środa, 31 grudnia 2025

No i kolejny

 rok za mną, Kochany Pamiętniczku. Przeleciał nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, jakby Ziemia zaczęła kręcić się prędzej.

Dobry rok. Mimo wszystko. Mimo tego, że ze wzrokiem nie najlepiej.

Ale jestem zaopiekowana i jeszcze pociągnę trochę, bo naprawdę zboczuchem jestem, nie wyobrażam sobie niepracowania.

Pewno, że nie bezbolesny, ale ogólnie - nie da się spisać na straty. Bo życie to jednak niejebajka :) I byłoby chyba nudne, gdyby było jak w disneyowskim filmie: motylki, sarenki, kwiatki, pszczółki, zajączki i inne takie tam - do wyrzygu. Życie musi mieć odrobinę pieprzu i innych ostrych przypraw.

Wolne mam od 18 grudnia i szczerze? Już jestem nim trochę znudzona. Tym bardziej, że na skutek kaprysów pogodowych raczej unikam wychodzenia z domu. Przed świętami zaopatrzyłam dom tak, że spokojnie do 6 stycznia nawet dociągnę. U mnie wprawdzie nie zasypało, tak jak innych części kraju (z internetów widzę, że to bardzo przypomina rok 1979, kiedy w sylwestra zasypało cały kraj po kokardkę i kucyki), tak że nawet z zabawy nie mogłam wrócić do chaty. Wciąż widzę Eksa, tającego przy moim piecu, gdy przyszedł po mnie, tajał powoli, z wąsów spływała mu woda, a że kalesonków nie nosił, gieroj (zaczął dopiero po ślubie, w porywach podprowadzając mi rajstopy z oczkami, bo było mu w nich cieplej). Moja stancja była 15 min spacerkiem od jego domu, ale wrócić nam się już nie udało. A i 2 stycznia nie dotarłam do pracy, również spacerkiem 15 min od stancji - zawieszono pracę. 

A teraz wbrew wszechświatowym narzekaniom błogosławię pandemię, albowiem uczyniła moją pracę fantastyczną. Z jednej strony źle, że nie chodzę, ale w razie ekstremów pogodowych zawsze jestem w lepszej sytuacji. 

Któregoś zimowego dnia wracałam z pracy w śnieżycy - kolega proponował mi podwózkę, bo nie wiem, jakim cudem to działa, mówił, że i tak jedzie do Swarzędza przez Dębinę. Podziękowałam (to zresztą był mój ulubiony GI) i z trudem dotarłam na dębiecką pętlę tramwajową.  Mam stamtąd 20 min (nawet teraz) spacerkiem do domu. Szłam godzinę, w teoretycznie nieprzemakalnym zimowym płaszczu. Droga od pętli aż do mojej chałupki stała w korku, który sięgał aż do Panoramy, gdzie teoretycznie byśmy jechali. Miałam mokre nawet gacie, przemoczoną skórzaną torebkę, a z korytarza sprzątałam kałuże po sniegu otrzepanym ze mnie.

Więc teraz, zawsze mając w chatce zapas pyrów i białego serka, tudzież jajków - żadnej pracy i pogody się nie boję :) 

Czekam na te zapowiadane zaspy z utęsknieniem, albowiem z tęsknotą czekają na śnieg i Łobuzy, i Kundel.

Kundel jest miłośnikiem latania w zaspach. Miłośnikiem strzelaniny nie jest - niby jest zakaz strzelania, ale już od zmroku widzę kanonadę na Starołęce, a i na moim osiedlu co jakiś czas ktoś strzela. Nie histeryzuje, ale zadowolony nie jest - szczeka na każdy strzał, a szczek ma donośny.

A ja, wbita w kąt (cytat, bez obaw, z piosenki Bajora), zapuściłam sobie na pętli (ponoć dominujący objaw autyzmu, kiedyś Sopockiego bolera słuchałam na okrągło przez miesiąc, nie włączając nic innego) O sole mio, w mojej ulubionej interpretacji Bobby'ego Solo :) A że aparatów nie mam zamiaru dziś zakładać, to i hałas mam w dupie.

Zmęczona jestem, bo wczoraj kiblowałam do 2 w nocy, musząc się dowiedzieć, jak skończyła się Wataha.  Muszę jednak  posiedzieć do północy - nie ze względu na życzenia, bo wkurwiają mnie te rozsyłane hurtem życzenia z neta, ale ze względu na loggię. Mam tam rzeczy, które mogą się zapalić (bez bicia - zimowy bajzel mam), ziemia w korytkach jest też tak sucha, że się zapali, zdarzało się już, więc za każdym razem, gdy nie byłam w domu na sylwestra, nerwowałam się na zapas.

No nic. Mam jeszcze winko :)

Na włościach grają (nie, nie mi na nerwach) w planszówki, co by mnie nerwowało, gdybym tam była, nie cierpię gier na planszy. Za mojej i dzieci młodości wielkiego wyboru nie było, ale ja tego nigdy nie lubiłam. Grałam z dziećmi, bo któż nie grał? U nas najgorsze było, że Eks był jak dziecko i się wściekał, jak przegrał. To były ciężkie lata. A do dzisiaj mam - zamiast wyrzucić z hukiem, drewniane pudełeczko, a w nim dwie talie wypasionych kart z Pewexu, z których potrafił całymi dniami układać pasjanse (pracowity był). A gdy już mieliśmy komputer (wtedy jeden dla wszystkich, cóż, biedni byliśmy) i gdy odkrył pasjansa, wciąż prowokował kłótnie, siadając do niego, bo tylko to ogarniał na  kompie i nie dopuszczając nikogo, nie bacząc na to, że dla nas komp był narzędziem pracy (jeszcze nawet jak nie mieliśmy internetu). Inżynier, jeszcze nie do końca oblatany w te klocki, bo do Inżyniera była jeszcze ciernista, kilkunastoletnia droga, bystry był i schował pasjanse. I skończyło się rumakowanie, choć pasjanse nadal w kompiku były :) 

Sama od ponad 12 lat (i trochę dłużej, ale wtedy jeszcze niesystematycznie) układam codziennie (jeszcze w łóżeczku) 5 różnych pasjansów.  I od tych 12 lat udawało mi się ułożyć je wszystkie. W tym roku nie ułożyłam jednego. Nie dało się, zgłupiałam. Kiedyś mogłam rok walczyć z takim opornym. A teraz bęc - 2 miesiące i blokada. Musiałabym zapłacić 3,99 za premium na miesiąc :) Odpuściłam, a co... Nic na siłę, wszystko młotkiem, zawsze odpuszczam gry, za które musiałabym płacić. Wiem, że to nie fair wobec ich twórców, ale za to tracę bezcenne minuty mojego życia na durne reklamy. I tak bywa. Więc jak lecą reklamy, to wstawiam wodę na herbatkę, podlewam roślinki albo wykonuję inne pożyteczne czynności. I wilk syty, i owca cała :) 

Więc wracając do naszych baranów, grają. Alienek ma nową miłość (a mnie już włosy dęba na głowie stają, bo znów zasypie mnie salwami z gębusi - jak z karabinu maszynowego - o nowych bohaterach, których imion ani nie zrozumiem, ani nie kojarzę, ani nie ogarniam). Kalafiorkówna zaś [siedmiolatka, idealna dziewczyna, aczkolwiek o niewyparzonym pysku, zawsze stawiająca na swoim - wzrok Shreka umierającego ma po swoim ojcu, a niewyparzoną mordę po mnie), mało że robi wszystko, o co się ją poprosi - przynieś, wynieś, pozamiataj, zmywarkę (sic!) opróżnia i zapełnia - na mój protest o wykorzystaniu taniej siły roboczej odpowiada: ależ babciu, ja to lubię] - przekąski idealne poczyniła (mam dowód w postaci fotki, niestety RODO :) Piccolo sobie kupili (I. chory, pić nie może, ale sądzę, że po północy może się załamie, choć północ będzie ciężka, bo lecą z Kundlem wtedy - kiedy oni śpią, nie mam pojęcia). Alkoholicy :) Ale niech się dobrze bawią, co im mam żałować.

(O reszcie rodziny się nie wypowiadam - nikt się nie odezwał nawet w święta. Jako i dziś. A nie widzę powodu, żebym to ja miała do nich lecieć z życzeniami. Mam prawo leżeć i gnić, znaczy się - rozkładać się powoli i przeciekać do sąsiada. Już mnie nie boli, w dupiemanizm działa). 

I tak sobie rozmyślając o minionym roku, chciałabym, żeby ten nowy, który się zbliża - nie był po prostu gorszy.

Doskonale rozumiem, że będą wciąż kłopoty, bo takie jest życie.

Że wszystko drożeje.

Że coraz trudniej jest mi się dowlec na Manhattan (ale to też wina mojego lenistwa na co dzień, więcej ruchu ułatwiłoby mi życie. Perspektywa chodzenia w gipsie po ewentualnym upadku na szklance - nie. Chociaż jakieś 30 lat z groszami temu, w piątek wielkanocny, kiedy mało, że była szklanka, a jednocześnie piździło jak za cara na Skieletczyźnie, upadałam między blokami na kość ogonową, popchnięta podmuchem wichury, niosąc dwie palety z jajami. Ani jedno się nie stłukło. Chłopcy zbierali mnie z asfaltu. Nie mogłam się ruszać. Ścieląc zaś kanapę, schyliłam się tak, że kość wskoczyła na swoje miejsce i... już nic nie bolało. Młodość.)

Ale cieszy, że  


 fiefiureczka (taką ksywę kiedyś miałam) wreszcie kręci się i jebie po oczach ledem (co mnie denerwuje, ale u niej nie - fotka nie oddaje jebania, ledy się kręcą, filmiku nie umiem wstawiać), gdy wchodzę do kuchni i SAMA ogarnęłam wymianę baterii. Z radości dwie wykończyłam od świąt, włączając ja na stałe, bo ona dwubateryjna jest. Zapas baterii mam, I. mi kupił, a jak coś, kupię więcej. Niestety, stacjonarnie nie ma tego rozmiaru. 

Cieszy również, jednocześnie smucąc, nowa Galeria, jeszcze niedokończona, ale już od 2 stycznia zaprasza tam Biedronka. Osiedle narzeka, źle będzie ludziom mieszkającym rzut beretem od mojego osiedla. Mnie nie - nowa jest koło Lidla - więc mam dwa w jednym, a że łażę i tu i tu (powinnam być za to bita, bo za badylami łażę), na dokładkę będzie Rossmann, do którego dotąd  musiałam leźć aż do pętli. Będzie tam jeszcze więcej sklepów, ponoć Kaufland. Dla moich starych nóżek luksus - ale młodzi narzekają, że do nowej Biedronki będą musieli... samochodem jechać. A różnica między nową a starą Galerią - to 10 min na nogach. Z tym, że ja będę miała wszystko na kupie, może nie zaraz, bo niewykończone jeszcze - ale jest nadzieja, że szybciej będę wydawać kasę :) I łatwiej :)

Zarastam, ale coraz bardziej podoba mi się zarastanie i niewydawanie kasy na fryzjera. Kosmetyki z Sielanki robią robotę i moje włoski coraz bardziej przypominają fryzurę ślubną. No dobra, aż tak gęste nie są, ale jak nie wieje wiatr (historii), to są takie same fale, jak te, które układał mi ojciec, wmawiając, że: nie mam falowanych włosów, mam podatne. Kiedyś, pokłócona z nim, z nieułożonymi mokrymi włosami, zasnęłam zapłakana i po obudzeniu okazało się, że jednak moje włosy same się układają :) 

Piszę, bo coś robić muszę, do północy daleko, choć na kanapie już czekają ułożone karnie



Men in kilts, bo lubię mieć w domu niemarudzących chłopów, a do Szkotów mam słabość, choć to marzenie z wish list nierealizowane nigdy - zobaczyć Szkocję i Kornwalię. Nie ma opcji - było, minęło, zauroczenie Outlanderem (Szkocja) i Poldarkiem (Kornwalia) - ale najpiękniejsze są ponoć marzenia niezrealizowane do końca. 

Jako że do północy jeszcze daleko, zmieniłam płytę. Już na streamingach nic nie szukam, bo naprawdę nie ma tam nic (oprócz wydanych pieniędzy, za Netflixa dla mnie płaci Inżynier, ja płacę za Disneya i HBO - Disneya, bo chcę, żeby wszystkie wnuki go miały, a HBO ma moje seriale, ale i innym nie żałuję). Mam jeszcze Apple, ale że tam już niewiele mam za darmo, bo minęły dwa lata, a nic nie kupuję od nich - odpuszczam. I tak, mając tych streamingów więcej niż włosów na głowie, kablówkę mieliśmy w porywach najuboższą, latami nieużywaną, za 17,50, aż mi Baran wbił do głowy, że to 210 zł rocznie i mam sobie za to albo buty, albo wino kupić, bo nawet nie włączałam telewizora odkąd dzieci się wyprowadziły (mam dobrych ekonomistów wokół siebie) nie mam co oglądać, a że ostatnio nie śledziłam nic i dziś mi się nie chce ogarniać torrentów i napisów...

Wracam w krainę wspomnień.

Od kilku dni chodzi za mną moja teściowa.

Nie, nie w złym sensie, chociaż ja - szukając matki akceptowałam ją bezapelacyjnie.

Na głowie stając, za podnóżek robiąc i takie inne tam.

Nevermind.

