skojarzyć, Kochany Pamiętniczku, dlaczemu mnie znów cholera po nocach miota, nie pomaga zmienianie kierunku spania i inne takie tam.
Piguł nie biorę, bo jak sobie poczytałam (wiem, wiem, mądrości internetów), to nawet "niewinna" melatonina czasami jest bardzo winna.
Więc - o dziwo - po wywaleniu piguł spałam całkiem nieźle - dopóki - no właśnie - nie nadeszła kolejna pełnia.
Nie, żebym specjalnie szukała, ale czasem mi wyskakuje i zgadza się, jak w szwajcarskim zegarku, jest pełnia, jest zabawa. No bo...
... teraz tak przed 18 taka lampa na niebie. Pytam I., mówi, że u nich nic, ale wychodzi z Kundlem i mówi, że też wali po oczach. Oni mają inny układ okien niż ja i mają też bardzo szczelne żaluzje, nie rolety.
A u mnie w tym czasie nagle w pokoju zrobiło się jasno, jaśniuteńko.
Jakby się uparła, to mogłabym tam mimo mojej zaćmy korektę robić bez lamki :)
Na podłodze też mogłam czytać, a w przedpokoju takież światło leciało i z kuchni (z wzorkami od badyli stojących na oknie), tak samo z małego pokoju. A dziś ma się zacząć jakaś znów "kultowa" Pełnia Śniegu.
Jednak jestem sfelerowana, skoro mimo spuszczonych rolet spać nie mogę, tak mi ten, pod którym w młodości spędzałam wspaniałe lata, gapiąc się nań (no pewno dlatego nie spałam, że mnie wprawiał w tryb turbo) i...
Na resztę spuszczamy zasłonę milczenia.
Zakupy zrobiłam, zaopatrzona jestem, wprawdzie w moim Heimacie nie ma być AŻ takich mrozów, ale jednak ze szpar w pokoju wieje, kaloryfer mam rozkręcony na maksa, z drżeniem serca myślę o rachunku za ogrzewanie w tym sezonie. Cóż, zapłacić zapłacę, w końcu nie na darmo pracuję, należy mi się ta odrobina luksusu, ale... Zatęskniłam za Kundlem Roombą, nie pogniewałabym się teraz, będąc stacją dokującą, ale... wyłazić z nim na taki mróz - nie, nie ma opcji. Z trudem wciągam więc te ocieplane skarpeto-kapcie i jakoś dotrwam do wskoczenia pod kordełkę.
Nawet nie chce mi się wyciągać tej zimowej, ciężkiej, szytej na zamówienie ze wszystkich sweterków i innych cudów do zgręplowania...
Kto dziś szyje takie kordełki?
Na moją z jakąś tam specjalną pianką nakładam dwa kocki z Pepco i jest git majonez.
Za młodu, gdy zmęczona zabierałam się za czytanie Wyborczej, leżąc na kanapie i ogarniała mnie senność, a dzieci były już wytresowane, to gdy zdrzemnęłam się, nakrywały mnie kartkami z gazety (Sama ich tego nauczyłam, gazeta lekka, nie budziła mnie tak jak dotyk koca - na dotyk jestem wrażliwa do bólu, bo to ruch, a nie słysząc, sypiałam z noworodkami jak zając pod miedzą, budząc się na najlżejszy ruch - mam to do dziś. Eks spał w dupie miał płacz niemowlęcia) i to było superogrzewanie :)
Żeby nie umarnąć w oczekiwaniu na wiosnę (cóż, kiedyś takie zimy, a nawet gorsze bywały, ale młodość inaczej to ogarnia niż starość - nie, żeby mi było za zimno, ale... nawet nie mam ciepłych butów, ani rajstop pod dżinsy też nie mam - ostatnie kupiłam na ślub Inżyniera, nie założyłam, gdzieś tam w szafie, zetlałe, gniją, nawet nie wiem, czy wciągnęłabym je na kubańską dupę), gapię się na namiastkę wiosny.
