czwartek, 29 lutego 2024

Migusiem

 tydzień mi przeleciał, Kochany Pamiętniczku :)

Dobry był, nie powiem (ciiii, jeszcze się nie skończył, więc niech tego nie słyszy) :) 

Łamałam się w poniedziałek, gdzie jechać po toster, padło na Franowo.

Kupiłam. Drogi, ale były droższe, z tym, że nie potrzebuję takiego, który śpiewa, tańczy recytuje, daje dupy i gotuje, więc padło na Boscha za 200 zł bez jednego grosza.


Poprzedni z Action kosztował 40 zł i po kilku miesiącach padł. Nie reklamowałam, bo nie mam siły na szukanie paragonu i lecenie do sklepu z gratem pod pachą. Zapomniałam o dewizie babci: kupuj drogo, boś biedna. Ten ma fajne podnoszone łapki, na których można odgrzewać bułki, Łobuzy będą miały radochę. A ja lubię przypieczony z lekka, ciepły chleb, choć ostatnio zaczęły mi wyskakiwać artykuły, że to niezdrowe, rakotwórcze i chuj wi co jeszcze.

No cóż.

A że mój ajfonik, leżący pod kompikiem, żebym widziała, czy ktoś nie dzwoni, o mało nie wylądował mi ostatnio w herbacie, będąc już blisko IKEA postanowiłam kupić stojaczek do telefonu, widziałam taki u I. No i w IKEA udało mi się uniknąć przerobienia na klopsiki, ale zostawiłam ponad 60 zł, ale


ten stojaczek po lewej jest zajefajny, ten drewniany mniej - nie mieści się w nim ajfonik w ubranku, a nie chcę rozbierać, bo strzyżonego zawsze coś strzyże, nawet jak stare jest. Stojaczek do iPada też sobie kupiłam i bardzo go sobie chwalę, a i z takiego stojącego lepiej będzie się Łobuzom filmy oglądało. No i koneweczka, zaszalałam, prawie 30 zł, ale jest słodka, metalowa i dobrze się z niej podlewa, oj tam, oj tam.

Pochodziłam też po obuwniczych, bo szukam czegoś lekkiego zanim wskoczę w sandałki, ale że nie kupowałam butów od kilku lat, nie licząc tych sandałów 2 lata temu we Wrocławiu, kiedy stare mi na ulicy spadły z nóg, nie miałam zielonego pojęcia ile kosztują buty. I pożałowałam na nie, trudno, pochodzę jeszcze w starych, nie dojrzałam do wywalenia ponad 400 zł na buty. Cóż, poznanianki to Szkotki wyrzucone ze Szkocji za skąpstwo :) I nie, żebym kasy nie miała, po prostu żal.pl :P I nie lubię w sumie nowych butów, więc jak mam kupić nowe to tylko takie, które mi od razu wpadną w oko, a nic mi się w sumie nie podobało, te pinki, złocenia i platformy to o kant dupy potłuc i tyle.

I tak mi poniedziałek zleciał.
We wtorek wybrałam się do redakcji, zawieźć koleżance te cebulki hiacyntów. Na przesiadce wpadłam na żonę Pierworodnego i już pierwsze co powiedziała, to kłamstwo. Udawałam zdziwienie i zapytałam, co robi o tej porze na ulicy, powiedziała, że ma wolne. A gówno prawda, pracuje w Żabce, nie wie, że ja wiem. Ale nic, udałam, że wierzę i... przegadałyśmy pół godziny, aż się popłakała, że taka samotna, że nie daje rady, że nikt jej nie kocha, nie lubi, nie szanuje, że... no wszystko, co ja wiem. Powiedziałam, że nie rozumiem, dlaczego mnie tak unika, bo co w końcu mam do stracenia, by nie powiedzieć tego jej prosto w oczy? Że może zawsze do mnie wlecieć jak chce sobie popłakać. Że mam żal o izolacje i o kłamstwa. Wstępnie stanęło na tym, że zobaczymy się wszyscy w weekend, ale z góry i po prostu powiedziałam, że nie zapraszam na obiad, bo nie mam ani siły, ani ochoty na gotowanie. Zobaczymy, czy się odezwą. W sumie w dupie to mam i rybka mi to. 

W redakcji każdy na mój widok podskakiwał i och, i ach. Ale to już nie jest moje miejsce na ziemi, nie ma już mojego pokoju (i dobrze), pomieszczenia też przebudowali, ścieśniają się, wynajmują piętra jakiejś firmie. Była też jakaś przebudowa korytarza. Ludzie są OK, reszta - znów poczułam się zdołowana, bo w łazience w tym ichnim świetle wyglądałam jak zombie po reanimacji, a po pół godzinie zaczęła mnie boleć tam głowa, nie wiem, co jest, ale powietrze w tym budynku nigdy mi nie służyło. W pierwszej redakcji, gdzie latałam po schodach, a przy wejściu często jechało kocim moczem, było jednak lepiej. 

Chciałam jeszcze jechać po buty, ale odechciało mi się, długo gadałam, Bossa nie było, więc wróciłam do domu.

Machnęłam emilka do Bossa, przypominając grzecznie o oborach i premii, bez większej nadziei, z DW do sekretariatu, bo to sekretarka listy robi.

W środę dostaję emilka, że pamięta, że da tyle, na ile się umawialiśmy, a nawet wychodziło mi więcej, ale myślałam, że się mu pomerdało :) Że w czwartek powinnam dostać kasę, bo już posłał do księgowości. Podziękowałam, odpisał, że mam nigdy nie rozmawiać o kasie z innymi, więc odpisałam aye aye Sir, bo co się będę wdawała w kajanie i dyskusję :)
I zaczął się pierdalec pospolitus. Po zakupy poleciałam, a potem już było z górki.

Okna pomyłam w kuchni i w małym pokoju i tak jakoś jaśniej się zrobiło, choć kręgosłup napierdalał.

Ale grunt, że Jezusek znów może się urodzić, bo okna pomyte, a co...

A dziś... Noc miałam niemiłą, mimo piguł, wciąż mi chodziła po głowie ta nieszczęsna apostazja.

A jeszcze wczoraj słałam do Inżyniera emilka ze wszystkimi danymi, żeby mi zadzwonił. Wieczorem mówi, że żadnego emilka nie ma. Poszłam na pocztę, a tak emilek od Marcina o nazwisku Inżyniera. Coś mi się wygło pod kapturkiem, słałam emilka z nowej poczty - mojej pleno titulo nazwisk obojga, nie miałam tam zapisanego emilka I., no i pracowym wzorem wpisałam M.nazwisko... A I. ma pocztę z pełnym imieniem i nazwiskiem, jak ja :) Gość był na tyle miły, że napisał mi, że się pomyliłam (sama tak robię, jak czasem trafi do mnie pomylony emilek). Podziękowałam, bo dlaczemu nie i posłałam I. emilka, już dobrze. 

Rano wstaję i na MSG chcę mu przypomnieć, że ma mnie ratować, a tu na iPadzie MSG każe mi się przenieść na iPhone, bo coś się im pozmieniało.

Lecę po telefon, ale tam wszystko wisi. W panice rzucam się do kompa, na kompie MSG działa.

Piszę do I. (nie odbiera, ale cóż, dzieci do przedszkola szykuje, wiem, więc czekam). I myślę, już jak matka informatyka.

Nie działa? Restart. Restartuję i telefon, i iPada i hurrra...

Nie będzie technika pluła mi w twarz. Działa. Przypominam więc I. o telefonie, że do 11 tylko.

Po zakupy znów poszłam, bo chciałam kupić keramzyt... Jednemu storczykowi korzenie zgniły ze szczętem, więc wpadłam na chytry pomysł wsadzenia go w hydroponikę. Keramzytu oczywiście nie było, ale uzupełniłam lodówkowe zapasy, wracam sobie w rytm Fashination 


 i jest forsycja...

