piątek, 29 maja 2020

Nie jestem

zachwycona, Kochany Pamiętniczku, perspektywą powrotu.
Oczywiście, cieszę się, że wciąż mam pracę, że na koncie już dziś rano była pensja, co do grosza, inna para kaloszy, że parę dodatków robiłam, a pensja goła jak święty turecki, ale mniejsza z większym, żadnego obcinania, nieważne o ile. I jest ta praca, co faktycznie, w tej pojechanej sytuacji jest wspaniałe. Ale ja też sroce spod ogona nie wypadłam, nie jestem idealna, ale jestem znakomita w uwarunkowaniach mojej firmy. Lepszej nie będzie, będą o mnie krążyły legendy, jak krążą o poprzedniej pani. Z tytułem doktora, dzięki której mam tę posadę, bo nie wyrabiała na zakrętach, korekcąc dwie gazety. W porywach też tak korekciłam (te dwie konkretne, w ramach urlopu w poprzedniej firmie) i szło mi to lekko, no ale byłam o 10 lat młodsza. Long story :) Obecnie korekcę sztuk trzy, nie licząc dodatków, niespodziewajek i książek, na które zgadzam się osobno, bo bez przesady z pracą w czynie społecznym, 2,50 się należy, jak mawiał Inżynier (wyrachowany typ od urodzenia), podsuwając do pocałunku czubek głowy na błaganie me...
Cieszę się, że nikt mnie nie zwalnia, że ludzie od czasu do czasu piszą, że tęsknią (wielbiciele się znaleźli, nosz kurde blaszka), że im dbanie o badylki nie wychodzi, bo ręki nie mają (bywa, trudno), a co poniektórym to i darcia mordy brakuje (zboczeńcy są wszędzie, nie da się tego ukryć).
Po stronie moich plusów dodatnich jest fakt, że nawet jak bardzo mi się nie chce, ale to już naprawdę bardzo i nie mam weny, to i w piżamce ogarnę tę kuwetę i nikt się nawet nie zorientuje (jeszcze mi się to nie zdarzyło). Ale nie lecę z wywieszonym ozorem na autobus, denerwując się, że jak nie zdążę na czas (nie muszę, ale lata pracy wdrukowały: nie spóźniamy się), to Boss coś głupiego powie. Nie, że nie mogę, ale denerwuje mnie to. Bo mam takiego pecha, że jak wpadam 45 minut wcześniej, to nikomu nie jestem przydasię, ale jak nie daj bór liściasty spóźnię się 5 minut, to pożąda mnie cała redakcja. Namiętnie.
Tu zawsze jestem na czas, bo nawet na kacu o ósmej zwlekam szanowne zwłoki, nie ma opcji leżenia dłużej.
A kaca nie miałam od wieków, za co niebiosom dzięki. I partii. Broń bór iglasty rządzącej :)
To są niezaprzeczalne plusy.
O minusach będzie później, bo i te są.
Fajnie jest mieć w domu firmową pocztę. Nie mając jej nie wiedziałabym, że zarząd zarządził powrót wszystkich do firmy od 1 czerwca. Moim skromnym zdaniem to błąd, ale nie ja zarządzam. Większa większość dojeżdża samochodami, tylko takie sieroty jak ja MPK. Ale zawsze jest ten margines.  Rząd luzuje, jak mu w danym momencie pasuje, bo tak, nie kierując się żadnymi racjonalnymi przesłankami.
Uprzedzam: być może cała ta epidemia, przepraszam, pandemia, wyssana jest z brudnego palucha.
Przerabiałam już wszystko: iluminatów, spiskową teorię dziejów, młodą dziewczyną będąc pracowałam z nieocenionym doktorem P. (alzheimer w ostatniej chwili zwolnił klapkę w moim mózgu), mądrym człowiekiem, który szpikował mnie literaturą o masonach i innych takich, w czasach, gdy internetów nie było, a o Korwinie-Mikke nikt nie słyszał. Doktor, z niewiadomych powodów lubił mnie niezmiernie (teraz, po latach, mniemam, że był gejem, ale Panie świeć nad jego duszą, nic nie insynuuję, nie miałam wtedy gejdaru, a i przybranego syna miał, o, wygooglałam, starszy kustosz dyplomowany, moja kariera zakończyła się na młodszym bibliotekarzu, więc do pięt mu nie sięgam), jak wszyscy mężczyźni w moim życiu, którzy... Byli i są mi bliscy. Coś w tym jest. No dobra, spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Wracając do naszych baranów - Ziemia jest płaska. A ja jestem otwarta na wszystkie opcje.
Nevermind.
B. zbuntował się, że te śmierci to ściema.
Pytam Inżyniera: zmarły dwie osoby z jego firmy, na koronawirusa.
Znał je osobiście.
Mówię B.
Drąży: miały choroby współistniejące.
Nie wiem, kurwa, nie pytam Inżyniera, bo po co? Zmarły: stwierdzono koronawirusa.
To nie jest amerykański film, nie ogarnę globalnej polityki, nie ogarnę knucia wszystkich rządów, iluminatów, Żydów, cyklistów i korekty.
Czytając wiadomości z mojego kraju zastanawiam się, czy czasem nie byłabym szczęśliwsza, wsadzona w kaftan i z paroma miligramami haloperidolu albo innego cuda w żyłkach.
Plusem dla mnie jest też to, że nie mam kontaktu z ludźmi. Jestem introwertyczką do n-tej plus nieskończoność i tak, jest mi dobrze.
Nikt ode mnie nic nie oczekuje, nie marudzi, że jak to, że on pije tylko wodę gazowaną (a co mnie to, kurwa, jak gdzieś idę na zapytanie, co wypiję, odpowiadam: szklanka wody zupełnie wystarczy, może być z kranu, a tu mam: soczek, taki, sraki, woda, herbata, nie, nie ziołowa, normalna, kurwa, nie mam normalnej, kupiłam ostatnio Liptona, ślinka mi napłynęła, sparzyłam, wypiłam i kurwa, pół nocy mnie telepało po ścianach), średni gazowaną, bez gazu, a co to, sklep z wodami mam? Z herbatami? Z kawą?
Toleruję własne dzieci, bo one, chociaż zniszczyłam im dzieciństwo i wpędziłam w traumę bez końca (chociaż żadne z nich jeszcze nie wylądowało na kanapce u psychiatry), jakoś mnie rozumieją.
Jakoś.
Bo...
W Dniu Matki na serio brakowało mi kartki od Inżyniera. Szarpnął się, a jakże, na MSG. Było suche jak przeterminowany suchar. Ok, czepiam się, mógł nie mieć czasu i takie tam. Ale... Myślałam, że wskoczy w swój wychuchany samochód po godzinach i zląduje z bukietem. Wie, że uwielbiam bukiety (jego żona ich nie cierpi i nie ceni). Zawiodłam się, trudno, bywa.
Baran był, kochany, jak zawsze niezawodny i bardziej wylewny :)  No cóż, to moje najbardziej udane dziecko, choć przyszywane. Jako i Sikora, cześć jej i chwała i kocham ją  :)
A Pierworodny, co do niego zupełnie niepodobne, zadeklarował miłość do moi na FB, publicznie, ojapierdolę, chyba mu się okienka pomyliły :) Przedtem, w niedzielę, zapytał (znów ojapierdolę), co mama chce. Serio? Z takim wyprzedzeniem?
Powiedziałam, że ewakuacji wielkiego wora śmieci z loggii.
Sama miałam obiekcje z wyniesieniem go,  pomijając to, że nie udźwignęłabym.
Wyniósł.
I to jest prezent :) Dzięki temu w tygodniu ogarnęłam loggię, wywalając bratki zeżarte niemiłosiernie przez mszyce.
Sadząc, przesadzając i inne takie tam...
Wracając do minusów i do zarządzenia Zarządu, Bossa nie ma (wiem, pisałam do sekretariatu, D. wróć). Może będzie w poniedziałek. Nie mam więc odpowiedzi na emilka, a dopóki Boss nie zarządzi, nie ma sensu wracanie na pracowy mełon.
Trzymajcie kciuki, żeby Boss uznał, że jestem the Quinn of   home office.
Żeby wrócić do redakcji muszę mieć informatyka, który mnie odłączy, zabierze graty. Jechanie do redakcji ze sprzętem pod pachą? Nie ma takiej opcji, nie MPK, nie w moim wieku.
I nie, nie zrobi tego Inżynier. Nie płacą mu za to.
On ma swoje pracowe piekło, ale to nie moja bajka :)
No dobra, z notki robi się baśń z tysiąca i jednej nocy, ale cóż :)

