dziewczyna staje się szaloną żoną, później szaloną gospodynią, a na końcu starą wariatką :D
Na co mi przyszło.
Niechciej rozsiadł się i ani myślał się wynosić.
Toteż weekend upłynął beznamiętnie, piździło jak za cara na Skieletczyźnie, wkuliłam się w fotel i młóciłam kolejne filmy.
W niedzielę, a jakże, odświeżyłam się, na całe szczęście, bo rodzina się zwaliła, na Skype, ale zawsze.
U Pierworodnego bajzel był taki (a łazili z kamerką po całej chaupce), że ojapierdolę, u mnie by tak wyglądało, gdybym otworzyła szafę i wypieprzyła z niej wszystko na podłogę, nie żałując sobie... No nic, nie mój cyrk, nie moje małpy, doceniam, że się odezwali, choć Papryczek potrącił Małą Wiedźmę jak rysowała i z godziny rozmowy zrobiło się 39 minut wycia poszkodowanej. Przeżyłam. Najważniejsze, że są szczęśliwi, zdrowi, a Pierworodny zachwycony nową pracą. Synowa też zmądrzała i szuka pracy w S., choć będzie to "poniżej jej wykształcenia". Cóż, też sprzątałam, jak życie w dupę kopnęło i przypiliło i wcale się tego nie wstydzę.
Potem Inżynier się zameldował i, skunks jeden, mówi że jadą w poniedziałek do Londynu na jakiś jarmark.
Zamarłam.
Opierdoliłam.
Że po co mówi.
A dziecię: jakbym nie mówił, też byłby foch. Co racja to racja.
Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc) w nocy miałam koszmary o pijanym Ojcu (moim). To znak kłopotów. Dużych.
Ojapierdolę.
Rano wstałam, nie ogarnęłam się, nieogarnięta poszłam się kąpać i nawet nie słyszałam, jak w małym pokoju z szafy na ziemię spadł scindapsus. Miał prawo spaść, ponieważ doniczka była niewyważona i drabinka również. No ale... Omen...
Psiakrew.
Inżynier w tym czasie jadł śniadanie i mnie obśmiał.
I pojechali.
No to co miałam robić??
Umyłam okna (w dużym pokoju sobie darowałam, zrobię to w najbliższym czasie). Obiad ugotowałam w międzyczasie, o
Chyba nie muszę mówić, że był ojapierdolę. MLASK...
Ogarnęłam dekorację w przedpokoju, planując zmianę wystroju stosownie do sezonu. I tak Halloween został zastąpiony przez - nie będę gorsza od marketów - już świąteczną dekorację. Bo tak, bo staram się trzymać fason i nie dać się złym myślom...
I tak
Puszka obfocona specjalnie dla Zmorki, bo pytała. Babka w niej była, włoska, panettone. Babkę zeżarli jeszcze w UK u Pierworodnego. Dobra była. A naciągnęłam na nią Barana w jego firmie, bo... puszka mi się podobała :D A puszki po naparstkach to mój drugi fijoł :) Sobie Baran kupił jakąś wypasioną świąteczną, ale ja chciałam li i jedynie tą, bo... lata pięćdziesiąte, my love. Co z tego, że dopiero po latach odkryłam uroki Ameryki lat pięćdziesiątych tak naprawdę, choć od dzieciństwa chodziły za mną te kiecki na sztywnych halkach, twist i inne takie tan?? Może w następnym życiu moja tęsknota za tymi klimatami, za rękawiczkami, rękawami trzy czwarte i ehhh... Wiem, to nie były tak kolorowe czasy, jak wygląda na filmach, ale...
Urodziłam się w latach pięćdziesiątych.
Żałuję, że tak wcześnie i nie dożyję kolejnych cudów wianków.
Ale może nie powinnam żałować?
Cieszę się chwilami, które były mi dane.
Dziękuję życiu za nie...
Dzwonek do drzwi,
Patrzę przez wizjer i...
Ojapierdolę.
Kolędnicy z szopką.
Po raz pierwszy od dawna nie otwieram drzwi.
To że mam swój wystrój, to zbieg okoliczności, bo czas mam jaki mam.
Ale kolędnicy w andrzejki to już przegięcie pały w drugą stronę.
Tak jak muzułmanie w PL domagający się szariatu.
Inżynierostwo całe i zdrowe z Londynu wróciło...
Zatem sen mara, Bóg wiara i mogę cieszyć się nastrojem i marzyć...
Dobry dzień, Kochany Pamiętniczku, co nie?? :)
UPDATE
Z FB dowiedziałam się, że adwent trwa od wczoraj, Ojapierdolę, tego najstarsze Stare Jędze nie pamiętają... I że proboszcz wysłał młodzież z opłatkami. Też ojapierdolę. Nie dołożę już ani złotówki do nowej parafii. Bo nie i już :D
poniedziałek, 30 listopada 2015
piątek, 27 listopada 2015
Śniadanko
o 10? A kto bogatemu zabroni?
Tak krzątając się po kuchni myślałam, że jednak życie emeryta fajne jest. I nie, jak mi sugerują w pracy, że się zanudzę. Nigdy nie nudzę się w tak dobrym towarzystwie, jak moje własne. Byłabym niespełna rozumu, gdybym się sama ze sobą nudziła :)
Cisza, spokój, lenistwo to jest to, co króliczki lubią najbardziej.
Szalone, zwariowane dni w pędzie już mnie nie nęcą.
Nawet chwile, które chciałabym jeszcze przeżyć i miejsca, które chciałabym zobaczyć - marzenia też wolno płyną.
Tylko czas zapierdala jak szalony.
Dziś śniła mi się Mama, młoda, piękna, roześmiana, zadowolona z życia i... uwodziła mojego pracowego kolegę, przesympatycznego gościa, w wieku mojego syna :D Dobrze się przy tym bawiła. No cóż, sny są czasem takie zakręcone. A ja w tym śnie chodziłam po zasypanych po kolana śniegiem ulicach jakiegoś niemieckiego-angielskiego miasteczka, jak ze starej, świątecznej pocztówki, szukając domu szwagierki. W tym zaśnieżonym, nieodśnieżanym i niesypanym niczym, bajecznym krajobrazie świeciło słońce, było ciepło i ludzie chodzili w letnich strojach.
Tak, Kochany Pamiętniczku, wygląda na to, że za niedługo trzeba będzie rozglądnąć się za jakimiś tabsami ;)
Donos do straży miejskiej napisałam. Naprzeciwko mojego bloku już nie ma klepiska, jest San Francisco. Postawili dwa biurowce, za nimi parking. Wall Street normalnie. Biurowce wypasione, nawet taras mają. Drzewka, trawnik z rolki, podjazdy dla niepełnosprawnych, fantazja, cud, miód, orzeszki i malina :) Pięknie to wygląda wieczorkiem, bo podświetlenie też niczego sobie. No i? Na trawniku przed biurowcami nie ma już trawy, bo debile tam parkują. A parking pustawy stoi, no ale z parkingu trzeba trochę kroków zrobić, żeby dojść do wejścia. Zupełnie jak mój Eks, jakby mógł, wjechałby do sklepu samochodem, a do kiosku w sąsiednim bloku też samochodem jeździł. I wcale się tego donosu nie wstydzę :P :)
Tak krzątając się po kuchni myślałam, że jednak życie emeryta fajne jest. I nie, jak mi sugerują w pracy, że się zanudzę. Nigdy nie nudzę się w tak dobrym towarzystwie, jak moje własne. Byłabym niespełna rozumu, gdybym się sama ze sobą nudziła :)
Cisza, spokój, lenistwo to jest to, co króliczki lubią najbardziej.
Szalone, zwariowane dni w pędzie już mnie nie nęcą.
Nawet chwile, które chciałabym jeszcze przeżyć i miejsca, które chciałabym zobaczyć - marzenia też wolno płyną.
Tylko czas zapierdala jak szalony.
Dziś śniła mi się Mama, młoda, piękna, roześmiana, zadowolona z życia i... uwodziła mojego pracowego kolegę, przesympatycznego gościa, w wieku mojego syna :D Dobrze się przy tym bawiła. No cóż, sny są czasem takie zakręcone. A ja w tym śnie chodziłam po zasypanych po kolana śniegiem ulicach jakiegoś niemieckiego-angielskiego miasteczka, jak ze starej, świątecznej pocztówki, szukając domu szwagierki. W tym zaśnieżonym, nieodśnieżanym i niesypanym niczym, bajecznym krajobrazie świeciło słońce, było ciepło i ludzie chodzili w letnich strojach.
Tak, Kochany Pamiętniczku, wygląda na to, że za niedługo trzeba będzie rozglądnąć się za jakimiś tabsami ;)
Donos do straży miejskiej napisałam. Naprzeciwko mojego bloku już nie ma klepiska, jest San Francisco. Postawili dwa biurowce, za nimi parking. Wall Street normalnie. Biurowce wypasione, nawet taras mają. Drzewka, trawnik z rolki, podjazdy dla niepełnosprawnych, fantazja, cud, miód, orzeszki i malina :) Pięknie to wygląda wieczorkiem, bo podświetlenie też niczego sobie. No i? Na trawniku przed biurowcami nie ma już trawy, bo debile tam parkują. A parking pustawy stoi, no ale z parkingu trzeba trochę kroków zrobić, żeby dojść do wejścia. Zupełnie jak mój Eks, jakby mógł, wjechałby do sklepu samochodem, a do kiosku w sąsiednim bloku też samochodem jeździł. I wcale się tego donosu nie wstydzę :P :)
czwartek, 26 listopada 2015
Zginął
mi jeden dzień.
Idę go szukać.
Jak bez ręki bez niego... Mam wciąż wrażenie, że dziś czwartek, a to piątek już.
