piątek, 14 lipca 2023

Piątek

 piąteczek, piątunio, Kochany Pamiętniczku.

Akcja błysk zmieniania pościeli.

Błyskawiczna kąpiel, śniadanko, dwa teksty dla Bossa, żeby nie jojczał jak coś, gdybym nie zdążyła wrócić do dziewiątej i błyskawiczny rajd na Manhattan.

Zakupy u rzeźnika, tym razem wezmę kasę do Inżyniera, niestety, tak wszystko podrożało, że głowa mała, a ja zakupy na grilla dla niego robiłam - karkóweczka już się marynuje w lodówce, a marynata na winie, cut, mjut i ożeszki laskowe :) Wiem, oblizywałam pazury, umyte, żeby nie było :)
Zdążyłam przed 9, jeszcze wypakowałam zakupy, bo upał, więc nie może leżeć.

Na targu na "moim" stoisku jakiś nowy młodzieniec, tam ciągle jakaś młodzież pracuje i w którymś momencie rzecze: czy coś jeszcze, a ja na to: tak i to dużo, a co? Zacukał się, przepraszać zaczął, a ja z uśmiechem: albo słodkie, albo zielone, więc muszę dużo. Właścicielka uśmiechnęła się, bo wie, jak ja kupuję. Ale na tym straganie muszę kupić wszystko, taki okres, że wszystko woła, wrzeszczy i nie daje spokoju, krzycząc: weź i mnie, i mnie, i mnie... Jako że mają pyry z mojego dzieciństwa, to zaczynamy od pyrek, potem cebulka, czosnek, bób, fasolka, botwinka, ogóraski, koperek, truskawki, czereśnie, no nie znam umiaru, wózeczek już pęka w szwach, a ja wciąż i wciąż... A, redyski, zapomniałam o redyskach. Jutro ma być 34 stopnie, więc będzie chłodnik. Mam wszystko do chłodnika? Mam... :) No wiem, jestem trudną, ale dobrą klientką.
Kupowałam z górką, bo nie wiem, kiedy znów się wyrwę, przyszły tydzień nie będzie już tak lajtowy, a lodówkę mam dobrą.

Oparłam się tylko włoszczyźnie, bo nie mam fazy na rosołek ani na żadne zupy, to zwiędnie i będzie strata :)
Pomidorki, dużo pomidorków, całe 24 złote zostawiłam na straganie (w sezonie!), ale u Pana od Pomidorków zwykłe po 9,90, mają bardzo twardą skórkę i często są pokaleczone przez te ogonki twarde, a te dobre, malinowe 14,90. Warte swojej ceny. Ale nie wiem, czy w tym roku będę z nich robić przetwory, zobaczymy, może dojrzeję, jeszcze nie sezon na przetwory.

I mieczyki, dziś były po 4 zł, a jutro będą pewno po 5, bo w soboty zawsze ceny wyższe.

No musiałam, bo są.

Trudno.

Wiem, rozrzutna jestem i tyle, kij mi w oko :)
A poczta była non stop pełna i jechałam jak torpeda, dobrze, że obiad miałam z wczoraj, odgrzałam i wciągnęłam, kończąc ostatnie teksty.

Świnia ze mnie, jem przy komputerze. Przerzuciłam się z czytania książek i gazet przy jedzeniu na sprzęt.

Nieładnie.

A potem hyc do piątki i mam


winko, które zamówił Inżynier, będzie mi bardzo piątki brakowało, niestety. 

I walcząc z upałem, ogarnęłam tę kuwetę, standardowo, jak w każdy dzień gospodarczy, pranie złożyłam i schowałam od razu (bravo, bravo, bravissimo), żadnych stosików po kątach.
Wszystko na spokojnie, z należytą czcią i szacunkiem dla mojego nadciśnienia, no jest z lekka podwyższone, a puls za niski, ale oj tam, oj tam, bierzemy poprawkę na upał i na wysiłek.

Czuję się dobrze.

Willy Trent, ogarniam spokojnie, o dziwo, podoba mi się i to bardzo, szkoda, że tylko jeden sezon.

A teraz już tylko Spotify i ja.

Może jutro rankiem polecę, zanim zacznie się armagedon.
A w niedzielę ma być kolejny sajgon, ale grilla nie odwołali, zobaczymy, jak będzie.

Taki tam zwykły piątek, piąteczek, piątunio. 

Nie zawsze musi mną kurwica miotać i walić się mój świat.

Czasem jest mała stabilizacja i nic się nie dzieje.

Psssstttt...

Niech tego nie usłyszy szczęście.

Bo właśnie nicsięniedzianie jest szczęściem.

Niech trwa.


2 komentarze:

  1. Juz pisalam, ze polskie ryneczki to jedna z rzeczy, ktorych mi tu bardzo brakuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. redyski? już wiem, sprawdzić musialam, milego spotkania

    OdpowiedzUsuń