Pełnia szczęścia.

I. pisze, że się nie dodzwonił, bo dziś nieczynne, zadzwoni jutro.

Po chwili pisze: Oddzwonił. Mówi, że RODO, że nie było w mejlu żadnych informacji, gdzie to wysłać. 

Nosz, padłam, jeden ksiądz dr, drugi mgr, a nie wiedzą, że na emilka odpowiada się emilkiem, co jest, kurwa?

A wyraźnie napisałam, że jestem niesłysząca i proszę o emilka.

To był poemat, nie emilek ode mnie. Ale widocznie przerósł ich możliwości intelektualne :) 

Dzień dobry :)
Maila piszę z nadzieją, że uda mi się coś w ten sposób załatwić. Nie dzwonię, jestem osobą niedosłyszącą, no ale mamy w końcu XXI wiek - więc pozostaje nadzieja.
Jest mi potrzebny akt chrztu, a chrzczona byłam w tejże parafii, 1 stycznia 1955 r.
I w związku z tym mam kilka pytań: czy możliwe jest wysłanie aktu chrztu pocztą, ewentualnie e-mailem? Ile kosztuje wydanie aktu chrztu?
Nie mam możliwości bezpośredniego odebrania tego dokumentu, mieszkam w Poznaniu, nie mam samochodu, a dojazd do Rozdrażewa jest w dzisiejszych czasach trudniejszy niż do którejś z europejskich stolic. Nie mam już rodziny, u której mogłabym się ewentualnie zatrzymać i to załatwić.
Będę niezmiernie wdzięczna za pomoc i wyjaśnienie mi tych kwestii.
Z wyrazami szacunku
 
Nie rozumiem, czego tu się nie dało zrozumieć. 
I.: Poprosiłem, żeby wysłał do parafii, powiedział, że OK. Poprosił o adres SMSem, wysłałem mu takiego SMSa: Zgodnie z naszą rozmową przesyłam adres do przesłania aktu chrztu: Parafia .....Poznań Będę wdzięczny za wiadomość SMS gdy już odpis zostanie wysłany aby wiedzieć kiedy na jego polować w parafii docelowej Pozdrawiam serdecznie :)
Mądre to moje dziecko, idealny Asystent Głuchawej Matki :) 
 I zdjątka kotełków na pociechę posłał.
Wróciwszy do domu znów pierdalca dostałam i...
Postanowiłam umyć okna w dużym pokoju, bo za duży kontrast był z resztą mieszkania :)
I tak sobie myju-myju, a na monitorku wiadomość od I. 
 

 
 Czyli załatwione bez darcia szat, bo wiedzą, że to do apostazji. Ale zastanawia mnie fakt, że w XXI wieku ludzie było nie było, wykształceni nie rozumieją idei emilka. Przecież to lepsze od dzwonienia - wiadomość tekstową masz, nic ci nie umyka, jak z rozmowy.
No nic, teraz czekam do przyszłego tygodnia i już sama polezę do parafii, zobaczymy jak mi dalej pójdzie.
Ale kamień z serca.
W międzyczasie wrobiłam się w korekcenie dla marketingu, ale jak na razie za tę stówę co zaśpiewałam do łapki nie wyrywałam sobie rękawów.
A z Gazety Wyborczej zwolnili całą korektę, polegać chcą na redaktorach i ich współpracy z AI.
To była jedyna gazeta, jaką czytałam przez lata, bo po drodze mi z nią było. Aczkolwiek wiedziałam, że płacą tam marnie, bo do Auschwitz do pracy przyszła kierowniczka korekty z GW i w Auschwitz zarabiała więcej jako szeregowa korektorka niż w GW jako kierowniczka.
Czarno widzę mój zawód, zwłaszcza że z mojej perspektywy ci po netowych kursach, aspirujący do bycia korektorami są niewiele warci.
No cóż. Takie czasy. A AI jeszcze sporo brakuje do perfekcji. Jak tłumaczy mi I., dobra jest w angielskim, ale angielski jest językiem prostym. Polski natomiast nie.
Więc jeszcze jeden powód do tego, by cieszyć się, że wciąż mam pracę.
A jeszcze bardziej ucieszyłam się, gdy wlazłam do banku, bo... A., jak obiecał, zapłacił, co do grosza :) 
A Boss lekką rączką dołożył mi co najmniej 200 zł - rzecz u niego niespotykana. Albo księgowa tak rozpisała, żeby było więcej, ale w sumie - poczułam się domarchewkowana na maksa, jak nigdy dotąd :) 
No i nie muszę już w dziurawych butach chodzić.
W sumie mogę sobie nawet spokojnie od dawna pozwolić na jakiś wyjazd, ale po co mi to, skoro mi w domu najlepiej?
I od wczoraj chodziła za mną nieprzeparta potrzeba prasowania.
Nie wiem, co mi się koci pod tym kapturkiem, coś jest na rzeczy, bo przecież nienawidzę prasowania, ostatni raz prasowałam latem ubiegłego roku (w upał, też miałam napad).
Więc dziś, z adrealiną po myciu okien dla Jezuska (że też nie zleciałam znów, że dałam radę się wdrapać), z apostazją i innymi takimi tam...
Nie licząc jeszcze popełnienia notki w Kochanym Pamiętniczku zakończyłam ten dzień tak
 

Ale pierdalec ze mnie do końca nie opadł, jutro poszukam ziemi (cóż, pora na przesadzanie) i keramzytu, a potem znów będzie mnie w krzyżu łupało...
I chyba sobie jakieś dobre wino kupię, a co, zasłużyłam...




niedziela, 25 lutego 2024

To była

 jazda bez trzymanki, Kochany Pamiętniczku ;)

Bladym świtem poleciałam na Manhattan i wróciłam obładowana jak wielbłąd, albowiem oprócz żarełka w ilości dla pułku głodnego ruskiego wojska nakupiłam kolejne bratki i stokrotki, bo te posadzone rosną jak głupie, no i kto bogatemu zabroni?

Po drodze zaś szłam w stronę słońca, które grzało coraz wiosenniej i kontemplowałam



listki, krokuski i inne takie tam, tudzież słoneczko w kałużach i inne tralalalalala...

Chciało się żyć.

Rosołek profilaktycznie nastawiłam na wszelki wypadek niedzielny, albowiem umówiliśmy się, że jak rodzice wpadną po Łobuzów, zjemy razem obiad. Wprawdzie nie rosołek, bo aż taka głupia nie jestem, żeby nad garami sterczeć, ale zaprosiłam, bo miło czasem zjeść przy stole, a nie przy komputerze i w miłym towarzystwie. Wygłupiać się z gotowaniem nie miałam zamiaru, od tego są różne pizzerie i burgerownie.  Ale Łobuzy czasem nie mają fazy na nic, więc rosołek zawsze ratuje. A jak nie, to w lodówce mu się krzywda nie dzieje i mam cały tydzień z głowy :)

Szok był już po wkroczeniu najeźdźców na moje terytorium, albowiem pierwsza wkroczyła Kalafiorkówna i... rzuciła mi się na szyję, ta moja Panienka Nie Dotykaj Mnie, i laurkę specjalnie dla mnie wręczyła. Alienek zaś nóżkami przebierał i prawie płakał, że nie może się do mnie dopchać.

