poniedziałek, 31 lipca 2023

Jak nie urok

 to sraczka, albo inny przemarsz wojsk radzieckich, Kochany Pamiętniczku.

Znienacka Inżynier się wprosił w niedzielę na memłon z Łobuzami, bo Inżynierowa konspekty musi do domu porobić, a mając na karku dzieci, które sama zrobiła, nie daje rady. Się nie dziwię, bo ja po tym nalocie też na mord padłam, a nie byli u mnie cały dzień i większość ogarniał stwórca owych.

I tak poszliśmy do Parku Bambrów, znaczy się, my na piechotę, a Łobuzy rączo


na hulajnogach, już od proga zostałam poinformowana, że w bagażniku są hulajnogi i kaski, a tę małą Przecherę trzeba było odrzutowcem gonić, tak popylała.

Potem były lody, babcia stawiała, bo chciała, ojciec nalegał na jedną kulkę, ale tak żarliwie mu tłumaczyli, że u babci są dwie, że babcia oberwała, kijem przez łeb, Łobuzy dostały drugą kulkę, babcia musiała zjeść też drugą, bo cytryna z miętą, którą sama sobie wybrała Kalafiorkówna nie trafiła jej w smak, a ojciec mięty nie lubi, druga kulka zaś truskawkowa nie zmieściła się w żołądku panienki, zatem Alienek zjadł 2,5 kulki, a jeszcze czuł się poszkodowany (później rodzony ojciec wyliczał mu jeszcze, ile zjadł i że zrujnuje babcię).

Pogadaliśmy spokojnie tylko tyle, co oni bajkę oglądali.

Inżynier zadeklarował, że pojedzie ze mną do K., zawiezie, przenocuje i odbierze. Chodzi o mój zjazd na 50-lecie matury, znaczy się, zjazd jest ogólnoszkolny, ale nasze pięćdziesięciolecie. Jednak zdecydowałam, że nie, nie jadę. 300 zł za zaproszenie i gadżety w siateczce i zabawę do białego rana, jak następnego dnia muszę być w pracy, plus hotel dla nas, bo gdzieś spać trzeba, plus jakiś łach na grzbiet, bo w dżinsach nie pojadę, a wyjściowy mam tylko żałobny komplet na cmentarz - podziękuję. I szczerze mówiąc, całkiem inaczej pamiętam liceum, niż mi to "opowiada" M. Z tego, co wiem, niewiele osób z naszej klasy chce przyjechać i nie przemawia do mnie nawet argument, że może to ostatnie w życiu nasze spotkanie. No cóż, żyliśmy bez siebie przez 50 lat, każdy poszedł swoją drogą, żadnej przyjaźni z tamtych lat nie mam - więc odpuszczę. 

A Łobuzy na trasie jak tylko zobaczyły ślimaka, rzuciły hulajnogi w kąt i zaczęła się debata okołoślimakowa. To teraz moje życie, a nie spotkanie z ludźmi, których być może ani ja, ani oni mnie, na ulicy by nie poznali.

Spasuję.



To jest teraz mój świat.

Maleńki, ale mój.

A wspomnienia po wspomnieniach są tylko wzruszające i nic więcej. Każdy ma swoje. Gdybym dalej mieszkała w K., to inna bajka, ale tak to nie.

A dziś pojechałam do Puszczykowa, a w zasadzie do Niwki (tam teściowie mieli pierwszy powojenny dom, ale z niechęcią go wspominali, a już Eks był wściekły, bo urodził się przez to w M., tak gdzie jest pogrzebany pod płotem).

Niby trasę znam, bo jeżdżę do M. na cmentarz, rzadko, ale jeżdżę, ale i tak byłam spięta, a na dokładkę drogę przebudowali, więc jak dla mnie powód, by wpaść w panikę.

No i jak pijane dziecko we mgle, a pojechałam godzinę wcześniejszym autobusem, żeby się nie spóźnić, żeby ogarnąć.

I miłe zaskoczenie - tak jak w poznańskiej służbie zdrowia wszyscy nadęci jak purchawki, tam wszyscy - od pani, którą zaczepiłam po wejściu pytając, gdzie mam iść, bo wejście było w piętrowym budynku, a ja miałam się zameldować na 4. piętrze, która nie dość, że pokazała mi, gdzie iść, ale poinformowała, którą windą jechać, po panią z sekretariatu, gdzie miałam się zarejestrować i która zaprowadziła mnie na korytarz, podkreślając, że pamięta maila, że przypomni doktorowi, że mam niedosłuch - no byłam zaopiekowana na maksa. Lekarz oczywiście się spóźnił, ale potem był lux wypas, a mam pecha - bo dostałam gęsto zarośniętego brodacza, czego nie cierpię, bo nie widzę, co mówi, ale nie było źle. Razem ze mną czekała pani, starsza ode mnie, w towarzystwie syna, taki typowy wytatuowany hmmm... osiłek, paker. Na ulicy bym poszła na drugą stronę, a tu miło spędziliśmy pół godziny, a groźny gość na mój żart, gdy mama była u lekarza, że na starość to spadamy im  (dzieciom) na głowę, oburzył się, że to nie tak, bo mamusia...

A z sali zabiegowej co chwilę na wózku wyjeżdżały póltrupki już, z jednym oczkiem zakrytym i na wózeczku je gdzieś pchali... Taka taśma.

Potem ja, znów z tą panią, bo nas obie zakropiono atropiną.

Panią zawołano i od razu termin na 7 października, więc nieźle.

A mnie pan doktor dalej maglował, powlókł na 1. piętro i tam dalej torturował na licznych maszynkach, aż mi w oczach błyskało i kropeczki kazał oglądać.

Potem wywalił na korytarz i kazał się zarejestrować na wizytę kontrolną, o dziwo, w terminie mi pasującym, za dwa miesiące. Albowiem okazało się, że moja zaćma to jeszcze nówka nieśmigana, na razie nie operujemy, może z nią nic nie być, a może sobie pohulać, więc będziemy się często widywać.

No ale urok i sraczka... Mam jaskrę. Tę odczuwałam, bo zauważyłam, że coś nie tak z moim kątem widzenia, że już nie jestem taka szprycha, jak kiedyś.

Ale nie straszył, kropelki zapisał.

A ja pod drzwiami kwitnąc, takie kwiatki widziałam



Najśmieszniejsze w tym było, że faktycznie, bez okularów widziałam tylko mgłę na tej tabliczce, nie że nie mogłam przeczytać, po prostu druku nie było. Ale gdy założyłam moje bryle, widziałam wszystko doskonale i ostro mimo atropiny.

Z receptą poszłam do apteki, bo uciekł mi autobus już, a następny był dopiero za godzinę, ale leku nie było. Przesympatyczna pani chciała go sprowadzać, ale podziękowałam, bo musiałabym po raz kolejny tu przyjeżdżać, łatwiej mi to ogarnąć na miejscu, w wiosce. I to był błąd.

Pochwaliłam tam cały szpital, co panią i jeszcze drugą panią z personelu wprawiło w jeszcze milszy nastrój, a potem znów kolejna pani pokazała mi drogę do wyjścia, bo zabłądziłam :) Też podprowadziła i się uśmiechała :)

Może jednak ten napis, że powinnam mieć opiekuna nie bierze się znikąd?

Po czekaniu na przystanku (deszcz padał), czekała ze mną pani też z wioski, odwiedzająca siostrę w tamtejszym hospicjum, z nudów gadałyśmy, ale... pani była z pislandii i narzekała na Tuska, więc jakoś nam rozmowa nie szła za bardzo, przynajmniej ja mordę na kłódkę zamknęłam, bo co się będę kopać z koniem, jak to nic nie da, słuchawki wsadziłam w uszy i oczywiście, dzięki mojemu talentowi czytania z ust wiedziałam, o co lotto, ale już nie byłam taka wyrywna.

