czwartek, 27 października 2022

Jak nie urok

 to sraczka, Kochany Pamiętniczku, no cóż.

Warzywka się spokojnie zamknęły, pogoda, pomijając poranne mgły, cudna jest, żyć, nie umierać.

Urlop mam podpisany, więc do 6 listopada leżę i pachnę, albo i śmierdzę, jak nie będzie mi się chciało kąpać.

W poniedziałek wpadłam w trans i


trzy godziny dzielnie walczyłam z pigwą i pigwowcem...

Dzisiaj już wyglądają tak


Jeszcze tylko Inżyniera trzeba wysłać po spirytus i za tydzień zalewamy.

A pogoda cudna jest, po porannych mgłach (a wstaję o 9 z trudem)...

... i liściach cudnych, przypominających mi, że życie mija jak sen


... i niespodziewanych tęczach, których nie zauważyłabym, gdybym nie robiła zdjęcia, te brązowe na tle zieleni mnie kręciły


We wtorek poszłam też do rybnego, bo chodzi za mną zamrożenie karpia na święta już...

Karp miał być w czwartek, więc we wtorek miałam obiad miszczów


inspirowany serialem (początkiem serialu) Do zera na Netflixie. I wielki gar rosołku nagotowany na sobotę, ale o tym później :)

W środę znów na dupie siedziałam, ale też czułam się nieszczególnie jakoś.

Dziś zaś kopnęłam się w tłuste, kubańskie dupsko i poszłam w stronę słońca i warto było, bo...

a jesień jest  piękna tego roku...



 

 Nie liczę, ile wydałam, ale zabezpieczona jestem na balangę w sobotę, bo moje wnuki kochane pójdą na balik halloweenowy, a nie na żadne chrystoteki :) 

Pojebało ze szczętem. Nie chcesz obchodzić Halloween, nie obchodź. Obca tradycja? OK. A na cholerę na siłę robić kontrę?

Dobry katolik myśli o Wszystkich Świętych, nie o żadnej chrystotece.

I tyle w temacie.

W rybnym byłam i zatkało.


I sandacz po 69 za kilo, ale okazało się, że mają też świeżego sandacza, więc kupiłam, bo przynajmniej nie płaciłam za lód. 

Wyszłam lżejsza o 80 zł, ale gwiazdkowe przygotowanie mam w sumie z głowy.

I pod postem na FB o tej drożyźnie, wpisuje mi się jedna cipa w R. Szycha, a jakże, pani derektor biblioteki. Zaprosiła mnie, młodsza ode mnie, ja jej nie pamiętam, ona mnie tak, bo ja byłam szychą wtedy - córką znanej i lubianej nauczycielki. W praniu okazało się, że pisiorówa aż śmierdziało mi na kilometr, ale dopóki opierdalała mnie za niski poziom inteligencji, bo inteligent nie jebie pis, to miałam na to wyjebane na maksa. Nie będzie mnie nikt pouczał, gdzie jest granica mojego chamstwa, bo sama ją ustanawiam, a pis będę jebała zawsze i wszędzie, razem z tą szmatą do podłogi i konfą oraz korwinkiem. 

Jebać i wypierdalać.

Ale gdy dziś wrzuciła mi pod tymi rybkami takie cudo:

Balcerowicz szybko opanował inflację, bezrobociem i wysokimi stopami procentowymi. Teraz najgorzej mają kapitaliści, bo tracą na zasobach bankowych. Ale ja bym nie chciała żeby moje dzieci płaciły 5000 raty kredytu mieszkaniowego i straciły dach nad głową być może. Wolę jak jest dorsz po 65,- , wszyscy mają pracę i raty możliwe do spłaty.

Ciśnienie mi wzrosło i wyjebałam ją ze znajomych. Moje dziecko właśnie powoli dobija do 5 tys. za kredyt, który miał być spłacany po jakieś 2-2,5 tys., na co w zupełności  wystarczała jego pensja i jeszcze im na hulanki zostawało.

Więc, kurwa, niech te pojeby odczepią się od Balcerowicza (co biedny Balcer im dziś winien?), Tuska i całej reszty i niech spierdalają w podskokach. Ja też, kurwa, tracę co miesiąc na zasobach bankowych i to tak, że orać będę pewno do usranej śmierci, żeby z głodu nie zdechnąć.

Nie ogarniam, jak można być tak głupim i pojebanym, mając wyższe wykształcenie.

Inżynier pogłaskał i napisał: jest mama najlepszą bibliotekarką... Miód na me serce :) 

A Łobuzy po baliku zostaną u babci na służbie i na noc :) 

Będzie się działo.

Ale gdy na MSG wyświetlił mi się Pierworodny, wiedziałam, że coś jebło.

No i jebło.

Mała Wiedźma leży w szpitalu ze wstrząsem mózgu. Dostała piłką w głowę.

A ja znów rozdarta jak ta wierzba u Żeromskiego.

Nie odpisałam od razu. Pożałowałam potem, znaczy się, wyraziłam żal z powodu zdarzenia, zapytałam, czy nie trzeba kasy, odpisał, że już ma wypłatę. Pewnie kłamał, jak zwykle, bo jemu ta wypłata to tak ruchomo wypada, ale mam wyjebane. Zostaje w szpitalu na obserwacji. 

Trudno.

Wiem, padlina ze mnie, gryzie mnie to, ale...

Nie, w razie W nie polecę po Papryczka do przedszkola.

I nie, nie pojadę na dyżur przy łożu MW.