Zalana zostałam falą gorącej miłości, ale sytuację opanowałam dopiero, gdy wywaliłam rodziców i wprowadziłam moją dyscyplinę - gdzie co ma leżeć (jeden plecaczek uparcie wracał na sam środek przejścia w dużym pokoju, w newralgicznym punkcie, gdzie krzyżują się wszystkie drogi, ustatkował się dopiero w niedzielę, gdy zademonstrowałam, jak umiera babcia przez ten plecaczek. Musiałam solennie obiecać, że więcej umierać nie będę. No, wiadomka, raz tego nie dotrzymam, ale cóż). I od razu zapytana zostałam o przekąskę, bowiem dzieci głodne mi podrzucono, nie jadły nic od tygodnia chyba :)

Wafle uczyniłam. Takie zwykłe wafle, przełożyłam masą karmelową ze skondensowanego mleka i krówkową z tegoż. Nie kręciłam sama masy, to już nie te lata. Alienek oszalał, gdybym mu pozwoliła, zjadłby wszystkie, a potem rzygałby, no ale jestem rozsądna i nie dopuściłam do rzygania.

Kalafiorkówna zaś obraziła się, bo ona chciała suche wafle.

Na całe moje szczęście suche mi zostały, więc i wilk był syty, i owca cała.

W końcu, widząc jak brat wcina te przesłodzone, skusiła się, ale biedna dała radę wciągnąć tylko pół wafla :) Ona nie jest fanką słodkiego, je za to bez opamiętania wszelkie zielsko.

Dzieci chodzą jak szwajcarski zegarek. Przyjechali o 16, przekąska, 17.45 meldują, że głodne są i chcą kolację.

Proszą łaskawie o żarełko.

Kalafiorkówna łatwa w obsłudze: chlebek z masełkiem, podgrzany w opiekaczu, szyneczka, rzodkieweczek parę, mleko od krów yersey (a jakże, babcia spod ziemi wykopała, najlepsze mleko w PL).

A z Alienkiem dupa. Dostaje chleb z miodem wg zamówienia (znów słodkie, ale miód nostrzykowy, więc spuszczamy zasłonę milczenia). W połowie skibeczki zauważa, że w chlebie (orkiszowym, zdrowiej już nie można) są, o zgrozo, nasiona. Tych nasion jest tyle (nawet nie wiem, jakie to są), że pod mikroskopem ich szukać, ale nieważne - SĄ NASIONA - dziecko chleba nie przełknie. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Nie kupiłam chleba bez nasion ani bułek. Po prostu kalkulując zakupy widziałam szufladę w zamrażalniku pełną chleba i zapomniałam o fochach A. W panice szukam innego chleba, dziecko je resztę suchych wafli, bo głodne, przekładanych mu nie dam, bo  rzygnie. Znajduję chleb orzechowy, ze skórką obsypaną sezamem. Sezam to nie nasienie, lubi sezam (japierdolę tę klasyfikację). Ale chleb ma inny feler - jest ciemny. A on ciemnego kijem nie tknie. Tłumaczę, że to nie jest razowy (bo nie jest, z prywatnej piekarni, pewno karmelem barwią, skusiłam się, bo myślałam, że będzie z orzechami, a tam orzecha nie znajdziesz nawet pod mikroskopem elektronowym). Szewskim targiem odmrażam pół skibki, skubie i łaskawie oświadcza, że zje. Ale nie chce z miodem, tylko z powidłami, bo lubi powidła. Uradowana wyciągam powidła, ale kolejna drama. To nie są powidła, bo... TO jest w słoiku po koncentracie pomidorowym :| Skunks biegle czyta. A mnie się nie chciało odmaczać etykiety. Jemu się treść z zawartością nie zgadza, łaskawie próbuje na czubku noża i wzdech...

CHCE, TERAZ, ZARAZ już...

Z drugiej strony słoiczka nakleiłam (nie zauważyłam, bo zazwyczaj nie naklejam nic), że to POWIDŁA (NUT). Trafiłam na te, do których dosypałam kakao to ciemne  - taka domowa nutella. Na słowo nutella kolacja przebiegła gładko.

Kazałam im postać na baczność i popatrzyć, jak zmywa moja zmywarka (znaczy się ja), a potem zespołowo zaczęliśmy słać łoże, przy czym leciał kurz, bo nie przyszło mi do głowy, żeby skakać po kanapie jak na zawodach w skoku w dal...

Ogarnęłam kanapę, pot lał mi się po plecach, cudem uratowałam łańcuszki rolet od zerwania (pan, zakładający 11 lat temu rolety mówił, że spokojnie 10 lat pociągną, jeśli nie będą do nich miały dostępu dzieci i koty)...

W łazience kolejny sajgon, bo banda golasów (nie, nie była to dwójka, to była banda) chciała na główkę skakać do wanny. Do pustej wanny.

Udało mi się tę bandę wykąpać i nie stracić ani jednego osobnika. Aczkolwiek zastanawiałam się, kiedy zabrzmi dzwonek u drzwi i zjawi się policja, bo darli się tak jakbym ich obdzierała ze skóry żywcem i nawet straszenie pająkami i stworami wychodzącymi z kratki wentylacyjnej i zostawiającymi odbicie brudnych stópek na suficie i ścianach nie pomagało. I nie, nic się nie działo, dawali upust radości z powodu kąpieli w wannie. W domu mają prysznic, na wannę na razie brak funduszy, jest w planach. 

I awantura od K., że jak to, na drukarce nie wydrukuję jej obrazków do kolorowania, bo ona w domu ma drukarkę i mama jej drukuje. Jakoś do niej nie docierało, że lapek firmowy, drukarka też, że nie wiem, jakie obrazki, że dostała książeczkę do kolorowania - ale nie, ona nie chce książeczki, chce wydrukowane obrazki.

Lapek na wszelki wypadek poszedł do drugiego pokoju.

Jeszcze przegląd kolekcji naparstków i moich pierdół, a mam rozliczne, tłumaczenie, dlaczego NIE ŚCIĄGAMY, przy okazji parę rzeczy wylądowało na podłodze, może to głupie na maksa, ale to są MOJE z pierdolnika, każdy ma swoją historię, a wiem, że jak im dam, to i tak pójdzie w kąt i pamięć o tym zaginie. Zdaję sobie sprawę z tego, że za jakiś czas to wszystko będzie niczym jak i ja, ale dlaczego nie mam mieć miłych chwil, patrząc na jakąś pierdołę? Konkluzja była taka: dziadek nam na wszystko pozwala, ale u ciebie jest lepiej.

Klękajcie narody, da się jednak coś ogarnąć z tej kuwety :)

Zapakowani do łóżka oglądali swoje bajki na ipadziku, każdy swoją (mają inne, na całe moje szczęście mam Netflixa od ich rodziciela i mają tam swoje konto). Alienek zaś zabrał do łóżka książeczkę o dinozaurach - czyta już płynnie sam. Jestem w szoku, ale mnie to nie dziwi, po babci (po TEJ babci taki mądry), sama czytałam już w wieku 5 lat :)

Po bajce lektura. Przywieźli cały plecaczek osobny książek, ale to te badziewia z Biedronki o tych ekologach, zwierzakach i co to tam było, głupie jak but i nudne jak flaki z olejem, więc po jednym rozdziale powiedziałam, że moje gardło więcej nie działa, poczytają im rodzice w domu. Aż tak daleko moja miłość babcina nie sięga, nigdy też nie przepadałam za głośnym czytaniem, czytam za szybko, żeby usta zdążyły to wyartykułować, co oczy widzą. Dlatego moje dzieci słuchały wierszy, bo te umiem mówić wolniej.

Pół łóżka zajmowały maskotki, te z tych biedronkowych książeczek...

Dobranoc, pchły na noc, karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki i zadowolona ja polazłam na swoje, pewna, że spokój.

Nie minęło 5 minut i tupot małych nóżek, bo A. zabrał K. kordełkę.

