piąteczek, piątunio, Kochany Pamiętniczku.
Akcja błysk zmieniania pościeli.
Błyskawiczna kąpiel, śniadanko, dwa teksty dla Bossa, żeby nie jojczał jak coś, gdybym nie zdążyła wrócić do dziewiątej i błyskawiczny rajd na Manhattan.
Zakupy u rzeźnika, tym razem wezmę kasę do Inżyniera, niestety, tak wszystko podrożało, że głowa mała, a ja zakupy na grilla dla niego robiłam - karkóweczka już się marynuje w lodówce, a marynata na winie, cut, mjut i ożeszki laskowe :) Wiem, oblizywałam pazury, umyte, żeby nie było :)
Zdążyłam przed 9, jeszcze wypakowałam zakupy, bo upał, więc nie może leżeć.
Na targu na "moim" stoisku jakiś nowy młodzieniec, tam ciągle jakaś młodzież pracuje i w którymś momencie rzecze: czy coś jeszcze, a ja na to: tak i to dużo, a co? Zacukał się, przepraszać zaczął, a ja z uśmiechem: albo słodkie, albo zielone, więc muszę dużo. Właścicielka uśmiechnęła się, bo wie, jak ja kupuję. Ale na tym straganie muszę kupić wszystko, taki okres, że wszystko woła, wrzeszczy i nie daje spokoju, krzycząc: weź i mnie, i mnie, i mnie... Jako że mają pyry z mojego dzieciństwa, to zaczynamy od pyrek, potem cebulka, czosnek, bób, fasolka, botwinka, ogóraski, koperek, truskawki, czereśnie, no nie znam umiaru, wózeczek już pęka w szwach, a ja wciąż i wciąż... A, redyski, zapomniałam o redyskach. Jutro ma być 34 stopnie, więc będzie chłodnik. Mam wszystko do chłodnika? Mam... :) No wiem, jestem trudną, ale dobrą klientką.
Kupowałam z górką, bo nie wiem, kiedy znów się wyrwę, przyszły tydzień nie będzie już tak lajtowy, a lodówkę mam dobrą.
Oparłam się tylko włoszczyźnie, bo nie mam fazy na rosołek ani na żadne zupy, to zwiędnie i będzie strata :)
Pomidorki, dużo pomidorków, całe 24 złote zostawiłam na straganie (w sezonie!), ale u Pana od Pomidorków zwykłe po 9,90, mają bardzo twardą skórkę i często są pokaleczone przez te ogonki twarde, a te dobre, malinowe 14,90. Warte swojej ceny. Ale nie wiem, czy w tym roku będę z nich robić przetwory, zobaczymy, może dojrzeję, jeszcze nie sezon na przetwory.
I mieczyki, dziś były po 4 zł, a jutro będą pewno po 5, bo w soboty zawsze ceny wyższe.
No musiałam, bo są.
Trudno.
Wiem, rozrzutna jestem i tyle, kij mi w oko :)
A poczta była non stop pełna i jechałam jak torpeda, dobrze, że obiad miałam z wczoraj, odgrzałam i wciągnęłam, kończąc ostatnie teksty.
Świnia ze mnie, jem przy komputerze. Przerzuciłam się z czytania książek i gazet przy jedzeniu na sprzęt.
Nieładnie.
A potem hyc do piątki i mam
winko, które zamówił Inżynier, będzie mi bardzo piątki brakowało, niestety.
I walcząc z upałem, ogarnęłam tę kuwetę, standardowo, jak w każdy dzień gospodarczy, pranie złożyłam i schowałam od razu (bravo, bravo, bravissimo), żadnych stosików po kątach.
Wszystko na spokojnie, z należytą czcią i szacunkiem dla mojego nadciśnienia, no jest z lekka podwyższone, a puls za niski, ale oj tam, oj tam, bierzemy poprawkę na upał i na wysiłek.
Czuję się dobrze.
Willy Trent, ogarniam spokojnie, o dziwo, podoba mi się i to bardzo, szkoda, że tylko jeden sezon.
A teraz już tylko Spotify i ja.
Może jutro rankiem polecę, zanim zacznie się armagedon.
A w niedzielę ma być kolejny sajgon, ale grilla nie odwołali, zobaczymy, jak będzie.
Taki tam zwykły piątek, piąteczek, piątunio.
Nie zawsze musi mną kurwica miotać i walić się mój świat.
Czasem jest mała stabilizacja i nic się nie dzieje.
Psssstttt...
Niech tego nie usłyszy szczęście.
Bo właśnie nicsięniedzianie jest szczęściem.
Niech trwa.


Juz pisalam, ze polskie ryneczki to jedna z rzeczy, ktorych mi tu bardzo brakuje.
OdpowiedzUsuńredyski? już wiem, sprawdzić musialam, milego spotkania
OdpowiedzUsuń