Do dziś to ja mam w komórce (znaczy się w schowku, nie w ajfoniku) materiały do malowania na tkaninach, dzięki którym jej matka przed wojną (II światową, żeby nie było), samochód z szoferem miała. Z którego to luksusu zrezygnować musiała, chcąc wyjść za oficera, bo oficer wówczas nie mógł się ożenić z kupcową. Pytałam krewnych Eksa, z którymi mam jaki taki kontakt, czy chcą te materiały, nie chcą. Zaś TEGO nie pytam, nawet jakby chciał, wywalę na złość. Wiem, wredna jestem :) 

Tak, to były dla nas - dziwne czasy.

I umiem malować na tkaninach, co jednak nie wypaliło, gdy Eks dostał ten interes (oczywiście, na moje ramiona).

Bo aczkolwiek przed wojną wszystkie panie wyszywały, w tym i haftem Richelieu, tak po wojnie ta sztuka odchodziła w niepamięć. A gdy Eks to dostał, to nie tylko było to już sztuką prawie zapomnianą, niemodną, ale i samo zdobycie płótna do malowania na nim było mission impossible. Dobrze, że udało się to zamknąć bez szwanku. Bo gdy chciałam kupić maszyny do sitodruku, żeby malować na płóciennych torbach, orzeczono w rodzinie, że zwariowałam, że powinnam te torby szyć sama na stareńkim Singerze po babci i malować tradycyjnie - farbą i naftą. W M3. Gdzie śmierdziało naftą do usrania i zdechnięcia. No bo jakbym coś komuś zleciła i maszyny zamówiła - to bym się ponad miarę wzbogaciła, a co?

Tak samo, jak gdybym poprowadziła punkt ksero pod Kaponierą - lata 80... to był hit, punkt, który chciał sfinansować szwagier (nie TEN), a my pracowalibyśmy na zasadzie franczyzy dzisiejszej, ale nie, bo przecież SJ mogłaby przypadkiem się wzbogacić.
Nevermind.

Teściowa była głęboko wierząca, aczkolwiek przez te lata spędzone z nią razem, nie widziałam jej w kościele oprócz ślubów (nielicznych) i pogrzebów (ale i to nie zawsze). Tak samo jak zawsze prosiła mnie o kupienie biletów na zbiorkom, aczkolwiek jak nie miała dostępu do samochodu (miała swój i była dobrym, a nawet bardzo dobrym kierowcą), zamawiała taksówkę (miała też osobistego taksówkarza o nazwisku nomen omen Trojan (wówczas Trojan był słowem bez znaczenia), z usług którego i ja czasem korzystałam, a który, gdy psioczyłam  na wydatki na adwokata, gdy procesowałam się z ZUS o przyznanie renty ze względu na słuch, pocieszał mnie filozoficznie: pani Basiu, żeby zyskać, trzeba czasem stracić. No miał bezapelacyjnie rację. Zyskałam. Renta pozwoliła mi, z trudem, ale zawsze, przetrwać i 10 miesięcy bezrobocia, po upadku Dziennika Poznańskiego, i lata bezalimentacyjne. 

Teściowej zawdzięczam też umiejętność obsługi  prasy dziesięciotonowej (dobra jestem, co nie?), produkcji sztucznych kwiatów, gotowości na każdy gwizdek.

I sporo żalu i poczucia swojej bezwartościowości.

Lekceważenia mnie.

Ale gdy leżała w szpitalu po złamaniu biodra, byłam jedyną osobą, którą tolerowała.

I tak, moje trzy szwagierki (niepracujące zawodowo) siedziały sobie na korytarzu w dzień i gawędziły, bo babcia je do pokoju zakazała wpuszczać, a musiały się wykazać miłością do mamy.

A ja, po dyżurze w redakcji od 14 do 22, o ile udało mi się wyjść o 22, bo wieczorne wydanie i mogło się coś ekstra wydarzyć, jechałam nocnym zbiorkomem do szpitala, bo jej syn był tam ordynatorem, więc miałam wstęp całodobowy, bo "mama woła o ciebie". 

Kurwa.

No było, minęło. Uwolniłam się.

Ale...

Kochała Korwina- Mikkego na zabój, bo obrońca prywatnej inicjatywy, bo Polak, bo cud wianek (a ja go nienawidziłam i nienawidzę nadal). I nienawidziła Urbana (a ja go kocham).

Żydów nienawidziła, bo... kiedyś w czasie okupacji  żydowska dziewczynka, która przyszła do nich do domu (dokładniejszych okoliczności nie znam) rzuciła się na miskę z wodą po praniu czegoś, co farbowało na buraczkowo, myśląc, że to barszcz, co ją zniesmaczyło tak, że Żydów nie znosiła odtąd (WTF?)... A na jej podkreślanie POLSKOŚCI, gdy kiedyś powiedziałam, że to wielkie homo nie wiadomo, bo tylko matka wie, kto był ojcem tak naprawdę, odrzekła, że ona w swojej rodzinie ma wywiedzioną polskość od 150 lat wstecz. WTF? Badań DNA nie robili, a nawet św. Józef musiał się ze wszystkim pogodzić, co nie?

Ale com wtedy oberwała, to moje, za niedowierzanie. Mnie tam rybka, DNA moich dzieci jest bez zarzutu, nie mam się czego wstydzić.

Relikwią był dyplom od papieża, nie pomnę już którego, przywieziony przez TEGO szwagra z Watykanu, dla rodziców, którzy... achtung..., byli już od dawna po rozwodzie.
Swój rozwód tłumaczyła dobrem dzieci.

Ale moje rozstanie z Eksem nie było już dobrem dzieci, było moim kurewstwem... 

Cóż. Miała rację, bywa.

Bo to nie było dobrem jej dzieci, było dobrem moich dzieci.

A dziś u mnie na półce stoi takie tam drewniane pierdolollo z mojego domu.

 


 Zupełnie nie kojarzę, co to jest i dlaczego to mam, ale mam :) 

A w środku jest

kawałek waty, która z należytą czcią i szacunkiem została mi przekazana przez teściową, jako potarta o rany ojca Pio, że pachnie różami, że należy ją przechowywać szczelnie zamkniętą (stąd jest wciąż w rzeczonym pierdolollo) oraz że pocieranie nią uzdrowi wszystko. Tak jak Eksa miała uzdrowić wizyta u Harrisa. Nie uzdrowiło nic, niestety. A i żadnymi różami w chałupie nigdy nie woniało, zresztą nienawidzę zapachu olejku różanego - miałam w akademiku kiedyś współlokatorkę, niekąpiącą się, niemyjącą, gromadzącą pod łóżkiem nieprane skarpetki i szprycującą się codziennie olejkiem różanym. Mało tego, rozbierającą się w Jagience na tle niezasłoniętych okien vis-a-vis Zbyszka. Udało nam się ją wyeksmitować do jednoosobowego pokoju między windami :) Mając węch psa gończego, nawet podczas kataru wyczułabym woń róż. Niestety nic, null :P 

I podrzucane (wracając do opowieści o teściowej) mi pisemka religijne, niereligijne, przepowiednie.

Czasami zastanawiam się nad tymi przepowiedniami - nie pomnę już, jakich mędrców, z Medjugorie, z  Lourdes, z Fatimy i chujwiskąd...

Jestem po apostazji, ale te katolickie naciski, lata spędzone w kościelnych okowach - dziś już odrzuciłam.

Aczkolwiek może nie do końca.

Może nie do końca się z tego wyzwoliłam, chociaż jestem bardzo stateczną, zrównoważoną i racjonalną kobietą (nie ukrywam też już i nie wstydzę się, że mądrą) :) 

Wszędzie tam przewija się, że Polska...

Właśnie...

Idę po młotek do skrzyneczki, by pierdolnąć się w ten głupi, już siwy coraz bardziej, ale jeszcze nie końca (błagam o siwość, losie, taką najsiwiutejszą) łeb.

Bo cieszę się (kto wierzy w gusła, temu dupa uschła), że moje dzieci są tu.

Nie w UK, które żałuje brexitu, że ojacierpiędolę. 

Może Baran nie - tak wyszło, ale rodowity Szkot, co roku o mnie pamiętający (chociaż ledwo go kojarzę z wesela Inżyniera) do dziś nie przetrawił brexitu.

 Bo tak, bo Ukraina (wujku D., wybacz, wiem, kochałam Cię zawsze, nie zapomnę Twojej nienawiści do zestawienia tych kolorów - ale wybacz - życie przewrotne jest i niesprawiedliwe) jest dla mnie coś jak reduta Ordona przed zalewem rosyjskiej dziczy i mam nadzieję, że nie padnie, zdając sobie sprawę, że dziś wojna to nie tylko teoria majora Pańczyszyna, że jebnie i po bólu, że szczęśliwi ci, którzy nie przeżyją (jestem na nieprzeżycie gotowa, mam swoje lata).

Bo wiem, że na ogólnoświatowe popierdolenie, z Trumpem na czele (tak, Ameryka nie jest już  ogólnoświatowym zbawicielem, nieważne - my stanęliśmy za Ameryką w 2001, Ameryka za trampka to już nie jest TA Ameryka) nie mam żadnego wpływu.

Zatem kończąc tę notkę, pokiełbaszoną jako i ja...

Niech się święci ten - za chwilę już 2026 rok.

Niech będzie chociaż tak piękny, jak 2025, aczkolwiek tamtemu trochę do uroku brakowało. Ale mógł być gorszy.

Więc niech 2026 trzyma fason :) 

Happy New Year :) 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 29 grudnia 2025

FB

co chwilę zmienia algorytmy, Kochany Pamiętniczku.

Jeśli chcę zobaczyć, co aktualnie prezentują osoby, o których chcę coś wiedzieć, muszę wchodzić na ich profile, a i to nie zawsze docieram do wieści.

Na kompie mam tak, że po prawej wisi mi lista MSG. I tu - kurwa - lista poległych. Bo nie wiszą mi ci, z którymi na co dzień gadam, ale osoby, z którymi gadam bardzo rzadko albo wcale.

Z którymi nigdy rozmawiać nie będę. 

Na ajpadziku zaś leci mi w lewym górnym rogu lista tych, którzy aktualnie na MSG są dostępni.

A na ajfonie jeszcze inaczej, olaboga.

I dziś wieczorem, ukradkiem, chyłkiem i znienacka na czele kompikowej listy wyskoczyła mi Stardust. Tak, ta Stardust. Która zablokowała mnie na swoim blogu i w ogóle (ale na MSG nie - może liczyła na to, że będę się prosiła na kolanach?), bom śmiała wspomnieć o niej na swoim blogu, przez co zdradziłam jej sekretnego i dostępnego tylko nielicznym bloga... No cóż, nie mam zwyczaju pchać się tam, gdzie mnie nie chcą, więc odpuściłam. O śmierci Stardust (uwielbiam tę ksywkę  - Gwiezdny Pył pobudza moją romantyczną od dzieciństwa  wyobraźnię, a i film bardzo mi się podobał - lubię bajki, sometimes) dowiedziałam się z kolei z bloga Anny Marii Pantery, którą też Stardust zablokowała, ale potem się dogadały. Cóż, bywa, nie dostąpiłam zaszczytu, choć mam jej emilki (Stardust, nie AMP, nie emilkujemy). Cóż, przykre, była moją rówieśniczką, życie.

Emigrantką, tak jak AMP.

Jakiś worek z Odeszłymi, bo zaraz za Stardust na liście wyskakuje mi MSG szwagierki, też już nieobecnej. Zawsze życzliwej, nawet gdy reszta rodziny Eksa opluwała mnie. Ona jedna, bogata, a jakże, zawsze była dla mnie równa. Może dlatego, że nie odmówiłam kiedyś opieki nad jej Synem? A nie było to łatwe - dziecko urodzone bez przewodu moczowego, z otworami wyciętymi na wysokości nerek, przez które to otwory wyciekał mocz? Nad dzieckiem skazanym przez lekarzy z własnej rodziny (a jest ich tam od metra) na śmierć? I tylko jedna z ciotek, też lekarka, znalazła lekarza, który podjął się operacji i wyprowadził dzieciaka tak, że z jedną nerką żyje do dziś, a ma już prawie 50 lat?

I ciemna plama: podsłuchałam, siedząc w drugim pokoju, no dobra, odczytałam z ust, drzwi były otwarte, rozmowę TEGO szwagra z jego bratem. Tematem była moja ciąża z Inżynierem. Znaczy się, ja byłam w ciąży z I. :) Brat do TEGO: ile on jej (znaczy się: EKS mi) zapłacił za tę ciążę? Bo jego żona już drugi raz po tamtym dziecku nie chciała zajść w ciążę, bała się. Brat do brata: I kto to dziecko wychowa? Skąd oni wezmą na to kasę. TEN do brata: co się martwisz o to, pomyśl, jak coś może będziesz miał dawcę dla swojego. TEN ma kurwa sześcioro, ale jakoś nie myślał o nich jako dawcach, bo tajemnicą poliszynela było, że tylko dwójka jest jego :P 

A zmarła szwagierka była naprawdę w porządku i dla mnie, i dla tej drugiej, lekceważonej równie jak ja, bo "una ze Swarzyndza jest".

Tak sobie patrzę na tę listę Odeszłych już i myślę...

Bom się dziś zdrowo - no nie poprztykała - ale popisała z AMP.

I nie chciałabym jej przyjaźni, co z tego, że tylko netowej, że dzieli nas tysiące wiosek i mil... 

Współczuję jej, że nie umie się zdystansować do rzeczy, na które nie ma wpływu.

Do polityki.

Ja też nie zgadzam się z polityką.

Ale w inny sposób niż ona.

Być może ma rację, mówiąc o zagrożeniach, a  na pewno ma, że ich tu jeszcze nie doświadczamy.

Bo nie nasprowadzaliśmy na chama muzułmanów.