Zrozpaczona, wyjęłam kolejną kordełkę z mojej kanapy, powlokłam, zmieniłam układ na kanapie z podłużnego na poprzeczny (są na szczęście jeszcze na tyle mali), nagle znalazło się miejsce dla ich maskotek, moich miśków, a i oni byli zabezpieczeni przed skulknięciem się :)

Zasnęli, a i ja wkrótce po nich padłam jak ta brzoza smoleńska.

Na trzeźwo padłam...

Ale przedtem kontemplowałam


... myśląc, że nie zasnę, ale gdzie tam, zasnęłam jak kamień.

A rankiem pierwsza była Kalafiorkówna w kuwecie, sorry, w kibelku :) 

Wywaliwszy Alienka do kibelka (gad deski nie podniósł, ale  nie osikał, kazanie dostał), sama w galopie ogarnąwszy się, zła, bo niekąpana, a dzieci głodne, w piżamce ruszyłam robić śniadanie...

I tak K. dostała: dwie skibki chlebka z masełkiem, 4 marcheweczki, pęczek rzodkiewek i biały serek wiejski w pudełku, broń blog z serkiem coś robić. Zjadła, całego serka nie zmogła. I zażyczyła sobie... jajecznicę na bekonie. Instruowana przez I. już dawno na temat jajecznicy (jego dzieci jedzą suchą jajecznicę, mój ojciec gonił mnie za taką, jajecznica miała być mokra), uczyniłam takowąż, a ta chuda kruszynka wpieprzyła jajecznicę z 2 jaj (w sumie, bo mam jajka z dwoma żółtkami). Popchnęła borówkami i truskawkami, nie żebym jej żałowała, ale podziwiałam pojemność żołądka.

Alienek zaś zażyczył sobie chleba z powidłami, zjadł tylko dwie skibki, bo przy trzeciej współpracy odmówił toster, zszedłszy śmiercią nagłą a niespodziewaną, więc żeby nie umarł z głodu (A., nie toster) w ramach rekompensaty dostał jednego wafelka...

A potem dzieci zbudowały barykadę z plecaczków, w których skitrały rozliczne dobra, zwinięte od babci do domu ( w tym pół kilo orzechów laskowych, zapakowanych z mojego kosza do torebek i upchniętych w plecaku, żeby mama nie widziała, bo nie pozwoli zabrać przez zapobiegliwą K., A. orzechów nie toleruje). I inne takie tam, łącznie ze śmigusówkami za 2 zł polskie, no co, babcia też może czasem zaszaleć.

A że rodzice po nocnej włóczędze wciąż milczeli, zaproponowałam spacer.

K. była za, A. odmówił. Roztropna dzieweczka  stwierdziła, że możemy A. zostawić i same iść na spacer. A. był za, ale ja miałam obiekcje.

Jako że nie wolno mi nic na dzieciach wymuszać, stanęło na klockach, innych pierdołach, no i w końcu na puzzlach na ipadziku... Bo wiersze Brzechwy, po które wdrapałam się na drabinie, nudziły ich. A na uzupełniającą interpretację idziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę zaprotestowała K. która błyskawicznie nauczyła się okaleczonej wersji i innej nie przyjmuje do wiadomości. A. oszalał na wieść "ze misiu fiku-miku, narobił w teczkę siku" :)

Jako że czas na przekąskę nadchodził, K. dostała zielsko, a A. zaproponowałam skyr. Waniliowy, na czubku łyżeczki, mój ukochany. Spróbował, wzdrgnął się, oświadczył, że to nie jego klimaty i został skazany na życie bez przekąski. Po jakichś 5 minutach zajrzał do mojego pudełka i oświadczył, że to jest dobre, mało tego, bardzo dobre i że on też chce.

Na moje szczęście miałam dużo skyru i dziecko nie umarło z głodu. Wprawdzie synowa, słuchając tego wzruszyła ramionami, że przecież A. dostaje jogurt, nie wdawałam się już w dyskusje, że to jednak nie to samo, bo jogurt dla A. to ten badziew z dodatkami w postaci płatków i innych chrupek.

Bez owoców i innych takich. No cóż, nie moja jurysdykcja.

Mimo pogody nie dało się ich wyciągnąć z domu, ale zmęczona kłótniami o każdą pierdołę, odpuściłam sobie, dostali swoje filmy, ja też włączyłam swój i tak dotrwaliśmy do powrotu rodziców Łobuzów.

Przywitali się grzecznie, rodzice przedarli się przez barykadę z plecaczków i potem nam fajnie płynął czas. 

Załatwiliśmy bieżące zaległości, czekając na pizzę, nie umywała się do pizzy I., ale była spoko, rosołek okazał się zbędny, zjedli wszystko. 

Wycyganili, co jeszcze wycyganić się dało, pożegnaliśmy się czule i serdecznie, K. nie dała się zapakować do samochodu, zanim mnie nie wyściskała - czarną kredą w kominie zapisać.

I.idzie jutro do apostazji, gładko mu poszło. Może znajdzie czas, żeby w mojej sprawie zadzwonić, bo na maile głucha cisza.

W sprawie kwietniowego niańczenia Łobuzów w czasie delegacji I., dziadek odmówił współpracy, bo ma wycieczkę do Rzymu. A ja się łamałam, że odmawiam, bo nie dam rady i pracy i niańczenia...

Na drugą turę nie odmawiam już, ale będę musiała do nich jechać już w niedzielę, w poniedziałek jeszcze tam pracować i potem Łobuzy do przedszkola tachać.

Trudno, Inżynierowa musi mieć dni wolne na pierwszą delegację, ja nie zaryzykuję mojej pracy. Ma jakieś zastępstwo, ja nie - jestem jedyna i niepowtarzalna.

Uczę się dbać też o siebie.

Pierworodny znów w opałach. Podobno MW padł telefon, a padnięty i tak nabił rachunek na 1200 zł (kto 13-latce daje telefon na abonament?), na jakichś rozmowach do USA. Reklamuje.

Nosz, kurwa.

I nie, nie wiem tego oficjalnie.

Sama mam telefon do lat, za namową I. na kartę. W tej chwili mam tam 100 zł. Starczy mi to na rok z hakiem. Jak mi ktoś zhakuje, to będę 100 zł w plecy, przeżyję.

Lata całe miałam za namową Pierworodnego abonament, płaciłam za nowe aparaty więcej niż ustawa przewiduje w tym abonamencie. 

Dostałam od I. pierwszego ajfonika (mam go do dziś), przeszłam na kartę i - żyję.

Z tym, że ja w ogóle niedzwoniąca jestem, ale jakimś cudem za tę kasę mam kontakt z ludźmi na całym świecie.

I w tej chwili 113 giga, a że nie oglądam na telefonie filmów, to starczy mi to do usranej śmierci, choć nie ograniczam sobie korzystania z internetów w terenie.

Ale się dziś napisałam, polityczne rewelacje next time.

Dziś powoli idę w objęcia Morfeusza.

Zasłużyłam uczciwie, co nie? :)

Tym optymistycznym akcentem żegnam się z państwem :P 

To były szalone dwa dni :P

 

czwartek, 22 lutego 2024

Po bratki

poleciałam już w piątek, nie zdzierżyłam, Kochany Pamiętniczku :) 

No kto bogatemu zabroni, a i Pan od Pomidorków na mój widok się ucieszył i rzekł, że myślał, że mnie dopiero w sobotę zobaczy (wpis na FB).

Tak że już w piątek miałam bratki, ale mnie z lekka jebło i w sobotę poleciałam jeszcze raz, bo... zamarzyły mi się stokrotki.

A wiedziałam, że weekend będzie pracowity, bo katalog się nie wyrobił (co było do przewidzenia) i A. z pewną taką nieśmiałością zapytał, czy popracuję w kolejny weekend, bo nie pojedziemy do drukarni w piątek, tylko w poniedziałek do 10 musi wyjechać.