Autobus w końcu nadjechał, po drodze zrobiło się tłoczno (armagedon będzie jak się rok szkolny zacznie), wsiadła pani o kulach. Wokół kwiat młodzieży, zagapiony w smartfony, a jakże, ale i ludzie w wieku moich chłopców. I nic. Więc wstałam, trącam stojącą obok małolatę, żeby trąciła tamtą panią, a dziewczyna nie jarzy, o co mi chodzi. Ale udało się, pani siadła z ulgą, a mnie te kilka przystanków na stojąco nie zabiło jakoś.

Ale...

Zamiast iść do domu, polazłam od razu do apteki.

A po drodze był kasztanowiec, a na nim kasztany.

A ja w kieszeni miałam nie tylko telefon, ale i PEKĘ. 

No i diabeł podkusił, wyciągnęłam telefon, bo kasztany...


 I tym pięknym sposobem pozbyłam się PEKI, bo kieszeń jest gówniana :) 

Zorientowałam się w domu, poleciałam zaraz pod kasztanowiec, ale PEKI nie było.

Wkurzona maksymalnie, bo jutro chcę jechać do pracy, a tu bilet szlag...

Przypomniałam sobie gawędę Pierworodnego, jak to zapomniał biletu i jak go kanary dorwały, zainstalował apkę.

Zainstalowałam i ja, i tadam, mogę jeździć. Ale na PECE mam jeszcze jakieś 25 zł w tPortmonetce, jak znalazła jakaś łajza, to wyjeździ. Z biletu imiennego nie skorzysta, no chyba że starucha jak ja.
Więc sik, picie, coś na ząb i poleciałam do punktu ZTM.

Pani mówi, że mogę kartę zablokować, a apka będzie ważna :)

Co też uczyniłam zaraz, na telefonie, kasa - o ile jej tam ktoś nie wydał, przejdzie na nową kartę. Żebym jeździła tylko po wiosce, nie potrzebowałabym nowej, apka starczy, ale żeby płacić w strafach pozamiejskich, muszę mieć niestety kartę. Więc złożyłam (w telefonie, tralalala), podanie o nową. Ale dałam trzaśniętą w pośpiechu byle jaką fotkę w brylach - więc nie wiem, czy przejdzie. Ale mam czas, bo do P. wybieram się dopiero w październiku, na cmentarz - trudno, nie pojadę. A Inżynier będzie mnie musiał wozić, a... leci do UK i będę potrzebna jako odprowadzacz Łobuzów do przedszkola, bo Inżynierowa na rano do pracy, nie zdąży ich odprowadzić.

Dzieje się, co nie?

I jak ja tu mogę spokojnie oślepnąć?

A jeszcze emilek, że wrześniowy numerek przesuwa się o dwa dni, bo... ludzie mają urlopy.

No to ja mam 2 dni nadgodzin i mam zamiar negocjować jutro. Sobie długi weekend zrobię za frico w sierpniu.

I dobrze, że nie wyszło to, o co się wściekłam.

Potwierdza to regułę, że nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.

Amen.

Jakie to wszystko zakręcone, jak świński ogonek, Kochany Pamiętniczku jest. 

A wkurzyła mnie M., bo jak napisałam o jaskrze, od razu uderzyła w złowieszczy dzwon. A ja spasowałam z takimi scenariuszami - wcześnie wykryta, nie odczuwam jej, wiem, co jest przyczyną - moje źle leczone nadciśnienie - będę pod stałą kontrolą.
Co ma być, będzie.

To mnie nie ominie.


środa, 26 lipca 2023

Wszystko

 przemija, Kochany Pamiętniczku, nawet najdłuższa żmija.

No i przeminęło, w detale, wbrew trosce niektórych wdawała się nie będę, za to przyjmę rady, żeby nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.

Winni zostali zanotowani, zresztą nie pierwszy raz, ale cóż.

C'est la vie.

Żyć trzeba, jakby jutra miało nie być i tak niech zostanie. 

Grill jak zwykle był udany


a i dzieci się w basenie popluskały.

Synowa ponoć zachorzała, te z Dżemorem były z dziadostwem w sanatorium nad morzem (czasami zazdroszczę dziadostwu możliwości finansowych, ale tylko trochę), więc grilla zaszczycił tylko Pierworodny, z którym notabene chciałam wracać autobusem, rezygnując z podwózki, żeby obczaić czaczę :) No i poszliśmy nie na ten przystanek, na szczęście zauważyła nas Inżynierowa w porę i zawróciła na właściwy. Pierworodny myślał (jest trochę nierozgarnięty), że wszystkie autobusy na włościach jadą przez jeden przystanek. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu, że wcześniej wyszliśmy, bo ten drugi właściwy przystanek był nieco dalej i że zdążyliśmy, albowiem następny autobus był za godzinę.
Sama podróż była super, bo po wioseczkach i nacieszyłam się pełnią lata, bocianem na polu na ściernisku, więc cót, mjut i ożeszki laskowe :)
Wzbogaciłam się o 


taki pożyteczny gadżet, bo moja lidlowska niszczarka do papieru zdechła szybko, a niemało kosztowała, zaś wyrzucanie druków z danymi do śmieci to masakra. A tu - bach, wpadłam w necie na to pożyteczne urządzenie do zamazywania danych, złotych 10 z dostawą, w razie W tuszu dokupię i powoli zaczynam pozbywać się zalegających papierzysk :) 

A w młodości, kiedy wszystko było luksusem w tym dziwnym kraju, miałam taki luksus z Pewexu. Nie pamiętam, ile za niego dałam, pamięć dziurawa jak sito już (po raz  pierwszy w życiu zapomniałam o imieninach Pierworodnego, ale już dawno mówiłam, że żadnych imienin, chcą urodziny, to obchodzimy tylko urodziny, w lipcu miałabym w sumie 10 osób najbliższych od oblecenia, tego mój budżet niestety nie wytrzymuje, poprawiłam się nazajutrz, a i łapówkę dostał, bo tylko moje dzieci z tej okazji dostają łapówki)


Taka śmieszna dziś pierdoła, ale puszkę mam do dziś, przesypuję tam zwykły talk, wtedy to było high life :)

A że i w Yardleyu się kochałam w peweksowskich czasach, tom zaszalała dziś i 


nowy komplet do pachnienia smrodem :) Bo lubię, bo mam sentyment, bo mogę :) 

Pomijając tę burzę i napór, szaleństwo złości, tydzień minął spokojnie, zamykająco, a na zakończenie nawet Boss poemilkował, że tak się trudno rozstać, nie w sensie, że mnie zwalnia, ale po robocie :)
Jak chce, to umie być miły, choć mnie to rybka. I już :)

W międzyczasie Mała Wiedźma, dawny E. Wedel 13. urodziny zaliczyła, jak ten czas zapinkala. Posłałam SMS, o dziwo, odpisała, była dalej w sanatorium. Posłałam jej kasę, ale... Założyli jej konto, ale karty nie dali, bo... nic na nie nie wpłacili. Więc nie mogła w tym sanatorium przepić prezentu, może to i dobrze, nie wiem, już w nic nie wnikam, bo nie mój cyrk, nie moje pchły :) 

