tydzień mi przeleciał, Kochany Pamiętniczku :)
Dobry był, nie powiem (ciiii, jeszcze się nie skończył, więc niech tego nie słyszy) :)
Łamałam się w poniedziałek, gdzie jechać po toster, padło na Franowo.
Kupiłam. Drogi, ale były droższe, z tym, że nie potrzebuję takiego, który śpiewa, tańczy recytuje, daje dupy i gotuje, więc padło na Boscha za 200 zł bez jednego grosza.
Poprzedni z Action kosztował 40 zł i po kilku miesiącach padł. Nie reklamowałam, bo nie mam siły na szukanie paragonu i lecenie do sklepu z gratem pod pachą. Zapomniałam o dewizie babci: kupuj drogo, boś biedna. Ten ma fajne podnoszone łapki, na których można odgrzewać bułki, Łobuzy będą miały radochę. A ja lubię przypieczony z lekka, ciepły chleb, choć ostatnio zaczęły mi wyskakiwać artykuły, że to niezdrowe, rakotwórcze i chuj wi co jeszcze.
No cóż.
A że mój ajfonik, leżący pod kompikiem, żebym widziała, czy ktoś nie dzwoni, o mało nie wylądował mi ostatnio w herbacie, będąc już blisko IKEA postanowiłam kupić stojaczek do telefonu, widziałam taki u I. No i w IKEA udało mi się uniknąć przerobienia na klopsiki, ale zostawiłam ponad 60 zł, ale
ten stojaczek po lewej jest zajefajny, ten drewniany mniej - nie mieści się w nim ajfonik w ubranku, a nie chcę rozbierać, bo strzyżonego zawsze coś strzyże, nawet jak stare jest. Stojaczek do iPada też sobie kupiłam i bardzo go sobie chwalę, a i z takiego stojącego lepiej będzie się Łobuzom filmy oglądało. No i koneweczka, zaszalałam, prawie 30 zł, ale jest słodka, metalowa i dobrze się z niej podlewa, oj tam, oj tam.
Pochodziłam też po obuwniczych, bo szukam czegoś lekkiego zanim wskoczę w sandałki, ale że nie kupowałam butów od kilku lat, nie licząc tych sandałów 2 lata temu we Wrocławiu, kiedy stare mi na ulicy spadły z nóg, nie miałam zielonego pojęcia ile kosztują buty. I pożałowałam na nie, trudno, pochodzę jeszcze w starych, nie dojrzałam do wywalenia ponad 400 zł na buty. Cóż, poznanianki to Szkotki wyrzucone ze Szkocji za skąpstwo :) I nie, żebym kasy nie miała, po prostu żal.pl :P I nie lubię w sumie nowych butów, więc jak mam kupić nowe to tylko takie, które mi od razu wpadną w oko, a nic mi się w sumie nie podobało, te pinki, złocenia i platformy to o kant dupy potłuc i tyle.
I tak mi poniedziałek zleciał.
We wtorek wybrałam się do redakcji, zawieźć koleżance te cebulki hiacyntów. Na przesiadce wpadłam na żonę Pierworodnego i już pierwsze co powiedziała, to kłamstwo. Udawałam zdziwienie i zapytałam, co robi o tej porze na ulicy, powiedziała, że ma wolne. A gówno prawda, pracuje w Żabce, nie wie, że ja wiem. Ale nic, udałam, że wierzę i... przegadałyśmy pół godziny, aż się popłakała, że taka samotna, że nie daje rady, że nikt jej nie kocha, nie lubi, nie szanuje, że... no wszystko, co ja wiem. Powiedziałam, że nie rozumiem, dlaczego mnie tak unika, bo co w końcu mam do stracenia, by nie powiedzieć tego jej prosto w oczy? Że może zawsze do mnie wlecieć jak chce sobie popłakać. Że mam żal o izolacje i o kłamstwa. Wstępnie stanęło na tym, że zobaczymy się wszyscy w weekend, ale z góry i po prostu powiedziałam, że nie zapraszam na obiad, bo nie mam ani siły, ani ochoty na gotowanie. Zobaczymy, czy się odezwą. W sumie w dupie to mam i rybka mi to.