Co miałam zrobić? Powiedzieć, że nie? Zażądać większej kasy?

Aż taka cwana to ja nie jestem, a poza tym A. płaci bez grymaszenia i gadania, jak to mało robię. I jeszcze nigdy mnie za żadną literówkę nie objechał, a na pewno były. I zawsze jakiś słowny komplement dorzuci, a że pogoda barowa, tom się nie opierała.

No ale wróciwszy z Manhattanu ze stokrotkami i ujrzawszy wyjebany w Kosmos syf w loggii, ostro zabrałam się do pracy (przedtem zanabyłam w sklepie z AGD sekator, bo stary już nic nie ciął, za co potem błogosławiłam sama siebie). Bo ucinanie przemarzniętych i zaschłych komarzyc nie było łatwe. I powynosiłam wielki wór uschniętych gałęzi, akurat był specjalny kontener. I ziemię za śmietnik wywaliłam, nosząc ją w misce, za śmietnikiem są góry i doliny, ziemia tam się uklepie i nikomu nie zaszkodzi na tym zachwaszczonym kawałku. Wór plastikowych marketowych donic też zlikwidowałam, nalatałam się, napracowałam, wieczorem nie mogłam się wyprostować, chodziłam wpół zgięta jak babulinka, tak mnie krzyż bolał. I pojechałam po Inżynierze na jego <głaszcze>, bo miał mi w grudniu w czasie urlopu pomóc z balkonem, ale... zabrakło mu czasu (wiem, maczała w tym palce jego żona, ale to go nie usprawiedliwia). Oberwał, bo ze mną gada, napisałam: nie głaszcz, już wiem, że umiesz liczyć, licz na siebie...

Pierworodny, który miał dać znać, kiedy będzie mógł pomóc (i to nie za darmo, wiem, że ledwo koniec z końcem wiąże, zapłaciłabym), w ogóle się nie odezwał, więc nie oberwał, ale pierdolę, zrobi się cieplej, to sama powoli i tę kuwetę ogarnę.

A moja loggia zachwyca me oko...



Zielistkę do domu wzięłam, bo jeszcze dla niej za zimno. A bratki i stokrotki już się zaaklimatyzowały i twardo trzymają łebki do góry. Nie chwaląc się, to jedyna taka porządna loggia na osiedlu :) Jestem z siebie dumna i chuj :) 

 

A i cebulek hiacyntów nazbierało się od cholery, w tym roku nie zginą, dam koleżance, cieszy się, bo jej krety zżerają. To jeszcze nie wszystkie, bo mam jeszcze całą bandę kwitnących :) 


 Inżynier kolejny rok się opiera przed zasadzeniem ich, więc w sumie w dupie już mam, nie będę prosiła, ktoś chce, to daję i już.

No i w weekend ściboliłam ten katalog, w sumie poszedł do druku o 10.04, a A. się nade mną rozpływał i powiedział, że jeszcze z lutową wypłatą dostanę kasę, byłoby miło.

I że jestem niezastąpiona. 

No ja wiem, że jestem, a co, bez fałszywej skromności.

A potem zaczęła się jazda bez trzymanki z ukochaną gazetką, w sumie na spokojnie, bo Boss dalej w Brazylii balował, ale i tak ludzie sobie rękawów nie wyrywali przedtem, więc potem wyrywałam je ja...

I w środę padłam


Nie wygląda, ale to mnóstwo roboty, bo spływały też I korekty do kompa. Te białe strony to są kartki zadrukowane jednostronnie - bo tak też zapisują czasem. Zyskują na tym Łobuzy, bo mają na czym malować potem  :) 

I w tę szaloną środę stwierdziłam, że jednak nie pojadę na dyżur do Łobuzów w kwietniu, kiedy Inżynier znów poleci na delegację. To się tak mówi, urwę się na godzinę, żeby ich odebrać z przedszkola. On podjeżdża autem, ja muszę per pedes, nie mam prawka, pół godziny w jedną stronę, przedszkole daleko, pół godziny co najmniej z nimi (o ile nie będą kombinować po drodze), a mnie się w tym czasie zrobi zator i będą lecieć maile z zapytaniem, czy coś się stało. Autobus nie wiem, czy będzie pasował, do autobusu też kawał drogi. Trudno. Albo Inżynierowa weźmie urlop, albo niech męczy się ze swoim ojcem - ma samochód, jest już na emeryturze i nie pracuje.

Ja jestem kobieta pracująca, było nie było stara (bo mam gorsze i lepsze dni z moim ciśnieniem), zależy mi na pracy, no i trudno. Nie będę robiła za Siłaczkę. 
Wzdechnął i zaakceptował.

Ale w sumie mam sporo zastrzeżeń do wszystkiego, a pieniądze z nieba nie lecą. Trzeba na nie zapracować. A moje siły też coraz mniejsze, nie mówiąc już o tym, że wciąż nie chcę kończyć pracy. Bo nie.

I tak dojechałam do zamknięcia marcowego numerka, u mnie już kwiecień.

Wisi nade mną perspektywa maila do Bossa z uprzejmym przypomnieniem, że wisi mi kasę (dziś wraca), bo kurwa TAK.

We wtorek po zamknięciu gazetki oszalałam z radości, że już NIC NIE MUSZĘ.

W ramach niemuszenia poleciałam na Manhattan, gdzie mym pięknym oczom ukazał się taki widok


Ponoć się od wichury połamało, ale jak babcię w kapcie, nie zarejestrowałam żadnej wichury.

Wleciałam do fryzjera, wyszłam lżejsza już o pół stówy. Ale i młodsza o jakieś 5 lat :) I zadowolona z siebie. Mama  mojego kolegi ze studiów uczyła mnie, że jak kobieta nie ma nic do stracenia, to idzie do fryzjera. I u mnie się zawsze sprawdza, choć fryzurę mam tę samą od zawsze. Bo takie mam włosy, że tak się układają, teraz już ich coraz mniej, ale cóż. Co jakiś czas delektuję się coraz dłuższymi falami, ale gdy przychodzi wiatr i wyglądam jak Gorgona, lakier -  nie ma opcji, ścinam się po męsku i znów jestem cudna :P 

Oj tam, oj tam, co z tego, że łysa i siwa :) Ale cudna :D

A, przedtem byłam na poczcie, bo do AR musiałam coroczne zestawienie kasy do socjalnego wysłać, żeby dostać za wczasy pod gruszą... Poczta Polska - mydło i powidło. Proszę o podłużną kopertę. Nie ma, są zwykłe (zwykłe to ja w domu mam, ale lecieć z powrotem do domu, nie, nie). Poproszę zwykłą. Wszędzie kosztuje 10 gr, a na poczcie... 50. Kurwa. List za potwierdzeniem odbioru - bo nie wierzę poczcie. Miejscowy ( AR nie chce tłumów ludzi w socjalnym, mamy słać pocztą, nie wiem, dlaczego nie można mailem, ale cóż). List z kopertą 12,30. Kurwa. Przypominam sobie, że za niedługo będę słać kartkę do Barana, pytam o znaczek. Pani nie wie, czy od 1 marca podrożeje, czy nie, teraz 10 zyla.10? Wczoraj jeszcze było 8. Wzdech. Do za potwierdzeniem odbioru muszę wypełnić druczek na polecony (chuj wi po co) i takie żółte coś, co do mnie wróci. Trzy podania, klucz od mieszkania, fotografia pradziadka. 22,30. Jedno wejście na pocztę, od proga wita kalendarz z JPII...

Kurwa.

Fryzjer 50.

Po fryzjerze lecę koło kościoła, nie, nie pomodlić się.