Się zgodzę. Byłam w RFN (w RFN nie w DDR) w roku 1983, nie ukrywam, że paszport załatwiany, rodzina Eksa chody miała różnorakie, całą rodziną, z Pierworodnym. I wszyscy namawiali nas na zostanie, bo co na nas czekało w PL? Szesnastometrowe mieszkanie,  w dawnej służbówce, na poddaszu. Zimne jak cholera, zagrzybione, zamieniające się w piekarnik latem. Moje rodzinne koligacje, jak i koligacje Eksa dawały nam azyl od ręki. Ale: czekała w kraju na mnie praca, zgodna z moim wykształceniem - w RFN z moją nędzną znajomością języka, z moim słuchem, będącym przeszkodą zawsze. Eks nie zaaklimatyzowałby się tam nigdy. Na dokładkę z urody wypisz wymaluj - Turek :) Gdy poszedł z Pierworodnym do parku, wyszło na to, że obaj są Turkami :) I gdy Pierworodny siedząc na środku piaskownicy perorował o klockach LEGO, a tureckie dzieci w tym parku patrzyły w niego jak w raroga - dziś mam deja vu, widząc Alienka gadającego z wujkiem o Minecrafcie. Wujek ogarnia :) Muszę mu kiedyś powiedzieć, że wygląda jak swój ojciec... (Chociaż on dobrze to wie). 

Wróciłam do PL.

I tak, współczuję Niemcom polityków, którzy sprowadzili masę muzułmańskich uchodźców do swojego kraju.

To samo widziałam już w Paryżu - dziś nie jest to już mój Paryż - nie pojechałabym tam. 

W UK było nieco inaczej - nie jeżdżę tam od 5 lat, więc nie oceniam do końca. Ale tam z tego powodu, że UK było zawsze związane z koloniami, kolorowi nie są aż tak niezintegrowani. Chociaż Polacy mówili o nich "ciapaci", jednak I., pracujący w międzynarodowym towarzystwie nigdy nie miał wątów, aczkolwiek sam mówił, że różnie to bywało, a jednym z jego najlepszych przyjaciół na początku tam był... Hindus. Nie wnikam w wyznanie. To byli po prostu ludzie.

Rozumiem (no dobra, staram się ogarnąć) wszystkie problemy tego typu AMP, ale...

Czytając wypowiedzi jej czytaczy - nie mogę się pochwalić taką szeroką gamą (jak piszą moi technicy), emigrantów, w tym i wspomnianej Stardust - którym nie pasuje i Europa, i Unia, i Polska...

Mieszane uczucia mam.

To jest Wasz wybór.

Wyjechałyście w poszukiwaniu lepszego miejsca na Ziemi.

Potrafię to jak najbardziej zrozumieć.

Też bym pojechała, ale... nie byłam aż tak odważna. Wiedząc, że mam Eksa na barkach, wiedziałam, że poradzę sobie tu, w PL.

Gdziekolwiek indziej - z moim słuchem - aczkolwiek widzę błędy w kilku językach, nawet ich dobrze nie znając - nie dałabym - abstrahując od wszystkiego - rady wychować dzieci tak, jak wychowałam je tu.

Od chwili, gdy Inżynier skończył 15 lat, moje macierzyństwo było macierzyństwem samotnym. Bez alimentów, bez pomocy. Była tylko nasza trójka. Udało się. I ja przez ponad 15 lat byłam samotna do bólu - całymi miesiącami, bo ptaszyny wyemigrowały (eagle fly, eagle landed,  landed crow, fly crow) i zaklinały się, że nie wrócą za skarby świata. 

Namawiając mnie (nie tylko one), na wylot na zawsze.

Bo w sumie tomogę pracować  z każdego zakątka świata dalej.

Bez problemów.

Tak samo jak Inżynier,  nawrócony na ojczyzny łono - z rzadka wlatuje do biura, choć go czasem cholera po świecie nosi.

A ja byłam tu, na miejscu, choć marzyły mi się inne i takie opcje miałam - ale cóż...

I tak, Pierworodny zlądował i przetrwał, podnosząc mi ciśnienie na maksa.

Dzięki temu, że był ten ich pokój. Może za bardzo zalazłam mu za skórę. Twierdzi, że nie, ale w obliczu tego, co pisze AMP, super, że nie wylądowała w Ulm.

Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz, Austriacy brali w dupę...

Do dziś widzę szok w jego oczach, że wiedziałam, bez googlowania, gdzie jest Ulm...

I tak samo Inżynier, wracający tym pokręconym samochodem z kierownicą z innej strony (a że dziś najczęściej z nim jeżdżę, więc do zwykłych samochodów pcham się nie z tej strony), nigdy przedtem niejeżdżący po Europie, wleciał z przygodami do PL, bo na samolot się już nie załapał, tylko na prom, w tym pamiętnym 2020 roku, śledzony na apce przez żonę, raportującą mi, gdzie to dziecko moje jest, meldujący się czasami, wylądował na 2 tygodnie na kwarantannie w swoim dawnym pokoju, pracując na moim (LOL) necie razem ze mną, wywaloną  z redakcji, bom stara już była, po czym zwinął się na wynajęte na Łazarzu mieszkanie...

Więc, AMP, kocham Cię.

Ale wybacz - mam inne życie, inne priorytety, inne przejścia.

I tak, jestem do bólu za UE.
Za dopłatami. (DE ma większy produkt brutto, więc płaci więcej składek, zgadzam się, ale takie są traktaty).

Współczuję bardzo z powodu ogółu problemów z uchodźcami.

I umieram ze strachu, gdy moje dziecko, śmiejąc mi się od ucha do ucha i lekceważąc zagrożenia, leci (a lata często do DE). Łączę się w bólu, też nie chciałabym dziś tam mieszkać. Tak samo, jak nie chciałam nigdy.

Ale Ty wybrałaś wolność, której ci brakowało 30 lat temu. Mnie też jaj bardzo brakowało, ale zacisnęłam zęby. 

I być może tego pożałuję, ale może i nie.

Wybrałam wolność głosując na wejście do UE. Na ten jebany, przeterminowany (bo nie wybieram się nigdzie, ale kiedyś to załatwię - mam nadzieję, bo na razie mogę się po UE włóczyć na dowód) przeterminowany paszport, którego nikt mi nie zabiera. 

I nieważne, że pomagając Ukrainie - sponsoruję być może przemysł zbrojeniowy. Wiem, że dzięki Ukrainie  (tak, wiem o aferach korupcyjnych, o przekrętach, szwindlach - ale co ja mogę?) te bomby nie lecą na mój dom. I na Twój też nie. Masz inne problemy, zgadzam się.

Jak sama wiesz, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 

I bliższa koszula ciału, jak sukmana.

Więc - proszę - bądź wciąż dla mnie. Nie skreślaj mnie.

Pozostaję z nadzieją

 

SJ.

 

A z prostego życia. Po siedzeniu w chałupie na dupie (ten okres między świętami a Nowym rokiem destrukcyjny jest), okazało się dziś, że pół dzielnicy nie jest posypane ani piaseczkiem, ani solą, dziś się wyrwałam na świat, bo już nie mroziło, ale piździło jak za cara na Skieletczyźnie, ale na moje szczęście, zrezygnowałam z zakupu chleba (co najwyżej upiekę), bo pod Faworem ludzie padali jak mrówki... Powlokłam się do spółdzielni w celu zdobycia rachunku na nowy czynsz. I zdobyłam. Mam nadpłatę 1000 zł. I dobrze. Zaś ów rachunek wzrasta m o 100 zł, czyli w ciągu 6 lat wzrósł o ponad 100%. Emerytura zaś nie, a pensja stoi w miejscu. Po wytargowaniu od pierdzistołkowej wydruku (z bólem serca, bo papier, ekologia), dostałam obietnicę, że dostanę emilka z tymiż danymi.

Media jeszcze nie są rozliczone, więc ten 1000 czeka. 

Do godz. 22 nie dostałam, a zaklinała się, że wszystkie dziś wysyła i wyśle.

Jako że obkupiona jestem, pensję na koncie mam już przed Wigilią (wyjątkowo) i czekam na emeryturę ze zwaloryzowaną rentą wdowią, nie pozostaje mi nic innego, jak czekanie na Nowy Rok, znaczy się na 1 stycznia (imieniny Inżyniera, prezent sam sobie kupił na polecenie matki, zaszalał).

Dzień gospodarczy za mną. Ogarnęłam wszystko, szklanka mnie nie przeraża.

Z głodu nie umrę. 

AMP, kocham Cię i daruj mi moją miłość do UE :* 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 25 grudnia 2025

Taki

 wymarzony świąteczny dzień, Kochany Pamiętniczku.

Poleżałam w łóżeczku do wypęku, nie martwiąc się żadnymi rozkładami jazdy, humorami ludzi (chociaż szampański humor Alienka z powodu prezentu był wart tych męczarni, ale cóż - ja tylko posłałam kasę, prosząc Inżynierową o wydatkowanie, w dupie mając, jak ją rozdysponuje). Ona jest oblatana w te klocki z Minecraftów i różnych lalek i innych cudów (łącznie z Małym T., o którym w sumie niewiele wiem i prawie nigdy nie dostępuję zaszczytu przytulaska, ale cóż, taki los przyszywanych na siłę babć) :) 
Leżałam i wciąż dochodziłam do siebie po tym zimnisku. Nie przypuszczałam nigdy, że po tych latach ocieplenia klimatu i zmagania się z "jest mi wszędzie gorąco" znów wrócę do chwil młodości, gdy wiecznie było mi zimno.

Ale OK :) Na śniadanie wrąbałam słoik - taki od dżemu - śledziki z cebulką, jabłkiem, cebulką, śmietaną i jogurtem oraz koperkiem. Auć... Najadłam się po pępuszek, ale... 

Nie czułam się przeżarta.

W międzyczasie zjadłam trochę czekoladek (naprawdę niedużo), potem kawałek ciasta z wiśniami i bezą, popijając herbatką, więc obiad odgrzany z wtorkowego szaleństwa kuchennego o 16.30 to już było spoko. Tym bardziej, że kolacji nie tknęłam - pomarańczą zakąsiłam :) 

A lodówka wciąż pełna, na balkonie czeka na jutro schab w warzywach.

Temperatura na zewnątrz minus 9.

Rośnie bo przed godziną było minus 10. Nosa nie wychyliłam dziś na zewnątrz, poza ściągnięciem obiadku z balkonu. A i odkręciłam na maksa kaloryfer w małym pokoju, i futrzane skarpeteczki założyłam na kopytka, chociaż ich nie lubię. I dresowe porteczki, chociaż termometr wskazuje 23 stopnie przy 35% wilgotności.

Jednak ten "straszny mróz" z alertu RCB, który zlekceważyłam, daje mi popalić wciąż.
A że jutro też ma taki być, więc na pewno nie wylezę z nory.

I tak dzień mijał spokojnie, w ciszy, bo nawet słuchawek nie odpaliłam, zmęczona wczorajszym jazgotem... Sobie komplementy i obelgi z I, ma MSG posłaliśmy, starym rodzinnym obyczajem, Baranowi podrzuciłam rolkę, jak z nas idealna para, cóż, że niekompatybilna jednak :) 

Ogarnęłam 


 na Netflixie, absolutnie nieświąteczny film, ale z genialnymi dialogami i z fantastyczną rolą Meryl Streep (nawiasem mówiąc, uwielbiam ją). Film utwierdził mnie w słuszności mojej decyzji o apostazji, a jednocześnie (jako że jestem starą gejówką, kto wie, ten wie) potwierdził, że dobrze mi w życiu szło, choć nie do końca robiłam tak jak ta mama.

I tak, moje przyszywane dziecko, kochane, jest gejem. I to long story, dobrze, że z happy endem.

I tak się dziwnie składa, że choć straszono mnie deprawacją moich rodzonych dzieci przez to przyszywane - nigdy nic złego się nie stało, wprost przeciwnie. Aczkolwiek Inżynier w środowisku gejów miał wielu amatorów, a i goszcząc w gejowskim klubie, musiał odrzucać wiele propozycji matrymonialnych. O dziwo, nikt tam nie był nachalny, nie atakował jego wdzięków (niezaprzeczalnych). Wystarczyło: nie jestem zainteresowany. A ja mam zięcia (nieformalnego, ale mam od lat), który (sic!) nie ma nic do teściowej i czasami klepie ją po tyłeczku, po czym odskakuje, bo teściowa mówi, że to ją kręci.

Więc tak - chociaż ta dygresja nie na temat filmu - ten polecam z całego serca. 

I nagle koło 19 padło wszystko.

Ponieważ już od kilku tygodni mojemu routerowi się wygło i ma sieciową ikonkę na pomarańczowo, czego  I, nie ogarnął, bo jak zawsze szybko i pod górkę, a hasło do routera (do ustawień) diabeł ogonem nakrył...

Męczyłam biednego syna, odnajdując niektóre dane, zanim dostrzegłam, że na osiedlowej grupie (niech żyją osiedlowe grupy, a net mimo padnięcia routera  mam z ajfonika i to niebagatelny - prawie 1000 GB, ale tylko do 27.12, więc aż tak bardzo nie histeryzowałam, jednocześnie wydając lekką ręką 9 zł z konta - olaboga, zbankrutuję; i mam te gigabajty do 27.01 next year..., męcząc jednocześnie I., że pojutrze kupujemy nowy router, w panice szukając zalecanych haseł, na co moje dziecko spokojnie odrzekło, że  nic kupować nie będziemy, albowiem ma zapasowy router, a resztę ogarniemy, jak znajdę to i to - jedno od razu znalazłam, drugie wiem, gdzie mam...) innym też net z mojego providera padł... No i tak sobie miło pogawędziliśmy na niej, bo większość ludzi ma też mobilnego neta. Ktoś przytomny zadzwonił do providera i mimo czarnych scenariuszy i oczekiwania, które wkurwiało (mnie nie, mój 998 GB plus te normalne prawie 200 na plusie, nawet noworoczne niepracowanie providera bym ogarnęła) - mamy znów net. 