Przydusiłam Pierworodnego, czy dzwonił do K. w sprawie przedłużenia dzierżawy grobu, bo się zadeklarował. Ponoć zapomniał, miał zadzwonić next day. Next day zorientowałam się, że pracują tam od 9 do 12. A on dzwonił po 12, bo tak ma przerwę na lunch, kiedy może dzwonić. No to nikt nie odbierał. Na emilku też głucha cisza od dwóch tygodni, anie nie oddzwonili na numer Inżyniera, bo podałam, więc byłam w kropce. Sprawdziłam dokładnie na stronie i okazało się, że w poniedziałek pracują też od 16 do 17. Zadzwonił więc zaraz po 16, bo tak kończy pracę i okazało się, że jednak nie będę likwidować Umarlaków, jeszcze trochę pożyją. Dzierżawa ważna do 2024, Cioci do 2025, 400 zł za 20 lat, 200 za 10. Do przełknięcia. Liczyłam na jakieś 2 tys., wtedy bym likwidowała, nie że nie mam, ale bez przesady. Żywi też potrzebują kasy. No ale okazuje się, że nie można płacić przekazem, tylko gotówką w kasie. Inżynier mówi, że weźmie dzień urlopu i pojedziemy. Ale ja piszę do koleżanki z liceum, a ta mówi, że w parafii pracuje jej sąsiadka i ona dopyta. Gadu-gadu i wypaplałam, że mam zaćmę. No i zjebkę dostałam, że się lenię, a koleżanka nie byle kto, bo optyk :)
Tak mnie objechała i nastraszyła, żem wlazła na stronkę i emilka skrobnęłam, łkając, żem niepełnosprytna i głucha :)

Wtorek - emilek zwrotny, że <głaszcze> i proszą o PESELEK i nr skierowania, pani z sekretariatu porozmawia z doktorem.

Odsyłam i cisza...

A dziś - tadam :) Emilek i... jprdl... Internety mówiły, że oczekiwanie na wizytę 3 miesiące, a ja mam termin na poniedziałek, na 11.30 :) 

Myślałam, że z krzesełka spadnę. Oczywiście, grzecznie odpisałam, że dziękuję cała w skowronkach. 

Zatem w poniedziałek dowiem się co i jak, czy wyjdę z tarczą, czy na tarczy.

I przespałam się ze ślimakami. Pierdolę, jak coś, wezmę L4. Przez 13 lat nie byłam ani jednego dnia na zwolnieniu, a ludzie brali wolne co rusz. I na siebie, i na rodzinę, i na dzieci. Inna bajka, że w każdym dziale są co najmniej dwie osoby, a ja jestem jedyna. Trudno. Nie mają mnie prawa zwolnić, tylko dlatego że zachorowałam. Należy mi się jak psu zupa, nawet jakby to był miesiąc zwolnienia. Na jeden ślep, of course, bo dwóch od razu mi nie zoperują. Doczytałam też, że mam prawo do transportu sanitarnego ze szpitala, ale Inżynier się oburzył, że mnie pod śmietnikiem wyćpną. Że on weźmie wolne i dowiezie, chociaż herbatkę mi zrobi i dupę podetrze, a nie że matka pod śmietnikiem. Kawał skunksa, o winie nie wspomniał, herbatkę, cwaniak.

No dobra, zatem jest jak jest.


Alienek od razu w paczkomacie paczkę rozpakowuje i do domu idzie tak.

Jak babcia kiedyś.

Genów nie wydłubiesz, nie ma opcji.

Wracałam tam do domu, a na chodniku był taki słup w kształcie litery A, od prądu. Wylądowałam na nim czytając, skórę z nosa sobie zdarłam, wracam do domu, mama pyta, co się stało, a ja: a bo słup nie odsunął się, jak szłam.

Na szczęście Alienek wrócił do domu bez szwanku.

Za wszystkie pocieszajki i dobre rady pod poprzednim wpisem serdecznie dziękuję. 

Polecam się na przyszłość :)


piątek, 21 lipca 2023

Stara prawda

 Kochany Pamiętniczku.

Umiesz liczyć, licz na siebie.

Do napisania. 

Kiedyś.

Bo nawet pisać mi się nie chce.

Nie warto.

piątek, 14 lipca 2023

Piątek

 piąteczek, piątunio, Kochany Pamiętniczku.

Akcja błysk zmieniania pościeli.

Błyskawiczna kąpiel, śniadanko, dwa teksty dla Bossa, żeby nie jojczał jak coś, gdybym nie zdążyła wrócić do dziewiątej i błyskawiczny rajd na Manhattan.

Zakupy u rzeźnika, tym razem wezmę kasę do Inżyniera, niestety, tak wszystko podrożało, że głowa mała, a ja zakupy na grilla dla niego robiłam - karkóweczka już się marynuje w lodówce, a marynata na winie, cut, mjut i ożeszki laskowe :) Wiem, oblizywałam pazury, umyte, żeby nie było :)
Zdążyłam przed 9, jeszcze wypakowałam zakupy, bo upał, więc nie może leżeć.

Na targu na "moim" stoisku jakiś nowy młodzieniec, tam ciągle jakaś młodzież pracuje i w którymś momencie rzecze: czy coś jeszcze, a ja na to: tak i to dużo, a co? Zacukał się, przepraszać zaczął, a ja z uśmiechem: albo słodkie, albo zielone, więc muszę dużo. Właścicielka uśmiechnęła się, bo wie, jak ja kupuję. Ale na tym straganie muszę kupić wszystko, taki okres, że wszystko woła, wrzeszczy i nie daje spokoju, krzycząc: weź i mnie, i mnie, i mnie... Jako że mają pyry z mojego dzieciństwa, to zaczynamy od pyrek, potem cebulka, czosnek, bób, fasolka, botwinka, ogóraski, koperek, truskawki, czereśnie, no nie znam umiaru, wózeczek już pęka w szwach, a ja wciąż i wciąż... A, redyski, zapomniałam o redyskach. Jutro ma być 34 stopnie, więc będzie chłodnik. Mam wszystko do chłodnika? Mam... :) No wiem, jestem trudną, ale dobrą klientką.
Kupowałam z górką, bo nie wiem, kiedy znów się wyrwę, przyszły tydzień nie będzie już tak lajtowy, a lodówkę mam dobrą.

Oparłam się tylko włoszczyźnie, bo nie mam fazy na rosołek ani na żadne zupy, to zwiędnie i będzie strata :)
Pomidorki, dużo pomidorków, całe 24 złote zostawiłam na straganie (w sezonie!), ale u Pana od Pomidorków zwykłe po 9,90, mają bardzo twardą skórkę i często są pokaleczone przez te ogonki twarde, a te dobre, malinowe 14,90. Warte swojej ceny. Ale nie wiem, czy w tym roku będę z nich robić przetwory, zobaczymy, może dojrzeję, jeszcze nie sezon na przetwory.

I mieczyki, dziś były po 4 zł, a jutro będą pewno po 5, bo w soboty zawsze ceny wyższe.

No musiałam, bo są.

Trudno.

Wiem, rozrzutna jestem i tyle, kij mi w oko :)
A poczta była non stop pełna i jechałam jak torpeda, dobrze, że obiad miałam z wczoraj, odgrzałam i wciągnęłam, kończąc ostatnie teksty.

Świnia ze mnie, jem przy komputerze. Przerzuciłam się z czytania książek i gazet przy jedzeniu na sprzęt.

Nieładnie.

A potem hyc do piątki i mam


winko, które zamówił Inżynier, będzie mi bardzo piątki brakowało, niestety. 

I walcząc z upałem, ogarnęłam tę kuwetę, standardowo, jak w każdy dzień gospodarczy, pranie złożyłam i schowałam od razu (bravo, bravo, bravissimo), żadnych stosików po kątach.
Wszystko na spokojnie, z należytą czcią i szacunkiem dla mojego nadciśnienia, no jest z lekka podwyższone, a puls za niski, ale oj tam, oj tam, bierzemy poprawkę na upał i na wysiłek.

Czuję się dobrze.

Willy Trent, ogarniam spokojnie, o dziwo, podoba mi się i to bardzo, szkoda, że tylko jeden sezon.

A teraz już tylko Spotify i ja.

