bardziej szalone to chyba być nie może, Kochany Pamiętniczku.
Dopiero dzięki Spotify odkryłam, że piosenka, którą z lubością nucił mój ojciec po pijanemu to Most na rzece Kwai.
A melodia ta prześladowała mnie przez lata w snach.
No cóż.
I tak tydzień pracowy leniwie płynął, bo wszyscy mają wszystko w dupie, więc i ja spokojnie pooglądałam Synów Anarchii, kiedyś ogarnęłam jeden sezon, ale teraz chyba wszystkie przelecę.
Zawsze marzył mi się gość na harleyu, chociaż moja pierwsza wielka i niespełniona miłość woziła mnie jawą. Gdy to wyszło jak szydło z worka, moje dzieci wpadły w histerię, że jak to, mama na motorze jeździła, a im nie wolno nawet o tym pomarzyć?
Hahahahaha :)
Spuśćmy zasłonę milczenia na moje jeżdżenie na motorach, bo trochę tego było :P
Gdy po latach zapytałam Pierworodnego: a motor? Spojrzał na mnie jak na wariatkę i powiedział: mamo, ja mam dzieci do odchowania :)
Ha!
Jako że budzę się teraz o 5 rano, bo jasno, jak za dawnych, dobrych młodych lat, gdy z motorkiem w dupie popylałam na Manhattan, wkurwiając dzieci, bo nie wstawały, żeby iść ze mną po zakupy, a nie miałam wózeczka i potem ich sumienie gryzło, że matka siaty dźwiga :) Teraz nie dźwigam, nawet sobie nie wyobrażam dźwigania tego, co wtedy lekko niosłam, a wózeczek dla mnie jednej po brzegi załadowany i ledwo go ciągnę.
Ale to dla zdrowotności, te rajdy poranne, bo się kroczków nastuka, a potem jest tak gorąco, że chuj :)
A są
dycha za jednego, ale warto, zjadam potem
taki obiadek, liście od tego kalafiora są przesmaczne...
Żeby jeszcze dupa spadała po tej diecie, ale nie, tkwi twardo na swym posterunku, kubańska :)
Albo takie truskaweczki, kupione dla Łobuzów...
A bo Łobuzy to osobna bajka.
Zapowiedziano ich podrzucenie na Boże Ciało. Bo rodzice chcieli primo po pierwsze iść do kina, primo po drugie odetchnąć.
Przeprowadziłam więc akcję stawania na głowie, że co biedne dzieci zjedzą, jak je nakarmić, że przez okno mogą wypaść, że sranie w banie...
Więc zaopatrzona byłam, by rzeczone Łobuzy nakarmić, a jakże. Standardowo: pomidorowa.
Co ja będę na głowie stawała i tupała uszami, jak wiadomo: pomidorówka rządzi i wymiata.
I tak było.
Po spacyfikowaniu kłótni o to, która książka jest czyja, kto wziął pierwszy pinkową kredkę, po uspokojeniu pytań, kiedy pójdziemy na lody i czy teraz zaraz można wziąć cukierka, po zachwyceniu się kolejnymi połączonymi numerkami i po stanowczym zarządzeniu opróżnienia jedynego stołu na tej kwaterze, pomidorową podano.
W trakcie konsumpcji, kiedy SJ wcinała kolorowe kalafiorki, budzące odrazę w ekipie pomidorowej i odpowiadała na pytanie, dlaczego je kalafiorki, które są be, Alienek zgłosił konieczność natychmiastowego udania się tam, gdzie król chodzi na piechotę i bez asysty. I poprosił o dokładkę. Pomaszerował, a że miał na talerzu jeszcze pomidorówkę, wyszłam z założenia, że jak zje, to dostanie dokładkę. Dopilnowany do umycia rączek wrócił do stołu i teatralnym gestem wskazując talerz, zapytał: to ma być dokładka? Prosiłem o dokładkę.
Padłam :)
Ale zjedli całą pomidorówkę (a nie było tego mało), makaron, a i spenetrowawszy lodówkę poprosili o kabanosy.
Dostali :)
Co będę im żałowała.
Bo byli głodni na lody, a lody były daleko, daleko...
I tak nam miło dzień płynął, książeczka, o której matka Łobuzów była zdania, że nie trafi w ich gusta, zachwyciła ich tak, że nauczyliśmy się w trymiga wierszyka:
Na stoliku w pokoiku stało mleczko i jajeczko...