W redakcji każdy na mój widok podskakiwał i och, i ach. Ale to już nie jest moje miejsce na ziemi, nie ma już mojego pokoju (i dobrze), pomieszczenia też przebudowali, ścieśniają się, wynajmują piętra jakiejś firmie. Była też jakaś przebudowa korytarza. Ludzie są OK, reszta - znów poczułam się zdołowana, bo w łazience w tym ichnim świetle wyglądałam jak zombie po reanimacji, a po pół godzinie zaczęła mnie boleć tam głowa, nie wiem, co jest, ale powietrze w tym budynku nigdy mi nie służyło. W pierwszej redakcji, gdzie latałam po schodach, a przy wejściu często jechało kocim moczem, było jednak lepiej.
Chciałam jeszcze jechać po buty, ale odechciało mi się, długo gadałam, Bossa nie było, więc wróciłam do domu.
Machnęłam emilka do Bossa, przypominając grzecznie o oborach i premii, bez większej nadziei, z DW do sekretariatu, bo to sekretarka listy robi.
W środę dostaję emilka, że pamięta, że da tyle, na ile się umawialiśmy, a nawet wychodziło mi więcej, ale myślałam, że się mu pomerdało :) Że w czwartek powinnam dostać kasę, bo już posłał do księgowości. Podziękowałam, odpisał, że mam nigdy nie rozmawiać o kasie z innymi, więc odpisałam aye aye Sir, bo co się będę wdawała w kajanie i dyskusję :)
I zaczął się pierdalec pospolitus. Po zakupy poleciałam, a potem już było z górki.
Okna pomyłam w kuchni i w małym pokoju i tak jakoś jaśniej się zrobiło, choć kręgosłup napierdalał.
Ale grunt, że Jezusek znów może się urodzić, bo okna pomyte, a co...
A dziś... Noc miałam niemiłą, mimo piguł, wciąż mi chodziła po głowie ta nieszczęsna apostazja.
A jeszcze wczoraj słałam do Inżyniera emilka ze wszystkimi danymi, żeby mi zadzwonił. Wieczorem mówi, że żadnego emilka nie ma. Poszłam na pocztę, a tak emilek od Marcina o nazwisku Inżyniera. Coś mi się wygło pod kapturkiem, słałam emilka z nowej poczty - mojej pleno titulo nazwisk obojga, nie miałam tam zapisanego emilka I., no i pracowym wzorem wpisałam M.nazwisko... A I. ma pocztę z pełnym imieniem i nazwiskiem, jak ja :) Gość był na tyle miły, że napisał mi, że się pomyliłam (sama tak robię, jak czasem trafi do mnie pomylony emilek). Podziękowałam, bo dlaczemu nie i posłałam I. emilka, już dobrze.
Rano wstaję i na MSG chcę mu przypomnieć, że ma mnie ratować, a tu na iPadzie MSG każe mi się przenieść na iPhone, bo coś się im pozmieniało.
Lecę po telefon, ale tam wszystko wisi. W panice rzucam się do kompa, na kompie MSG działa.
Piszę do I. (nie odbiera, ale cóż, dzieci do przedszkola szykuje, wiem, więc czekam). I myślę, już jak matka informatyka.
Nie działa? Restart. Restartuję i telefon, i iPada i hurrra...
Nie będzie technika pluła mi w twarz. Działa. Przypominam więc I. o telefonie, że do 11 tylko.
Po zakupy znów poszłam, bo chciałam kupić keramzyt... Jednemu storczykowi korzenie zgniły ze szczętem, więc wpadłam na chytry pomysł wsadzenia go w hydroponikę. Keramzytu oczywiście nie było, ale uzupełniłam lodówkowe zapasy, wracam sobie w rytm Fashination
i jest forsycja...
Pełnia szczęścia.
I. pisze, że się nie dodzwonił, bo dziś nieczynne, zadzwoni jutro.
Po chwili pisze: Oddzwonił. Mówi, że RODO, że nie było w mejlu żadnych informacji, gdzie to wysłać.
Nosz, padłam, jeden ksiądz dr, drugi mgr, a nie wiedzą, że na emilka odpowiada się emilkiem, co jest, kurwa?
A wyraźnie napisałam, że jestem niesłysząca i proszę o emilka.
To był poemat, nie emilek ode mnie. Ale widocznie przerósł ich możliwości intelektualne :)
Więc dziś, z adrealiną po myciu okien dla Jezuska (że też nie zleciałam znów, że dałam radę się wdrapać), z apostazją i innymi takimi tam...
Nie licząc jeszcze popełnienia notki w Kochanym Pamiętniczku zakończyłam ten dzień tak




































