sobota, 31 stycznia 2026

Powinnam



 skojarzyć, Kochany Pamiętniczku, dlaczemu mnie znów cholera po nocach miota, nie pomaga zmienianie kierunku spania i inne takie tam.

Piguł nie biorę, bo jak sobie poczytałam (wiem, wiem, mądrości internetów), to nawet "niewinna" melatonina czasami jest bardzo winna.

Więc - o dziwo - po wywaleniu piguł spałam całkiem nieźle - dopóki - no właśnie - nie nadeszła  kolejna pełnia.

Nie, żebym specjalnie szukała, ale czasem mi wyskakuje i zgadza się, jak w szwajcarskim zegarku, jest pełnia, jest zabawa. No bo...


 ... teraz tak przed 18 taka lampa na niebie. Pytam I., mówi, że u nich nic, ale wychodzi z Kundlem i mówi, że też wali po oczach. Oni mają inny układ okien niż ja i mają też bardzo szczelne żaluzje, nie rolety.

A u mnie w tym czasie nagle w pokoju zrobiło się jasno, jaśniuteńko.


 Jakby się uparła, to mogłabym tam mimo mojej zaćmy korektę robić bez lamki :) 


 Na podłodze też mogłam czytać, a w przedpokoju takież światło leciało i z  kuchni (z wzorkami od badyli stojących na oknie), tak samo z  małego pokoju. A dziś ma się zacząć jakaś znów "kultowa" Pełnia Śniegu. 

Jednak jestem sfelerowana, skoro mimo spuszczonych rolet spać nie mogę, tak mi ten, pod którym w młodości spędzałam wspaniałe lata, gapiąc się nań (no pewno dlatego nie spałam, że mnie wprawiał w tryb turbo) i... 

Na resztę spuszczamy zasłonę milczenia. 

Zakupy zrobiłam, zaopatrzona jestem, wprawdzie w moim Heimacie nie ma być AŻ takich mrozów, ale jednak ze szpar w pokoju wieje, kaloryfer mam rozkręcony na maksa, z drżeniem serca myślę o rachunku za ogrzewanie w tym sezonie. Cóż, zapłacić zapłacę, w końcu nie na darmo pracuję, należy mi się ta odrobina luksusu, ale... Zatęskniłam za Kundlem Roombą, nie pogniewałabym się teraz, będąc stacją dokującą, ale... wyłazić z nim na taki mróz - nie, nie ma opcji. Z trudem wciągam więc te ocieplane skarpeto-kapcie i jakoś dotrwam do wskoczenia pod kordełkę. 

Nawet nie chce mi się wyciągać tej zimowej, ciężkiej, szytej na zamówienie ze wszystkich sweterków i innych cudów do zgręplowania...

Kto dziś szyje takie kordełki?

Na moją z jakąś tam specjalną pianką nakładam dwa kocki z Pepco i jest git majonez.

Za młodu, gdy zmęczona zabierałam się za czytanie Wyborczej, leżąc na kanapie i ogarniała mnie senność, a dzieci były już wytresowane, to gdy zdrzemnęłam się, nakrywały mnie kartkami z gazety (Sama ich tego nauczyłam, gazeta lekka, nie budziła mnie tak jak dotyk koca - na dotyk jestem wrażliwa do bólu, bo to ruch, a nie słysząc, sypiałam z noworodkami jak zając pod miedzą, budząc się na najlżejszy ruch - mam to do dziś. Eks spał w dupie miał płacz niemowlęcia) i to było superogrzewanie :)  

Żeby nie umarnąć w oczekiwaniu na wiosnę (cóż, kiedyś takie zimy, a nawet gorsze bywały, ale młodość inaczej to ogarnia niż starość - nie, żeby mi było za zimno, ale... nawet nie mam ciepłych butów, ani rajstop pod dżinsy też nie mam - ostatnie kupiłam na ślub Inżyniera, nie założyłam, gdzieś tam w szafie, zetlałe, gniją, nawet nie wiem, czy wciągnęłabym je na kubańską dupę), gapię się na namiastkę wiosny.


 Kupiłam w Lidlu jakiś ekstrat do kwiatów ciętych, coby dłużej (z)dychały, w domu przeczytałam etykietę (w marketach za gorąco, żeby wszystko czytać, zakupy zrobić i do kasy pokolędować z pełnym wózeczkiem, choć czytam błyskawicznie nawet taki mały druk, tu był w 5 językach, więc odpuściłam), że nie można wody z tym wylewać do kanalizacji. Zatem pytanie: gdzie ją wylać? Bo zlew to też kanalizacja, jakby na to nie patrzeć. Wypić nie wypiję, bo nie ma procentów :) 

Zgrzewkę Perlage kupiłam, nieekonomicznie, nieekologicznie, ale...

Jestem specjalistą od czarnych scenariuszy. 

Mróz jest? Jest. Może coś jebnąć? Może.

Wytrzymam bez mycia? Of course, z dwójką niespuszczoną może być gorzej. Ale człowiek nie wielbłąd, pić musi. Piątkę szlag trafił, z cysterny (ODPUKAĆ) nie doniosę nic, no może na ta dwójkę trochę - więc mam Perlage, bo to 700 ml, do wózeczka się wcisnęło. No ale... biorą mi 50 gr kaucji za butelkę. Razy 6 (bo tyle w zgrzewce jest) to już 3 zł. No dobra, ale... ponoć mam w okolicy te butelkomaty. Nigdy nie korzystałam. Są w Biedrze i Aldim. I tu się zacinam, jak przy paczkomatach. Lidl musi przyjąć butelki. Nie ma tam butelkomatu, a nie widziałam nigdy, żeby tam ktoś plastikowe butelki oddawał, czy puszki. Oczami duszy widzę, jak odbierano kiedyś szklane butelki kaucjonowane. Kiedyś (w zamierzchłej przeszłości też oddawałam, na wymianę). Puszki w czasach picia piwa (to były piękne dni, zwłaszcza z Warką Strong), wkładałam pięknie do foliówki i kładłam koło kontenerów, w UK serce mi pękało na widok walających się wszędzie puszek, nasi bezdomni zwariowaliby z radości po takich żniwach. Nie, nie będę gromadziła plastikowych butelek w domu, nie mam na to miejsca, ani potrzeby, dopóki pracuję, ale kto wie?

I jak ten lekarz, który na widok mojego orzeczenia: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi, zapytał rzeczowo:  co za chuj to pani napisał, zapytam równie rzeczowo: co za chuj tę kaucję wymyślił? Przecież już te nakrętki przyspawane do butelek załatwiły nam powrót do dawnego klimatu...

Hahahahahahahaha, mokry sen Gretynki.

Odróżniam klimat od pogody.

Ale denerwują mnie takie drobiazgi.

Na maksa mnie wkurwiają.

Dotąd, segregując śmieci (za segregowanie też płacę, i to niemało, jak nie posegreguję), mafia śmieciowa ma się znakomicie od zawsze (co wiadomo po przestudiowaniu działania tejże w USA), nie mogłam do bio wrzucać kości i resztek mięsa, ba nawet ości rybek (kurwa, chyba powinnam mieć już doktorat z segregowania śmieci). Bo nie, bo mogły przenosić wszystkie choroby odzwierzęce. Więc pracowicie, wrzucając do bio nawet osteczki karpia starałam się tam nie wrzucić. I nagle: BUUUUM... Można wszystko wrzucać, bo - tadam, tralalala, bum, tralala, nie jedzie to już na kompost, ale jedzie do spalarni śmieci.  No dobra, ale... nie wszędzie są spalarnie...

Bądź tu mądry i segreguj śmieci.

Kiedyś były kontenery na białe i kolorowe szkło, tłumaczono to  różnicami w składzie. Teraz są u mnie tylko kontenery na szkło kolorowe.

Wrzucam tam też białe słoiki, ale jak mam ich dużo, stawiam obok w siatce.

Znikają.

Może ktoś wrzuca do kontenera, a może się komuś przydały?

Żarówki do zmieszanych. Świetlówki do osobnych pojemników (nie ma ich, całe szczęście, że nigdy nie miałam świetlówek).

Elektrośmieci (szczęściara, mam koło Manhattanu przy szkole pojemnik na nie, ale muszę tam dojść w tygodniu, w weekend zamknięte), baterie praktycznie mogę oddać w każdym markecie...

Uff, zmęczyłam się tym sprzątaniem.

A i jeszcze resztki roślinne (mam cały wór, stoi na balkonie od... chyba 3 lat, jak mam osiołka, to nie ma specjalnego kontenera, jak nie ma osiołka - mam  lec na dnie z honorem, tachając wór?). 

Wracam do 


 Matt Bomer. 

Jak moje młodzieńcze marzenie.

Niestety, woli  swoją płeć.

Warto ogarnąć te 6 sezonów. Zwłaszcza w takie mroźne dni, jak te. I w takie czekające na pracę :) 

Mam szczęście do gejów, nie da się ukryć. Wszyscy fajni, naprawdę porządni mężczyźni w moim życiu okazywali się gejami.

No dobra, Eks i chłopaki nimi nie są, ale większość ekipy -  tak :) Nie żebym żałowała.

Cóż - rechot losu - wszyscy wspaniali, czuli mężczyźni mają już swoich chłopaków.

Może dlatego wolę też być singielką na stare lata?

Bo tak naprawdę, wyjąwszy młodzieńcze wielkie miłości (aczkolwiek bardzo czasami bolesne - nawet do dziś), nigdy się tak świetnie nie bawiłam - kiedy nie oczekiwałam nic, ani kiedy ode mnie nic nie oczekiwano.

Oprócz jednego Edka, przydupasa, który czasami ośmiela się mnie pazurem trącić, a potem znów - jak to gej... :) 

W którymś momencie obiecałam sobie, że nic już nie będzie mnie bolało - i tego się trzymam. Działa.

Oglądałam dziś rolki, z aktorami. Takie tworzone przez AI. Film. Bohaterowie w nim, a potem oni po latach. Odeszli - sylwetki ze skrzydłami, ile lat mieli w momencie grania roli, ile lat mają dziś. 

I chociaż wiem, że nikt mnie nigdy w takiej rolce nie zestawi - może moja ramka coś da?

Codziennie wyskakują mi we wspomnieniach komentarze Ewy Krahl.

Kolejnej osoby, której w mym życiu bardzo brakuje, chociaż nigdy nie poznałam jej realnie.

Która odeszła znienacka. Jak wiele innych osób.

Nieznanych, a znanych.

Jak Misiek, op z czatu na Onecie, wielbiciel Japonii, tępiący bez litości słowo dupa, co omijałam słowem sempiterna. Chyba nawet młodszy od moich chłopców. Już nieżyjący.

Herak z Onetu. Z kilkoma ludźmi z łódzkiego czatu (mojego ukochanego) miała kontakty, nie, nie były realne. Poza jednym wyjątkiem, który o mało nie zburzył mojego dobrego życia.

Ja, Licho bez numerku. Numerek dekonspiruje.

Długo nierozszyfrowana, zaplątana potem w różne postczatowe historie.

Piękne. 

Niewiarygodne.

Ciągnięte przez Naszą  Klasę i początki FB. Czasem korci mnie, żeby śledzić dalej, wrócić, do tego, co się urwało.

Ale potem myślę - po co?

To se ne vrati.

I może kogoś zranić...

A potem inny onetowski czat, który też przyniósł wspaniałe przyjaźnie, wpłynął i na mnie, i na moje dzieci. Pozytywnie. I na parę innych osób też. Na przyjaźnie, takie, że nie widzisz się latami. A łączy nie tylko ludzi, ale i ich rodziny.  


Niech trwa to, co jest warte trwania.

 

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech. 

I tym optymistycznym akcentem kończę dziś...


 

 


 

 

 

środa, 28 stycznia 2026

Przetrwałam

 armageddon lodowy, Kochany Pamiętniczku, siedząc w domu na dupie. Wprawdzie napracować się nie napracowałam, co dzień wpadał jeden tekst, ale i tak bym nie wyszła. Kości mam mocne, co sprawdziłam parę razy zlatując z zepsutego fotela, ale strzyżonego panbucek strzyże. Wolę nie sprawdzać, czy coś się w tej materii zmieniło. Synowa w poniedziałek idąc do pracy padła, w głowę się uderzyła. Wróciła do domu i po 12, jak trochę się poprawiło, poszła na SOR do Ceglorza. Niecne myśli miałam, jak mi nie odpisywał ani jej mąż, ani ona. Wieczorem okazało się, że on koło Żuromina siedzi, dojechał, a ona na SOR dostała 769 numerek i na tomografie czekała. Wróciła do domu koło 21. No cóż, tak sobie wybrali, że on tygodniami będzie w delegacji. Więcej zarobi. Nie wtrącam się, ale... W razie W - np. ślizgawicy, nie ma co na mnie liczyć, bo nie wyjdę. Tak samo bym nie  odprowadzała Łobuzów do szkoły - trudno, mam swoje lata. Nikt mnie nie pytał, czy ma wziąć tę pracę, nie moja bajka, cóż. Ale można było się poradzić. Nie zawsze pieniądze to wszystko - jak on wyjeżdża na tydzień, muszą sobie radzić sami. Mogę ewentualnie wziąć dzieci do siebie, ale w TYM tygodniu, jaki mam co miesiąc - dzieci nie ogarnę, sama ledwo siebie ogarniam, no i jest przegubowiec.

Niech mnie ręka boska broni. 

W międzyczasie, czekając na pracę (lalalala, czasem lubię czekać, jak mam zajęcie), kupiłam sobie bilet na Księżyc, tak moje nazwisko poleci na Księżyc na płycie SDI.