Książeczka powędrowała później na włości. A Kalafiorkówna co rusz z wierszykiem wyjeżdżała... I z innym, i z mizianymi wierszykami (znaczy się, babcia mówiła i miziała) i nagle stała się tak przywiteczna, że ojapierdolę, prawie tak jak jej rodzony ojciec, a mój syn :)
No i zdjęcia, oglądanie zdjęć i niedowierzanie, że babcia też mogła być małą dziewczynką, ale portret mojej mamy to już dla nich świętość, wiedzą, że to prababcia Miecia, choć znają tylko prababcię Czesię, ale to ich prababcia, mama babci i babcia taty...
Będą z nich jeszcze ludzie :)
I filmik z karconym kotem, strącającym fiolkę z forteklapy, niepedagogiczny, ale ile było z tym radości, tym bardziej że filmowy kot to jest jak ich domowy sierściuch.
Ale nadeszła pora wyjścia z nory. Umówiliśmy się z Pierworodnym i jego bandą na lody, na zasadzie babcia stawia.
Przestudiowałam przedtem wszystkie okoliczne kościoły i procesje, ale coś poszło nie tak.
Wybrałam dłuższą trasę, bo byliśmy do przodu, ale na zakręcie
pienia się rozległy i cały pogrzeb na nic.
Poszliśmy więc inną trasą, co okazało się strzałem w dziesiątkę, albowiem Łobuzy, heretyki jedne, załapały się na
odpust i poznańskie rury :)
Biedne dzieci, w pogańskiej wierze chowane, pojęcia nie mają, co to jest odpust i inne cuda wianki, ale nie wnikałam w detale, to już problem rodziców, nie mój (ojciec był ministrantem i lektorem, a matka nałogowo chodziła na pielgrzymki i była w oazie).
Rury okazały się strzałem w dziesiątkę, aczkolwiek babcia stanowczo odmówiła kupna pozostałych gadżetów odpustowych :) Nie, że kasy brak, ale bez przesady.
Za to policji było więcej niż przez cały miesiąc na dzielni.
Zlądowaliśmy w Cytrynowej, przed umówionym czasem i dostali lody, po szopce przed kasą, ale udało się, i czekoladowe z pomarańczą, i śmietankowe uspokoiły zamieszanie na chwilę konsumowania. Ale okazało się, że Pierworodny i jego ekipa się spóźnią. O 15 minut, spóźnili się o godzinę, co wywołało taki atak wścieklizny u mnie, że musiałam Małą Wiedźmę i Papryczka uspokajać, że nie mam nic do nich, ale ich ojciec i matka to...
Kalafiorkówna oszalała. Nie chciała iść nawet z Alienkiem, ale tylko ze mną, a do każdego podchodziła jak żaba do jeża.
Postawiłam lody wszystkim, bo obiecałam, ale uważam, że zamówienie ekipy Pierworodnego "po dwie kulki" w obliczu spóźnienia i ceny w lodziarni, to jednak lekkie przegięcie.
Dzień wcześniej miał urodziny i mimo tego, że dopłaciłam wtedy niemało do okularów i miało być to na urodziny awansem, dostał też niemało grosza. Później okazało się, że miał i wypłatę wczoraj, zaraz też pojechali na zakupy i cała rodzina ma na sobie nowe ciuchy.
No cóż, nie była to moja kasa.
Ale ja ciuchy po kupieniu najpierw piorę, potem noszę.
Fotka wyszła przecudnej urody, a i ja się na nią wtranżoliłam, mówiąc, że w sumie jak wyciągnę kopyta, to wnuki nie będą mnie pamiętały.
Poszliśmy w kierunku mojego domu, ale nie zapraszałam (świnia jestem, ale mnie też nie zapraszają), no a ja miałam jeszcze wytresowane co do minuty Łobuzy do kąpieli i do kolacji, a sama na ten mord padałam.
Ich autobus nadjechał wcześniej, złapali i było po bólu.
Nakarmiłam Łobuzy ostatkiem sił, dobrze, że kolacja: płatki i zimne mleko była prosta (płatki dowieźli, mleko miałam). Alienek zalewa płatki mlekiem, Kalafiorkówna je suche, mleko w kubeczku.
Kąpiel - uwielbiam kąpać dzieci. Takie zboczenie.
Był szał ciał, bo...
Mają w domu prysznic.