Może jutro rankiem polecę, zanim zacznie się armagedon.
A w niedzielę ma być kolejny sajgon, ale grilla nie odwołali, zobaczymy, jak będzie.

Taki tam zwykły piątek, piąteczek, piątunio. 

Nie zawsze musi mną kurwica miotać i walić się mój świat.

Czasem jest mała stabilizacja i nic się nie dzieje.

Psssstttt...

Niech tego nie usłyszy szczęście.

Bo właśnie nicsięniedzianie jest szczęściem.

Niech trwa.


czwartek, 13 lipca 2023

Jak to się dziwnie

 plecie, Kochany Pamiętniczku.

Pocztę zamknęłam dokładnie 13.12, ogarnęłam się i do Lidla, do Lidla, bo miałam nadzieję, że dostanę tam Carlo Rossi Dark, bo to ulubione wino Inżyniera i powiedział, że chętnie je przyjmie, choć miał opory, bo prezent łapówkowy dostał  na urodziny. Ale uważam, że Łobuzy powinny się nauczyć też, że inni dostają prezenty, w tym rodzice, a że whisky już nie chce (kiedy mi dziecko tak urosło i sporządniało?), to szukam tego wińska i nigdzie nie ma. Może być każde inne, byle czerwone i niesłodkie, ale wiem, że to lubi najbardziej.

Idę więc najpierw do śmietnika, plastiku się pozbyć i spotykam panią A. Pani A. ma sklep w piątce. Pamiętam, jak wprowadzała się do tego sklepiku w piwnicy, byłam jedną z pierwszych klientek. I mówiłam, że to pechowe miejsce, bo najpierw był tam sklep z meblami i padł, warzywniak też padł. Pani A. uśmiechnęła się i powiedziała, że zrobi wszystko, żeby to miejsce odczarować. I udawało jej się, przez 27 lat. A dziś, przy tym śmietniku mówi mi, że zamyka budkę na kłódkę, bo się nie opłaca. I narzeka na zagraniczne dyskonty - w sumie ma rację - w linii prostej na odcinku pół km mamy Lidl, Aldi i Biedronkę.
Sklep  pani A. - jak dla mnie - był kołem ratunkowym. Nie robiłam tam zakupów co dzień, bo na przykład pieczywo wolę z Faworu, a odkąd mam nową lodówkę i jestem sama, kupuję raz na tydzień to, co chcę i mrożę. Ona ma pieczywo z piekarni takich sobie, z polepszaczami. Bułek na śniadanie nie jadam, nie skakałam więc prosto z łóżeczka po bułki. A inne artykuły ma droższe niż w dyskontach i piątka zawsze była dla mnie miejscem awaryjnym, gdy czegoś zabrakło w ostatniej chwili, a nie chciało mi się lecieć po musztardę czy inny majonez.
No i alkohol - zawsze było tam moje ulubione piwo, więc gdy mnie przypiliło, to leciałam, nawet w dresach i w deszcz.

I gdy jeszcze pracowałam na mieście, to po zamykaniu często gęsto był to jedyny sklep w okolicy, nie licząc Żabki, do której nie wchodzę, bo ojca derektora jest, gdzie mogłam za pięć dziewiąta kupić piwo...
I jak czegoś szukałam, a nie było, to zazwyczaj mąż pani A. następnego dnia to przywoził.

Ale że odkąd mam historie z ciśnieniem nie piję piwa - to i do sklepu już parę miesięcy nie zaglądałam, dopiero dziś na mnie zleciała ta nowina jak grom z jasnego nieba.

A jeszcze wpadłam po Lidlu, bo i tam tego Dark nie było, pomyślałam, że może w piątce będzie. Nie było, ale pani A. zapisała i mam jutro pytać.

Jak Inżynier dostanie swoje wino, to tylko dzięki temu, że piątka jeszcze jest.

I tak, żal tych małych sklepików, przyjaznych dla człowieka.

Których właściciele ciężko pracują, bo pani A., mimo poważnych kłopotów z nogami i wielomiesięcznej rehabilitacji wróciła do pracy.

Pracuje tam jeszcze jedna ekspedientka - no i straci pracę.

A pani A. w każdą niedzielę zasuwa, bo dzięki jebanemu pisowi w niedzielę może pracować tylko właściciel.

Ale i to nie wystarczyło, żeby sklep przetrwał. Pani A. idzie na emeryturę, nie wiem, jak jej mąż, nie pytałam, nie chciałam kobiety dobijać.

Będzie mi tego sklepiku brakowało, choć rzut beretem mam Aldi, otwarte do 22.

Ale nie wracam już po zamykaniu do domu, zmęczona jak koń po Wielkiej Pardubickiej i nie szukam piwa.

Z home office wskakuję prosto do wyra i modlę się, żeby zasnąć.

Jakaś epoka kończy się.

Czy to dobrze. Nie sądzę.

Wprawdzie i kasjerki z Biedronki znam, bo zawsze grzecznie mówię dzień dobry, nawet młodszym ode mnie, bo to ja tam jestem gościem. Znam - wielkie słowo, ale zawsze mi pomogą, a jak o coś proszę, to nie pokazują ręką "tam", ale lecą ze mną do konkretnej półeczki.
Pewno, że nie pogadam z nimi jak z panią A. czy z jej ekspedientką (nawet nie wiem, jak kobieta ma na imię, ale ja w ogóle taka nieogarnięta jestem jak kupa gnoju i niewiele wiem). Jeszcze nie dojrzałam do etapu, że gadam ze wszystkimi sprzedawczyniami i usługodawcami w okolicy, z tej jebanej samotności.

Ludziom wlatującym tam na pogadanie będzie brakowało tej placówki.

W sumie ja tak mało wiem, bo nie latam i nie gadam, więcej ostatnio dowiaduję się z FB, gdzie powstała osiedlowa grupa.

Może dlatego, że mam sporo netowych znajomości - łatwiej mi się czasem wygadać na blogu czy komuś w necie, niż w realu.

A i z najważniejszymi osobami w życiu mam kontakt właśnie dzięki temu wspaniałemu wynalazkowi, jakim są komunikatory. I stąd wiem, że dzisiaj Kalafiorkówna dzielnie popylała z wózeczkiem (jak babcia, kurde, jak babcia), a kitki rozkoszne miała... 


Tania siła robocza, co nie?  Do Biedronki szła (do ciebie szłam z daleka, z daleka, a nie, wróć, za płotem im postawili Biedronkę, więc olewają pobliskie Dino - i u nich decydują względy finansowe - bo taniej i większy wybór, niż w polskiej sieci Dino - nie oceniam, bo nie byłam w Dino nigdy, choć związane jest osobą właściciela z moim rodzinnym miastem - nie mam go nigdzie w okolicy, a na włości nie pojadę, by tam zakupy zrobić).
Alienek zaś wracał stamtąd dziedzicznie obciążony


albowiem srajtaśma nie zmieściła się w wózeczku.

I parę innych ploteczek z włości do mnie dziś dotarło, za co internetom dziękuję, ja, nietelefoniczna istota :) 

Pozostaje jeszcze kwestia zapisania się do okulisty (trzeba dzwonić) i przedłużenia opłaty za grób moich rodziców i brata (jest strona internetowa, opcja załatwiania przez nią, ale wpisałam i emilka mego, i telefon Inżyniera - obie opcje wymagane, ale cisza i u mnie, i u niego). Skończy się pewnie na tym, że będzie trzeba się do K. dodzwonić, co dla I.,  który ma pracę jaką ma jest wyczynem na miarę wejścia na Kilimandżaro, a Inżynierowa, chociaż słyszy dobrze, jest jeszcze większym wrogiem telefonów niż ja. Pierworodny nie może w zasadzie używać telefonu w pracy - no i na chuja strona netowa i emilki, skoro i tak dupa wołowa?