Na ramkę zgrałam w sumie 500 zdjęć, jeszcze nie są wszystkie dopasowane, a na zgranie czeka następne 500. Ramka robi u mnie za stróża - wyłącza się o 22 (tak ustawiłam), więc wiem, że pora spać, a włącza o 6, budząc mnie, bo mnie budzi światło, a ona mocno świeci. To sobie jeszcze robię pół godzinki albo i godzinkę dla słoninki, bo mogę. Wiem, że 6, choć nie widzę godziny, bo za daleko stoi, a ja ślepa jestem :) I tak sobie w dzień siedzę, nóżki na fotel i gapię się, a papa mi się śmieje. Bo wszyscy wrzucają wygładzone zdjęcia, Inżynierowa nie pozwala mi nigdy publikować fotek, jak coś tam coś tam w rogu widać. Tylko takie uładzone, pozowane, ohyda :) A tu sobie wrzucam, co chcę i widzę pocieszne minki, co z tego, że bałagan w tle? Bałagan jest częścią normalnego życia. Ja sama, założywszy dziś okulary, zobaczyłam, że w mieszkaniu jest pełno igieł od asparagusa. Trudno, upadły, to poleżą do jutra, mnie nie przeszkadzają, są trujące dla sierści, a ja sierści nie mam. A ja wdzięcznie leżą na podłodze, olaboga :)  

 

Tak więc na razie wszystko pod kontrolą, wciąż martwię się o P., bo pod tym Żurominem, a tam teraz poszło to dziadostwo. Ale nie pytam, zakładam, że brak wiadomości to dobre wiadomości, jak coś...

Styczeń to u mnie czas na ogarnianie. Muszę ogarnąć Zakład Utylizacji Społeczeństwa, bo znów minął rok mojej pracy, a to zawsze jakieś 20 zł więcej do emerytury - niby niewiele, ale jak już na nią przejdę, będzie się liczyło. I do AR zaświadczenie o zarobkach - niby mam czas do końca kwietnia (chcą tylko listownie), ale poczta jest niekompatybilna z moją pracą, no i zawsze z tyłu głowy mam, że sprawa do załatwienia jest. 

Skrzynkę w internetach do korespondencji urzędowej I. mi ogarnął, więc już nie czekam na listowego z poleconym, czy na wysłaną urzędniczkę - luz i hasta manana, przyjdzie na emilka.

Zostaje mi jeszcze wysłanie listu do AR, ogarnęłam formularze, ale nie szłam po znaczek w tę ślizgawicę, może jutro polecę :) Bo o 13 zamykam budkę na kłódkę i w dupie mam. Pisałam też o toner i papier do deskhelpu, ale tylko automat odesłał, że dotarło, i cisza. Wprawdzie pisałam, że nie pali się aż tak, żeby w ślizgawicę jechali, ale mogli chociaż termin podać. Podkreślałam, że do 13 jestem, więc po 13 w dupie mam.

Zakład Utylizacji dostał. Nienawidzę. Nie mogłam się tam zalogować, 2 razy kolędowałam w tej sprawie do nich, no i wciąż dupa. Wchodziłam tylko tylnymi drzwiami przez bank. Co jest superwkurwiające, bo wtedy muszę mieć telefon pod ręką i pracowicie wklepywać cyferki, które przychodzą SMS.

Ale zdesperowana, próbuję i w szoku jestem. Zalogowało bez animrumrania. Ale panel toporny jak dawniej. Szukam tego druczku, który muszę wypełnić i nichujenki. Sprawdzam u wujka nazwę dokumentu, szukam szukajem i nic. Wkurwiona maksymalnie piszę do nich, pytając, czy nadal muszę się do nich fatygować, żeby na papierze druczek wypełnić. W panelu. Dostaję odpowiedź od automatu, że mam szukać odpowiedzi w pomocy, jakbym ja taka głupia była i całej pomocy nie przeryła i całego panelu. Więc dziś postanowiłam tam pojechać, bo wtedy mi do marca przeliczą, będzie ciut większa waloryzacja. A w lutym już nie przeliczą.

Wyszłam z nory i nawet zdziwiona byłam, jak elegancko chodniki są wysprzątane, jezdnia osiedlowa już nie, ale słoneczko świeciło i powoli wszystko odtajało. Spokojnie więc dotarłam do przystanku. Do ZUS też, nie poślizgnąwszy się ani razu, no, pod nogi patrzyłam, bo gdzieniegdzie jednak pułapki były z kawałków lodu i jak zwykle - miny przeciwpiechotne.

W biurze podawczym była pani, którą bardzo lubię, bo mówi tak wyraźnie, że nawet muzyki nie musiałam wyłączać, nie mówiąc już o wkładaniu aparatów, co też już bez skrępowania w miejscach publicznych robię. Odstałam swoje 15 minut w jednoosobowej kolejce (przede mną była jedna osoba, ale... trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka, jak to w ZUS, trwało. Kobieta błyskawica, wszystkie przepisy, skierowania, informacje z szybkością karabinu maszynowego.

Grzecznie wyłuszczyłam, o co mi lotto, ona chyba mnie jednak zapamiętała z poprzednich lat, choć może i nie, bo tam się pół Polski przecież przewala, bo oczy ku niebiosom wzniosła i mówi: tak, tak, wciąż nie mamy tego druczku na panelu nie ma, a to problem. Druczek podała, z szybkością Pendolino zaznaczyła miejsca, które mam wypełnić i rzekła, że jak wypiszę, mam olać kolejkę i od razu jej to podać, bo... jak wprowadzę skan do mojego konta, to... ZUS go nie uzna.

Nosz...

Kurwa.

Zdjęłam paltot, bo zdechnąć można było, tak tam gorąco, w 3 minuty - hahahahaha - wypełniłam druczek, ubrałam palto i sruuu do biura podawczego. Właśnie jakiś  starszy pan tłumaczył, że jego córka, a pani - ale proszę dokładniej, co z tą córką - jednocześnie wyciągając rękę po mój formularz, rzucając nań okiem, klepiąc w kompie i pokazując mi, że OK, słuchała pana. Więc tylko miłego dnia powiedziałam i... poleciałam.

Najważniejsza akcja styczniowa zakończyła się sukcesem. 

Jako że miałam jeszcze do załatwienia receptę, którą zamawiałam, będąc z MW w przychodni, a która przyszła w piątek o 21.34 na SMS, a której nie wykupiłam jeszcze, chciałam jechać do domu bimbą. Ale zorientowawszy się, że po drodze mam Green Point, gdzie jest apteka i Action - ogarnęłam receptę, brakujące leki uzupełniłam, portfel lżejszy o 140 zł - tak, tak, bezpłatne leki dla seniorów po 70. roku życia kosztują i to ładnie. W Action już za bardzo nie miałam siły, bo grzeją, jakby było minus 30, a u nas 0, jeszcze do Rossmanna wleciałam, bo mam braki, ale był ogromny i nic nie ogarniałam, głodna, bo od śniadania nic nie jadłam, poleciałam na autobus. 

W domku się ogarnęłam i do Lidla, choć to nie sobota :) 


 Piwko sobie w nagrodę kupiłam, Błogi Czas, a jakże. Zasłużyłam.

Chodzić muszę, bo mi biodra siądą. Jutro więc wyślę ten list do AR i nadłożę drogi do nowego Rossmanna na osiedlu, ot, pooglądam, może oswoję, bo też taki wielki jak ten w Green Poincie. 

Cóż, nie da się ukryć, że się starzeję -  nie lubię robić zakupów w sklepach, których nie znam. Wiem, co jakiś czas zmieniają ekspozycję, ale i tak łatwiej mi się zorientować w sklepie, który znam, niż w tym, który jest dla mnie tabula rasa. Dziś w Rossmannie krążyłam po całym sklepie, nie mogąc znaleźć pasty do zębów, która była... przy samym wejściu. Pomogła mi przesympatyczna dziewczyna z obsługi, była zaskoczona, gdy jej serdecznie podziękowałam, śmiejąc się, że ślepa jestem i życzyłam miłego dnia.
W tym społeczeństwie, gdzie homo homini lupus est nawet małe przejawy życzliwości są ewenementem. Wiem coś o tym, bo w "moim" Lidlu mam bardzo nieuprzejmą panią, tak samo u rzeźnika - prywatnego nota bene, nie żadna sieciówka.

Rozumiem, że człowiek może być zmęczony, mieć zły dzień, ale jak ktoś w miejscu, gdzie bywam regularnie, gdzie znam człowieka, a i on mnie zna, bo widzę, że kojarzy, a jest zawsze naburmuszony i wygląda, jakby pańszczyznę odrabiał - i jest nieuprzejmy, albo jak na jednym straganie na Manhattanie - oszukuje stale - to po prostu - sorry, idę tam, gdzie czuję się dobrze. 

Ja sama potrafię moim współpracownikom nawrzucać, zagrozić rzuceniem pracy, przejściem na emeryturę, wpadnięciem do redakcji z bronią - ale...

Oni sami piszą teraz, że tęsknią za mną, że nie stoję w drzwiach, nie patrzę spode łba i nie popędzam, bo czasem mają prokrastynację, a ja ich motywowałam. I obiecują, że kupią mi w sex-shopie bacik do popędzania, żebym tylko wpadła.  

Ale to takie tam przekomarzanki. Bo jak trzeba, to siedzę, choć jojczę i przeklinam.

I nigdy, przenigdy nie zakablowałam, kto robi błędy, chociaż góra nalegała.

Błędy robią wszyscy, mnie zaś płacą za to, że je znajduję.

I nie zawsze uda mi się wszystkie ogarnąć.

No cóż, chochliki drukarskie nie śpią nigdy...

Zatem plan na jutro: poczta i ogarnianie nowego Rossmanna. Nowa Biedronka jeszcze nie jest oswojona. Lada mięsna odpada: kupiłam tam ser ze Strzałkowa, uradowana, że nie muszę latać po niego do budki na Manhattan i śledzie a la matias. Wiedząc, że to nie są prawdziwe matiasy.  Ser był stary i suchy (a Strzałkowo ma pyszny, mokry, śmietankowy, taki mają w budce), a śledzie miały... całe kręgosłupy z ościami (w rybnym koło Manhattanu mogę też kupić matiasy wymoczone, nie zawsze, ale nawet te a la - są OK).

 Muszę mieć jakąś motywację do wyjścia z domu. I nie, nie kupię psa. Nie ma opcji :) 
Do napisania, Kochany Pamiętniczku.

Wiem, że moje problemy to małe miki w skali świata, ale cóż - c'est la vie de moi :)  

J'aime ma vie, beaucoup :)  

 A Łobuzy, szukając klocków, wywaliły mi z siatki leżącej na pudle z zabawkami pierdyliard baterii po gwiazdkowych lampkach.

Jutro też będę to ogarniać, bo dziś po prostu mam w gościnie Niechcemisia. Niechciej się gdzieś wyniósł, ale Niechcemiś czuje się u mnie jak u siebie w domu ;) 

 

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Ślizgawica

 jak malowanie, Kochany Pamiętniczku.

Już rano Inżynier, wczoraj jeszcze opierdalający mnie i śmiejący się z alertów RCB, grzecznie zameldował, że i on i jego lepsza połowa dychają, dzieci odwiezione, ona dojechała do pracy, kategorycznie zabronił mi wychodzić z domu. Jako grzeczna (żeby nie powiedzieć idealna) matka oczywiście obiecałam, że się nie ruszę. Pudła po pizzie leżą grzecznie w worku, bio pójdzie na balkon, nic mu nie będzie. Może i chodniki posypane, ale jezdnia osiedlowa już nie, a do śmietnika mam kilkanaście metrów po jezdni - nie ma innej opcji, to nie będę ryzykowała połamania. Tym bardziej, że siedzę sobie i oglądam w necie, co się dzieje.

Pisałam już chyba kiedyś, że śledzę Piąty zasiew na FB. Takie niby od tych od aluminiowych czapeczek i teorii spiskowych. Fakt, czasami nieprawdopodobne rzeczy tam wypisują, ale od czego zdrowy rozum? Jednak są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło, no i jak wiadomo,  życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka, czasem coś świśnie, czasem coś gwiźnie, coś się pokaże w samej bieliźnie...
Tak mnie dziś naszło, bo łażę też po katastrofach naturalnych, wyskakują doniesienia o srogiej zimie w USA, dzisiaj jest zalew wiadomości o trzęsieniach Ziemi - niby nie największych, ale jest ich od metra, no i wulkany jak na zamówienie też dziś wybuchają. Zima, jak na ostatnie lata też jest bardzo sroga. I tak - jest taka sroga, bo klimat się zmienia - jest globalne ocieplenie i całe moje dbanie o ekologię to w sumie w skali tego świata sranie w banie.

Przebiegunowanie Ziemi, burze słoneczne coraz silniejsze, okazuje się, że za kilka lat Ziemia będzie krążyła o sekundę wolniej - co to jest sekunda wobec wieczności, ale... na te wszystkie nowoczesne sterowniki, GPS, inne takie tam, których nawet nie staram się moim małym rozumkiem ogarnąć - wpływa i to znacząco. 

Tak, wiele z tego podchodzi pod teorie spiskowe (już nawet kupiłam rolkę folii aluminiowej, żeby sobie w odpowiednim momencie czapeczkę zrobić), ale... w tym całym pseudobełkocie nie do końca wszystko jest bełkotem.

