jeden radosny filmik, Kochany Pamiętniczku, a jebnę.
Serio?
A podobno to ja jestem uzależniona od siedzenia w necie.
A nie wysłałam, kurwa, ani jednego jebanego filmiku.
Po odebraniu kolejnego, jak to bardzo jestem niezbędna w nowym roku osobie, która przez cały rok nie znajduje dla mnie ani minuty, mam ochotę wyjebać całe te social media w Kosmos.
Inżynier już dawno temu oduczył mnie spamowania.
Bo to jest spam i nic innego.
Pamiętałam o wszystkich - złożyłam życzenia wszystkim, ogólnie, na moim wallu. Kto bywa na nim - widział, przyjął do wiadomości, zalajkował bądź nie, odpowiedział bądź nie - nieważne.
Osobiste życzenia i to niekoniecznie w formie oklepanego w danym momencie filmiku, wysyłam osobiście do wybrańców :) Nie z listy.
Tak samo nie wysyłam łańcuszków typu "rak piersi" i inne takie tam.
Nie sądzę, żeby to cokolwiek zmieniało w podejściu do badań, do profilaktyki.
Może się mylę, ale dostawanie łańcuszka, w którym jestem wpisana na listę pierdyliarda obcych mi zupełnie osób, z której wypisać się nie mogę, bo akurat mam tylko jebany telefon i tam nie wiem, jak się wypisać, potem zapominam o tej liście, a następnie tragicznym zbiegiem okoliczności wysyłam prywatną wiadomość do pierdyliarda osób, z których jedna nigdy nie powinna tej wiadomości widzieć - jest coś takiego jak prywatność i niekoniecznie muszę w tym momencie kogoś oczerniać, obgadywać, ale nie we wszystkie sprawy powinien być dany delikwent wtajemniczony - kurwa mać.
I nie, nie zdarzyło się dziś nic złego, łańcuszki pousuwałam, teraz już pilnuję interesu.
Czy ludzie - rzekomo rodzinni, towarzyscy, otoczeni bliskimi - nudzą się aż tak bardzo, że muszą wysyłać spam?
Ja, samotna, opuszczona, zaniedbana - spamu nie ślę, bo jak ktoś odczuwa potrzebę rozmowy ze mną, napisze. Jeżeli ja chcę pogadać pytam, czy ktoś ma dla mnie czas.
Jak mam focha, to mam focha i nie ma zmiłuj.
A jebane świąteczne filmiki sama potrafię znaleźć w necie.
Jak mam ochotę - wrzucam je na walla, mój wall, moje zasady, nie chcesz - zablokuj mnie, nie oglądaj.
Nie blokuję komunikatorów, bo ludzie czasem potrzebują pomocy.
Ja też.
Kolęda minęła. Dzwonili, jak do pożaru. Podzwonili i poszli.
I już.
A ja ogarniam ostatni sezon Doc Martina i już mnie dupa boli, co dalej. Ale od 3 stycznia będzie Ania, więc spoko :0
Gdy tak siedziałam w półmroku i ciszy, bo dźwięk w kompie wyłączyłam nagle jak jebło...
O mało na zawał nie zeszłam.
Nie miałam aparatów.
Może dlatego, że był półmrok i cisza tak mnie poderwało.
I już nie dziwię się protestującym przeciwko fajerwerkom.
Z tym, że to nie był fajerwerk, ale niezła bomba - petarda.
Niezła, bo nawet mnie poruszyła.
No nic, pewno jestem przed okresem, skoro mnie wszystko tak wkurwia :D
poniedziałek, 30 grudnia 2019
sobota, 28 grudnia 2019
Operacja
"Boże Narodzenie" zakończona stuprocentowym sukcesem, Kochany Pamiętniczku.
Było tak, jak zaplanowałam, a nawet miłe niespodziewajki były :)
Pierogi dziewice nieśmigane dalej w zamrażarce tkwią, bo nie mam, jak Alf, kilku żołądków.
Dzięki niespodziewanej wizycie Barana (online, of course, nie ma tak dobrze) zamroziłam sernik (skleroza, bo oni co roku zamrażają) i dzięki temu nic się nie zmarnowało, jako że bigos, także nówka nieśmigana spoczął w słoikach, jako i pieczeń.
Nie gotowałam przez dwa dni, bo... karp był i mandarynki.
Jakoś tak wyszło i było całkiem OK :)
Radio Pogoda w Wigilię nakurwiało same kolędy, nie tylko polskojęzyczne, ale dzięki temu, że były różne interpretacje, nic się nie przejadło.
Inżynier z bandą dopieścił.
Banda Pierworodnego nawet wesołych świąt nie napisała na żadnym komunikatorze, co nie ukrywam - wkurwiło mnie.
Nie wiem, jak zareaguję, jak okaże się, że jestem potrzebna za baby sitter.
Bo zwykła przyzwoitość nakazywałaby nauczyć wnuki pożyczenia babci, co nie?
Ale w dupie to mam, jako że dupa u mnie pojemna.
Przez trzy dni nosa z domu nie wychyliłam i było mi z tym przefantastycznie.
Potańczyłam trochę i choć nie były to hołubce wywijane z Baranem, było pięknie.
Czasem trzeba coś dla siebie zrobić i tak uczyniłam.
W drugie święto Kalafiorkówna rok skończyła i dała sobie powinszować, Skubana.
To naprawdę były fajne święta i... niczego mi nie brakuje, choć może powinno?
Bo nie otoczyłam się rodzinną atmosferą?
Bo nie zmywałam sterty garów i nie ogarniałam na nowo kuwety?
Nie wyszłam, bo nie miałam na to ochoty, a i pogoda nie zachęcała.
Posłuchałam melodii łapiących za serce.
Oglądnęłam parę fajnych rzeczy.
I zakochałam się w
Brytyjski do szpiku kości. I krajobrazy jakie za mną chodzą bez ustanku. Jest osiem sezonów, będę ogarniała szósty :)
I taki jeden w R, był niemile zaskoczony, że mnie nie ma
Zapytał Barana wprost: A Dorota gdzie...
Też za nimi tęsknię... Ale sorry Winnetou, musiałam :)
Sobota: zakupy, bo pieczywo się skończyło, korytarz, bo mój dyżur, z leksza chaupka, bo za bardzo nie ma co ogarniać, a w sylwestra nie będę.
I zaczynam poprawiać internety, co znaczy, że za pracą się stęskniłam (ale cicho sza)...
W poniedziałek kolęda, więc akcja przyczajony tygrys, ukryty smok, co mnie WKURWIA, bo...
W żadnym cywilizowanym kraju księża nie chodzą po kolędzie i nie wymagają kasy.
Mój dom, moje zasady.
A, polecam też
Mądry film, szkoda, że polski Kościół to całkiem inna bajka jest.
W mojej parafii też.
W mojej, z przymusu, nie z wyboru, bo ponoć wyboru nie mam.
Więc...
Co ma być, będzie.
I tak w zawieszeniu do tego nowego roku i jeszcze parę dni później.
Było tak, jak zaplanowałam, a nawet miłe niespodziewajki były :)
Pierogi dziewice nieśmigane dalej w zamrażarce tkwią, bo nie mam, jak Alf, kilku żołądków.
Dzięki niespodziewanej wizycie Barana (online, of course, nie ma tak dobrze) zamroziłam sernik (skleroza, bo oni co roku zamrażają) i dzięki temu nic się nie zmarnowało, jako że bigos, także nówka nieśmigana spoczął w słoikach, jako i pieczeń.
Nie gotowałam przez dwa dni, bo... karp był i mandarynki.
Jakoś tak wyszło i było całkiem OK :)
Radio Pogoda w Wigilię nakurwiało same kolędy, nie tylko polskojęzyczne, ale dzięki temu, że były różne interpretacje, nic się nie przejadło.
Inżynier z bandą dopieścił.
Banda Pierworodnego nawet wesołych świąt nie napisała na żadnym komunikatorze, co nie ukrywam - wkurwiło mnie.
Nie wiem, jak zareaguję, jak okaże się, że jestem potrzebna za baby sitter.
Bo zwykła przyzwoitość nakazywałaby nauczyć wnuki pożyczenia babci, co nie?
Ale w dupie to mam, jako że dupa u mnie pojemna.
Przez trzy dni nosa z domu nie wychyliłam i było mi z tym przefantastycznie.
Potańczyłam trochę i choć nie były to hołubce wywijane z Baranem, było pięknie.
Czasem trzeba coś dla siebie zrobić i tak uczyniłam.
W drugie święto Kalafiorkówna rok skończyła i dała sobie powinszować, Skubana.
To naprawdę były fajne święta i... niczego mi nie brakuje, choć może powinno?
Bo nie otoczyłam się rodzinną atmosferą?
Bo nie zmywałam sterty garów i nie ogarniałam na nowo kuwety?
Nie wyszłam, bo nie miałam na to ochoty, a i pogoda nie zachęcała.
Posłuchałam melodii łapiących za serce.
Oglądnęłam parę fajnych rzeczy.
I zakochałam się w
Brytyjski do szpiku kości. I krajobrazy jakie za mną chodzą bez ustanku. Jest osiem sezonów, będę ogarniała szósty :)
I taki jeden w R, był niemile zaskoczony, że mnie nie ma
Zapytał Barana wprost: A Dorota gdzie...
Też za nimi tęsknię... Ale sorry Winnetou, musiałam :)
Sobota: zakupy, bo pieczywo się skończyło, korytarz, bo mój dyżur, z leksza chaupka, bo za bardzo nie ma co ogarniać, a w sylwestra nie będę.
I zaczynam poprawiać internety, co znaczy, że za pracą się stęskniłam (ale cicho sza)...
W poniedziałek kolęda, więc akcja przyczajony tygrys, ukryty smok, co mnie WKURWIA, bo...
W żadnym cywilizowanym kraju księża nie chodzą po kolędzie i nie wymagają kasy.
Mój dom, moje zasady.
A, polecam też
W mojej parafii też.
W mojej, z przymusu, nie z wyboru, bo ponoć wyboru nie mam.
Więc...
Co ma być, będzie.
I tak w zawieszeniu do tego nowego roku i jeszcze parę dni później.
poniedziałek, 23 grudnia 2019
Wszystko
zapięte na ostatni guzik, Kochany Pamiętniczku.
Zaszokowałam się tylko, wchodząc rano do Faworu, bo nie było ANI KAWAŁKA chleba, bułki czy innego pieczywa, nie licząc ciast.
Piekarnia, do której latami wiły się zakręcone jak świński ogonek kolejki bez pieczywa?
Koniec świata, pani Popiołkowa.
Ponoć jakaś awaria.
Potuptałam więc dalej, z karteluszkiem w łapie, bo skleroza nie boli, nogi bolą.
U rzeźnika ZERO ludzi, co nie omieszkałam skomentować, bo tam w weekend zawsze tłok, a pani: i niech tak zostanie, na co nam tłumy...
Jprdl...
Wychodzę od rzeźnika i w nozdrza wbija mi się zapach świeżego pieczywa, lecę do Faworu, bo mój nos nigdy się nie myli i jest - przywieźli.
Zatem nie ma końca świata. Jeszcze.
W domu bigos do słoików, bo nie zjem, choćbym się skichała, nawet 1/10 tego, co nagotowałam :)
I kompot z suszonych owoców popełniłam, czego nie popełniałam od wieków.
Bo tak.
