lat, Kochany Pamiętniczku, nie do wiary.
Moje młodsze dziecko, pleno titulo magister inżynier certyfikowany dodatkowo przez Apple'a rozpoczął dziś 39. rok życia.
Z tej okazji przeleciałam jego zdjęcia na FB, bo nie wszystkie mam, co się podobało, ściągnęłam sobie i tak dumałam, jaki fajny men wyrósł z mojego synka.
A niesforne to dziecię było, pełne szalonych pomysłów, panie z przedszkola po tylu latach go pamiętają, wspominają z dreszczykiem emocji jego wyczyny. Ja zaś wszystkich jego czynów na wołowej skórze bym nie spisała, zabrakłoby wołów w kraju :)
Co nie zmienia faktu, że jestem z niego wciąż dumna, aczkolwiek często się nie zgadzamy. I paskudny jest, bo mówi: matka do nogi...
Wypierdek mamuta jeden :)
A 39 lat temu szalałam z wściekłości, bo teściowa, która jednak miała nad Eksem większą władzę niż ja (nie da się ukryć, nie udało mi się go wychować), załatwiła mu wyjazd do Reichu na truskawki w momencie, gdy zbliżał się mój poród. Sama zaś w maju pojechała do swojej córki do Reichu, która też miała rodzić. Urodziła, ale teściowa nie wróciła, choć zaklinała się, że wróci, bo... córka nie chciała karmić piersią.
Każdy powód był doskonały.
Byłam więc sama z Pierworodnym, którego nie mogłam podrzucić szwagierce, mieszkającej w tej samej kamienicy, bo ona miała noworodka (z 2 czerwca, tak nam się bania z dzieciakami w rodzinie rozbiła), nie dawała sobie z nim rady, mimo że miała do pomocy mamę swą i ciocię.
Brat pojechał sobie na wczasy do Bułgarii, mówiąc mi na moje prośby, że to zadanie Eksa, nie jego. Zresztą jak leżałam na patologii ciąży z P., przyszedł do mnie raz tylko po to, żeby powiedzieć, że Eks siedzi u teściowej non stop, a w domu nie ma ani jednej czystej szklanki, we wszystkich są spleśniałe fusy.
Zamiast posprzątać, to mi takie nowiny zaserwował.
A, powinnam już wtedy w podskokach spierdalać z tego interesu, ale jeszcze wtedy taka mądra nie byłam.
Został mój ojciec, a na samą myśl o nim i zostawieniu z nim P. dostawałam dreszczy, ojciec wszak był alkoholikiem i nie wylewał za kołnierz.
Dlatego do szpitala pojechałam na ostatniej prostej i wyszłam po porodzie następnego dnia.
Potem okazało się, że tak jak dziadek, nikt się P. nie zajął. Ale skąd miałam wiedzieć, że będzie lepszym dziadkiem jak był ojcem?
Wróciłam, oczywiście nie karmiłam piersią, bo nie mogłam, nie że nie chciałam, ale pokarmu miałam jak dla armii... I piersi jak z kamienia.
I padłam po dwóch dniach. Zwyczajnie padłam, na kanapę, leżałam w długiej, białej sukni i ojciec mówił potem, że jak wszedł i mnie taką zobaczył, to "jakbym M. widział w trumnie" - znaczy się moją mamę. Było mi wszystko jedno, nawet dzieci mnie nie obchodziły. W domu była przyszywana ciocia, która zlitowała się i przyjechała na parę dni. Ciocia na szczęście miała córkę lekarkę, raban zrobiła i zabrali mnie do szpitala. Tam lekarz, zbadawszy mnie zapytał czule: co za chuj panią z takimi piersiami wypuścił ze szpitala?
Jako że w PRL zastrzyki na zatrzymanie pokarmu dostawały tylko kobiety, których dzieci zmarły, córka ciotki je po prostu w szpitalu ukradła.
