piątek, 23 stycznia 2026

Coś się

 wszędzie kiełbasi, Kochany Pamiętniczku. Cuda wianki.

Rano wstałam jak ten włóczęga, co do brzegów Bajkału podchodzi, klnąc na czym świat stoi. 

No ale ja jestem osobą, która na czole ma wytatuowane: obowiązek. Obiecałaś, rób i nie pierdol. 

Pierworodny się uaktywnił, jak wulkan Krakatau, że MW będzie koło 9. Odpowiedziałam, że sama MW ma się zameldować, bo ja już silna, zwarta, gotowa, czekam na nią.

No i czekałam, pamiętając o wszystkim, nawet karteczkę z prośbą o receptę uszykowałam, żeby specjalnie nie latać. Poprosiłam o dwa opakowania, bo starczają mi na 112 dni, a są pełnopłatne, więc po co mi recepta na pół roku i obciążanie pamięci, że trzeba leki wykupić, bo nie dadzą wszystkich, chyba co 2 miesiące wydzielają. Oddając zaś karteczkę, poprosiłam o niedrukowanie papieru, żeby to zapisali (bo zapomniałam). Pani upewniła się, że mam emilka i telefon i pochwaliła decyzję.

MW napisała, że już jedzie, że spotkamy się koło przychodni. Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, a ta znów: o boże, (tak, małą), nie leć babciu (w szoku, bo moje wnuki mnie tykają, co mnie nie zachwyca, ale takie czasy, co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz?), zapomniałam skierowania, muszę po nie wracać. Głupia jestem. Uprzejmie odpisałam, że OK, i nie głupia, tylko roztrzepana jak jej ojciec :) 

Znów, że jedzie, więc wskoczyłam w obuw i płaszczyk (dzięki Basiu, za uprzedzenie, że piździ, bo wydawało  mi się, że jest OK, 5 stopni to nie tragedia, z piżdżeniem była tragedia i nawet ja, niemająca żadnej czapki, żałowałam, że jej nie mam, po południu już założyłam szal na ten łysy łeb). A przed przychodnią stoi dziewoja jak malina, w rozpiętym płaszczyku, bez czapeczki, szalika i rękawiczek, chuda jak szparag. Nie ukrywam, że opierdoliłam. Ale pomogło jak umarłemu kadzidło, choć nawet mnie, której zawsze jest gorąco, było dziś zimno. Lata temu, a mróz był trzaskający, idąc na pętlę tramwajową, zauważyłam szparaga płci męskiej, bez czapeczki, bez szalika, bez rękawiczek... I pomyślałam, że biedna jego matka. Doszłam do  niego i... okazało się, że to moje osobiste dziecko jest. To młodsze. Nawet sweterka nie miał, tylko koszulę i krawat. Bo do budy chodził w krawacie, taki look. Na moje darcie ryja spojrzał na mnie z politowaniem. I nie, że aż taka bieda była. Do dziś mam pełną szufladę rękawiczek, szalików, tylko czapeczki gdzieś wydałam. I nie, nie były to czapeczki z Biedronki :) Jak widać - geny zygzakiem poszły, bo dzieci Inżyniera ciepłolubne są, w czapeczce chodzą tak, że nawet ja im każę ściągać czasami, bo się pocą i są przegrzane :) P. czapeczkę nosi. 

W przychodni kolejka jak za komuny (do laboratorium, bo tam kolędowałyśmy). Same próchna (wiem, wiem, też próchno ze mnie, ale mam poczucie rzeczywistości), nie mieli go zaś kolejkowicze, kłócący się: pan/pani tu nie stała, pan/pani stoi za mną... 

Prawie godzinę straciłyśmy w tej kolejce. I standardowo, MW zaraz pryskała, nie czekając nakazanych 10 minut. Tradycyjnie - do piekarni, wprawdzie nie Faworu, ale po bułeczkę i ciasteczka dla  Tych z Dżemorem. Wybacz, Basiu, mam focha, ale co dzieci winne, że rodzice niedorozwinięci. A, w kolejce spostrzegłam, że Papryczek wczoraj wysłał mi życzenia, spóźnione, ale zawsze. Nie wnikałam, co go olśniło, podziękowałam. Cóż. Życie.

I przy okazji kupiłam chleb, wprawdzie nie taki, jak mój ulubiony z Faworu, ale na samą myśl o wędrówce do Faworu w tym wypiździejewie, a do pieczenia melodii nie mam, poległam. Kiedyś w tej piekarni kupowałam chleb i żyję, to mogę zrobić replay :) Prywatnych piekarni w okolicy jak mrówków jest.  

Nakarmiłam MW tak, że o mało nie padła.

W międzyczasie odezwała się mama Małego T., pytając, czy nie mam jelitówki, bo MT ma kolosalną. 