Susz na kompot miałam na balkonie, bo mimo celofanu woniał wędzeniem. I co? Mimo siatki na balkonie miałam - umierając ze strachu - taniec w wykonaniu wróbliszona i dwóch bogatek. Zorientowałam się o co lotto, gdy jedna z sikor miała w dziobie coś białego. Skubana, kawałek jabłka mi zeżarła. Na całe moje szczęście, jak wleciała, tak wyleciała (ni cholerę nie wiem jak). Nakryłam susz miską i już miałam spokój.
Panicznie boję się ptaków.
Ale kompot wyszedł prima sort :P
A jutro?
Wyśpię się.
Dwa kieliszki wódki na czczo, starym śląskim obyczajem, bez Barana, bo biedak na rano do pracy...
Więc melodię będę pewno miała aż do południa.
Nigdzie się już nie wybieram, może do śmietnika z obierkami, żeby mi w święta nie chuchnęły.
Zupy nie gotuję, bo i tak nie zjem
Karp, ziemniaki i parę pierogów plus kapusta.
Nie będzie tradycyjnych 12 potraw, bo jeszcze mi na mózg nie padło.
Wszystkim, którzy tu zaglądają, znajomym i nieznajomym, przechodniom, Bliskim i Przyjaciołom życzę, by w ten szczególny dzień w roku byli szczęśliwi, by zapomnieli o troskach.
I by pamiętali, że w życiu najważniejsze są wiara w drugiego człowieka, nadzieja i miłość.
Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami, a Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami...
Zaszokowałam się tylko, wchodząc rano do Faworu, bo nie było ANI KAWAŁKA chleba, bułki czy innego pieczywa, nie licząc ciast.
Piekarnia, do której latami wiły się zakręcone jak świński ogonek kolejki bez pieczywa?
Koniec świata, pani Popiołkowa.
Ponoć jakaś awaria.
Potuptałam więc dalej, z karteluszkiem w łapie, bo skleroza nie boli, nogi bolą.
U rzeźnika ZERO ludzi, co nie omieszkałam skomentować, bo tam w weekend zawsze tłok, a pani: i niech tak zostanie, na co nam tłumy...
Jprdl...
Wychodzę od rzeźnika i w nozdrza wbija mi się zapach świeżego pieczywa, lecę do Faworu, bo mój nos nigdy się nie myli i jest - przywieźli.
Zatem nie ma końca świata. Jeszcze.
W domu bigos do słoików, bo nie zjem, choćbym się skichała, nawet 1/10 tego, co nagotowałam :)
I kompot z suszonych owoców popełniłam, czego nie popełniałam od wieków.
Bo tak.
Susz na kompot miałam na balkonie, bo mimo celofanu woniał wędzeniem. I co? Mimo siatki na balkonie miałam - umierając ze strachu - taniec w wykonaniu wróbliszona i dwóch bogatek. Zorientowałam się o co lotto, gdy jedna z sikor miała w dziobie coś białego. Skubana, kawałek jabłka mi zeżarła. Na całe moje szczęście, jak wleciała, tak wyleciała (ni cholerę nie wiem jak). Nakryłam susz miską i już miałam spokój.
Panicznie boję się ptaków.
Ale kompot wyszedł prima sort :P
A jutro?
Wyśpię się.
Dwa kieliszki wódki na czczo, starym śląskim obyczajem, bez Barana, bo biedak na rano do pracy...
Więc melodię będę pewno miała aż do południa.
Nigdzie się już nie wybieram, może do śmietnika z obierkami, żeby mi w święta nie chuchnęły.
Zupy nie gotuję, bo i tak nie zjem
Karp, ziemniaki i parę pierogów plus kapusta.
Nie będzie tradycyjnych 12 potraw, bo jeszcze mi na mózg nie padło.
Wszystkim, którzy tu zaglądają, znajomym i nieznajomym, przechodniom, Bliskim i Przyjaciołom życzę, by w ten szczególny dzień w roku byli szczęśliwi, by zapomnieli o troskach.
I by pamiętali, że w życiu najważniejsze są wiara w drugiego człowieka, nadzieja i miłość.
Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami, a Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami...
piątek, 20 grudnia 2019
Jak pączek
w maśle czułam się dziś, Kochany Pamiętniczku.
Po raz pierwszy od lat zrobiłam zakupy nie tak, jak ktoś chciał, ale tak, jak mi fantazja ułańska podpowiedziała.
No, powiedzmy, z leksza przesadziłam może, ale nie szkodzi. Są słoiki i jest zamrażalnik, więc odpocznę od aprowizacji i stania przy garach na jakiś czas.
Jeszcze tylko w poniedziałek odbiorę ciasta i kupię pieczywo.
Pachnie rosołkiem, bigosem i pieczonym mięsem, bo to na pierwszy ogień idzie, a i jeść w weekend i później trzeba.
Dzień jak z bajki, w słońcu 15 stopni, nie żałowałam sobie spacerowania, ciesząc się chwilą.
Jutro ogarnę tę kuwetę, a teraz spadam na Wiedźmina. Książki nie czytałam, bo nie czytam jak wiadomo, ale serial może mnie w podłogę nie wbił, ale źle nie jest.
Pachną pomarańcze i goździki.
La vita e bella :)
La vie est belle :)
Nie da się ukryć :)
Po raz pierwszy od lat zrobiłam zakupy nie tak, jak ktoś chciał, ale tak, jak mi fantazja ułańska podpowiedziała.
No, powiedzmy, z leksza przesadziłam może, ale nie szkodzi. Są słoiki i jest zamrażalnik, więc odpocznę od aprowizacji i stania przy garach na jakiś czas.
Jeszcze tylko w poniedziałek odbiorę ciasta i kupię pieczywo.
Pachnie rosołkiem, bigosem i pieczonym mięsem, bo to na pierwszy ogień idzie, a i jeść w weekend i później trzeba.
Dzień jak z bajki, w słońcu 15 stopni, nie żałowałam sobie spacerowania, ciesząc się chwilą.
Jutro ogarnę tę kuwetę, a teraz spadam na Wiedźmina. Książki nie czytałam, bo nie czytam jak wiadomo, ale serial może mnie w podłogę nie wbił, ale źle nie jest.
Pachną pomarańcze i goździki.
La vita e bella :)
La vie est belle :)
Nie da się ukryć :)
czwartek, 19 grudnia 2019
Faaaaaaaajrant
Kochany Pamiętniczku.
Od dziś południa robię co mi się podoba i nikomu nic do tego.
Warzywka zamknęłam, aczkolwiek szlag mnie, bo miało być zamknięte w środę wszystko, po wydruczkach warowałam do 22 w domu na poczcie i guzik.
Pensję już wpłacili na konto, 16 - szok.
No, z pensją czy bez, zobligowana się czuję zawsze (teatr do dziś nie zapłacił, ale to wina K., bo faktury nie zaniosła, to będę miała za dwa miesiące, no problem).
Ale... Dostosowuję się zawsze i przez to cierpi moje życie osobiste.
Więc, sorry Winnetou, machnęłam emilka, że online będę po 12.
I pojechałam do Eksa. Bo chodziło to za mną po tej fotce z 1 listopada, co mi ją szwagierka przysłała.
Dojechałam o 10.07, jakoś nie było dziś korków, a i pasażerów mało, to autobus miał przyspieszenie i dwa razy stawał na przystankach dłużej, boby za szybko dojechał, a tego też im nie wolno. A to jest autobus raz na godzinę, więc ja zawsze z wyprzedzeniem lecę. Okazało się, że wbrew tablicy w necie, powrotny mam nie 10.24, a 10.43.
Więc zaryzykowałam zawał, doleciałam na Umarlakowo w 7 minut, zamiast w 14, pierunem kuwetę ogarnęłam i klnąc jak diabli o 10.26 ruszyłam z kopyta spod cmentarnego śmietnika. Nie bawiłam się w cudowanie, ale śmieci wyniosłam, miotełką sruuu po płycie, mokrą szmatką, znicze zapaliłam, paciorek klepiąc z w czasie sprzątania, liście ze ścieżynki zmiotłam i tadam...
Na pewno tak jest.
A było...
Inżynier określił to mianem pierdalnika.W punkt. Żeby to jeszcze jakoś ustawili na płycie, ale nie, świchnęli jak świni do koryta. Bajzel na bogato, a co, stać ich. Wywaliłam wszystko, zostawiłam dwa znicze, no i te czerwone wieńce i biały. Jeden z moich czerwonych stoi od września i nadal jest OK. Nie będę za każdym razem kupowała nowych i generowała pokładów plastiku. Wiedziałam, że żywe badyle szlag trafi, a te bombiaste znicze to szczyt bezguścia, no ale pokazali, że mają kasę, co nie?
Teraz, kochanie, możesz mnie pocałować, byle delikatnie, żeby mnie nie zbudzić, bo... Wiesz...
Koszmary miewam.
A jak nie chcesz, to baw się tam dobrze, masz moje błogosławieństwo :)
Na przystanek już sunęłam dostojnie jak Titanic na spotkanie z górą lodową, a i tak byłam kilka minut wcześniej.
A cały czas była mgła.
I znów cieszyłam się, że nie lecę, bo ze skóry bym przez tę mgłę wyskoczyła.
A te Paskudy jedne, żeby mi za nimi jeszcze bardziej tęskno było, w ramach zemsty dosłali mi
Wiem, wiem, kochane chłopaki. Tak mi się wydaje, że też troszkę za mną tęsknią, ale tylko troszkę.
Chałupkę udekorowali przepięknie, przed domem mają nowe ozdoby, cudnie tam.
Ale...
Czasem trzeba być samemu ze sobą i posmakować tego, za czym się tęskni.
A zima u nas, odpukać, taka, jaką uwielbiam.
Bratki za oknem trzymają fason, w radiu leci Feliz navidad...
Jutro gros zakupów ogarnę, zacznę pichcenie i sprzątanie.
Swoim rytmem, nie przejmując się niczym.
Jest obok daru blasku łaska cienia...
My Shadow potwierdza.
A kości napieprzają po równo. Zawsze jest balkonik, a potem wózeczek :)
Chyba jednak mam to, co mama.
No nic :)
Będzie dobrze, a już na pewno będzie to, co ma być. Nie ma innej opcji :P
Od dziś południa robię co mi się podoba i nikomu nic do tego.
Warzywka zamknęłam, aczkolwiek szlag mnie, bo miało być zamknięte w środę wszystko, po wydruczkach warowałam do 22 w domu na poczcie i guzik.
Pensję już wpłacili na konto, 16 - szok.
No, z pensją czy bez, zobligowana się czuję zawsze (teatr do dziś nie zapłacił, ale to wina K., bo faktury nie zaniosła, to będę miała za dwa miesiące, no problem).
Ale... Dostosowuję się zawsze i przez to cierpi moje życie osobiste.
Więc, sorry Winnetou, machnęłam emilka, że online będę po 12.
I pojechałam do Eksa. Bo chodziło to za mną po tej fotce z 1 listopada, co mi ją szwagierka przysłała.
Dojechałam o 10.07, jakoś nie było dziś korków, a i pasażerów mało, to autobus miał przyspieszenie i dwa razy stawał na przystankach dłużej, boby za szybko dojechał, a tego też im nie wolno. A to jest autobus raz na godzinę, więc ja zawsze z wyprzedzeniem lecę. Okazało się, że wbrew tablicy w necie, powrotny mam nie 10.24, a 10.43.