 

Parę dni temu zaczepiła mnie na ulicy pani, mieszkamy w tym samym bloku od początku, czyli już 37 lat. I ja do dziś nie wiem, jak ona ma na imię, jak się nazywa, kto jest jej dzieckiem (bo ma w tym samym bloku siostrę bliźniaczkę i nigdy nie wiedziałam, której z nich to jest syn). Jej mąż zniknął mi jakiś czas temu z radaru i właśnie dowiedziałam się z potoku słów, że już od kilku lat nie żyje. Nie wiem nawet, na którym piętrze mieszkają, wiem, że wysoko :) Pani pyta mnie, czy wiem na co zmarł mąż - tu pada nazwisko - sąsiadki - której jak żyję  nie kojarzę, nie mam zielonego pojęcia, że  ktoś taki mieszkał w moim bloku (może i z widzenia znam, ale nie lokalizuję). Ale za to ona zna znakomicie ludzi z mojego piętra (ja nowych lokatorów spod numeru "**" znam, są mili, zamieniamy ukłony i parę słów o pogodzie), ale że to nowi ludzie, a mój wideowizjer rejestruje istne pielgrzymki do ich mieszkania o różnych dziwnych porach, nie wnikam, nie pytam, nie wiem...
Takie ze mnie dziwadło. Sąsiadów drzwi w drzwi znam, dostawali klucze do mieszkania jak byłam w UK, podlewali badyle, ale wiem, że miałam przejrzane wszystkie kąty :) Ja im też podlewałam badyle, ale kątów nie przeglądałam.

Inne mieszkanie stoi puste, pan zmarł, dzieci zabrały mamę z demencją albo i alzheimerem i cisza w eterze.

Ot, moje piętro i ja, jak sowa w mojej dziupli, zadowolona, że nikt nic ode mnie nie chce.

W całym wieżowcu kojarzę parę rodzin, tych, co się wprowadzali razem ze mną.

Ale po nazwisku tylko kilku, z piętra i byłych kolegów Pierworodnego, a i tak nie pamiętam za dobrze nazwisk, raczej opisowo: wiesz, ci, co zawsze mieli takie grube przegubowce, co ledwie po schodach schodzili. Albo: wiesz, ich chłopak, taki rudawy, pracował w UM. Albo: ci od szewca.

I tak mi życie minęło, nie czuję, żeby wiele mnie ominęło. Zawsze broniłam się przed mieszkaniem w klimatach mojego R., gdzie co prawda znałam prawie wszystkich (teraz już to tak nie działa), ale jak spuściłam zasłony i kichnęłam o pierwszej w nocy, to sąsiadka z przeciwka pytała nazajutrz, jak mój katar.

Gdzie zawsze byłam córką nauczycielki i musiałam świecić przykładem.

Gdzie każdy mój pocałunek był odnotowany przez babcie, siedzące w sobotę do niedzielnego ranka w oknach, żeby zobaczyć kto, z kim, gdzie i jak...

Od tego uciekłam, nie przyjmując zaraz po studiach czekającej na mnie posady DYREKTORKI biblioteki w K., naprzeciw mieszkania cioci mojej, o co ona do końca życia miała do mnie żal.
Zaraz po studiach w dyrektory bym poszła.

Takie to były czasy.

Ale też perspektywa mieszkania z ojcem alkoholikiem, wówczas już niepracującym i żyjącym na krzywy ryj nie wiadomo z czego, powrotu do tych miejsc, które wciąż bolały po tej pierwszej, wielkiej, tragicznej miłości, a i drugiej, która też dziwnie się skończyła, w to wsiowe bagienko...

Nie.

I tym pięknym sposobem popełniłam kolejny życiowy faux pas, wychodząc za Eksa i wchodząc do toksycznej do bólu rodziny wielkomiejskiej "elyty".

No cóż, miłość jest ślepa, ale małżeństwo jest doskonałym okulistą. 

I nie, nie żałuję.

To były piękne dni.

I mam dwóch wspaniałych - każdy na swój sposób jest taki - synów.

I gromadkę wnuków na medal.

I moje ukochane badylki, o :)


Środkowa papryczka, wyhodowana przez Inżyniera z nasionka, ogłosiła dziś zgon, ale reanimowana metodą usta-liść nabrała chęci do życia i może coś z niej jednak wyrośnie.


 Geranium zaś, nad którym latami ubolewałam, zazdroszcząc koledze w pracy, że u niego rośnie, a u mnie zdycha, po przesadzeniu po bez mała 10 latach do większej doniczki zwariowało i już się rozglądam za kolejną... Miałam kiedyś takie drzewo geraniowe od nieboszczki Feluni, psiapsiółki mojej teściowej, że się w mieszkaniu nie mieściło, więc wyeksmitowałam je na korytarz, wtedy jeszcze badyli nie kradli, choć domofonów nie było, ale sąsiad, ten nieżyjący już traktował je jako toaletę dla swojego boksera, i drzewko padło. To jest praprawnuk tamtego :) 


Co z tym tałatajstwem zrobię, nie mam pojęcia, niedługo się nie zmieści nigdzie, a przesadzić trzeba będzie.



W małym pokoju na razie luz i hasta manana, ale czuję, że to już niedługo...


A biedronkowe leluje może i nie pachną, ale za to są urocze :) Za całe 7,99. Kwiaty są coraz droższe, więc nie wiem, jak długo będę jeszcze cieszyła się ciętymi.

Bo jednak je lubię. 

I te wszystkie filmiki z rolek o cudownym rozmnażaniu się badyli na ziemniaku i innych cudach wiankach o kant dupy można potłuc.

Nie działają.

A, i zakisiłam młodą kapustkę z cykorią. Bo tak wyszło, bo dla mnie nawet maleńka główka kapusty to problem. A że przy okazji kupiłam cykorię, bo uwielbiam jej goryczkę, to się nazbierało w szufladce. A że wszędzie i na Manhattanie, i w dyskontach zostawiam coraz więcej kasy, staram się nic nie zmarnować, a żołądek mam tylko jeden. To dopiero pierwszy dzień, ale smak jest bardzo ciekawy. Mało soliłam, bo jak wyżej. Ale jest ciekawie.

A jutro czeka mnie wczesna pobudka, bo chcę przed pracą ogarnąć wszystko, by w sobotę, dla której zapowiadają mordercze upały, na dnie, znaczy się na fotelu lub na kanapie, z honorem lec.

W niedzielę grill, ale nie planuję tak daleko.

A dzisiejszy wieczór sponsoruje 



Czasami tęsknię za tym, żeby ktoś tak do mnie szedł.

Ale tylko czasami.

Bez bicia - nie trafił mi się w życiu mężczyzna, przy którym czułabym się tak bezcenna. No dobra, trafił. Ale kupił mieszkanie, nie pytając mnie o zdanie, powiedział, że chce, żebym w nim siedziała jak ta laleczka na telewizorze. Kojarzycie te laleczki w sukienkach z gąbki, siedzące na telewizorze? Ja, walcząca o siebie, o swoje marzenia, siedząca na kanapie i obsługująca męża na każde skinienie? Ja, mająca propozycję zostania dyrektorką biblioteki, sprowadzona do roli żony, skaczącej wokół męża? Miałabym najlepszą teściową na świecie, była za mną jak nikt...
Nie wyszło, choć chemia była... Ale chemia to nie jest coś, co może zapełnić życie.

Teraz już to wiem, i wiem, że podjęłam dobrą decyzję wtedy.


Na wspominki mi się zebrało, aż wstyd.

 

wtorek, 11 lipca 2023

Trzydzieści dziewięć

 lat, Kochany Pamiętniczku, nie do wiary.

Moje młodsze dziecko, pleno titulo magister inżynier certyfikowany dodatkowo przez Apple'a rozpoczął dziś 39. rok życia.