Kochany Pamiętniczku, co zrobić, żeby Niechcieja wreszcie wyeksmitować?
Straszny jest.
Hahahahahaha :) Znalazłam, czyli mój zegar biologiczny jest OK :) Mała rzecz, a cieszy :D
Faktycznie, dziś jest czwartek, więc cosik mi się popierdoliło na maksa :) Właśnie chciałam sprawdzić, kiedy pensja na konto wpłynie, bo w szkatule pustki i dno przeziera, otwieram kalendarz i faktycznie - czwartek się znalazł :) Niebiosom dzięki, nie lubię zgub :D
Tak to jest, jak człowiek do pracy nie chodzi i nie myśli.
W czarnej dupie jestem, jak czytam, co się dzieje. I dobrze, że nie mam ochoty na aparaty i słuchanie radia, bo zwariowałabym. Tak to wiem, jak siądę i poczytam.
Dno i sto metrów mułu, nie ma się od czego odbić.
Rozumiem, że można być prostym człowiekiem, sama jestem nieskomplikowana i łatwa w obsłudze (co poniektórzy będą polemizowali, ale oj tam, oj tam). Od dziecka jednak, dzięki naukom Mamy, mądrej i znającej kobiety wiedziałam, że prosty nie znaczy głupi. Nauczyła mnie szacunku do wszystkich, nawet do wsiowego etatowego głupka, za którym wszyscy kamieniami rzucali, żeby go zdenerwować. Ja z Edziem zawsze grzecznie rozmawiałam, to były fajne chwile i do dziś pamiętam, że Edziu swój rozum miał... Tak samo jak głupi Waluś, nasz kościelny (tak go zwano), człowiek ułomny na ciele, ale wielki na duszy. Dziś byłby niepełnosprawnym zwany... Nie wolno nam było o nim inaczej mówić, jak pan Walenty, a gdy przychodził do nas do domu, choć sumitował się pod drzwiami, zawsze musiał z Mamą wypić herbatę i to na świątecznym serwisie... Pan Walenty. Edek. I moja Babcia ze strony Ojca, nie że głupia. Ale prosta, chłopka, z 3 klasami podstawówki, matka trzynaściorga dzieci. Tylu książek, ile Ona pochłonęła, to nie czytał chyba nikt. Czasami buntowałam się, że znów muszę lecieć do biblioteki. Nie mieszkała z nami, miała swoje mieszkanie w podworskich czworakach. Z trudem chodziła, bo złamała biodro. Jej jedyną rozrywką było radio i książki właśnie.
Nikt z nich nie głosowałby na pisiorów, mimo że prości i religijni byli. Bo wiem, pamiętam te rozmowy, a czasy były ciężkie, nie takie jak dziś, kiedy mówi się (jeszcze!!!!) co się myśli, że byli mądrzy i rozumni. Mimo że przecież - prości byli, co nie??
Ojapierdolę.
Patrząc zaś na tę moją znajomą, co aż się zapluła z powodu zwycięstwa pisiorów myślę: kobieto, za co cię Pan Bóg tak pokarał? Bo jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera. Za co odebrał rozum połowie Polaków? Tej większej połowie??
Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie...
Wczoraj oglądnęłam wersję Ostatniego brzegu z 2000 roku, bo dopiero teraz znalazłam napisy. I spać nie mogłam. Wersja z 1959 jest bardziej wstrząsająca, ale ta bardziej osadzona we współczesnych realiach już. Obsada znakomita. A treść - obyśmy nigdy nie musieli czegoś takiego przeżywać, przenigdy. Film długi, bo ponad 3 godziny, ale warto. Polecam, gdyby ktoś się skusił szukać On the beach. Jeśli ktoś chce książkę, proszę o emilka, mam wersję wordowską, z miłą chęcią podeślę.
Dziś po raz kolejny zjadłam radioaktywne śniadanie...
Obym nigdy realnie nie musiała.
Chcę dobrego świata dla moich dzieci i wnuków.
I dla tych paskudnych sierściuchów też.
Idę go szukać.
Jak bez ręki bez niego... Mam wciąż wrażenie, że dziś czwartek, a to piątek już.
Kochany Pamiętniczku, co zrobić, żeby Niechcieja wreszcie wyeksmitować?
Straszny jest.
Hahahahahaha :) Znalazłam, czyli mój zegar biologiczny jest OK :) Mała rzecz, a cieszy :D
Faktycznie, dziś jest czwartek, więc cosik mi się popierdoliło na maksa :) Właśnie chciałam sprawdzić, kiedy pensja na konto wpłynie, bo w szkatule pustki i dno przeziera, otwieram kalendarz i faktycznie - czwartek się znalazł :) Niebiosom dzięki, nie lubię zgub :D
Tak to jest, jak człowiek do pracy nie chodzi i nie myśli.
W czarnej dupie jestem, jak czytam, co się dzieje. I dobrze, że nie mam ochoty na aparaty i słuchanie radia, bo zwariowałabym. Tak to wiem, jak siądę i poczytam.
Dno i sto metrów mułu, nie ma się od czego odbić.
Rozumiem, że można być prostym człowiekiem, sama jestem nieskomplikowana i łatwa w obsłudze (co poniektórzy będą polemizowali, ale oj tam, oj tam). Od dziecka jednak, dzięki naukom Mamy, mądrej i znającej kobiety wiedziałam, że prosty nie znaczy głupi. Nauczyła mnie szacunku do wszystkich, nawet do wsiowego etatowego głupka, za którym wszyscy kamieniami rzucali, żeby go zdenerwować. Ja z Edziem zawsze grzecznie rozmawiałam, to były fajne chwile i do dziś pamiętam, że Edziu swój rozum miał... Tak samo jak głupi Waluś, nasz kościelny (tak go zwano), człowiek ułomny na ciele, ale wielki na duszy. Dziś byłby niepełnosprawnym zwany... Nie wolno nam było o nim inaczej mówić, jak pan Walenty, a gdy przychodził do nas do domu, choć sumitował się pod drzwiami, zawsze musiał z Mamą wypić herbatę i to na świątecznym serwisie... Pan Walenty. Edek. I moja Babcia ze strony Ojca, nie że głupia. Ale prosta, chłopka, z 3 klasami podstawówki, matka trzynaściorga dzieci. Tylu książek, ile Ona pochłonęła, to nie czytał chyba nikt. Czasami buntowałam się, że znów muszę lecieć do biblioteki. Nie mieszkała z nami, miała swoje mieszkanie w podworskich czworakach. Z trudem chodziła, bo złamała biodro. Jej jedyną rozrywką było radio i książki właśnie.
Nikt z nich nie głosowałby na pisiorów, mimo że prości i religijni byli. Bo wiem, pamiętam te rozmowy, a czasy były ciężkie, nie takie jak dziś, kiedy mówi się (jeszcze!!!!) co się myśli, że byli mądrzy i rozumni. Mimo że przecież - prości byli, co nie??
Ojapierdolę.
Patrząc zaś na tę moją znajomą, co aż się zapluła z powodu zwycięstwa pisiorów myślę: kobieto, za co cię Pan Bóg tak pokarał? Bo jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera. Za co odebrał rozum połowie Polaków? Tej większej połowie??
Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie...
Wczoraj oglądnęłam wersję Ostatniego brzegu z 2000 roku, bo dopiero teraz znalazłam napisy. I spać nie mogłam. Wersja z 1959 jest bardziej wstrząsająca, ale ta bardziej osadzona we współczesnych realiach już. Obsada znakomita. A treść - obyśmy nigdy nie musieli czegoś takiego przeżywać, przenigdy. Film długi, bo ponad 3 godziny, ale warto. Polecam, gdyby ktoś się skusił szukać On the beach. Jeśli ktoś chce książkę, proszę o emilka, mam wersję wordowską, z miłą chęcią podeślę.
Dziś po raz kolejny zjadłam radioaktywne śniadanie...
Obym nigdy realnie nie musiała.
Chcę dobrego świata dla moich dzieci i wnuków.
I dla tych paskudnych sierściuchów też.
wtorek, 24 listopada 2015
Listopad
przeleciał znienacka.
Za niedługo znów spadnie kartka z kalendarza.
Zamknęłam ostatni tegoroczny numer, Boss ciśnienie mi podniósł urlopem, ale zacisnęłam zęby i tak swoje odbiorę, nie kijem go, to pałką. I najgorsza rzecz na świecie - mieć do czynienia z mężczyzną z andropauzą. Najwścieklejsza kobieta z menopauzą to anioł w porównaniu z takim panem. Z dzieckiem można się jakoś dogadać, ale z takim - ni dudu.
No nic.
Zatem mam wolne do 6 grudnia.
Lenia hoduję, wolno mi.
Muszę odreagować, każdy miesiąc to większy stres.
Nic to, będę żyła.
Hiacynty sztuk cztery nabyłam w ramach odreagowywania. I amarylisa.
I tralalalalalalala :)
Po raz pierwszy w życiu zakwitnie mi powtórnie storczyk :)
Przykazanie Nadwornego Ogrodnika: dbać, jak o kobietę w ciąży :D
Dbam, dbam :) Chucham, dmucham i rozmawiam z nim codziennie.
A tak poza tym, Kochany Pamiętniczku, poleniuchowałam, The Royality wciągnęłam, popchnęłam This life i stwierdziłam, że pora wyjść na świat.
Wylazłam, po opłatki poleciałam, mam już z głowy, na szczęście znalazłam sklepik z dewocjonaliami i nie musiałam lecieć na Ostrów Tumski.