Mój kochający szwagier, tak, TEN szwagier na prośbę o pomoc w tej sprawie odrzekł słodko, że nic z tego, mam karmić, dziecko ma prawo do pokarmu matki, jego żona karmiła. Nie przyjął do wiadomości, że fizycznie nie mogę.
Szwagierka z kamienicy, umiejąca robić zastrzyki, bo opiekowała się ojcem chorym na raka robiła mi je więc. A ciotka, ta przyszywana, kobietka jak trzcinka, 150 w kapeluszu i na obcasach co wieczór pracowicie wyciskała mi te biedne piersi, znosząc moje przekleństwa i obelgi, co do końca życia mi wypominała :)
Ale tym sposobem i pracą zespołową matka przyszłego Inżyniera ocalała...
Tak mi się to wszystko przypomniało dziś, nie żebym się użalała nad sobą.
I przeszczęśliwa jestem, że chciałam mieć drugie dziecko.
Jakże pusty byłby mój świat bez tego egzemplarza...
Ale jest, a i mnie udało się zobaczyć, jak rośnie, cieszyć się jego sukcesami, no i mam Łobuzy.
To dopiero jest nagroda za tamte lata...
A w piątek po pracy zmobilizowałam się i do IKEA pojechałam. Już na wstępie zabłądziłam i byłam jak pijane dziecko we mgle, albowiem nad schodami, którymi zawsze schodziło się w dół wisiał napis, że wyjście dla osób bez towaru, a ja miałam w łapie dwa komplety pisaków, które na zamówienie synowej kupiłam dla Łobuzów. Innego wyjścia i przejścia zaś nie było... Uratowała mnie superuprzejma dziewczyna z obsługi, mówiąc, że jak zejdę i nie skręcę w prawo, to wszystko będzie OK. Tak też uczyniłam i chyżo przeleciałam przez cały market, albowiem wiedziałam, na której półce jest przedmiot mego pożądania, a moje stare łapy nie uniosłyby nic więcej, choć wiele mnie kusiło. Tak więc sama ściągnęłam z półki karton, nie fatygując już obsługi, a nie było to łatwe, bowiem w kapeluszu i na szpilkach mam 160 cm, a półka wysoka była, a i paczka nielekka :) Ale dałam radę i do kasy kurcgalopkiem poleciałam. A tam zonk - gros kas samoobsługowych :) Ja w IKEA byłam jakieś 2 lata temu chyba, jak nie dawniej :) Ale stały panie i zapytałam, czy jak się zatkam przy kasie, to mnie któraś z nich wspomoże? I znów młódka bardzo grzeczna wyprowadziła mnie jakoś, pomogła i wypuściła :) Z nieba lał się żar, myślałam o taksówce, paczka ważyła 5 kg, ale co, ja nie dam rady? Dałam, dojechałam do chaty cała i zdrowa, choć zmachana na maksa, ale mam dobre połączenie - bimba i autobus pod chałupę.
Obiad naszykowałam, zjadłam i zabrałam się za skręcanie mojej półeczki. Niby miała to zrobić Inżynierowa, ale zanim oni do mnie wlecą, to wiele wody w Warcie upłynie, a ja chciałam mieć półeczkę teraz, zaraz już :) Na początku przykręciłam nóżkę odwrotnie. Potem znów mi coś nie pasiło, śrubki mi wypadały, wkrętarkę zwinął Pierworodny... Piszę więc, czy mógłby mi ją dostarczyć. Stanęło na tym, że wpadnie z wkrętarką i z dziećmi. No i wleciał. Operacja skręcania półeczki w moim wykonaniu trwała już ponad dwie godziny, a to nawet nie była połowa. A ten wziął i w 20 minut skręcił wszystko, odkręcając to, co ja źle wkręciłam. Nie chcieli zostać, bo już późno było, dałam więc na lody (z górką) i polecieli, a ja mam teraz
i wszystkim się podoba, a najbardziej mi :)
Ale jako że z drugiej strony łoża mam
dracenę, która odzyskała swój kwietnik, z którego kiedyś w nocy zleciała (nie słyszałam upadku), tak myślę, czy zleci mi na łeb i zabije?
