rzecz z wishlisty odhaczona, Kochany Pamiętniczku :)
Dotarłam wreszcie na Szachty, a to dzięki temu, że nie udało im się wyjechać do ZOO do Berlina, jak planowali.
I bardzo dobrze, patrząc na statystyki wypadków w tych dniach. Pojadą innym razem, co się odwlecze, to nie uciecze.
Pogoda była idealna, nawet stojąc w słońcu nie czułam się źle.
Inżynier opracował mi logistykę tak, że wyszło idealnie. Wprawdzie miałam spod domu jechać na pętlę autobusem lubońskim, ale... Między drugą pętlą są dwa przejazdy kolejowe i nawet zapas 20 minut mógł nie wystarczyć na ich pokonanie, więc wzięłam kijki w dłoń i pomaszerowałam trasą, której nie lubię, bo idzie pod wiaduktem, a tam się wchodzi pod górkę - moja zmora. Zziajana niesamowicie dotarłam na pętlę i dysząc na ławeczce w oczekiwaniu na mój autobus (ten pierwszy minął mnie po drodze), z satysfakcją patrzyłam, jak na zamkniętym szlabanie gromadzi się tłum. Szlaban był zamknięty dłuuuugo, więc zdążyłabym na mój autobus tylko lecąc przez tory, a ponieważ nikt nie przełaził, znaczyło to, że jakaś służba tam czuwa i mandaty wlepia :)
Do ulicy Buczka dojechałam (razem z I. mieliśmy to samo skojarzenie, dlaczego to Karola Buczka, a nie Karola B.), przeszłam na drugą stronę i o dziwo - leciał do mnie już Alienek, ściskający mnie namiętnie od razu, a mi w słuchawkach akurat grało: I just called to say i love you... I tak mu szeptałam do uszka, no i o dziwo nie protestował, że nie ten akcent :) Zamieniłam słuchawki na aparaty i ruszyliśmy. Od Kalafiorkówny też dostałam całuska, dziecko me wyściskało mnie jak zawsze, a Kundel dokładnie mnie obwąchał, obskoczył i trzeba go było siłą odciągać od pieszczotek. Tylko Synowa jak zawsze zdystansowana, ale szanuję to, że nie chce przytulanek, no ale mogłaby się chociaż uśmiechnąć czy hej rzucić. Mniejsza z większym. Po drodze zwróciła mi też uwagę, że mam nie mówić Kundel, bo to jest niemiłe, bo to rasowy pies jest. Odrzekłam, że na dzieci też mówię Łobuzy. Na co ona, że Kalafiorkówna nie lubi tego określenia, a ta za panią matką powiedziała, że nie. No zazwyczaj nie protestuje i ma to w pompie. A Alienek przylazł i powiedział, że jest moim Łobuzem.
Ja na własne dzieci mówiłam Bachory, oba Bachory, w skrócie OBaB i jakoś żaden z nich nie czuł się pokrzywdzony...
No cóż, są ludzie bez poczucia humoru i dystansu do rzeczywistości.
A mnie szalenie wkurwia, jak ktoś do mnie mówi albo pisze: pani Basiu kochana...
Nieważne.
Dobrze, że byłam w towarzystwie, bo chyba bym tam zabłądziła sama, chociaż I. się śmiał, że przecież moja droga asfaltowa :) No niby tak, ale wąska i było tam kilka odnóg, no i śmigali nie tylko piesi, ale i rowerzyści, hulajnogi, szli ludzie z kundlami. Znając moją orientację w terenie, gdzie na Dębinie, którą znam od wieków czasem gdzieś zabłądzę, ale Dębina mała, a Szachty ogromne - lepiej, że nie szłam tam sama.
Nie wiem, czy kiedyś się jeszcze odważę tam wrócić, ale byłam, widziałam i podobało mi się bardzo. Na wieżę nie wlazłam, jedynie I. się na to zdecydował, ale głupek, żadnego zdjęcia nie zrobił. Odpuściłam włażenie, raz, że mój lęk wysokości, dwa, 120 stopni to jednak masakra dal moich stawów i serca, a nie chciałam wylądować na OIOM :)
Cudne okoliczności przyrody były, pachniało majem, powietrze było świeżutkie, cót, mjut i ożeszki :)
I żaby rechotały jak szalone, pierwszy raz w życiu słyszałam rechot żab, ale roju pszczół już nie - tego moje aparaty nie wychwyciły. Za to kukułkę słyszałam - nie wiedziałam oczywiście, że to kukułka, ale od czego mam dziecko do objaśniania?
Fotek też dużo nie mam, bo niełatwo jest robić fotki z kijkami w dłoni, a jednocześnie nie wiem, czy dałabym radę tak spokojnie łazić bez kijków.