Tak wygląda oliwnik. Jeszcze nie pachnie. Ale jak te pączusie zrobią się żółte, będzie koniec świata....
I kolejny rok, kiedy na wąchanie tych wonności Arabii nie dojechała Zmorka ma kochana. Ale wciąż żyję nadzieją, że nawet jak już będziemy obie popylały na balkonikach, nawąchamy się tak, że odlecimy tam, gdzie obie będziemy szczęśliwe na maksa :)
No dobra, zaraz tłumaczę: nie jadę do Ciebie, bo na to czwarte piętro już nie dam rady wleźć. Wiem, że mi wybaczysz...
Jestem już stara dupa :) 
Pół metra czekolady dziś zanabyłam.
Łaskawie pozwolono mi to jutro dowieźć, nevermind.
Próbowałam przełożyć rendez vous na niedzielę, kiedy będzie u Inżynierostwa Pierworodny zamiast ekipy Synowej, za którą nie przepadam, ale nie wyszło.
Dlatego lubię być sama, bo nie muszę wtedy, kurwa, rozmawiać z osobami, z którymi mi zupełnie nie po drodze w ramach relacji rodzinnych.
Zawsze są to relacje z tamtej strony.
I, wzdech, jeszcze głębszy wzdech.
A mam na to wyjebane.
Jak i na to, że druga synowa na wiadomość, że przelewam kasę dla MW i Papryczka na Dzień Dziecka, bo ni chuja nie wiem, co im kupić, niech dołożą, mają, na to co chcę nie odrzekła nawet chuj ci plecy, bo w dupę byś miała przyjemność.
Ano, są ludzie lepsi ode mnie, co nie, nie że forsę daję.
A tak we mnie dojrzała zmywarka do naczyń.
Tak jakoś wyszło.
Sam zmywarka pikuś.
Niecałe 1000 zeta, wiem, dla kogoś kosmiczna kasa, dla mnie prawie połowa pensji, ale inne takie tam.
Mam coraz mniej sił.
Pierworodny obiecał ogarnąć, Inżynier umył ręce, niech mama pogoni Pierworodnego, on tam robi.
Nie skończyłoby się na samej zmywarce. bo i inny zlew, kran, szafka...
Hmmm...
Nadzieja jest matką głupich...
Błogo mi, żem sierotą :)
Napisałam się po kokardkę i kucyki...
A... Odezwał się do mnie Cynober.
Po latach.
Sama nie wiem, czy to chęć nawiązania zerwanej nici, kolejne long story,  w sumie czułam się olana na maksa, ale każdy ma swoje piekło.  A mnie tekst: twoja torebka powalił na kolana.
A, nieważne.
Pisze do mnie, że kuzynka ma dziecko, 3-letnie, z wadą słuchu. No i?
Czy ja coś mogę? Jakaś renta, ktoś, coś?
WTF?
Renta dla 3-letniego dziecka?
Odpowiadam, że oddychamy głęboko, że  sorry Batory, ale wrzucamy na Googla, szukając grup wsparcia.
No bo co ja mogę za to, że moje zycie jest jakie jest?
Oddycham, podaję linka do Kajetan,
Nie znam dziecko, ale... Ktoś, kto ma dziecko w wieku mojego wnuka nie zna wujka Googla?
Serio?
Za chwilę: dane odczytowe, z pytaniem o to, czy wiem?
Serio?
Kurwa.
Nie mam zielonego pojęcia o odczytach, o opiece surdologicznej.
Moja matka walczyła o mnie pazurami,  tak samo o mojego brata, z listów jej siostry wynika, że nie dopuszczała możliwości,  że to jest genetyczne.
Jest.
Nie trafiło żadnego z  moich wnuków, za co dzięki bogu i partii. 
Cynober dosyła mi wyniki, które mi nic nie mówią.
To, że mam niedosłuch, że jestem jaka jestem, w żaden sposób nie przekłada się na  tego konkretnego trzylatka.
On ma przed sobą mnóstwo opcji.
Powinnam prosić o kontakt do jego rodziców?
Wyrosłam na wspaniałą kobietę mimo moje głuchoty, co nie?
Głusi są the best :P



czwartek, 28 maja 2020

No i dupa

Kochany Pamiętniczku.
Od 1 czerwca wracam do redakcji.
Wszystko co piękne, to się kończy.
Widać tak miało być.
C'est la vie. 

czwartek, 21 maja 2020

Czasu

na życie brakuje, Kochany Pamiętniczku, a ja chyba dalej z leksza pojebana jestem, bo analizuję moje życie z perspektywy Netfliksa, a dokładniej


no jak bardzo popierdolonym można być?
Ale oglądając zastanawiam się, jak bardzo podłą matką jestem, ile rzeczy ominęłam i jak bardzo zawiniłam temu, że moje dzieci są obecnie w punkcie, w którym są?
Powinnam już zamówić sobie wizytę u psychiatry, psychologa, psychoterapeuty czy kogoś innego tam i przerabiać traumy.
Pytanie: czyje - moje, ich, o ile je mają.
A może mniej seriali?
Mniej książek.
Więcej spojrzenia na życie pod kątem, że jest piękne, że było cudne i że tyle jeszcze dróg przede mną i przed nimi?
Czuję się w tym wszystkim zaplątana, prawie jak w malinowym chruśniaku.
I sama już nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Zamknęłam dziś czerwcowy numer. O tak, za mną już czerwiec :)