I miętę dorwałam, taką, że ojapierdolę
To duże to 10 deko mięty, to małe 10 deko herbatki dla Inżyniera :D Nie wiem, czy wciąż będzie mu smakowała, kiedyś zapijał się przysmakiem irlandzkim :) To w ramach gratisu, prezent sobie sama kupił, dam mu kasę. To uczciwa transakcja, oszczędza mój czas, a on ma to, co chce. Tym bardziej, że mu się kumuluje z imieninami. Oj tam, że Brytole nie obchodzą, jestem Matka Polka :D
I tak idąc w stronę słońca, a coraz cieplej się robiło, słoneczko grzało, dowlokłam się w maleńką uliczkę, bo do Green Pointu lazłam, do P&P, bo mi się sera zachciało.
Skrzyżowanie. Patrzę w lewo, nadjeżdża wolno samochód, takie tam coś. To stoję, bo tak mnie uczono, a co się mam pod koła pchać, ja z niewymuszających, zresztą czas mam. Gość kiwa ręką, kręcę głową, że nie i pokazuję, że ma jechać. Jedzie. Staje na pasach, odkręca szybę i... ojapierdolę. W ręku ma policyjną odznakę. I z mordą na mnie, że mam nie przepuszczać samochodów, tylko przełazić, że next time mnie zwinie. WTF?? Za co?? Mówię, że mi się nie spieszy, że łatwiej pieszemu stanąć... Pojechał. Ale mi kurwa mać, humor zepsuł, aż mi się w środku zatrzęsło. Od dziś będę się pchała pod samochody, wkraczała na pasy i wymuszała pierwszeństwo. Czy ja zwariowałam, czy ludzie zwariowali, czy w tym kraju już wszystko pojebane jest na maksa?? Bo rozumiem, że mnie ktoś przepuszcza, jak jest sznur samochodów, ale wtedy przeważnie można stać kilka minut! Ale jak jedzie jeden, to niech spierdala migusiem, mam prawo stać na chodniku nawet cały dzień, kurwa mać...
Kilka godzin mnie trzymało, a co sobie przypomnę, to znów mną telepie.
Ale, ale... Nie nerwujemy się.
Coś się rąbniętemu kolanku odwidziało i znów jest nierąbnięte, jeszcze tylko troszkę pobolewa. Tak mi coś świszcze i gwiżdże, że to musiało być jakieś zapalenie. Coś niehalo się czułam i kupiłam sobie acard, a to przecież aspiryna jest :) No nie wiem, bo dawka mikroskopijna, ale czuję się lepiej tak ogólnie i kolanko też, więc cichosza, ale się cieszę, że obeszło się bez lekarza. Acard łykam, niedrogi. Jak Inżynier zachorował, to go też aspiryną kostusze spod kosy wyciągnęli, obyło się bez transplantacji, choć na starcie była opcja: w najlepszym przypadku przeszczep... Old story, long story...
Boligłówki pięknie rosną, bratki na noc okrywam gazetami i folią, i jak na razie mimo minus 5 w nocy jeszcze trzymają fason :)
Drążyłam też kwestię kapusty, co to Zmorka pisała. Pani redaktor od warzyw mówi, że rozmawiała z producentami i wśród nich zamieszanie. Bo dotąd używali zamiennie słów: kwaszona i kiszona i że żaden z nich nie używa octu do kiszenia. Ale że poszła fama, o czym pisała Zmorka, na gwałt zmieniają etykiety - wszystkie na kiszoną. Coś jest na rzeczy, bo najlepsza w okolicy ma na wiadereczku (tzn. miała zawsze) etykietkę kwaszona, a mi najbardziej smakowała, a ja na ocet jestem wyczulona. Kłóciła się nie będę - nie chce mi się. To są pierdoły.
Zmartwienia to polityka. Patrząc na to, co wyczynia ten rząd, chcę uciec gdziekolwiek. Strach gazetę otworzyć, czy jakikolwiek portal.
A i na świecie niewesoło, z każdym dniem coraz gorzej. Nie, żeby mnie kręciło krakanie, ale tak źle nie było od czasów zimnej wojny, rzekłabym nawet, że lepiej było, bo złe wieści nie rozchodziły się tak błyskawicznie...
No nic.
Za niedługo Papryczkowi roczek poleci. Pogadałam z Inżynierem i zrzuciliśmy się na prezent, tak urodzinowy, jak i gwiazdkowy. Oj, słono wyszło, ale cokolwiek nie kupię, to i tak w kąt idzie. A tak kupiliśmy zgodnie z zamówieniem i trendy, więc się chociaż pobawią i nie smyrgną od razu do kąta. Teraz na topie jest my little pony, Kraina Lodu to już przeszłość zamierzchła i zapomniana... Szkoda, Anna i Elsa były sympatyczniejsze od tych pinkowych badziewi. No nic, jeszcze chyba Barbie i inne wynalazki przede mną. Byle kasy starczyło. Nie rozumiem, dlaczego nie wystarcza książka i wyobraźnia, oczywiście, nie jestem wrogiem zabawek, ale to co dzieje się w tej chwili to wariatkowo.
Może powinnam iść do wariatkowa? Parę psychotropów i nirwana? Mieć na wszystko wyjebane i niczym się nie przejmować?
Może to nie jest najgorsze wyjście z sytuacji?
Plan już ułożony, mniej więcej. Inwazja będzie, nie ma zmiłuj. Choć ponoć w tym roku zrezygnowali z kopania rowów, bo babcia Postmana przyjeżdża i boją się, że nie przeskoczy, bo dla mnie taki okop to pestka (kolanko już nie boli).
Znów udają, że się mnie nie boją, a ja dziękuję niebiosom, że są.
Bo inaczej byłabym skazana na trzy tygodnie z sierściuchami.
Wiem, wiem, tu bywają sami wielbiciele sierściuchów, ale mnie to przerasta. Nie same sierściuchy, z tym da się żyć, nawet jak do łóżka wlezą i do walizki. Ale na stole, spacerujące wśród potraw, prosto po wyjściu z kuwety - nie trawię. Przykro mi. Każdy ma coś, co nie lubi. Nie lubię tego, a nie mam nic do gadania. Więc zacisnę zęby i będę żyła. Tak jak żyłam z pampersami na stole. Bo - kocham moje dzieci. I to jest potęga matczynej miłości. Znieść nawet kota pokuwetowego wśród jedzenia :)
Juterko będę się od rana kopała w tłustą dupę, żeby wreszcie zrobić to, co mam zamiar zrobić od lata.
Ale to nie jest moja wina, że czas tak zapierdala, co nie? :)
Wiem, że mnie zawsze zrozumiesz, Kochany Pamiętniczku. Jak dobrze, że jesteś :D
Za niedługo znów spadnie kartka z kalendarza.
Zamknęłam ostatni tegoroczny numer, Boss ciśnienie mi podniósł urlopem, ale zacisnęłam zęby i tak swoje odbiorę, nie kijem go, to pałką. I najgorsza rzecz na świecie - mieć do czynienia z mężczyzną z andropauzą. Najwścieklejsza kobieta z menopauzą to anioł w porównaniu z takim panem. Z dzieckiem można się jakoś dogadać, ale z takim - ni dudu.
No nic.
Zatem mam wolne do 6 grudnia.
Lenia hoduję, wolno mi.
Muszę odreagować, każdy miesiąc to większy stres.
Nic to, będę żyła.
Hiacynty sztuk cztery nabyłam w ramach odreagowywania. I amarylisa.
I tralalalalalalala :)
Po raz pierwszy w życiu zakwitnie mi powtórnie storczyk :)
Przykazanie Nadwornego Ogrodnika: dbać, jak o kobietę w ciąży :D
Dbam, dbam :) Chucham, dmucham i rozmawiam z nim codziennie.
A tak poza tym, Kochany Pamiętniczku, poleniuchowałam, The Royality wciągnęłam, popchnęłam This life i stwierdziłam, że pora wyjść na świat.
Wylazłam, po opłatki poleciałam, mam już z głowy, na szczęście znalazłam sklepik z dewocjonaliami i nie musiałam lecieć na Ostrów Tumski.
I miętę dorwałam, taką, że ojapierdolę
To duże to 10 deko mięty, to małe 10 deko herbatki dla Inżyniera :D Nie wiem, czy wciąż będzie mu smakowała, kiedyś zapijał się przysmakiem irlandzkim :) To w ramach gratisu, prezent sobie sama kupił, dam mu kasę. To uczciwa transakcja, oszczędza mój czas, a on ma to, co chce. Tym bardziej, że mu się kumuluje z imieninami. Oj tam, że Brytole nie obchodzą, jestem Matka Polka :D
I tak idąc w stronę słońca, a coraz cieplej się robiło, słoneczko grzało, dowlokłam się w maleńką uliczkę, bo do Green Pointu lazłam, do P&P, bo mi się sera zachciało.
Skrzyżowanie. Patrzę w lewo, nadjeżdża wolno samochód, takie tam coś. To stoję, bo tak mnie uczono, a co się mam pod koła pchać, ja z niewymuszających, zresztą czas mam. Gość kiwa ręką, kręcę głową, że nie i pokazuję, że ma jechać. Jedzie. Staje na pasach, odkręca szybę i... ojapierdolę. W ręku ma policyjną odznakę. I z mordą na mnie, że mam nie przepuszczać samochodów, tylko przełazić, że next time mnie zwinie. WTF?? Za co?? Mówię, że mi się nie spieszy, że łatwiej pieszemu stanąć... Pojechał. Ale mi kurwa mać, humor zepsuł, aż mi się w środku zatrzęsło. Od dziś będę się pchała pod samochody, wkraczała na pasy i wymuszała pierwszeństwo. Czy ja zwariowałam, czy ludzie zwariowali, czy w tym kraju już wszystko pojebane jest na maksa?? Bo rozumiem, że mnie ktoś przepuszcza, jak jest sznur samochodów, ale wtedy przeważnie można stać kilka minut! Ale jak jedzie jeden, to niech spierdala migusiem, mam prawo stać na chodniku nawet cały dzień, kurwa mać...