Bo ci, którzy tam się odwołują do przodków naszych - mają rację. Bo kiedyś, w czasach bezprądowych jeszcze, bez tej całej techniki, gdy ludzie żyli zgodnie cyklem Natury - wiele z tych rzeczy ma sens i dziś. 

Nie będę tu nikogo ani przekonywała, ani nawracała, ani tłumaczyła, to są moje osobiste odczucia, że i jakaś odrobina sensu była w tych wszystkich przepowiedniach, które namiętnie pod nos podsuwała mi teściowa, nie tylko w tych świetojebliwych kościelnych, ale i innych.

Ponad 50 lat temu śmialiśmy się do rozpuku, szczęśliwe lata 70. z naszego sędziwego już profesora od biologii, który mówił nam, że za kilkanaście lat żywność będzie coraz bardziej zatruta, co patrząc na to, co dziś jemy, co leży w  sklepach, co jedzą moje wnuki - myślę sobie o tym rechocie i o tym, że miał facet rację.

Tak samo miał rację (a z niego też się śmialiśmy) nasz ukochany Dyzio historyk, mówiący, że dziś pracowicie cerujemy ubrania i skarpetki, a wkrótce dziurawe rzeczy będziemy wyrzucać. Co się idealnie sprawdza, albowiem na pamiątkę mam jedną skarpetkę,  należała do Pierworodnego. Nie zrobiłam jej, kupiłam na targu, nie umiem robić skarpetek. Ale... zacerowałam - nie miałam takiej samej wełny, więc zacerowałam taką. I nacerowałam się w zyciu, że ojapierdole i bardzo żałuję, że nie mam grzybka, tzn. nóżka została, a kapelusz gdzieś wsiąkł (o tym wsiąkaniu też jest teoria w Piątym zasiewie, że czasem rzeczy się przenoszą do równoległego, aczkolwiek nie takiego samego wymiaru, a potem nagle wracają i znajdują się w naszym - co potwierdza chociażby to, że 10 lat szukałam przydziału na mieszkanie, widziałam skoroszyt i miejsce, w którym był wpięty - skoroszyt stał tam, gdzie powinien, ale przydziału nie było, choć szukałam co roku tradycyjnie, a potem nagle, gdy potrzebowałam go na gwałt - był tam, w tym miejscu. I nie tylko przydział :) 

Za moich czasów wstydem była nie cera, a dziura. Teraz dziury są modne i dziurawe portki są droższe od całych. A moje dzieci i wnuki, zdejmujące u mnie buty, chociaż ja tego nie wymagam, często gęsto mają dziury w skarpertkach, więc dzieciom kupuję skarpetki, na targu. Wnukom nie, bo one byle czego nie noszą i skarpetki muszą być takie a nie inne, więc odpuszczam. Inżynier sobie kupuje we wzorki, ale... ja kupuję standardowo - czarne, bo zawsze tylko takie chciał nosić, a ja przeklinałam kompletowanie ich :) A teraz kompletuje sam, niech się gad męczy :) 

Tak więc, uzupełniam ramkę (wciąga jak chodzenie po bagnach), a co sobie spojrzę i wyskakuje mi jakaś roześmiana czy wykrzywiona buźka, albo stare zdjęcie - popodpisywałam, będą kiedyś wiedzieli,  na kogo się gapią, wczoraj po archiwach pochodziłam i dowiedziałam się ciekawych rzeczy, moja papa też się śmieje, bo słodkie to jest i dobrze chwile przypomina z życia , w jakiś sposób też rozjaśnia tę codzienną szarość świata.

Niech wreszcie przyjdzie wiosna i lepsze dni...

Niech wreszcie Allah spuści bombę i zabije tę trąbę (takie zaklęcie latami uprawialiśmy, czasem działało). Niech spuści bombę na tenisówke, naćpana spałacu, putina i wszystkie podobne kreatury, a na świecie niech zapanuje pokój...

A zapanuje wtedy, kiedy francuska dziewczyna odda się angielskiemu lordowi, w niemieckim wagonie, w japońskim kimonie, na tureckim dywanie, za chińskim parawanem, przy włoskiej muzyce, w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie.

 

 

sobota, 24 stycznia 2026

Tydzień

 szalony był, Kochany Pamiętniczku, a dziś dopełniło się szaleństwo na maksa.

Trzej królowie (znaczy się cała rodzina) przybyła z darami Dziadowskimi.

I tak od progu zaatakowana zostałam przez Alienka,  całującego mnie tak namiętnie, jak nigdy w życiu żaden facet mnie nie całował :) Oczywiście, nie w usta, bo nie ma takiej opcji, ale raban był.

Za nim Kalafiorkówna z torbiszczem z darami, wyciągająca swoje i trajkocąca jak maszynka, aczkolwiek mnie chętna do całusków, ale ten model tak ma. Jako że przedpokój mam mikry, rodzice dzieciątek karnie stali za progiem i czekali na rozładowanie korka.

Powoli się uspokoiło, aczkolwiek mieszkanie zostało natychmiast przewrócone do góry nogami, cóż, badylki wyeksmitowano, żebyśmy się przy jedynym w tym domu stole zmieścili.

Inżynier pracowicie kompletował żarełko w necie, bo pogoda była pod zdechłym Azorkiem, a w piątkę nie zmieścilibyśmy się  do samochodu, a do najbliższej knajpki jednak 20 minut drogi - za zimno, tak twierdzili młodzi, ja się dziś nie wychylałam, więc przyjęłam na wiarę. 

Krzyków i śmiechów było co niemiara, no i poprztykałam się z dzieckiem, bo chciało płacić, a ja pierwsza zapraszałam na obiad :) 

Uległ, jeszcze słucha matki.

Powoli ogarnął wszystko, w tym najważniejsze dla mnie - założyliśmy skrzynkę do e-doręczeń, więc mogę spać spokojnie, nie martwiąc się, że przegapię listowego. A chodzi mi przede wszystkim o podatek od chałupy, bo to najważniejsze, co może przyjść z urzędu. Odblokował dysk DVD (bo skompletował mi kompika bez dysku, mądrala, bo po mamie dysk, jak wszystko jest w necie). Niby jest, ale mam całą kolekcję pięknych filmów na DVD, kolekcjonowanych w czasach, kiedy nie wszystko było w necie, no i najważniejsze - z napisami. Co z tego, że ściągnę z torrenta Północ, Północny Zachód jak napisów do tego nie ma? Więc tak, potrzebuję dysku DVD, nie jestem tak biegła w angliczańskim jak on. No i nagrania z ich wesel - pamięć jest ulotna, a czasem chce się wrócić nią do pięknych dni. Mam też całą bibliotekę wszystkich dzieł Szekspira w wykonaniu Teatru BBC, może MW się przyda? 

I tak po długim marudzeniu "za ile" będzie żarełko, choć na monitorku leciało odliczanie czasu dostawy, po przejrzeniu worka-niespodzianki ze świadectwami Inżyniera, które dziś eksmitowane zostały z jego rodzinnego domu w chwale i glorii, po obśmianiu się z zeszytu z analizy matematycznej, na widok którego I. o mało palpitacji nie dostał,  zaś Kalafiorkówna, wziąwszy ten zeszyt w łapięta, z mądrą miną zaczęła go czytać, co z kolei z lekka zezłościło jej ojca, bo on sam z tego już niewiele ogarnia (to była jego pieta achillesowa). I średnią z ósmej klasy sobie policzyliśmy: on miał 4,9 z kilkoma cyframi po przecinku). A miał już system z szóstkami. Ja zaś z ósmej klasy mam średnią 5 :) A była w systemie piątkowym :) 

Tak nam miło leciał czas, nadjechała pizza


 Ja wzięłam małą, na grubym cieście, tak jak Alienek, który był zachwycony, że babcia je na grubym, jak i on :) On miał dużą (zjadł całą, miał pepperoni), ja wmusiłam połowę, miałam wege, bo lubię - mam gotowy obiad na jutro. 

A Inżynier marudził, że przeze mnie jest przeżarty (miał średnią, kebab), a jadł co sobie zamówił, ale co namarudził, to jego. 

Potem słodkie, miał być tort, ale nie kupiłam, bo za drogi. Kupiłam roladę, kakaową, w czekoladzie i... nie zasmakowała nagle dzieciom, ale za to paczkę (dużą) delicji pochłonęli w oka mgnieniu. Resztę rolady dostał I. do domu, a co :) 

I Kalafiorkówna złożyła reklamację, że jak to, babcia ich nie kocha, bo nocowanki nie ma. Przedtem marudzili, że nie ma nocowanki u dziadka, a jak była, to stwierdzili, że u babci lepsza. Nie wiedziała, że ojciec już zaklepał nocowankę za dwa tygodnie, bo chcą iść na lumpkę. Na wieść o tym, zareklamowała, że dlaczego nie dzisiaj... Na co zaprotestowałam ja, albowiem nie jestem logistycznie przygotowana na to, nie mam nawet chleba, który zje Alienek. I szczerze, po tym tygodniu, zwariowanym nie za bardzo mam ochotę na urządzanie nocowanki. Zresztą rodzice chcą ich jutro zabrać na WOŚP, bo nigdy nie byli jeszcze.

Odetchnęłam z ulgą, nie ukrywam.

Znów cichutko, w tle Wrocławskie gwiazdy (uwielbiam,  tak jak kocham Wrocław).

Mieszkanie ogarnięte, biedne badylki wróciły na swoje miejsce.

A Dwaj Królowie przynieśli dary przecudne, własnoręcznie wykonane:


 Oprócz laurek Kalafiorkówna kalendarz zrobiła, a Alienek w przecudnym woreczku miał dla mnie herbatę i dwa irysy :) <3

Nie wnikałam zaś, czy główny prezent zasponsorowali rodzice (tani nie był), czy dzieci z własnych oszczędności - bo głupio gadać o kasie.

I znów musiałam się logować, uczyć obsługi, ogarniać i się wściekać :) 

 

Dostałam taką ramkę (miałam kiedyś podobną, ale zdjęcia nie wyświetlały się sekwencyjnie co jakiś czas, tylko mogło być to, które włączyłam aktualnie. Mogłam też na niej pracować pilotem. Ta jest dotykowa. No i jest zegar, bez bicia - z ledwością widzę już godzinę bez okularów, ale OK, pokazuje też temperaturę. I co najfajniejsze, mogę dać innym dostęp do niej i mogą mi bezpośrednio ze swojego telefonu słać zdjęcia.




 Super, bo wyłącza się automatycznie o ustawionej godzinie - czyli jak idę spać, a włączy się rano, gdy wstaję, nie muszę już mieć koło łóżka ani telefonu, ani ajpada, bo będę widziała godzinę :) 

Jednak to był bardzo pracowity dla mnie tydzień.
A na razie muszę jeszcze ogarnąć ZUS, żeby doliczył mi przepracowany rok (nie zrobią tego sami, chociaż wszystkie dane mają, chodzi o przeliczenie emerytury), mam nadzieję, że ogarnę to online (wrrrr...), jak nie, podlecę do urzędu. I już wyślę zarobki do AR, mogę do kwietnia, ale chcę przestać obciążać pamięć tym faktem.

Tylko ta zwariowana sytuacja polityczna, całe życie z debilami...

Żeby to pisiorstwo zaraza jakaś wytłukła.

I tenisówkę też.

A tak było fajnie...

I niech już wiosna przyjdzie. 

https://days.to/spring?fbclid=IwAR1ERm-V0fAerDXmQCKBqZ5753A57upV_CkkvPcqG1LxfJfaxQPg_JJmcFw

 

PS Alienek wciąga Harry'ego Pottera. Olaboga :) 

 

 







 

 

piątek, 23 stycznia 2026

Coś się

 wszędzie kiełbasi, Kochany Pamiętniczku. Cuda wianki.

Rano wstałam jak ten włóczęga, co do brzegów Bajkału podchodzi, klnąc na czym świat stoi. 

No ale ja jestem osobą, która na czole ma wytatuowane: obowiązek. Obiecałaś, rób i nie pierdol. 

Pierworodny się uaktywnił, jak wulkan Krakatau, że MW będzie koło 9. Odpowiedziałam, że sama MW ma się zameldować, bo ja już silna, zwarta, gotowa, czekam na nią.

No i czekałam, pamiętając o wszystkim, nawet karteczkę z prośbą o receptę uszykowałam, żeby specjalnie nie latać. Poprosiłam o dwa opakowania, bo starczają mi na 112 dni, a są pełnopłatne, więc po co mi recepta na pół roku i obciążanie pamięci, że trzeba leki wykupić, bo nie dadzą wszystkich, chyba co 2 miesiące wydzielają. Oddając zaś karteczkę, poprosiłam o niedrukowanie papieru, żeby to zapisali (bo zapomniałam). Pani upewniła się, że mam emilka i telefon i pochwaliła decyzję.