Ta sterta razy dwa, bo w kompiku też czytało się (jak to pięknie i swobodnie brzmi: czytało) to moja czterodniowa praca, bo znów tak wyszło, a w międzyczasie Boss pisał: doszło do pani...
Doszło.
Odpisywałam.
Wszystko do mnie dochodzi.
Nie da się ukryć: jestem szczęściarą życiową.
Mogę siedzieć w piżamie, niemyta, jak mi pasuje.
Lodówka pełna, wszyscy w emilkach wspierają i ochy, i achy, i ojapierdolę...
Kasa na koncie regularnie.
Na plus: czekając godzinami na emilki z pracą, oglądam seriale bez stresu, po prostu na innych nośnikach niż pracowy kompik, nie bojąc się, że za plecami wyrośnie mi Boss i zagrzmi...
Na minusie, jak technika mówi:  czas płynie na czekaniu, a czas, jak wiadomo nigdy nie wraca
W niedzielę w przypływie małpiego rozumu upiekłam


chlebek bananowy. Do środy się nim delektowałam, oj, życie mi ratował.

On i dupomirki.
Te żółte, ojapierdolę, tylko dwa, bo po 19,90 zł za kilo. Ale warte swojej ceny.
I tak dojechałam do dziś.
Pracując jak Chaplin w tym filmie, w którym na taśmie pracował.
Jest cudnie.
Pierworodny odebrał książki w Empiku, inna para kaloszy, że miał w tym interes, bo kupiłam  Mikołajka w komiksie, a on, moje nieodrodne dziecię jest wielbicielem Mikołajka, jako i ja.
I zląduje w niedzielę na obiedzie jako słomiany wdowiec, albowiem wywieźli dzieci do O. Tragedia. Właśnie mija rok, jak wrócili do PL, dzieci zlądowały na miesiące w O.
Przykro mi.
Pracuję i czasami nie radzę sobie nawet z własnymi emocjami, a co dopiero z pracą i z wnukami. Mam 65 lat.
Nogi, obtarte 2 tygodnie temu nie chcą się zagoić.
I nie mieszkamy w Szwajcarii, bo wtedy kazałabym sobie zrobić zespołową fotkę, z "cheeese" i uśpić się.
Nie stać mnie na eutanazję :)
Wydruki z .pdf na przedpotopowej drukarce wykończyły mi wzrok, do okulisty idę od ponad dwóch lat. Nie mogę drukować z serwera, bo nie mam zielonego pojęcia, co na nim leży, wersja do druku czy szajs...
Dziś wyciągnęłam z szuflady lupę, kupioną za grosze w chińskim sklepiku i o dziwo...
Jest cudnie.
Zastanawiam się, kiedy oślepnę.
B. skarżył się, że ma dość koronawirusa, bo go nie ma.
Przerzucił się z Jurka na Huberta.
Hmmm...
Udawałam, że nie wiem, na kogo.
Wiem.
Ale co ja na to poradzę,  że ziemia jest płaska.
I że szkoda mi życia zarówno na Jurka, jak i na Huberta?

Że




I ten film sprzed 10 lat.
Byliśmy wtedy inaczej szczęśliwi.
Pierworodny nie lubi filmu, bo ma słabą głowę.
Ja go bardzo lubię, bo jestem tam wciąż młoda i kochana:)
Mam teraz inne kochania, które mnie zmieniły, i to bardzo, Małą Wiedźmę, Papryczka, Alienka, Kalafiorkównę. Nie oddam ich za nic.
Ale..
Tęsknię.
Przez jedno słowo zachwycona tak jak owoc, rumienię się.
I co z tego, że prawie jak disco polo?

To źle, że tęsknię za tymi dniami?
Chyba za dużo amerykańskich seriali jednak...
Nie wspominając o innych okolicznościach przyrody, gdy byłam podłą suką, a wciąż czułam się, jakbym miała 20 lat, a może mniej.
Mając ich znacznie więcej.
A, nevermind...

UPDATE 
Cztery lata temu był ślub Inżynierostwa.

Cztery lata: jest Alienek, Kalafiorkówna.


Mała Wiedźma, Papryczek i Inżynierowe dzieci jeszcze nigdy nie spotkały się w komplecie... Ani w UK, ani tu, w PL.

Mów do mnie tak, lubię słów twoich smak...
Powinnam iść po coś, by się upić, ale nie mam siły. I muszę dalej żyć, na złość, zamykając mordę :) Bo oczywiście: mamo, mamo...

No nic :)

Mów do mnie tak...


poniedziałek, 11 maja 2020

Tylko

spokój może nas uratować, Kochany Pamiętniczku, co nie?
Wyszedłszy z tego założenia miałam seksualne podejście do większości problemów od czwartku.
Seksualne, bo je kocham.
A co kocham, to pierdolę.
W piątek już

A jakże, ciepło było i w końcu kiedyś trzeba ten sandałkowy sezon zainaugurować. Do domu wróciłam cała i zdrowa, nóg nie obtarwszy, tralalala :)
I w ten piękny sposób zakupy ogarnąwszy w piątek i dalej nic nie robiąc, w sobotę, wstawszy bladym świtem (a jakże, weekend), zrobiwszy się na (u)bóstwo, plecaczek zarzuciwszy na ramiona, na nogi założywszy buty od kijków (na bose stopy), kijki chwyciwszy w dłoń, na mord maseczkę wdziawszy, polazłam lewa, prawa, lewa, prawa do apteki z receptą.
Dotarłam prawie zombie, maseczka i kijki, niestety, wykluczają się wzajemnie.
W aptece więc wykupiłam receptę, powinnam mieć spokój na kilka miesięcy, więc nawet kwota nie powaliła mnie na kolana, ale bystre me oko dojrzało przyłbicę...
No ba, za całe 19,99 zeta, ale... zapakowana w folię, w niej druga folia (okazało się w praniu, że druga folia to celofan, więc nie tak źle), którą urocza pani magister, odziana w takąż (przyłbicę, nie folię) polecała i jeszcze mówiła, żeby z tyłu gumkę pasmanteryjną zamocować, co zademonstrowała na przeuroczym łebku, więc skusiłam się. Tylko dlatego, że na Manhattanie maseczki od wielu dni leżą luzem, na kupie, w kurzu i innych takich tam... Wiem, można kupić i umyć. Ale kosztują tyle samo, co w aptece :)
Więc zanabyłam