Na większe mieszkanie nie mam na razie funduszy (zapisano w kajeciku - kupić jutro kupon totka), a przecież biednych badylków nie wyeksmituję na śmietnik, bo co ze mnie byłaby za matka?
Jeszcze jedna taka półeczka by się przydała, ale już nie mam jej gdzie wcisnąć. Zmieścić toby się zmieściła, ale kwiatki by tam światła nie miały.
A kosztowała tylko 79 zł, kwietniki na Alledrogo zaczynały się w tej cenie, ale miały opinie, że się rozsypują.
A i ten czerwony kolorek to fajny akcent w pokoju jest.
A jako że przesunęło się w pracy, tom wczoraj zamiast 4 godzin kiblowała 8, ale upał był, więc przeżyłam.
A dziś wkurwiłam się znów.
Bo siedzę od ubiegłego tygodnia jak ustawa i godziny przewidują, z nadgodzinami nie do odebrania of course. A jutro leci kolejny ekstras. Pani od ekstrasa poleciała sobie na Maltę na urlop. Nie zazdroszczę, pisała, że dokucza upał. Mnie dokucza tu, ale za darmo, więc no problem. Skorekcony urlopowy tekst (też tak miałam, latając do UK, na urlopie pracowałam, mój wybór) nie zapisał się (zapisanie zależy od łącza, a zagraniczne są jakie są, ja w UK miałam czasem internet "z wiaderka", znaczy się niezabezpieczony od sąsiada). A dziś pisze do mnie, do której jestem. Odpisuję, że do 13. Swoje urlopy zawsze staram się teraz układać tak, żeby nie kolidowały z pracą. Tak, nie mam małych dzieci, nie muszę ich niańczyć, ale pani ma dzieci w wieku późnoszkolnym - po maturze i po podstawówce.
Więc, sorry Winnetou. Od poniedziałku była w pracy znów.
Wiem, że była impreza z okazji ślubu kolegi.
Ale ja na tę imprezę nie pojechałam, choć chciałam, bo... no właśnie. Dojazd zbiorkomem to co najmniej godzina, impreza, powrót - nie wyrobiłabym się z zamykaniem ekstrasa, który wczoraj jechał do druku.
Każdy z kolegów bierze urlop jak mu pasuje. Dlaczego ja mam wyrabiać nieodbieralne i nieopłacane nadgodziny w imię dopasowywania się do ich wyborów?
Dziś o 13 wyszłam z poczty (potem wlazłam, leżą materiały)...
Jutro i tak będę siedziała do usranej śmierci, zanim nie wyślą tego cuda do drukarni.
Z samej gazety nie mam prawie nic, co podkreślił Boss w emilku ponaglającym do roboty.
A potrzebowałam dziś tych chwil dla siebie.
Na powspominanie, na zamyślenie, na przeżycie jeszcze raz.
Bo to moje życie.
I to, co w nim cieszy, i co boli, to moje.
Więc sorry Winnetou, business is business i nie zastąpią tego żadne słowa i emilki, jaka to jestem cudowna i jak źle beze mnie będzie.
Ano będzie. I nie ma na to rady.
Ale dziś cieszę się dniem, z nadzieją, że dożyję do niedzieli, gdy spotkamy się na grillu i...
Znów będę wśród moich bliskich, bo tak, wbrew mylącym pozorom i pogłoskom, jakobym żyła tylko pracą, mam życie osobiste.
Całkiem udane.
Skusiłam się dziś na Dziewczyny z Dubaju, bo odkąd mam streaming z napisami, to i polskie filmy strawię i stwierdzam, że jednak to, że pazurami wyrywałam po kawałku to, co mam dziś - było warto. Ale i tak bym w tamtej branży kariery nie zrobiła. Brak warunków fizycznych.
Za co niebiosom dzięki.
Ament :)
Ale biedne te dziewczyny w sumie.



A te Dziewczyny to na Netflixie?