MW napisała, że już jedzie, że spotkamy się koło przychodni. Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, a ta znów: o boże, (tak, małą), nie leć babciu (w szoku, bo moje wnuki mnie tykają, co mnie nie zachwyca, ale takie czasy, co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz?), zapomniałam skierowania, muszę po nie wracać. Głupia jestem. Uprzejmie odpisałam, że OK, i nie głupia, tylko roztrzepana jak jej ojciec :) 

Znów, że jedzie, więc wskoczyłam w obuw i płaszczyk (dzięki Basiu, za uprzedzenie, że piździ, bo wydawało  mi się, że jest OK, 5 stopni to nie tragedia, z piżdżeniem była tragedia i nawet ja, niemająca żadnej czapki, żałowałam, że jej nie mam, po południu już założyłam szal na ten łysy łeb). A przed przychodnią stoi dziewoja jak malina, w rozpiętym płaszczyku, bez czapeczki, szalika i rękawiczek, chuda jak szparag. Nie ukrywam, że opierdoliłam. Ale pomogło jak umarłemu kadzidło, choć nawet mnie, której zawsze jest gorąco, było dziś zimno. Lata temu, a mróz był trzaskający, idąc na pętlę tramwajową, zauważyłam szparaga płci męskiej, bez czapeczki, bez szalika, bez rękawiczek... I pomyślałam, że biedna jego matka. Doszłam do  niego i... okazało się, że to moje osobiste dziecko jest. To młodsze. Nawet sweterka nie miał, tylko koszulę i krawat. Bo do budy chodził w krawacie, taki look. Na moje darcie ryja spojrzał na mnie z politowaniem. I nie, że aż taka bieda była. Do dziś mam pełną szufladę rękawiczek, szalików, tylko czapeczki gdzieś wydałam. I nie, nie były to czapeczki z Biedronki :) Jak widać - geny zygzakiem poszły, bo dzieci Inżyniera ciepłolubne są, w czapeczce chodzą tak, że nawet ja im każę ściągać czasami, bo się pocą i są przegrzane :) P. czapeczkę nosi. 

W przychodni kolejka jak za komuny (do laboratorium, bo tam kolędowałyśmy). Same próchna (wiem, wiem, też próchno ze mnie, ale mam poczucie rzeczywistości), nie mieli go zaś kolejkowicze, kłócący się: pan/pani tu nie stała, pan/pani stoi za mną... 

Prawie godzinę straciłyśmy w tej kolejce. I standardowo, MW zaraz pryskała, nie czekając nakazanych 10 minut. Tradycyjnie - do piekarni, wprawdzie nie Faworu, ale po bułeczkę i ciasteczka dla  Tych z Dżemorem. Wybacz, Basiu, mam focha, ale co dzieci winne, że rodzice niedorozwinięci. A, w kolejce spostrzegłam, że Papryczek wczoraj wysłał mi życzenia, spóźnione, ale zawsze. Nie wnikałam, co go olśniło, podziękowałam. Cóż. Życie.

I przy okazji kupiłam chleb, wprawdzie nie taki, jak mój ulubiony z Faworu, ale na samą myśl o wędrówce do Faworu w tym wypiździejewie, a do pieczenia melodii nie mam, poległam. Kiedyś w tej piekarni kupowałam chleb i żyję, to mogę zrobić replay :) Prywatnych piekarni w okolicy jak mrówków jest.  

Nakarmiłam MW tak, że o mało nie padła.

W międzyczasie odezwała się mama Małego T., pytając, czy nie mam jelitówki, bo MT ma kolosalną. 

Zdrętwiałam, wiadomo, że przedszkola to bomba biologiczna. A ja mało, że tuliłam MT, to jeszcze tuliłam go długo i po łebku całowałam, co go kręciło. No ale myślę: skoro nie mam nic dotąd, to może mnie nie siekło? Między nami - rzecz, której najbardziej nienawidzę na świecie to rzyganie. Niby nie problem, mam łazienkę całą dla siebie, ale rzyganie? Piszę, że może po jedzeniu (ja chyba mam anioła stróża, bo były słodycze a la szwedzki bufet, a ja nie lubię jeść na stojąco, w tłoku, no i gros było z makiem, a mnie mak w ząbki włazi, więc olałam słodkie i nic nie piłam, o suchym pysku jechałam, może to mnie uratowało? A po powrocie do domu pierwsze, co zrobiłam, to ręce szorowałam - zawsze tak mam, a pandemia to spotęgowała. W Lidlu kupiłam zaś przecenione o połowę wielkie sushi, które zmiotłam, bo lubię, a przecenione było, bo... miało ostatni dzień przydatności, a jak wiadomo z sushi żartów nie ma. Ale nic - do tej chwili nic, czuję się dobrze (odpukać) i niech tak zostanie. I nie przypominam sobie, żeby moje dzieci kiedykolwiek miały jelitówkę. Ani ktokolwiek z dorosłych. Ale też zapędzałam zawsze wszystkich bez pardonu do mycia łap. Pierworodnemu to minęło, Inżynier ma. Ale w ich rodzinach są jelitówki często. Nie wiem, czy to coś w powietrzu, czy inne - żona I. jest chodzącą bombą biologiczną - pracuje w przedszkolu.

Nevermind. Niech zostanie bez niczego. A nie wiedząc jeszcze od przypadłości MT, zapędziłam MW bezlitośnie i niegrzecznie jak dla gościa - do łazienki, z poleceniem mycia łap. 

No a potem MW rozwaliła mi cały plan dnia, bo zakładałam, że zje śniadanko i spłynie, bo kto tam ze starą babcią będzie siedział, tym bardziej, że odnoszę wrażenie, że za wielką moją fanką nie jest.

I...

Tu spotkała mnie niespodzianka.

Ona ma ferie, bo uczy się w chmurze, a chmura ma ferie z Mazowszem. Więc nie wykręcała się lekcjami. Zapytała, czy może posiedzieć, zastrzegając, że jednak będzie musiała się wynieść, bo ich Kundel przyzwyczajony jest do jej obecności i jak za długo jest sam, to po prostu nudząc się, gryzie co się da i nie da... No cóż, żaden ze znanych mi Kundli nie jest dobrze wychowany.

I tak sobie gawędziłyśmy, pokazywałam rodzinne precjoza, parę dostała, bo na co mi bransoletki, których nie założę, bo boję się, że będę musiała wzywać straż pożarną do ich zdjęcia, a jej się podobają? I tak eksplorując nieruszane od lat szuflady w szafie, znalazłyśmy płytę Linking Park, której szukał Pierworodny. Ale szukał na słupku, a ja zapomniałam, że mam jeszcze multum płyt w szufladzie. Nie byłam pewna, czy to płyta P. czy I., obaj słuchali. Pytam I., też nie pamięta, ale mówi: niech mama jej da. Cóż, w epoce Spotify i innych cudów, płyta to żaden niezbędnik, ale MW ma geny swojego ojca pod względem płyt. I szalała z radości, że ma 7. płytę Linking. Serio? Wiem, że moi chłopcy lubili, ale... nie kojarzę. Może kiedyś posłucham, jak będę miała nastrój :) Znalazłam jeszcze dwie płyty, które na pewno należały do P., bo sama mu na urodziny fundowałam bilet na koncert... Więc bez żalu oddałam, nie są t moje klimaty - lubię, posłucham, bo ja nawet hip-hopu słucham czasem, co dzieci do dziś szokuje, ale proszę 


 czyż to nie jest duszeszczipatielne?

I tak próbując dokarmić tę chudzinę i otwierając rzeczy nieotwierane od lat, dostała jeszcze pierścionek z panieńskimi inicjałami Cioci, akurat na jej palec, ze srebrnej przedwojennej monety, ja mam taki z inicjałami po Mamie, to dostanie Kalafiorkówna, jak będzie chciała. Wyczyściłam pastą do zębów, nie myślałam, że Meridol da radę tak samo jak kiedyś Nivea. Oczka jej się zaświeciły, jak zobaczyła wyczyszczony, srebro w pełnej krasie. Tego nie kupi na straganie, to są dzieje.

A ona lubi opowieści o rodzinie.

I teraz clou :)

Podpytuję, drążę, a znajomi, a makijaż, a dyskoteki, a chłopak...

Takie tam, bez presji, jednocześnie śmieje się, jak bardzo jesteśmy podobne i jednocześnie różne. Że lubię ją sauté, bo jest śliczna, ale i ja nie byłam bez grzechu, bo malowałam się jak ulicznica, wkurzając nie tylko mojego ojca, ale i chłopaka :) 

I tak nam szło, a szło, aż mówi: babcia, chcę ci coś ważnego powiedzieć, to mój sekret. 

I tak dowiedziałam się pierwsza w rodzinie, rodzice niby się domyślają, ale nie rozmawiają (upewniłam się, żeby jej przypadkiem nie zdradzić, nie wkopać) o ważnej dla niej rzeczy. Niełatwej. Przypuszczam, że rodzice ogarną, ale to już nie moja działka. I słowa: tobie, babcia, mogę wszystko powiedzieć, babcia J. padłaby chyba trupem.

Więc tak, nie jestem najgorszą na świecie babcią i chociaż mam śladowe kontakty z Tymi z Dżemorem, chociaż MW ma spektrum, co ja nie do końca jeszcze ogarniam - jestem chyba dobra w te klocki z czarowaniem rzeczywistości. 

I tak, wkurwiam się, że nie pamiętają, nie celebrują.

Ale to są moje wnuki.

I cieszę się, że jak coś - mają do mnie zaufanie. Bo dobrze mieć w życiu ludzia, który rozumie i nie ocenia. 

I jednocześnie czuję ciężar tego zaufania.

I dar tych uścisków na pożegnanie. Że jestem. Że ogarnę jak coś. Wesprę. Pomogę, bo człowiekowi jest to potrzebne.

No cóż, tak wyszło. Stara Jędza ochrzciła pierwszą wnuczkę (na którą się buntowała, że ojacierpiędolę, ja, taka młoda kobieta, mam być babcią? WTF? Dzieli nas 56 lat, jak można zostać babcią w wieku 56 lat? Nieporozumienie i ironia losu...). 

Dobrze być babcią MW :)   

A teraz otwieram wino


 

 Francuskie, a jakże, zgodnie z deklaracją. Vive la France i na pohybel Ameryce i tenisówce. 

Szargającej wszystkie świętości, które dotąd jednoczyły ludzi na całym świecie, po zimnej wojnie.

I niech wiadomość o uruchomieniu 

https://www.impeachtrumpagain.org/
 nie jest fake newsem - może jakieś światełko w tunelu jest?

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech... 

 

A jutro, jak nic nie jebnie, najazd Hunów.

Niestety, skończyły mi się miny przeciwpiechotne i drut kolczasty.  Przeciwpancernych nie użyję, bo miałabym wyrzuty sumienia :) 

Do napisania, Kochany Pamiętniczku, z nadzieją, że jutro pośpię jednak, bo wstawać po nic nie muszę na gwałt :)  

 

 

 

czwartek, 22 stycznia 2026

Koszmar

zaczął się w niedzielę, Kochany Pamiętniczku.   Na pocztę wlazłam, pracową. A wiedząc, co napłodzili, znając ramy czasowe, zdałam sobie sprawę z tego, że w poniedziałek polegnę na dni. Z honorem, ale polegnę, a do kibla będę leciała z zaciśniętymi nogami. 
Więc (nie zaczyna się zdania od więc) tak: odcinek White Collar, to, co przyszło, odcink - taki przekładaniec sobie zrobiłam. Ach, jak byli zachwyceni. A ja milczałam jak kamień, miotając najstraszliwsze przekleństwa, ale morda w kubeł.

Pracowałam do 20.30, co z tego, że z własnej woli - nikt nie prosił, każdy pisał, że ustawia się w kolejce.

Tyle, że, kurwa mać, kolejka robiła się jak za komuny po mięso, bo pracowali wszyscy (no, prawie wszyscy), a ja jestem jedna, jedyna.

No nic.

W poniedziałek wstałam bladym świtem, a tam na poczcie już nowa kolejka i gdybym nie pracowała w niedzielę, byłaby co najmniej dwa razy taka. 

O 21 do drukarni pojechało wszystko, co miało pojechać.

A ja padłam na ryj.

We wtorek nie było lepiej, albowiem wtorkowej działki jazdy do drukarni nikt wcześniej nie dosłał, a było to kolejna porcja - 1/3 gazety. 

Skończyłam o 20.30, klnąc na czym świat stoi, jak rasowa wnuczka szewca. To był ten pierwszy przesunięty dzień. Niby przez reklamę, ale  skorzystali z tego dziennikarze, nie ogarniając w ubiegłym tygodniu nic, no bo mają... czas. Jeden z nich napisał mi nawet, że im się nie opłaca pracować wcześniej, bo pracują teraz nie na etat, ale zadaniowo.

Tyle że ja, kurwa, pracuję na etat, czyli muszę wyrobić i godziny, i ogarnąć wszystko - teoretycznie w ramach tych godzin. A nie ogarniam, bo... godzinami czekam na pracę. Tak, w luksusowych warunkach - nikt mi nie sterczy za plecami i nie mówi, że gram, czy że filmy oglądam, czy może sekszę? 

Tylko co mi z tego, kurwa, jak dostawszy tekst, który muszę ogarnąć pracuję w nadgodzinach, za  które nie mam ani złotówki?

Dlatego, że reszta ekipy pracuje zadaniowo?