A tu było więcej piany niż wody :)
Bajka na dobranoc, buzi, buzi, buuuuuuzi...
Poszłam się wykąpać, wracam do wyrka z iPadem, oglądam film, gdy nagle wyrasta Alienek, że Kalafiorkówna go udrapnęła i krwawi obficie (było zadrapanie bez kropli krwi), że umrze...
Więc przenosiny, sublokator ze mną.
Kalafiorkówna, ugłaskana, uspokojona zasypia, Skubana, luksusowo.
A ja mam sublokatora. Takiego, jak jego ojciec. Tyle że wtedy nie miałam iPada. Głaskany po główce sublokator zasypia po chwili, z tak błogim uśmiechem na ustach, że rekompensuje mi to brak miejsca we wyrku...
Jedna z tych rzadkich nocy, którą przesypiam bez latania do kibelka. To jednak u mnie jest na tle stresowym chyba.
Bladym rankiem zaopiekowałam Simpsonów, ułożyłam pasjanse, gdy wtem lekko ktoś pociągnął zgodnie z instrukcją obsługi babci bez aparatów kordełkę.
Pająk.
Myślałam, że Kalafiorkównie pająk się śnił, ale poleciała na kibelek i wróciła: pająk.
Zwlokłam więc zwłoki z łoża i poszłam do jej wyrka. Fakt. Na ścianie pająk jak chuj. Kątnik. Każę Kalafiorkównie oddychać i lecę po szklankę i kartkę. Wspólnie eksmitujemy Zyzia na balkon, Kalafiorkówna zachwycona, że taka dzielna jest :)
Śniadanie dla niej jest bezproblemowe, je wszystko, a najbardziej lubi zielone, jak babcia :)
Alienek wstaje pół godziny później i na wieść i pająku wpada w panikę.
Spacyfikowany, dostaje chleb z dżemem z rokitnika, mam na szczęście zapas. Jego ulubiony :)
Ogarnięci, pozmywane, lecimy na targ.
I po drodze okazuje się, że Alienek ma muchy w nosie, bo nie ma lodów.
Nie ma z tego prostego powodu, że o tej porze żadna lodziarnia nie jest otwarta :) Ale to do niego nie dociera i cała wyprawa na Manhattan to jak koszmar.
Kalafiorkówna z wózeczkiem (tania siła robocza) popylała jak Zatopek, a gdy lamentujący Alienek dostał wózek, tamował ruch.
Dobrze jednak, że poszłam, bo chyba Pan od Pomidorków ma początki demencji - przypomniał sobie, że miał mi zostawić towar (już drugi raz) dopiero na mój widok. Kalafiorkówna dorzuciła do zakupów dwa ogórki, które sama wybrała, a jej brat z obrzydzeniem patrzył na wszystkie stoiska,a w kolejce po szparagi, która ciągnęła się obok kiosku z plastikowanymi badziewiami, odstawił scenę balkonową, że jest biednym dzieckiem, które nie ma w domu ani jednej zabawki, jak jego wujek kiedyś, choć Kalafiorkówna mówiła mu, że babcia kupiła trampolinę i nie ma więcej pieniędzy (cytując tatę Łobuzów, dziadek za prawie tę samą kasę kupił badziewia w hurtowni, gros się rozwaliło z tego po godzinie).
Po przebrnięciu przez Manhattan był plac zabaw, o co marudzili od rana. Alienek miał na ręce taśmę odblaskową z mojej pracki i za Chiny Ludowe nie chciał się podzielić z Kalafiorkówną. Żeby zażegnać konflikt, powiedziałam, że jak się nie będzie kłóciła, dostanie ją na zawsze. Na placu zabaw K. wskoczyła w delfina, a chwilę po tym A. odstawił wielką scenę balkonową...
Inżynier pisał, że będą za pół godziny...
K. zlazła z delfina, ale A. uparł się, że na niego wlezie.
Bałam się, że tam utknie. Udało się, nie utknął.
Ale do autobusu doszliśmy tylko dlatego, że K. poszła przodem,
W domu K. zabrała RESZTKI po naklejce A...
Ten rzucił się na nią z ołówkiem w ręku...
I Kochany Pamiętniczku, jak żyję, nie widziałam takiej bitwy. O jebane pozostałości po naklejce, leżącej w pudełku po butach od wieków.
Dobrze, że byłam w pokoju, bo na wrzaski babcia, babcia już nie reaguję.
A ołówek wycelowany w oko i bitwa jak Bruce Lee.
