urlop i po urlopie, Kochany Pamiętniczku.
Niedzielę przeleżałam, co od razu oprotestował mój kręgosłup, nawalający mi coraz częściej ostatnio, gdy nie łażę...
W poniedziałek zaś diabeł we mnie wstąpił i postanowiłam się wreszcie zarejestrować online do lekarza. Na sierpień - wyskakiwał tylko 8 sierpnia, więc pasowało. Ale kółeczko się kręciło i kręciło, na emilka przyszła wiadomość, że owszem, mam rejestrację i inne takie tam, ale... musi to potwierdzić przychodnia osobnym emilkiem. Emilka jak nie było, tak nie było.
Nakręcona i zła, wyciągnęłam papiery i... wypełniłam wniosek do ZUS o przyznanie renty rodzinnej. A że jestem osobą uczciwą, to nie zaznaczyłam, że mieszkamy razem, tylko że mamy wspólne gospodarstwo domowe. Bo taka prawda, rzadko bo rzadko, ale wlatywał, o dzieci pytał, jeść dostawał, a że po trochu wynosił swoje rzeczy, cóż, nie zabraniałam, bo jego.
No a potem zaczęła się batalia o umówienie wizyty w ZUS-ie na tym całym e-ZUS. Bo zablokowało mnie po trzykrotnym wpisaniu jak najbardziej poprawnego hasła i loginu, bo trzy razy sprawdzałam każdą cyferkę i literkę. No, chuj. Nie ze mną takie numery, Brunner. Wlazłam na e-ZUS przez bank, ale to już popołudniem i okazało się, że nie mogę się umówić, bo... internetowo mogę się umówić tylko na dany dzień.
Kurwa.
Wzięłam się przedtem za siebie, a że słoneczko ładnie nakurwiało, poleciałam do fotografa. Zrobił mi zdjęcie na list gończy - ten model tak ma. Wydanie dowodu i paszportu jest bezpłatne. Teoretycznie. Zdjęcia kosztowały mnie 50 zł, więc nie tak bezpłatnie.
Wracając od fotografa, wstąpiłam do UW, bo mam to szczęście, że dowód mogę wyrobić dosłownie naprzeciwko mojej chałupy. Pani poinformowała mnie, że nic nie potrzebuję oprócz fotki i starego dowodu, ale mam się umówić online, bo tak. No to wleciałam do domu, sik, wypakowanie zakupów i umawiam się. Z tego wszystkiego zakręciłam się jak słoik po ogórkach i... umówiłam się na 2 kwietnia, na godzinę 12.40, przekonana, że umawiam się na dziś. Nie wiem sama, jak mogło mnie aż tak ze szczętem popierdolić... Złażę do UW, wklepuję dwa razy telefon na tym ustrojstwie do wydawania biletów i mówi mi, że ma mnie w dupie. Reklamuję w okienku, pokazuję SMS, a pani patrzy na mnie jak na idiotkę (którą jestem) i mówi, że mam wizytę 2 kwietnia... Zarumieniłam się jak dziewica w noc poślubną, przeprosiłam, wróciłam z podkulonym ogonem do domu, zastanawiając się, czy to JUŻ alzheimer, czy TYLKO demencja, czy po prostu zły dzień?
I zabrałam się siłą rozpędu za podatki. Chcę wleźć do programu, żąda PESEL, kwotę przychodu za 2023 rok. I za 2024. PIT za 2023 rok znalazłam błyskawicznie, ale PIT za 2024 zniknął. Nie było go ani w kompie, ani w papierach (tak, drukuję papierowe zawsze też). I już chciałam się z balkonu rzucać, gdy uświadomiłam sobie, że przecież obliczam PIT za 2024 dopiero. Czy to JUŻ alzheimer, czy TYLKO demencja, czy po prostu zły dzień? Biorę PIT z pracy i z ZUS, sumuję, dodaję przychód za 2024 rok i co? I gówno, nie wpuszcza mnie, mówi, że błąd. Jeszcze raz i apiać to samo.
Lamence Inżynierowi, ten każe mi iść przez bank.
