czwartek, 29 lutego 2024

Migusiem

 tydzień mi przeleciał, Kochany Pamiętniczku :)

Dobry był, nie powiem (ciiii, jeszcze się nie skończył, więc niech tego nie słyszy) :) 

Łamałam się w poniedziałek, gdzie jechać po toster, padło na Franowo.

Kupiłam. Drogi, ale były droższe, z tym, że nie potrzebuję takiego, który śpiewa, tańczy recytuje, daje dupy i gotuje, więc padło na Boscha za 200 zł bez jednego grosza.


Poprzedni z Action kosztował 40 zł i po kilku miesiącach padł. Nie reklamowałam, bo nie mam siły na szukanie paragonu i lecenie do sklepu z gratem pod pachą. Zapomniałam o dewizie babci: kupuj drogo, boś biedna. Ten ma fajne podnoszone łapki, na których można odgrzewać bułki, Łobuzy będą miały radochę. A ja lubię przypieczony z lekka, ciepły chleb, choć ostatnio zaczęły mi wyskakiwać artykuły, że to niezdrowe, rakotwórcze i chuj wi co jeszcze.

No cóż.

A że mój ajfonik, leżący pod kompikiem, żebym widziała, czy ktoś nie dzwoni, o mało nie wylądował mi ostatnio w herbacie, będąc już blisko IKEA postanowiłam kupić stojaczek do telefonu, widziałam taki u I. No i w IKEA udało mi się uniknąć przerobienia na klopsiki, ale zostawiłam ponad 60 zł, ale


ten stojaczek po lewej jest zajefajny, ten drewniany mniej - nie mieści się w nim ajfonik w ubranku, a nie chcę rozbierać, bo strzyżonego zawsze coś strzyże, nawet jak stare jest. Stojaczek do iPada też sobie kupiłam i bardzo go sobie chwalę, a i z takiego stojącego lepiej będzie się Łobuzom filmy oglądało. No i koneweczka, zaszalałam, prawie 30 zł, ale jest słodka, metalowa i dobrze się z niej podlewa, oj tam, oj tam.

Pochodziłam też po obuwniczych, bo szukam czegoś lekkiego zanim wskoczę w sandałki, ale że nie kupowałam butów od kilku lat, nie licząc tych sandałów 2 lata temu we Wrocławiu, kiedy stare mi na ulicy spadły z nóg, nie miałam zielonego pojęcia ile kosztują buty. I pożałowałam na nie, trudno, pochodzę jeszcze w starych, nie dojrzałam do wywalenia ponad 400 zł na buty. Cóż, poznanianki to Szkotki wyrzucone ze Szkocji za skąpstwo :) I nie, żebym kasy nie miała, po prostu żal.pl :P I nie lubię w sumie nowych butów, więc jak mam kupić nowe to tylko takie, które mi od razu wpadną w oko, a nic mi się w sumie nie podobało, te pinki, złocenia i platformy to o kant dupy potłuc i tyle.

I tak mi poniedziałek zleciał.
We wtorek wybrałam się do redakcji, zawieźć koleżance te cebulki hiacyntów. Na przesiadce wpadłam na żonę Pierworodnego i już pierwsze co powiedziała, to kłamstwo. Udawałam zdziwienie i zapytałam, co robi o tej porze na ulicy, powiedziała, że ma wolne. A gówno prawda, pracuje w Żabce, nie wie, że ja wiem. Ale nic, udałam, że wierzę i... przegadałyśmy pół godziny, aż się popłakała, że taka samotna, że nie daje rady, że nikt jej nie kocha, nie lubi, nie szanuje, że... no wszystko, co ja wiem. Powiedziałam, że nie rozumiem, dlaczego mnie tak unika, bo co w końcu mam do stracenia, by nie powiedzieć tego jej prosto w oczy? Że może zawsze do mnie wlecieć jak chce sobie popłakać. Że mam żal o izolacje i o kłamstwa. Wstępnie stanęło na tym, że zobaczymy się wszyscy w weekend, ale z góry i po prostu powiedziałam, że nie zapraszam na obiad, bo nie mam ani siły, ani ochoty na gotowanie. Zobaczymy, czy się odezwą. W sumie w dupie to mam i rybka mi to. 