I oznajmił, że nie chce mieć siostry.
Jak żyć, Kochany Pamiętniczku? Jak żyć?
Odebrali całych, nietkniętych, odetchnęłam z ulgą.
Korytarz umyłam.
Przebrałam się za Gwiazdora, bez dydkoświcha, pranie zrobiłam, obiad zeżarłam, Synów dalej oglądam...
A...
Inżynier mnie szuka. Od godziny.
Skype...
Mdleję.
Skype na ostatnim działającym tylko tam ustrojstwie po aktualizacji odpowiada, że za stary system żeby się uruchomić.
Łażę po suficie, ale może być MSG.
Działa.
Umieram.
Dzwonił do Inżyniera wujek.
Kurwa, skąd ma jego nr telefonu?
Pytając, co u mnie, bo nie mógł się do mnie dostać, choć próbował, a UWAGA, ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, budut triskat, jak w czeski pornolu: ZAŁATWIŁ mi pracę.
WTF?
Inżynier delikatnie obgadał sprawę, było tam dwóch wujków jego: TEN, co moje dzieci okradł ze wszystkiego i ten drugi, który zawsze mówił, że ja nic nie robię...
Ale spoko.
TEN szwagier, którego moje znajome, leczące się u niego oceniły niepochlebnie.
I ten drugi, który zawsze w moją stronę kurwami rzucał, choć nieraz mu dupę ratowałam.
No, załatwili mi pracę.
Że nie kontaktujemy się z rodziną.
Jakby to, kurwa, rodzina była.
Ale spoko, oko a la Maroko.
Inżynier przesyła mi emilka, ja po kilku godzinach na emilka odpisuję, z zapytaniem, w czym mogę pomóc i że do mnie można się dostać jak do Elżbietki, za protekcją i sposobem, więc jak coś (a wiem, że oni nie są biegli w te klocki)...
Pisałam, bo nie jestem ciekawa, ale lubię wiedzieć.
I chcę mieć satysfakcję z powiedzenia nie, że nie będę już dla nich pracowała.
Są agencje do sprzątania, do innych takich, stać ich na to.
A jeżeli chodzi im o korektę (a plumkali coś Inżynierowi o klasyfikowaniu książek), to owszem, ale dostaliby stawkę taką, że posraliby się.
A bibliotekoznawstwo? To już nie jest moja bajka. Umrę jako młodszy bibliotekarz.
Śledztwo przeprowadziłam, a co, mądra jestem, telefon Inżyniera dostali od szwagierki, która wyniosła się z tej kuwety w dzicz. Do której jechałam z Inżynierem na pogrzeb jej męża, dwa lata temu, i nam auto wysiadło po drodze.
Serio? Wtedy cała ekipa jadąca z Koziołkowa nie znalazła czasu, żeby mnie zapytać, mnie, niezmotoryzowaną, czy mnie nie zabrać tam na pogrzeb?
Mieli wolne miejsca w samochodach.
Tak czasem marząc, myślałam o tym, na pogrzeb którego z nich pójdę.
I dziś wiem, że na nikogo.
Byłam tam zawsze służącą i gorszym sortem.
Jak i moje dzieci. Nikt z nich, bogatych, biorących po latach sądowych walk "należący się im zachowek" po swoim ojcu, a który ja z moim mężem nie walczyłam, bo miałam do wyboru - wychować dzieci, albo wydać całą pensję na adwokata, na kilkanaście lat walki - dać im wykształcenie, co też uczyniłam, bo jestem taką starą wariatką.
Więc teraz mogą mnie w dupę pocałować.
Nic więcej mi nie zabiorą.
Nic więcej mi nie dadzą.
Zapraszają na kawę.
Inżynier jak zechce, pojedzie.
Ja już nigdy nie pojadę tam autobusem (szwagier przed laty: ty serio do nas autobusem jedziesz? Ja bym tak w życiu dupy nie ruszył), a na taksówkę mi szkoda, choć mnie stać.
Wolę wydać na dobre wino.
I nie, już nigdy w życiu nie będę pracowała po nocach za Balcerków, wysyłając transport elektrod EKG na Ukrainę (jak oni śmieli iść na urlop)...
Takie tam optymistyczne zapisy.
Mam nadzieję, że Inżynier, bo jak ja kopyta wyciągnę, to wlezie, chyba że mu czasu nie starczy, będzie ze mnie dumny :)