Włażę.
Wyskakuje komunikat
Więc marudzę dalej, że skoczę z balkonu, a on każe jeszcze raz, że im też tak odpowiadało, że trzeba do skutku. Zakładałam, że to roboczy dzień, już od dawna atakowali ci, którzy mają odliczenia, a tu zonk.
Wreszcie weszłam, kilka kliknięć, gotowe, o dziwo, 1,5% wpisane jak w zeszłym roku dla wnuczki przyjaciółki AMP, więc nie poprawiam nic, nie odliczam nawet datków na cele charytatywne, bo niewiele tego, a nie mam jeszcze potwierdzeń, a kto z fiskusem wojuje, ten od fiskusa ginie.
Wynik: 2 złote niedopłaty.
Jakie, kurwa dwa złote, jak było 4 z ZUS i ściągnęli mi to z bieżącej emerytury.
Ale cóż, z fiskusem nie wygrasz, a i kiedyś oddali mi zaległą złotówkę po dwóch latach, jak oddawali więcej, ale odsetek od tej złotówki już nie.
Mikrokonto podają, na które muszę wpłacić, bo można albo tak, albo dylać do US, a ja akurat mam daleko iw głupim miejscu, więc walczę z mikrokontem dedykowanym (ojapierdolę) i wpłacam te jebane 2 zł. Najpierw pisze, że bierze za to 12 groszy prowizji, a potem jakimś cudem rezygnuje z tego.
Kurwa, do następnego pitolenia mam spokój.
Na pracowym emilku znalazłam dwie roboty, ale olałam je ciepłym strumieniem moczu - mam urlop i chuj.
Umawiam się jeszcze do biura paszportowego i dobrze robię, bo to jedyny wolny termin, następne są pod koniec maja. Będę wprawdzie w pracy, ale teraz już pierdolę, termin mam na 8.55, jak wrócę koło 10 to i tak będę jeszcze na robotę czekała, w dupie mam, inni stale swoje prywatne sprawy załatwiają, a ja jak skała.
We wtorek rankiem bladym wlazłam do ZUS, znów przez bank i o dziwo - zarejestrowałam się.
Męczę Inżyniera o telefon do szpitala, bo nie mam odpowiedzi, ale pisze, że zadzwoni po 12, że mam im dać szansę odpisania na emilka.
W ZUS nie czekam długo, ale okazuje się, że zarejestrowałam się nie tam, gdzie trzeba, bo tak, a jak chciałam się zarejestrować w kilka miejsc (bo mam kilka spraw), to mnie olało. Ale przemiła panienka odblokowuje mi konto (znaczy się, muszę sama zmienić hasło, mam to na emilku, ale nie mam siły), przekierowuje mnie do innego okienka, gdzie też nie muszę długo czekać. I tam równie miła pani (zgrzeszyłabym, mówiąc, że zostałam źle obsłużona, wprost przeciwnie, tylko czerwonego dywanu brakowało) tłumaczy mi jak krowie na rowie. Bo nie znam PESEL Eksa, podaje, każe od razu wypełnić podanie o rentę wdowią, jako załącznik do renty rodzinnej. Bo żeby dostać wdowią, trzeba mieć najpierw rodzinną, o którą się nie starałam, bo Eks miał tak niską, że nie opłacało mi się na jego przechodzić. I okazuje się, że dobrze, że nie zapisałam, że mieszkamy razem, bo jednak go przemeldowali. Tłumaczę pani, jak było, okazuje się, że muszę napisać oświadczenie, dlaczego. To i piszę, nic nie ukrywając. Bo też nie mam nic do ukrycia. Pani patrzy na mnie wielkimi oczami i mówi, że ona tu nie takie historie słyszała, ale moja ją szokuje. Nie jest w stanie odpowiedzieć mi, czy dostanę tę kasę, czy nie, bo nie ona decyduje, ale podsuwa wszystkie możliwe plusy, żeby było OK. I mówi, że z rodziną to najlepiej na fotografii... Mnie zastanawia jedno - meldunek nie jest obligatoryjny z miejscem zamieszkania, ale wiadomo, jak ktoś chce psa uderzyć, kij zawsze się znajdzie. Więc ok, mnie te kilka groszy wdowich nie zbawi, chociaż mogłoby mi wyrównać chociażby mój czynsz, który rośnie w tempie ekspresowym.