Rośnie tam oczar


i jest, kwitnie :)

A w drodze powrotnej rejestruję jeszcze 


że w naszej sralni dla psów, zwanej szumnie parkiem przy Red Parku już są. Nieśmiałe, ale są.

Krokusiki kochane :)

Więc wiosna idzie tralalalalala...

I jeszcze po południu tęcza jest

Nawet nie słyszałam, że burz był, ale tęczę złapałam...

Warta wylewa, ale ja na górce, Pierworodny na 6. piętrze, więc nie będę się martwiła na zapas.

W tle strajk rolników, moja M. atakuje mnie, bo jestem za, a ona przeciw, bo jej syn, kształcony, w USA bywający marnie zarabia jako nauczyciel w LO, a rolnicy jeżdżą maszynami za miliony. No cóż, ja na I roku nie dostałam stypendium, bo nasz dochód był o 2 zł za wysoki na stypendium socjalne i nie mam pojęcia, jak przejechałam ten rok, bo ojciec pieniędzy mi skąpił, akademika też nie miałam, bo za wysoki dochód, a moje koleżanki miały stypendia, bo rodzice mieli 1 ha, więc bieda. W to, że ten 1 ha był pod szkłem, nikt nie wnikał. I co, mam teraz pluć na rolników, bo wtedy miałam źle?

A dziś po raz kolejny M. wrzuca mi na walla tego pojebanego z plakatem wołającym o pomoc do Putina.

Odpisałam grzecznie, że ma sobie na swojego walla wrzucać, a ode mnie się odczepić w tym temacie. I nie zmienię zdania, że rolnikom źle się dzieje. Nie moja wina również, że jej syn ma tak źle. Rozumiem, że odreagowuje swoje frustracje z młodości - nie poszła na studia, wyszła za mąż. Źle nie miała, mąż pracował na budowach w demoludach. Że nie stykało - każdy ma swoje piekło. Sama do dziś pracuje na zleceniach w DE. Utrzymuje duży dom, wiadomo, dom to skarbonka bez dna. I tak sobie myślę:  mówiłam, sprzedajcie chatę, kupcie mieszkanie w bloku. Nie chcą. No cóż. Każdy ma swoje piekło i swoje priorytety. Eks całe życie miał do mnie pretensję, że nie chcę kupić ziemi i budować chaty systemem gospodarczym.

Byłam realistką, znając jego i wszystko inne, wybrałam to rotacyjne mieszkanie w bloku, za co dziś niebiosom dziękuję.

Każdy ma swoje piekło (wiem, powtarzam się).

Ale odchowałam dzieci, śpię spokojnie, choć klnę na wciąż rosnący czynsz, ale cóż.

Każdy ma swoje piekło.

Na razie mam za co żyć. I niech tak zostanie. 

I nie przenoszę na swoje dzieci frustracji, że mi się coś w życiu nie udało. Moje dzieci mają swoje wybory, swoje zmartwienia i swoje piekło. Poproszą o pomoc, jak będę mogła, pomogę. Ale taką drogę wybrały i nie mogę odpowiadać za ich wybory i za niesłuchanie moich rad i wskazówek.

Nie latam do Tajlandii i nie czuję się z tego powodu nieszczęśliwa.

 

Pojechałam sobie jeszcze do Avenidy, bo miała być w Action duża konewka za 4,49. Była, ale za 14,99. Nie pytałam nawet, czy w gazetce zgubili 1, za tę cenę mam konewkę na Manhattanie, a nie muszę się cisnąć z nią w autobusie.

Kupiłam sobie za to


jedna beza 8 zł, ale od Łyskawy z K., znów byłam dziewczyną z K., warto. Nieważna kubańska dupa i tak mniejsza nie będzie.

 Zanabyłam zaś i słoneczniki do wysiania (Kalafiorkówna ostatnio w pogawędce wspomniała, że ona najbardziej lubi słoneczniki) i ostre papryczki (Inżynier się w ubiegłym roku bawił, a i mi dał) :) 

I kopnąwszy się w tę tłustą, oderwawszy się na moment od



wciąga jak chodzenie po bagnach, jest na Disney+...

Ogarnęłam 2/3 dużej szafki w kuchni, do wyniesienia jest cały wór przeterminowanych kaszy i innych ustrojstw (efekt bałaganu w szafkach i alarmów, że nadchodzi apokalipsa, tudzież zastrzeżeń lekarza, że mam jeść TYLKO kaszę, broń blog pyr). Znów boli mnie kręgosłup, ale za to mam puste zazwyczaj zawalone blaty w kuchni. Muszę jeszcze dojrzeć do wywalenia zbędnych rzeczy z innych szafek (jedna pełna pokali, na co mi one, skoro nie piję od wieków piwa, I. jest na nie chętny, tylko zmusić gada, żeby je zabrał...)...
Życia nie starczy na uporządkowanie wszystkiego.

A w sobotę kolejna akcja Sleepover at Grandma. Ze Sleepover at Grandpa nie byli zachwyceni specjalnie. 

Grandson and Granddauther lądują u mnie w sobotę, albowiem Mom and Daddy idą się szlajać. Ale po szlajaniu się lądują u Grandpa, który ponoć nie czeka na powrót dzieci noce i ranki.

Będzie się działo (znaczy się, mam nadzieję, że będzie spokojnie), zwłaszcza w łazience (jeszcze jedna darowana kąpiel Łobuzów, szalejących w wannie. Zanim wyrosną i będą się same kąpały).

W tle: brak odpowiedzi na emilka z parafii w sprawie mojego aktu chrztu (Inżynier w czasie urlopu nie znalazł paru minut, żeby tam zadzwonić, więc moja apostazja wciąż w polu), no i parę innych spraw.

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Kilka rzeczy wisi mi nad głową jak miecz Damoklesa.

C'est la vie...





wtorek, 13 lutego 2024

Do Brazylii

 se poleciał, Kochany Pamiętniczku, luz i hasta manana w robocie.

Boss, of course i będziemy zamykać z panią M. 

Boss produkuje się w rolkach i niech mu to gwiazdorzenie do łba dalej wali, niech pozna jakąś Brazylijkę, niech nie wraca...

Całkiem inna atmosfera, nawet na home office to czuję.
Dziś rano nagle wyłączyli prąd. Krótkie SMS z panią M., sytuacja ogarnięta.

Wprawdzie od razu sobie poradziłam, mam po ostatnim doładowaniu prawie 114 Gb w Orange, akurat naładowanego laptopa, nawet SE na laptopie Inżynier mi uruchomił, czego nie ogarniał pracowy informatyk (dupa, nie admin), a że Bossa nie było, to nikt nie lamencił, że nie ma wydruczków, a może być korekta na PDF :)

Prąd włączyli szybciej niż zapowiadali, a i pracowy dzień toczył się wartko, załoga pod bacikiem pani M. chodzi jak szwajcarski zegarek.

Ale też nie wtrąca się ona między wódkę a zakąskę i każdy orze jak może... :)

Darowany lajtowy miesiąc.

A w niedzielę wstaję i...

Tak mi minęła


Ale dobrze, że doszło w niedzielę i nie padłam na pysk w poniedziałek. Uczciwie pracuję na kasę za katalog, o której chłop nie wie :) 

A na kolację...


... oj tam, oj tam, że jeszcze niedopieszczone słońcem. Ale smakowały wybornie, bo już obietnica lata. 

 A za oknem


wieczorem co ja paczę? Jakaś mała lampka pod krzakiem? Lecę po bryle i o ja gupia cipa:) 

Tak pięknie odbija się w kałuży światło z okna sąsiedniego bloku...

Co ślepy niedowidzi, to nakłamie, co nie?