I był tekst, że to ręka Opatrz(cz)ności, żebyśmy wyleźli z neta i wleźli do realu...

Moim osobistym, skromnym zdaniem, real niekiedy jest przereklamowany.

Co nie zmienia faktu, że kocham moją rodzinę. Nawet z synowymi. 

W całości, of course, przyznaję się bez bicia. Choć momentami nawet z ukochanymi dziećmi mam na pieńku. Zwłaszcza z tym jednym, które wciąż kłamie aż mu się z uszu kurzy. A to drugie nieusłuchane jak cholera, ja cały las choler... No ale muszę z tym żyć.

Inżynier, przepraszany za  zawracanie dupy, bo ja, aczkolwiek uzależniona od neta, dobrze wychowana jestem, zaśmiał się i powiedział, że pracuje w korpo i gdyby przejmował się takimi jękami, jak moje, już by go wiedli w kaftanie na oddział zamknięty :) Więc (nie zaczyna się zdania od więc, wiem) wybaczył mi łaskawie, ciesząc się w duchu, że nie będzie musiał lecieć na sygnale z zapasowym routerem do szalonej matki.

A szalona matka ucieszyła się, że nie będzie syna w święta ściągać do roboty,

Bywa.

W sumie gorzej by było, gdyby mnie musiał codziennie gdzieś tam z gleby po procentach zbierać, albo szukać, bo wyszła z domu i nie wróciła, albo i pampersy zmieniać (to już najgorsza opcja, co nie, odpukać)... Więc nie jest źle i niech żyje odzyskany przez uzależnioną od niego matkę (od neta, ale i od Inżyniera też  - tak jakoś się to łączy). 

Nie jestem natomiast fanką wartości dodanych w postaci  rodzin synowych.

Nie mam nic do nich w sumie, są jacy są, ale to nie jest mój wybór życiowy.

Tak samo, jak nie była moim wyborem rodzina Eksa z jego szlachecką manią, że są z lepszej gliny.

Gdzie liczyła się albo kasa, albo pochodzenie.

Jako że nie tylko ja w tamtych okolicznościach nie spełnialiśmy kryteriów - wyszło jak wyszło.

I moja osobista po śmierci mamy też była w sumie zazwyczaj, z małymi momentami wyjątków - kamieniem u szyi.

No dobra.

Pierwszy dzień świąt minął spokojnie.

W ciepłym domu.

Z pełnym wyżywieniem.

W spokoju.

I tak - było cudnie.

Niech trwa. 

 

 

   

środa, 24 grudnia 2025

Nam nie trzeba

 Bundeswehry, Kochany Pamiętniczku, nam wystarczy minus cztery :)

Sprawdziło się na mojej własnej dupie. 
Szczęście w nieszczęściu, żem rano (a nie spałam od 5, wiadomo, wyprawa na włości, koniec świata, pani Popiołkowa...) wylazła w letniej kiecce na balkon, migoczące światełka wyłączyć, bo ja, panikara 100-lecia doczytałam się, że można i 5 tys. mandatu zapłacić, jak sąsiadom przeszkadza (a nie pomyślałam o tym agregacie, co coś hoduje i wali mi lampą po oczach, ani o lampie z reklamy - no, szok). I z lekka mnie zawiało, więc postanowiłam, że założę podkoszulek. Co mi się już od wieków nie zdarzyło. Ocaliło mi to chyba życie, jak również to, że pojechałam jeden autobus wcześniej, na zasadzie, bo rozkład jest jaki jest i wszystko się spóźnia. Dzięki tej kombinacji z wywieszonym ozorem mając minutę na przesiadkę, złapałam 811, 821 jechałby za 50 minut. A że i tak czekałam bez mała pół godziny w sumie na dwie przesiadki, zmarzłam do szpiku kości. Ostatni raz tak mi zmarzły nogi na cmentarzu, jak byłam dzieckiem.

Inżynier, który przedtem dokopał mi po kostkach, że zawsze jestem wcześniej, za co się nie odzywałam, odkopał mi, pisząc, że mam jechać o której chcę i jak utknę, pisać, podjedzie.NA szczęście nie utknęłam.

Byłoby OK, gdybym albo ubrała zimowy płaszcz (mam), a nie kurteczkę, albo na kurteczkę zarzuciła otulacz - mam kilka.

Ale nie, pojechałam na zasadzie mnie jest zawsze gorąco.

Tym razem nie było, na szczęście wzięłam rękawiczki - wczoraj na zakupach nie miałam i cierpiałam.

Dojechałam padnięta. Ale u nich w chacie ciepło, mają przeszklone ściany i słoneczko nakurwiało mocno, więc powoli odtajalam. Herbatką poratowali. A ja podziwiałam ich luz - był normalny rozpiździel, sama latałabym z obłędem w oczach, ale nie oni byli na luzie. Nie robili wszystkiego, ja dałam kasę, a wigilia była składkowa, N. mieli dowieźć resztę. Wigilia miała być na 17, a ja zlądowałam o 12. 

Alienek grał w swoją planszówkę, gra również jego mama, nie ogarniam, to jakaś gruba książka, nienawidzę planszówek, ale OK, dobrze się bawią, nie mój cyrk, nie moje pchły :) Inżynier zdrzemnął się po wymianie poglądów na temat miodu - on że miód to miód, a ze słoika nie lubi, a ja na to, że to miód wyprodukowany w UE z domieszką chujwijakich miodów (bo to i ukraińskie, i chińskie, choć gdzie Chinom do UE), więc kupuje to badziewie w plastiku. Kazałam zamknąć się i słuchać matki, co mi się rzadko zdarza. Że mam zapas miodu do końca życia (bo mam), przechowywanego jak należy w szkle i w lodówce (tak, miód należy przechowywać w lodówce. Że lepiej dzieciom dać cukier do słodzenia, niż ten badziew. Że zależy mi na wnukach, a nie na jego wygodzie :) Dobiłam go tym, ale powiedział, że miód weźmie, skoro ma taką głupią i upartą matkę.

Ano, ma.

Cóż, może w następnym życiu inna go urodzi.

W międzyczasie Synowa pierniczyła z dziećmi, pierniczył i Edek.


 Edek załapał się na inną fotkę, jak próbował doprawiać kawę, a że tym razem tyłeczkiem, został spacyfikowany


 

Poszliśmy potem na długi spacer z Kundlem. Przez chaszcze, bajora, na szczęście zamarznięte. Wszyscy zmarzliśmy na kość. Idziemy jakąś uliczką, a na drodze leży fioletowy worek - wygląda na kupę w worku. Dziecko me rączo podbiega, worek bierze w rączęta. Pytam: kupa? Tak, moja kupa. 

Porządne mam dziecko, jak szedł wczoraj wieczorem nie zauważył, że zgubił ową cenną wydzielinę. Ale posprzątał, jak znalazł.

Dobrze wychowałam tę Łajzę, co nie?

 

Łobuzy kałuże zamarznięte rozbijały, Kalafiorkówna najpierw poślizgnęła się i Kundel jej zwiał, a on nie reaguje na wołanie, więc afera była, zanim Kundla złapaliśmy, później  wpadła w głęboką kałużę - skakała, mimo ostrzeżeń ojca - no uparta po nim jest - działo się :)  

 


 

Wróciliśmy znów zmarznięci do szpiku kości (pisząc, siedzę zawinięta w kocek, z kaloryferem na maksa, bolą mnie stawy, mam dreszcze i nadzieję, że po polopirynie i kordełce z dwoma kockami mi przejdzie). Pyry oskrobałam, bo to moje hobby, co nieco pomogłam, ale niewiele, a potem jakoś się wszystko ogarnęło. Kalafiorkówna jest gospodynią i pomocą całą gębą. A i Alienek się cywilizuje i odnosi rzeczy, i robi, o co się go poprosi :) 

Powoli zjeżdżali się goście, źle nie było, no jedna U., flama teścia I. była nie za bardzo w sosie, bo Alienek układał sztućce tak jak ja mu pokazałam, jak uczyła mnie jego prababcia. U. miała inną wizję poprawności nastolnej, ale Alienek jest moim Przydupaskiem, o. I był zachwycony, bo ubrali go w koszulę (cecha naszej familii - chłopy nie cierpią koszul), nieco już przymałą, zapiętą pod szyję, bo tak elegancko, a ja zawołałam go, guzik podszyjny odpięłam, nikt nic nie zauważył, a biedak odsapnął i mówi: babciu, jaka ty jesteś mądra :) 

Jedzenie było takie se, bo wszystko kupne gotowce, barszczyk z pudełka, mnie to rybka, ale U. była skrzywiona, bo ona z tych, co same wszystko robią, nie wątpię, że dobrze, gospodyni na medal, ponoć jej makowiec był rewelacyjny. Nie jadłam, bo mi w ząbki mak wchodzi, takie życie. Za to karp był porażką totalną - I. mówił, że się wysuszył po odgrzewaniu w mikrofali, ale wiem, że nie. Bo karpia zawsze robi jego teść. Własnoręcznie zabija i smaży. I zawsze jest pełen ości i przypalony. Ale OK, zjadłam, męcząc się z  ośćmi. Raz, że sama od dawna już nie kupuję karpia, którego trzeba zabić, ale filety. Bez ości. Są takie. Droższe, owszem, lepiej kupić mniej, a na spokojnie. I nie smażę karpia w mące, tylko w tartej bułce na masełku. Ten kawałek przeżyłam, bo sobie odbiję w domu - mam filet zamrożony. Synowej zaś jakaś koleżanka z pracy poleciła cót mjut i ożeszki laskowe - mintaja w cebuli. Mintaja było tam na lekarstwo, cebuli od groma i... no dobra, stara jestem, wątroba alkoholem sterana i uzębienie nie takie, ale cebula, niesparzona, grubo krojona kłuła w ząbki i wątroba też wydawała pomruki. Więc wydłubawszy rybkę, cebulką pogardziłam. Jeszcze młodą dziewczynką (hahahahaha) będąc, zawsze robiłam cebulę tak, że moja teściowa bez woreczka żółciowego już się nią zajadała i zawsze mówiła: po twojej cebuli nic mi nie jest. I dlatego zawsze zaczynała kolędowanie po dzieciach ode mnie, bo gotowałam tradycyjnie, nie tak nowomodnie jak pozostałe synowe. A miała ich cztery :) 

Mniejsza z większym, nikt nie wstał od stołu głodny, gadka-szmatka leciała, omijaliśmy politykę i religię, bo po co się szarpać?

Aczkolwiek teść Inżyniera parę swoich mądrości wygłosił, ale jednym uchem wpuszczałam, drugim wypuszczałam, zgadzając się na wszystko - stosując złotą zasadę mojej dawnej sąsiadki wobec despotycznego i wiedzącego wszystko lepiej męża - pierdol, pierdol, ja posłucham. 

A U. była zła, bo nikt się nią nie interesował za bardzo - też ma zwyczaj moralizować jak teść I. 

A że ja jestem złośliwa jak mucha, która ugryzła pastucha, co drażni kota z podwórka, który podrapał Burka, który szczeka na cały dom... Zabawa była niezła, a dzieci nóżkami przebierały, bo prezenty, ale zostały  

Dzieci (bo i Mały T. był, bo on też N.) zostały wyeksmitowane na górę, musiały czekać,  aż Gwiazdor pokaże na skyradar.pl, że leci już w okolicy. Omal nie umarły od tego czekania.

A ja, widząc znoszone prezenty napyskowałam, bo wzrok mam sokoli mimo zaćmy, a na paru pakach był napis Dorota, mimo że umawialiśmy się, że żadnych prezentów dla dorosłych. I tego się trzymałam, tym bardziej że jednak oszczędzam kasę, bo są ku temu ostatnie czasy, nie miałam transportu dla pierdyliarda pierdół (i dobrze, bo zdechłabym w tym zimnie z ładunkiem), no i czasu też nie stykało. Poza tym dla mnie umowa to umowa.

Tłumaczyli się pokrętnie, jeden teść się dostosował i OK :) 

W sumie fajne pierdołki dostałam, nie mówię.

Ale gwóźdź programu to był prezent od synowej, która na moje protesty wmelała mi, że ona tylko pakowała :) 

Inżynier kupił mi w Londynie kolejną fajną puszkę ze słodyczami 


 z lotniska mi takie przywozi, no a ja puszkowa wariatka jestem, co w puszce, to też kupię.

Inżynierowa zaś przebiła wszystkich i po raz pierwszy w życiu, a są małżeństwem od 10 lat (chyba) odważyłam się ją uściskać, choć ona boi się uścisków bardziej niż diabeł święconej wody, co ja szanuję i nie dotykam...


 

Dostałam Małego księcia w języku hawajskim. Tak, w hawajskim, albowiem ten na fali powrotu do korzeni staje się na Hawajach znów nauczany, szanowany, choć nadal urzędowym jest angielski (amerykański).

A moja kolekcja Małego księcia się znów rozrosła. I jeszcze Inżynier mi mówił, że kazała mu zrobić zdjęcie półeczki...


 

 Aż do Misia Szpeniolka (czyli Misia Puchatka) wszystkie książki to Mały książę, w różnych egzotycznych wydaniach. I teraz po hawajsku :) 

Wielka była radocha moja.