Kilka godzin mnie trzymało, a co sobie przypomnę, to znów mną telepie.
Ale, ale... Nie nerwujemy się.
Coś się rąbniętemu kolanku odwidziało i znów jest nierąbnięte, jeszcze tylko troszkę pobolewa. Tak mi coś świszcze i gwiżdże, że to musiało być jakieś zapalenie. Coś niehalo się czułam i kupiłam sobie acard, a to przecież aspiryna jest :) No nie wiem, bo dawka mikroskopijna, ale czuję się lepiej tak ogólnie i kolanko też, więc cichosza, ale się cieszę, że obeszło się bez lekarza. Acard łykam, niedrogi. Jak Inżynier zachorował, to go też aspiryną kostusze spod kosy wyciągnęli, obyło się bez transplantacji, choć na starcie była opcja: w najlepszym przypadku przeszczep... Old story, long story...
Boligłówki pięknie rosną, bratki na noc okrywam gazetami i folią, i jak na razie mimo minus 5 w nocy jeszcze trzymają fason :)
Drążyłam też kwestię kapusty, co to Zmorka pisała. Pani redaktor od warzyw mówi, że rozmawiała z producentami i wśród nich zamieszanie. Bo dotąd używali zamiennie słów: kwaszona i kiszona i że żaden z nich nie używa octu do kiszenia. Ale że poszła fama, o czym pisała Zmorka, na gwałt zmieniają etykiety - wszystkie na kiszoną. Coś jest na rzeczy, bo najlepsza w okolicy ma na wiadereczku (tzn. miała zawsze) etykietkę kwaszona, a mi najbardziej smakowała, a ja na ocet jestem wyczulona. Kłóciła się nie będę - nie chce mi się. To są pierdoły.
Zmartwienia to polityka. Patrząc na to, co wyczynia ten rząd, chcę uciec gdziekolwiek. Strach gazetę otworzyć, czy jakikolwiek portal.
A i na świecie niewesoło, z każdym dniem coraz gorzej. Nie, żeby mnie kręciło krakanie, ale tak źle nie było od czasów zimnej wojny, rzekłabym nawet, że lepiej było, bo złe wieści nie rozchodziły się tak błyskawicznie...
No nic.
Za niedługo Papryczkowi roczek poleci. Pogadałam z Inżynierem i zrzuciliśmy się na prezent, tak urodzinowy, jak i gwiazdkowy. Oj, słono wyszło, ale cokolwiek nie kupię, to i tak w kąt idzie. A tak kupiliśmy zgodnie z zamówieniem i trendy, więc się chociaż pobawią i nie smyrgną od razu do kąta. Teraz na topie jest my little pony, Kraina Lodu to już przeszłość zamierzchła i zapomniana... Szkoda, Anna i Elsa były sympatyczniejsze od tych pinkowych badziewi. No nic, jeszcze chyba Barbie i inne wynalazki przede mną. Byle kasy starczyło. Nie rozumiem, dlaczego nie wystarcza książka i wyobraźnia, oczywiście, nie jestem wrogiem zabawek, ale to co dzieje się w tej chwili to wariatkowo.
Może powinnam iść do wariatkowa? Parę psychotropów i nirwana? Mieć na wszystko wyjebane i niczym się nie przejmować?
Może to nie jest najgorsze wyjście z sytuacji?
Plan już ułożony, mniej więcej. Inwazja będzie, nie ma zmiłuj. Choć ponoć w tym roku zrezygnowali z kopania rowów, bo babcia Postmana przyjeżdża i boją się, że nie przeskoczy, bo dla mnie taki okop to pestka (kolanko już nie boli).
Znów udają, że się mnie nie boją, a ja dziękuję niebiosom, że są.
Bo inaczej byłabym skazana na trzy tygodnie z sierściuchami.
Wiem, wiem, tu bywają sami wielbiciele sierściuchów, ale mnie to przerasta. Nie same sierściuchy, z tym da się żyć, nawet jak do łóżka wlezą i do walizki. Ale na stole, spacerujące wśród potraw, prosto po wyjściu z kuwety - nie trawię. Przykro mi. Każdy ma coś, co nie lubi. Nie lubię tego, a nie mam nic do gadania. Więc zacisnę zęby i będę żyła. Tak jak żyłam z pampersami na stole. Bo - kocham moje dzieci. I to jest potęga matczynej miłości. Znieść nawet kota pokuwetowego wśród jedzenia :)
Juterko będę się od rana kopała w tłustą dupę, żeby wreszcie zrobić to, co mam zamiar zrobić od lata.
Ale to nie jest moja wina, że czas tak zapierdala, co nie? :)
Wiem, że mnie zawsze zrozumiesz, Kochany Pamiętniczku. Jak dobrze, że jesteś :D
środa, 18 listopada 2015
Całe życie
z wariatami, wersja hard porno. Pogoda jest, jaka jest, muszę z tym żyć, wszak jesień ma swoje prawa. Ale dlaczego zawsze jesienią na łeb dostają i najcieńsze numery najtrudniej zamknąć? W poniedziałek wróciłam do domu o 21, poszłam, a jakże, na piechotę i potem umierałam ze strachu, bo tam wszędzie chaszcze i takie tam...
We wtorek nadzieję miałam, że wyjdę, jak Kodeks pracy przykazuje, ale gdzie tam. Za niewinność kiblowałam do 20, ale nauczona doświadczeniem wracałam do domu bimbami. Byłam w domu o 21.30 :) Bo wszystkie bimby jechały "trasa zmieniona, zjazd do zajezdni", jak to zazwyczaj bimby robią o tej porze.
Ale życie mi jeszcze miłe, a poza tym co poniektórzy są tak spłukani, że na pogrzeb by nie przyjechali, i cała impreza na nic...
Dziś olałam rzeczywistość, zamiast o 6, wstałam o 7, a kto bogatemu z nadgodzinami zabroni? I potem okazało się, że fajna burza mnie ominęła, bo była o 6, a ja miałam roletki spuszczone. Śmieję się zawsze, że w razie wojny albo i Sądu Ostatecznego dowiem się ostatnia - nic nie będę słyszała... I tu - ojapierdolę - Boss o 5,26 emilka mi wysłał. Znaczy się, bumelowałam, bo on już pracował, a ja spałam. Zgłosiłam zapotrzebowanie na kanapę w pokoju, bo nie mam innego wyjścia, jak nocować w firmie, żeby być dyspozycyjną. FTP nie naumiem się obsługiwać, bo - kurwa - nie :)
I tak zamiast burzy miałam
pracowe powitanie :)
A potem, jak w kulki grałam lało tak, że aż na parapecie bębniło (wiem, dla normalsów to normalne, ale ja głucha jestem)
I się działo. Z jakichś tam powodów technicznych musimy mieć wyłączony prąd. Stanęło na tym, że wyłączą w piatek, bo to nikomu już życia nie zdezorganizuje. No i tadam... Dowiaduję się, że w związku z nowym rządem będzie wywiad z nowym ministrem i Biedna Ja (tak, Baranie, nie tylko Ty jesteś Biedny) mam jutro być w pogotowiu 24 godziny na dobę, bo nie wiadomo, kiedy wyślą mi wywiad, tadam, może jutro, może w grudniu, może w piątek po południu, a muszę go skorekcić migiem, bo musi iść do autoryzacji skorekcony (hmmm, bez korekty byłoby ojapierdolę, wiem, co mówię), no a kiedy pan minister znajdzie czas na autoryzację, tego nie wie nikt.
Zatem do druku i do drugiej korekty po autoryzacji wywiad pójdzie w piątek. Hallo, w piątek nie mamy prądu. Nikt o tym nie pamięta w całej kuwecie, oprócz mnie. Idę do Bossa, okazuje się, że on o niczym nie wie. Kurwa mać. Pyta mnie, kto to załatwiał. A co to ja wróżka Sylwia jestem?? ;) Nie moja działka. Idę do vice. Dzwoni gdzie trzeba. Alarm odwołany, prądu nie będzie w poniedziałek :D No i co, nie jestem warta tych pieniędzy, które mi płacą?? ;)
I co to oznacza dla mnie?
Że w piątek pójdę na kraj świata (wróć, tylko na Górczyn)...
I jeszcze wstępniak, a to już jest jeszcze większe ojapierdolę...
Więc?
Prawie dwa lata temu mieliśmy ASF. Z powodu ASF garowałam, ale pizzę dostałam, służbową. Ale to po 22, więc teraz nie jest źle, co nie??
Położyłam na okrągłym stoliku wniosek o urlop, hahahahahahaha :) Danusia straszy, że cztery dni to za mało i będę musiała wypisać, jak w zeszłym roku, że byłam na urlopie (wypisałam, jeszcze nie odebrałam).
Oj tam, oj tam, emeryturę mam i tyyyyle wolnego, pracuję na pół etatu i wciąż marudzę.
Kocham swoją pracę, ale czasami mnie to przerasta.
Więc wszyscy usuwają mi się z drogi i nosiliby mnie na rękach, ale nie udźwigną :D
No nic. Dwa tygodnie w grudniu będę pracowała, a potem zwalę się na kark Inżynierowi i reszcie (zwłaszcza reszcie, przytulam) i...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Takich jak ta
gdy wychodząc z pracy, zmęczona jak koń po westernie, mimo że rękawów sobie dziś nie wyrywałam, widzę, jak
latarnie przeglądają się w kałużach....
... a do domu docieram z gwiazdą betlejemską. W tym roku białą, ale może się złamię i czerwoną też kupię. Dziś nie było, pinkowe były, a to mnie przerosło...
I tak, Kochany Pamiętniczku, lecą te jesienne dni, a najazd mój na UK coraz bliższy. Doszły mnie słuchy, że w tym roku są jakieś nerwowe akcje, typu: nie damy się, ale oj tam, oj tam, od lat mnie tak straszą, ale ja się nikogo nie boję.