Więc zaryzykowałam zawał, doleciałam na Umarlakowo w 7 minut, zamiast w 14, pierunem kuwetę ogarnęłam i klnąc jak diabli o 10.26 ruszyłam z kopyta spod cmentarnego śmietnika. Nie bawiłam się w cudowanie, ale śmieci wyniosłam, miotełką sruuu po płycie, mokrą szmatką, znicze zapaliłam, paciorek klepiąc z w czasie sprzątania, liście ze ścieżynki zmiotłam i tadam...
Na pewno tak jest.
A było...
Inżynier określił to mianem pierdalnika.W punkt. Żeby to jeszcze jakoś ustawili na płycie, ale nie, świchnęli jak świni do koryta. Bajzel na bogato, a co, stać ich. Wywaliłam wszystko, zostawiłam dwa znicze, no i te czerwone wieńce i biały. Jeden z moich czerwonych stoi od września i nadal jest OK. Nie będę za każdym razem kupowała nowych i generowała pokładów plastiku. Wiedziałam, że żywe badyle szlag trafi, a te bombiaste znicze to szczyt bezguścia, no ale pokazali, że mają kasę, co nie?
Teraz, kochanie, możesz mnie pocałować, byle delikatnie, żeby mnie nie zbudzić, bo... Wiesz...
Koszmary miewam.
A jak nie chcesz, to baw się tam dobrze, masz moje błogosławieństwo :)
Na przystanek już sunęłam dostojnie jak Titanic na spotkanie z górą lodową, a i tak byłam kilka minut wcześniej.
A cały czas była mgła.
I znów cieszyłam się, że nie lecę, bo ze skóry bym przez tę mgłę wyskoczyła.
A te Paskudy jedne, żeby mi za nimi jeszcze bardziej tęskno było, w ramach zemsty dosłali mi
Wiem, wiem, kochane chłopaki. Tak mi się wydaje, że też troszkę za mną tęsknią, ale tylko troszkę.
Chałupkę udekorowali przepięknie, przed domem mają nowe ozdoby, cudnie tam.
Ale...
Czasem trzeba być samemu ze sobą i posmakować tego, za czym się tęskni.
A zima u nas, odpukać, taka, jaką uwielbiam.
Bratki za oknem trzymają fason, w radiu leci Feliz navidad...
Jutro gros zakupów ogarnę, zacznę pichcenie i sprzątanie.
Swoim rytmem, nie przejmując się niczym.
Jest obok daru blasku łaska cienia...
My Shadow potwierdza.
A kości napieprzają po równo. Zawsze jest balkonik, a potem wózeczek :)
Chyba jednak mam to, co mama.
No nic :)
Będzie dobrze, a już na pewno będzie to, co ma być. Nie ma innej opcji :P
poniedziałek, 16 grudnia 2019
Auuuć
Kochany Pamiętniczku.
Niejako pod przymusem pojechałam z MW I Papryczkiem na tę świąteczną bimbę, bo widuję ich od wielkiego dzwonu.
W tym tygodniu wyjeżdżają do O. i nie wiadomo kiedy wrócą.
Zadeklarowałam bez większej ochoty, że 2 i 3 stycznia mogę ich wziąć do siebie, bo inaczej znów muszą jechać do O.
Problem w tym, że Papryczek nie chce już do żadnej babci :)
A MW na pytanie, czy chce, zresztą na każde pytanie odpowiada: nie wiem. Ze słuchawkami na uszach non stop, nawet ja, aczkolwiek umiem czytać z ust i potrafię rozmawiać w czasie słuchania muzyki, ze zwykłej grzeczności nie słucham jej.
Mniejsza z większym.
Świąteczna bimba okazała się koszmarem do potęgi. Mieliśmy o tyle szczęścia, że udało nam się wejść jaki pierwsi i dzięki temu mieliśmy miejsca siedzące. I nie, nie poczuwałam się do ustąpienia miejsca małym dzieciom, albowiem znów mi kopyto napierdala i na pewno nie wytrzymałabym godzinnego (bo tyle trwała jazda) stania w tłoku, przy którym śledzie w beczce mają luz. Inna para kaloszy, że ludzie też są bezmyślni, bo połowa tramwaju to byli ludzie z dziećmi tak małymi, że po kilku minutach przejażdżka przestała być dla nich atrakcją, a na pewno zmęczył je tłok, smród i hałas. Smród, bo sporo z ludzi woniało przetrawionym alkoholem, a i pani z roczną dziewczynką była w stanie lekko wskazującym na spożycie. Dziecko, stojące na siedzeniu, liżące szybę, i wrzeszczące monotonnie, z tatusiem jeszcze mocno wczorajszym. I hałas, bo Gwiazdor paplał przez godzinę bez przerwy, dzieci odpowiadały i śpiewały kolędy.
Synowa nie chciała wcześniej wysiąść, bo "Papryczek będzie płakał". MW siedziała ze słuchawkami na uszach i miała na wszystko wyjebane.
Wiedziałam, scenariusz sprawdził się co do joty, ale gdybym powiedziała, że nie pojadę, to byłoby "niedobra babcia wymawia się bólem nogi".
No a potem z głodnymi dziećmi na zakupy, bo musi kupić cukier waniliowy, papier do pakowania i zielone legginsy i czapkę elfa dla P. na jasełka.
Gdzie, a oczywiście koło babci.
Wzięłam na obiad na stoisku w galerii, bo żal mi było dzieci, ale to przy tej drożyźnie już prawie 100 w najtańszej jadłodajni. Gdy zorientowała się, że w zestawie w cenie jest zupa, nastroszyła się, że po co kupowałam dzieciom zestaw, mogły zjeść samą zupę, a my drugie.
No, matka roku. Dzieci zjadły prawie wszystko, a zupka w zestawie to taki cieńkusz i niezbyt smaczna.
No trudno.
A potem do mnie, a jakże, po czapeczkę elfa, bo oczywiście nigdzie nie było, a ja mam. Zielonych legginsów też nie było, ale tego nie miałam.
W dupie mam, ja swoje dzieci z wyprzedzeniem przygotowywałam.
No i nasiadówka u mnie, jeszcze Pierworodny po pracy wleciał, nakarmiłam, a jakże, nie mam zwyczaju głodzić ludzi. I tak zamiast spokojnej niedzieli miałam hałas, sprzątanie i stertę zmywania znów.
Więc niebiosom dziękuję za samotne święta.
W nocy znów wrócił koszmar, że ktoś się ze mną szarpie, zrywając ze mnie kordełkę i nie wiem, czy to była jawa, czy sen.
I nad ranem miałam wrażenie, że mam atak serca.
Ale potem i zakupy zrobiłam, ciasto zamówiłam, okna wszystkie pomyłam i "odświęciłam" mieszkanie, w międzyczasie pracując w warzywkach, więc chyba to jeszcze nie zawał. Chociaż kto wie, może i z zawałem można okna myć? :)
Mój stary drapak - podstawkę gdzieś mam, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie. Wzięłam ciężką donicę, wsadziłam folię bąbelkową, na wierzch bieluchną miękką folię zabezpieczającą, świetnie udaje śnieg i wszystkie ocalałe bombki, choć korciło mnie, żeby kupić nowe, takie "na topie). Ale... Każda z tych wytartych, poniszczonych, sporo jeszcze z mojego rodzinnego domu - to tyle wspomnień. Nie ma już tych ogromnych bombek, które dostałam na imieniny od pani Herczyńskiej, ale i tak mój marny drapak by ich nie uniósł. W porównaniu z wypasioną choinką u Barana, moja to takie mikre byle co... Ale... Jest moja. Po tylu latach znów mam swojego drapaka i swoje miejsce na ziemi.
Jest cudnie.
I jest moje.
A w Biedronce mają wyfiletowane karpie, drogie, ale prawie ani kawałka ości i nie wonieje mułem. Jak kupiłam, to zjadłam od razu i na święta też to kupię :)
Jutro Papryczkowe jasełka, w środę na wydruki warzyw, chciałabym jeszcze do M. skoczyć, wywalić bajzel z grobu Eksa. Wkurwia mnie to. Pierworodny nie może. Z jednej strony rozumiem - wczoraj przyszedł z pracy jak zombie.
Z drugiej - a co z moim zawałem? :0
Nosz, kurka wodna :D
Niejako pod przymusem pojechałam z MW I Papryczkiem na tę świąteczną bimbę, bo widuję ich od wielkiego dzwonu.
W tym tygodniu wyjeżdżają do O. i nie wiadomo kiedy wrócą.
Zadeklarowałam bez większej ochoty, że 2 i 3 stycznia mogę ich wziąć do siebie, bo inaczej znów muszą jechać do O.
Problem w tym, że Papryczek nie chce już do żadnej babci :)
A MW na pytanie, czy chce, zresztą na każde pytanie odpowiada: nie wiem. Ze słuchawkami na uszach non stop, nawet ja, aczkolwiek umiem czytać z ust i potrafię rozmawiać w czasie słuchania muzyki, ze zwykłej grzeczności nie słucham jej.
Mniejsza z większym.
Świąteczna bimba okazała się koszmarem do potęgi. Mieliśmy o tyle szczęścia, że udało nam się wejść jaki pierwsi i dzięki temu mieliśmy miejsca siedzące. I nie, nie poczuwałam się do ustąpienia miejsca małym dzieciom, albowiem znów mi kopyto napierdala i na pewno nie wytrzymałabym godzinnego (bo tyle trwała jazda) stania w tłoku, przy którym śledzie w beczce mają luz. Inna para kaloszy, że ludzie też są bezmyślni, bo połowa tramwaju to byli ludzie z dziećmi tak małymi, że po kilku minutach przejażdżka przestała być dla nich atrakcją, a na pewno zmęczył je tłok, smród i hałas. Smród, bo sporo z ludzi woniało przetrawionym alkoholem, a i pani z roczną dziewczynką była w stanie lekko wskazującym na spożycie. Dziecko, stojące na siedzeniu, liżące szybę, i wrzeszczące monotonnie, z tatusiem jeszcze mocno wczorajszym. I hałas, bo Gwiazdor paplał przez godzinę bez przerwy, dzieci odpowiadały i śpiewały kolędy.
Synowa nie chciała wcześniej wysiąść, bo "Papryczek będzie płakał". MW siedziała ze słuchawkami na uszach i miała na wszystko wyjebane.
Wiedziałam, scenariusz sprawdził się co do joty, ale gdybym powiedziała, że nie pojadę, to byłoby "niedobra babcia wymawia się bólem nogi".
No a potem z głodnymi dziećmi na zakupy, bo musi kupić cukier waniliowy, papier do pakowania i zielone legginsy i czapkę elfa dla P. na jasełka.
Gdzie, a oczywiście koło babci.
Wzięłam na obiad na stoisku w galerii, bo żal mi było dzieci, ale to przy tej drożyźnie już prawie 100 w najtańszej jadłodajni. Gdy zorientowała się, że w zestawie w cenie jest zupa, nastroszyła się, że po co kupowałam dzieciom zestaw, mogły zjeść samą zupę, a my drugie.
No, matka roku. Dzieci zjadły prawie wszystko, a zupka w zestawie to taki cieńkusz i niezbyt smaczna.
No trudno.
A potem do mnie, a jakże, po czapeczkę elfa, bo oczywiście nigdzie nie było, a ja mam. Zielonych legginsów też nie było, ale tego nie miałam.
W dupie mam, ja swoje dzieci z wyprzedzeniem przygotowywałam.
No i nasiadówka u mnie, jeszcze Pierworodny po pracy wleciał, nakarmiłam, a jakże, nie mam zwyczaju głodzić ludzi. I tak zamiast spokojnej niedzieli miałam hałas, sprzątanie i stertę zmywania znów.