W domu zapanowała cisza, gdy dzieci wyrzucono na piętro. Ale Alienek z dziesięć razy dziękował mi za prezent, mówiąc, że jest najlepszy i że się go nie spodziewał. I tu też chapeau bas dla Inżynierowej, bo ja jej tylko kasę posłałam, a ona miała dzielić i rządzić. Nie obchodziło mnie, ile wyda na każde dziecko, miały być szczęśliwe. I były, a najbardziej Alienek :) 

I. poszedł z Kundlem, wrócił, wkrótce zaczęłam prosić o wywiezienie.

Zła sama na siebie, że nie chcę jechać z N., proponowali, ale mam swoje powody.

Nevermind.

Protestowali, że pora młoda (20), że  święta, ale chciałam do domu.

Zdjąć cyckonosz, wskoczyć w piżamkę, zawinąć się w kocek, odtajać (czeka łóżeczko z kordełką i dodatkowymi kockami, wciąż rozbiera mnie od środka). Może minie, może nie, ale mam nadzieję, że minie. A już minus 8 było, samochód trzeba było skrobać, a i hamulce zamarzły :O 

Odjechaliśmy kawałek: pytam: wpadniesz po dokumenty?

Zawracamy, okazało się, że nie wziął dokumentów. A ma angielskie prawo jazdy, więc nie ma opcji mObywatela.

Dobrze, że to niecałe 500 m od domu było. 

Bo znalazłam wszystkie jego świadectwa szkolne, łącznie z uprawnieniami zawodowymi u mnie, nie wiemy jakim cudem są one u mnie. Czeki z Barclays - też ni chuchu nie wiem skąd.

Ale nie wleciał po nie, bo nie są potrzebne na gwałt, kazałam się wysadzić na BP, stamtąd miał prosto do domu, a wjazd na osiedle to kilkanaście garbów, a ja z BP mam chodniczek i spokojnie doszłam do chałupki.

I tak minęła mi kolejna kołomyja. Teraz spokój - i ci na włościach odetchną po atrakcjach,a  i ja odpocznę od wszystkiego. Jedzenie mam na długo.

Jedyne co przykre, to że od P. nikt się nie odezwał, nawet słowa na żadnym komunikatorze. A dzieci dostały i to niemało. W sumie w dupie to mam, nie mam sobie nic do zarzucenia.

A są u siebie.

I tak, popłakałam się na Inżynierowym memłonie, że nawet na kawę nie zaprosili. A na pieszo bym do nich doszła.

Sama nie zaproszę - dla zasady.

Dlaczego ja mam obsługiwać cztery osoby.

Na święta na pewno sprzątali (bo ciągle sprzątają, więc nie przyjmują gości). Poza tym ja nie ze sanepidu.

Moja mama opowiadała, że jak pracowała w czasie okupacji u Niemca, to pani chodziła rano w białych rękawiczkach i sprawdzała, czy kurze.

Ja gdzieś mam białe bawełniane rękawiczki zachomikowane.

Ale i kurz mam, spadł, to niech leży. Chociaż akurat niedawno dokładnie go starłam :) 

 

Wesołych Świąt! Merry Christmas! Frohe Weihnachten! Feliz Navidad! Veselé Vánoce! Tanti auguri di Buon Natale! Joyeux Noёl! Cчастливого Рождества!

 

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Co 15 minut

 Kochany Pamiętniczku, muszę sobie przypominać, jaki jutro jest dzień. I nie, nie mam sklerozy AŻ takiej, ale te święta w tym roku tak dziwnie ustawione, a na dokładkę urodziny Kalafiorkówny, zorganizowane nie w terminie rozwaliły sprawę do reszty. Synowa miała po prostu dość (I. też, ale on nie piekł) organizowania imprez przez pół grudnia. Bo teraz taka moda, że urodziny dzieci mają wyprawiane, na szczęście w coraz mniejszym gronie, bo w przedszkolu to jeszcze cała grupa przychodziła, a wynajęcie sali zabaw to jednak duży wydatek, a to grudzień. No i posrane też mają, bo zawsze MUSI być cała rodzina N. W tym roku tym spod Warsiawki pasował 20, to wyprawili imprezę 20. Dla mnie w plecy, bo zamiast ogarnąć na spokojnie zakupy Manhattanowe i inne spędziłam dzień na dojechaniu na włości, no i wróciłam śpijmą nocą, kiedy pluskwy się na ścianach grzmocą :) I już byłam do tyłu o sprzątanie korytarza, bo po 21, zmęczona, nie będę jechała na mopie. A w piątek, jak wiadomo, godziny przegadane z M. i Baranem.

I tak się sprawa rypła :) 

No i ci z Warsiawki mieli nie być na święta, a są.

I ja, kurwa, mam wszystko układane pod N., bo ten smród jeden z drugim (znaczy się Alienek i jego ojciec) robią takie shrekowe oczy i...

Znów cały pogrzeb na nic.

Pierworodni kilkakrotnie podkreślili i to mocno, że oni w tym roku w swoim gronie (nareszcie), wojują z tymi z O. Ale też ani słowem się nie zająknęli, żebym do nich wpadała. A jak są ze sobą już 15 lat - nigdy mnie nie zaprosili. A mogli, chociażby pro forma, majątku by na moje żarełko nie potrzebowali. A ja się nawet nie zająknęłam. Dosyć się w życiu naorganizowałam, także dla nich przez kilkanaście lat w UK.

Mnie naprawdę nie bolałoby, gdybym ten dzień spędziła sama. Mogliby się wszyscy   na kamerce pokazać i git majonez...

A ja bym sobie spokojnie dwa kieliszki wódki na pusty żołądek rankiem wypiła (to stary śląski obyczaj, nauczył mnie Baran - jak się wypije na obie nogi, to się potem cały rok jest zdrowym - sprawdza się). 

I tak wypiję - stuknęłam się w ten gupi łeb, bo ja wódki nie piję, ale przecież są te małe buteleczki :)

Zacznę rano, poprawię wieczorkiem, będzie git majonez. A że będę lekko wcięta od rana? Trudno. I znów będę im za wcześnie w tym pierdalniku, ale... Zbiorkom kończy pracę o 15. Zawsze jeździli do 17, w tym roku do 15. Tak samo jak na tę wolną Wigilię od pracy narzeka handel, bo sieci pracują do 1 w nocy niektóre.
Zresztą jak dziś patrzyłam na pracowników handlu, żal mi dupę ściskał, tak sterani. Bo na dokładkę wszystkie niedziele w grudniu były handlowe.

Nie pojechałam na zakupy w niedzielę, bo w sobotę połowa  ekipy kichała bez skrępowania i mnie w niedzielę tak skręcało, że pół dnia przeleżałam w łóżku, ale na szczęście ta ubiegłoroczna wódka w Wigilię postawiła mnie po południu na nogi, ale dałam radę tylko pyry z gziką ogarnąć.

Dziś już było OK, ale znów zerwałam się rano, bo chleb...

Zanim się ogarnęłam, MSG od mojej Naczelnej. Czy może wlecieć ok. 10.30 jak pojedzie na trening... Albo o 12.30 po treningu. Bo ona i JB (najbardziej przeze mnie zjeżdżany człowiek w redakcji, teraz Wice) ufundowali mi prezent gwiazdkowy i chcą podać.

No i co miałam zrobić? Po namyśle stwierdziłam, że 12.30 jest lepszą wersją - bo planowałam spokojne zakupy, a wiadomo jak to przed samymi świętami.

Bo ryby już miałam od dawna, ale nie wiadomo dlaczego FB atakował mnie rolkami ze śledziami w pierdyliardzie wersji, które to rolki skrzętnie zapisywałam, nawet śledzie proboszcza, z marynowanymi grzybkami (koleżanka mi podrzuciła też takie), a mój ślinotok po każdej rolce był coraz bardziej przerażający :)  Więc w rybnym czekała mnie kolejka. A że w sumie w dupie mam post, raz, że już mam dyspensę (jestem po sześćdziesiątce), dwa, że w Wigilię od lat nie ma postu, a trzy, że atakowały mnie rolki z pieczonym schabem, chciałam jeszcze do rzeźnika wskoczyć. No i w sumie jestem apostatką i jem, co chcę,  nie oglądając się na kościelnie reguły. Ale kolędy śpiewam w wannie, bo mogę i lubię, i nikt mi już nie zabrania śpiewania :)

I tak, w piekarni okazało się (olaboga, że w tym roku w sobotę będą zamknięci, bo tak), czyli muszę mieć chleb na 6 dni. I dobrze. Ciasto zapakowałam do torby, która zawieszona na ramieniu, spadała mi co chwilę i przeszkadzała w innych sklepach. Kapustka, ogóreczki w kiosku. Kapustki 30 deko, żadnych bigosów. Kurcgalopek przez Manhattan, dobrze, że gałęzie i jemiołę (kurde, mam alzheimera, uciekło mi słowo, pamiętałam po angielsku, którego się w życiu nie uczyłam, a zapomniałam polskiego) ogarnęłam w ubiegły piątek.

Kupiłam wszystko oprócz pyrów.

Pyry z Manhattanu ostatnio są do dupy, kupuję w markecie.

Malutki rybny, duszę się z braku powietrza. Ludzie wynoszą tony karpi. Pan patrzy na mnie zdziwiony, bo ja zawsze karpia tam kupuję, a tym razem tylko 7 matiasów. Nie zauważam w tym roku, że są te lepsze, wymoczone, ale tłok, spadająca siatka, kupuję niewymoczone. No nic, mam mleko, które się za chwilę przeterminuje, więc no problem. A z tych 7 matiasów będzie śledzi z 7 rolek :) Nawet żurawinę mam, więc tralalala :) Pól godziny w plecy. Nowy stragan z karpiami milickimi zbankrutował (albo mu się towar skończył), ale stary stoi i ma się dobrze, a kolejka jak za komuny. 

Przy okazji odkrywam, że wywalony z Biedronki z Alei Żula bankomat Planet Cash, wypłacający bez prowizji, jest na miejscu dawnego bankomatu już nie pomnę jakiego, więc z radością wypłacam 300 zł bez prowizji na wszelki wypadek, jakby coś teraz jebło.

Patrzę na zegarek i się łamię. Jest prawie 10. Zakładam, że zdążę i lecę do Galerii do rzeźnika, Bo to dobry rzeźnik (przedtem zajrzałam do rzeźnika przy Manhattanie, ale była ta niesympatyczna prukwa, której nie cierpię, więc nie, nie stanęłam w króciutkiej kolejce. Zawsze kroi, mimo próśb wędlinę tak grubo, że na 15 deko wchodzą 4 plasterki. A ja gupia nie umiem tego nie kupić, więc nie). W Galerii dłuuuga kolejka. I popierdolone staruchy (tak, też jestem staruchą). Każdy kawałek mięsa oglądają, marudząc, 5 razy, by w końcu wziąć ten, pokazany im na początku. Wykupują pól sklepu (wolno im), na zasadzie 5 plasterków tego, 10 tego, a tego 3,5... Kurwa. A może jeszcze 2 plasterki salami? A ta kiełbasa to jaka? 1,5 godziny stania. Chciałam wołowinę, ale była nędzna, więc będzie schab z rękawa i cycki kurzęce mam na wszelki wypadek (kiosk z kurakami zamknięty na Manhattanie, dobrze im się powodzi, bo co rusz zamykają, nie opłacało im się na te 2 dni otwierać). Żadnej kartki, nic.

Lecę kurcgalopkiem do Aldi, bo... badylki.

No co...

Wielkiego wyboru nie było,  ale...


 Szczawik mam, no co, już na nowy rok :) 

 Oj tam, oj tam :) 

Bo mogę.

Kurcgalopkiem do chałupki, jestem przed 12 i piszę do pani M.

Ona już kończy trening i zgodnie z zapowiedzią, parę minut po 12.30 ląduje u mnie.

I tak, doceniam.

Bo jak pracuję już ponad 40 lat, bo przerwa na dzieci była, to nigdy, ale to nigdy żaden z moich zwierzchników tak o mnie - dokładnie o mnie, indywidualnie - nie pomyślał. Żeby mnie docenić o siebie, nie z firmowej kasy.

Chciałam podać kawkę, ale nie - p. M. przepraszała, że zakupy, że gary.

Doskonale rozumiem, bo sama, choć bez rodziny na karku ledwo zipię.

Ale te parę minut było fajne... 

Dostałam od firmy (bo dawali w redakcji) bombonierę z czymś, a jakże z logo firmy, ajwajwaj :)

A resztę ufundowała z własnej kieszeni M. i JB., niemiłosiernie poniewierany przeze mnie od 15 lat :)

Łączy nas szczególna więź, bo oprócz tego, że grożę mu kupnem wieńca na mój grób, jego córka i moja Kalafiorkówna są rówieśniczkami i mają tak samo na imię :) 

Ale abstrahując, wzruszona jestem, bo dostałam od nich portret redakcyjny, żebym zawsze miała ich na oku :) I miód, a że miód dostałam też w piątek, zamiodowana jestem na amen. Alienek oszaleje i u mnie zostanie. I to dobry miód, nie żaden chlam z marketu... W sumie: nie jestem taka najgorsza, co nie? A p. M. nie uwierzyła, że mam tyle lat... Ale też nie zacukała się i chce, żebym z nimi była.

To miód na moje serce. 


 Gazetkę miałam, dałam w piątek M., bo choć szczęśliwa na nowych śmieciach, to jednak... 

Cóż, wszyscy jesteśmy sentymentalni...

Poleciałam potem jeszcze do Lidla po te zaległe pyry, a że w lodówce miałam jeszcze ugotowane pyry z wczoraj (ponoć takie są najlepsze do żarcia), poszłam po linii najmniejszego oporu.