Wiem, że jest Pierworodnemu ciężko, bo jest z tym sam, ale sam na to zapracował.

Pierdyliard razy pytałam, o co ma żal. O nic.

Skoro o nic, to dlaczego mam być tylko bankomatem i pogotowiem w razie W?

Nawet nie zapytał, co z Wszystkimi Świętymi. A przecież już najwyższy czas, co nie?

A do O. jeżdżą, bo  tam jest rodzina, babcia, dziadek (jej).

No to trudno, ja jestem zwykłą komórką społeczną, nie rodziną.

Amen.

Mieszkając 4 przystanki autobusem ode mnie, spacerkiem pół godziny, nie znaleźli przez ponad pół roku czasu, by do mnie zajrzeć. Albo zaprosić mnie do siebie. Żadnego dziękuję za prezenty z okazji, nie, nie chcę czołobitności, ale zwykłe dziękuję. Łobuzy jak coś dostaną, to mało, że zawsze dziękują, to jeszcze post factum, gdy ja już o tym zapominam, lecą i mówią: mam od babci.
MW mimo deklaracji nie znalazła czasu, by do mnie wpaść, choć ponoć chciała, nawet na czułe słówka, które jej pisałam nie odpisywała.

Wiem, jestem zacięta i nie po chrześcijańsku to, ale, ale... Zaraz, niewierząca jestem.

I jak Kuba bogu, tak bóg Kubańczykom.

Przykro mi.

C'est la vie.

 

A jutro będzie dzień gospodarczy.

Dziś zaś na poczcie emilek, że korekta, zaproszenia na event. A ja, kurwa, mam wolne.

Event przygotowywany od miesięcy.

Błąd na błędzie, błędem poganiał.

Ale nowa pani dyrektor marketingu to moja koleżanka z redakcji.

Co robi głupia SJ? Korekci zaproszenie i nie pisze emilka dp Bossa, że skandal, że jak tak można...

I co?

I nic. Nawet emilka zwrotnego z jednym dziękuje nie ma.

Więc jebać to wszystko, aż wióry polecą, jebać i się nie bać :) 




sobota, 22 października 2022

Zapomnieli

Kochany Pamiętniczku. A podobno to ja mam sklerozę.

No zapomnieli, że mają umówioną w sobotę wizytę w IKEA.

I tak wieczorkiem znienacka pytają, czy mogą Łobuzów podrzucić w sobotę o ÓSMEJ rano...

A ja nie wstałam w piątek i nie byłam na Manhattanie, więc w domu płacz i zgrzytanie zębów oraz światło w lodówce po ciężkim, pracującym tygodniu i gościach.

Wzdech.

Biorę na klatę.

Budzę się 7.15 z obłędem w oczach, ale ok, zdążyłam się ogarnąć, bo jak zwykle się spóźnili i włoski mi wyschły tak, że aparaty założyłam.

Od proga Kalafiorkówna (K) w me ramiona wpadła, co źle wróżyło, a Alienek (A) się alienował.

A potem już było z górki, pod górkę, z przytupem i półobrotem.

Bo i piłeczki do duszenia były


I upieczony w piątek z pierdalcem jabłecznik


pieczony dwie godziny, albowiem przepis był na dużą tortownicę, a ja wsadziłam to w małą... Co nie zmienia faktu, że A. jadł jak głupi i zjadł prawie cały, nie od razu, bo wydzielałam i zapakowałam resztę do domu...

Zostałam ochrzczona przez A: babcia stara, na co zaprotestowała K., rzucając się w me ramiona i krzycząc, że babcia nie jest stara :)

A potem masakra przy przekąskach.

Mam w lodówce dwa banany. Pytam, kto chce banana. K. chce, A. nie. A. chce gruszkę. Szykuję oba banany i gruszkę. K. nie chce banana ani gruszki. A. zjada banany i pół gruszki. K. płacze, bo chce banana. Nie mam banana już. K. nie chce gruszki. Odstawiam talerz. K. ryczy, bo chce gruszkę. Dostaje gruszkę. Chce jabłko. Mam jabłko i wiem, że K. je ze skórką. Daję ze skórką, chce obrane. Obieram. Chce pokrojone...
Kurtyna.
Dzieci są najlepsze z piekarnika, polane sosem paprykowo-czosnkowym. I podać do tego frytki z ketchupem.
Nie nadaję się na babcię.
Okazuje się, że jednak się nadaję, bo gdy wyrwałam z ich szponów słój z korkami, zbieranymi od ponad 15 lat i nie, że wszystkie wina sama obaliłam