zaraz za apteką założyłam i... lewa, prawa, lewa, prawa, wdychając gorące powietrze Dębca, podpierając się kijkami, pomaszerowałam lewa, prawa, lewa prawa...
... po drodze mijając

 car bike mini, ale nie wiem, ile kosztuje, choć napaliłam się na nie jak szczerbaty na suchary, albowiem żeby poznać cenę, trzeba zadzwonić :) No i trzeźwo myśląc: nawet jak się w tym zmieszczę, to jak ja z tego wylezę bez dźwigu? :)
A potem już Dębina i


inne takie tam, szał ciał, coraz większy spokój i...
Dlaczego moje nogi mówią NIE?
Aaaaa...
Pęcherze.
Do domu doszłam jak ten włóczęga znad Bajkału, w poniedziałek z trudem założyłam buty, obklejając nogi toną plastrów.
To było do przewidzenia.
Więc w niedzielę, gdy pogoda była wymarzona, serce i ręce rwały się do kijków, kuśtykałam tylko do lodówki, kuchenki i kibelka, modląc się, by żadne świństwo się nie wdało w te kopytka.
Inżynier, narzekający na kłopoty z Alienkiem (w sensie odpieluchowywania, zabrali się jak żaba do jeża, Alienek ma już ponad 3 lata, no ale nie moja bajka) na moje jęki polecił mi alkohol doustnie, ale raz, że nie czułam potrzeby, dwa, doczołganie się do windy, zjechanie na parter i dotarcie do piątki i powrót - nie, to przerastało moje pokaleczone nogi. Za to zostałam zaproszona, bo zapytałam o odebranie poddupnika na mój pracowy fotel, deklarując hycnięcie pod ich dom i spierdalanie z rzeczonym poddupnikiem, na pomidorówkę  wykonaną ręcami Inżyniera,tak się składa, że mającego urlop, ale to już inna bajka, za długa do opisania, bo wciąż ma nieuregulowane pracowe bajki, nierobienie scen i wdrapanie się na 3. piętro, nacieszenie się Łobuzami i krótką pogawędkę.
Z zaproszenia z radością skorzystałam :) Za to cenię Inżynierostwo: idę do nich, bo idę do nich. Nie sprzątają na moją cześć, bo ja też miałam małe dzieci i nawet nie mając ich, nie mam w domu idealnego porządku. Dom jest dla ludzi.
Osobiście wolałabym karmić Kalafiorkównę łyżeczką, niż kąpać ją po obiedzie, ale nie mój cyrk, nie moje pchły :)
Z pustymi ręcami pojechałam tym razem, albowiem Inżynier wziął mnie krótko za pysk i powiedział, że mam nic nie mieć, bo Alienek kojarzy mnie tylko z pełnym ręcami, a on sobie nie życzy, by jego dziecko kochało mnie za łapówki i za zachcianki, ma mnie kochać za całokształt, albo i nie. To samo łopatą kładła mi do głowy Inżynierowa, no ale kto słuchałby Synowej, co nie? (włażę pod stół i odszczekuję).
Emilka pracowego wysłałam, że jestem od 9 do 13.
Od 9 do 13 siedziałam na dupie, aż mi nogi w nią wrosły i nic.
Ani be, ani me, ani kukuryku.
Więc 12.59 spuściłam na to zasłonę (w redakcji wylazłabym już o 11) i poszłam w świat.
Bez plecaczka, z torebką, rozmyślając, że jak to, na urlopie pracowałam po 10-12 godzin, a tu dokończyłam Już nie żyjesz?
Nie, żeby mnie to cieszyło, wkurwiało mnie, ale cóż.
Lało, więc z domu wyszłam w szaliku na pysku, wychodząc z założenia, że jak mi zaleje przyłbicę, to będzie mi brakowało tylko białej laski.
Nie mam na niej wycieraczek.
W autobusie zaczęły mi pikać aparaty.
Baterie z Geersa są tak badziewne, że padają momentalnie.
Przy przesiadce mam Geersa, pikanie jest WKURWIAJĄCE na maksa, zapas baterii został w domu.
Idę zatem kupić baterie. Pani na mój widok wciąga maseczkę, uprzejmie proszę o zdjęcie maseczki, bo nie widzę, co mówi...
A dalej jest jak w pojebanym filmie. Pani i owszem, zdejmuje maseczkę, ale traktuje mnie jak niepełnosprytną. Pytam o baterie innej formy, które mieli kiedyś w ofercie, a ona, że jak kupię 10 blistrów tych, to zaoszczędzę 10 zł...
Kurwa, nie chcę oszczędzać 10 zł, dołożę i 20 do baterii, które nie padną w ciągu tygodnia.
Proponuje mi kupno, osuczaszy i innych cudów wianków, które mam...
Nie dociera do niej, że MAM je.
Analizuje, kiedy kupiłam aparaty, gdzie...
Kurwa.
Kupuję jeden blister, biorę fakturę i wypierdalam...
Ostatkiem sił  wsiadam do łodzi, na wiosłach zaciskam swą dłoń...
Znaczy się, dojeżdżam do przystanku docelowego, dzwonię, Inżynier ma fajny domofon, po naciśnięciu numeru mieszkania wyświetla: właź, kurwa i nie dzwoń :P
No właśnie, zbudziłam Kalafiorkównę, ale ponoć spała 2 godziny, więc OK.
Alienek dopada mnie z pytaniem o prezent.
Odpowiadam, że najpierw mycie łapek.
Umyłam, dopada mnie. Akurat, gdy wymieniam baterie, pikające co chwila...
Tłumaczę, że przyszłam do nich, bo się stęskniłam i za nim, i za Kalafiorkówną, i za moim Synem, i za ich Mamą (która wyrwała się w siną dal).
Że przytulam, a akurat nie ma powodu do prezentów.  Że bardzo Go kocham i jestem z niego szalenie dumna. Bo zaczął sam sikać na nocniczek. Że i u mnie czeka na niego nocniczek i nakładka na kibelek...
A potem: rozmowa z Inżynierem (potrzebował tego, to wiem), z Synową (chyba już nie jestem jej największym wrogiem), i - mój potępiany przez rodziców moich wnuków śmiech - ale co ja za to mogę, że sytuacje, które kiedyś mnie denerwowały są  rozczulające?  Jako babcia mająca nierówno pod sufitem mam swoje przywileje.
Wracałam do domu w ziąbie, że ojapierdolę.
Ale wiedziałam, że będzie i miałam zimową kurtkę.
Odpaliłam firmową pocztę, popracowałam.
Na zleceniach.
Etat olałam. Lubię ludzi, ale pisałam: do 13...
Poczta przyszła po 16 poczeka do jutra.
Będę miała rano co robić i nie będę się wkurwiała.