Zdrętwiałam, wiadomo, że przedszkola to bomba biologiczna. A ja mało, że tuliłam MT, to jeszcze tuliłam go długo i po łebku całowałam, co go kręciło. No ale myślę: skoro nie mam nic dotąd, to może mnie nie siekło? Między nami - rzecz, której najbardziej nienawidzę na świecie to rzyganie. Niby nie problem, mam łazienkę całą dla siebie, ale rzyganie? Piszę, że może po jedzeniu (ja chyba mam anioła stróża, bo były słodycze a la szwedzki bufet, a ja nie lubię jeść na stojąco, w tłoku, no i gros było z makiem, a mnie mak w ząbki włazi, więc olałam słodkie i nic nie piłam, o suchym pysku jechałam, może to mnie uratowało? A po powrocie do domu pierwsze, co zrobiłam, to ręce szorowałam - zawsze tak mam, a pandemia to spotęgowała. W Lidlu kupiłam zaś przecenione o połowę wielkie sushi, które zmiotłam, bo lubię, a przecenione było, bo... miało ostatni dzień przydatności, a jak wiadomo z sushi żartów nie ma. Ale nic - do tej chwili nic, czuję się dobrze (odpukać) i niech tak zostanie. I nie przypominam sobie, żeby moje dzieci kiedykolwiek miały jelitówkę. Ani ktokolwiek z dorosłych. Ale też zapędzałam zawsze wszystkich bez pardonu do mycia łap. Pierworodnemu to minęło, Inżynier ma. Ale w ich rodzinach są jelitówki często. Nie wiem, czy to coś w powietrzu, czy inne - żona I. jest chodzącą bombą biologiczną - pracuje w przedszkolu.

Nevermind. Niech zostanie bez niczego. A nie wiedząc jeszcze od przypadłości MT, zapędziłam MW bezlitośnie i niegrzecznie jak dla gościa - do łazienki, z poleceniem mycia łap. 

No a potem MW rozwaliła mi cały plan dnia, bo zakładałam, że zje śniadanko i spłynie, bo kto tam ze starą babcią będzie siedział, tym bardziej, że odnoszę wrażenie, że za wielką moją fanką nie jest.

I...

Tu spotkała mnie niespodzianka.

Ona ma ferie, bo uczy się w chmurze, a chmura ma ferie z Mazowszem. Więc nie wykręcała się lekcjami. Zapytała, czy może posiedzieć, zastrzegając, że jednak będzie musiała się wynieść, bo ich Kundel przyzwyczajony jest do jej obecności i jak za długo jest sam, to po prostu nudząc się, gryzie co się da i nie da... No cóż, żaden ze znanych mi Kundli nie jest dobrze wychowany.

I tak sobie gawędziłyśmy, pokazywałam rodzinne precjoza, parę dostała, bo na co mi bransoletki, których nie założę, bo boję się, że będę musiała wzywać straż pożarną do ich zdjęcia, a jej się podobają? I tak eksplorując nieruszane od lat szuflady w szafie, znalazłyśmy płytę Linking Park, której szukał Pierworodny. Ale szukał na słupku, a ja zapomniałam, że mam jeszcze multum płyt w szufladzie. Nie byłam pewna, czy to płyta P. czy I., obaj słuchali. Pytam I., też nie pamięta, ale mówi: niech mama jej da. Cóż, w epoce Spotify i innych cudów, płyta to żaden niezbędnik, ale MW ma geny swojego ojca pod względem płyt. I szalała z radości, że ma 7. płytę Linking. Serio? Wiem, że moi chłopcy lubili, ale... nie kojarzę. Może kiedyś posłucham, jak będę miała nastrój :) Znalazłam jeszcze dwie płyty, które na pewno należały do P., bo sama mu na urodziny fundowałam bilet na koncert... Więc bez żalu oddałam, nie są t moje klimaty - lubię, posłucham, bo ja nawet hip-hopu słucham czasem, co dzieci do dziś szokuje, ale proszę 


 czyż to nie jest duszeszczipatielne?

I tak próbując dokarmić tę chudzinę i otwierając rzeczy nieotwierane od lat, dostała jeszcze pierścionek z panieńskimi inicjałami Cioci, akurat na jej palec, ze srebrnej przedwojennej monety, ja mam taki z inicjałami po Mamie, to dostanie Kalafiorkówna, jak będzie chciała. Wyczyściłam pastą do zębów, nie myślałam, że Meridol da radę tak samo jak kiedyś Nivea. Oczka jej się zaświeciły, jak zobaczyła wyczyszczony, srebro w pełnej krasie. Tego nie kupi na straganie, to są dzieje.

A ona lubi opowieści o rodzinie.