 przesypałam je do kartonu, żeby słój się nie zbił, no to był pożytek z babci alkoholiczki. Ale porządnej, w czasie opieki nad dziećmi nie pije.
Rodzice pytają, czy mogą na zakupy, co kupić na obiad...
Mogą, ale dzieci z głodu mdleją, więc babcię olśniewa, że w zamrażalniku ma rosołek. Nie była na Manhattanie, więc nie ma opcji gotowania. Małolaty paluszkami próbują lodów rosołkowych i tak zostają uratowane od śmierci głodowej.
Na tych ekscesach jedzeniowych cierpi babcina koszula, wisząca w łazience na kołku, albowiem mimo tego, że każdy ma swój ręczniczek, do wycierania łapek służy babcina koszula nocna. Dobrze, że babcia fakt ten zauważa i ma inną koszulę :)
A w łazience tragedia. bo K. chce siusiu. I od wieków nie używa nakładki, ale tym razem stanowczo żąda nakładki albo nocnika.
Nocnik i nakładka właśnie schną na balkonie, obiecane dla przyszywanego ostatniego wnuka i babcia jest nieugięta. Dla zasady, of course...
Kalafiorkówna grozi wyniesieniem się do dziadka, który rzeczone utensylia posiada, albowiem ostatni wnuk jest naszym wspólnym, aczkolwiek dziadka rodzonym...
Na to bezlitosna babcia oznajmia, że drzwi są otwarte i K. może w siną dal, może też nasikać w gacie, albo jak człowiek załatwić się na kibelku.
Kalafiorkówna jest człowiekiem...
Rosołku mamy mało, ledwie starczyło na naszą trójkę, albowiem zamrożony był w porcji na babciny obiad. Zatem rodzice po konsultacji przywiozą danie z McD. Babcia odmawia, albowiem czuje się nieszczególnie, nie wie jeszcze, czy to przepracowanie, czy inny diabeł, ale ma 37, co dla niej, na co dzień mającej 35,5 jest temperaturą.
W czasie czekania Łobuzy się nudzą, więc robimy teatrzyk skarpetkowy, furorę robią stare, podarte skarpetki babcine... 
No a rodziców wciąż nie ma, więc babcia czaruje, że ma piosenkę o sobie.
I włącza na YT Ta Dorotka, ta malutka, bo śpiewać nie będzie, żeby uszu Łobuzów nie ranić, albowiem babcia ma nogi do opery, a słuch do baletu :) Na moje wtręty, gdy wrzeszczeli, że cicho, bo tam śpi Dorotka, odpowiadali, że nie ma tu Dorotki, a ja na to, jak nie ma, jak jest - no i ćwieka im zabiłam :)
Okazuje się, że ten kanał wciąga małolaty jak chodzenie po bagnach i w sumie zastanawiam się, dlaczego one zamiast tego wciąż oglądają te kretyństwa na Netflixie?
I wojna o kciuk w dół i w górę była, bo już te małolaty się tak komunikują. U mnie to zrobili pierwszy raz i dostali całe kazanie ze smrodkiem dydaktycznym, że z człowiekami się rozmawia, a nie pokazuje paluchów... Hmmm... środkowego palca nie włączałam jeszcze do dyskusji, ale kciuki będę tępiła. Co innego komunikatory, gdzie czasem człowiek odpisuje symbolami, bo nie ma czasu, a co innego normalna rozmowa. Uczyłam, że są ważne słowa: tak, nie, proszę, dziękuję, przepraszam. Że rozmawiamy, mówimy ludziom, że ich kochamy, że tęsknimy za nimi i przytulamy się. Ktoś musi, ich mama jest jeszcze większą introwertyczką niż ja, co potwierdziła jej rodzona siostra dziś. I. się stara, ale ile on może.
Więc będę drążyła, działa, bo i K. zrobiła się bardzo miziasta bez dopingu A.
Rodzice wlecieli, awantura o burgera w wykonaniu K., byłam przerażona reakcją I., ale też bym tak wybuchła na takie kręcenie... Ja mam to od święta, on na co dzień, a ma mój charakter.
Pogadaliśmy, wylałam żale, A. zebrał ochrzan za to, że mu u mnie tak smakuje.
I clou dnia...
Auć...wpadną w sobotę na osiedlowy Halloween i... zostaną na noc. Nie, nie dorośli. Banda Łobuzów. A.odrzekł, że on chce do dziadka, za co oberwał. 
Oznajmiłam, że po tym wszystkim, co miałam w ubiegły weekend, na serio myślę o niewyprowadzaniu się do L.
I powiedziałam, że to jest ich marzenie i wersja, nie moja. 
Kropla drąży skałę, zobaczymy, co dalej.
Przede mną kolejny ciężki weekend zatem, ale mam wolne do 6 listopada. O ile Boss mi podpisze urlop.
Wino dostałam, pierwsze, w uznaniu moich zasług. Gruzińskie, dobre, gruzińskie, bo Gruzja nie jest sojusznikiem Rosji.
Więc popijam.
I nie wyszła jutrzejsza randka z przyszywanym wnukiem, bo jego mamie coś wypadło.
Mnie to akurat na rękę, bo nie wiem, czy to zmęczenie materiału, czy inna franca... Wyśpię się do wypęku, wstanę, jak będę miała na to ochotę. I wszystko mogę, nic nie muszę. To się nazywa życie...
A Inżynierowa wysłała mi MSG:
Wyjeżdżamy z Dębca i Kalafiorkówna drze się w stronę tylnej szyby: Papa, babcia! Bardzo ciebie kocham, babcia!
Nie odprowadzałam ich na dół, więc chyba przebiłam dziadka w rankingach.
I tak mi ten czas leci...
Ha...
 
Te rodzinne, nudne historie, ale... Lubię je, Kochany Pamiętniczku. Zaczęłam ciebie pisać z myślą o Małej Wiedźmie, ale już sama nie wiem.
Pierworodny, rozmawiając z bratem, na pytanie, czy rozmawia z mamą odrzekł, że się odezwie :)
No i cisza w eterze jak makiem zasiał...
A może to ja już ze szczętem ogłuchłam?

Ale i tak, jest cudnie.
Ogarnęłam Notre Dame do końca i...
Mam takie samo uczucie jak do polskich seriali.
Amerykanie robią to lepiej.
Tym niemniej pozostaję z uczuciem, że zdążyłam zobaczyć Paryż.
Mój Paryż.
Wszystko inne to iluzja.
I fatamorgana...

czwartek, 20 października 2022

Na pysk

 padam, Kochany Pamiętniczku...