Jak dobrze móc powiedzieć: wkurwiała i nie narażać się na karcący wzrok własnego dziecka, wskazującego wymownie wzrokiem na Kalafiorkównę.
Przesłodką :)
Moje marzenie: móc nauczyć Kalafiorkównę klnąć.
Bo to też w życiu się przydaje, co nie?
Dryfuj taborecie, póki masz przychylny wiatr, bo jak wyjdę ze sztilu, to ci tak dziób wytrałuję, że na własny farwater bez astronawigacji nie trafisz...
Jak pojedzie na Mazury, jak znalazł, co nie?



piątek, 8 maja 2020

Miłość

ci wszystko wybaczy, Kochany Pamiętniczku, co nie?
No nie, do pewnej granicy, potem już o kant dupy wszystko.
Nauczona doświadczeniem, że Papryczek nie rozumie, co to znaczy ciszej, a padnięta po dniu z nimi jak betka, nawet głowy nie umyłam, tak zaspałam.
No nic, umyłam po śniadaniu. Wiedzą, że jak mam mokrą, to nie mam aparatów.
Kłopotów z komunikacją nie było, więc zadowolona oznajmiłam Papryczkowi, że może trzaskać auteczkami do woli, wzięłam swoje zabawki i poszłam do małego pokoju pracować. A praca pchała się drzwiami oknami, namiętnie, tak że nawet (już drugi dzień z kolei) nie zagrałam w żadną swoją grę.
Tak, tak, mam coraz mniej czasu, ojapierdolę, już nie tylko kalorie co noc zaszywają mi ciuchy w szafie, ale i czasu mam coraz mniej. Jakim cudem i kto jest za to odpowiedzialny?
Zaglądałam do pokoju. Mała Wiedźma i iPad to nie ma dziecka, raczej trzeba się na nią drzeć, żeby się oderwała.
A Papryczek zwinięty na kanapie,nakryty kocem, myślałam, że śpi, ale nie, protestował. Jak Gandhi. Bo on nie chciał samochodzików i nie chciał nimi trzaskać.
Drugie śniadanie zrobiłam, ale zostało nieskonsumowane w postaci resztek niedojedzonych owoców, tak byli objedzeni. Papryczek oczywiście śniadania nie zjadł, bo nie, bo chciał coś innego, ale za to żółtego pomidora (są przepyszne), którego położyłam do obłożenia kanapek wrąbał tak, że dla nas na kanapki nie zostało.
Bo miał fantazję, choć pomidorów kijem nie tyka.
O 11 leżał na kanapie i łkał, więc włączyłam mu Netfliksa, dając moje nowiuteńkie słuchawki, bo głos z kompa mam na słuchawki, a nie mam zielonego pojęcia, który kabel wyciągnąć, żeby głos był. No i MW...
Z zastrzeżeniem, że jak będzie chciał je zdjąć, ma przyjść do mnie. Słuchawki Blutooth, nówka nieśmigana, kosztują jak za zboże, sama już dwie pary zniszczyłam...Kazałam wszystko trzy razy powtórzyć, z informacją, że jak ktoś głodny czy spragniony idzie do małego pokoju i ciągnie, dotyka aż zareaguję... Zostawiłam na stole karton soku pomarańczowego, z zastrzeżeniem, że ja nalewam, jak coś. To takie dzieci, że co nie jedzą i nie piją, wokół jest pobojowisko. I placek drożdżowy z owocem był, herbatniki, no i kryształowy badziew pełen Michałków.
Nosz, kurwa...
W międzyczasie (kołysząc kołyskę nogą, coby dziecko nie ryczało - licentia poetica)  na obiad upichciłam przepyszną (jak się okazało, tylko moim zdaniem, zupkę kalarepkową, krem, upewniając się przedtem u synowej, że kalarepę jedzą. Kalarepka młoda, kosztuje jak za zboże też, do tego same warzywa, sobie taką  zupę gotuję na dwa dni, łyżka w niej stoi i jeszcze mi się nie znudziła) , a przed ugotowaniem jej pytałam, czy ktoś jest głodny bądź spragniony, ale nie, hasta manana...
Rozdziały o masturbowaniu knura w celu uzyskania od niego nasienia oraz o podniecaniu maciory w celu jej zapłodnienia, o srających prosiętach i kolorach ich kup były tak fascynujące, na dokładkę ilustrowane prawie że pornografią (gość klęczący i obciągający knurowi, ojapierdolę), że czas migusiem mi minął, choć orgazmu nie miałam.
Cisza była, bo ja bez aparatów, więc pracowałam.
Dzieci tylko chyłkiem, boczkiem i ukradkiem do kibelka mknęły...
Idylla, a przez głowę mi przebiegało, dlaczego matki nie mogą pracować zdalnie, skoro dzieci są tak idealne?
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam...
SMS, że są już w autobusie, więc rzuciłam te rozpustne świniory i poszłam odgrzać zupę.
A w kuchni w zlewie dwie łyżki, jedna ubabrana jakby nasieniem (po tej pracy mogłam już mieć TYLKO skojarzenia). WTF? Jedna od zupy, ok, ale skąd ta sperma?
Pytam.
Mała W. nieprzytomna, patrzy na mnie, jakbym z Księżyca zleciała i nie kontaktuje.
A Papryczek nic nie wie, nic nie widział, nic nie słyszał.
Nie ma słuchawek.
Gdzie są?
A, siedzi na nich.
Kurwa.
Nawet po pijaku nie usiadłabym na słuchawkach.
A ta łyżka w zlewie?
Jaka łyżka?
Otwieram lodówkę, a tam niespodziewajka.
Były 4 serki Danone czy inne jogurty, nie ma ani jednego.
Nie ma też Michałków, a na stole niedojedzone banany. Bo nie chciał bananów, chciał serki. Że miał przyjść i powiedzieć, że jest głodny? Nic takiego nie mówiłam. Ogarniam stół, nie ma ani kropli soku w litrowym kartonie, a Michałki zostały dwa. Z pół kilograma.
No nic.
Powiedziałam, że jestem bardzo niezadowolona, że źle zrobił i że nie podoba mi się to.
Atak histerii, zakrywanie się kocem i udawanie, że jest się poszkodowanym, bo on może w domu wszystko.
Spokojnie oświadczam, że może w domu może, ale jest u mnie, nie w swoim domu i niestety, nie może robić tego, co chce.
Że poinformuję jego rodziców.
I że bardzo mi się to nie podoba.
Pudełka po danonkach poupychał w różnych kątach, mając nadzieję, że prawda nie wyjdzie na jaw.
I nie, jak dla mnie to nie jest OK. Dałabym mu wszystkie, kupiłabym nowe, ale... trzeba zapytać.
Nie otwiera się w cudzym domu, bo mój dom jest dla niego cudzym domem, mimo że jestem jego babcią, lodówki, szafy, czegokolwiek i nie wyciąga się tego, na co się ma ochotę.