Z tej okazji przeleciałam jego zdjęcia na FB, bo nie wszystkie mam, co się podobało, ściągnęłam sobie i tak dumałam, jaki fajny men wyrósł z mojego synka.

A niesforne to dziecię było, pełne szalonych pomysłów, panie z przedszkola po tylu latach go pamiętają, wspominają z dreszczykiem emocji jego wyczyny. Ja zaś wszystkich jego czynów na wołowej skórze bym nie spisała, zabrakłoby wołów w kraju :)

Co nie zmienia faktu, że jestem z niego wciąż dumna, aczkolwiek często się nie zgadzamy. I paskudny jest, bo mówi: matka do nogi...

Wypierdek mamuta jeden :)

A 39 lat temu szalałam z wściekłości, bo teściowa, która jednak miała nad Eksem większą władzę niż ja (nie da się ukryć, nie udało mi się go wychować), załatwiła mu wyjazd do Reichu na truskawki w momencie, gdy zbliżał się mój poród. Sama zaś w maju pojechała do swojej córki do Reichu, która też miała rodzić. Urodziła, ale teściowa nie wróciła, choć zaklinała się, że wróci, bo... córka nie chciała karmić piersią.

Każdy powód był doskonały.

Byłam więc sama z Pierworodnym, którego nie mogłam podrzucić szwagierce, mieszkającej w tej samej kamienicy, bo ona miała noworodka (z 2 czerwca, tak nam się bania z dzieciakami w rodzinie rozbiła), nie dawała sobie z nim rady, mimo że miała do pomocy mamę swą i ciocię.

Brat pojechał sobie na wczasy do Bułgarii, mówiąc mi na moje prośby, że to zadanie Eksa, nie jego. Zresztą  jak leżałam na patologii ciąży z P., przyszedł do mnie raz tylko po to, żeby powiedzieć, że Eks siedzi u teściowej non stop, a w domu nie ma ani jednej czystej szklanki, we wszystkich są spleśniałe fusy.

Zamiast posprzątać, to mi takie nowiny zaserwował.

A, powinnam już wtedy w podskokach spierdalać z tego interesu, ale jeszcze wtedy taka mądra nie byłam.

Został mój ojciec, a na samą myśl o nim i zostawieniu z nim P. dostawałam dreszczy, ojciec wszak był alkoholikiem i nie wylewał za kołnierz.

Dlatego do szpitala pojechałam na ostatniej prostej i wyszłam po porodzie następnego dnia.
Potem okazało się, że tak jak dziadek, nikt się P. nie zajął. Ale skąd miałam wiedzieć, że będzie lepszym dziadkiem jak był ojcem?

Wróciłam, oczywiście nie karmiłam piersią, bo nie mogłam, nie że nie chciałam, ale pokarmu miałam jak dla armii... I piersi jak z kamienia.
I padłam po dwóch dniach. Zwyczajnie padłam, na kanapę, leżałam w długiej, białej sukni i ojciec mówił potem, że jak wszedł i mnie taką zobaczył, to "jakbym M. widział w trumnie" - znaczy się moją mamę. Było mi wszystko jedno, nawet dzieci mnie nie obchodziły. W domu była przyszywana ciocia, która zlitowała się i przyjechała na parę dni. Ciocia na szczęście miała córkę lekarkę, raban zrobiła i zabrali mnie do szpitala. Tam lekarz, zbadawszy mnie zapytał czule: co za chuj panią z takimi piersiami wypuścił ze szpitala?
Jako że w PRL zastrzyki na zatrzymanie pokarmu dostawały tylko kobiety, których dzieci zmarły, córka ciotki je po prostu w szpitalu ukradła.
Mój kochający szwagier, tak, TEN szwagier na prośbę o pomoc w tej sprawie odrzekł słodko, że nic z tego, mam karmić, dziecko ma prawo do pokarmu matki, jego żona karmiła. Nie przyjął do wiadomości, że fizycznie nie mogę.

Szwagierka z kamienicy, umiejąca robić zastrzyki, bo opiekowała się ojcem chorym na raka robiła mi je więc. A ciotka, ta przyszywana, kobietka jak trzcinka, 150 w kapeluszu i na obcasach co wieczór pracowicie wyciskała mi te biedne piersi, znosząc moje przekleństwa i obelgi, co do końca życia mi wypominała :) 

Ale tym sposobem i pracą zespołową matka przyszłego Inżyniera ocalała...
Tak mi się to wszystko przypomniało dziś, nie żebym się użalała nad sobą. 

I przeszczęśliwa jestem, że chciałam mieć drugie dziecko.

Jakże pusty byłby mój świat bez tego egzemplarza...
Ale jest, a i mnie udało się zobaczyć, jak rośnie, cieszyć się jego sukcesami, no i mam Łobuzy.
To dopiero jest nagroda za tamte lata...

A w piątek po pracy zmobilizowałam się i do IKEA pojechałam. Już na wstępie zabłądziłam i byłam jak pijane dziecko we mgle, albowiem nad schodami, którymi zawsze schodziło się w dół wisiał napis, że wyjście dla osób bez towaru, a ja miałam w łapie dwa komplety pisaków, które na zamówienie synowej kupiłam dla Łobuzów. Innego wyjścia i przejścia zaś nie było... Uratowała mnie superuprzejma dziewczyna z obsługi, mówiąc, że jak zejdę i nie skręcę w prawo, to wszystko będzie OK. Tak też uczyniłam i chyżo przeleciałam przez cały market, albowiem wiedziałam, na której półce jest przedmiot mego pożądania, a moje stare łapy nie uniosłyby nic więcej, choć wiele mnie kusiło. Tak więc sama ściągnęłam z półki karton, nie fatygując już obsługi, a nie było to łatwe, bowiem w kapeluszu i na szpilkach mam 160 cm, a półka wysoka była, a i paczka nielekka :) Ale dałam radę i do kasy kurcgalopkiem poleciałam. A tam zonk - gros kas samoobsługowych :) Ja w IKEA byłam jakieś 2 lata temu chyba, jak nie dawniej :) Ale stały panie i zapytałam, czy jak się zatkam przy kasie, to mnie któraś z nich wspomoże? I znów młódka bardzo grzeczna wyprowadziła mnie jakoś, pomogła i wypuściła :) Z nieba lał się żar, myślałam o taksówce, paczka ważyła 5 kg, ale co, ja nie dam rady? Dałam, dojechałam do chaty cała i zdrowa, choć zmachana na maksa, ale mam dobre połączenie - bimba i autobus pod chałupę.

Obiad naszykowałam, zjadłam i zabrałam się za skręcanie mojej półeczki. Niby miała to zrobić Inżynierowa, ale zanim oni do mnie wlecą, to wiele wody w Warcie upłynie, a ja chciałam mieć półeczkę teraz, zaraz już :) Na początku przykręciłam nóżkę odwrotnie. Potem znów mi coś nie pasiło, śrubki mi wypadały, wkrętarkę zwinął Pierworodny... Piszę więc, czy mógłby mi ją dostarczyć. Stanęło na tym, że wpadnie z wkrętarką i z dziećmi. No i wleciał. Operacja skręcania półeczki w moim wykonaniu trwała już ponad dwie godziny, a to nawet nie była połowa. A ten wziął i w 20 minut skręcił wszystko, odkręcając to, co ja źle wkręciłam. Nie chcieli zostać, bo już późno było, dałam więc na lody (z górką) i polecieli, a ja mam teraz 





i wszystkim się podoba, a najbardziej mi :)

Ale jako że z drugiej strony łoża mam 


 dracenę, która odzyskała swój kwietnik, z którego kiedyś w nocy zleciała (nie słyszałam upadku), tak myślę, czy zleci mi na łeb i zabije?
Na większe mieszkanie nie mam na razie funduszy (zapisano w kajeciku - kupić jutro kupon totka), a przecież biednych badylków nie wyeksmituję na śmietnik, bo co ze mnie byłaby za matka?