We wtorek dodatkowo podniósł mi ciśnienie Inżynier. Albowiem dziecko me na cudnej główce od  dawna ma guz. Pospolity kaszak. Com się naprosiła - nie, nie, nie. Nosz, kurwa. Nagle mi pisze (zapomniał o starej, dobrej zasadzie - mamusię informujemy POST FACTUM - kiedy chcieli z lumpki wrócić w środę, pisali, że wracają w czwartek, i tym pięknym sposobem, gdy zlądowali w środę, matka była wniebowzięta, a omijało ją szarpanie nerwów i nieprzespana noc ze środy na czwartek), że jedzie do TP, prywatnie, do dermatologa, że być może uda mu się usunąć kaszaka. Bo ma luz w finansach. Matka w płacz, w szloch, że jak to, że mogła zafundować, że się martwi tym gównem od lat, i inne takie tam, bo może. Bo jest tak zaprogramowaną matką. Że jak po znieczuleniu samochodem będzie jechał. Bo matka ma koszmarne wspomnienia z czasów, gdy I. małoletnim pacholęciem był. Wykryła bowiem wtedy u niego w zgięciu kolanowym coś, co prawdopodobnie było kaszakiem. TEN szwagier był wówczas ordynatorem w Degi, ale akurat był na kontrakcie za granicą, bodaj w Afryce. Ale od czego rodzinne znajomości. Inżyniera przyjął bez kolejki kolega wujka, też jakiś rodzinny pociotek, bo tam lekarzy było jak mrówków. Przyszły Inżynier miał wtedy bodaj dwa lata. I pech chciał, że ukradli nam w przeddzień spacerówkę (trzymaną na korytarzu, ale wszyscy wtedy trzymali wózki na korytarzu, chociaż była wózkarnia - teraz mamy tam komórkę, do której nie lubię chodzić). Eks swoim zwyczajem pojechał na kawę do mamy na Wygwizdowo, bo mógł. A ja z dzieckiem do lekarza. Kaszaka (czy co to tam było, jakaś torbiel) kolega wujka usunął strzykawką, smród był nieziemski. Ale lekarz był wspaniały, bo ową śmierdzącą ciecz do laboratorium posłał i zadzwonił później, że spoko, że to zwykła gówno, nie nowotwór. A ja o mało nie umarłam, niosąc przyszłego Inżyniera na rękach i do tramwaju, i z pętli kuniec Dymbiec do domu, bo dziecko nóżka bolała, klnąc złodzieja.  Więc teraz męczę Inżyniera, już nie in spe, ale de facto, czy będzie analiza. Wyśmiał mnie, wyrechotał. Co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz. Mam nadzieję, że mu się ten głupi łeb dobrze zagoi i nic mu nie będzie.

Niełatwo być matką.

W tej złości we wtorek, już po wymęczeniu mnie przez kolegę, spóźnionego jak cholera, przeleciałam jeszcze 3 teksty niezlecone, na zapas, z rozpędu i ze złości.

Środa. 7.45 wlatuje ten nieszczęsny tekst z Australii od Bossa, na który czekałam. A ja na poczcie byłam dopiero o 9. Ale luz. Nie reklamował, że jego emilki nie dochodzą do mnie, a mnie się znów wątroba przelewała. Bo zostałam udupiona - ostatni dzień to praca zaczyna się koło 13, bo taka moda. Ale nawet po zakupy nie mogłam skoczyć, bo chuj wie, kiedy dośle 2. korektę i znów zrobi sceny. A że tego dnia ważyły się losy Mercosur, to wszystko stanęło w miejscu, nie było opcji, zanim się nie dowiedzą, co z tym. A że zawetowali, to posypały się wszystkie newsy, wywiady, wywiady robiono na nowo, czekanie na autoryzację, kolejny raz moje życie osobiste poszło się jebać, dlatego się z nikim nie umawiam, bo... no nie wiem, o której wyjdę z pracy.

Kolega, który przetrzymał mnie we wtorek przez własną prokrastynację, dosyłając mi spis, zapytał, czy bardzo jestem na niego zła i czy zrobiłam laleczkę voodoo...

Odpisałam, że jakem jędza, nie wpadłam na to jeszcze, ale pomyślę, bo dobry pomysł jest.

I tak się pieściliśmy redakcyjnie, wstępniaczek, ostatnie strony i nagle uświadamiam sobie, że Australia do mnie nie wróciła, a było już dobrze po godzinach. Alarmuję p. M. pojęcia nie ma, że Boss blokuje składkę. Więc ufff, nie będę się wtykała między wódkę a zakąskę.

Niech się naczelna męczy.

Męczy się. Dostaję Australię, ale Antypody są dużą literą. Więc reklamuję, że bez I. Zanim dostałam odpowiedź, zdążyłam przelecieć cały tekst, okazało się, że był po I korekcie, ale... Antypody niezaakceptowane, co mnie zmyliło. Tekstów nie pamiętam zaraz po skorekceniu, ale błędy z nich tak.

Więc odsyłam w osobnym emilku, żeby się nie  zgubiło w piętrowym, bo potem jest, że nie dochodzą. I dostaję emilka, że sam wrzucał, skracał i może się coś popierdoliło. Więc odsyłam skany jeszcze raz, ze sznurkiem do antypodów, bo Boss ma swoje reguły ortograficzne. Jak poszło, nie wiem, w dupie mam (choć nie za bardzo, bo moje nazwisko jest w stopce).

I już byłam w ogródku, z gąską się witałam, gdy...

Nowy emilek od Bossa. Z notatką o wyjazdach. Do Japonii i Rumunii w tym roku. KURWA. Bo wiedzą o tym od dawna pewno, a notka po godzinach...

Zamknęłam o 20.30.

Lekko licząc mam w tym miesiącu jakieś 28 nadgodzin. Nie do odebrania.

W międzyczasie pytam p.M., czy pyry znów się przesuwają.

Pisze, że tak, że reklama chce je przesunąć z 2 na 6 lutego.

Wybucham.

Że OK, ogarnę, jak reklama zapłaci za mój czas. Bo co miesiąc coś przesuwają. Wyliczam pracę w styczniu. P.M. wie. Docenia. Ale tym razem to przesunięcie koliduje jej z gazetą, a wiadomo, bliższa ciału koszula, jak sukmana. A ja 6 lutego zamykam maszynki. I nie, nie mam już ochoty na sprężanie się i ogarnianie wszystkiego, bo co mi z uścisku dłoni P.M. i tego, że raz na pół roku mogę się urwać? W reklamie pracuje ludzi od metra. Fakt, że  rotacja na maksa, bo za tę kasę nikt z młodych nie chce się męczyć, ale dlaczego za tych młodych mam się męczyć ja?

Byłam gotowa rzucić pracę. I. mówi, że no problem, bo zaczną oddawać pożyczkę, bo wreszcie się jako tako ogarniają i spłacają na dniach debet (nie że kredyt za chałupę). Ale mnie ta kasa niepotrzebna, mam za co żyć. W tej chwili. Nie opłaca się oszczędzać ani inwestować, ani się na tym nie znam, ani nie mam odpowiednich kwot.

Ale dobrze, że mam taką opcję.

Pranie ładuję.

Mam wrażenie, że padła grzałka, ale... Cukiereczek ma już prawie 40 lat. Ma prawo paść. Podnoszę alarm, bo przeglądając pralki jestem zniesmaczona. Nie ma prostych pralek. I nie chodzi mi o kasę. Po co mi pralka, która śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje? Z dotykowym ekranem zamiast poczciwego pokrętła. Sterowana smartfonem? Przecież potrzebne jest mi zwleczenia tłustej dupy z fotela, dotarcie do pralki - to już jakiś spacerek. A jak jebnie coś w tych elektronicznych cudach wiankach, to nic, tylko tysiące na naprawę.

Zrozpaczona, wlewam ocet do Cukiereczka i puszczam na 90 stopni. Nie piorę już od dawna nic na 90 stopni, bo nie mam takiej potrzeby. Cukierek grzeje. Alarm odwołany :) Kocham mojego Cukierka :) Bo na dokładkę nie tuczy :) 

W międzyczasie dostaję laurki od Łobuzów. Przecudnej urody, Alienek napisał DŁUGI wiersz, wzruszający, a Kalafiorkówna tresując babcię błąd zrobiła (na identycznej laurce dla dziadka błędu nie ma, nie ogarnąłby, kochana tresuje pracowe umiejętności babci) :) Wlecą z dziełami w sobotę, osobiście :) 

Z drugiego gniazda nic. Cisza. Ale już jestem z tym oswojona. Nic nie oczekuję. Chociaż... Nie wiem, gdzie jest P., może znów w terenie. Ale dzieci mają przecież matkę. I nie, kurwa, nic tego nie usprawiedliwia. Żaden autyzm ani inne zaburzenia rozwojowe. I tak, może laleczki voodoo nie zrobię, ale na pewno nie będę się wysilała na prezenty - już niedługo synowa ma urodziny. Może to i małostkowe, ale dlaczego ciężko pracując mam sponsorować kobietę, która nie pomyślała o mnie nawet w święta, w Nowy Rok, w moje urodziny? Której nic złego nie zrobiłam? Na 70. urodziny dostałam od nich... kubek... Niby okolicznościowy, bo ze zwierzem, którego nazwą od dawna mnie ochrzczono, no ale... Serio? Nawet nie był opakowany - dostałam z łapy do papy, z naklejką z ceną :) 

Nie, żebym nie lubiła niedrogich prezentów, ale...

Wolałabym laurkę, MW genialnie rysuje, a ja nie mam ani jednego jej rysunku.

Nevermind.  

Noc ze środy na czwartek to koszmar. Bo muszę być gotowa na 9.20, bo jedziemy z teściem I. do Małego T. na dziadowanie.

Uczucia mam mieszane, albowiem MT przyszyty jest na siłę niejako. Bo to kuzyn Łobuzów, bezbabciowy totalnie. A w ogóle bardzo zawiła story. I na dokładkę omija mnie jak śmierdzące gówno, szerokim kołem. 

Ma jechać z teściem I. Sama nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest to przedszkole, ale autobusy lubońskie i sam Luboń to dla mnie czarna magia, choć jeżdżą spod mojej chaty.

Śpię jak zając pod miedzą - ostatnio koło 4 zasypiam snem ze snami, w końcu nieważne, kiedy ruszę na kompa i czy w piżamce, czy w pełnym stroju. Obudzona o 4 już waruję (a dzisiejsza noc to samo, bo jutro idę z MW do laboratorium na badania - tak, kurwa, babcia jest potrzebna).  

Ogarniam się, o 9.20 już kwitnę pod blokiem, bo ciężko o miejsce do parkowania, bo nie wiem, czy dziadek napisze na telefonie bez okularów, bo no ja gupia cipa jestem.

Dziadek się spóźnia o akademicki kwadrans (znam go, wiem, że się spóźni). A tu podjeżdża jakaś limuzyna, w a niej dziadek. Miał jakieś cienkocienko czy cuś takiego (nie znam się na samochodach).  I staje na środku osiedlowej drogi, blokując 5 (sic!) samochodów jadących za nim.  Ani drgnie. Lecę więc kurcgalopkiem, przepraszając gestem zablokowanych... Siadam. Ruszamy. W samochodzie coś wyje, dziadek tłumaczy, że zablokowała go jakaś śmieciarka, więc się spóźnił. Dalej coś wyje, zanim uświadamiam sobie, że mam niezapięte pasy. Dziadek nie ogarniał, bo poprzednie cienkocienko nie miało takich bajerów. Jazda to jest to, przed czym się bronię, bo latach jeżdżenia z Eksem, który dobrym kierowcą nigdy nie był. Dziadek też nie jest, mówi, że kupił tę limuzynę, której wyraźnie nie ogarnia do końca, nie mówiąc o tym, że na rondzie jest jak pijane dziecko we mgle (cóż, nie mam prawa jazdy, ale po latach pilotowania Eksa, który na znaki drogowe miał wyjebane, jestem starym, doświadczonym kierowcą, z tym, że nie ogarniam pedałów (hahahaha, tych akurat ogarniam, nawet mówili, że fajna ze mnie pedalica), błądzi w okolicy (okolicy akurat nie znam absolutnie, on ponoć w niej często bywał, bo mama MT tu mieszkała), no jadę z duszą na ramieniu. Technika jazdy też tak na 2. I tak, dziadek jest ode mnie o 3 lata starszy. Na lekach uspokajających. I tak, gdybym ja taka była, może nie obaj synowie, ale I. na pewno wykopałby mnie z auta. I słusznie. Ludzie w pewnym wieku, a 74 lata to już jest ten pewien wiek, zwłaszcza na pigułach - to czas na pożegnanie się z samochodem, a nie na kupno nowego. Napisałam do I., że nie ma już opcji, że będę jechała gdziekolwiek z jego teściem, choć jestem ubezpieczona na 400 tys. na wypadki komunikacyjne :) Trudno. Nie chcę skończyć na wózeczku w razie niepowodzenia - Alienek postawił sprawę jasno: nie pcha wózeczka. Kalafiorkówna chce pchać, ale krzepa nie ta. A ja nie mam córki, która ewentualnie mogłaby mi zmieniać pampersy (dlaczego zawsze zwala się te pampersy na córki?), a syn i pampersy na mojej kubańskiej dupie (wiem, zmienialiby, tego jednego jestem pewna jak w szwajcarskim banku, aczkolwiek nie chcę tego absolutnie sprawdzać) :) 

Impreza u MT była bardzo fajna. Wyrobił się jak haczyk od kibla. Daleko mu do kupki nieszczęścia, która zwiała z sali, gdy byłam zaproszona na pierwsze dziadowanie. Men pewny siebie, uśmiechnięty, tak jak Kalafiorkówna ani się nie zająknął w tekstach (Alienek nie ogarnia za bardzo wierszyków i tekstów - nie, że idealizuję mojego Przydupasa). Siedząca obok mnie  babcia patrząc na to, jak MT się do mnie tuli i daje (sic!) miziać po łebku i całować (a dziadek patrzy spode łba, oni są w familii niepieszczący), mówi: ale wnuk podobny do pani. Piszę to do mamy MT, a ta zaprzecza, że absolutnie nie, że nie ma opcji. W sumie nie ma, bo nie łączą nas geny, absolutnie. Ale MT bardzo się zmienił i byłam zaskoczona i zaszczycona tym, że dał się ukochać. 