Błyskawicznie przeleciałam korytarz, sąsiad się dziwił, że w poniedziałek, mówię, że zabalowałam w sobotę. Powiedział, że mogłam odpuścić. Aż mnie zatkało. Ale ogarnęłam wszystko i za to mi cześć i chwała.

Odsmażone z  cebulką pyry ze srebrzykiem (dlatego będzie mi brakowało rzeźnika z Galerii - srebrzyk i twaróg od prywatnego wytwórcy - miodzio) - szybki obiad i takie też będą w święta. 

Żadnej pompy, celebrowania, przeżerania się (tu już spuszczę zasłonę milczenia, bo sama nie jestem bez grzechu - I. zawsze podaje chipsy i sosiki, więc żrę, bo w domu tego nie mam - zeżarłabym całą pakę chipsów, jak i nie dwie).

No i potem klapnąwszy na fotelu (jutro tylko ten schab i śledzie, jak się wymoczą, a potem jazda na miotle, bo asparagus sypie niemiłosiernie, lepiej jak choinka), pocztę odpalam...

I kolejny szok.

 Bo ja w piątek mimochodem wlazłam na rejestrację do okulisty. I był termin na 2 kwietnia. Koliduje z maszynkami, jest w sumie o miesiąc później niż miałam przyjść, ale ogarniemy. Się rejestruję i się zawiesza. Że przychodnia nie potwierdza. Na maila przychodzi info, że trzeba dzwonić. A że I. ma wolne, proszę o telefon, podając dane z maila. Dzwoni. Dodzwania się, ale pani mówi, że to lekarz rodzinny, a nie okulista i że ona nic nie może. I zamiast mu, kurwa, podać numer do okulisty, radzi mu, żebym odpisała na emilka. Nie miałam siły już męczyć I., który ogarniał sobotnią imprezę córki, więc piszę mu: odpuść. Sprawdzam emilka: e-mail wygenerowany automatycznie, prosimy nie odpowiadać.

Cóż było robić, Paweł ani pisnął, wrócił do siebie i czapkę nacisnął. 

A dziś sprawdzam poczty, jak co dzień i...

TADAM :) 

Wizyta zaakceptowana. 

A już pisałam scenariusze wyprawy do Puszczykowa :P 

I...

Dziś moja Mama miałaby 103. urodziny...


 

 Nie ma Jej już od 55 lat, a boli, jakby to było wczoraj.

To nieprawda, że czas goi rany.

Wciąż z nadzieją, że JEDNAK się spotkamy.

A zapach Jej rękawiczek i tiulowego szalika z TEJ torebki coraz słabszy jest, więc otwieram ją raz  roku.

Dziś jest ten dzień.

Dzień Twojego zapachu, Mamo...

Kocham Cię, chociaż czółenka po tylu latach wyniosłam na śmietnik.

Zamszowe czółenka ze startymi obcasami.

Ale torebka, szalik i rękawiczki wciąż są.

I Twój portret na ścianie: babcia Miecia. Źródło wielu nieporozumień, no bo babcia Miecia :) 

Wciąż Cię kocham, tak mocno, jak to tylko w życiu możliwe - kochać. 

 

 

 

sobota, 20 grudnia 2025

To był

 dobry dzień, Kochany Pamiętniczku, choć nie zanosiło się na to, że będzie dobry.

Wróciłam do domu cała, zdrowa, aczkolwiek zmarznięta.
Pogodzona ze wszystkim, z czym pogodzić się nie chciałam.

Przede mną jeszcze jeden ciężki dzień, ale  potem będę mogła na dnie z honorem lec.

Z honorem lec :)  

piątek, 19 grudnia 2025

Pokręcone

 to, Kochany Pamiętniczku.

Umówiona byłam dziś na randkę z M.

Z niejakimi oporami.

Bo ja ludzi nie lubię, tak bez sosu. Ale z M. mi się zawsze dobrze gadało, na tych samych falach, chociaż ona 20 lat młodsza ode mnie. Mnie się zawsze z młodymi dobrze gada, lepiej niż z rówieśnikami.
Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc) sprawdzam zaropiałymi ślepiami na ipadziku, która godzina (sypiam z ipadzikiem, wiem, zboczona jestem, ale są gorsze odchyły), a tam wysłane (nie wiem, czy o 5 mojego czasu, czy angielskiego) zaproszenie na randkę od Barana. A nie rozmawialiśmy od wieków. Na 17 mojego czasu, co u niego jest ewenementem. No cóż, wybór - foch czy kochanie...

M. swoim zwyczajem spóźniała się, co wiedziałam, wciąż widząc, jak chyłkiem wkracza te pół godziny później do redakcji, za co ją Boss poniewierał. Zawsze się zastanawiałam, co on ma z tą punktualnością? To jest taka praca, że musi być zrobiona, a ona zawsze swoją zrobiła w terminie, choć ciężko jej to szło.

Nie widziałyśmy się od dawna, mamy kontakt na FB. Bo ja pamiętam jej córki, krasnalki takie na fotkach w jej dziale. I wiem sporo o jej życiu osobistym - zawsze lubiłam, jak wpadała do mnie na pogawędkę, I ocaliła moją tabliczkę na drzwi, dziedzicząc pokój po mnie. 

I tak od razu było wiadomo, że jest OK :)

Przegadałyśmy 6 godzin.

Teoretycznie była w pracy. Ale nawet jak jej nie było, nikt się nie czepiał. Jej nowym naczelnym został właśnie kolega, który odszedł od nas wcześniej i przypadkiem ściągnął ją do siebie.

I teraz kombinują, żeby mnie ściągnąć do siebie, bo ponoć jestem specjalistką od bydła, nie tak jak ich obecna korektorka, która zmienia im ułożenie na położenie. Okazuje się, że to nie jest to samo. Ja takich rzeczy nie zmieniam - nie ma literówki - idzie. Jeśli chcę coś takiego zmienić, upewniam się, że autor nie ma nic przeciwko.  Bo czasem zastąpienie wyrazu zmienia sens. Ale to na razie luźna propozycja. Korekta u nich jest na zlecenie - nawet teraz, p zmianie przepisów musieliby mi dać etat. A ja lubię etat, bo mam i urlop, i chorobowe, i rośnie emerytura. Czego nie ma przy zleceniach, a comiesięczna korekta tygodnika, to już etat, nie zlecenie, choć ze zlecenia jest większa kasa.

Omówiłyśmy ten temat luźno, na chodzie.

I 6 godzin przegadałyśmy.

Dostałam od niej całą masę przetworów domowych, bo robi :)

I naparstek z jej pielgrzymki


 a samą pielgrzymkę śledziłam na FB, bo jej współtowarzyszka ją tagowała - fajne są obie, choć tej drugiej  nie znam. 

 Namawiała mnie na pielgrzymkę, ale nie wie, że jestem po apostazji. No i nawet jakbym sobie tam poszła, ot tak, bo towarzystwo fajne, fizycznie, nawet z kijkami - nie ogarnęłabym - góry. Padłabym i byłby kłopot.

Ale miło, że pamiętała o moim hobby, o którym dowiedziała się... z FB :) 

Ja wiedziałam o jej kłopotach z dziećmi i jak odchodził jej ojciec.

Tak jakoś się poplątałyśmy i... działa. Mimo wszystko. Są tacy ludzie w życiu, że działa.

I jeszcze zostałam puszczona z torbą :) 

 
Dostała ode mnie porcelanową krówkę, chyba starszą niż ja, bo zbiera wszystko krówkowe. U mnie to się kurzyło na półce, nawet nie wiem, skąd ją miałam, nie zbieram krówek. I geranium, specjalnie dla niej hodowane,  które wyrosło już tak, że zbiorkomem bym go nie przewiozła :) I scindapsusa - dwa badyle mniej, co za ulga. I zaschnięte już cebulki hiacyntów, których nie mam gdzie przechowywać, a które nie dotarły do niej w terminie. Powiedziała, że posegreguje :) 
No i cały mój dzień padł, bo nie miałam już czasu ani siły lecieć na zakupy, bo...
Żeby pogadać z Baranem, tym razem na Face Time, musiałam znaleźć słuchawki z tym okrągłym jackiem.  Bo wejście wymagane do ładowarki jest już standardowe, a ipadzik w czasie pierdół padł... Na całe szczęście znalazłam, bo choć nowe słuchawki podłączam tam, gdzie ładowanie, jest tylko jeden taki port. Więc albo iPad działa, albo ja nic nie słyszę. Taki urok mojej głuchoty, że bezprzewodowe słuchawki przy rozmowach są dla mnie za słabe.
A że na się iOS 26 pojawił z iOS 18, wszystko się dokładnie pierdoli i trwało trochę, zanim się kompatybilnie połączyliśmy. Chociaż muszę przyznać bez bicia, że chyba tam AI coś już kombinuje, bo... Wyglądałam na kamerce, jak seksowna pięćdziesiątka. Ojacierpiędolę.
I choć od naszej ostatniej rozmowy minęło może pól roku, jak nie więcej... Mój Baran. jak czekista z czekistą. Są ludzie, z którymi więź nigdy nie pada. Mimo milczenia. O których wiesz, że są. I zawsze się odnajdują. Baran jest w wieku Pierworodnego. I kiedyś mi powiedział, że w ogóle nie czuje we mnie matki (na całe szczęście ma wciąż swoją), ale moi chłopcy są dla niego jak bracia (i tak to leciało przez lata). Mieszkał z nimi kilka lat.
I pamięta o mnie zawsze pierwszy. W angielski i polski Dzień Matki. Aczkolwiek szlajaliśmy się po pijaku po angielskich chaszczach tak, że nie mogliśmy dojść do porozumienia, gdzie tak uświniliśmy dżinsy po kolana w błocie...
To były fajne, kolejne dziś przegadane godziny, zachrypłam, bo nie gadałam od dawna z nikim tyle przez jeden dzień. 
Jakbyśmy się rozstali wczoraj po południu.
Ale widziałam, że oczy mu się zamykają (wstaje o 3, żeby dojechać do pracy na 6, jak nie ma korków...). Wywaliłam. Z nadzieją, że jeszcze kiedyś los da nam pogadać.
Nie mogę już tam latać, choć wciąż mam tam swój pokój. Bo Alienek i ostatnio Kalafiorkówna nie przeżyją Gwiazdki bez babci. Cóż, rozdarta jestem, ale takie jest życie.
Na razie nawet paszportu nie mam, a że UK spierniczyło z UE, jest jak jest. Na dowód nie polecisz.
 
Może się jeszcze uda, bo babcia Postmana, starsza ode mnie  o dwie dychy, wciąż jest krzepka i poza sklerozą jej nic nie dokucza.
Chociaż odkąd trzeba się służbom na lotniskach opowiadać - podziękuję, to nie na moje nerwy i nie na mój angielski.  
 
A jutro znów muszę bladym świtem, bo potem muszę na włości dotrzeć, na urodziny Kalafiorkówny, awansem, bo Skubana 26 grudnia sobie wybrała :) 
 
I tak, to był bardzo fajny dzień, chociaż zwariowany na maksa.
I cały pogrzeb zakupowy na nic.
Za to fajni ludzie zamiast wydawania kasy.
Dzień, potwierdzający, że z rodziną często najlepiej wychodzi se na fotografii. A ludzie w zasadzie obcy są niezastąpieni. Choć koleżanka (bo ze studiów, ale tylko koleżanka, choć odnowiłyśmy dzięki FB kontakt, fajnie było się spotkać po latach, jesteśmy w kontakcie netowym), odradzała mi kolejną pracę, pisząc, że ona jest szczęśliwa na emeryturze - no super.
Ale każdy ma swój sposób na życie.
Mnie będzie dobrze, jak umrę na służbie. Jak niejaki Andrzej S., którego bardzo mi brakuje, a którego widziałam na oczy raz w życiu. Bo pisał z Lubelszczyzny.  I ponoć umarł na własne życzenie, zabijając się pracą. Był moim ulubionym reporterem, pisał z jajem :) 
Bezbłędnie prawie...
Reportaż z jutro może będzie jutro, a może w niedzielę, a może wcale go nie będzie?
Życie :)  
 

 

czwartek, 18 grudnia 2025

Nosz

 kurwa, Kochany Pamiętniczku.

Coś się algorytmom reklamowym pojebało, bo zaczynają wyrzucać mi reklamy domów spokojnej starości. Jacierpiędolę, nie stać mnie na żaden z nich, więc nawet nie ustawiam się tam w kolejce. Zrujnowałabym dzieci, bo mus mają dopłacać do kosztów utrzymania. No i nie ogarniam, jak utrzymanie mnie, która stara się ogarnąć miesiąc w granicach mojej emerytury (pensja - krwawica to bonus, żebym mogła sobie te trochę alkoholu od czasu do czasu kupić).

Jakbym poszła do DPS, to oczywiście odpadłby mi czynsz, który rośnie z prędkością świetlną. Albo i nadświetlną już. Jeszcze przed rokiem miałam 350 zł, teraz już ponad 700. I prąd. Internety. 

Kawioru w DPS bym nie żarła. Wciąż widzę moją babcię, drobiącą bułkę, którą jej przynosiłam  z piekarni Biegańskiego, codziennie (a była to trasa, która obecnie zajmuje mi prawie godzinę, a wtedy lekko 20 minut starczało), do gorącej wody, doprawiając ją solą i odrobiną masła i z apetytem zajadającą tę potrawę. Czasem zamiast wody było mleko. I nie, babcia nie była w finansowym dołku, kasę miała, jako wdowa po powstańcu wielkopolskim. to moja mama pożyczała od niej 100 zł, jak ojciec swoją pensję w większości w knajpie zostawił. Babcia nigdy pożyczki nie darowała. Jeszcze nie wpadłam na taką zupkę z rana, ale... Kupuję mniej, bo nie nadążam ostatnio z jedzeniem - jakoś mi nie wchodzi. A półki sklepowe uginają się od produktów, o których moja babcia nawet nie  śniła.