Z hukiem.

Cztery dni przepracowałam ciurkiem i już sama nie wiem, czy się tak zestarzałam, czy roboty wciąż w chuj.

No, dodatek był, pani M. na moje protesty powiedziała, że to tak jak budowlanka. Z tym że budowlanka to góra 4 strony, a  to były 32 strony, razy dwa to już 64. I to robione w dwa dni, oprócz normalnego zapieprzu, też od poniedziałku. I jeszcze pół warzywek, bo akurat na delegację pojechały...

W międzyczasie mail od Bossa, że literówkę znalazł. Nosz, kurwa, więc zapieprzam i faktycznie, na 4-stronicowy artykuł jest jedna literówka. Idę się powiesić.

Kilka godzin później wywiad Bossa i ministrem. W wywiadzie info, że cena prądu zamrożona na 785 zł za kWH...

Coś mi nie pasuje...

Podkreślam i piszę, że chyba za MWh.

Zero reakcji.

A ja, kurwa tego nie muszę wiedzieć, ja tylko kropki i przecinki, literówki i ortografy.

Żadnego dziękuję, a chyba to większy kiks niż moja jebana literówka w takim tempie? 

Bo ortografy wyłapałam, a trochę ich było, jak na przykład gródka. No cóż, wojsko może wejść do gródka, ale ziemi to jest raczej grudka, co nie?

Dziś skończyłam o 18 i jednak poszłam na zakupy, bo gdzie mogę iść po ciemku, zastanawiając się, czy zawroty głowy to stres, zawał, zmęczenie czy gorąco w markecie.

A, na coś w końcu trzeba zejść.

W sumie zostało mi jakieś 14 stron jutro, małe miki, problem tylko z tym, że nie wiem, kiedy to dostanę, ale luz, dzień gospodarczy sobie zrobię, na spokojnie chatę ogarnę.

A w poniedziałek tylko wstępniak - w sumie jakieś 15 minut pracy i kilka godzin czekania, ale są nowe seriale, więc spokojnie. 

A potem wolne, i wezmę pierwszy tydzień listopada urlop i w dupie będę miała wszystko przez dwa tygodnie.

Może się ogarnę wreszcie i nawet do lekarza dokulam.

I nie, nie będę dbała o zdrowie chodząc na kijkach, a już na pewno nie na parkrunie. 

L.już mnie co dzień egzaminuje, czy chodzę. No cóż, pracuję na etacie i nie ma tak, że mogę sobie wyjść kiedy chcę, nawet jeśli mam home office.

Zresztą nie pozwala mi na to uczciwość.

Na FB się dziś zaprezentowałam, czego zazwyczaj nie robię, bo nie warto się kopać z koniem. W sprawie pana Jerzego Stuhra, że w stanie wskazującym jechał. To, co wrzuciłam dla znajomych, nie budziło żadnych obiekcji, bo moi znajomi to normalni ludzie są. Poukładani i z olejem w głowie.

Za to na grupie broniącej rodziny Stuhrów i na innych, gdzie ośmieliłam się stwierdzić, że prawo jest jednakowe dla wszystkich, zostałam opluta, postawiona pod ścianą, uznana za pierdolonego pisiora i zmieszana z błotem.

Nie wzruszyło mnie to absolutnie, albowiem nie będę się zniżała do poziomu półgłówków. Ludzie, nieznający mnie absolutnie, nieczytający do końca postów, wiedzą wszystko o mnie, o moim życiu i o moim zachowaniu na postawie zdjęcia w tle. No cóż, taką mam fantazję, żeby takie zdjęcie wrzucić, bo jestem na nim cała ja.

Tak, pokazuję fuck you.

Tak, mam za plecami napis no entry.

Ale nie złamałam wtedy żadnego przepisu, złamałam sama siebie. Pokonałam prawie 400 stopni, wchodząc na wieżę w Warwick, schodami tak wąskimi, że czasem musiałam pokonywać je bokiem (ma się te gabaryty), gdzie można było iść tylko do wyjścia, nie można było się cofnąć. Przede mną kroczył Baran, z satysfakcją fotografujący mnie, czego delikatnie mówiąc, nie lubię. Na samej wieży trzymałam się kurczowo ściany, nie podchodząc do murku, albowiem podłoga była z lekka pochyła i miałam wrażenie, że zlecę. Kiedy już zlazłam, pokazałam fotografowi brzydki gest, który w naszych układach jest pełen czułości.

Więc nie, nie wlazłam tam, gdzie nie wolno. 

Ot, cała bajka.

Moja bajka. I tylko moja. 

I zdania nie zmienię. Dura lex sed lex. Tak samo potępiam rządzących, jeżdżących po alkoholu, jak i przeciwników rządu, chociażby najświętsi byli i najlepsi na świecie.

Eks, niepijący do bólu, abstynent wzorowy (dlatego za niego wyszłam, bojąc się losu mojej matki), dał się kiedyś skusić na  pół lampki koniaku na jakiejś imprezie. Ciotka Klotka z rodziny zażyczyła sobie podwózki do domu, właśnie od Eksa. Odmówił, zamówił jej taksówkę (za komuny to był cud, ale teściowa miała zaprzyjaźnionego taksiarza), naraził się na wykreślenie z testamentu, ale nie pojechał. Pił, nie jechał...

Nie tak, jak ja :) 



Ale oj tam, oj tam, samoloty tak nisko nie latają, drony też :)



wtorek, 18 października 2022

Zdziczałam

 i zdziwaczałam, Kochany Pamiętniczku. Poniekąd, niezaprzeczalnie...

