nie ten), z którym wówczas mieszkała, na wieść, że po pracy jadę do niej, bo tego chciała, rzekł: pojebało cię.
No cóż.
Bez wynalazków - zmywarki, samosprzatających odkurzaczy i innych takich tam.
Bez prawa jazdy, którego nie zrobiłam, bo nie miał kto się zająć Pierworodnym.
Utrzymując wszystko w sumie z jednej pensji.
Jak widać, gorszej ode mnie ze świecą szukać.
Jeszcze muszę się przeprosić z Pierworodnym, jakbym coś zawiniła... Bo ta jebana klamka, dobrze, że Alienek nie słyszy, bo znów by mu kompa zabrali :P
A jutro pójdę i kupię sobie wino.
W sumie, nawet jak wypiję całą butelkę i mi zaszkodzi, to będzie bardzo fajna sprawa.
Co mam do stracenia?