Pampersów nie potrzebuję (i niech tak zostanie). Więc dlaczego koszty utrzymania mnie w DPS sięgają 6 tys. miesięcznie? Nie ogarniam, choć wiem: pościel, pranie, personel, wyżywienie. 

A gościówy z reklam DPS wyglądają na maks. 50 lat. Ja mam 71 i może tak nie wyglądam, bo makijaż u mnie zerowy jest,  tusza też swoje robi, no i Photoshopa ani AI nie używam do fotek.

A, i wciąż pracuję. I się dziś wkurwiłam, bo znów wychodzi, że w styczniu na starcie mam co najmniej 16 nadgodzin, bo reklama...

I tak, zamknę bydełko, które się nie przesuwa, ale w dniach, kiedy powinnam siedzieć 8 godzin gapiąc się na monitorek, pogapię się cztery :) Cztery dni :) I tak, to będzie idealne ogarnięcie. Nie ma innej opcji, a moja pensja nie pokrywa mojej pracy. Więc w dupie mam. Mogą mnie zwolnić.

A M. wczoraj wspominała, że pozwalniali tłumaczy (bo gros tekstów to tłumaczenia z niemieckiego), będzie tłumaczyć AI.

W mordę jeża.

Więc jak coś, to nawet do DPS pójdę z laptopkiem i drukarką.

Bez bicia się przyznam: test na IQ sobie zrobiłam.

Na winie.

Znaczy się, alkoholizowałam się.

Wyrzucało mi odpowiedzi, że jestem szybsza niż należy i inne takie tam.

Wyniku końcowego nie poznałam, odpuściłam - chcieli emilka.

Nie było aż tak dużo wina, żebym emilka rozdawała :) 

Sama sobie pobiłam brawo. I tak, wiem, że nie jestem taka najgorsza. Są gorsze ode mnie.

Tak zawsze odpowiadam, stojąc w kolejce, gdy ktoś mnie pyta, czy jestem ostatnia.  

Więc skąd, u licha, ta reklama?

 

Jeszcze dziś wyleniłam się do wypęku, po czym po kropelkach, kąpieli i śniadanku poszłam do Lidla. Nowa galeria wygląda obiecująco - nawet Rossmanna będę miała blisko. Z drugiej strony źle, bo ruch wskazany, ale oj tam, oj tam...

Może nie dożyję, albo wyląduję w DPS.

Kasy wydałam dużo, ale... Karpia wyfiletowanego dostałam, kawałek dziś sobie na obiad zrobiłam, mam jeszcze co najmniej na dwa obiady.

I halibuta. Bez skóry. Prawie 300 zł za kg. I nie, nie kupowałam kilograma :) 

Aż taka bogata nie jestem, ale mam kawałek na dwa obiady.

Pozostał rzeźnik, ale to ogarnę jutro, po wizycie M.

W sobotę niewiele mogę zrobić, bo muszę dojechać na włości na urodziny Kalafiorkówny. Wprawdzie urodziła się 26 grudnia (dziękuję jej za miesiąc darowany z Alienkiem, ale i zla jestem, że zlekceważyła urodziny w dniu moich urodzin), ale... W sobotę tylko pasuje wujostwu spod  Warszawy, zaciskam zęby i morda w kubeł, mnie nie pasuje impreza wigilijna, ale morda w kubeł po raz drugi... Biedny I., śpiewa, tańczy, recytuje, daje d... i gotuje. Urlop wziął. Bo zakupy i sprzątanie włości. Zapytałam: po co, skoro ledwo goście wpadną, bajzel będzie i nikogo nie interesuje porządek. Odrzekł: żeby się zmieścili, trzeba zrobić porządek. No niby tak, ale... 

Nevermind.

W niedzielę impreza urodzinowa K. dla szkolnych znajomych.

I tu cieszę się, że mnie ta moda ominęła.

Popierdolone to, a jeszcze jak pół klasy jest z danego miesiąca, to rodzice nie nadążają finansowo z kupnem prezentów. I tu też cieszę się, żem stara :) 

A potem hyc i już Wigilia.

I cała rodzina na karku. Ja bym się chętnie wypisała. Zobaczymy, jak udadzą się wykrętyw  sobotę.

Bo ja naprawdę, kurwa, jestem niekompatybilna z tym siedzeniem przy stole i wracaniem do domu, skoro zbiorkom nie jeździ...

Z pierdoleniem o Szopenie.

Z trzymaniem mordy na kłódkę, żeby nie urazić uczuć rodziny synowej, synowa jest OK, ale jej rodzina spisiała do bólu.

A właśnie ten chuj jebany niby prezydent (gdzie zniknęła Ewa K. mistrzyni epitetów politycznych?) rozparcelował okrągły stół!

Wrzeszcząc, stojąc w rozkroku, że postkomunizm w PL się właśnie skończył.

Co ten, kurwa, niedojebany doktor z ustawek po lasach wie o komunizmie?

Komunizm to on i całe jebane PiS i Konfa.

Tak, rośnie na moich oczach faszyzm, a wydzierający się, stojący w rozkroku pierdolony sutener jest jak lustrzane odbicie Adolfa H.

Idą mroczne czasy. Nie będę streszczała innych zdarzeń, takich jak wyrzucenie attaché  wojskowego ze spotkania w USA.

I tak, dla Was, zwierzolubów, weta w sprawie ustawy łańcuchowej. 

I innych kurewskich posunięć.

Dołuję się.

Bo nieodżałowany mistrz Gałczyński - prorok jakiś, czy cuś?

Pisał...
Raz do gazety „Słowo Niebieskie”
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
przyszedł maluśki staruszek z pieskiem.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

— Kto pan jest, mów pan, choć pod sekretem!
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
— Ja jestem król Władysław Łokietek.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Siedziałem — mówi — długo w tej grocie,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
dłużej nie mogę… skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Zaraza rośnie świątek i piątek.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Idę w Polskę robić porządek.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Na to naczelny kichnął redaktor
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
i po namyśle powiada: — Jak to?
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Chce pan naprawić błędy systemu?
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Był tu już taki dziesięć lat temu.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Także szlachetny. Strzelał. Nie wyszło.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Krew się polała, a potem wyschło.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

— Ach, co pan mówi? —jęknął Łokietek;
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
łzami w redakcji zalał serwetę.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

— Znaczy się, muszę wracać do groty,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
czyli że pocierp, mój Władku złoty!
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Chcieliście Polski, no to ją macie!
(skumbrie w tomacie pstrąg)

1936  źródło: https://poezja.org/wz/Konstanty_Ildefons_Galczynski/23882/Skumbrie_w_tomacie

 

Skumbrie w tomacie... :(  

 

 

 

środa, 17 grudnia 2025

Budząc się

 Kochany Pamiętniczku, zawsze myślę: jaki dziś jest dzień? Czy mogę olewać wszystko i grac (co uwielbiam), czy muszę już odpalać kompika i zasuwać do roboty?

Dziś był 1. dzień z 21 dni niemuszenia nic. Ale zanim to ogarnęłam zaropiałymi ślepkami, to już się odezwał kontroler. Znaczy się, I. sprawdzał, że jeszcze dycham, czy już mają mnie z głowy.

Z p. rozmawiałam wczoraj wieczorem, dojechał na to Podlasie i znów tam kwitnie do piątku.

A ja, pograwszy prawie do 10 (o dulce nomen libertatis), snując się potem jak dusza potępiona po piekle, w samo południe lewa prawa pomaszerowałam w kierunku Manhattanu, uprzedni porzuciwszy sfelerowane żelazko z karteczką, że cieknie, ale prasować bez wody można - przy śmietniku. Bo może komuś się przyda? Nie takie rzeczy zostawiałam przy śmietniku i znajdowały amatorów. A jak wyrzucę do biośmieci przy technikum, to już dupa blada. 

Zanabyłam dwa bochenki orkiszowego, do zamrożenia.

Manhattan obczaiłam spacerkiem, znalazłam w Maciejce lampki na żywy świerk. CZerwonego długopisu tam szukałam, był w czwórpaku z dwoma niebieskimi i czarnym. No cóż, podrzucę Łobuzom albo tym bez Dżemora - potrzebuję tylko czerwonego. 8 złociszy, ale co pani zrobisz, jak czerwonych nie ma nigdzie solo?

 A do pracy po jeden długopis albo i dwa nie chce mi się wlec. Znajoma korekci niebieskim albo zielonym, ale to na wydrukach zeskanowanych nie zawsze widać. Ona to robi, by autorów nie stresować. Moi potrzebują bata :) 

 Badylka żadnego nie upolowałam ani nic. Ale też nie chciało mi się łazić, choć niezdecydowana jestem, co mam kupić, bo to będzie 5 dni bez dostępu do zakupów. A nie mam najmniejszej ochoty ma jedzenie na okrągło tego samego (ostatnia Wielkanoc to był sam żurek przez kilka dni).

Pomysłu też nie mam.

Odezwała się M., z pytaniem o tę kawę, na którą umawiamy się od września albo i dłużej.

M. został naczelnym konkurencyjnego bydełka...

Ostatecznie umówiłyśmy się na piątek rano koło  10 - jak dla mnie to blady świt, ale...

Jak byśmy się wciąż targowały, to nie spotkamy się już nigdy.
Zaprosiłam do siebie, obiecała, że nie będzie kontemplowała czystości moich okien, nie mam zamiaru ich myć tylko dlatego, że ona ma hopla. W jej wieku też miałam, myłam co miesiąc, nawet w trzaskające mrozy. 

Nie mam już hopla, a w stajence okien nie było, to primo po pierwsze, a primo po drugie i tak pójdę do piekła, do specjalnego kotła dla tych niemyjących okien i na Gwiazdkę, i na Wielkanoc. Doborowe towarzystwo będzie tam.

Chyba jednak pora zarezerwować wizytę u dentysty.

Nie, nie dolega mi nic, ale pora na zmianę garnituru :) 

I tak się to wszystko kula.

9-1-1 Nashville na Disney+  dziś zmęczyłam, chała w porównaniu z innymi 9-1-1, ale dawkowana - odcinek co tydzień. Uzbierałam 3, potem się zobaczy, jak wrócę do pracy, będzie jak znalazł.

I tak minął kolejny dzień z mojego życia, spokojnie, na luzie, bez napinki. Żadnych planów wyjazdów do Wietnamu, na narty, gdziekolwiek.

I tak, tęsknię za wnukami, a jednocześnie przerażona jestem perspektywą tylu spotkań ze wszystkimi, zakupami, dyżurem korytarzowym znów, spotkaniem z M. (tak, kurwa, to mój dom i nie musi być zachwycający, ważne, że ja się w nim dobrze czuję, ale dlaczego mam aż tak nasrane?), ona zawsze drąży kwestie porządku...

A ja dziś, wychodząc w południe, założywszy okulary, zobaczyłam te ukochane igiełki z asparagusa, rozwleczone po kątach, jak zawsze zimą, gdy nie stoi on na balkonie.

I dlatego unikam ludzi - bo mam kompleksy niedoskonałości. Jak ten kawałek linoleum, zakończony chodniczkiem i wytarte  z farby płyty (już nie pamiętam jakie, z mojego rodzinnego domu, ręka mnie swędzi, żeby wrzucić to na Google, ale co ma  napisać: płyty podłogowe z rodzinnego domu Doroty P.?). Odpowiedzi na to pytanie nie znają Internety, a ja wciąż hoduję swoje kompleksy.

Łobuzy pieką pierniczki.

Ja już nie piekę, kupiłam gotowce - krajankę piernikową - pewno pełna chemii jest, ale wizja sprzątania mojej niekompatybilnej do życie kuchni po cieście piernikowym - przerasta mnie.

I te rozkoszne słowa i decyzja zespołowa moich chłopców, gdy znów zaczęłam pracę, a ta w gazecie codziennej wymagała dwóch zmian, a i pracy w święta - w drugie święto, bo następnego dnia po świętach oczekiwano kolejnego numeru w kioskach - to były jeszcze czasy, gdy gazetami dawało się czyścić okna... A za pracę w święta płacono godnie. A nam zawsze brakowało kasy :) Decyzja zespołowa brzmiała - mogą być pierogi sklepowe, ciasta też. Ważna jest mama, nie stanie przy garach. Co z kolei budziło protesty Eksa, bo w domu u niego ogarniała to babcia. Musiało być pieczone, nie kupione. Teściowa zaś wpadała zawsze najpierw do nas, bo u mnie potrawy były nieszkodzące jej na wątrobę. Sama nigdy nie robiła rodzinnej wigilii, choć miała apartamenty i stół na 24 osoby :) I w porywach u niej - nie, nie na Gwiazdkę, na co dzień, gdy kupiła pół wołu i całą świnię, ściągając mnie do siebie, żeby ten zakup ogarnąć, zarządziła robienie pierogów z mięsem.

Stojąc na opuchniętych nogach, pilnując dwójki szalonych dzieci, inni, łącznie z ich ojcem byli ponad to...

Ogarnęłam 350 sztuk pierogów.

Bo każdy interesant, przyjeżdżający do firmy był zapraszany na przesmaczne pierogi, które teściowa zrobiła :)

A było dużo tych interesantów...

Więc do dziś nie tykam pierogów.

Nienawidzę robienia tego, co nie muszę.