Więc niebiosom dziękuję za samotne święta.
W nocy znów wrócił koszmar, że ktoś się ze mną szarpie, zrywając ze mnie kordełkę i nie wiem, czy to była jawa, czy sen.
I nad ranem miałam wrażenie, że mam atak serca.
Ale potem i zakupy zrobiłam, ciasto zamówiłam, okna wszystkie pomyłam i "odświęciłam" mieszkanie, w międzyczasie pracując w warzywkach, więc chyba to jeszcze nie zawał. Chociaż kto wie, może i z zawałem można okna myć? :)
Mój stary drapak - podstawkę gdzieś mam, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie. Wzięłam ciężką donicę, wsadziłam folię bąbelkową, na wierzch bieluchną miękką folię zabezpieczającą, świetnie udaje śnieg i wszystkie ocalałe bombki, choć korciło mnie, żeby kupić nowe, takie "na topie). Ale... Każda z tych wytartych, poniszczonych, sporo jeszcze z mojego rodzinnego domu - to tyle wspomnień. Nie ma już tych ogromnych bombek, które dostałam na imieniny od pani Herczyńskiej, ale i tak mój marny drapak by ich nie uniósł. W porównaniu z wypasioną choinką u Barana, moja to takie mikre byle co... Ale... Jest moja. Po tylu latach znów mam swojego drapaka i swoje miejsce na ziemi.
Jest cudnie.
I jest moje.
A w Biedronce mają wyfiletowane karpie, drogie, ale prawie ani kawałka ości i nie wonieje mułem. Jak kupiłam, to zjadłam od razu i na święta też to kupię :)
Jutro Papryczkowe jasełka, w środę na wydruki warzyw, chciałabym jeszcze do M. skoczyć, wywalić bajzel z grobu Eksa. Wkurwia mnie to. Pierworodny nie może. Z jednej strony rozumiem - wczoraj przyszedł z pracy jak zombie.
Z drugiej - a co z moim zawałem? :0
Nosz, kurka wodna :D
piątek, 13 grudnia 2019
Jest
cudnie, Kochany Pamiętniczku, jest cudnie i niech nikt nie odważy się tego spierdolić :)
Zamknęłam styczniowy numer nawet o całkiem przyzwoitej godzinie, bo co to jest 10 godzin w pracy, z tego 3 godziny pracy, a reszta czekania na pracę.
I nawet Boss czekoladą poczęstował dwa razy, raz na korytarzu, a drugi raz personalnie w pokoju, a na protesty, że dupa już nie ma miejsca na rośnięcie zapytał, czy czekolada nie smakuje?
Smakowała, a jakże, nowozelandzka była.
A taka tam służbowa wycieczka do Nowej Zelandii :)
I nie, nie zazdroszczę, bo nie.
Może kiedyś zazdrościłabym, ale teraz już nie.
Bo cenię sobie swoje miejsce na Ziemi i najszczęśliwsza jestem wchodząc do domu, witając Miśki i wiedząc, że nic nie muszę.
A nie muszę do 6 stycznia (ojapierdolę), pomijając jeden dzień na wydruki z warzywek i drugi na czekanie na komentarz i spis treści, ale już online.
Takie piękne, nudne życie.
Wracając wczoraj z pracki autobusem, na przednim siedzeniu, tak jak lubię, co chwilę miałam żołądek w gardle.O tej porze roku po 16 pieszych po prostu nie widać, nawet na tych "prawie" oświetlonych przejściach. Poleciałam w domu od razu po odblaski, które leżą w szafie na starej torebce. Pisałam do Pierworodnego, pytając, czy mają odblaski, ale olał pytanie ciepłym strumieniem moczu. To groszowy wydatek, w niedzielę mam randkę z Synową, więc dopytam. Jadąc przez Świerczewo dojrzałam do odblasków.
Chociaż nie jestem kierowcą.
I będę je nosiła, jakkolwiek głupio w nich nie wyglądam, albowiem kto będzie korekcił ukochane gazetki i inne takie tam, jak ja będę rozjechana?
Czy to czarna czekoladka, czy czerwona marmoladka? Nie, to Jędza ukochana przez auto rozjechana :P
No proszę, jaki piękny wierszyk...
Niedzielna randka mnie przerasta, bo Synowa wybrała jazdę świąteczną bimbą, a to jest ojapierdolę, masakra.
Ale, czekając na pracę czytam wszystko i...
Co rusz młodsi ode mnie, a to wylew, a to paraliż, a to armia chińska, połączona z przemarszem wojsk radzieckich...
I jak pisał mój ukochany Sztaudynger: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny...
Przypominam sobie, jeszcze z łatwością, że kiedyś miałam to wyhaftowane na sztandarze...
Który dumnie powiewał nad moją głową.
Zatem...
Bez marudzenia...
Umyję się, jakby co :)
A juterko w planach randka na szybko z W., skąd dziś dostałam filmik,którego zazdroszczę do bólu, no ale nie miałam opcji nakręcenia równie słodkich scen, zasługujących na Oscara, bo po prostu narzędzi nie było ku temu :)
A gad, znaczy się dziecko moje Drugorodzone odpisuje, że na przyjemność trzeba sobie zapracować.
Kiedyś go uduszę i każdy sąd mnie uniewinni :P
I jakoś nie mam tradycyjnej chandry unyńskiej z mordobijskiego powiatu w tym roku.
Nie wiem, cieszyć się z tego, czy martwić.
Jest jak jest...
Rozmawiałam dziś z panią K., i jakkolwiek biorę poprawkę na jej osobowość, bo to przemiła kobieta, ale - każdy ma jakieś ale - niebiosom dziękuję, że nie pojechałam na tę wigilię firmową. Firma firmą, ale sorry Winnetou - business is business.
Tak jak powinien być rozdział Kościoła od państwa, tak samo powinien być rozdział pracy od życia prywatnego.
Nikt by na tym nie stracił, a wielu by zyskało...
Chodzi za mną ubieranie choinki...
Serio?
SJ, weź się ogarnij, zanim całkiem padnie ci na mózg :P
Zamknęłam styczniowy numer nawet o całkiem przyzwoitej godzinie, bo co to jest 10 godzin w pracy, z tego 3 godziny pracy, a reszta czekania na pracę.
I nawet Boss czekoladą poczęstował dwa razy, raz na korytarzu, a drugi raz personalnie w pokoju, a na protesty, że dupa już nie ma miejsca na rośnięcie zapytał, czy czekolada nie smakuje?
Smakowała, a jakże, nowozelandzka była.
A taka tam służbowa wycieczka do Nowej Zelandii :)
I nie, nie zazdroszczę, bo nie.
Może kiedyś zazdrościłabym, ale teraz już nie.
Bo cenię sobie swoje miejsce na Ziemi i najszczęśliwsza jestem wchodząc do domu, witając Miśki i wiedząc, że nic nie muszę.
A nie muszę do 6 stycznia (ojapierdolę), pomijając jeden dzień na wydruki z warzywek i drugi na czekanie na komentarz i spis treści, ale już online.
Takie piękne, nudne życie.
Wracając wczoraj z pracki autobusem, na przednim siedzeniu, tak jak lubię, co chwilę miałam żołądek w gardle.O tej porze roku po 16 pieszych po prostu nie widać, nawet na tych "prawie" oświetlonych przejściach. Poleciałam w domu od razu po odblaski, które leżą w szafie na starej torebce. Pisałam do Pierworodnego, pytając, czy mają odblaski, ale olał pytanie ciepłym strumieniem moczu. To groszowy wydatek, w niedzielę mam randkę z Synową, więc dopytam. Jadąc przez Świerczewo dojrzałam do odblasków.
Chociaż nie jestem kierowcą.
I będę je nosiła, jakkolwiek głupio w nich nie wyglądam, albowiem kto będzie korekcił ukochane gazetki i inne takie tam, jak ja będę rozjechana?
Czy to czarna czekoladka, czy czerwona marmoladka? Nie, to Jędza ukochana przez auto rozjechana :P
No proszę, jaki piękny wierszyk...
Niedzielna randka mnie przerasta, bo Synowa wybrała jazdę świąteczną bimbą, a to jest ojapierdolę, masakra.
Ale, czekając na pracę czytam wszystko i...
Co rusz młodsi ode mnie, a to wylew, a to paraliż, a to armia chińska, połączona z przemarszem wojsk radzieckich...
I jak pisał mój ukochany Sztaudynger: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny...
Przypominam sobie, jeszcze z łatwością, że kiedyś miałam to wyhaftowane na sztandarze...
Który dumnie powiewał nad moją głową.
Zatem...
Bez marudzenia...
Umyję się, jakby co :)
A juterko w planach randka na szybko z W., skąd dziś dostałam filmik,którego zazdroszczę do bólu, no ale nie miałam opcji nakręcenia równie słodkich scen, zasługujących na Oscara, bo po prostu narzędzi nie było ku temu :)
A gad, znaczy się dziecko moje Drugorodzone odpisuje, że na przyjemność trzeba sobie zapracować.
Kiedyś go uduszę i każdy sąd mnie uniewinni :P
I jakoś nie mam tradycyjnej chandry unyńskiej z mordobijskiego powiatu w tym roku.
Nie wiem, cieszyć się z tego, czy martwić.
Jest jak jest...
Rozmawiałam dziś z panią K., i jakkolwiek biorę poprawkę na jej osobowość, bo to przemiła kobieta, ale - każdy ma jakieś ale - niebiosom dziękuję, że nie pojechałam na tę wigilię firmową. Firma firmą, ale sorry Winnetou - business is business.
Tak jak powinien być rozdział Kościoła od państwa, tak samo powinien być rozdział pracy od życia prywatnego.
Nikt by na tym nie stracił, a wielu by zyskało...
Chodzi za mną ubieranie choinki...
Serio?
SJ, weź się ogarnij, zanim całkiem padnie ci na mózg :P
czwartek, 12 grudnia 2019
Sny
to ja miałam, Kochany Pamiętniczku :)
Że jechałam z jakimś gościem, który mi prawił o uczuciach, szalonych, do mnie (ojapierdolę) autobusem prowadzonym przez kierowcę wariata. Gość pocieszał mnie, że jak umrzemy, to razem. Autobus na słupie wylądował, ja cała, a pani kierująca miętówki żre tonami. Ja na to, że zakabluję, że po pijaku prowadzi, wtem spod ziemi wyrasta gość o aparycji Frankensteina i zaczyna mnie dusić. Za kablowanie.
A jak żyję, nikogo nie zakablowałam, chociaż powinnam nie raz i nie dwa, ale nawet na pytanie Bossa, o to, kto najwięcej byków sadzi odpowiadam: wszyscy :) A pamiętam każdego byczka, dokładnie. Boss też dziś pobyczył, merytorycznie i oczy jak kwadraty miał i poleciał sprawdzać, żeby z wzdechem stwierdzić: jak pani to robi, że ma rację?
Jak?
No, pracuję.
Jak uczciwość nakazuje, mimo że czasami nie pracuję, ale to tylko dlatego, że praca nie doszła.
No nic.
A dziś rankiem w pracce
Stanowczo w tym roku Mikołajowi vel Gwiazdorowi się wygło, jak te szyny od bimby :)
A po 10 godzinach na pracowym łonie, co ja paczę?
Tak zapieprzałam ze śrubką w dupie, okrętową numer 5, że nawet nie zauważyłam, że śnieg spadł :)
A rano, idąc do pracy czułam motylki w brzuchu. Nie, nie zakochałam się, ale...