Potem jeszcze żarełko, buzi-buzi - dziadek nie zabrał MT do domu, choć mieszkają razem, ode mnie dostał czekoladę wypasioną, ale na ręce dziadka, bo ponoć zjadłby całą bez wahania - no cóż, geny jak u Alienka...

A ja przeszczęśliwa dotarłam na domowy memłon.

Zapraszany na herbatkę dziadek odmówił. Nie wnikałam, ogarnęłam, co chciałam. 

Jutro znów poranna pobudka dla MW.

OK, ogarnę, cóż.  Nakarmię. Dziecko nie jest niczemu winne, aczkolwiek... Ogarnęłabym osobiste z autyzmem, nawet w latach bez internetowcy mądrości. Potrzeba tylko odrobiny chcenia. Moi chłopcy - nie boję się już tego określenia - niekochani przez babcię, nigdy na nią złego słowa nie powiedzieli.

Bo to była mama ich ojca - zasługiwała na ich szacunek. Tak samo jak ojciec, niespełniający się absolutnie w roli ojca. I. ma jego pogrzebie płakał. 

P. - sama wyhodowałam takie kulawe dziecko, sama jestem winna, że nie umie wychować swoich.

Chociaż pewno i mnie przerosłoby dziecko z autyzmem.

Nieważne. 

Do piekarni muszę lecieć, bo wyciągnęłam ostatni chleb z zamrażarki.

Mam nadzieję, że  ogarnę jutro to, co mam do ogarnięcia.

I trochę odetchnę.

Bo w sobotę mam nalot.

Nie, nie ICE, nie mają mnie dokąd deportować (to tak a propos polityki, już mi się nie chce o tym pisać).

Łobuzy nalecą. 

Aczkolwiek dziadek, u którego nocowali tydzień temu (po raz pierwszy sami), był zniesmaczony, bo na wystawę LEGO wydał 280...

No cóż - stara prawda - kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród :) 

Ale... a, nevermind...

Chętnych zapraszam do odsłuchania genialnej piosenki, moich ukochanych Czarno-Czarnych


 Tak, wiem, ja i swing :)

Nie takie świat cuda zna :) 

 

sobota, 17 stycznia 2026

I już

 połowa stycznia, Kochany Pamiętniczku, za nami.

Pracowo to tylko płacz i zgrzytanie zębów.

Przede mną jeszcze 3 - najgorsze dni - a potem zaraz maszynki.

Ślizgawicę  przesiedziałam w domu na dupie, tłustej, kubańskiej, śniegu u nas dużo nie było, jeden dzień powyżej zera i za oknem znów zieloniuteńko :) 

Wczoraj uaktywnił się Pierworodny. Zaanonsował się sam na sobotę, więc OK, nie będę własnemu dziecku broniła dostępu do rodzinnych progów.

 Ajwajwaj jaki skruszony był za święta i Nowy Rok. A ja tym razem, jak oaza spokoju, jak kwiat lotosu, ale jasno powiedziałam, że OK, jak się zapowiedzą, mogą wlatywać, ale ja nie zapraszam do siebie, bo mnie też się nie zaprasza. I straszenie mnie przegubowcem nie pomaga, bo akurat na mnie ten przegubowiec nie szczeka. 

W sumie - w dupie to mam.

A do siebie nie zapraszam, bo...



 ... miejsca na moim jedynym stole na 5 osób nie mam. Nie mam nawet na 3 :) 

Poszłam dziś po równym tygodniu do Lidla i było 25 żonkili po niecałe 12 zł, więc kupiłam dwie wiązanki. Zasłużyłam, bo przez tydzień nie wydałam ani złotówki. A za dwa pierwiosnki zapłaciłam 10 zł razem (bo promocja 2 w cenie jednego), a zostaną mi fajne osłonki :) 

I tak nakarmiłam gada, bo znów z resztki rosołku ugotował mi się makaron z zupą pomidorową. Jeszcze na jutro mi zostało. Tak więc cały tydzień opędziłam zupkami z jednego rosołu, ugotowanego na skrzydełkach i korpusie kurczaka za 30 zł - z chowu bez antybiotyków. Cycki i całą resztę (musiałam sama go dzielić) mam zamrożoną. A cycki bez jednego białego włókna, więc nie był tuczony na gwałt. I rosołek ma jednak lepszy smak niż na zwłokach z budki. Tak też będę czynić - rybki, kurczaczek, rybki...

No może wołowinka od czasu do czasu, jak gdzieś się dopcham bez kolejki i bez wrednych bab za ladą.

Da się żyć.

Podziwiam Pierworodnego, aczkolwiek zakręcony jak słoik po ogórkach, to też ma nielekko. Niełatwo, ja przez całe życie nie nalatałam się z dziećmi tyle po lekarzach, ile on. Papryczka skierowano do poradni dietetycznej (no - jest dobrze zbudowany, nie jest otyły, ale ma nadwagę, nie da się ukryć, ale też miesiące całe siedział w O. u babci J., karmiony tym, co sobie zażyczył, znaczy się lodami i "zdrowymi" jogurtami, tudzież przekąskami i soczkami z tubek). Jak wiadomo, wszystkie te cuda wianki dla dzieci, ułatwiające ich żywienie to w większości sam cukier, syrop glukozowy i inne cudowne wynalazki. Błogosławione moje czasy, że dzieci jadły marchewkę z jabłuszkiem, ucieraną pracowicie moimi własnymi ręcami (często pokaleczonymi) na tarce, kiszoną kapustę i animrumrały, jak wchodzące wtedy na rynek napoje w puszkach były zakazane w chałupie. Sokowirówkę miałam i choć klęłam, myjąc ją co dzień, dostawały soki świeżo wyciskane. Za biedna byłam na kupowanie gotowców. Puszek. Jako jedyne na osiedlu nie miały kolekcji puszek na szafie, do czasu aż sąsiadka, znudzona wycieraniem kurzy z kolekcji puszek syna (PPD, co tydzień każdą puszkę wycierała własnoręcznie, stojąc na drabince) nie dała jej Inżynierowi. Obiecał ścierać kurze. Po dwóch miesiącach mu się znudziło, mnie jeszcze szybciej i cała kolekcja wylądowała w koszu wiklinowym do bielizny, w którym wożony był po urodzeniu jego brat i on... I dalej na śmietniku :) I tak się skończyło rumakowanie z puszkami.

Jakoś nigdy nie kusiły mnie gotowce, poza mrożonkami, bo wiadomo, pracowałam.

Dzieci od małego pyry obierały. Ja, wróciwszy do pracy, gdy Pierworodny miał lat 12, a Inżynier 8, jako że z Eksa pożytku w kuchni nie było żadnego - do jedzenia pierwszy, do roboty ostatni, fochał się i jechał na Wygwizdowo do mamy na kawę, ogarniałam mięso - a resztę ogarniały wg rozpiski dzieci. Brytfanna, już od lat nieużywana, ale wciąż w kącie szafki zachomikowana służyła do zapiekania risotta - uwielbiali, a starczała na dwa dni, mimo trzech materiałów żrących, bo ja to jak ptaszek jadłam :) No było i mięsko, i ryż i masa warzyw.

Zdrowo.

Gdyby Papryczek stacjonował u mnie (a stacjonował kiedyś przez tydzień i po tym tygodniu uświadomiłam sobie, że dziecko nie dostało ani pół loda w tym czasie, a i na zakupy ze mną chodził, nie śmiał w sklepie zamarudzić o cokolwiek, choć ponoć babcia J. miała pól wózka wypchanego słodyczami i zachciankami), dalej byłby tak podle żywiony jak jego ojciec :) 

Małej Wiedźmie się upiekło, bo ona po SJ jest. Lubi kwaśne, ostre, a słodkie liźnie, ale nie przepada :) No i jest jak SJ w młodości, smukła, idealna - najidealniejsza, bo ma cycki, których babcia nigdy nie miała (i nie ma).

Ale wracając do Papryczka. W poradni dietetycznej (na wizytę tam czekali 1,5 roku - chciałam zasponsorować prywatnie, ale wykręcali się, a że trochę schudł, myślałam,że coś ogarnęli) wyśmiano skierowanie, bo aczkolwiek dziecko ma nadwagę, nie jest otyłe. I... skierowano do poradni diabetologicznej. Wizyta jakoś na jesieni. Na moje, że na badanie insulinooporności kieruje lekarz rodziny od ręki, a i ja mogę zapłacić jak coś prywatnie (400 zł - niemało, ale oj tam, oj tam) P. zaczął się wykręcać, że żona, że sranie w banie. Nie to nie. Biła się nie będę.

MW ma kolejne badanie krwi (ta torbiel), ginekolog zaliczony, przed nią wizyta u psychologa na ten autyzm...

Chyba bym oszalała na ich miejscu.

Sama leciałam do lekarza na każde kichnięcie.

Do rodzinnego.

Ale Eks przy wszystkich swoich wadach miał jedną zaletę - byli w środowisku lekarskim. 

I tak, każde choróbsko było zaraz ogarniane hurtem, z dostępem do profesorów (P. zeżarł kiedyś głąb od kapusty, było podejrzenie wyrostka, wylądował na oddziale prof. Fibaka, wśród dorosłych pacjentów, którzy traktowali go jak maskotkę). A i mnie w początkach depresji po stracie pracy, gdy Świtalski zamknął wszystkie gazety z dnia na dzień, a ja zostałam na lodzie z 700 zł renty ogarnął też profesor, który jako jedyny lekarz w moim życiorysie przyklęknął i obmacał mi kostki u nóg, by stwierdzić, że fizycznie jestem idealnie zdrowa, ale że to stres - i błyskawicznie wyciągnął mnie. Za pomocą najprostszego środka uspokajającego, po którym spałam jak aniołek, nie zdążyłam się uzależnić i wróciłam do formy.

P. na huśtawce takiej góra-dół przytrzasnął sobie duży palec u nogi. Palec sczerniał. Telefon do TEGO szwagra. Przyjechał, a jakże, w nocy. Kazał sobie dać cerówkę i zapalić świeczkę. Jednocześnie rozglądał się po mieszkaniu i lustrował książki. Kazał P. mocno trzymać i czytając kątem oka książkę, która go zainteresowała, nagrzewał igłę w płomieniu świecy. Odwrócił się nagle, wbił igłę w paznokieć, krew siknęła aż na ścianę. No i... Pierworodnemu nic nie było :)

Tak, że wspominając wiele innych historii chorobowych moich dzieci, łącznie z tym, że u Pierworodnego lekarka rodzinna stwierdziła zwichnięte bioderka, na co wparowałam do chaty, obrzucając brzydkimi słowami TEGO szwagra, który był właśnie w trakcie specjalizacji ze zwichniętych bioderek, miałam go za godzinę w domu i kazał powiedzieć lekarce, że ma rozum zwichnięty :), widzę, jak wiele trosk mnie ominęło, pomijając tę nieszczęsną historię z Inżynierem, kiedy już byliśmy sami i miałam kasę. Ale i w zwykłym szpitalu ogarnęli go wspaniale, a na moje, że zapłacę, ile chcą, wyśmiali, bo... leczyli go aspiryną, idealnie (odpukać, niech dalej będzie tak cudnie, jak jest, choć zmądrzał na tyle, że półmaratonów już nie biega). 

 Podsumowując - P. chce tylko ogarnięcia dzieci.

I w tym mu kibicuję.

I nieważne, jak gówniane mam stosunki z jego żoną (może w jakiś sposób to moja wina, ale pierdolę, nieważne, choć włosy dęba mi stanęły na wieść, że na wyprzedażach kupiła 10 par butów, co z tego, że za 400 zł - na chuja komuś 10 par butów, zwłaszcza że pewno im się w tej ciupie nie mieszczą, a dawałam kasę na buty dla Papryczka, bo pogryzł mu pies i nie miał w czym chodzić, za mało dałam, nie znając cen butów, bo ja buty kupuję, jak mi z kopyt spadną, dopiero sobie przypomniałam, że w UK, mając dla siebie jeden pokój, mieli w nim skrzynię, w której ona miała 30 par butów, on zasuwał w jednej). Liczą się dzieci. MW ma teraz ferie, mówił, że chodzi z koleżankami, a dopiero wieczorem uświadomiłam sobie, że... Ona, ucząc się w szkole w chmurze, ma teraz ferie razem z województwem mazowieckim. Wielkopolska ma ferie w lutym.

Trudno, nie zapewnię rozrywki (a chciałabym), bo ten tydzień mam na maksa zapchany, łącznie z czwartkiem, kiedy jadę z Dziadkiem (nie, nie mam faceta) do L. na imprezę do Małego T. do przedszkola, z okazji Dni Dziadostwa (a już myślałam, że mam to z głowy).

Pracując z maszynkami, ale to nieważne jeszcze, kiedy zrobię, zaś w następnym tygodniu też luzu nie mam, bo zamykam maszynki, a potem już od razu ukochana gazetka, jeszcze na luzie, ale nie do końca.

Nakarmiony, puszczony z torbami

Jego aktówka, gdy pracował u W., znalazłam w niej ważne papiery I., które czekają na niego...