Najważniejsze, że Barney im nic nie zrobił :)
Do dupy to wszystko, czuję się jakby przejechał po mnie walec i wyrównał moje krzywo pod kapturkiem. Może minie :D
Zawsze miałam kompleksy na punkcie przecinków, uzasadnione, żeby nie było. Dziś, po skorekceniu wywiadu dziennikarki po polonistyce (z akcentem na dziennikarki i ojapierdolę), kompleksów się pozbyłam, jestem bogiem przecinków.... A te cipy w Auschwitz mnie tak gnębiły. Jestem warta dużo. Szkoda, że późno, ale wiem.
Mam na imię Stara Jędza i jestem siebie warta :) Swojej ceny też, a raczej jestem niedoceniona :D
We wtorek nadzieję miałam, że wyjdę, jak Kodeks pracy przykazuje, ale gdzie tam. Za niewinność kiblowałam do 20, ale nauczona doświadczeniem wracałam do domu bimbami. Byłam w domu o 21.30 :) Bo wszystkie bimby jechały "trasa zmieniona, zjazd do zajezdni", jak to zazwyczaj bimby robią o tej porze.
Ale życie mi jeszcze miłe, a poza tym co poniektórzy są tak spłukani, że na pogrzeb by nie przyjechali, i cała impreza na nic...
Dziś olałam rzeczywistość, zamiast o 6, wstałam o 7, a kto bogatemu z nadgodzinami zabroni? I potem okazało się, że fajna burza mnie ominęła, bo była o 6, a ja miałam roletki spuszczone. Śmieję się zawsze, że w razie wojny albo i Sądu Ostatecznego dowiem się ostatnia - nic nie będę słyszała... I tu - ojapierdolę - Boss o 5,26 emilka mi wysłał. Znaczy się, bumelowałam, bo on już pracował, a ja spałam. Zgłosiłam zapotrzebowanie na kanapę w pokoju, bo nie mam innego wyjścia, jak nocować w firmie, żeby być dyspozycyjną. FTP nie naumiem się obsługiwać, bo - kurwa - nie :)
I tak zamiast burzy miałam
pracowe powitanie :)
A potem, jak w kulki grałam lało tak, że aż na parapecie bębniło (wiem, dla normalsów to normalne, ale ja głucha jestem)
I się działo. Z jakichś tam powodów technicznych musimy mieć wyłączony prąd. Stanęło na tym, że wyłączą w piatek, bo to nikomu już życia nie zdezorganizuje. No i tadam... Dowiaduję się, że w związku z nowym rządem będzie wywiad z nowym ministrem i Biedna Ja (tak, Baranie, nie tylko Ty jesteś Biedny) mam jutro być w pogotowiu 24 godziny na dobę, bo nie wiadomo, kiedy wyślą mi wywiad, tadam, może jutro, może w grudniu, może w piątek po południu, a muszę go skorekcić migiem, bo musi iść do autoryzacji skorekcony (hmmm, bez korekty byłoby ojapierdolę, wiem, co mówię), no a kiedy pan minister znajdzie czas na autoryzację, tego nie wie nikt.
Zatem do druku i do drugiej korekty po autoryzacji wywiad pójdzie w piątek. Hallo, w piątek nie mamy prądu. Nikt o tym nie pamięta w całej kuwecie, oprócz mnie. Idę do Bossa, okazuje się, że on o niczym nie wie. Kurwa mać. Pyta mnie, kto to załatwiał. A co to ja wróżka Sylwia jestem?? ;) Nie moja działka. Idę do vice. Dzwoni gdzie trzeba. Alarm odwołany, prądu nie będzie w poniedziałek :D No i co, nie jestem warta tych pieniędzy, które mi płacą?? ;)
I co to oznacza dla mnie?
Że w piątek pójdę na kraj świata (wróć, tylko na Górczyn)...
I jeszcze wstępniak, a to już jest jeszcze większe ojapierdolę...
Więc?
Prawie dwa lata temu mieliśmy ASF. Z powodu ASF garowałam, ale pizzę dostałam, służbową. Ale to po 22, więc teraz nie jest źle, co nie??
Położyłam na okrągłym stoliku wniosek o urlop, hahahahahahaha :) Danusia straszy, że cztery dni to za mało i będę musiała wypisać, jak w zeszłym roku, że byłam na urlopie (wypisałam, jeszcze nie odebrałam).
Oj tam, oj tam, emeryturę mam i tyyyyle wolnego, pracuję na pół etatu i wciąż marudzę.
Kocham swoją pracę, ale czasami mnie to przerasta.
Więc wszyscy usuwają mi się z drogi i nosiliby mnie na rękach, ale nie udźwigną :D
No nic. Dwa tygodnie w grudniu będę pracowała, a potem zwalę się na kark Inżynierowi i reszcie (zwłaszcza reszcie, przytulam) i...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Takich jak ta
gdy wychodząc z pracy, zmęczona jak koń po westernie, mimo że rękawów sobie dziś nie wyrywałam, widzę, jak
latarnie przeglądają się w kałużach....
... a do domu docieram z gwiazdą betlejemską. W tym roku białą, ale może się złamię i czerwoną też kupię. Dziś nie było, pinkowe były, a to mnie przerosło...
I tak, Kochany Pamiętniczku, lecą te jesienne dni, a najazd mój na UK coraz bliższy. Doszły mnie słuchy, że w tym roku są jakieś nerwowe akcje, typu: nie damy się, ale oj tam, oj tam, od lat mnie tak straszą, ale ja się nikogo nie boję.
Najważniejsze, że Barney im nic nie zrobił :)
Do dupy to wszystko, czuję się jakby przejechał po mnie walec i wyrównał moje krzywo pod kapturkiem. Może minie :D
Zawsze miałam kompleksy na punkcie przecinków, uzasadnione, żeby nie było. Dziś, po skorekceniu wywiadu dziennikarki po polonistyce (z akcentem na dziennikarki i ojapierdolę), kompleksów się pozbyłam, jestem bogiem przecinków.... A te cipy w Auschwitz mnie tak gnębiły. Jestem warta dużo. Szkoda, że późno, ale wiem.
Mam na imię Stara Jędza i jestem siebie warta :) Swojej ceny też, a raczej jestem niedoceniona :D
poniedziałek, 16 listopada 2015
Wyjść
do pracy o 8, wrócić o 20. Bezcenne.
Ale jestem szczęściarą, bo mam pracę.
Jestem potrzebna.
Czekają na mnie jutro, z utęsknieniem, niecierpliwością i nadzieją, że wyłapię wszystkie błędy.
I żadna bomba dziś nie wybuchła.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
No i kawę dostałam :) Jedną od Barana, drugą od Danusi. Dbają o mnie ludzie, a co? :)
Ale jestem szczęściarą, bo mam pracę.
Jestem potrzebna.
Czekają na mnie jutro, z utęsknieniem, niecierpliwością i nadzieją, że wyłapię wszystkie błędy.
I żadna bomba dziś nie wybuchła.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
No i kawę dostałam :) Jedną od Barana, drugą od Danusi. Dbają o mnie ludzie, a co? :)
niedziela, 15 listopada 2015
Nie mogę
pozbierać się do kupki. Nie wierzę, nie dopuszczam, neguję...
Inżyniera na dniach chcieli wysłać do Belgii, ale rozeszło się po kościach, za co dzięki Bogu i partii.
Pierworodny niby w Londynie pracuje, ale no niby, Londyn wioska ogromna.
Wiem, nie mogę dać się zastraszyć, ale nie boję się o siebie. Boję się o moich. Nie boję się latania, to szybka śmierć, boję się chaosu na lotniskach i tego, że nie padnę na glebę, jak będą mi kazali. No ale jak od razu zastrzelą, to też pikuś, rach ciach ciach i po wszystkim.
Tak to się na starość człowiekowi w głowie koci, Kochany Pamiętniczku.
Pogadałam wczoraj z chłopakami, biedaki tak zestresowane, że zamiast się na mnie wydrzeć, jak te kalesony na płocie, z włosem i pod włos mnie brali. Muszę być straszna i okrutna, że się bali nieszczęśnicy usta otworzyć... Przepraszam, panowie :*
A na poczcie: jak miło, dawno pani nie widziałam... :) Nie sądziłam, że mnie tam ktoś na tyle zna, że pamięta, bo rzadko bywam. Może dlatego, że pierwsza mówię dzień dobry, do widzenia i życzę miłego dnia, chociaż niekiedy obsługa wkurwiająca jest, ale i sama praca też jest wkurwiająca...
W piekarni czekał na mnie zachomikowany w szufladzie dla VIP-ów mój ulubiony chlebek :) Miło być stałym klientem. Wchodzę, mówię dzień dobry i nawet nie muszę mówić, jaki chleb chcę.
Pani od cycków kurzęcych, prosząca o drobne uradowała się, bo podsunęłam jej portfel, bo po prostu nie widzę tych monet dobrze. Mało, że za cyca zapłaciłam, to jeszcze okazało się, że mam w portfelu 20 zł, co ja się nadźwigam. A pani zapraszała z kolejną drobnicą...
I tak, Kochany Pamiętniczku, życie może toczyć się monotonnie, spokojnie i cicho. Niech tam każdy wierzy w co chce, ale niech drugiemu do gardła nie skacze. Dlaczego tak nie może być?
Jak ktoś chce ekstremów, niech po górach łazi, ze spadochronem czy na bungee skacze, czy coś w tę kratkę.
Ale żeby zabijać innych?
Po co?
A jak ma zapędy do wysadzania się, to niech idzie na pole i sprawdziwszy, czy gdzieś pod miedzą jakieś zwierzątko nie siedzi - wysadza się do woli, od razu, albo na raty.