W redakcji każdy na mój widok podskakiwał i och, i ach. Ale to już nie jest moje miejsce na ziemi, nie ma już mojego pokoju (i dobrze), pomieszczenia też przebudowali, ścieśniają się, wynajmują piętra jakiejś firmie. Była też jakaś przebudowa korytarza. Ludzie są OK, reszta - znów poczułam się zdołowana, bo w łazience w tym ichnim świetle wyglądałam jak zombie po reanimacji, a po pół godzinie zaczęła mnie boleć tam głowa, nie wiem, co jest, ale powietrze w tym budynku nigdy mi nie służyło. W pierwszej redakcji, gdzie latałam po schodach, a przy wejściu często jechało kocim moczem, było jednak lepiej. 

Chciałam jeszcze jechać po buty, ale odechciało mi się, długo gadałam, Bossa nie było, więc wróciłam do domu.

Machnęłam emilka do Bossa, przypominając grzecznie o oborach i premii, bez większej nadziei, z DW do sekretariatu, bo to sekretarka listy robi.

W środę dostaję emilka, że pamięta, że da tyle, na ile się umawialiśmy, a nawet wychodziło mi więcej, ale myślałam, że się mu pomerdało :) Że w czwartek powinnam dostać kasę, bo już posłał do księgowości. Podziękowałam, odpisał, że mam nigdy nie rozmawiać o kasie z innymi, więc odpisałam aye aye Sir, bo co się będę wdawała w kajanie i dyskusję :)
I zaczął się pierdalec pospolitus. Po zakupy poleciałam, a potem już było z górki.

Okna pomyłam w kuchni i w małym pokoju i tak jakoś jaśniej się zrobiło, choć kręgosłup napierdalał.

Ale grunt, że Jezusek znów może się urodzić, bo okna pomyte, a co...

A dziś... Noc miałam niemiłą, mimo piguł, wciąż mi chodziła po głowie ta nieszczęsna apostazja.

A jeszcze wczoraj słałam do Inżyniera emilka ze wszystkimi danymi, żeby mi zadzwonił. Wieczorem mówi, że żadnego emilka nie ma. Poszłam na pocztę, a tak emilek od Marcina o nazwisku Inżyniera. Coś mi się wygło pod kapturkiem, słałam emilka z nowej poczty - mojej pleno titulo nazwisk obojga, nie miałam tam zapisanego emilka I., no i pracowym wzorem wpisałam M.nazwisko... A I. ma pocztę z pełnym imieniem i nazwiskiem, jak ja :) Gość był na tyle miły, że napisał mi, że się pomyliłam (sama tak robię, jak czasem trafi do mnie pomylony emilek). Podziękowałam, bo dlaczemu nie i posłałam I. emilka, już dobrze. 

Rano wstaję i na MSG chcę mu przypomnieć, że ma mnie ratować, a tu na iPadzie MSG każe mi się przenieść na iPhone, bo coś się im pozmieniało.

Lecę po telefon, ale tam wszystko wisi. W panice rzucam się do kompa, na kompie MSG działa.

Piszę do I. (nie odbiera, ale cóż, dzieci do przedszkola szykuje, wiem, więc czekam). I myślę, już jak matka informatyka.

Nie działa? Restart. Restartuję i telefon, i iPada i hurrra...

Nie będzie technika pluła mi w twarz. Działa. Przypominam więc I. o telefonie, że do 11 tylko.

Po zakupy znów poszłam, bo chciałam kupić keramzyt... Jednemu storczykowi korzenie zgniły ze szczętem, więc wpadłam na chytry pomysł wsadzenia go w hydroponikę. Keramzytu oczywiście nie było, ale uzupełniłam lodówkowe zapasy, wracam sobie w rytm Fashination 


 i jest forsycja...