 ... i moja, autentyczna torba lekarska, z prawdziwej skóry, dzięki tej torbie m.in. dostałam pierwszą pracę w korekcie, bo moja szefowa powiedziała, że lubi kobiety z dużymi torbami. A ja odstałam ją od TEGO szwagra. Wypastować, oczyścić i jest super. Nawet nie podziękowała (a chciała taką). Ja już nie potrzebuję, nie udźwignę, a i boję się, że ktoś może mi ją z rąk wyrwać( wszak jestem staruszką). Trochę mi było żal się z nią rozstawać, ale cóż, do grobu nie zabiorę, jak wywali na śmietnik (ja nie miałam serca), może znajdzie amatora? Zapytałam, czy dostała, odpowiedziała, że spoko :) 

A Inżynierostwo,  pojechawszy na zabawę z pracy Inżynierowej, podrzucili Łobuzów dziadkowi i ciotce, o czym dowiedziałam się jakoś okrężnie (I. się sumitował, że nie miał czasu, jak oni wszyscy nie mają czasu, że to pierwsza samodzielna nocowanka Łobuzów u dziadka, no u mnie już przebrali miarę...). I nie, nie przeszkadza mi to. Łobuzy były zdegustowane długą wyprawą tramwajem po mieście. 

A ja, odprawiwszy Pierworodnego, który nie spieszył się jakoś w wyjściem, zakończyłam dzień rozmowami (plotkowaniem) na MSG, stąd wiem wszystko.

I słuchaniem moich piosenek na Spotify...

Kontemplowaniem, nicnierobieniem (poza tym, że korytarz dyżurnie umyłam, ale nie czułam się źle), pranie zrobił automat, aj tylko wieszałam (pranie, nie siebie, of course).

I Białymi kołnierzykami na Disneyu, ojeżukolczasty,  jakże ekscytowałam się 1, sezonem z torrentów.

Na streamingu mam sezonów 6. Może ogarnę wszystkie.

I gra Matt Bomer. 

Ma oczy jak moja pierwsza, jeszcze przedszkolna miłość.

Który już jest w lepszym świecie.

Wiem, wiem, głupia jestem.

Mój ojciec zawsze się ze mnie śmiał, mówiąc - sama nie wiem, gdzie leży przyczyna, gustuję w brunecie, wzdycham do blondyna :)

I w MOIM wieku gustować i wzdychać?

Jarać się? 

Moje oprogramowanie fabryczne jest jednak od początku sfelerowane :) 
Ale co w tym złego, że wstając (wreszcie) od kompa i słuchając (ja, niedosłysząca) Carnival, kręcę się, zamykając oczy i czując, że znów jestem w TYCH ramionach?

Chociaż wczoraj, gdy przez moment moje serce za



biło dziwnie i czułam, że zanika mój mózg...

No cóż.

Nic nie może wiecznie trwać :) 

Ale żyję,a  narcyzy jutro  wszystkie chyba będą już rozwinięte. Cała pięćdziesiątka...

Dzisiejszy wieczór sponsoruje Hugo Strasser and his Orchestra :) 

 


 

 

sobota, 10 stycznia 2026

Wracając

 do starych zwyczajów, Kochany Pamiętniczku, zwlókłszy szlachetne, aczkolwiek tłustawe zwłoki z wyrka i patrząc za okno, uświadomiłam sobie, że to jest idealny dzień na walkę z roztoczami :)

Postawiwszy drabinkę, nakrywszy kockiem, wywaliłam całą pościel (nie zrobiłam jednak fotki, mój błąd) i tak sobie ta piramidka poleżała aż do 17, kiedy z lekka wilgotną i pachnącą mrozem pościel ściągnęłam do chałupy. Ach, jak cudnie. Nie przeżył ani jeden roztocz i dobrze, chuj im w roztoczową dupę. Stara metoda, idealna, tak jak trzepanie dywanów na śniegu. Chociaż mój brat, zaangażowany kiedyś do trzepania, wrócił wnerwiony, mamrocąc, że z moich dywanów to nie ma czego wytrzepywać :) 

Tak, stare, proste sposoby są fajne.

I akurat taki mamy okres pogodowy, że warto je zastosować.

Aczkolwiek nie za bardzo chyba warto latać w koszulinie (dobrze, że zakrywającej dupę) na balkon w ten mróz (oj tam, oj tam, Kundel mówi, że to żaden mróz, tylko mały mrozik, choć jajami szoruje po śniegu).

 Jako że w koszulinie nie za bardzo zmarzłam, postanowiłam odwiedzić Manhattan.

A idąc tam i kontemplując 

zdjęcia są akurat jak wracałam, ale oj tam, oj tam


 

alejka opiaszczona jak należny, bez soli, a chodniczek czyściuteńki jak dupa niemowlaka po umyciu...

Mróz tak z 7 stopni, co jest nawet OK, mimo tego, że nie mam pod dżinsami rajstop, ani kozaków nie mam, a łysa główka goła...

Do fryzjera wlazłam.

Była 10.30, pani mówi, że o 11.20 może mnie ostrzyc.

Żachnęłam się, że to za długo, że tęsknię za czasem, gdy mogłam pokiblować w kolejce na ławce. No a ona: a kto pani broni kiblować? Zapraszam na ławeczkę :) 

Tom zaklepała tę 11.20 i polazłam do Faworu. W Faworze kolejka, postałam 25 minut, w cieple, męcząc się w płaszczu, ale czas leciał.

Rybny - dostałam srebrzyka - pyry ze srebrzykiem i surówką z marchwi i jabłka - lepsze jak obiad w knajpie. 

I matiasy, prawdziwe, już wymoczone dostałam, dwa słoiczki z jabłkiem i cebulką oraz śmietaną mam w zapasie - będzie na ten nadchodzący ciężki tydzień :)  

Chciałam do Mielczarka (bo Sobkowiaka bojkotuję, odkąd niemiła pizda na prośbę o zmielenie mi łopatki powiedziała, że jest gotowa zmielona - czy ja wiem, co oni tam mielili, a na prośbę o cienkie pokrojenie szynki pokroiła ją na palec grubo, w końcu płacę i wymagam obsługi - za moją kasę ma pensję, niedorobiona księżniczka), ale tam zawinięta jak świński ogonek kolejka na co najmniej pół godziny stania, bo Bystrego w Galerii zamknęli, Galerii też nie ma, więc mimo trzech rzeźników w okolicy znów kolejki jak za komuny. Więc poszłam po zwłoki. Zwłok nie było. Więc do warzyw. Stragany z warzywami pozamykane, tylko "mój", który się ucywilizował i ma nową budkę - czynny. Obkupiłam się i sruuu do fryzjera. Była 11.10 jak tak dotarłam.


 A fuj :) 

O 11.20 byłam już na fotelu i lżejsza o 60 zyla

ruszyłam do chaupki, śląc fotki I., na co odpowiedział: nareszcie matka wygląda jak człowiek :) 

Kochające dziecko.

Jeszcze wróciłam po czosnek, bo zapomniałam i idąc w stronę słońca, wlazłam do Aldi, gdzie dorwałam kurczaka gospodarskiego, wartego każdej wydanej złotówki, bo nie miał ani jednego białego włókna w cycu. A takie włókna mają i kurczaki hodowane na gwałt i te z Ukrainy - moja budka na targu się jednak zepsuła. Spokojnie, aczkolwiek niefachowo rozebrałam kuraka, ogarnęłam resztę zakupów. Spotify grało, rosołek pyrgolił, żyć, nie umierać.

Jako że druga połowa dziecków, która taka chętna była na spotkanie ze mną, nie odezwała się, odetchnęłam.

Stół (jedyny w tej chałupie) mam zastawiony badylami, bo się trafiły, a będą za chwilę kwitnąć.

Mieszczę się tam i z pracą, i z jedzeniem (hahahaha, jem przed kompikiem), ale perspektywa ściągania wszystkiego i upychania po kątach, żeby obsłużyć tych, którzy mnie nigdy obsługiwać nie chcą...

Czekam na hasło: hej, możesz iść z MW do laboratorium?

W sumie - pójdę, dlaczego nie? Co dziecko winne?

Dość mu już życie w dupę daje.

Mnie - poniekąd, ale ja przyzwyczajona.

Ogarnęłam wolnym walcem resztę kuwety - niekoniecznie perfekcyjnie, ale pomijając traumy dzieciństwa, kiedy latami na kolanach szorowałam wszystkie podłogi - i te z desek, z których odłaziła farba, i te z płyt paździerzowych, z których też po jakimś czasie odłaziła farba, i te znów z desek, lakierowanych, ale zniszczonych, i te z lentexu, pastowane nawet na kolanach (najdłużej w moim życiu), teraz lecę moje panele mopem od niechcenia - na luzie. Cóż, moment po sprzątaniu tu i ówdzie w pobliżu asparagusa (nie mam co z biedakiem zimą zrobić) leżą znów igiełki - ale zdejmujesz bryle i luz... Nie widać. 

I tak, sprzątając, tanecznym krokiem, bo w kieszeni ajfonik ze Spotify (bo to jest ten okres, kiedy roznoszą listy o podatku od chałupy, a mnie się nie uśmiecha znów na poczcie po polecony stać - roznoszą w sobotę urzędnicy, żeby zaoszczędzić na znaczkach, potem wysyłają pocztą), żebym dzwonek słyszała...

Spędziłam sobotę.

W międzyczasie Cormoran Strike...


 

Zaczęłam znów od 1. sezonu, bo dawno temu go męczyłam. Serial na podstawie książek autorki Harry'ego Pottera. 

Lubię. Jest bodaj 6. sezonów, a ma być 8.

Coś na moje najbliższe pracowe tygodnie.

Na bezrybiu i rak ryba.

I tak ogarniając kuwetę, przerywając ogarnianie odcinkami, podzielną uwagę mam, słucham piosenek, oglądając z napisami - nie kręci mnie słuchanie angielskich dialogów, języka się już nie nauczę, nie ma opcji...

... wypoczywam na maksa.

I... podzielną uwagę mam.

Patrząc na Toma Burke nagle zaczynam myśleć o moim ojcu.

Tom, jak i moi synowie, z lekka zarośnięty jest.

Co tępię, zachwycałam się P., kiedy przyszedł do mnie prosto od golibrody, młodszy o co najmniej 10 lat.

I. też jest seksi bez tego zarostu, ale że jego żonie się podoba, to morda w kubeł, nie mam nic do gadania.

Tym bardziej że I., jako jedyny człowiek na świecie mówi tak, żebym widziała, co on mówi :) 

Baran kiedyś zdziwiony stwierdził, że I. mówiąc do mnie, mówi zupełnie inaczej, niż normalnie :)

A i do dziś mówimy do siebie sposobem, który wkurwiał Eksa.

Niesłyszalnie. Przydaje się to przy Łobuzach, które pewnych rzeczy nie mają wiedzieć.

Co zadziwia wciąż Inżynierową :) 

Żeby tylko nie pomyślała, jak Eks, że spiskujemy.

Pierworodny już tak perfekcyjnie nie umie, albo może i nie dba?

Muszę go mitygować: mów wolniej.

Wnuki się uczą.

A ja, nawet w aparatach, nie lubię facetów z zarostem. Bo mało, że nieseksowni (cóż, taki mój model uroku), to często nie widać, co mówią.

Eks miał wąsy, kiedy go poznałam. Takie wąsy z lat 80. Brrr... No cóż, nie mówiłam nic, ale... Golił je często, choć nie lubił. Bo nie mógł się ze mną dogadać, bo nie widziałam, co mówił.

Okrutna jestem.

Między nami - rosół z kościami to zupa, a chłop z wąsami to dupa :) 

I wracając do mojego ojca.  Gość, którego nigdy nie widziałam nawet z dwudniowym zarostem. Nawet na największym kacu. Do dziś widzę, jak rano na klamce od okna, na takiej trójkątnej klamrze zawieszał rzemień, na którym ostrzył brzytwę. Mydło rozrabiał pędzlem i golił się. Jego golenie, czerwone, jaskrawoczerwone (jak moje, kurwa mać, a to ponoć oznaka śmierci sercowej), wąskie, zaciśnięte (jak moje) usta, spokojne pociągnięcia brzytwą i twarz gładka jak dupa niemowlęcia. Nawet, gdy wstawał o 3.50, by zdążyć na banę o 4.15, którą jeździł do pracy. 

Pas, rzemienny, którym obrywaliśmy za winność i niewinność. Brat oberwał nim za NIEWINNOŚĆ i do tego czasu rzemień zniknął jak kamień w wodę.  Ojciec przerzucił się na żyletki. A pas, sparciały, znalazł się po kilkunastu latach, wrzucony w komórce do kartonu po pralce (nie, nie automatycznej, ale wypasionej, marki Światowid), gdy likwidowaliśmy mieszkanie rodziców...

Ojciec już wtedy miał golarkę elektryczną.

Ogolony do końca swych dni.

Nie pamiętam, żeby kiedyś przytulając mnie - podrapał.  

Takie dziwne wspomnienie mnie dziś naszło.

 Cóż, bywa.

Ale jest cudnie.

Dziękuję, życie, za ten dzień :)  

czwartek, 8 stycznia 2026

Wyszłam

 dziś z domu po tym, jak przesiedziałam tydzień na dupie w chałupie, Kochany Pamiętniczku.

Nagrzana do granic możliwości.

Raz, że jest jak jest, dwa - praca, za którą tak tęskniłam i którą kocham tak, że nawet w czasie urlopu pracuję - podbiła mi ciśnienie tak,  że oberwał biedny wice :) Jak zwykle - niewinny, ale dyżurny chłopiec do bicia. Inna para, że zna mores przed moimi siwymi włosami i przepraszał, że mnie zdenerwowali :) 

Taka jędza jak ja to wszędzie ma dobrze.