Ukochany wnuk mojej teściowej wyciągnął jej spod łóżka płyty srebra (a tak, babcia gromadziła, były potrzebne w firmie, sprzedał, biżuterię też zgarnął i babcia została bez jednego pierścionka).
Rodzice Papryczka nie skomentowali moich zastrzeżeń, choć nie atakowałam,chłodno stwierdziłam fakt, w sumie mnie już to śmieszyło.
Zupka okazała się niewypałem, bo była za ostra, za dużo w niej było pieprzu, który trzeba było wyciągać (Zmorka coś o tym wie, ale nie grymasiła, pracowicie wyciągała), w końcu synowa dramatycznie zażądała czegoś do picia (a, wróć, syknęła: K. daj mi coś do picia, więc poszedł kolejny sok, który teraz tkwi w lodówce niedopity, albowiem ja soków nie pijam, a do końca nie raczyła dopić, bo zapragnęła kawy), Mała Wiedźma, zazwyczaj jedząca wszystko stwierdziła, że jednak nie zje, utulanie Papryczka, który poczuł się skrzywdzony, bo nie mógł stukać w stół (kto nie nosił aparatów nie wie, jak drażni takie bezcelowe stukanie), a potem nie mógł walić w stół, bo się robią dziury (tak, pod koniec remontu zaczęło mi brakować kasy i stół mam badziewny, wystarczy paznokieć mocniej wbić i jest dziura, nie mówiąc już o tym, ze zaprotestowałam przeciwko  ciągnięciu za oparcie krzesła, bo krzesła są z tej samej parafii, badziewne, Inżynier tłustym tyłkiem wybił szczebelek z oparcia siadając). Synowa miziała więc drącego się Papryczka, całowała i pieściła, bo taki nieszczęśliwy. I pokrzywdzony, jednocześnie odpychając MW, która chciała jej coś pokazać. Im bardziej starałam się porozmawiać z Pierworodnym, tym głośniej darł się Papryczek i tym czulej go tuliła.
Syn zjadł dwa talerze zupy, wciągnął pól, którym pogardziła nieszczęśliwa synowa, powiedział, że matka w czasie klepania biedy nauczyła go jeść wszystko i nie marnować, poklepał się po brzuszku i przeżył. 
Nie muszę chyba mówić, że przeszczęśliwa byłam, kiedy się wynieśli i chociaż obiecałam sobie, że posprzątam, spasowałam.
Kolejny rozdzialik o porodach świniorów ogarnęłam, pograłam i poszłam spać, szczęśliwa, że nie muszę dziś o 6 wstawać.
Wieczorem było mi zimno i miałam dreszcze, ale nie pisałam scenariuszy, wlazłam pod kordełkę i dwa koce, dwie polopiryny zeżarłam i jakoś dotrwałam do rana.
Obudziłam się zgrzana, no ale żyłam.
I postanowiłam: rodzina rodziną, ale najważniejsza jestem ja.
Pracuję ciężko. I też miałam ciężko, mając małe dzieci. Ale to były moje dzieci, moje reguły. Więc nie, nie będę walczyła z czymś takim, co mam u wnuków.
W dupie to mam, i dobrze mi z maniem w dupie.
Amen.
Niespiesznie zwlokłam zwłoki szlachetne z łóżka, pościel zmieniłam, pranie włączyłam, kąpiel, śniadanko i Manhattan. W aptece proszę o "moją" maść na zajady. Odkąd noszę maseczkę, wyskakują mi namiętnie, mimo witamin, suplementów i innych cudów. No i ciężka praca. Zawsze tak mam. A pracuję TAK ciężko, jak w te moje sławetne "cztery dni". Pani daje żel, też na a... Kasuje. Z mojej młodej piersi wydziera się jęk...  Pani zrozpaczona pyta: WTF? Na to ja spokojnie: bo gdzie nie wejdę, zostawiam majątek (moja maść miała kosztować ok. 13 zł, apteka za cudowny żel zaśpiewała 45). Pani wzdycha, idzie na zaplecze i cud... Jest moja maść, mimo tego, że zapłaciłam kartą kaska w gotówce wraca do mnie... No kurwa, aż tak bogata nie jestem i jednak czasem warto zagrać biedaka, co nie? A mogłam spiąć poślady i iść w siną dal, martwiąc się,  że znów tyle kasy poszło się jebać nie wiadomo na co, ale kąciki ust bolą i nie, nie od niecałowania :D
Biedronka i ojapierdolę, po markecie włóczą się hordy staruchów, do rączek biorą co się da i nie da, macają, odstawiają, przy kasach się awanturniczą... Po co, kurwa?
W maseczkach, w rękawiczkach, a jakże.
Ja nawet rękawiczek nie kupuję, bo po co?
Namiętnie myję ręce, te "wieczne" rękawiczki są brudniejsze niż moje ręce.
Nawet nie zauważyłam, że jest w mojej Biedrze kasa dla staruchów. Stałam obok. Koleś stojący do tej kasy, na oko jakieś 20 lat młodszy ode mnie grzecznie chciał mnie przepuścić, ale uśmiechnęłam się (pod maseczką), podziękowałam grzecznie i powiedziałam, że na złość życiu wytrzymam i postoję. Chyba mu się to podobało, bo powiedział, że spieszy się do pracy i podziękował :)
Też się spieszyłam do pracy, ale praca nie zając, nie ucieknie, co nie? Wszak jestem na urlopie :)
Wpadam do chatki, odpalam firmowego kompika, w międzyczasie SMS, że w księgarni za mną tęsknią...
Na poczcie ZERO, piszę do pani do świniorów, że dziś po południu, bo kurde, nie wyrabiam na zakrętach.
I nagle pik, emilek od Bossa, że od poniedziałku wszyscy wracają na memłon, że w kuchni nie przesiadywać, że majowa gazetka marna była, że w maskach na korytarzach, że drzwi zamykać (ja zawsze mam zamknięte, zwariowałabym przy otwartych), że jedyną osobą wyrzuconą poza nawias społeczeństwa pozostaje nasza Pani Korektorka (dużymi literami, ojapierolę), albowiem praca zdalna w jej wykonaniu się sprawdziła na medal...
Kurwa mać.
Mam w główce scenariusz, że już tak zostanie.
Niby nic, nie muszę się tłuc autobusem i bimbami, ale...
Pracuję spokojnie, bo nikt mi przez ramię nie patrzy. I rosołek sam się gotuje :)
Ale, potrzebuję ludzi.
No nic, na razie jest Ok, więc i tak napisałam, dziękując, mówiąc, że tęsknię, ale jednocześnie informując, że to tydzień po 4 godziny i nie ma mocnych :D
Do księgarni pojechałam


 Pojebało mnie kompletnie, bo Zabić drozda znam na pamięć, ale... Komiks?
No w końcu na coś muszę kasę wydawać, zanim inni wydadzą ją za mnie. Wciąż myślę o Cioci...
Jak bardzo musiała mnie kochać i jak teraz potrafiłabym ją nauczyć, by kochała też siebie...
Ale na pewne rzeczy w życiu czasem jest za późno.