Kupiłam w Lidlu jakiś ekstrat do kwiatów ciętych, coby dłużej (z)dychały, w domu przeczytałam etykietę (w marketach za gorąco, żeby wszystko czytać, zakupy zrobić i do kasy pokolędować z pełnym wózeczkiem, choć czytam błyskawicznie nawet taki mały druk, tu był w 5 językach, więc odpuściłam), że nie można wody z tym wylewać do kanalizacji. Zatem pytanie: gdzie ją wylać? Bo zlew to też kanalizacja, jakby na to nie patrzeć. Wypić nie wypiję, bo nie ma procentów :)
Zgrzewkę Perlage kupiłam, nieekonomicznie, nieekologicznie, ale...
Jestem specjalistą od czarnych scenariuszy.
Mróz jest? Jest. Może coś jebnąć? Może.
Wytrzymam bez mycia? Of course, z dwójką niespuszczoną może być gorzej. Ale człowiek nie wielbłąd, pić musi. Piątkę szlag trafił, z cysterny (ODPUKAĆ) nie doniosę nic, no może na ta dwójkę trochę - więc mam Perlage, bo to 700 ml, do wózeczka się wcisnęło. No ale... biorą mi 50 gr kaucji za butelkę. Razy 6 (bo tyle w zgrzewce jest) to już 3 zł. No dobra, ale... ponoć mam w okolicy te butelkomaty. Nigdy nie korzystałam. Są w Biedrze i Aldim. I tu się zacinam, jak przy paczkomatach. Lidl musi przyjąć butelki. Nie ma tam butelkomatu, a nie widziałam nigdy, żeby tam ktoś plastikowe butelki oddawał, czy puszki. Oczami duszy widzę, jak odbierano kiedyś szklane butelki kaucjonowane. Kiedyś (w zamierzchłej przeszłości też oddawałam, na wymianę). Puszki w czasach picia piwa (to były piękne dni, zwłaszcza z Warką Strong), wkładałam pięknie do foliówki i kładłam koło kontenerów, w UK serce mi pękało na widok walających się wszędzie puszek, nasi bezdomni zwariowaliby z radości po takich żniwach. Nie, nie będę gromadziła plastikowych butelek w domu, nie mam na to miejsca, ani potrzeby, dopóki pracuję, ale kto wie?
I jak ten lekarz, który na widok mojego orzeczenia: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi, zapytał rzeczowo: co za chuj to pani napisał, zapytam równie rzeczowo: co za chuj tę kaucję wymyślił? Przecież już te nakrętki przyspawane do butelek załatwiły nam powrót do dawnego klimatu...
Hahahahahahahaha, mokry sen Gretynki.
Odróżniam klimat od pogody.
Ale denerwują mnie takie drobiazgi.
Na maksa mnie wkurwiają.
Dotąd, segregując śmieci (za segregowanie też płacę, i to niemało, jak nie posegreguję), mafia śmieciowa ma się znakomicie od zawsze (co wiadomo po przestudiowaniu działania tejże w USA), nie mogłam do bio wrzucać kości i resztek mięsa, ba nawet ości rybek (kurwa, chyba powinnam mieć już doktorat z segregowania śmieci). Bo nie, bo mogły przenosić wszystkie choroby odzwierzęce. Więc pracowicie, wrzucając do bio nawet osteczki karpia starałam się tam nie wrzucić. I nagle: BUUUUM... Można wszystko wrzucać, bo - tadam, tralalala, bum, tralala, nie jedzie to już na kompost, ale jedzie do spalarni śmieci. No dobra, ale... nie wszędzie są spalarnie...
Bądź tu mądry i segreguj śmieci.
Kiedyś były kontenery na białe i kolorowe szkło, tłumaczono to różnicami w składzie. Teraz są u mnie tylko kontenery na szkło kolorowe.
Wrzucam tam też białe słoiki, ale jak mam ich dużo, stawiam obok w siatce.
Znikają.