OdpowiedzUsuńKwietnik przecudnej urody i pojemny do tego, zreszta zachwyty przekazywalam swego czasu na fb. Z drugim kwietnikiem mozesz pojsc w gore i zamontowac jeden na drugim, a nie obok. Dobrze czasem miec syna, to chociaz cos poskreca, z dziewczynami gorzej jesli chodzi o takie techniczne pomaganie, w innych dziedzinach tez nie najlepiej.
Tak, na Netflixie są. Dołujące w sumie. Moja synowa skręca wszystko śpiewająco, więc nie do końca tak, że baba nie skręci. Ja sama ocaliłam kiedyś od niepamięci łóżeczko, wbijając śruby (SIC!) w kątowniki i ocalając łóżeczko dla Inżyniera, który wyrywał szczebelki namiętnie z łóżeczka po bracie. Eks stał nade mną jak kat nad duszą i mamrotał, że śruby się wkręca, a nie wbija...
UsuńNienawidze czerwieni, ale polka na szczescie jest Twoja :D Calkiem ok, zas ladniejsze sa kwiatki!
OdpowiedzUsuńJa tez skrecam, wierce i nawet sciany sobie wyburzalam (zelbetowe!). Tak samo kiedys wbijalam sruby w rame lozka, zeby sie trzymala. Wiec da sie, kwestia checi i narzedzi. Nie uznaje podzialu na plcie jak cos trzeba w zyciu zrobic. No ale oczywiscie jak jest jakis pomocny chlop pod reka to sie nim wyreczam (czasem za oplata).
W sumie podziwiam, ze nie tylko porodzilas synow, sama ich wychowalas i utrzymalas, wyksztalcilas, to jeszcze trwalas w tych relacjach rodzinnych. Ale ja takze gapowata bylam wobec mojej eks-rodziny i dawalam sie krzywdzic niemozliwie, przez ponad 40 lat. W koncu powiedzialam basta i wysylam ich na ksiezyc, jak znow cos kombinuja. Zaluje tych zmarnowanych lat, a jeszcze bardziej zal mi, ze po prostu nie mam fajnych bliskich ani wlasnej rodziny. Coz.
Pozostala reszte zycia zamierzam spedzic jak najlepiej! Dbac o siebie, otaczac sie rozumnymi, zyczliwymi istotami, hodowac pieska i kwiatki i zyc szczesliwie :)
Atka
Życzę zatem powodzenia w ogarnianiu pozostałych planów. Tak, każdy ma swoje piekło i swoje przejścia, i trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona, choć to tylko pozory :) Super, że wyrwałaś się z tego i dalej umiesz wyznaczać granice :) SJ
UsuńGratulacje dla Mamy, która takiego fajnego syna urodziła i wychowała :)
OdpowiedzUsuńDziękuję mp. Też jestem szczęśliwa :)
Usuńpacz a ja na FB myślałam, że Pierworodny Ci tą półkę przytargał, głupia ja :D Jesteś bardzo dzielna, i gratuluję Ci syna i w sumie synowej też bo przecież podsyła Ci fotki Łobuzów i życzę Ci wielu niedzielnych grillów i spotkań, Ciesz się życiem bo mówią mniej wyjebane a będzie ci dane ;-)
OdpowiedzUsuńZaraz tam głupia, czasem trudno doczytać, nawet mnie się to zdarza :) Wedle zaleceń - mam wyjebane i trzymam za Ciebie kciuki, żebyś doczekała wymarzonej wnuczki... :) :*
UsuńNajlepszego dla Jubilata i gratulacje dla Ciebie! Zawsze byłaś dzielna niesłychanie ( tak jakoś z Brzechwy😉), podziwiam i zazdraszczam talentu i checi do skręcania!
OdpowiedzUsuńDziękuję, przekazane, podziękowane :) Nie mam ani talentu, ani chęci, żeby Pierworodny nie wleciał z tą wkrętarką, pewno do dziś bym skręcała, łkając żałośnie i rozpaczliwie :)
Usuń