I Pierworodny wpadł po zostawione narzędzia, z bólem serca przyznał się, że łóżko piętrowe kupili, będą skręcać, więc potrzebuje narzędzi. Papryczka zostawili w O.

I dziwnie przy tym się  prezentował, ale nie drążyłam.

Nie mój cyrk, nie moje małpy, patrząc na tabelkę w banku dość dołożyłam. A gros moich wydatków to płatności za mieszkanie, choć niby taki wysoki dochód na łebka mam.

Nie trzeba mieć od razu wszystkiego, a i ja o sobie myśleć muszę, nie wiem, jak długo jeszcze z moim wzrokiem pociągnę.

C'est la vie.

We wtorek twardo postanowiłam sobie, że tylko do 17.

I postanowienia dotrzymałam :) We wtorek rano, jak już pisałam, prąd jebnął, a potem zmartwychwstał. 

Trudny dla mnie dziś dzień.

W Czarnym Sadzie 94 lata temu przyszedł na świat mój Ojciec.  

 Coś się spierdoliło na Bloggerze i nie można zdjęć dodawać już, dodam jak odwiśnie.


Byłam córeczką Tatusia. Jeżu kolczasty, jak ja nienawidzę tego określenia...

Znaczyło to, że już jako nieletnia wysyłana byłam do knajpy po wyciąganie z niej tatusia, który po pracy nie wracał ranki i wieczory... 

Który stawiał mi i tatara, i oranżadę, i lizaka, bylebym go nie ciągnęła do domu.

Którego tłumaczyłam przed zdenerwowaną mamą, że on tylko jedno piwo wypił, co widzę po jego oczach..

Który potrafił wparować na wiejską zabawę, nalać mi po pysku, bo tańczyłam za blisko z moim chłopcem, oficjalnym. Nie muszę chyba mówić, ile kosztowało mnie, żeby chłopak nie nalał ojca po pysku.

Z jednej strony chwalący się córką, bo taka mądra, zdolna, utalentowana, z drugiej oskarżający ją, że zabrała mu pieniądze po żonie (zabrałam moją część renty po matce, żeby móc dalej studiować).

Kochający mnie na zabój, ale wywalający do kosza na pranie świeżo wypraną i wyprasowaną koszulę, bo na kołnierzyku była zmarszczka. 

Elegant, otoczony zawsze wianuszkiem wielbicielek.

Nie wiem, czy zdradzał mamę, to już nieważne.

Ale zrobił wszystko, żeby ją zdobyć, choć był od niej o osiem lat młodszy.

I wiele innych rzeczy, których już nie ogarnę.

Opowiadający w rodzinie mojego męża, gdzie pracował na stare lata - long story, że jak to ja dobrze przez niego mam, bo daje mi co miesiąc 1000 zł za to, że przychodzi do mnie na obiady w niedziele. Nie dawał mi ani grosza.

Nie miał deski do prasowania ani żelazka, a zarabiał trzy razy tyle, co ja  - prasował u mnie, a na moje pytanie, dlaczego prasuje koszulę tylko do połowy, odpowiadał,  że tej połowy w spodniach i tak nie widać.

A ja widziałam te czyste koszule, lądujące z powodu zmarszczki na kołnierzyku w koszu do prania.

I idealny dziadek dla Pierworodnego, który zajął się nim, gdy zdychałam w szpitalu o niego z niepokoju, rodząc Inżyniera, że nikt się Pierworodnym nie zajmie, bo teściowa, mimo deklaracji siedziała w Reichu, bo jej córka miała depresję z tego powodu, że musi karmić dziecko piersią.

Ojciec, po którym - dziś patrząc na fotki - odziedziczyłam urodę. Mam jego włosy, oczy, nos i zaciśnięte usta.

Jestem tak samo złośliwa jak on.

Nie wiem, czy przebijam go inteligencją, na pewno tak, ale z drugiej strony patrząc na jego braki w wykształceniu i jednocześnie miejsce w hierarchii, do którego doszedł, to nie wiem :) 

I te Wigilie, gdy z drżeniem serca czekaliśmy na jego powrót.

I życie za marną nauczycielską pensję mamy, bo swoją potrafił już w dniu wypłaty przepić? Zgubić?

Mój brat poszedł w jego ślady. Do końca.

Ja może nie. Postawiłam się, i jemu, i bratu,  wybierając siebie, mając dość niańczenia obu.

Nie wiem, czy jestem silna.

Odziedziczyłam po nim nie tylko urodę, ale i pociąg do alkoholu.

Na razie daję sobie z tym radę.

Ale może coś kiedyś jebnie?

Kto wie?


Udało się wkleić zdjęcie z archiwum.

Taki tam amant sprzed lat...

Mój ojciec.

Jestem porąbanym DDA.

Gdyby nie internety, nawet tego bym pewnie nie wiedziała.

I tak minęły mi 94. urodziny trzynastego dziecka w rodzinie, urodzonego w Czarnym Sadzie.

Poezja :) 

A jutro znów wstanie dzień, może lepszy, może nie. 

A za tydzień w sobotę kolejna odsłona Sleepover at Grandma...


I tak warto żyć, co nie?

A, dopieściłam się dziś sama, w Dzień Singla. Co mi tam walenie w tynki :)

Ja siebie kocham cały rok, mimo że jestem po przejściach.

A może właśnie dlatego?

 

A w sobotę będą bratki na Manhattanie.

 


 




sobota, 10 lutego 2024

No i

 przeleciało.

Luty.

Z tego, co pamiętam... A sklerozę mam :P 

24 stycznia pojechałam do Alienka na ten Dzień Babci. Ojecierpiędolę, to było hardcore. Pizgało takim złem, że normalnie nie wyszłabym z domu na krok, zapas żarcia wszak mam, no ale... Obiecałam. Alienkowi. 

I tak wstałam o 5.30, ja, o tak nieludzkiej porze, pokwitłam na przystankach, bo oczywiście jechałam z założeniem, że coś wypadnie z kursu,  a na włości dojechać to mogiła, ale dojechałam. I gdy wysiadłam z autobusu (ja, nie zabłądziwszy w tej dziczy, gdzie psy dupami szczekają, no dobra, przesadzam, znam okolicę, wszak tachałam tam Łobuzów do przedszkola), lunęło jak z cebra, a  że wiatr piździł gorzej niż za cara na Skieletczyźnie, a droga była pod lekką górkę (dla mnie jak zdobycie Kilimandżaro), a w okolicy zawiewało palonym plastikiem (budynki popegeerowskie), dotarłam do przedszkola ponad pół godziny przed czasem (taki rozkład autobusów) w stanie tak tragicznym, że panie obsługujące mop do powierzchni płaskich w szatni, załamały nade mną swe spracowane dłonie i wpuściły mnie na memłon szatni, nie zważając na to, że zadeptuję ich trud.


I robiłam potem za odźwierną, wpuszczając kolejne dziadostwo.

Gdy już wpuszczono nas na salę, Alienek na mój widok oszalał


słaliśmy sobie serduszka i całusy tak, że reszta patrzyła na nas jak na z lekka stukniętych, ale co tam, u nas to rodzinne :) Ten występ na zawsze pozostanie w mym sercu i w mej pamięci, więcej szczegółów tu nie podam, bo to nasza tajemnica, Alienka i moja :)

Dziadek niestety się spóźnił, cieszyłam się więc, że nie zabrałam się z nim, bo biedne Alieniątko by się pewno zapłakało.