Ale ab ovo usque ad mala...

L. poznałam gdzieś w internetach, jak wiele osób w moim życiu. Jechała do mojej wioski kilka lat temu i chciała się spotkać, bośmy z tej samej branży, a nam się dobrze gadało. I w momencie, gdy się umawiałyśmy (jechała do koleżanki), klops, bo napisałam, że niedosłyszę. A ona ma przykre doświadczenia z mężem, który ma wszczepiony implant.

Więc jakiegoś wielkiego entuzjazmu nie było, ale o dziwo, spotkanie okazało się udane, no i jakoś to leciało, choć nie spotkałam się już nigdy z A., koleżanką L.,  chociaż ta nalegała... Nie ukrywam - mea culpa, ale... nie lubię dzieci, a A.miała ich wtedy sztuk dwie, z tym jedno na cycku jeszcze.

W międzyczasie L. rozwiodła się, z przeszkodami to trwa do dziś, poznała T. i zakochała się w bieganiu.

Pisze, że będzie 14 w mojej wiosce, bo biegnie w maratonie. Czy się z nią spotkam? OK, nie widzę przeszkód, choć kontakty na MSG są takie, jak nie lubię, bo nie rozmawiamy, ale co kilka godzin jest suchy komunikat. Ja tam albo gadam, albo siedzę cicho na dupie, ale OK ;) 

W praniu już nie było tak ciekawie. Okazało się, że primo po pierwsze T. nie dojedzie, bo nie puszcza go szef (L. jedzie do mojej wioski z drugiego końca PL, T, z DE). Primo po drugie, L. nie ma z kim zostawić siedmiolatka, bo eksmąż powiedział nie, więc bierze go ze sobą. No a kwatera za 300 zł na noc to jednak przekracza jej finanse.

Cóż było robić, mówię OK, tym bardziej, że miała być tylko jedna noc, odbiór pakietu maratonowego.

Ale jak to mówią, życie płata niespodzianki.

Przyjechali, poszli do ZOO, nie pytając i okazało się, że poruszanie się po mojej wiosce to wyższa szkoła jazdy przez remonty, że nic nie jedzie, a jak jedzie, to nie wiadomo gdzie i za ile :)
No to minął mi dzień na czekaniu, ale OK.

Dojechali,  rączka, rączka, buzi, buzi, okazuje się, że z idealnego siedmiolatka niezłe ziółko jest, nie można słowa zamienić.
Więc dostaje mojego starego iPada, żebyśmy mogły chociaż ogarnąć tę kuwetę. Nie, nic nie zepsuł, ale poszły moje aplikacje, długo zbierane punkty, a ekran, gdy już go odzyskałam, wymagał długiego czyszczenia - nie mam zielonego pojęcia, czym go wysmarował, bo ja po miesiącu używania nie mam mojego w tak tragicznym stanie. Nevermind.

L. jest maniaczką biegania, jak wiadomo, przyjechała na maraton. I bieganie ma we krwi i...

Jak każda nadgorliwość prowadzi to do faszyzmu. Parkrun w naszym lasku, w sobotę, musiał być zaliczony, bo cała Polska biega z nami, o tej samej godzinie.

Cóż było mówić? Paweł ani pisnął, Wrócił do siebie i czapkę nacisnął. 

Wstałam o nieludzkiej porze, zestresowana jak cholera, bo mój organizm ma swój rytm, cykl, tak, na sikanie i sranie, wolną łazienkę, a obawiam się, że wyjście bezcyklowe może się w moim wieku zakończyć katastrofą... No nic, poradziłam sobie... Doprowadziłam ich na miejsce, bo i "syn uwielbia bieganie" (sądząc po awanturze o buty, skarpetki i inne  takie tam nie do końca prawda). Owszem, towarzystwo i organizacja super i hi-hip, hurrra, ale... Ja od wieków nie byłam na kijkach, cały tydzień spędziłam przy biurku, a poza tym moje zawroty głowy... Ale co tam... 5 km w trzech okrążeniach, zagrały trąbki ruszyłam, pewna, że idę szybko, ale gdy po jakichś 10 minutach zaczęli mnie mijać biegacze, wykonujący już pierwsze okrążenie, zaczęłam się stresować... Dochodząc do końca pierwszego okrążenia, czerwona jak burak i z cieknącym na maksa soplem pod nosem, stanęłam, bo nie miałam w kieszeni chusteczki i musiałam zdjąć plecak. I cudnie: kto leciał, pytał, czy nie pomóc, co moje ciśnienie windowało na szczyt... Rozumiem, że takie są reguły parkrunu, ale ja jestem samotnym białym żaglem w morza toni... Gdy doszła do mnie straż tylna, powiedziałam, że nie chcę angażować karetki i spieprzyłam z parkrunu, zła i wściekła, bo za moment wpadali na metę biegacze po 3. okrążeniu...

Nigdy nie byłam fanką gier zespołowych i takich działań, choć L. tłumaczyła mi, że ona i 2 godziny czekała na mecie na resztę uczestników parkrunu. Mnie to nie bawi, a szybciej nie polezę, bo wykorkuję. Tego dnia w sumie przeszłam "na liczniku" dokładnie 18 444 kroki, nie czując zmęczenia, więc nie jest ze mną źle, bo i po domu nadreptałam, ale... Parkrun to nie dla mnie, to nie są moje klimaty, a co się nasłuchałam, to ojapierdolę. I wstawać w sobotę o 6, żeby się ogarnąć na to? Bez Manhattanu? Nie, nie, nie... Mam inne priorytety w życiu.  Bawią mnie, są moje. M., syn L., wracał do domu dalej produkując bunt siedmiolatka.