Ludzie to jednak popaprani są...
I tym optymistycznym akcentem szykuję się na juterko. Będzie się działo i huczało, ale mam nadzieję, że nie powysadzamy się nawzajem w powietrze.
Inżyniera na dniach chcieli wysłać do Belgii, ale rozeszło się po kościach, za co dzięki Bogu i partii.
Pierworodny niby w Londynie pracuje, ale no niby, Londyn wioska ogromna.
Wiem, nie mogę dać się zastraszyć, ale nie boję się o siebie. Boję się o moich. Nie boję się latania, to szybka śmierć, boję się chaosu na lotniskach i tego, że nie padnę na glebę, jak będą mi kazali. No ale jak od razu zastrzelą, to też pikuś, rach ciach ciach i po wszystkim.
Tak to się na starość człowiekowi w głowie koci, Kochany Pamiętniczku.
Pogadałam wczoraj z chłopakami, biedaki tak zestresowane, że zamiast się na mnie wydrzeć, jak te kalesony na płocie, z włosem i pod włos mnie brali. Muszę być straszna i okrutna, że się bali nieszczęśnicy usta otworzyć... Przepraszam, panowie :*
A na poczcie: jak miło, dawno pani nie widziałam... :) Nie sądziłam, że mnie tam ktoś na tyle zna, że pamięta, bo rzadko bywam. Może dlatego, że pierwsza mówię dzień dobry, do widzenia i życzę miłego dnia, chociaż niekiedy obsługa wkurwiająca jest, ale i sama praca też jest wkurwiająca...
W piekarni czekał na mnie zachomikowany w szufladzie dla VIP-ów mój ulubiony chlebek :) Miło być stałym klientem. Wchodzę, mówię dzień dobry i nawet nie muszę mówić, jaki chleb chcę.
Pani od cycków kurzęcych, prosząca o drobne uradowała się, bo podsunęłam jej portfel, bo po prostu nie widzę tych monet dobrze. Mało, że za cyca zapłaciłam, to jeszcze okazało się, że mam w portfelu 20 zł, co ja się nadźwigam. A pani zapraszała z kolejną drobnicą...
I tak, Kochany Pamiętniczku, życie może toczyć się monotonnie, spokojnie i cicho. Niech tam każdy wierzy w co chce, ale niech drugiemu do gardła nie skacze. Dlaczego tak nie może być?
Jak ktoś chce ekstremów, niech po górach łazi, ze spadochronem czy na bungee skacze, czy coś w tę kratkę.
Ale żeby zabijać innych?
Po co?
A jak ma zapędy do wysadzania się, to niech idzie na pole i sprawdziwszy, czy gdzieś pod miedzą jakieś zwierzątko nie siedzi - wysadza się do woli, od razu, albo na raty.
Ludzie to jednak popaprani są...
I tym optymistycznym akcentem szykuję się na juterko. Będzie się działo i huczało, ale mam nadzieję, że nie powysadzamy się nawzajem w powietrze.
sobota, 14 listopada 2015
piątek, 13 listopada 2015
Piątek
trzynastego.
Dla mnie listopadowy trzynasty jest szczególny, albowiem 36 lat temu o trzynastej, a wtedy też był piątek, ślub brałam.
Trzynasta rocznica też wypadła w piątek.
Nie, nie żałuję, choć boli, że nie wyszło. Formalnie wciąż jestem mężatką, więc się liczy ;) Mam dwóch wspaniałych synów. I tak, zrobiłabym to jeszcze raz. Wyszłabym za niego. No chyba, że... :) Ale nie, nawet cofając czas nie zrezygnowałabym ze studiów i nie zostałabym z tamtym obcym już, dalekim, wciąż bolącym. Nie żałuję :) I już :D
W zalewie trzynastopiątkowych nieszczęść i akcji na FB dla mnie to był fajny dzień.
Znów zboczyłam w lewo, no ale wiadomo, pies Pawłowa. Dzisiejszy dzień sponsorował Cohen, a ja szłam, rozmawiając z NIM całe 53 minuty i tłumacząc MU, pourquoi. Milczał jak zaklęty, ten typ tak ma (nie, nie rozmawiałam z Cohenem, on śpiewał).
W pracy surprise...
Najpierw emilek od praktykantki, że prosi najlepszą korektorkę na świecie...
Miło...
Potem emilek od kolegi, że "działa Pani jak błyskawica", na co skromnie odemilkowałam, że staram się nikogo nie zabić.
A potem kolega-korespondent, jedyny z piórem ostrym jak brzytwa po sprawdzeniu tekstu napisał mi: "Znowu "chapeau bas" za bystre oko i czytanie ze zrozumieniem! Jest OK.". Podziękowałam, a on na to: "Z Panią naprawdę b. dobrze mi się współpracuje, m.in. dlatego, że "czuje" Pani tekst. Wyrazu szacunku." (skopiowane, nie mój błąd ;)
Poległam. Wszyscy mnie jakoś dziś komplementowali, choć mam przeczucie, że to norma, będzie się działo w poniedziałek, asekurują się skubańce, tym bardziej, że Bossa dalej dziś nie było, więc rozpierducha będzie w poniedziałek. Zamykamy we wtorek, a ja na razie nie licząc pierwszych korekt miałam może ze trzy wydruczki...
No jestem "Pani Starojędzulka, of course".
Ale w głębi duszy wiem, że mnie lubią i doceniają, i to jest miłe.
W międzyczasie (hahahaha, kolega przywlókł nawet zwłoki, żeby zapytać, czy w międzyczasie mogę coś zrobić pozaregulaminowo, mogłam, zawsze mam moce przerobowe), skrobnęłam do NIEGO emilka, streszczając rozmowę. Mam nadzieję, że do jutra przeczyta, a jutro będzie dla mnie płacz i zgrzytanie zębów. Trudno. Życie.
Wianuszek na drzwi kupiłam, ale zawieszę od środka, bo znając życie z zewnątrz ukradną... W tym roku gorsza jestem, kurde, jak dziecko, ciągnie mnie do światełek, ozdóbek, nawet kalendarz adwentowy sobie kupiłam :)
Stara wariatka.
Tereso, schab zrobiłam wg przepisu ze strony
http://ugotuj.to/ugotuj/-163541910/schab+z+ponczochy+przepis+blogera/p/
Mój wyglądał tak:
i mogę z czystym sumieniem polecić przepis, z tym że zasypałam go cukrem trzcinowym, jako że innego w domu nie mam (znaczy się, później znalazłam kilo, ale tak schowane, że ojapierdolę, a że cukier jeszcze z czasów kartkowych niedawno zużywałam, to temu cukrowi nic nie będzie) ;)
Może to cukier trzcinowy takie cuda zrobił? Nie wiem :D
W tajemnicy przyznam się, że wlazłam do sklepiku, gdzie zawsze mają LED, i skąd mam zeszłoroczne lampki. I będą mieli znów, ale po dwudziestym i oj tam, oj tam, nie piję, nie palę, nie podrywam, to mogę sobie kolejne lampki kupić za 15 zł, co nie??
Kochany Pamiętniczku, teraz zostawię Cię samego i pójdę szukać dobrego specjalisty od nóg, bo na głowę już za późno...
W tym roku pokochałam szarość, światła i inne takie tam.
Coś jest na rzeczy...
Go home, a po drodze w oknie kot, czarny, z białym krawatem, zdjęcie z telefonu tego nie uchwyci.
Jest obok daru blasku łaska cienia...
Dla mnie listopadowy trzynasty jest szczególny, albowiem 36 lat temu o trzynastej, a wtedy też był piątek, ślub brałam.
Trzynasta rocznica też wypadła w piątek.
Nie, nie żałuję, choć boli, że nie wyszło. Formalnie wciąż jestem mężatką, więc się liczy ;) Mam dwóch wspaniałych synów. I tak, zrobiłabym to jeszcze raz. Wyszłabym za niego. No chyba, że... :) Ale nie, nawet cofając czas nie zrezygnowałabym ze studiów i nie zostałabym z tamtym obcym już, dalekim, wciąż bolącym. Nie żałuję :) I już :D
W zalewie trzynastopiątkowych nieszczęść i akcji na FB dla mnie to był fajny dzień.
Znów zboczyłam w lewo, no ale wiadomo, pies Pawłowa. Dzisiejszy dzień sponsorował Cohen, a ja szłam, rozmawiając z NIM całe 53 minuty i tłumacząc MU, pourquoi. Milczał jak zaklęty, ten typ tak ma (nie, nie rozmawiałam z Cohenem, on śpiewał).
W pracy surprise...
Najpierw emilek od praktykantki, że prosi najlepszą korektorkę na świecie...
Miło...
Potem emilek od kolegi, że "działa Pani jak błyskawica", na co skromnie odemilkowałam, że staram się nikogo nie zabić.
A potem kolega-korespondent, jedyny z piórem ostrym jak brzytwa po sprawdzeniu tekstu napisał mi: "Znowu "chapeau bas" za bystre oko i czytanie ze zrozumieniem! Jest OK.". Podziękowałam, a on na to: "Z Panią naprawdę b. dobrze mi się współpracuje, m.in. dlatego, że "czuje" Pani tekst. Wyrazu szacunku." (skopiowane, nie mój błąd ;)
Poległam. Wszyscy mnie jakoś dziś komplementowali, choć mam przeczucie, że to norma, będzie się działo w poniedziałek, asekurują się skubańce, tym bardziej, że Bossa dalej dziś nie było, więc rozpierducha będzie w poniedziałek. Zamykamy we wtorek, a ja na razie nie licząc pierwszych korekt miałam może ze trzy wydruczki...
No jestem "Pani Starojędzulka, of course".
Ale w głębi duszy wiem, że mnie lubią i doceniają, i to jest miłe.