Co roku w tych dniach chodziłam nakręcona jak szwajcarski zegarek, że mróz, że mgła, że śnieg, że ślisko... wylecę, nie wylecę i takie tam.
A dziś poczułam, ze luz i hasta manana, że marzenia się czasem spełniają. Nieważne, czy mróz, czy śnieg, czy inny przemarsz wojsk radzieckich - zero presji.
Ma być ślizgawica jutro - to poczekam aż odtaje i pojadę do pracy. Swoje zrobię. Ta Fronterra przez dwa r to jednak zaklepanie mojej pozycji i nic mi nie zrobi, jak nie będę punkt 9.
Powoli, ale uczę się. Cenić siebie.
Duszę mą i ciało błogi spokój ogarnia.
I tak, żałuję, że tego jebanego jelonka, co patrzy i mówi ze zdziwieniem i zachwytem: Dorota?, nie zobaczę.
Ale... Nie brakuje mi już tak bardzo angielskich klimatów, bo i u nas coraz więcej domów ozdobionych jest światełkami i takimi tam, nawet na moim blokowisku.
Będzie mi brakowało tylko ludzi bliskich mojemu sercu, ale wiem, że to działa w obie strony i...
Czasem rozstania i rozłąka są bardzo budujące.
Potrzebuję oddechu, nie od ludzi, ale od rzeczy.
I tak, zatańczę sama, ale to nie znaczy, że będę szczęśliwsza, ale... :)
Czasem trzeba.
Wciąż chodzi za mną wczorajsze starcie z E.
Podsumowuję, myślę, analizuję. No, tak u mnie to działa.
W sumie nie mam żadnej przyjaciółki ze studiów. Z jedyną, moją imienniczką z G. jakoś się rozklepało i nawet nie wiem, czy jeszcze jest.
A inne dziewczyny? Fajnie było w tamtym czasie, potem nie wyszło. Byłam na jednym zjeździe i nic nie zaiskrzyło ani nie zaskoczyło. A wiele z nas jest wciąż w mojej wiosce.
Za to mam fajny kontakt z kilkoma z podstawówki, spotykamy się może raz w roku, ale... nic nas nie dzieli, wszystko łączy. I tak jakoś - ja jedna poszłam na studia. Ale wciąż nadajemy na tych samych falach i możemy konie kraść i nikt nas nie złapie. Piszę, że będę, hop, siup i już jest nasza ferajna i jakoś wszyscy mają czas.
Fakt, one są na emeryturach, ale też muszą dojechać do K., a na prowincji to nie takie proste.
Ze szkoły średniej mam kontakt z dziewczyną, z którą się z daleka kolegowałam, aczkolwiek ona twierdzi, że dzięki mnie skończyła budę, bo... dawałam jej odpisywać.
Może, nie pamiętam.
Ona była seksbombą, ja myszą.
Mamy inne wspomnienia, ale to nie przeszkadza nam w - teraz wirtualnej - przyjaźni. Ona jest w DE, ja tu.
Gadamy na Skype.
Może nam się uda real, ale nawet jeżeli nie - tragedii nie będzie. Jest nam dobrze, nadrobiłyśmy zaległości (no prawie) życiowe i...
Jest dobrze.
A E.? Mieszkamy w tej samej wiosce.
I odzywa się zawsze, jak czegoś potrzebuje. Tak jest od lat.
Nie oceniam jej życiowych wyborów, ale przez te 42 lata od kiedy skończyłyśmy studia, jak widziałyśmy się 20 razy, to dużo.
Zawsze ja się dostosowywałam. Bo ona ma całe życie pod górkę.
Nie przeczę, że nie. Ma.
Ale jak już mówiłam - każdy ma swoje piekło.
U mnie w tle przewija się jeszcze jej brat, startujący do mnie na chama właśnie wtedy, kiedy niańczyłam w wakacje jego syna... I dziadek, proponujący mi schadzkę w Polonezie, zapraszający mnie do pokoju... Polonez, tamte lata - kto przeżył, ten wie. Po latach, gdy zdobyłam się na wykrztuszenie tego wszystkiego, #metoo nie było wtedy modne, powiedziała, że mogłam wszystko powiedzieć jej mamie. Tej, która chciała mnie wlec do ginekologa po moim wyjeździe do Mikołajek pod namiot...
Sama z mamą nie miała kontaktu.
Ze wszystkich tych zakrętów udało mi się wybrnąć bez skazy i bez bólu.
Chyba i wtedy byłam już dość wyszczekana.
I wredna :) Nie dałam sobie jednak w kaszę pluć, bo niby dlaczego.
A najbardziej bawiło mnie, gdy po latach spotkałam jej brata, u niej na imieninach. I gość znów zastartował, ale zgasiłam go, lekko wspominając święta z Baranem :) Tak się bowiem składa, że Baran ma tyle lat, ile Pierworodny i gość był przekonany, że sypiam z kimś w wieku mojego syna. Oczywiście urosłam w jego oczach i to bardzo :) Przysłał mi potem SMS z pytaniem, jak się odmienia wyraz państwo w znaczeniu pary. Nie zgadzał się z moją odpowiedzią, ale posłałam go do słownika ortograficznego i tak się skończyło. Gość miał wyjechaną w Kosmos, piękną, rudą żonę, którą namiętnie zdradzał na prawo i na lewo. Już nie żyje.
I tak mi cały dzień dziś to z tyłu głowy chodziło.
Momentami czułam się paskudnie, ale halo, halo...
Znów mam się wkręcić w latanie na wezwanie, bo E. się wkuła?
Wkuwała się bezustannie.
Nic z tym nie robiąc, bo pasowało jej wkuwanie się.
(Poznańskie pyry wiedzą, co to jest "wkuć się").
No więc nie, Stara Jędzo, nie wkuwasz się na nic, bo po co?
Jutro grzecznie potuptasz do ukochanego miejsca, bez wkuwania się zamkniesz pierwszy numer z 2020 roku, podlejesz badyle, pożegnasz się ze wszystkimi, nie na maksa, bo wrócisz za tydzień na jeden dzień do warzywek, ale pożegnasz.
wino w lodówce się chłodzi, zasłużyłaś na casillero del diablo na podsumowanie kolejnego roku.
To był dla mnie dobry rok pracowo, nie narzekam, chociaż się wściekam co miesiąc.
Prywatnie też, chociaż nie chwalę dnia przed zachodem słońca, ale - hartuję się, uczę się cieszyć dzisiaj, nie czekając na jutro.
Ale jestem dobra w pracowe klocki i już to wiem, na bank. Bo zagrozili, że będą reanimować mimo DNR, żebym zamknęła numer. Interesowni są, co nie?
A reszta? Jest milczeniem.
Największym darem od życia jest to, że nie wiemy, co nas jutro czeka.
Chyba sobie na czole wytatuuję, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
I kurde, nową klawiaturę dopisuję do listy życzeń, bo mi się w tej spacja zacina :)
Mam jedną na oku, ale uczę się cierpliwości, bo jednak... potrzebuję Inżyniera. Na miejscu, nie zdalnie...
Życie jest czekaniem.
A wystarczyło nie żreć przy kompie i klawiatura chodziłaby jak należy :P
Że jechałam z jakimś gościem, który mi prawił o uczuciach, szalonych, do mnie (ojapierdolę) autobusem prowadzonym przez kierowcę wariata. Gość pocieszał mnie, że jak umrzemy, to razem. Autobus na słupie wylądował, ja cała, a pani kierująca miętówki żre tonami. Ja na to, że zakabluję, że po pijaku prowadzi, wtem spod ziemi wyrasta gość o aparycji Frankensteina i zaczyna mnie dusić. Za kablowanie.
A jak żyję, nikogo nie zakablowałam, chociaż powinnam nie raz i nie dwa, ale nawet na pytanie Bossa, o to, kto najwięcej byków sadzi odpowiadam: wszyscy :) A pamiętam każdego byczka, dokładnie. Boss też dziś pobyczył, merytorycznie i oczy jak kwadraty miał i poleciał sprawdzać, żeby z wzdechem stwierdzić: jak pani to robi, że ma rację?
Jak?
No, pracuję.
Jak uczciwość nakazuje, mimo że czasami nie pracuję, ale to tylko dlatego, że praca nie doszła.
No nic.
A dziś rankiem w pracce
Stanowczo w tym roku Mikołajowi vel Gwiazdorowi się wygło, jak te szyny od bimby :)
A po 10 godzinach na pracowym łonie, co ja paczę?
Tak zapieprzałam ze śrubką w dupie, okrętową numer 5, że nawet nie zauważyłam, że śnieg spadł :)
A rano, idąc do pracy czułam motylki w brzuchu. Nie, nie zakochałam się, ale...
Co roku w tych dniach chodziłam nakręcona jak szwajcarski zegarek, że mróz, że mgła, że śnieg, że ślisko... wylecę, nie wylecę i takie tam.
A dziś poczułam, ze luz i hasta manana, że marzenia się czasem spełniają. Nieważne, czy mróz, czy śnieg, czy inny przemarsz wojsk radzieckich - zero presji.
Ma być ślizgawica jutro - to poczekam aż odtaje i pojadę do pracy. Swoje zrobię. Ta Fronterra przez dwa r to jednak zaklepanie mojej pozycji i nic mi nie zrobi, jak nie będę punkt 9.
Powoli, ale uczę się. Cenić siebie.
Duszę mą i ciało błogi spokój ogarnia.
I tak, żałuję, że tego jebanego jelonka, co patrzy i mówi ze zdziwieniem i zachwytem: Dorota?, nie zobaczę.
Ale... Nie brakuje mi już tak bardzo angielskich klimatów, bo i u nas coraz więcej domów ozdobionych jest światełkami i takimi tam, nawet na moim blokowisku.
Będzie mi brakowało tylko ludzi bliskich mojemu sercu, ale wiem, że to działa w obie strony i...
Czasem rozstania i rozłąka są bardzo budujące.
Potrzebuję oddechu, nie od ludzi, ale od rzeczy.
I tak, zatańczę sama, ale to nie znaczy, że będę szczęśliwsza, ale... :)
Czasem trzeba.
Wciąż chodzi za mną wczorajsze starcie z E.
Podsumowuję, myślę, analizuję. No, tak u mnie to działa.
W sumie nie mam żadnej przyjaciółki ze studiów. Z jedyną, moją imienniczką z G. jakoś się rozklepało i nawet nie wiem, czy jeszcze jest.
A inne dziewczyny? Fajnie było w tamtym czasie, potem nie wyszło. Byłam na jednym zjeździe i nic nie zaiskrzyło ani nie zaskoczyło. A wiele z nas jest wciąż w mojej wiosce.
Za to mam fajny kontakt z kilkoma z podstawówki, spotykamy się może raz w roku, ale... nic nas nie dzieli, wszystko łączy. I tak jakoś - ja jedna poszłam na studia. Ale wciąż nadajemy na tych samych falach i możemy konie kraść i nikt nas nie złapie. Piszę, że będę, hop, siup i już jest nasza ferajna i jakoś wszyscy mają czas.
Fakt, one są na emeryturach, ale też muszą dojechać do K., a na prowincji to nie takie proste.
Ze szkoły średniej mam kontakt z dziewczyną, z którą się z daleka kolegowałam, aczkolwiek ona twierdzi, że dzięki mnie skończyła budę, bo... dawałam jej odpisywać.
Może, nie pamiętam.
Ona była seksbombą, ja myszą.