Jeszcze jedna taka półeczka by się przydała, ale już nie mam jej gdzie wcisnąć. Zmieścić toby się zmieściła, ale kwiatki by tam światła nie miały.

A kosztowała tylko 79 zł, kwietniki na Alledrogo zaczynały się w tej cenie, ale miały opinie, że się rozsypują.

A i ten czerwony kolorek to fajny akcent w pokoju jest.

A jako że przesunęło się w pracy, tom wczoraj zamiast 4 godzin kiblowała 8, ale upał był, więc przeżyłam.

A dziś wkurwiłam się znów.

Bo siedzę od ubiegłego tygodnia jak ustawa i godziny przewidują, z nadgodzinami nie do odebrania of course. A jutro leci kolejny ekstras. Pani od ekstrasa poleciała sobie na Maltę na urlop. Nie zazdroszczę, pisała, że dokucza upał. Mnie dokucza tu, ale za darmo, więc no problem. Skorekcony urlopowy tekst (też tak miałam, latając do UK, na urlopie pracowałam, mój wybór) nie zapisał się (zapisanie zależy od łącza, a zagraniczne są jakie są, ja w UK miałam czasem internet "z wiaderka", znaczy się niezabezpieczony od sąsiada). A dziś pisze do mnie, do której jestem. Odpisuję, że do 13. Swoje urlopy zawsze staram się teraz układać tak, żeby nie kolidowały z pracą. Tak, nie mam małych dzieci, nie muszę ich niańczyć, ale pani ma dzieci w wieku późnoszkolnym - po maturze i po podstawówce. 
Więc, sorry Winnetou. Od poniedziałku była w pracy znów.
Wiem, że była impreza z okazji ślubu kolegi.

Ale ja na tę imprezę nie pojechałam, choć chciałam, bo... no właśnie. Dojazd zbiorkomem to co najmniej godzina, impreza, powrót - nie wyrobiłabym się z zamykaniem ekstrasa, który wczoraj jechał do druku.

Każdy z kolegów bierze urlop jak mu pasuje. Dlaczego ja mam wyrabiać nieodbieralne i nieopłacane nadgodziny w imię dopasowywania się do ich wyborów?

Dziś o 13 wyszłam z poczty (potem wlazłam, leżą materiały)... 

Jutro i tak będę siedziała do usranej śmierci, zanim nie wyślą tego cuda do drukarni.

Z samej gazety nie mam prawie nic, co podkreślił  Boss w emilku ponaglającym do roboty.

A potrzebowałam dziś tych chwil dla siebie.

Na powspominanie, na zamyślenie, na przeżycie jeszcze raz.

Bo to moje życie. 

I to, co w nim cieszy, i co boli, to moje.

Więc sorry Winnetou, business is business i nie zastąpią tego żadne słowa i emilki, jaka to jestem cudowna i jak źle beze mnie będzie.

Ano będzie. I nie ma na to rady.

Ale dziś cieszę się dniem, z nadzieją, że dożyję do niedzieli, gdy spotkamy się na grillu i...

Znów będę wśród moich bliskich, bo tak, wbrew mylącym pozorom i pogłoskom, jakobym żyła tylko pracą, mam życie osobiste. 

Całkiem udane.

Skusiłam się dziś na Dziewczyny z Dubaju, bo odkąd mam streaming z napisami, to i polskie filmy strawię i stwierdzam, że jednak to, że pazurami wyrywałam po kawałku to, co mam dziś - było warto. Ale i tak bym w tamtej branży kariery nie zrobiła. Brak warunków fizycznych.

Za co niebiosom dzięki.

Ament :) 

Ale biedne te dziewczyny w sumie. 

 



czwartek, 6 lipca 2023

I zapanowała

 cisza w eterze, Kochany Pamiętniczku, za co dzięki bogu i partii :)

Co się będę licytowała i wyciągała stare gówna, kiedy ja już jestem w innej rzeczywistości.

Jestem z siebie bardzo dumna.

Tym dumniejsza, że powlokłam się do lekarza i o dziwo, tym razem trafiłam na młodego, ale z rozmowy z nim wynika, że bardzo kompetentnego lekarza.

No cóż, lata żyłam w lekarskiej rodzinie, lata pracowałam w medycynie, więc potrafię ocenić.

Wypisał mi skierowanie do okulisty, ale decyzję podejmę po rozmowie z Inżynierem, bo to na niego będę liczyć w razie W, jakbym ślepa do domu trafiła (bo chciałabym od razu oboje oczu zoperować, a wtedy sama nie ujadę).

O Lutyckiej, zalecanej przez koleżankę są bardzo niepochlebne informacje w necie. Taż koleżanka poleciła mi firmę do wymiany okien, do końca nie jestem z niej zadowolona, więc spasuję.

Za to Puszczykowo ma dobre opinie w necie. Problemem jest to, że muszę się zarejestrować do poradni telefonicznie, a to w moim przypadku nie takie hop-siup, bo raczej nie chcę nawet na badania wstępne iść w czasie zamykania ukochanej gazetki, więc wybranie terminu to też niezła łamigłówka. Biedny Inżynier...

Jeszcze żeby Inżynierowa dzwoniąca była, ale ona też do telefonu jak do jeża, a nie chcę jej wykorzystywać.

Wprawdzie bez szemrania załatwia moje zakupy na Alledrogo, ale też paczkomat ma pod nosem i po drodze, a z domu wychodzi, więc nie jest to wielkie poświęcenie, ma już konto w tym banku co ja i przekaz idzie błyskawicznie. A zakupy lubi robić.

No nic, zobaczymy, do Inżyniera wybieram się w następnym tygodniu na grilla, to będzie grill urodzinowy, mój mały synek będzie miał już 39 lat. nie do wiary, taki stary grzyb, a ma taką młodą i kwitnącą matkę :) Jak ten czas zapinkala.

A 4 lipca, urodzony 4 lipca mój brat miałby 64 lata, żeby tak głupio sobie życia nie zjechał.

I znalazłam artykuł w Polityce, który niejako potwierdza, że podejmując w swoim życiu dwie decyzje, które mnie kurewsko bolą - odejścia od Eksa i niebrania na swoje barki konsekwencji lat niefrasobliwości i nałogu mojego brata - tak naprawdę ocaliłam i siebie, i moje dzieci.

Wciąż czuję się winna, że jak to - nie było jak w amerykańskim filmie, że rodzina, że tylko to się liczy, że... sranie w banie.

Mną nikt z mojej rodziny się tak naprawdę nie przejmował, w zasadzie do wszystkiego doszłam sama, wyszarpując pazurami co się dało. Nawet Ciocia w którymś momencie, w przypływie szczerości powiedziała, że ma sobie za złe, że wtedy mi te 50 zł pożyczyła, a nie dała. Było ją stać na danie mi o wiele więcej kasy, ale nie dała. Uśmiechnęłam się, przytuliłam ją i powiedziałam, że ma sobie z tego powodu wyrzutów nie czynić, bo te pożyczone 50 zł pomogło mi dojść do samodzielności w życiu :)
Może gdyby mi je dała, nie ogarnęłabym się tak błyskawicznie?

Teraz liczą się moje dzieci. A i to nie tak do końca, bo ile bym nie stawała na głowie, to Pierworodny jest specyficzny.

Tak w zasadzie mogłabym tu umrzeć i skisnąć, czyniąc kłopot sąsiadom, a on nawet by tego nie zanotował.

Po pamiętnych lodach, kiedy mówiłam, że chcę mieć kontakt z wnukami, a nie wiedzieli jeszcze jakie plany mają na wakacje, zapadła cisza w eterze.