W międzyczasie (hahahaha, kolega przywlókł nawet zwłoki, żeby zapytać, czy w międzyczasie mogę coś zrobić pozaregulaminowo, mogłam, zawsze mam moce przerobowe), skrobnęłam do NIEGO emilka, streszczając rozmowę. Mam nadzieję, że do jutra przeczyta, a jutro będzie dla mnie płacz i zgrzytanie zębów. Trudno. Życie.
Wianuszek na drzwi kupiłam, ale zawieszę od środka, bo znając życie z zewnątrz ukradną... W tym roku gorsza jestem, kurde, jak dziecko, ciągnie mnie do światełek, ozdóbek, nawet kalendarz adwentowy sobie kupiłam :)
Stara wariatka.
Tereso, schab zrobiłam wg przepisu ze strony
http://ugotuj.to/ugotuj/-163541910/schab+z+ponczochy+przepis+blogera/p/
Mój wyglądał tak:
i mogę z czystym sumieniem polecić przepis, z tym że zasypałam go cukrem trzcinowym, jako że innego w domu nie mam (znaczy się, później znalazłam kilo, ale tak schowane, że ojapierdolę, a że cukier jeszcze z czasów kartkowych niedawno zużywałam, to temu cukrowi nic nie będzie) ;)
Może to cukier trzcinowy takie cuda zrobił? Nie wiem :D
W tajemnicy przyznam się, że wlazłam do sklepiku, gdzie zawsze mają LED, i skąd mam zeszłoroczne lampki. I będą mieli znów, ale po dwudziestym i oj tam, oj tam, nie piję, nie palę, nie podrywam, to mogę sobie kolejne lampki kupić za 15 zł, co nie??
Kochany Pamiętniczku, teraz zostawię Cię samego i pójdę szukać dobrego specjalisty od nóg, bo na głowę już za późno...
W tym roku pokochałam szarość, światła i inne takie tam.
Coś jest na rzeczy...
Go home, a po drodze w oknie kot, czarny, z białym krawatem, zdjęcie z telefonu tego nie uchwyci.
Jest obok daru blasku łaska cienia...
czwartek, 12 listopada 2015
W tym roku
11 listopada spędziłam on-line. Piździło, aczkolwiek było ciepło, no a moje oko a la Marokko.
Moje narzędzie pracy.
Więc odpuściłam, ciesząc się, że nie muszę nigdzie iść.
Pajamas day był :) A co?
Dziś rano szłam do pracy, w stronę pętli tramwajowej, bo musiałam iść do piekarni, a uznaję tylko Fawora. Więc innej trasy nie ma, ale szłam pełna dobrych chęci, pojadę tramwajem. Nawet bilet dwutygodniowy wykupiłam we wtorek na tę okoliczność przyrody.
I doszłam do rozstajnych dróg, a Il Divo wyli właśnie...
I nagle...
Zonk.
Nie wiem jakim cudem byłam już daleko za lewym zakrętem, a powinnam skręcić w prawo...
Czyżby diabeł na lewym ramieniu darł się głośniej niż anioł na prawym?
A może to odruch psa Pawłowa był?
Kto to wie, Kochany Pamiętniczku.
Pamiętając zaś wpisy z pamiętnika z lat szkolnych: z drogi obranej nigdy nie zbaczaj, poleciałam więc dalej, przy okazji wydarłam mordę na kierowcę vana, który parkując na zatłoczonej jak Manhattan w godzinach szczytu Grabowej, zatarasował chodnik tak, że owszem, przeszłabym, ale jakieś 40 kilo wcześniej, ewentualnie skacząc przez łańcuchy na trawnik i z powrotem. Kolanko jednak, o ile bym je podniosła, trzasnęłoby, więc opierdoliłam dziada i powiedziałam, że w takim układzie położę się na jezdni i kto mi coś zrobi? Musiałam fajnie wyglądać, bo gość zbladł i rzucił się do szoferki, ale byłam szybsza i okrążywszy vana znów wlazłam na niemiłosiernie zapchany auteczkami chodnik. Bo tam jest szkoła i przedszkole dla elyt proszę społeczeństwa, SUV-ami podjeżdżają i innymi terenówkami, a że chodniki mają tam jakiś metr z groszami, a jezdnia dwa, to jest jak jest... Pisałam do straży miejskiej, ale mi odpisali, że muszę podać imię, nazwisko, dołączyć trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka... I numer telefonu, zadzwonią. Ojapierdolę. Wszędzie chcą mieć mój numer telefonu. Tak sobie myślę: czy można jeszcze w tym kraju nie mieć telefonu? Kiedyś "manie" telefonu to była nobilitacja, a teraz nawet dziadki śmietnikowe i inne szambonurki komóry mają. Nie to co skóra, fura i komóra przed laty... (gdzieś mam jeszcze taką cegłę Centertela w szafie, ciekawe, czy jeszcze by działała?).
Do pracy dotarłam bez szwanku, aczkolwiek spocona jak siwa mysz, jak w te letnie upały. Bo jak polecę w t-shircie to nie przeżyję, będą zaczepiać i policję wołać, że mnie ktoś napadł i rozebrał. A we wszystkim innym jest mi gorrrrrrąco :D
W pracy niehalo, zwolnili jedną dziennikarkę. Niehalo, bo dotąd zawsze tasowali i przesuwali, a teraz w ramach oszczędności zwolnili. Więc nastrój jak w rodzinnym grobowcu, wcale się ludziom nie dziwię. Też mam mieszane uczucia, bo nie mam już ochrony przedemerytalnej, wiem, że jak coś będę pracę miała, no ale warunki...
No nic, nie kraczę, bom nie wrona.
Ogarnęłam tę kuwetę, podsypałam żwirku i jako że nie było już nic do roboty planowałam spacer do Poznań City Center, bo SMS dostałam, że mam feblika :D A tu kumpela pyta, gdzie idę, bo ona jedzie. No to ja, że na dworzec, a ona, że ona też. I tym pięknym sposobem zaoszczędziłam rzepce bólu, ale zła byłam, że mnie łażenie ominęło...
Co ma wisieć, nie utonie.
Ta rzepka jakaś pokręcona jest, a ja ją nie, nie Basią, ale ketonalem (dla Zmorki: to jedyna reklama, jaką tolerowałam, ze względu na Basię).
Więc jak coś pojedziemy na ketonalu do zamknięcia, a potem się zobaczy. Co najwyżej dam sobie wstawić tytanową rzepkę, bo inna by mi zardzewiała jeszcze i cały pogrzeb na nic.
Jęczmień już zdesykowany i za niedługo żniwa będą, późne, bo późne, ale oj tam, oj tam.
Pani w aptece dała mi z łaski neomycynę, ale jak wracałam z pracy wlazłam z głupia frant do przychodni, bo mam po drodze. I o dziwo - przed zamknięciem przychodni można się dostać bez zarejestrowania i bez kolejki (zapisać w kajeciku). Pani doktor powiedziała, że zmieniły się realia (WTF?) i teraz lekarz rodzinny nie musi mnie z okiem odsyłać do okulisty, na takie przypadki widoczne gołym okiem może zapisać lek :D No i zapisała krople, wykupiłam. Okazało się, że w składzie są takie jak maść, mają kilka dodatków, a otwarte leki trzeba zużyć. Zatem schowałam kropelki na czarną godzinę (są ważne do 2018 roku), a maść jak widać działa. Jeden pieron na wszystko ;)
Tak więc poniedziałkowy (bo cały dzień miałam uczucie, że to poniedziałek) czwartek minął, jeszcze juterko i znów weekend.
A potem cztery dni i wolne.
Podoba mi się.
Mam co robić, zaległości się porobiły, ale spokojnie.
I tak, Kochany Pamiętniczku znów ze mnie wylazła erotomanka gawędziarka...
Moje narzędzie pracy.
Więc odpuściłam, ciesząc się, że nie muszę nigdzie iść.
Pajamas day był :) A co?
Dziś rano szłam do pracy, w stronę pętli tramwajowej, bo musiałam iść do piekarni, a uznaję tylko Fawora. Więc innej trasy nie ma, ale szłam pełna dobrych chęci, pojadę tramwajem. Nawet bilet dwutygodniowy wykupiłam we wtorek na tę okoliczność przyrody.
I doszłam do rozstajnych dróg, a Il Divo wyli właśnie...
I nagle...
Zonk.
Nie wiem jakim cudem byłam już daleko za lewym zakrętem, a powinnam skręcić w prawo...
Czyżby diabeł na lewym ramieniu darł się głośniej niż anioł na prawym?
A może to odruch psa Pawłowa był?
Kto to wie, Kochany Pamiętniczku.
Pamiętając zaś wpisy z pamiętnika z lat szkolnych: z drogi obranej nigdy nie zbaczaj, poleciałam więc dalej, przy okazji wydarłam mordę na kierowcę vana, który parkując na zatłoczonej jak Manhattan w godzinach szczytu Grabowej, zatarasował chodnik tak, że owszem, przeszłabym, ale jakieś 40 kilo wcześniej, ewentualnie skacząc przez łańcuchy na trawnik i z powrotem. Kolanko jednak, o ile bym je podniosła, trzasnęłoby, więc opierdoliłam dziada i powiedziałam, że w takim układzie położę się na jezdni i kto mi coś zrobi? Musiałam fajnie wyglądać, bo gość zbladł i rzucił się do szoferki, ale byłam szybsza i okrążywszy vana znów wlazłam na niemiłosiernie zapchany auteczkami chodnik. Bo tam jest szkoła i przedszkole dla elyt proszę społeczeństwa, SUV-ami podjeżdżają i innymi terenówkami, a że chodniki mają tam jakiś metr z groszami, a jezdnia dwa, to jest jak jest... Pisałam do straży miejskiej, ale mi odpisali, że muszę podać imię, nazwisko, dołączyć trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka... I numer telefonu, zadzwonią. Ojapierdolę. Wszędzie chcą mieć mój numer telefonu. Tak sobie myślę: czy można jeszcze w tym kraju nie mieć telefonu? Kiedyś "manie" telefonu to była nobilitacja, a teraz nawet dziadki śmietnikowe i inne szambonurki komóry mają. Nie to co skóra, fura i komóra przed laty... (gdzieś mam jeszcze taką cegłę Centertela w szafie, ciekawe, czy jeszcze by działała?).