Wreszcie udało jej się umówić z A. i ruszyłyśmy w wioskę.

A wioska


przecudnie jesienna (tu kościół dominikanów, akademicki, gdzie chodziłam na msze)






Hanka, w której spędziłam ostatni rok studiów, pomnika ani restauracji nie było, a to okno nad drzwiami to okno mojego pokoju, ile marzeń, ile wspomnień...

I tak szliśmy, a M. szalał, włażąc i skacząc na wszystko, udając, że się rzuca na jezdnię, L. była jak skała, a mnie ciśnienie rosło i rosło... Cóż, ten model tak ma...

Poszłyśmy do Zielonej Werandy na obiad, bo mnie się nie chciało gotować, a i karmienie M., który jak i moje wnuki: to je, tego nie ruszy, a jutro na odwrót - przerastało mnie. Przynajmniej ja zjadłam coś dobrego, czego sobie sama nie zrobię


Frytki rządzą i wymiatają, podesłałam już I., może się tam całą rodziną wybierzemy :) Tylko tym razem zamiast burgera wołowego wezmę wege, wołowina była lekko twardawa, aczkolwiek dało się ją zjeść.

Dobiła A., z kolejnym siedmiolatkiem i poszliśmy na plac zabaw koło Śródki, gdzie rzeczone egzemplarze poskakawszy niecałe pół godziny chciały do domu... Bo się nudzą. Kurwa, na placu zabaw, z urządzeniami, o których moje dzieci nawet w snach nie marzyły...

No nic, poszliśmy dalej, w stronę słońca






aż po horyzontu kres, dotarliśmy na Za Groblą, a tam



oprócz latarnika i Łukasiewicza było WIELKIE ODKRYCIE (i dobrze, że nie mam czasu codziennie tam dojechać, aczkolwiek autobus tam MAM).






Cukiernia BEZA. 

Nie mam na to słów. Aczkolwiek jestem fanką bezów od dzieciństwa, to ta cukiernia to GRZECH.

I tyle w temacie.

 Kto chce, niech googla, smaku się nie da wygooglować, zwłaszcza bezy z karmelem :)

A.odwiozła nas na moje włości, posiedziała, szczepki zabrała, małolaty znów zgwałciły mojego iPada, starego na szczęście...

A L. oznajmiła, że chciałaby biec w maratonie.

No ale kto zajmie się M.?

Wzdech. Podjęłam się tego zadania, cóż miałam rzec?

Jedno wiem, nigdy więcej nie zaopiekuję się cudzym dzieckiem.

Choćby było zachwalane pod niebiosa i najcudniejsze.

L. wie, bo nie owijałam w bawełnę.

Reasumując: współczesne dzieci są pojebane. Nawet ich rodzice nie dają sobie z nimi rady.

Moje dzieci były w tym wieku, mimo szaleństw i wariactw - idealne.

Reagowały na nakazy, zakazy i uwagi.

Obecne pokolenie nie (stwierdzam po dziecku i A,. i L.). 

Mają wyjebane, są głuche (ja, głucha na dźwięki reaguję, one na dźwięk swego imienia głuchną) na wszystko.

I nie, nie mam ochoty na kolejne przerabianie skakania po moich meblach i drżenia o badyle, durnostrojki i inne takie tam.

Na odpowiadanie za złamany kręgosłup, gdy delikwent znienacka wykonuje salto, przechodząc z pokoju do przedpokoju.

Na znajdowanie suchej kromki chleba i zaschniętego sera tudzież brudnego kubka w suszarce, bo mama każe mu sprzątać po sobie.

Na wysłuchiwanie, co je, a co nie je.

O ile jestem w stanie znieść to u moich OSOBISTYCH wnuków, to dalej nie...

A...

 Podczas gdy L. biegła w maratonie, a M. nie wykazywał najmniejszego zainteresowania tym faktem, smażyłam naleśniki, jedną z potraw, które M. RACZY jeść na sucho.



Naleśniki były z bananami, a tyle zostało z mojego dżemiku z antonówki z borówką...

Nie żebym się chwaliła.

Pojechali w poniedziałek rano, bladym świtem, miałam takie zawroty głowy, że myślałam, że zdechnę (i dobrze, ale Inżyniera i Łobuzów trochę żal)...

I już nie wiem, czy jestem na coś chora, czy za dużo stresu...

I jeszcze mam się z przyszywanym wnukiem w niedzielę następną spotkać...

Kurwa.

Poniedziałek minął w miarę,mimo zdychania, dziś 10 godzin pracy non stop, piszę, bo mnie to uspokaja, gdzieś żółci muszę utoczyć...

Jak bardzo w skali od 1 do 10 jestem kretynką?

A, pomieszałam tabletki uspakajające z winem.

No dobra, tabletki wzięłam bladym świtem, a wino piję do pisania.

A za oknem jesień już...



całą gębą :)

I nie, nie będę systematycznie chodziła na kijki.

Nie pójdę do lekarza, by wykonać wszystkie badania, łącznie z cukrem i innymi takimi tak.

My home is my castle.

Jestem szczęśliwa w nim, nic mi nie dolega.

Mam się wstydzić, że nie lubię cudzych dzieci, zachwalanych jako idealne?

Mam się czuć winna?

Niech ktoś we mnie rzuci kamieniem...