Może ktoś wrzuca do kontenera, a może się komuś przydały?
Żarówki do zmieszanych. Świetlówki do osobnych pojemników (nie ma ich, całe szczęście, że nigdy nie miałam świetlówek).
Elektrośmieci (szczęściara, mam koło Manhattanu przy szkole pojemnik na nie, ale muszę tam dojść w tygodniu, w weekend zamknięte), baterie praktycznie mogę oddać w każdym markecie...
Uff, zmęczyłam się tym sprzątaniem.
A i jeszcze resztki roślinne (mam cały wór, stoi na balkonie od... chyba 3 lat, jak mam osiołka, to nie ma specjalnego kontenera, jak nie ma osiołka - mam lec na dnie z honorem, tachając wór?).
Wracam do
Matt Bomer.
Jak moje młodzieńcze marzenie.
Niestety, woli swoją płeć.
Warto ogarnąć te 6 sezonów. Zwłaszcza w takie mroźne dni, jak te. I w takie czekające na pracę :)
Mam szczęście do gejów, nie da się ukryć. Wszyscy fajni, naprawdę porządni mężczyźni w moim życiu okazywali się gejami.
No dobra, Eks i chłopaki nimi nie są, ale większość ekipy - tak :) Nie żebym żałowała.
Cóż - rechot losu - wszyscy wspaniali, czuli mężczyźni mają już swoich chłopaków.
Może dlatego wolę też być singielką na stare lata?
Bo tak naprawdę, wyjąwszy młodzieńcze wielkie miłości (aczkolwiek bardzo czasami bolesne - nawet do dziś), nigdy się tak świetnie nie bawiłam - kiedy nie oczekiwałam nic, ani kiedy ode mnie nic nie oczekiwano.
Oprócz jednego Edka, przydupasa, który czasami ośmiela się mnie pazurem trącić, a potem znów - jak to gej... :)
W którymś momencie obiecałam sobie, że nic już nie będzie mnie bolało - i tego się trzymam. Działa.
Oglądałam dziś rolki, z aktorami. Takie tworzone przez AI. Film. Bohaterowie w nim, a potem oni po latach. Odeszli - sylwetki ze skrzydłami, ile lat mieli w momencie grania roli, ile lat mają dziś.
I chociaż wiem, że nikt mnie nigdy w takiej rolce nie zestawi - może moja ramka coś da?
Codziennie wyskakują mi we wspomnieniach komentarze Ewy Krahl.
Kolejnej osoby, której w mym życiu bardzo brakuje, chociaż nigdy nie poznałam jej realnie.
Która odeszła znienacka. Jak wiele innych osób.
Nieznanych, a znanych.
Jak Misiek, op z czatu na Onecie, wielbiciel Japonii, tępiący bez litości słowo dupa, co omijałam słowem sempiterna. Chyba nawet młodszy od moich chłopców. Już nieżyjący.
Herak z Onetu. Z kilkoma ludźmi z łódzkiego czatu (mojego ukochanego) miała kontakty, nie, nie były realne. Poza jednym wyjątkiem, który o mało nie zburzył mojego dobrego życia.
Ja, Licho bez numerku. Numerek dekonspiruje.
Długo nierozszyfrowana, zaplątana potem w różne postczatowe historie.
Piękne.
Niewiarygodne.
Ciągnięte przez Naszą Klasę i początki FB. Czasem korci mnie, żeby śledzić dalej, wrócić, do tego, co się urwało.
Ale potem myślę - po co?
To se ne vrati.
I może kogoś zranić...
A potem inny onetowski czat, który też przyniósł wspaniałe przyjaźnie, wpłynął i na mnie, i na moje dzieci. Pozytywnie. I na parę innych osób też. Na przyjaźnie, takie, że nie widzisz się latami. A łączy nie tylko ludzi, ale i ich rodziny.
Niech trwa to, co jest warte trwania.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
I tym optymistycznym akcentem kończę dziś...




