Wracam do domu, w torebce raban. Dzwoni Pierworodny jak na pożar. Kochany jest, jest moim sekretarkiem :) Dodzownił się do przychodni (mamy tę samą) i... TADAM :) Działa. Mam wejść na profil zaufany w banku, ale po 16. O 13 z groszami dostaję SMS, że mam taki a taki nr recepty, jak podam w aptece nr i swój PESEL, mam piguły :) Dwie godziny później na emilku mam PDF recepty :)
Serio?
W PL?
A ja, po skorekceniu pisanego na kolanie artykułu o ASF, którego redaktorka nawet małym palcem od nogi nie tknęła, stwierdziłam, że pierdolę sprzątanie, wypiję piwo i ugotuję rosołek, słuchając Radia Pogoda: a świat się kręci jak stara płyta...
Jak dożyję do jutra, sprzątnę.
Jak nie, to niech się martwią ci, co po mnie zostaną.
Bez okularów niewiele widać :D

Tylko moje miasto nie jest już moim miastem, ale jakąś pustynią, po której hula mnóstwo staruchów (wiem, też jestem staruchą, ale nawet raz na tydzień nie szwendam po mieście)... Nie mam czasu, pracuję.
No nic, ktoś pracuje by lenić mógł się ktoś.
A Duduś jebany (kurde, na Pierworodnego też mówiliśmy Duduś Dudulek) obiecuje 2500 zasiłku dla bezrobotnych plus 1200 chyba wsparcia.
Tyle to nawet ja, ciężko pracując nie mam.
No nic :)
Kochamy się z pracą.  Namiętnie :P

środa, 6 maja 2020

Jestem

kochana, Kochany Pamiętniczku.
Namiętnie, do ostatka, do szału, tak wiesz...
Rozpływam się z tej miłości i topnieję.
Ale, ale...
Nie podniecać się, moją miłością jest praca :D
Ponoć workholizm się leczy, ale oj tam, oj tam, jak dziś się dostać do lekarza?
Więc będę cierpieć w milczeniu, albo i wrzeszcząc głośno :)
No dobra, prosiaki i inne świniory sprężyły się i ruszyły z kopyta tak, że nie mogę im dotrzymać kroku.
Wciąż jestem na minusie, mimo siedzenia na dupie do spuchnięcia owej tak, że ledwo się w ikeowskim fotelu mieści.
Oczy z orbit wylatują, a do okulisty nie dotarłam i takie tam...
Ale...
Z przerażeniem myślałam o dzisiejszym dniu, bo miałam mieć kolejne półdiablęta, tym razem od Pierworodnego na stanie. Nie spodziewałam się AŻ takiego zawalenia robotą, czułam zaś, że każde odwołanie operacji udupiania wnuków zostanie poczytane jako miganie się, bo wiadomo... Inżynier wprawdzie mówił: zwariowała matka, ale dziwne, że po tylu latach nie ogarnął jeszcze sedna sprawy :)
Zatem rankiem pobieżyłam do wiatrołapu, albowiem piździło jak za cara na Skiletczyźnie, a ja z lekko mokrą resztką włosów na łysej głowie, modląc się, by aparaty nie padły... Przyjechali, Synowa rzuciła ich mnie na pożarcie, Papryczek zademonstrował szpony czyste jak łza, obcięte równiutko, Małej Wiedźmy łebek, aczkowiek nieczesany (wzdech), słodko pachniał szamponem...
Nakarmiłam śniadaniowo, smrodek dydaktyczny snując wokół i poleciałam do roboty, zapowiadając krwawą rzeź niewiniątek w razie hałasów i innych ekscesów.
Mała Wiedźma jest idealna, je wszystko i zajmuje się sobą bez szemrania, owszem, pogada, ale i rozumie człowieka pracującego...
Zaś Papryczek  zaczął na mnie wypróbowywać siłę swojego JA, no ale nie ze mną te numery Brunner.  Skoro trzaskał samochodami mimo moich próśb i koca tłumiącego, pudełka w charakterze garażu, przy wtórze  remontów zza każdej ze ścian, trudno, został spacyfikowany za pomocą Netflixa :D
iPad padł, bateria jest już na wykończeniu. Biedne dziecko, obrażone na cały świat, zjadłszy drugie śniadanie też padło, zasypiając na dwie godziny, za co niebiosom dzięki :D A SJ pracowała jak chłop pańszczyźniany, w międzyczasie wstawiając obiad.
Na parze: pyry, szparagi, papryka. I jajko sadzone.
MW zjadła i o dokładkę poprosiła.
Papryczek zastrajkował i pożywił się tylko suchymi pyrami, gardząc nawet roztopionym masełkiem (post factum jego matka zdziwiona zapytała, dlaczego nie jadł szparagów, skoro lubi, nie umiał się wytłumaczyć).
Po obiedzie babcia, znaczy się SJ, wzdechnąwszy rozdzierająco, zdjęła aparaty, żeby nie słyszeć hałasów i poszła w siną dal, a nie, wróć, do roboty poszła.Podwieczorek bez mikrofonu dostali, a chwilę później SJ, której mózg się zlasował od odwalania roboty za redaktora, który owszem, jest fachowcem, ale zielonego pojęcia nie ma o redagowaniu książek aspirujących do miana wydawnictwa naukowego, rzuciła tę brudną robotę i wzięła się za węgiel. W międzyczasie pojawiły się warzywka na horyzoncie, choć SJ myślała, że w ramach redukcji je zlikwidowano, ale nie, więc pensja nadal ma te kilka setek więcej...
I emilki od prezesa, od marketingu, od kadr...
Nie, że złe.
I wezwanie na konferencję na ZOOM :)
Jak miło, że nie zainstalowano mi ZOOM. No a ja jestem jak pijane dziecko we mgle, swoje lata mam, no i co to jest ZOOM poza tym w aparacie fotograficznym?
Nie wiem :P Nie mam czasu, zarobiona jestem :P

Przypominam, mam URLOP :)

Wieczorem prywatna poczta i emilek: czy mogę słać.
Gazetka z czerwca dopiero.
Mimo moich emilków nie dotarło, że jestem już online, że mam urlop, że...

No nic. Kurwa mać. Za to mi płacą, co nie?