I teraz clou :)

Podpytuję, drążę, a znajomi, a makijaż, a dyskoteki, a chłopak...

Takie tam, bez presji, jednocześnie śmieje się, jak bardzo jesteśmy podobne i jednocześnie różne. Że lubię ją sauté, bo jest śliczna, ale i ja nie byłam bez grzechu, bo malowałam się jak ulicznica, wkurzając nie tylko mojego ojca, ale i chłopaka :) 

I tak nam szło, a szło, aż mówi: babcia, chcę ci coś ważnego powiedzieć, to mój sekret. 

I tak dowiedziałam się pierwsza w rodzinie, rodzice niby się domyślają, ale nie rozmawiają (upewniłam się, żeby jej przypadkiem nie zdradzić, nie wkopać) o ważnej dla niej rzeczy. Niełatwej. Przypuszczam, że rodzice ogarną, ale to już nie moja działka. I słowa: tobie, babcia, mogę wszystko powiedzieć, babcia J. padłaby chyba trupem.

Więc tak, nie jestem najgorszą na świecie babcią i chociaż mam śladowe kontakty z Tymi z Dżemorem, chociaż MW ma spektrum, co ja nie do końca jeszcze ogarniam - jestem chyba dobra w te klocki z czarowaniem rzeczywistości. 

I tak, wkurwiam się, że nie pamiętają, nie celebrują.

Ale to są moje wnuki.

I cieszę się, że jak coś - mają do mnie zaufanie. Bo dobrze mieć w życiu ludzia, który rozumie i nie ocenia. 

I jednocześnie czuję ciężar tego zaufania.

I dar tych uścisków na pożegnanie. Że jestem. Że ogarnę jak coś. Wesprę. Pomogę, bo człowiekowi jest to potrzebne.

No cóż, tak wyszło. Stara Jędza ochrzciła pierwszą wnuczkę (na którą się buntowała, że ojacierpiędolę, ja, taka młoda kobieta, mam być babcią? WTF? Dzieli nas 56 lat, jak można zostać babcią w wieku 56 lat? Nieporozumienie i ironia losu...). 

Dobrze być babcią MW :)   

A teraz otwieram wino


 

 Francuskie, a jakże, zgodnie z deklaracją. Vive la France i na pohybel Ameryce i tenisówce. 

Szargającej wszystkie świętości, które dotąd jednoczyły ludzi na całym świecie, po zimnej wojnie.

I niech wiadomość o uruchomieniu 

https://www.impeachtrumpagain.org/
 nie jest fake newsem - może jakieś światełko w tunelu jest?

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech... 

 

A jutro, jak nic nie jebnie, najazd Hunów.

Niestety, skończyły mi się miny przeciwpiechotne i drut kolczasty.  Przeciwpancernych nie użyję, bo miałabym wyrzuty sumienia :) 

Do napisania, Kochany Pamiętniczku, z nadzieją, że jutro pośpię jednak, bo wstawać po nic nie muszę na gwałt :)  

 

 

 

4 komentarze:

  1. 😀Życzylam dobrych chwil z MW?No i byly!😍I niech tak zostanie, niech będzie dobrze! A dziś- dużo sily😃! I u mnie wino wypite, polowa zostala na dziś, po wyjeżdzie moich.O trampku już wolę nie wspiminać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze życzysz Basiu :) Dziękuję :) Niech i Tobie się darzy i szczęści :)

      Usuń
  2. Hue hue, ja czapek tez nie nosze, rekawiczki rzadko, bo lapy trzymam w kieszeni, a jak pizdzi albo mrozi, ze uszy by odpadly, to zakladam opaske na te uszy, czapek w ogole nie mam na stanie, bo mi sie z fryzura nie zgadzaja. :)))
    Kundel Toya, znana Ci wprawdzie wirtualnie, ale zawsze, jest kundlem dobrze wychowanym, nie wchodzi w szkode kiedy zostaje sama w domu, slucha i ogolnie to psia dama. Wlozylismy w to duzo pracy, bo pies jak dziecko, sam sie nie wychowa i nie rozpozna, co jest dobre, a co zle.
    Fajnie, zescie z MW tak sie zblizyly, ona jest teraz bardziej samodzielna, nie musi chodzic gdziekolwiek w towarzystwie rodzicow, moze bedzie czesciej do Ciebie wpadac, zeby sie wygadac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem, że Toya jest Damą, idealnym amstaffem (o ile dobrze pamiętam?). Moja synowa, psiara do bólu szpiku na dźwięk słowa amstaff robi się sztywna i nie pogadasz. Cóż, każdy z nas ma inne preferencje. Ale ja wszystkie psy podziwiam z daleka, nie wątpiąc w ich idealne prowadzenie się :) Kocham platonicznie, z daleka... :)

      Usuń