Pełnia szczęścia.

I. pisze, że się nie dodzwonił, bo dziś nieczynne, zadzwoni jutro.

Po chwili pisze: Oddzwonił. Mówi, że RODO, że nie było w mejlu żadnych informacji, gdzie to wysłać. 

Nosz, padłam, jeden ksiądz dr, drugi mgr, a nie wiedzą, że na emilka odpowiada się emilkiem, co jest, kurwa?

A wyraźnie napisałam, że jestem niesłysząca i proszę o emilka.

To był poemat, nie emilek ode mnie. Ale widocznie przerósł ich możliwości intelektualne :) 

Dzień dobry :)
Maila piszę z nadzieją, że uda mi się coś w ten sposób załatwić. Nie dzwonię, jestem osobą niedosłyszącą, no ale mamy w końcu XXI wiek - więc pozostaje nadzieja.
Jest mi potrzebny akt chrztu, a chrzczona byłam w tejże parafii, 1 stycznia 1955 r.
I w związku z tym mam kilka pytań: czy możliwe jest wysłanie aktu chrztu pocztą, ewentualnie e-mailem? Ile kosztuje wydanie aktu chrztu?
Nie mam możliwości bezpośredniego odebrania tego dokumentu, mieszkam w Poznaniu, nie mam samochodu, a dojazd do Rozdrażewa jest w dzisiejszych czasach trudniejszy niż do którejś z europejskich stolic. Nie mam już rodziny, u której mogłabym się ewentualnie zatrzymać i to załatwić.
Będę niezmiernie wdzięczna za pomoc i wyjaśnienie mi tych kwestii.
Z wyrazami szacunku
 
Nie rozumiem, czego tu się nie dało zrozumieć. 
I.: Poprosiłem, żeby wysłał do parafii, powiedział, że OK. Poprosił o adres SMSem, wysłałem mu takiego SMSa: Zgodnie z naszą rozmową przesyłam adres do przesłania aktu chrztu: Parafia .....Poznań Będę wdzięczny za wiadomość SMS gdy już odpis zostanie wysłany aby wiedzieć kiedy na jego polować w parafii docelowej Pozdrawiam serdecznie :)
Mądre to moje dziecko, idealny Asystent Głuchawej Matki :) 
 I zdjątka kotełków na pociechę posłał.
Wróciwszy do domu znów pierdalca dostałam i...
Postanowiłam umyć okna w dużym pokoju, bo za duży kontrast był z resztą mieszkania :)
I tak sobie myju-myju, a na monitorku wiadomość od I. 
 