Mamy inne wspomnienia, ale to nie przeszkadza nam w - teraz wirtualnej - przyjaźni. Ona jest w DE, ja tu.
Gadamy na Skype.
Może nam się uda real, ale nawet jeżeli nie - tragedii nie będzie. Jest nam dobrze, nadrobiłyśmy zaległości (no prawie) życiowe i...
Jest dobrze.
A E.? Mieszkamy w tej samej wiosce.
I odzywa się zawsze, jak czegoś potrzebuje. Tak jest od lat.
Nie oceniam jej życiowych wyborów, ale przez te 42 lata od kiedy skończyłyśmy studia, jak widziałyśmy się 20 razy, to dużo.
Zawsze ja się dostosowywałam. Bo ona ma całe życie pod górkę.
Nie przeczę, że nie. Ma.
Ale jak już mówiłam - każdy ma swoje piekło.
U mnie w tle przewija się jeszcze jej brat, startujący do mnie na chama właśnie wtedy, kiedy niańczyłam w wakacje jego syna... I dziadek, proponujący mi schadzkę w Polonezie, zapraszający mnie do pokoju... Polonez, tamte lata - kto przeżył, ten wie. Po latach, gdy zdobyłam się na wykrztuszenie tego wszystkiego, #metoo nie było wtedy modne, powiedziała, że mogłam wszystko powiedzieć jej mamie. Tej, która chciała mnie wlec do ginekologa po moim wyjeździe do Mikołajek pod namiot...
Sama z mamą nie miała kontaktu.
Ze wszystkich tych zakrętów udało mi się wybrnąć bez skazy i bez bólu.
Chyba i wtedy byłam już dość wyszczekana.
I wredna :) Nie dałam sobie jednak w kaszę pluć, bo niby dlaczego.
A najbardziej bawiło mnie, gdy po latach spotkałam jej brata, u niej na imieninach. I gość znów zastartował, ale zgasiłam go, lekko wspominając święta z Baranem :) Tak się bowiem składa, że Baran ma tyle lat, ile Pierworodny i gość był przekonany, że sypiam z kimś w wieku mojego syna. Oczywiście urosłam w jego oczach i to bardzo :) Przysłał mi potem SMS z pytaniem, jak się odmienia wyraz państwo w znaczeniu pary. Nie zgadzał się z moją odpowiedzią, ale posłałam go do słownika ortograficznego i tak się skończyło. Gość miał wyjechaną w Kosmos, piękną, rudą żonę, którą namiętnie zdradzał na prawo i na lewo. Już nie żyje.
I tak mi cały dzień dziś to z tyłu głowy chodziło.
Momentami czułam się paskudnie, ale halo, halo...
Znów mam się wkręcić w latanie na wezwanie, bo E. się wkuła?
Wkuwała się bezustannie.
Nic z tym nie robiąc, bo pasowało jej wkuwanie się.
(Poznańskie pyry wiedzą, co to jest "wkuć się").
No więc nie, Stara Jędzo, nie wkuwasz się na nic, bo po co?
Jutro grzecznie potuptasz do ukochanego miejsca, bez wkuwania się zamkniesz pierwszy numer z 2020 roku, podlejesz badyle, pożegnasz się ze wszystkimi, nie na maksa, bo wrócisz za tydzień na jeden dzień do warzywek, ale pożegnasz.
wino w lodówce się chłodzi, zasłużyłaś na casillero del diablo na podsumowanie kolejnego roku.
To był dla mnie dobry rok pracowo, nie narzekam, chociaż się wściekam co miesiąc.
Prywatnie też, chociaż nie chwalę dnia przed zachodem słońca, ale - hartuję się, uczę się cieszyć dzisiaj, nie czekając na jutro.
Ale jestem dobra w pracowe klocki i już to wiem, na bank. Bo zagrozili, że będą reanimować mimo DNR, żebym zamknęła numer. Interesowni są, co nie?
A reszta? Jest milczeniem.
Największym darem od życia jest to, że nie wiemy, co nas jutro czeka.
Chyba sobie na czole wytatuuję, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
I kurde, nową klawiaturę dopisuję do listy życzeń, bo mi się w tej spacja zacina :)
Mam jedną na oku, ale uczę się cierpliwości, bo jednak... potrzebuję Inżyniera. Na miejscu, nie zdalnie...
Życie jest czekaniem.
A wystarczyło nie żreć przy kompie i klawiatura chodziłaby jak należy :P
środa, 11 grudnia 2019
No i
wyszła ze mnie padlina, Kochany Pamiętniczku.
Całe moje zło, zakorzenione w memłonie pokazało swe niecne oblicze.
Ale po kolei, jak piszą moi kochani redaktorzy.
W pierwszych słowach mego posta bez bicia przyznaję się, że miałam wyjebane na kacowe cierpienia moich współpracowników. I nie, że święta jestem i kaca nigdy nie miałam, bo miałam i to nieraz, ale...
Nigdy nie byłam na tyle głupia, żeby dopuszczać do kaca, gdy muszę następnego dnia być na baczność.
I dlatego nie pojechałam na firmową imprezę.
Bo lubię pić. Ale nie lubię konsekwencji w nieoczekiwanych momentach.
I wkurwiało mnie zachowanie D., która najpierw wpadła mi do pokoju z ryjem, że nie idę po dobra, które z pańskiego stołu zalegały w kuchni, a następnie strofowała mnie, żeby nie brać tyle, bo inni też muszą. Ci, co byli na imprezie rzucili się na resztki, wynosząc je całymi siatkami.
Jakby się tam nie nażarli i nie napili, ale mniejsza z większym :) Dziś rano połowę wywaliłam do kosza, bo cenię swój żołądek. Kible w pracy były okupowane non stop.
Życie :)
A D. po kolejnej wizycie w miejscu, gdzie król chodzi piechotą i bez asysty raczej westchnęła: dawno się tak nie napchałam.
No ja sądzę.
Mniejsza z większym.
Dziś jeszcze wyszłam o ludzkiej porze, ale jutro ma być pod górkę i pod wiatr.
Nie takie tornada się przeżywało, co nie, Kochany Pamiętniczku?
I odezwała się E.
E. jest moją... hmmm... to skomplikowane... przyjaciółką (?) ze studiów.
To naprawdę skomplikowane.
Dziewczyna z pokręconym bardziej niż ja życiem. Doświadczona przez nie. Z wymaganiami wobec niego, których ja nawet w marzeniach nie ośmieliłabym się mu stawić. Nasze drogi krzyżowały się często, ale...
OK, za wiele rzeczy jestem jej wdzięczna. Może nie tyle jej samej, co je otoczeniu, za niektóre tak, za niektóre mniej. Pracowałam u jej brata jako baby sitter. Skomplikowane i to bardzo. Zakręcone bardziej niż świński ogonek. Jej mama, z jednej strony wspierająca mnie wałówą, z drugiej mówiąca mi, gdy wyjeżdżałam na wakacje z moją ówczesną miłością do Mikołajek pod namiot (P., nie ma Cię już, ale naprawdę? To nie ja byłam tą, która poszła w siną dal. Bolałeś, jak i ten peron, No cóż, było, minęło) powiedziała, że jak wrócę pójdzie ze mną do ginekologa, by stwierdzić, czy wciąż jestem dziewicą. Uśmiechnęłam się tylko, ale Ty, E. swoje wybory wciąż znaczyłaś tym, co rodzice powiedzą. To były Twoje decyzje. Ja, wiodąc życie beztroskie, nie wdawałam się w takie związki jak Ty, bo... Ano, moje zasady są głupie, ale... Nigdy nie przyszło mi do głowy wzdychać do żonatego faceta, odkąd zauroczyłam się w żonatym taksówkarzu, na co moja koleżanka, nawet nie przyjaciółka, rzekła "50 groszy". W sensie, że oni nigdy nie mają wydać ze złotówki :) A 50 groszy to kiedyś była kasa, oranżada kosztowała 45 groszy :) I tym sposobem uratowała moje życie.
Ty, E.korzystałaś z notatek,podpowiedzi, spotkań. Spóźniałaś się, bo tak, to ja zawsze czekałam, mnie nic nie usprawiedliwia w mojej punktualności.
Gdy byłam na lodzie, bez dachu nad głową, a Ty mieszkałaś w studenckim, dwuosobowym pokoju sama, gdy wiedziałaś, że nie mam już gdzie iść, nie powiedziałaś: zacumuj u mnie. Tłumaczyłaś, że właścicielka się nie zgodzi. Właścicielka, dzięki której zostałam mężatką, a long story.
Szłam do Warty,po drodze napotkałam siostrę uczennicy mojej mamy, która na wieść, ze jestem od jutra bezdomna powiedziała: no ja mieszkam na dwuosobowym pokoju sama...
I tak nasze losy się krzyżowały, ciągle i ciągle, ale to ja byłam stroną dającą bardziej.
Jak wtedy, gdy nie chciałaś urodzić tego dziecka.
I potem, gdy widząc Pierworodnego, mówiłaś, że nie możesz na niego patrzeć.
|Jakby to on był coś winien.
Angażujesz się we wszystko, w Solidarność, w inne takie tam - szamocąc się. I wciąż mówiąc o Marku i Piotrze, którzy mają Cię głęboko w dupie. Do wyrzygania. Żaden nie był gotowy do poświęcenia czegokolwiek dla Ciebie.
Jestem okrutna?
Może.
Bo dziś napisałam Ci, że nie, przepraszam, ale nie, nie dostosuję się już do Twoich terminów. Bo ja też mam swoje piekło. I nie,nie będę się z Tobą licytowała, która z nas jest bardziej doświadczona przez życie.
Każda z nas ma swoje piekło.
I tak , jestem szczęściarą, bo mam dzieci i wnuki.
Bo w moim życiu są takie osoby, jak Baran, Sikora, Zmorka, Dora, mamaKlary, Stardust, Kierownik Budowy i wiele innych wirtualnych i realnych osób. Jak P., klepiący mnie po tyłku i wystawiający swój do klepania. Ludzie, którzy są, bo ja jestem jaka jestem.
Sześć lat temu, gdy skończyłam mój największy w życiu remont, gdy chciałam się pochwalić tym, co mam, co zdobyłam na starość rzutem na taśmę, nigdy nie miałaś czasu.
Byłam w tym czasie parę razy u Ciebie.
Bo Ty tak pracujesz, że ukojenie znajdujesz tylko w ścianach domu.
No popatrz.
Tak jakoś wyszło, że ja też. I dziś Ci to wprost napisałam.
Nie odzywasz się już do mnie - i o dziwo - mam na to wyjebane.
Nie jestem już tą Basią, lecącą na skinienie każdej "przyjaciółki".
Jestem wredną, Starą Jędzą, która jest okrutna.
I zastanawiam się, jak bardzo musisz nie kochać swojej pracy, skoro piszesz, że w Wigilię bedziesz pracowała do późna.
Serio, pojebało Cię?
Pracujesz tam, odkąd skończyłaś studia.
Więc na chuja siedzisz tam w Wigilię, będąc już na emeryturze?
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, nawet mając grosze na koncie wyszłabym wtedy, nie trzaskając drzwiami.
Bo ni chuja nikt nie potrzebuje mojej pracy w Wigilię tam.
Więc podsumowując: jestem jakąś wredną suką, ale dobrze mi z tym :P
I niech tak zostanie.
A wczoraj wracałam do domu tak, że ojapierdolę. Najpierw nie chciało mi się czekać ponad 20 minut na autobus, więc w bimbę skoczyłam...
A potem cała long story z dojazdem w smrodzie jakżeż uczynnego obywatela wyszła...