W ramach gratisu po odbiór potomków (bez okupu) zlądował Pierworodny z małżonką,  musieli być zawiedzeni, że nie ma obiadu, ale na odchodne dostali dwa słoiki bigosu :)
Poszłam po rozum do głowy i nie, nie będę się poczuwała do gotowania dla wszystkich w takiej sytuacji, nawet jak będę miała wolne.
Trudno.
Naprawdę, jestem bardzo zmęczona, mimo że jestem od poniedziałku na urlopie.
Na nikim  (poza Inżynierem)  z moich dzieci i ich drugich połówek nie zrobił wrażenia stos wydruków.
Jeden Inżynier, który ze mną te dwa tygodnie spędził, docenia.
I ja, kurwa doceniam swoją pracę.
Pracowałam dziś równe, bite 8 godzin (bo zlądowali przed 7, a zaraz po śniadaniu siadłam do roboty), karmiąc dwójkę małolatów i to karmiąc dobrze, zdrowo, nie żadne tam paróweczki, pacyfikując je. Ich rodzona matka mówi, że z domu nie da rady nic zrobić.
No to ma problem :P Ja nie mam.
I tak w kronikarskim zapisie.
A teraz prywata.
Kocham mojego nowego ajfoniczka, aczkolwiek zupełnie nie dogadujemy się w temacie haptyki.
Znaczy się, nieogarnięta jestem do kwadratu i czasem udaje mi się odblokować skubanego bez PIN, a czasem nie.
Ale ogólnie dogadujemy się jak czekista z czekistą i...
Robi zajebiste fotki, sorry stary ajfoniczku, twoje się do niego nie umywają...
No ale technika poszła naprzód :)

 Taka pobudka rankiem, aż chce się żyć, co nie?
 Ciasteczko, książka, picie, konwalie... Czegóż więcej chcieć od życia? Potem włączasz kompika i po balandze... Work, work, world, world, again. Jak na tym filmie Chaplina, gdzie pracuje na taśmie... Ale ten moment, gdy masz czas na...
 I jeszcze te ostatnie już pieścichłopy... Prawda, że cieszą oko, jak żaden facet nie potrafi... No może ten, co to był tą pierwszą miłością, jedyną,która miała wiecznie trwać, a trwała tylko okamgnienie, nigdy już takiej nie spotkam, a do dziś o niej śnię, chociaż...
 Matura? Byłam szczęściarą, jestem szczęściarą, zdawałam maturę kiedy kwitły kasztany,ot, tak,po prostu...

Odcinam się od wariatkowa w mojej Ojczyźnie.
Walczę o samą siebie.
Sama.
Jakoś tak wyszło, ale nieważne.
Co ma być, będzie :)










sobota, 2 maja 2020

Półdiablęta

weneckie, znaczy się kochane Łobuzy, alias horda Inżynierowa byli u mnie, Kochany Pamiętniczku :)
Jeżu kolczasty, jestem padnięta prawie tak, jak pozamykaniu ukochanej gazetki.
Nawet hasła nie mogłam sobie przypomnieć, a gdy sobie już przypomniałam, to i co rusz paluszek w bok skok i klep od nowa.
Bośmy ajfoniczka nowego uruchamiali. Jestem tak zmęczona,  że nawet nie potrafię się nim cieszyć. Może jutro, jak się wyśpię, wstanę i nic nie będę musiała :)
Nie, że nie są kochane, ale to półdiablęta, na serio.
Alienek, wiadomo, pieszczoch babciny i ani moje argumenty, ani napomnienia matki, że nie całujemy, nie docierały do niego, co rusz dopadał i miział, i całował, siłą odrywałam.
I broił.
I to jeszcze jak.
Ale nie powiem, że mnie nie słuchał.
Kalafiorkówna zaś to idealna kobieta. A jaka mądra i opiekuńcza. Do plecaka podreptawszy, wyjęła najpierw Alienkowe picie, zaniosła mu, potem swoje wzięła.
Jak prawdziwa kobieta widzi buty i łachy.
W moich się nawet przespacerowała :) A gdy odkryła, jak otwiera się zamrażalnik, niepocieszona była, że nie może wszystkiego z szuflad wywalić. Jednak nadal dzika i nieoswojona z babcią, ale to minie, mam nadzieję.
Dlaczego nie narzekam na tę bandę tak, jak na drugą?
Bo ta jest trzymana krótko, zaopiekowana, nie wolno to nie wolno i nie muszę latać za nimi, mieszając w garach. Synowa nie wrzeszczy: Inżynier, Inżynier, zobacz co ona/on robi. Po meblach nie skaczą, wspinają się na nie majestatycznie.
I owszem, jest syf, malaria i wszystkie plagi egipskie, ale rodzice sami posprzątali śmietnik na podłodze.
Zmywać nie kazałam, nie lubię obcych w kuchni, a i moja kuchnia jest jednoosobowa.
Obiad wyszedł taki se, bo schab był suchy jak wiór, ale zjedli, nie grymasili, małolaty na szczęście miały cyc kurzęcy, a ten wyszedł OK.
Poza tym rąbali ciasto jogurtowe z zakalcem i prosili o dokładkę (ta młodsza część rodziny, znaczy się, po tatusiu takie niekręcące nosem. Banany i jabłko - jednym zębem, ale zakalec z apetytem). Wciąż nie mogę do końca  ogarnąć tego piekarnika. Na wierzchu cud miód i orzeszki laskowe, spód z leksza przypalony, w środku zakalce.
Fuck YOU :)
Parę ochrzanów, i słusznie, zaliczyłam od Inżyniera, za mój niewyparzony ozór, za słówka.
Ma rację.
Ale co ja za to mogę, że jestem kobietą z niewyparzonym językiem, w gorącej wodzie kąpaną?
Pojechałam z nimi windą, bo i kupki - jak to zwykle u babci - strzeliły - mam ten dar, jakoś mi to sprowadzanie deszczu przeszło w sprowadzanie kupsztali.
Wracam do domu, a Synowa drze się, zdejmując maseczkę (obie Synowe w maseczce są dla mnie nieczytelne), że mam podejść. Alienek w aucie rzewne łzy wylewał, że musi jechać do domu...
Nosz, kurde mol... Uspokoiłam jakoś, a z serca miód mi płynął, strumieniami, słoików w pobliżu nie było, by łapać...
Co na odjezdnym nagwizdał na moim gwizdku z protestów społecznościowych, tego moje uszy chyba więcej nie zniosą...
A zachwycony był, jak za każdym gwizdnięciem podskakiwałam, jakby mi ktoś jeża w dupę wsadził...
Ma tę moc, Skubany :P

Chcę dożyć chwili, że będę mogła ich kochać bez ograniczeń. Całą czwórkę.
Środa-czwartek ląduje u mnie druga ekipa.
Bo też są moi.
Bezapelacyjnie...

Niebiosa dopomóżcie.