Nie będę się wyrywała przed orkiestrę, jestem niemuzykalna.

I też ciężko pracuję, jak na swoje lata.

Od Łobuzów mam prawie codziennie raporty, zdjęcia i jestem na bieżąco.

Stąd wiem, że Kalafiorkówna już odpisuje, co jej mama napisze, ale przecież ona ma dopiero 4 lata


więc tak, jestem z niej dumna, jest mądrą dziewczynką.

I jak pięknie napisała babcia :)

A, Łobuzy na zakończenie przedszkola po raz drugi przyniosły do domu pamiątkę.

Wszy.

Zaskakuje mnie to, bowiem ja, chowana w zabitej dechami wiosce dziewucha, w której domu nie było łazienki nigdy, wodę nosiliśmy lata całe z pompy na podwórku, urodzona w latach 50. nigdy nie miałam wszy.

Do dziś pamiętam słowa mojej wychowawczyni, która do koleżanki, już nieżyjącej, mówiła: Ty, W...ówna (opuszczę nazwisko), pamiętaj, żeby co dzień szyję myć, bo łatwiej szyję umyć, niż co dzień kołnierzyk prać i prasować. Mycie to podstawa. Dziewczyna była z bardzo biednej rodziny, bieda tam aż piszczała. Ale pani M. była bezlitosna i co dzień sprawdzała nam kołnierzyki przy fartuszkach.

Nie mieliśmy nigdy wszy.

Pierwszy raz ze wszami zetknęłam się... u moich dzieci.

A i to nie wiedziałam, że mają wszy.

Bo ja w życiu nie widziałam tych zwierzątek.
Chłopcy w piątek poszli do fryzjera karnie. W sobotę pojechaliśmy już na dłużej do teściowej, bo zaczynały się wakacje, wiadomo, Basia nie ma co robić, to i chatę ogarnie, obiad ugotuje, w warsztacie pomoże, a dzieci będą miały świeże powietrze. Dzieci drapały się po główce i na ten widok teściowa kazała sobie okulary przynieść i orzekła, ledwo okiem rzuciwszy: jedziecie do domu, dzieci mają wszy. 

Dzieci, które co dzień myją łebki? Tak, wszy lubią czystych ludzi. Dostałam grzebień rogowy jeszcze z czasów wojny, specjalny, naftę miałam w domu (do lampy naftowej). To były koszmarne dni, dzieci miały popalone łebki, ale pozbyliśmy się paskudztwa i na szczęście ani Eks, ani ja, nie złapaliśmy żyjątek.

Łobuzy mają wszy już drugi raz. U Pierworodnego też były, jeszcze w UK.
Nosz, kurwa, technika, loty w Kosmos, łazienka prawie w każdym domu, półki w drogeriach uginają się od szamponów, a tu wszy?

Mnie wszy kojarzyły się z okupacją, znałam je tylko z książek o wojnie, o obozach koncentracyjnych.

A tu pacz pani Popiołkowa, XXI wiek, a ludzie na stronach przedszkoli (strony przedszkoli - kto o czymś takim w ogóle myślał w mojej wiosce?) piszą, że wszystkie dzieci nasze są i wszystkie mają wszy.

Albo i owsiki - to już doczytałam z jakiejś gazety, gdy drążyłam temat.

Owsiki i owszem, przerabiałam sama.

Ale...

Szkoła miała rząd sławojek.

Sławojki opróżniał co jakiś czas pan Walenty. Przyjeżdżał wozem z beczką, miał taki czerpak na długim kiju, wybierał zawartość sławojek i... wywoził na okoliczne pola.

Może jakieś niedomyte warzywa zjadłam? Bo nie ukrywam, nie byłam taką wariatką jak teraz i zdarzało mi się zjeść niemytą marchewkę czy rzodkiewkę, otarte o spódniczkę :)

Owsiki tępiono jedzeniem śledzi. Nie pamiętam już dokładnie jak, bo mała byłam.

Wiem, że teraz są genialne preparaty i na owsiki, i na wszy.

Ale wciąż nie ogarniam - jak to?

Ja, na stare lata, nie zjem nic nieumytego, nawet gdy na Manhattanie sprzedawca zachęca: pani spróbuje. Mówię, że wygląda pysznie i nie ruszę. Kupię, a nie ruszę.

Wracając do domu (lub wchodząc do pracy - z czego się ludzie śmiali i to bardzo) lecę do łazienki i myję ręce. Robiłam tak zawsze przed pandemią też. Zostało to Inżynierowi, Pierworodnemu trzeba przypominać. Wnuki dostają zawsze swoje małe ręczniczki. Goście też. Czy z nich korzystają, nie wnikam. Po gościach od razu zawsze piorę.

No wiem, starą wariatką jestem :) 

Ale i takie mają prawo do życia ;) 

Więc nie ogarniam. 

Nie rozumiem.

Staram się z tym żyć.

Do fryzjera wleciałam dziś z duszą na ramieniu, ale siwe, rozwiewające się na łysej główce kłaki.

Nie będę już cudem (patrząc w lustro podczas strzyżenia myślałam, jaką idiotką byłam, zamartwiając się zmarszczkami - kurwa, jakie zmarszczki wtedy, krzywym nosem - jaki krzywy nos, mam całkiem fajny nos, a godzinami gapiłam się w lusterka ustawione pod różnym kątem, odstające uszy, które kazałam zasłaniać włosami w czasie strzyżenia - jakie odstające uszy, mam fajne uszyska, a aparaty słuchowe wyglądają w nich seksi - czego ja, do jasnej ciasnej od siebie wtedy chciałam, chcę wrócić i wypierdolić z pamięci te wyimaginowane wady i problemy...), ale ostrzyżona, nawet  tym łysym łbem wyglądam lepiej.

I tak upewniłam się w spółdzielni, że dwa miesiące mogę nie płacić czynszu (taką mam nadpłatę i zamierzam z tego skorzystać, nie będę nieustannie sponsorować spółdzielni), a i tak trochę drobnych zostanie mi na koncie. Po wejściu do apteki opadły mi witki - zostawiłam tam prawie 100 zł za nic, no ale na coś trzeba wydawać emeryturkę, co nie?
I odsiedziawszy dziś uczciwie 4 godziny bez roboty, poleciałam na zakupy i od razu portfel mi zelżał.

Sezon lelujowy się zaczyna


  Mieczyki ukochane były jeszcze na Manhattanie koło 14, ale klapnięte, więc odpuściłam, 5 zyla za klapniętego badyla nie kalkuluje się absolutnie...

Polecę jutro rano, jak wstanę...

A zaraz po 13 (w dupie mam siedzenie po godzinach, nic nie jedzie do drukarni) chcę się urwać do IKEA (a jawi mi się to jak zdobywanie Kilimandżaro, SKS, kiedy ja tam byłam), bo od dawna szukam kwietnika, wciąż płacząc nad kwietnikami z domu rodzinnego, które w mrokach dziejów przepadły, bo taki kwietnik to skarb, a na Alledrogo i w sklepach szajs za miliony monet, a w IKEA - jak dojadę i zdobędę, to się pochwalę :)

I dzięki Inżynierowej zaszalałam, obkupiłam się w Yardleya (Pewex, Yardley, szaleństwa młodości), śmieszne, wydać na siebie trochę własnej kasy i czuć się winną rozrzutności...

I pieczątkę zamazującą dane kupiłam, zobaczymy, czy się sprawdzi, bo mam tony papierów, których nie wyrzucam, bo dane wrażliwe, a kupiona kiedyś w Lidlu niszczarka na dnie z honorem legła i nie wstaje. 

I tak się toczy dzień za dniem, spokojnie (odpukać, oby tak zawsze) Kochany Pamiętniczku...

Więcej grzechów - tfu, zdarzeń - nie pamiętam :)