Przyjmę z pokorą, widocznie zasłużyłam na to :) 


UPDATE

Złe w państwie duńskim okazało się walką na szczytach. Władzy, of course. Więc może przeżyję, wg listu przewodniego, o ile mnie nie zabije proza życia.

Alarm odwołany, na razie, chyba że mnie szlag tak jak AS w zeszłym roku.

No cóż, bywa i na słuzbie...



czwartek, 13 października 2022

Źle

 się dzieje w państwie duńskim, Kochany Pamiętniczku.

I najgorsze jest to, że nic nie mogę z tym zrobić, ani nic na to poradzić.

A myślałam, że już mnie nic nie zaskoczy.

I zdrowie zaczyna mi siadać, coraz częściej mam zawroty głowy.

Myślę, że to stres.

Od stresu się wszystko zawsze zaczyna i rypie.

Poczułam się stara, bardzo stara.

Źle się dzieje w państwie duńskim.

niedziela, 9 października 2022

Dwa

 szalone do bólu dni, Kochany Pamiętniczku.

Operacja Umarlaki jak zawsze przebiegła fajnie, aczkolwiek jechaliśmy polnymi dróżkami, albowiem nawigacja powiedziała nam, że jest taki wypadek na trasie, że utkniemy. Więc jechaliśmy trasą na Borek, tak jak PKS za dawnych lat, ciesząc się każdą chwilą, chłonąc cudne jesienne krajobrazy i napawając się co kawałek zapachem Pissoir de Pologne, znaczy się gnoju, co mnie wprawiało w ekstazę, a Inżyniera przyprawiało o ból głowy :) 

Nagadaliśmy się do wypęku, do szaleństwa wprost. Nie chciał mi powiedzieć o P., ale powiedział. Ta pizda poleciała do Grecji na wczasy (Inżynierowa mówi: na wczasy z koleżankami leci się wtedy, gdy ma się na wczasy z rodziną najpierw). P. siedzi w O. z Papryczkiem, nosz kurwa, matkę, która wnuka nie widziała ma 3 przystanki autobusem miejskim od domu. A dwunastoletnia MW? Siedzi ze swoją szesnastoletnią koleżanką, córką jednej z pań, które poleciały razem do Grecji, prawdopodobnie pod opieką końkubenta tejże (nie mam nic do końkubentów, ale odrzuca mnie od końkubentów o wyglądzie nierasowych kiboli z brakującymi jedynkami, taki model ze mnie). I Inżynier jest rozżalony, jego żona też, ale w sumie zaczynamy mieć w dupie.

Jak ktoś głupi na własne żądanie, trudno.

Mnie tak szlag, że powiedziałam I., że jak wykorkuję, nie ma się przyznawać absolutnie ile mu pożyczyłam na budowę. Ja tego do grobu nie wezmę, a Pizdy finansowała nie będę. I wnuków, które mnie mają w dupie też nie. Mała W. może do mnie napisać i wpaść, wie. Ale nawet moich wiadomości nie odbiera.
Więc, kurwa, nie. 

Nie jestem bankomatem. Nic od nich nie oczekiwałam i nie oczekuję, ale widzę, jak do mnie podchodzą i jeden, i drugi.

Więc sorry, Winnetou. I tak gadu, gadu, pitu, Inżynier mówi, wracamy przez M. ogarniemy od razu ojca.

W K. Umarlaki coś nam wycięły (skubane), lekko kropiło, ale roboty nie było dużo, E. tam zagląda. więc tylko rach-ciach ciach, bukiety tym razem małe, ale chuj z tym.

Obiadek w Duecie, takie cuda tylko w K.


Jeden rosołek plus dwa zestawy, razem 46 zł. Schabowy na masełku, a pyry - takich pyrów nie ma w całej Polsce, jak w K.

I sruuu, do M., gdzie grób obraz nędzy i rozpaczy, w mosiężnych literach na zafajdanej płycie tona kurzu, ale mieliśmy wszystko, ogarnęliśmy, wracając zadowoleni, a I. mówi: skoro tak fajnie nam poszło, to może zamienimy to w cykliczne rajdy K. i M.?

Ucieszyłam się. Mam Wszystkich Świętych z głowy, a i jechaliśmy na spokojnie, pogoda się udała, no i ceny - jeszcze nas ominął szczyt cenowy na to przedlistopadowe szaleństwo.

Pojechaliśmy prosto do I., skąd zgarnęłam sztuki dwie na kolejną operację Sleepover at Grandma's.

Z plecaczkami przyjechali, a jakże, zadowoleni jak świnie w błocie, aczkolwiek rodzice straszyli mnie zieloną nocą, albowiem Kalafiorkówna niedopilnowana ucięła sobie w południe długą drzemkę.

Nic to dla dzielnej babci, znaczy się SJ.

Kolacja, na głowie stawałam, a dzieciom szajba odbiła i zjadły... pół bochenka z ciepłym masłem :) Odgrzewam chleb w tosterze, nakładałam na to masło i się rozpuszcza, jadły tak, że bałam się, że im na noc zaszkodzi, bo ciepły chleb, ale nie :)

Kąpiel tak jak lubię, jak uwielbiam, w pianie, w zamieszaniu, zwygłupianie i clou: wycieranie nóżek między paluszkami, tego rechotu nic nie zastąpi.
Zapakowałam delikwentów do łóżeczka


z obowiązkową bajką na dobranoc, ale że odcinek był za długi, ucięłam go w połowie, co Alienek zaakceptował z pokorą, a Kalafiorkówna zaprotestowała.

Mieszkanie było oświetlone lampeczkami, 10 razy powtórzona instrukcja, co robić z babcią bez aparatów...