Dlatego dziś odstałam karnie 18 minut na zimnie, żeby wrócić bez smrodu.
I w ten sposób, słuchając radia na P., notatkę popełniłam.
Jeszcze dwa dni, potem niedzielę przeżyć i...
Może znów coś napiszę.
A pełnia dziś w Kosmos wyjebana, ale komórkowa fota nie odda jej uroku :)
A, i kartka doszła, też w Kosmos wyjebana do bólu :P
A od Słonka doszła pinkowa...
Wszyscy się na mnie zasadzają, co nie.
No ale w sumie wredna ze mnie kobita :|
Zasłużyłam :P
Całe moje zło, zakorzenione w memłonie pokazało swe niecne oblicze.
Ale po kolei, jak piszą moi kochani redaktorzy.
W pierwszych słowach mego posta bez bicia przyznaję się, że miałam wyjebane na kacowe cierpienia moich współpracowników. I nie, że święta jestem i kaca nigdy nie miałam, bo miałam i to nieraz, ale...
Nigdy nie byłam na tyle głupia, żeby dopuszczać do kaca, gdy muszę następnego dnia być na baczność.
I dlatego nie pojechałam na firmową imprezę.
Bo lubię pić. Ale nie lubię konsekwencji w nieoczekiwanych momentach.
I wkurwiało mnie zachowanie D., która najpierw wpadła mi do pokoju z ryjem, że nie idę po dobra, które z pańskiego stołu zalegały w kuchni, a następnie strofowała mnie, żeby nie brać tyle, bo inni też muszą. Ci, co byli na imprezie rzucili się na resztki, wynosząc je całymi siatkami.
Jakby się tam nie nażarli i nie napili, ale mniejsza z większym :) Dziś rano połowę wywaliłam do kosza, bo cenię swój żołądek. Kible w pracy były okupowane non stop.
Życie :)
A D. po kolejnej wizycie w miejscu, gdzie król chodzi piechotą i bez asysty raczej westchnęła: dawno się tak nie napchałam.
No ja sądzę.
Mniejsza z większym.
Dziś jeszcze wyszłam o ludzkiej porze, ale jutro ma być pod górkę i pod wiatr.
Nie takie tornada się przeżywało, co nie, Kochany Pamiętniczku?
I odezwała się E.
E. jest moją... hmmm... to skomplikowane... przyjaciółką (?) ze studiów.
To naprawdę skomplikowane.
Dziewczyna z pokręconym bardziej niż ja życiem. Doświadczona przez nie. Z wymaganiami wobec niego, których ja nawet w marzeniach nie ośmieliłabym się mu stawić. Nasze drogi krzyżowały się często, ale...
OK, za wiele rzeczy jestem jej wdzięczna. Może nie tyle jej samej, co je otoczeniu, za niektóre tak, za niektóre mniej. Pracowałam u jej brata jako baby sitter. Skomplikowane i to bardzo. Zakręcone bardziej niż świński ogonek. Jej mama, z jednej strony wspierająca mnie wałówą, z drugiej mówiąca mi, gdy wyjeżdżałam na wakacje z moją ówczesną miłością do Mikołajek pod namiot (P., nie ma Cię już, ale naprawdę? To nie ja byłam tą, która poszła w siną dal. Bolałeś, jak i ten peron, No cóż, było, minęło) powiedziała, że jak wrócę pójdzie ze mną do ginekologa, by stwierdzić, czy wciąż jestem dziewicą. Uśmiechnęłam się tylko, ale Ty, E. swoje wybory wciąż znaczyłaś tym, co rodzice powiedzą. To były Twoje decyzje. Ja, wiodąc życie beztroskie, nie wdawałam się w takie związki jak Ty, bo... Ano, moje zasady są głupie, ale... Nigdy nie przyszło mi do głowy wzdychać do żonatego faceta, odkąd zauroczyłam się w żonatym taksówkarzu, na co moja koleżanka, nawet nie przyjaciółka, rzekła "50 groszy". W sensie, że oni nigdy nie mają wydać ze złotówki :) A 50 groszy to kiedyś była kasa, oranżada kosztowała 45 groszy :) I tym sposobem uratowała moje życie.
Ty, E.korzystałaś z notatek,podpowiedzi, spotkań. Spóźniałaś się, bo tak, to ja zawsze czekałam, mnie nic nie usprawiedliwia w mojej punktualności.
Gdy byłam na lodzie, bez dachu nad głową, a Ty mieszkałaś w studenckim, dwuosobowym pokoju sama, gdy wiedziałaś, że nie mam już gdzie iść, nie powiedziałaś: zacumuj u mnie. Tłumaczyłaś, że właścicielka się nie zgodzi. Właścicielka, dzięki której zostałam mężatką, a long story.
Szłam do Warty,po drodze napotkałam siostrę uczennicy mojej mamy, która na wieść, ze jestem od jutra bezdomna powiedziała: no ja mieszkam na dwuosobowym pokoju sama...
I tak nasze losy się krzyżowały, ciągle i ciągle, ale to ja byłam stroną dającą bardziej.
Jak wtedy, gdy nie chciałaś urodzić tego dziecka.
I potem, gdy widząc Pierworodnego, mówiłaś, że nie możesz na niego patrzeć.
|Jakby to on był coś winien.
Angażujesz się we wszystko, w Solidarność, w inne takie tam - szamocąc się. I wciąż mówiąc o Marku i Piotrze, którzy mają Cię głęboko w dupie. Do wyrzygania. Żaden nie był gotowy do poświęcenia czegokolwiek dla Ciebie.
Jestem okrutna?
Może.
Bo dziś napisałam Ci, że nie, przepraszam, ale nie, nie dostosuję się już do Twoich terminów. Bo ja też mam swoje piekło. I nie,nie będę się z Tobą licytowała, która z nas jest bardziej doświadczona przez życie.
Każda z nas ma swoje piekło.
I tak , jestem szczęściarą, bo mam dzieci i wnuki.
Bo w moim życiu są takie osoby, jak Baran, Sikora, Zmorka, Dora, mamaKlary, Stardust, Kierownik Budowy i wiele innych wirtualnych i realnych osób. Jak P., klepiący mnie po tyłku i wystawiający swój do klepania. Ludzie, którzy są, bo ja jestem jaka jestem.
Sześć lat temu, gdy skończyłam mój największy w życiu remont, gdy chciałam się pochwalić tym, co mam, co zdobyłam na starość rzutem na taśmę, nigdy nie miałaś czasu.
Byłam w tym czasie parę razy u Ciebie.
Bo Ty tak pracujesz, że ukojenie znajdujesz tylko w ścianach domu.
No popatrz.
Tak jakoś wyszło, że ja też. I dziś Ci to wprost napisałam.
Nie odzywasz się już do mnie - i o dziwo - mam na to wyjebane.
Nie jestem już tą Basią, lecącą na skinienie każdej "przyjaciółki".
Jestem wredną, Starą Jędzą, która jest okrutna.
I zastanawiam się, jak bardzo musisz nie kochać swojej pracy, skoro piszesz, że w Wigilię bedziesz pracowała do późna.
Serio, pojebało Cię?
Pracujesz tam, odkąd skończyłaś studia.
Więc na chuja siedzisz tam w Wigilię, będąc już na emeryturze?
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, nawet mając grosze na koncie wyszłabym wtedy, nie trzaskając drzwiami.
Bo ni chuja nikt nie potrzebuje mojej pracy w Wigilię tam.
Więc podsumowując: jestem jakąś wredną suką, ale dobrze mi z tym :P
I niech tak zostanie.
A wczoraj wracałam do domu tak, że ojapierdolę. Najpierw nie chciało mi się czekać ponad 20 minut na autobus, więc w bimbę skoczyłam...
A potem cała long story z dojazdem w smrodzie jakżeż uczynnego obywatela wyszła...
Dlatego dziś odstałam karnie 18 minut na zimnie, żeby wrócić bez smrodu.
I w ten sposób, słuchając radia na P., notatkę popełniłam.
Jeszcze dwa dni, potem niedzielę przeżyć i...
Może znów coś napiszę.
A pełnia dziś w Kosmos wyjebana, ale komórkowa fota nie odda jej uroku :)
A, i kartka doszła, też w Kosmos wyjebana do bólu :P
A od Słonka doszła pinkowa...
Wszyscy się na mnie zasadzają, co nie.
No ale w sumie wredna ze mnie kobita :|
Zasłużyłam :P
piątek, 6 grudnia 2019
Jakoś
tak w tym roku miesiące mijają piorunem, Kochany Pamiętniczku, a dni wloką się jak żółwie.
Dziś już dwa dni po imieninach i urodzinach, a ja wciąż życzenia dostaję, łomatkoicórko.
A wszystko przez mój genialny pomysł (polecam dla mających konto) wyłączenia daty urodzin na FB.
To naprawdę bardzo genialny pomysł, bo wtedy odzywają się tylko ci, którzy naprawdę są w moim życiu - nieważne - od dawna, od wczoraj, ale są.
Realnie, nawet jeżeli są to osoby oddalone o tysiące mil, nielajkujące na co dzień moich wypocin, ludzie ze swoim życiem (to nic złego, też mam swoje życie), znane niekiedy tylko wirtualnie, ale...
Jestem dla nich kimś, a i oni są dla mnie ważni.
To ludzie, którzy w jakiś sposób zmienili moje życie.
Ale wszystkim moim czytaczom, którzy wleźli na bloga 4 grudnia i powinszowali - z serca dziękuję.
Bo to był dla mnie szczególny dzień.
Nie lubię swoich urodzin, bo jestem chyba "jakoś zepsuta". Odkąd zmarła moja mama, a zmarła, gdy miałam niecałe 16 lat, nikt jakoś nie obchodził moich urodzin. Skończyły się i tyle. A że na dokładkę mam w tym dniu ustalone rodzinnie imieniny (bo dziadek mój chciał mieć Basię i to świętowaliśmy zawsze, choć nikt w domu nie mówił na mnie Basia) - to jakoś mi wali w dekielek :) Nawet będąc mężatką nie celebrowałam tego dnia, bo nie bardzo było za co. A moja teściowa i owszem, celebrowała, szarpiąc się na oszałamiające prezenty w postaci sfilcowanego sweterka z paczki z Reichu.
Więc...
Zawsze chcę, żeby wszyscy o tym dniu zapomnieli.
A i ja sama czuję się jak Maria Antonina wstępująca na szafot :)
Przechodzi mi dopiero następnego dnia, gdy budzę się, boli tak samo wszystko, jak dzień wcześniej, okoliczności przyrody nie ulegają zmianie, na czole nie mam tatuażu, że znów jestem rok starsza, chociaż lustro mówi, że i owszem, jeden dzień na karku więcej...
Ale...
Dziś mam już za sobą 23 743 dni.
I dzień jak co dzień.
D. podarowała mi kolejny zestaw śniadaniowy - talerz, talerzyk, kubek. Co z tego, że z Ćmielowa? Jak ściągnięty z zasobów pracowych i w kartoniku, który już niejedno widział? Wiem, wiem, darowanemu nie zagląda się w zęby, ale tekst: mam też w szafie białe wino, ale ty chyba białego nie pijesz, powalił mnie na kolana. Wino też pracowe. W zeszłym roku dostałam maść na receptę, napoczętą, ale jej nie służyła, a ja ją potrzebowałam. Szczerze? Doceniam wszystko, ale... Po co mi takie coś?