Ale zabrałam się z nim z powrotem do wioski i nie wiem, jakim cudem przeżyłam tę jazdę, bo swoim gratem (nie da się ukryć, ma grata nie samochód, no ale ma) progi zwalniające (a na trasie ich multum) pokonywał 60, aż bałam się, że mu podwozie odpadnie. A że tego dnia jechały też traktory na pierwszy strajk ostrzegawczy w wiosce, ja, stara wiedźma, żałowałam, że jeszcze nie noszę pampersów. No ale autobus była za 1,5 godziny, za mało czasu, by lecieć do Inżyniera (no w pracy był, na home office), a za dużo by w taką pogodę na przystanku kwitnąć.
Przeżyłam, a jazda MPK w mieście, bo kazałam się zaraz wysadzić, to był już lajcik...

Do Kalafiorkówny nie pojechałam już na występy 26, bo miałam wizytę w Puszczykowie.

Tu też zerwałam się bladym świtem, zakładając, że autobus pasujący wypadnie z kursu (wypada, jeżdżę nim na cmentarz do Eksa),pojechałam wcześniejszym, co zaprocentowało tym, że było super. Ponieważ kilka osób nie dojechało, ja, mająca mieć wizytę o 9, miałam ją o 8.30, skomplementowałam mojego doktora, że brodę i wąsy zgolił, dowiedziałam się, że next time to maj i wtedy zobaczymy, czy będziemy ciąć i kiedy. Mam nie zmieniać szkieł, bo jak będzie kęsim, to będę znów musiała zmieniać. Nie wnerwiłam się, co ma być, będzie, do maja daleko, dobrze nie jest, ale i źle też nie, pożiwiom, uwidiom :) 

I w domu byłam o niebo wcześniej... No i uległam. Bossowi. Ale i awanturka była, bo rozmawiam z załogą o kasie. A nie rozmawiałam, tylko napisałam, że info Bossa, że pracuję jest fałszywe, bo na moje: brutto nie, ale netto tak nic nie odpisał.

Nie odpisywałam już, ale potwierdził, że będzie netto tyle, plus premia za dodatek. A koleżanka przekonywała, że 3 dni po 5 godzin i do widzenia ślepa Genia.

Nie, nie było tak... No ale kasa piechotą nie chodzi, a kasa, o której chłop nie wie tym bardziej.

Zresztą pracowo wszystko się jebie na maksa, w nadchodzącym tygodniu oczekują ode mnie cudu większego niż zamiana wody w wino w Kanie Galilejskiej.

Nie histeryzuję. W dupie mam.

Najważniejsze, że Boss poleciał do Brazylii (nie spadł, nie było wieści o żadnej katastrofie), ale nie wróci przed zamknięciem marca.

I dobrze.

I tak mijał dzień za dniem, raz zaśnieżony, a raz z oddechem przedwiośnia na pleckach, gdy szłam w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres



... w międzyczasie wkurwiając się na FB, że w Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu władze miały wszystko w dupie...



co odkryłam, jadąc dzień po tym dniu do wujka Mietka, jako że w sam dzień nie mogłam, życie, władze mogły wszak...

Ale przy okazji takie cudo zauważyłam


Żurek upichciłam, przesmaczny :) 


Z Pierworodnym w wielkich bólach ogarnęłam wymianę baterii w kuchni - temat na telenowelę, nie, nie będę jej pisać


Nowa bateria fajna jest, aczkolwiek Inżynier twierdzi, że powinnam kupić tę z IKEA  z wysuwanym wężykiem, zaś Pierworodny, mój ulubiony hydraulik, odradzał mi ją z całego serca, zamontował tę, jestem zadowolona, łatwiej zmywać i nalewać wodę.

Może kiedyś opiszę, dziś mnie to przerasta.

W międzyczasie Łobuzy miały Sleepover at Grandpa, bo nalegały, a okazało się, że nie są po nim takie wniebowzięte, bo aczkolwiek poszły spać późno, Alienek po łapach oberwał. Ponoć nie był niewinny, ale... Dziś chodził i mówił, że tak, jak babcia to go nikt nie kocha. Aczkolwiek babcia twarda jest i nie negocjuje z terrorystami :P 

Więc następna akcja Sleepover  jest planowana at Grandma, co mnie przeraża, ale oj tam, oj tam. Jakoś ich spacyfikuję, a to dopiero w marcu :) 

Mam tę moooc :)

No a wczoraj zwalił mi się na chatę, znaczy się, do Hotelika u Mamy, Inżynier.

Bez Łobuzów, ale wiadomo, w tango szedł.

Kijem zagroziłam, ale wyśmiał.

I poszedł zaszaleć.

No cóż, czasem trzeba, nawet na Ubera na powrót na włości szkoda kasy, więc oczywiście - mama.

No dobra, hotelik pięciogwiazdkowy prowadzę, tylko łabądka nie umiem z ręczników zrobić :) 


 

To czekało na syna marnotrawnego. Synowa, obejrzawszy zdjęcie, nie wierzyła, że nawet Ciapka do towarzystwa dostał... :) 

Wrócił o 1.03, wiem, mam EZVIZ :)

Ja akurat o 0.45 do kibelka dygałam, więc jeszcze nie usnęłam głęboko, światło z łazienki mnie zbudziło, ale szczęśliwa, że wrócił (cóż, lata mania studenta polibudy to koszmar, aczkolwiek dziecię me w alkoholizm nie wpadło), zasnęłam snem sprawiedliwych i co do mnie niepodobne - nie latałam na siku, a normalnie latam i potem nie mogę spać.

Rankiem odpuściłam wstawanie, Simpsonowie, pasjanse, Private practice, dziecię wstało jak nowo narodzone, a o to mi chodziło, by nie jechał na kacu...

Zaprosił na pizzę na włości.

Nie odmówiłam i to był kolejny dzień, zapierający dech...

 Już w wiatrołapie zostałam zaatakowana prze Alienka, który nie dawał się odczepić, choć pchała się z laurką zaległą i kwiatkami Kalafiorkówna (SIC!), a potem... było z górki...

Tańce, hulanki, swawola, aczkolwiek  okazało się, że najukochańsza na świecie babcia jednak czasem trąci smrodkiem dydaktycznym i nie wszystko akceptuje u najwspanialszego wnuka na świecie, znaczy się Alienka, który: uwaga, wnimanije, budiet tryskat: sam przeczytał: papuga nimfa, profil zoologiczny nie zająknąwszy się, mądry po babci jest, chociaż synowa zapytała:po której, ale ominęłam to pogardliwie milczeniem, wiadomo, że po mnie, taka prawda i to nie jest samochwalenie...

No i baza musiała być, ale się tam nie zmieściłam :) Nie te gabaryty :P
A Kalafiorkówna, puszczona na ogród bez płotów, wiała gdzie pieprz rośnie, niepomna na składane obietnice, że wiała nie będzie, no wiadomo, psy, samochody, pedofile, było wesoło... Na spacer ze mną nie chcieli iść, bo Alienek nie lubi spacerów...

A Inżynier pracował w pocie czoła nad pizzami...

Pół mojej dowiozłam do domu, więc mam jutro Dzień Dziecka, nie gotuję.

A jak aura dopisze, pójdę w stronę słońca...

Inżynier deklarował odwózkę do domu, ale wyśmiałam, odwiózł zatem na przystanek


a stamtąd, za jedyne 2,30 zł polskich, kontemplując,  nie że pod określonym kątem plułam, delektując się widokami pól, zalanych, gdzie rośliny gniją, myśląc o gazetowych tekstach, ostatnim proteście rolników, o hejcie z nim związanym, hejcie ludzi, którzy gówno wiedzą jak to jest być rolnikiem, o mądrych słowach Inżyniera, o moich popieprzonych marzeniach o tych wspaniałych mężczyznach na tych wspaniałych jelonkach (John Deere) i Classach - beznadzieja, za stara jestem na takie cuda już, żeby mnie tam ktoś chociaż przewiózł...

Wróciłam na memłon.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.


No i widać, że mam bardzo krzywo pod kapturkiem i żaden walec tego nie wyrówna :P