Takie widoczki mam też na Dębinie :)I pierdyliard fotek chciało się robić, bo tu piaseczek...... a tu łączka (zdechła mysz też widziałam, ale I. od razu wyciągnął dzieci, bo to dla nich byłaby trauma)...... i pajączka uchwyciłam, ale gdy tylko zauważył, że go focę, zaraz hycnął do góry i cały pogrzeb na nic...... i rechotania żab słuchaliśmy w skupieniu...... i kolejna glinianka..... i znów...... i łabądki dwa...... jeden właśnie ze schowanym kuperkiem...... i tłumaczyłam Alienkowi (K. latała z Kundlem po krzakach, niezainteresowana), że będą brzydkie kaczątka (zna bajkę)...... a na pięknie kwitnącym drzewie wypatrzyłam jakiś kokon z robalami...... na środku kolejnej glinianki jakieś dziwne domki...... a tu w oddali widać wieżowce z moich pracowych okolic :)
Lody kupiłam, i jedliśmy je patrząc na taki bohomaz...
Pożegnaliśmy się, miałam przystanek zaraz koło ich parkingu. Chcieliśmy iść na obiad, ale w okolicy nie było nic, gdzie można by było zjeść, a ja się do ich samochodu nie mieszczę :) Za gruba jestem :P
Nic straconego - w domu miałam botwinkę od wczoraj, wyszła przepyszna.
Na autobus czekałam 10 minut, do pętli jechałam niecałe 10 minut (w sumie te Szachty są ode mnie rzut beretem, najważniejsze, że wiem już, jak się tam dostać), coś mnie natchnęło i poszłam na drugą pętlę, stamtąd autobus pod sam dom był za 5 minut - 4 minuty jazdy, więc nie dobiłam się, dycham, aczkolwiek to był ostatni dzwonek na dotarcie w domowe pielesze, bo... sik.
Tak, w taki upał największym problemem jest picie i sikanie, bo toalet jak na lekarstwo, a nawet ja będzie toi-toi, to w życiu w nim nie byłam i mam nadzieję, że nie będę.
A jutro lecę na grilla na włości, bo Inżynierowa idzie do kina :)
Kupię więc Kalafiorkównie obiecane kwiatki, sobie wino (bo mam ochotę), a i Alienkowi obiecałam pokazać sztuczkę z mniszkiem.
Cóż, czasem dobre dni się kumulują.
Na jutro zapowiadane są opady i burze, ale może nie będzie tak źle.
Wycieczka za miasto - zobaczę, jak tam na polach rośnie, chwile z bliskimi - no i I. żarełko, a I. mistrzem grilla jest.
Inny ten pierwszy maj od majów z moich młodych lat.
Ale też z sentymentem wspominam chwile spędzone na pochodach pierwszomajowych - niby były obowiązkowe, ale jak ktoś nie chciał, to nic się nie działo.
I ten pochód w maturalnej klasie, kiedy wszystkie szłyśmy w długich, czarnych albo granatowych spódnicach (przeważnie z aksamitu) i białych bluzkach (przeważnie z żabotami - taka moda), aż żal dupę ściska, że nie mam żadnej foty... Byłyśmy rewelacyjne.
I każdy 1 maja to była zabawa ludowa - a dziś tak chodzi za mną fraza: zgasły suknie i wachlarz z piór strusich, mrok opada jak chmura szarańczy, wszystko kończy się prędzej niż musi - gra muzyka, lecz nie ma z kim tańczyć.
Ot, taki żal za młodością.
Teraz jest dobrze, ale i tak czegoś żal.
A na stronie z K. znalazłam takie zdjęcie z pochodu pierwszomajowego
Pani w drugim rzędzie, druga jest tak szalenie podobna do mojej Cioci, ona też takie cuda na głowie nosiła, spała w tym, czesała się co tydzień. Ale nie jestem na 100% pewna. Mam gdzieś jej prawo jazdy, jest tam też w takiej koafiurze :) Jeżu, jakie biedne były te kobiety wtedy... Sprawdziłam. I. posłałam prawko zeskanowane, mówi, że to Ciocia. Ot, potęga internetów - znaleźć bliskich po latach.
A, Alienek był porządnie uczesany, chwalił się, że się czesze... A I. dorzuca kamyczek, że mu przypomina o czesaniu. Ale dziecko nie to samo z wyczesaną czuprynką... A pazury ma dalej nieobcięte... Brrrr....
Zatem do napisania, Kochany Pamiętniczku, ostatnio dużo się dzieje...