Gdy zaczynałam pracować, zapytano mnie, czy chcę obchodzić urodziny w pracy. Powiedziałam, że nie.
To jest mój dzień, moja sprawa.
W praniu okazało się, że panowie dostają whisky, a panie bukiecik. A poczęstunek u nas na bogato, z alkoholem.
To ja dziękuję, postoję.
Nie ma pojęcia, jakie oni mają pensje, ale wydawanie z własnych zasobów jakichś 500 zł na balangę na mój koszt - sorry Winnetou, nie opłaca mi się to wcale :P
P. co roku przychodzi, składa życzenia, daje badyle albo słodycze
w tym roku oryginalną grecką chałwę - i ja to szanuję. Nie oczekuje nic w zamian. Nie jest idealny, ale są gorsi od niego. Przez te 10 lat nie upokorzył mnie nigdy, aczkolwiek ciśnienie mi czasem nieźle podniósł.
A dzisiaj Mikołaj się "rozszalał", od prezesa dostaliśmy tradycyjnie
taką dużą. No OK :) Ale lepsza byłaby premia, co nie?
Ale od lat nie ma premii, za to jest wigilia.
Na którą w poniedziałek jadą prawie wszyscy. Cztery godziny jazdy autobusem, potem balanga dla całej firmy.
Spasowałam. Nie lubię pracowych spędów, to raz. Dwa, nie jest to zsynchronizowane w pracą. Trzy, już mnie pytano, czy w poniedziałek pracuję, oczywiście, wszyscy wszystko robią na ostatnią chwilę.
A, na poniedziałek wypisałam urlop, bo inaczej musiałabym iść w stronę słońca i odsiedzieć 8 godzin.
Odsiedzieć dosłownie i nawet kura siedząca na jajach ma lepiej, bo ma efekt: kurczaki.
Więc nie, nie będę siedziała. Może pójdę w stronę słońca, jak aura pozwoli :)
Ale halo, halo, dlaczego w czasie urlopu mam pracować?
Odpisałam żądającym, że mam urlop.
Oni, jak mają urlop, mają na wszystko wyjebane.
Mam i ja :)
I tak będę pracowała na wariackich papierach (jakbym tak stale nie pracowała), ale sorry Winnetou - będę świeża, wypoczęta, wypachniona i chociaż wiem, że przekibluję grubo po godzinach, w piątek w nocy wrócę do domu i będę WOLNA :)
A jedyne co jeszcze się w życiu liczy, to wolność.
W środę też miałam urlop, bo tak, i dzięki temu przeżyłam spokojnie swoje urodziny, relaksując się spacerkiem do miasta, gdzie zanabyłam w Pierożaku (polecam tubylcom) na Półwiejskiej pierogi, Ułożone na tacce, zamrożone głęboko, za oszałamiającą kwotę 16 zł za 18 pierogów. Jak policzę moją niechęć do robienia pierogów, bajzel w kuchni i jakość (to ukraińskie, bo to lepią Ukrainki) pierogi za tę cenę na sztuk ludzi jeden są za darmo :)
W jednej z budek w okolicy będą sprzedawać karpie żywe z Milicza.
Ojapierdolę :)
Żywy karp i na dokładkę z MILICZA to kiedyś było MARZENIE.
Niedościgłe.
Ale teraz? Kopnę się do rybnego, gdzie mają wyjechane w Kosmos filety z karpia i zapytam, czy będę musiała się o nie bić, ewentualnie czy ze względu na to, że jestem stałą klientką dostanę spod lady tę tuszkę?
Wanna zajęta. Mój brat, rezygnujący z walnięcia karpia w łeb, bo mu na to serce nie pozwalało, jedyne, co robił, to go wypatroszył. Eks, który nie zhańbił się zabiciem nikogo, a już na pewno nie karpia, jako że ryb unikał jak ognia. I Inżynier, pomagający matce, trzymającej karpia w gazecie, bo się ślizgał, walący go w łeb...
Nie, nie wyrósł na zboczeńca :)
A teraz matka kulturalnie, wyczyszczone, wyfiletowane, za koszmarną cenę, ale co tam :)
Raz się żyje, potem się straszy.
Przede mną w sumie 3,5 dnia spokoju.
Niech będą spokojne zatem :)
Dziś już dwa dni po imieninach i urodzinach, a ja wciąż życzenia dostaję, łomatkoicórko.
A wszystko przez mój genialny pomysł (polecam dla mających konto) wyłączenia daty urodzin na FB.
To naprawdę bardzo genialny pomysł, bo wtedy odzywają się tylko ci, którzy naprawdę są w moim życiu - nieważne - od dawna, od wczoraj, ale są.
Realnie, nawet jeżeli są to osoby oddalone o tysiące mil, nielajkujące na co dzień moich wypocin, ludzie ze swoim życiem (to nic złego, też mam swoje życie), znane niekiedy tylko wirtualnie, ale...
Jestem dla nich kimś, a i oni są dla mnie ważni.
To ludzie, którzy w jakiś sposób zmienili moje życie.
Ale wszystkim moim czytaczom, którzy wleźli na bloga 4 grudnia i powinszowali - z serca dziękuję.
Bo to był dla mnie szczególny dzień.
Nie lubię swoich urodzin, bo jestem chyba "jakoś zepsuta". Odkąd zmarła moja mama, a zmarła, gdy miałam niecałe 16 lat, nikt jakoś nie obchodził moich urodzin. Skończyły się i tyle. A że na dokładkę mam w tym dniu ustalone rodzinnie imieniny (bo dziadek mój chciał mieć Basię i to świętowaliśmy zawsze, choć nikt w domu nie mówił na mnie Basia) - to jakoś mi wali w dekielek :) Nawet będąc mężatką nie celebrowałam tego dnia, bo nie bardzo było za co. A moja teściowa i owszem, celebrowała, szarpiąc się na oszałamiające prezenty w postaci sfilcowanego sweterka z paczki z Reichu.
Więc...
Zawsze chcę, żeby wszyscy o tym dniu zapomnieli.
A i ja sama czuję się jak Maria Antonina wstępująca na szafot :)
Przechodzi mi dopiero następnego dnia, gdy budzę się, boli tak samo wszystko, jak dzień wcześniej, okoliczności przyrody nie ulegają zmianie, na czole nie mam tatuażu, że znów jestem rok starsza, chociaż lustro mówi, że i owszem, jeden dzień na karku więcej...
Ale...
Dziś mam już za sobą 23 743 dni.
I dzień jak co dzień.
D. podarowała mi kolejny zestaw śniadaniowy - talerz, talerzyk, kubek. Co z tego, że z Ćmielowa? Jak ściągnięty z zasobów pracowych i w kartoniku, który już niejedno widział? Wiem, wiem, darowanemu nie zagląda się w zęby, ale tekst: mam też w szafie białe wino, ale ty chyba białego nie pijesz, powalił mnie na kolana. Wino też pracowe. W zeszłym roku dostałam maść na receptę, napoczętą, ale jej nie służyła, a ja ją potrzebowałam. Szczerze? Doceniam wszystko, ale... Po co mi takie coś?
Gdy zaczynałam pracować, zapytano mnie, czy chcę obchodzić urodziny w pracy. Powiedziałam, że nie.
To jest mój dzień, moja sprawa.
W praniu okazało się, że panowie dostają whisky, a panie bukiecik. A poczęstunek u nas na bogato, z alkoholem.
To ja dziękuję, postoję.
Nie ma pojęcia, jakie oni mają pensje, ale wydawanie z własnych zasobów jakichś 500 zł na balangę na mój koszt - sorry Winnetou, nie opłaca mi się to wcale :P
P. co roku przychodzi, składa życzenia, daje badyle albo słodycze
w tym roku oryginalną grecką chałwę - i ja to szanuję. Nie oczekuje nic w zamian. Nie jest idealny, ale są gorsi od niego. Przez te 10 lat nie upokorzył mnie nigdy, aczkolwiek ciśnienie mi czasem nieźle podniósł.
A dzisiaj Mikołaj się "rozszalał", od prezesa dostaliśmy tradycyjnie
taką dużą. No OK :) Ale lepsza byłaby premia, co nie?
Ale od lat nie ma premii, za to jest wigilia.
Na którą w poniedziałek jadą prawie wszyscy. Cztery godziny jazdy autobusem, potem balanga dla całej firmy.
Spasowałam. Nie lubię pracowych spędów, to raz. Dwa, nie jest to zsynchronizowane w pracą. Trzy, już mnie pytano, czy w poniedziałek pracuję, oczywiście, wszyscy wszystko robią na ostatnią chwilę.
A, na poniedziałek wypisałam urlop, bo inaczej musiałabym iść w stronę słońca i odsiedzieć 8 godzin.
Odsiedzieć dosłownie i nawet kura siedząca na jajach ma lepiej, bo ma efekt: kurczaki.
Więc nie, nie będę siedziała. Może pójdę w stronę słońca, jak aura pozwoli :)
Ale halo, halo, dlaczego w czasie urlopu mam pracować?
Odpisałam żądającym, że mam urlop.
Oni, jak mają urlop, mają na wszystko wyjebane.
Mam i ja :)
I tak będę pracowała na wariackich papierach (jakbym tak stale nie pracowała), ale sorry Winnetou - będę świeża, wypoczęta, wypachniona i chociaż wiem, że przekibluję grubo po godzinach, w piątek w nocy wrócę do domu i będę WOLNA :)
A jedyne co jeszcze się w życiu liczy, to wolność.
W środę też miałam urlop, bo tak, i dzięki temu przeżyłam spokojnie swoje urodziny, relaksując się spacerkiem do miasta, gdzie zanabyłam w Pierożaku (polecam tubylcom) na Półwiejskiej pierogi, Ułożone na tacce, zamrożone głęboko, za oszałamiającą kwotę 16 zł za 18 pierogów. Jak policzę moją niechęć do robienia pierogów, bajzel w kuchni i jakość (to ukraińskie, bo to lepią Ukrainki) pierogi za tę cenę na sztuk ludzi jeden są za darmo :)
W jednej z budek w okolicy będą sprzedawać karpie żywe z Milicza.
Ojapierdolę :)
Żywy karp i na dokładkę z MILICZA to kiedyś było MARZENIE.
Niedościgłe.
Ale teraz? Kopnę się do rybnego, gdzie mają wyjechane w Kosmos filety z karpia i zapytam, czy będę musiała się o nie bić, ewentualnie czy ze względu na to, że jestem stałą klientką dostanę spod lady tę tuszkę?
Wanna zajęta. Mój brat, rezygnujący z walnięcia karpia w łeb, bo mu na to serce nie pozwalało, jedyne, co robił, to go wypatroszył. Eks, który nie zhańbił się zabiciem nikogo, a już na pewno nie karpia, jako że ryb unikał jak ognia. I Inżynier, pomagający matce, trzymającej karpia w gazecie, bo się ślizgał, walący go w łeb...
Nie, nie wyrósł na zboczeńca :)
A teraz matka kulturalnie, wyczyszczone, wyfiletowane, za koszmarną cenę, ale co tam :)
Raz się żyje, potem się straszy.
Przede mną w sumie 3,5 dnia spokoju.
Niech będą spokojne zatem :)
środa, 4 grudnia 2019
Dzisiejszy
dzień sponsoruje, Kochany Pamiętniczku, kilka cyferek.
23 741 i 65.
Podobają mi się :)
Lubię je :)
Zatem wypiję za nie :)
23 741 i 65.
Podobają mi się :)
Lubię je :)
Zatem wypiję za nie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)