Ale po kolei (co zawsze wywalam z reportaży moim kochanym redachtórom, bo mogę) :) Bo to zapchajdziura i mamrotanie jest, jak się nie wie, co napisać. :) 

Dni leniuchowania płynęły leniuchowo, w zasadzie nie odchodziłam od kompika, co świadczy o tym, że jestem jak najbardziej Anonimową Komputeroholiczką i powinnam się leczyć.

Wciągnęłam, co się wciągnąć dało.

Włości raporty podsyłały, jak dzielnie forsują zaspy śnieżne (śmiech na sali, jak to były zaspy), ale zdjęcia Łobuzów i Kundla, z Inżynierem w tle - miło było.

I sensacja na skalę światową - dwa dni ogarniali w pocie czoła - i mają spiżarnię. Z prawdziwego zdarzenia - są półki, wszystko ma swoje miejsce. Ponoć stały tam jeszcze kartony z ostatniej przeprowadzki sprzed 3 lat, więc było co robić.  Najwyższa pora zacząć ogarniać to wszystko, bo chata nowa, a zagruzowana :) 

A ja niby miałam w planach to i owo, ale Niechciej zwyciężył. No na bieżąco ogarniałam, ale żeby się wysilać i dokopywać, nie.

Pocieszam się myślą, że jak pójdę do Abrahama na piwo (choć wolałabym na wino), to już nie będę się musiała martwić o te wszystkie rupiecie i przydasię. 

Niszczarkę kupiłam, to będą mogli spokojnie poniszczyć to, co trzeba.

W środę z radością wróciłam na pracowy memłon, nieco już znudzona nicnierobieniem, chociaż w czasie urlopu z doskoku i z dobrego serca skorekciłam powolutku to, co podesłali do bydełka. To jakoś ratowało moją tęsknotę.

I... rozczarowałam się.

Na poczcie nie było nic. Nie było nic aż do 13. Nic. Null, zero. A w czwartek miało lecieć do drukarni. Niby tylko 32 strony, z czego większość już odfajkowałam w I korekcie, niemniej jednak...

Do 15 przyszły jakieś 3 teksty.

A ja: grałam, żarełko było gotowe, bo została mi z 6 stycznia piękna porcja karpia, bez jednej ości, zrumieniona, niezmulona, nie tak jak ten wigilijny spalony karp teścia I., którego (i teścia, i karpia z zapałem godnym lepszej sprawy bronił I.). Do 17... Kurwa. A mogłam iść w stronę słońca, ale nie - myślę - jutro do drukarni. Na emilka nikt nie odpisywał, dopiero pod wieczór uświadomiłam sobie, że w redakcji pustki, bo... seminaria w terenie. Jak dojechali - chujwi, bo na terenach, gdzie zasypało po kokardkę i kucyki. Dlatego nigdy nie chciałam być reporterem, choć namawiał mnie polonista - że mam pióro. Może i pióro mam, ale... Nie cierpię włóczenia się po świecie, a już teraz na stare lata najchętniej nie wychodziłabym w ogóle z chałupy - dobrze mi tu.

To i p. M. przepadła, bo miała na głowie GS - profesora, a jakże... Tego, którego pisowni nazwiska muszę zawsze pilnować, bo piszą takie cuda wianki, że ojapierdolę :) A jest z umlautami, które uwielbiam :) 

No nic. W czwartek sobie pospałam prawie do 9, I. już od 8 badał teren, czy matka jeszcze żyje, czy już  może odetchnąć, że spadła mu z karku, a że od 1 stycznia zasiłek pogrzebowy wzrósł, to ma już prawo odejść... 

Więc kurcgalopkiem odpisałam, że ma się nie łudzić,  jeszcze się do zasiłku nie dorwie i drugim kurcgalopkiem poleciałam na pocztę, oczekując kolejki. Poczta pusta była. Ogarnęłam wyrko, powłóczyłam się z sensem i bez sensu w koszulinie, oczka zakropiłam, pigułki zeżarłam, kąpiołka, śniadanie zrobiłam i skonsumowałam. A poczta pusta. Pasjanse ułożyłam codziennie, których nie ułożyłam rano, i dopiero wtedy wpadł pierwszy tekst. Na wydruczku. Potem drugi, od JB, wice, z podkreśleniem, że funkiel nówka prosto z Podlasia :) 

I do 13.30 cisza. A ja, kurwa, powinnam pracować od 9 do 13. A dziś do drukarni. O 13.30 z lekka ruszyło, ale na moje emilki jasnej odpowiedzi nie było. 

I tak się zwlekło do 14.30, kiedy przerobiłam kurcgalopkiem (no co, dobra jestem w te klocki) to, co miało być przerobione, po czym po przepraszającym emilku od wice dowiedziałam się, że druga redaktorka jest od dziś do jutra na zwolnieniu lekarskim, beniaminek od krófków ma jeszcze tylko spis, ale będzie jutro. A wiszą ludzie z drugiej gazety (nie cierpię współpracy z nimi), których naczelny przysłał mi teksty w grudniu, gdy byłam w szale zamykania ukochanej gazetki, z poleceniem na MSG, że na cito. Zgrzytając zębami zrobiłam na cito, dziękując, że wcześniej, bo idę na urlop.

Zamknęłam ukochaną gazetkę, poszłam na urlop, wróciłam z urlopu, by dziś dowiedzieć się, że oni do II korekty przyślą teksty... jutro. Bo sobie przesunęli zamykanie, bo się nie wyrobili. Jak, kurwa, skoro pisałam, że słać, bo nawet w czasie urlopu ogarnę?

Tego lekceważenia cudzego czasu nigdy nie ogarnę. Tu nie ma usprawiedliwienia, poza tym że to są ludzie z Warsiawki - co ich nie usprawiedliwia, ale wyjaśnia cały bajzel.

Oberwał wice, a potem wzięłam na uspokojenie i mi przeszło.

I tak się ogarnęłam, ubrałam, zgarnęłam z balkonu zgromadzony na nim plastik i dwa 10-litrowe worki bio, błogosławiony niech będzie mróz, dołączyłam 3. 10-litrowy worek bio, no co, zielska dużo jem, więc są obierki i założywszy zimowy płaszczyk (kupiony na wyrost, więc wciąż się w niego mieszczę), pomaszerowałam najpierw do śmietnika, a potem do Lidla. 

Zakupy jak na wojnę, bo wciąż wysyłają te jebane alerty RCB, że apokalipsa, armagedon i koniec świata.

Dokupiłam 5 porcji suchych drożdży - jak coś sobie chleba napiekę, nie muszę lecieć do piekarni.

Boję się śliskiego, nie chcę się połamać, albowiem - jak już pisałam, nie ma chętnych na pchanie wózeczka :) 

A tymczasem droga do Lidla była suchuteńka, wzorowo odśnieżona - no niecała, bo już przy budowie nowego centrum - błocko i nieodśnieżony kawałek. Ale zawsze mogę iść do Aldi - tam wszystko ogarnięte. I jezdnia, i chodnik - cut malina - aczkolwiek przechodząc na pasach czuję, jak klną ci, którzy mnie przepuszczają, bowiem te białe pasy są śliskie - chyba przez farbę.

Jakby na to nie patrzyć, krócej będą czekali, zanim ja przepełznę, niż gdybym się tak na środku jezdni rypła :) 

I tak, spora część kraju jest zasypana i maja tam kłopoty. Ale u nas jest normalna zima. I tam, gdzie jest dużo śniegu powinni się cieszyć, bo primo po pierwsze - zasiewy przykryte taką warstwą śniegu przetrwają bez szwanku nawet minus 20. Primo po drugie - takie warstwy śniegu odbudują zasoby wodne, których naprawdę brak.  

No ale mamy XXI wiek - wszystko zmechanizowane, skomputeryzowane, ekologiczne, praktyczne, idealne - w praktyce się wali.

Nie ma prądu - i dupa blada.

Bo nie ma wind, wody, ogrzewania, łączności, samochody elektryczne (a my mamy tu w Koziołkowie też i bimby, i autobusy na prąd) nie ruszą nienaładowane. 

Lepsze jest jednak jak widać wrogiem dobrego. Przegięliśmy w drugą stronę. 

A i ja coraz częściej łapię się na tym, że głupieję.

Bo zamiast jak kiedyś szukać rozwiązania problemu w książkach - szukam w necie. Bo łatwiej, bo wklepujesz w wyszukiwarkę i już masz.

Tyle, że coraz częściej odpowiada AI, która się uczy i bzdury mówi.

Chociażby w mojej działce - korekcie - kłamie jak najęta, jakby jej za to płacili.

A i cudowne filmiki okazują się dziełami AI, spreparowanymi tak, że nie do odróżnienia jest, czy mówią prawdę, czy kłamią.

I nie każdy jest na tyle biegły (ja nie jestem), żeby zawsze dostrzec deep fake.

I zmieniająca się z dnia na dzień terminologia, żeby ją ogarnąć, potrzebuję pomocy właśnie AI :) 

Ze wzruszeniem wspominam zdziwienie Kierownika Budowy na widok moich półek, zawalonych książkami. Pytającego, po co mi te wszystkie książki, skoro jest Internet, gdzie jest wszystko? Po co mi stara Mała encyklopedia PWN z lat 90. (nie chce mi się włazić na drabinę i szukać roku wydania), wydrapana pazurami spod ziemi? Że już wiele rzeczy jest nieaktualnych. Zgadzam się, ale gdy będzie blackout i padną internety, może nawet na wieki wieków amen (tego się obawiam), moje stare książki będą jednak - w większości - źródłem informacji. 

Widzę to już po rolkach - kocham rolki, kocham, zwłaszcza Pawlaka i Lubersona, bo pozwalają mi przetrwać to jebane czekanie na pracę. 

Ale...

Nacięłam się i już nie raz, nie dwa na rolki żarełkowe.

Pokazują, że to, śro, tamto i cut, mjut o ożeszki. Tak było, że kaki (uwielbiam), zmiksowane, dodać kakao, schłodzić i jesteś w raju. Zrobiłam. Dupy nie urwało, kubki smakowe nie oszalały i... Wolę samo kaki. I tak wychodzi z większością tych rolkowych cudów. Bardziej smakują mi potrawy z dzieciństwa, ze starych przepisów z książek kucharskich, gotowane z pamięci, z zeszytu z przepisami.

Dojrzewam do stwierdzenia, że te wszystkie cudne cuda to robienie sobie zasięgów przez celebrytów (olaboga, ci współcześni celebryci - jakie brzydkie słowo - bo nie  są to dawne gwiazdy jak - od żarełka Ćwierciakiewiczowa) to pic na wodę i kasa dla nich. A dla mnie bardzo często zmarnowane produkty, jem, bo nie umiem wyrzucać do kosza dobrego, aczkolwiek nie za smacznego jedzenia.

I te wszystkie cudne diety odchudzające. Gimnastyki na krześle. Tai chi. Żyć, nie umierać. Masło szkodzi, masło leczy. 

Jedz margarynę, bo margaryna to dobry przysmak dla Gagarina.

Tak, czasy są jakie są. 

I pora włączyć zdrowy rozsądek.

Dziś poczytałam sobie w internetach, dlaczego trampek tak bardzo chce Grenlandii.

Bo tam są wszystkie tajemnice Wszechświata i obcych, które zakasowały nawet Strefę 51.w podziemnych tunelach, olaboga, nie ogarniam tej spiskowej teorii dziejów, bom nikim, ale że trampek musi zdobyć Grenlandię, żeby się wszystkiego dowiedzieć - to dla mnie już absurdalnie niepojęte, ale cóż, bywa i tak :) (Zapisać w kajeciku - za dużo sf. Chociaż - wiele SF się dziś spełnia). C'est la vie. I za to je AŻ tak kocham, że nieprzewidywalne, zaskakujące, czasami nawet miło.

Jak miło zaskakują mnie możliwości komunikacji dziś - mnie, osobę niedosłyszącą, dla której telefon jest złem wcielonym. A gdy w autobusie widziałam kogoś, rozmawiającego migowym - na MSG, na Face Time, na innym komunikatorze - jaki piękny jest dziś świat, co nie? 

Więc z jednej strony fajny jest ten XXI wiek. Niesie tyle możliwości oraz jednocześnie narzędzi zagłady, hakerzy i inne takie tam, jest nieprzewidywalny i bardziej szalony niż XX.

A z drugiej, ja, urodzona w XX wieku, wciąż powtarzam jak mantrę tę piosenkę:

 


 

z moim ukochanym, w skrytości, Klenczonem, bo wiedziałam, że to nie moja klasa i nie moje sfery, ale kręcił mnie (i kręci do dziś, ale śmieszne)...

 

I ten wiersz Małgorzaty Hillar. Zapisany w jednym z wielu zeszytów z wierszami, przepłakałam przy nim wiele nocy:

My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy Księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów


Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi


Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami


Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami


Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości  

 

A ja, SJ, przeżywszy już pierwsze ćwierćwiecze XXI wieku, wciąż żałuję, że bliżej mi do końca, niż do tamtych wzruszeń.

Wciąż ciekawa, co jeszcze rypnie. I nie mam tu na myśli ukochanej gazetki :) (Chociaż oczami duszy widzę zespół lamentujący za czasami, kiedy korekciłam ja, a nie AI) :) 

 I wciąż dziwię się światu. I nie planuję już nic.

Bo życie jest nieprzewidywalne do bólu.

Ale jednak - piękne.  

Się rozpisałam znów.

Pewno to znak, że koniec za rogiem i muszę się wygadać, zanim zamilknę na zawsze.

Też Cię kocham, Kochany Pamiętniczku :)