Do pracy dotarłam bez szwanku, aczkolwiek spocona jak siwa mysz, jak w te letnie upały. Bo jak polecę w t-shircie to nie przeżyję, będą zaczepiać i policję wołać, że mnie ktoś napadł i rozebrał. A we wszystkim innym jest mi gorrrrrrąco :D
W pracy niehalo, zwolnili jedną dziennikarkę. Niehalo, bo dotąd zawsze tasowali i przesuwali, a teraz w ramach oszczędności zwolnili. Więc nastrój jak w rodzinnym grobowcu, wcale się ludziom nie dziwię. Też mam mieszane uczucia, bo nie mam już ochrony przedemerytalnej, wiem, że jak coś będę pracę miała, no ale warunki...
No nic, nie kraczę, bom nie wrona.
Ogarnęłam tę kuwetę, podsypałam żwirku i jako że nie było już nic do roboty planowałam spacer do Poznań City Center, bo SMS dostałam, że mam feblika :D A tu kumpela pyta, gdzie idę, bo ona jedzie. No to ja, że na dworzec, a ona, że ona też. I tym pięknym sposobem zaoszczędziłam rzepce bólu, ale zła byłam, że mnie łażenie ominęło...
Co ma wisieć, nie utonie.
Ta rzepka jakaś pokręcona jest, a ja ją nie, nie Basią, ale ketonalem (dla Zmorki: to jedyna reklama, jaką tolerowałam, ze względu na Basię).
Więc jak coś pojedziemy na ketonalu do zamknięcia, a potem się zobaczy. Co najwyżej dam sobie wstawić tytanową rzepkę, bo inna by mi zardzewiała jeszcze i cały pogrzeb na nic.
Jęczmień już zdesykowany i za niedługo żniwa będą, późne, bo późne, ale oj tam, oj tam.
Pani w aptece dała mi z łaski neomycynę, ale jak wracałam z pracy wlazłam z głupia frant do przychodni, bo mam po drodze. I o dziwo - przed zamknięciem przychodni można się dostać bez zarejestrowania i bez kolejki (zapisać w kajeciku). Pani doktor powiedziała, że zmieniły się realia (WTF?) i teraz lekarz rodzinny nie musi mnie z okiem odsyłać do okulisty, na takie przypadki widoczne gołym okiem może zapisać lek :D No i zapisała krople, wykupiłam. Okazało się, że w składzie są takie jak maść, mają kilka dodatków, a otwarte leki trzeba zużyć. Zatem schowałam kropelki na czarną godzinę (są ważne do 2018 roku), a maść jak widać działa. Jeden pieron na wszystko ;)
Tak więc poniedziałkowy (bo cały dzień miałam uczucie, że to poniedziałek) czwartek minął, jeszcze juterko i znów weekend.
A potem cztery dni i wolne.
Podoba mi się.
Mam co robić, zaległości się porobiły, ale spokojnie.
I tak, Kochany Pamiętniczku znów ze mnie wylazła erotomanka gawędziarka...
środa, 11 listopada 2015
Blog
odpocząć musiał.
I zaraz raban, że zamkły.
Sikora ma rację - moje podwórko i zamkłe być może.
Amen.
Jęczmień jeszcze niegotowy do zbioru tak do końca, ale dojrzewa.
Rzepka padła, niestety,
Zobaczymy, co będzie.
Ale muszę się przeprosić z rozsiewalnią wirusów i bakterii.
Jak nie urok, to sraczka.
I zaraz raban, że zamkły.
Sikora ma rację - moje podwórko i zamkłe być może.
Amen.
Jęczmień jeszcze niegotowy do zbioru tak do końca, ale dojrzewa.
Rzepka padła, niestety,
Zobaczymy, co będzie.
Ale muszę się przeprosić z rozsiewalnią wirusów i bakterii.
Jak nie urok, to sraczka.
wtorek, 10 listopada 2015
Oko
a la Maroko.
Ojapierdolę.
Nie spałam całą noc.
Nie przez oko, przez moją głupotę, bo znów złamałam swoje zasady, co jak wiadomo, mści się.
No nic, śmieszna istota, żyć rok z nadzieją, a ona bach i umarnęła.
No nic, słówko-klucz: family.
Tak się składa, że jestem sierotą. I zamiast się z tym pogodzić i żyć długo i szczęśliwie, zwariowałam.
A miało mnie już nigdy nie boleć.
Kurwa mać.
Ojapierdolę.
Nie spałam całą noc.
Nie przez oko, przez moją głupotę, bo znów złamałam swoje zasady, co jak wiadomo, mści się.
No nic, śmieszna istota, żyć rok z nadzieją, a ona bach i umarnęła.
No nic, słówko-klucz: family.
Tak się składa, że jestem sierotą. I zamiast się z tym pogodzić i żyć długo i szczęśliwie, zwariowałam.
A miało mnie już nigdy nie boleć.
Kurwa mać.
poniedziałek, 9 listopada 2015
Chuj bombki
strzelił. Świąt nie będzie. Znaczy się, będą, ale chuj bombki strzelił. Rypie się wszystko na wszystkich frontach, a mi się już nawet nie chce udawać, że jest OK.
Bo nie jest.
I już nigdy nie będzie.
Jęczmień mi się na oku robi, właśnie teraz!!
Nie mam zielonego pojęcia, gdzie szukać okulisty, w rejonie się wszystko pozmieniało, pojechałabym na dyżur, ale ostatnio mnie spławił z niczym, każąc iść do przychodni (do jakiej przychodni), a prosiłam tylko o receptę. Nie ma obowiązku, więc nie wypisał. A dyżur na zadupiu, gdzie trzy dni wołami się jedzie i z ryzykiem wykopania - dziękuję, postoję.
Metoda ze złotem na mnie nie działa.
Okładam zieloną herbatą.
Jedyna dobra nowina to, że warzywka mają nowego naczelnego. A że to ekstrakobietka, nie wiem, ile dostanę, rybka mi to, ale nie będę się już musiała upominać.
Łyżka dziegciu - ponoć tylko do kwietnia termin.
Co się będę na zapas martwiła.
Czułam się dziś jak przez okno, skoro to nie przeziębienie, to może jednak zawał?? Bo do kardiologa od ponad roku nie chodzę, ale w sumie mi to już wszystko wisi, dynda i powiewa. W mieszkaniu chłodno, to się szybko nie rozłożę :D
Miałam nosa, jak nie chciałam się zgodzić na wyjazd, teraz nie ma jak odkręcić, a trzy tygodnie - ojapierdolę, śmierdzieć będę jak jakiś skunks.
No nic.
Co ma być, będzie.
Ale i tak chuj bombki strzelił.
Dlatego nie lubię zmian, bo lepsze jest wrogiem dobrego.
Lepsze jutro już było.
I na dokładkę ten rząd.
Ojapierdolę.
Duży był ten chuj, co bombki strzelił :) Jak się rozpierdoliło, to wszystko...
UPDATE
Najbliższa poradnia okulistyczna, termin 236 dni. Ojapierdolę...
Bo nie jest.
I już nigdy nie będzie.
Jęczmień mi się na oku robi, właśnie teraz!!
Nie mam zielonego pojęcia, gdzie szukać okulisty, w rejonie się wszystko pozmieniało, pojechałabym na dyżur, ale ostatnio mnie spławił z niczym, każąc iść do przychodni (do jakiej przychodni), a prosiłam tylko o receptę. Nie ma obowiązku, więc nie wypisał. A dyżur na zadupiu, gdzie trzy dni wołami się jedzie i z ryzykiem wykopania - dziękuję, postoję.
Metoda ze złotem na mnie nie działa.
Okładam zieloną herbatą.
Jedyna dobra nowina to, że warzywka mają nowego naczelnego. A że to ekstrakobietka, nie wiem, ile dostanę, rybka mi to, ale nie będę się już musiała upominać.
Łyżka dziegciu - ponoć tylko do kwietnia termin.
Co się będę na zapas martwiła.
Czułam się dziś jak przez okno, skoro to nie przeziębienie, to może jednak zawał?? Bo do kardiologa od ponad roku nie chodzę, ale w sumie mi to już wszystko wisi, dynda i powiewa. W mieszkaniu chłodno, to się szybko nie rozłożę :D
Miałam nosa, jak nie chciałam się zgodzić na wyjazd, teraz nie ma jak odkręcić, a trzy tygodnie - ojapierdolę, śmierdzieć będę jak jakiś skunks.
No nic.
Co ma być, będzie.
Ale i tak chuj bombki strzelił.
Dlatego nie lubię zmian, bo lepsze jest wrogiem dobrego.
Lepsze jutro już było.
I na dokładkę ten rząd.
Ojapierdolę.
Duży był ten chuj, co bombki strzelił :) Jak się rozpierdoliło, to wszystko...
UPDATE
Najbliższa poradnia okulistyczna, termin 236 dni. Ojapierdolę...
sobota, 7 listopada 2015
czwartek, 5 listopada 2015
61-xxx
Tyle powiedziałam od niedzieli, nie licząc dzień dobry i poproszę trzy ziarna i inne takie tam.
I tak warto żyć??
I tak warto żyć??
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