Jestem apostatką, nie kręcą mnie potrawy wigilijne ani świąteczne.

Mogą być pyry z gziką.

Rosłek.

Albo skibka chleba ze smalcem.

W sumie co to zmienia?

A spotkania na siłę, bo święta?

Jak na co dzień ich nikt nie potrzebuje?

Wolę, że P. wlatuje jak zatęskni.

Że jego żona nie czuje takiej potrzeby?  Ma do tego prawo. 

Że ta parka moich wnuków jest w spektrum i nie odczuwa braku mnie? OK. No problem.

I może uda mi się ogarnąć "bo Alienek nie prze

żyje, a i Kalafiorkównie się wygnie bez babci" i jednak przeżyją i im się nie wygnie.

Prezenty dostaną.

A mnie się naprawdę nie uśmiecha towarzystwo familii N.

Aczkolwiek żal mi I.  

 No ale sam sobie tak wybrał.

Podsumowując...


 

 No wiem, nie do końca o to lotto...

Ale życie - naprawdę nie żal ci takiej pięknej kobiety jak ja, żeby tak musiała się dopasowywać, a nie mieć na wszystko wyjebane? 

I wybaczone, że nie wszystko mi pasuje?

 

 

wtorek, 16 grudnia 2025

Jako

 że grudzień zakończyłam w listopadzie, Kochany Pamiętniczku, to teraz już jestem po styczniu i w styczniu wskoczę do lutego.

Szło dziś jak po grudzie i gdy już wydawało się, że koniec, w Brukseli podpisali ten jebany traktat z Mercosur i... wypadła strona z wywiadem, bo okazał się nieaktualny i musiałam czekać na omówienie traktatu. Cóż, zawsze coś, jak nie jakaś dymisja, to nowy minister, albo jakiś traktat.

I ta, uroczyście zakończyłam pracę w tym roku i - mam prawie 3 tygodnie wolnego, do 6 stycznia.

Można zazdrościć, aczkolwiek z doskoku będę pasała bydełko, ale bez spiny.

 Mam już otwarte wino, posłane łóżeczko, popiszę sobie ku pamięci i prosto w objęcia Morfeusza polecę. A co.

Mogę jutro spać do wypęku, a przez najbliższe 3 tygodnie wszystko mogę, nic nie muszę.

Na koniec popisałam sobie z Panią M i była zdziwona, jak bardzo mam w dupie święta.

Bo ona  w tym roku wyprawia. 

U nas też się zmieniło - nie D., a włości. Co mnie wkurwia, bo zjedzie się cała familia N. I nie wiem - narzeczona, psiapsiółka teścia I., osoba nudna do wyrzygu. I jak z D. spokojnie by mnie I. odwiózł do domu, tak tu nie mam wyboru - muszę liczyć albo na podwózkę od N., z którymi jeździć nie muszę, albo na nocleg. A i I. może mnie odwieźć, ale... to po lataniu wigilijnym (a jaka to mordęga, to ja wiem najlepiej) ma jeszcze po ciemku mnie odwozić i wracać - jak dla mnie niehalo.
Ale pewno będzie argument, że za rok jadą pod Warszawę, bo N. sobie chałupę wykończy i będą tam całą ekipą świętować. Dobrze, że mają psa, bo ja się nie zmieszczę i nie będę zobligowana do jazdy :) I jak dożyję, bo na dwoje babka wróżyła, to wreszcie spędzę święta tak, jak chcę - sama, w ciszy i spokoju.

I tak, zrobiłam jeszcze raz testy - mam i autyzm, i ADHD, i jestem introwertykiem.

Idealnie - mogłabym żyć po swojemu.

Wnukami nacieszę się w międzyczasie, niekoniecznie w święta.

Tegoroczne święta to masakra, bo w sumie 5 dni wolnego. Więc będę musiała  ogarnąć zapasy na 5 dni - niby nie tragedia, ale jak się nie chce żreć na okrągło bigosu i barszczyku, to jednak problem.

Ale... pomyślę o tym jutro.

Na razie cieszę się jutrem (o ile nadejdzie) ;)

W międzyczasie wplątatałam się, czekając na pracę, w pyskówkę na osiedlowej grupie. Bo od dwóch tygodni nie mogłam otworzyć naszego śmietnika (mamy śmietnik zabudowany, zamykany, zadaszony). Znów ktoś zgwałcił zamek. Tuptałam więc do śmietnika przy sąsiednim bloku - tam o dziwo mój klucz działał. Po jakimś czasie okazało się, że łańcuch od bramy w moim śmietniku (tam, gdzie służby wytaczają kontenery) jest przecięty, no to wchodziłam bramą. Wkurzona, a i znudzona czekaniem na pracę rozpętałam gównoburzę na grupie: zostałam odsądzona od czci i wiary, że przez te dwa tygodnie nie zadzwoniłam do spółdzielni i nie zgłosiłam problemu (nosz, kurwa, nie muszę się chyba tłumaczyć, że głucha jestem na osiedlowej grupie), że mogłam maila napisać (mogłam, ale śmieci wynosiłam kurcgalopkiem w najgorszych dniach pracowych, a potem zwyczajnie zapominałam o emilku, zakładałam też, że ktoś inny to zgłosi). A mamy po przetargu jakąś nową grupę sprzątająca i tak jak kiedyś dozorca to ogarniał, to ta grupa to jakieś sieroty - młodzi, oparci na miotle i ze smartfonami w ręku, zostałam też oskarżona o mobbing grupy sprzątającej, że pewno z  konkurencji (poniekąd, albowiem ja też w sumie w swojej pracy sprzątam po redaktorach) :)

I tak w niedzielę, mając dość ataków, napisałam do spółdzielni emilka. A że nie wiedziałam, kto tam się tym zajmuje, a pod ogólnym adresem spółdzielni miałam parę nazwisk, tom, przepraszając za obarczanie problemem (a kurwa, wszyscy, którzy tam w stołki pierdzą, pierdzą za moją kasę, ale ja grzeczna kobietka jestem) opisałam problem. W poniedziałek dostałam emilka od wiceKURWAprezesa samego, zaszczyt mnie kopnął, co nie, że dlaczego śmiem pisać na grupie, a nie do spółdzielni? Że widocznie mam zepsuty klucz, że mam się natentychmiast wybrać do spółdzielni i że dostanę nowy klucz. Że wszystkie zamki są codziennie i systematycznie sprawdzane przez odpowiednie służby spółdzielni... I per Pani Doroto do mnie, kurwa, dobrze, że nie po nazwisku, bo po nazwisku jak po pysku. Fakt, na FB (stamtąd pewno mu albo pokazali, albo jest na grupie) występuję jako Dorota, bo więcej osób z mojej prywatności zna mnie jako Dorotę, Basi nie kojarzy. No i z emilka Doroty poszło, ale podpisałam go urzędowo pleno titulo z dokumentów. A że jawnie mnie robił w chuja i wydymać chciał, odpisałam, że wszyscy wchodzą przez otwartą bramę, i już mnie korciło, żeby mu napisać, że świń razem nie pasaliśmy, ale nie chciałam przesadzać, zwróciłam tylko uwagę na konieczność czytania ze zrozumieniem: na podpis. 

Kurwa.

Przeprosił i zaprosił po klucz.

No dobra, ale dlaczego ja mam leźć po klucz (spółdzielnia pracuje w godzinach mojej pracy), skoro taki klucz można spokojnie wrzucić do szpary unijnej z miłym liścikiem? Za co ja im w końcu płacę? A pensje mają nieziemskie, że ojapierdolę - i to ja im, kurwa, płacę, mieszkanie jest własnościowe, więc moje, a nie spółdzielni.

Nos do tabakiery, czy tabakiera do nosa?

Olałam. Śmieci przeleżały (bio) na balkonie cały poniedziałek, ale mrozek był, zapakowane szczelnie, to nic im nie groziło :)

We wtorek rano, jako że rasową alkoholiczką jestem, a żadnego wina w domu nie było i wiedziałam, że po pracy będzie ciężko, wywaliłam się bladym świtem (sic! 6 rano, a zazwyczaj wegetuję w łóżeczku co najmniej do 8...), dzięki czemu pięknie przywitał mnie dzień...


To jakieś 2,5 godziny później, jak już wracałam do domu :)


 I tak, kontemplując zaokienne widoki, śniadając, ogarniając się, poleciałam do Lidla po wino, z nadzieją na upolowanie jakiegoś badyla, ale poza gwiazdami betlejemskimi, absolutnie niekompatybilnymi ze mną, no i było minus jeden, więc do Gwiazdki i tak by żadna u mnie nie dotrwała, więc zamiast tego dałam Owsiakowi (już można), zamiast Rydzykowi. To chyba dobrze?

A po drodze było przezajebiście i fantastycznie

 






 

 i chciało się żyć, choć żal było tych duszyczek, które nie słuchały, że jak pijesz, to nie latasz...


 ... i marnie skończyły. Ale jeszcze nie piłam, przechodziłam po pasach. I dotarłam do domu cała i zdrowa.

Jako że na poczcie było jeszcze pusto, a po drodze widziałam, że kontener na papier, ostatnio zapchany pusty jest, poleciałam z bio i z torbą z Action, w której zbieram papier, zapełnioną po kokardkę i kucyki wydruczkami. 

I tadam...

... za kontenerem z papierem gemela na medal...

 ... brama szeroko otwarta...


 Furtkę otworzyłam do zdjęcia sama - klucz, aczkolwiek z oporem, przekręcił się.

Serce mówiło mi napisz do tego wice i zapytaj.

Ale rozum podpowiedział, że mają to w dupie, skoro nikt nic nie ogarnął, a łańcuch i kłódka zniknęły z bramy i każdy może nam śmieci podrzucać, za co my w czynszu płacimy.

Wzdech, wydech, wzdech, wydech - co się będę kopać z koniem, jak mają mnie za idiotkę i nikt nie czyta ze zrozumieniem? Że BRAMA jest otwarta, problemem jest zepsuta wkładka, a nie mój klucz?

Jestem odporna na hejt, ale jak jest praca, pracuję, nie polemizuję z debilami. I nie będę latać do spółdzielni po klucz i rozmawiać z ludźmi, którzy ze mnie robią kretynkę.  Mnie płacą za czytanie ze zrozumieniem i za myślenie. Jestem tylko głucha, nie głupia, wbrew pozorom.

Druga aferka, w którą się wkręciłam na FB to na grupie dzielnicowej. Bo ja Zielony Dębiec jestem, chociaż coraz mniej zielony.

I tak rada owej dzielnicy pochwaliła się (a siedzą w niej te same bezczelne debile, co w mojej radzie osiedlowej), niektórzy się dublują, że 



 jak to pięknie posprzątali w Red Parku liście. Red Park znany jest jako osiedlowa sralnia dla psów, ale nie powiem, mały, przytulny, jest tam fosa i fort z umocnień. Idealny na przelecenie na kijkach :)

Najnowsze zaś badania mówią jasno i wyraźnie - nie sprzątać liści z trawników, albowiem... kto chce, niech poszuka, mnie się już nie chce wypisywać. Sprzątanie liści zalecane jest z chodników i jezdni, z alejek parkowych, żeby poślizgów nie było, ale trawnikiI rzeczona  zostawiać w spokoju. 

I rzeczona Rada zaczyna się bronić, albowiem pojawili się i inni krytycy. Że to nie ona, że ona tylko kaskę daje, a sprząta ZZM. A ponieważ ja uparta jestem i jeszcze popierałam inne krytyki, zaczęli mi tłumaczyć jak krowie na rowie. Że ja (jako Rada) mam  kaskę i zlecam pracę wykonawcy - sama nie remontuję, płacę tylko (wykonawcy ZZM). Dla mnie to logiczne, że jak nie dam kasy, to nikt nic nie wykona. Że gdyby nie dali kasy ZZM, to ten by nie grabił liści (tak samo jak nie kosiłby trawy niepotrzebnie jak jest susza, zimą, inne takie tam). Ale nie - nie mam racji, nie znam się na pracach rad osiedlowych. No fakt, nie znam się, ale dla mnie logiczne - rada ma kasę na roboty, nawet z określonym budżetem - i jak tej kasy nie da, to prac nie będzie. Ale nie - jak dziecku tłumaczą, po polsku, po niemiecku - że skoro taka wyszczekana jestem, to mam wystartować w następnych wyborach do rad osiedlowych, jednocześnie jojcząc, że to bezpłatna praca (musiałabym na łeb upaść), że mają tylko diety komunikacyjne (na chuja mi - zbiorkom mam za bezcen, samochodu nie mam, a chodzika jeszcze nie potrzebuję). Że mogłabym pomóc osiedlu. Ja, ciężko pracująca staruszka? współpracując z łapówkarzami, bo może i za pracę im nikt nie płaci, ale wiem, kto tam siedzi. Żaden ogarnięty i rozsądny człowiek nie zlecałby koszenia trawy zimą ani w czasie posuchy. I nie powoływałby się na niezidentyfikowanych uczonych (bez podania nazwisk), twierdzących, że trawniki w parkach muszą być wygrabione na glanc, również nie podając źródeł badań.

Tak jak ci jebani ekolodzy, przyklejający się do asfaltu, w imię ratowania planety :)

Więc tak, jestem okolicznym wrzodem na dupie jak widać.
Zakałą społeczeństwa.

Wyrzutkiem.

A teraz, o ile uda mi się jutro wstać, to będzie piękny dzień, niezależnie od okoliczności przyrody :)  

Pierwszy z 21 dni wolności...

Najpiękniejszy...

Plan mam :) 

Ale zobaczymy, co wyjdzie w praniu :)