Po wyjściu z Zakładu Utylizacji Społeczeństwa czuję niebywałą ulgę, jakby mi kamień z serca spadł.
Co ma być, będzie.
Jestem wolna i zrobiłam, co mogłam :)
Wracam do chaty, Inżynier akurat się odzywa i pyta, czy mam odpowiedź ze szpitala.
Lecę kurcgalopkiem na pocztę i jest odpowiedź - odmowna.
Nie musi dzwonić.
A ja próbuję się zarejestrować jeszcze raz i o dziwo, rejestruje mnie, ale już na wrzesień. To w sumie pół miesiąca później, niż powinnam, a sama czuję, że oczęta mi siadają, ale nic to, ważne, że zarejestrowało i nie muszę dziecka męczyć.
Tak więc we wtorek idę spać bez kamienia na sercu. Zrobiłam, co w mej mocy i jest OK. Jak załatwię dowód i paszport w kwietniu, też OK, bo mam ważne dokumenty bodajże do lipca, a na nowe czeka się miesiąc, więc super.
A jakbym musiała znów na wycug w kwietniu, to trudno - Inżynierowa planowała wziąć wolne, mówiłam (załamałam się, no co), że jednak mimo Kundla wezmę dyżur, ale nie dali znać, że skorzystają, to ten ósmy kwietnia koliduje z moim paszportem, więc nie odwołam, bo później nie ma terminów. Sorry, Winnetou, business is business...
No i dziś, ostatni dzień wolności na długo. Poszłam na Manhattan, chlebka chcąc na zapas kupić, ale nie było.
Krokusów coraz więcej.
Włoszczyznę i zwłoki kupiłam, rosołku nagotowałam, będą zupki nawinie, na te dni pracowe.
I proza życia: praca, dzień gospodarczy, znów korytarz.
Jakoś nie brakuje mi pracki, na poczcie są 3 emilki i nic mnie nie kusi, a od poniedziałku od razu wskoczę w najgorszy tydzień - i OK. Dzięki temu miesiąc mi szybko zleci.
A na razie oprócz róży od Inżyniera, wręczonych przez Alienka z pompą, wciąż trzymają się pieścichłopy
Spotify dopieszcza moje biedne uszy, kupiona w Action świeczuszka pachnie...
I nie denerwuje mnie nawet ten bladeusz na niebie, bo coraz więcej jest chmur i ma padać. Nareszcie. Bo wody brak.
Biedny tylko Inżynier, ale przez tydzień nie zapłacił Enei 100 zł, więc jest do przodu...
Niezmiernie jestem dumna z tego, że przeżyłam to wszystko, że w zasadzie najgorsze rzeczy mam ogarnięte.
Niezależnie od decyzji ZUS nie muszę mieć nic do czynienia w tym roku z tą instytucją.
Badania okresowe dopiero w lipcu 2026 r.
Tak daleko nawet nie wybiegam myślą w przyszłość.
A jeszcze dziś rano miła pogawędka z jedyną w sumie sąsiadką, z którą mam kontakt - z mamą koleżanki Pierworodnego z podstawówki. Kochał się w niej wtedy i szkoda, że nieśmiały był na tyle, że nie zagadał. Ona już po rozwodzie... Źle trafiła, a i on nie najlepiej, ale cóż.
Czasu nie cofnę i muszę żyć bez wsparcia damskiego, bo żadna z pań w mojej rodzinie nie jest moją fanką :) A tamta dziewczyna do dziś ze mną zawsze miłe słowo zamieni, gdy się spotkamy. Może i nie byłoby tak, gdybyśmy...
Nie ma co gdybać :)
No cóż, tak wyszło :)
Najważniejsze, że ogarnęłam trochę ten pierdalnik :)
Alleluja i do przodu, a jutro do roboty marsz...