 
 Czyli załatwione bez darcia szat, bo wiedzą, że to do apostazji. Ale zastanawia mnie fakt, że w XXI wieku ludzie było nie było, wykształceni nie rozumieją idei emilka. Przecież to lepsze od dzwonienia - wiadomość tekstową masz, nic ci nie umyka, jak z rozmowy.
No nic, teraz czekam do przyszłego tygodnia i już sama polezę do parafii, zobaczymy jak mi dalej pójdzie.
Ale kamień z serca.
W międzyczasie wrobiłam się w korekcenie dla marketingu, ale jak na razie za tę stówę co zaśpiewałam do łapki nie wyrywałam sobie rękawów.
A z Gazety Wyborczej zwolnili całą korektę, polegać chcą na redaktorach i ich współpracy z AI.
To była jedyna gazeta, jaką czytałam przez lata, bo po drodze mi z nią było. Aczkolwiek wiedziałam, że płacą tam marnie, bo do Auschwitz do pracy przyszła kierowniczka korekty z GW i w Auschwitz zarabiała więcej jako szeregowa korektorka niż w GW jako kierowniczka.
Czarno widzę mój zawód, zwłaszcza że z mojej perspektywy ci po netowych kursach, aspirujący do bycia korektorami są niewiele warci.
No cóż. Takie czasy. A AI jeszcze sporo brakuje do perfekcji. Jak tłumaczy mi I., dobra jest w angielskim, ale angielski jest językiem prostym. Polski natomiast nie.
Więc jeszcze jeden powód do tego, by cieszyć się, że wciąż mam pracę.
A jeszcze bardziej ucieszyłam się, gdy wlazłam do banku, bo... A., jak obiecał, zapłacił, co do grosza :) 
A Boss lekką rączką dołożył mi co najmniej 200 zł - rzecz u niego niespotykana. Albo księgowa tak rozpisała, żeby było więcej, ale w sumie - poczułam się domarchewkowana na maksa, jak nigdy dotąd :) 
No i nie muszę już w dziurawych butach chodzić.
W sumie mogę sobie nawet spokojnie od dawna pozwolić na jakiś wyjazd, ale po co mi to, skoro mi w domu najlepiej?
I od wczoraj chodziła za mną nieprzeparta potrzeba prasowania.
Nie wiem, co mi się koci pod tym kapturkiem, coś jest na rzeczy, bo przecież nienawidzę prasowania, ostatni raz prasowałam latem ubiegłego roku (w upał, też miałam napad).
Więc dziś, z adrealiną po myciu okien dla Jezuska (że też nie zleciałam znów, że dałam radę się wdrapać), z apostazją i innymi takimi tam...
Nie licząc jeszcze popełnienia notki w Kochanym Pamiętniczku zakończyłam ten dzień tak
 

Ale pierdalec ze mnie do końca nie opadł, jutro poszukam ziemi (cóż, pora na przesadzanie) i keramzytu, a potem znów będzie mnie w krzyżu łupało...
I chyba sobie jakieś dobre wino kupię, a co, zasłużyłam...




4 komentarze:

  1. A ja taka slaba po tych kilku dniach w lozku, ze wczoraj zasapalam sie przy uzupelnianiu karmnikow, a dzisiaj umylam tylko podloge w kuchni i zaraz slabo mi sie zrobilo. Ale musze posprzatac, bo nikt tego za mnie nie zrobi, jutro wezme sie za lazienke, a pojutrze odkurze pokoje, to nie moze czekac, bo od poniedzialku wracam do roboty, wiec nie bede miala czasu ani sily po powrocie. Nie wiem, czy dam rade oknom, moze po jednym dziennie, ale to nic pewnego. A z roslinami balkonowymi to chyba jeszcze poczekam, bo nie bede bawila sie w bratki, tylko od razu zasadze pelargonie, a w marcu jest na nie jeszcze za wczesnie.
    Od wczoraj jest juz trzeci sezon Rojsta na Netflixie, jesli nie widzialas, polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przytulam i powrotu do zdrowia życzę. Kurzy namiętnie nie ścieram, zdejmuję okulary i jest OK :) Na Rojsta mnie namówiłaś, wciągnęłam, ale fanką nie zostałam.

      Usuń
  2. a ja mam brudne okna bo czekam na wymianę ;-) podłogi też tylko zamiatam bo czekam na wymianę, ciekawa jestem czy mi to czasem w krew nie wejdzie hahaha winko hmmm i owszem ale ostatnio coś nas wzięło na gin z tonikiem ;-) co do synowej to powiem Ci że i moja ma pomysły od czapy ale jak ja wypowiadam swoje zdanie to po namyśle przytakuje mi rację i robią po mojemu, Przecież ja im źle nie życzę bo w końcu to synoczek a i ona super kobietka ;-) no ale młodość nie zawsze ma rację ;-)
    ja na razie nie wypisuję się z kościoła ale zaczynam mówić o świeckim pogrzebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jesteś usprawiedliwiona z niesprzątania, ja czasem się zastanawiam, co ja za pierdalca w dupie mam, ale... Miło jest, jak chociaż z wierzchu bajzlu nie widać. Dobrze, że masz spolegliwą synową, ja nie mam żadnej, ale nauczyłam się stawiać granice - róbta, co chceta, ale i ode mnie wara :P

      Usuń