Sama poszłam do łóżka, bo też zmęczona byłam, odpaliłam sobie Sprawę idealną, nie minęło 5 minut, a Kalafiorkówna stała w drzwiach z reklamacją.

Alienek już spał, więc nie wdając się w dyskusje, wzięłam jej pościel do mnie, kazałam się koło mnie położyć, włączyłam swój odcinek i... 5 minut później Kalafiorkówna spała jak aniołek...

Jeszcze pooglądałam film, ale też mnie dopadło, ale... zasnęłam dopiero koło 3 nad ranem. Mała łaziła po całym łóżku we śnie, włosów sobie nie daje związać, więc co rusz podkładała je pode mnie, a ruszając głową budziła mnie (mam ten odruch od spania z noworodkami). W środku nocy siadła na środku łóżka, śpiąc, z obawą położyłam ją, ale wywaliła nogi na parapet okna i spała dalej, a ja, chcąc zmienić pozycję, musiałam wstawać, bo nie miałam miejsca, żeby się przekręcić. Więc tak, zieloną noc miałam zaiste.

Obudziłam się, widzę, że drzwi od łazienki zamknięte, ja nie zamykam, bo inaczej w niej wilgoć jak cholera, więc lecę do Alienka, a ten Skubany, posłanie sobie w poprzek kanapy zboku zrobił i leżał, animrumrając po porannym siku, czekając, aż batia wstanie. Kochanie moje...

Tak więc wsadziwszy znów dzieci do jednego łóżka i dawszy im Netflixa (jedyny sposób na zneutralizowanie), błyskawicznie ablucje poranne odprawiłam i śniadanie Łobuzom przygotowałam


Jajecznica na boczku, sucha jak wiór, albowiem taka ma być dla nich, innej nie tkną, mój ojciec się właśnie w grobie z hukiem przewrócił, inne takie tam, kakałko, dla każdego w jego kubku i tadam :)

Potem zabawy, tańce, hulanki, swawola, poprałam ich ręczniki w międzyczasie i pościel, bo to była jednorazowa impreza, potem


ale ile można, więc z trudem (z łapanki) odziawszy towarzystwo, jako że słońce zwariowało, poszliśmy lewa, prawa, lewa, prawa w siną dal, w stronę słońca


puszczając bańki, całą masę baniek mydlanych, aż po horyzontu kres...


Kontemplując nową wieżę kościelną, doszliśmy do Parku Bambrów Poznańskich, gdzie spędziłam ponad 2 godziny na huśtaniu, ściąganiu z różnych ustrojstw i na taplaniu się w piaseczku, żałując, że picia ani nic nie wzięłam w plecaczku, wciąż mając z tyłu głowy, że nie wysikają się ani nic publicznie (kibelków tam nie ma). A słońce grzało tak, że zdjęłam sweterek i komin, ale agregaty na propozycję odpięcia kurtek powiedziały: NIE, a u nich nie to nie, więc choć miały T-shirty z długim rękawkiem, katanę i na wierzchu te kurtki... Inżynierowa pytała, czy same wybierały stroje z plecaczków, odrzekłam, że tak, bo tak chciały, a one jak chcą to chcą... No i Alienek po południu już zakaszlał, a Kalafiorkówna kichała. Moje dzieci w taki dzień puściłabym w szortach, nie zważając na ich protesty. Polecone mam teraz - ubierają, co chcą, więc jest jak jest. :) 

Ponad dwie godziny plus dojście to podobno dla nich rekord, nie da się ukryć, że dla moich kosteczek też, albowiem Kalafiorkówna, dziewczę niesforne i nieusłuchane znika z horyzontu z prędkością nadświetlną...

Po powrocie do domu dzieci były głodne, a że przekąski to było nic, więc po konsultacji z ojcem, który rzekł, że wsadza ciasto do pieca (a miała być pizza) i będą o 14.30 podałam do stołu



z tego kuraka, com go w piatek zanabyła...

Makaron zrobił furorę, ale przed przyjazdem rodziców dzieci znów zaczęły być głodne i oglądały z wzdechem książkę kucharską, łkając nad moim nieczułym sercem, które nie chciało im dać cukierków. Owoców i warzyw nie chciały.  

Kalafiorkównie wróciła miłość do mnie, nagle, znienacka, o mało mnie nie zadusiła na śmierć. A i naśmiewała się ze mnie, zupełnie nie szanując mych siwych włosów, mówiąc elemele dudka, babcia jest malutka. Alienek zaś w drodze ze spaceru oświadczył mi, że mnie kocha i chuj :) W papier, kamień, nożyce pograliśmy, jak również w na podłodze siedzi jeż... Sąsiedzi jakoś policji nie wezwali, więc nie musiało być AŻ tak źle...





Potem czekanie na rodziców, okazało się, że Inżynier upiekł ciasto dla potomków, ale do mnie nie zabrał ani kawałka, a pizzę zamówili i... dostawa się przeciągnęła...

Więc jeszcze trochę darowanego czasu, było super, zostałam z lodówką wypchaną kawałkami pizzy, albowiem Inżynier we wtorek leci do UK, awansował, leci tam służbowo na parę dni.

A ja, wycałowana (w polika mnie zaszczyt kopnął od Kalafiorkówny, a i Alienek nie od macochy), zmęczona niebotycznie, na poczcie kolejka jak za komuny, więc jak się zwlokę jutro to prosto do kompa, kupiłam sobie w piątce piwo, bo i tak pewno po tych szaleństwach nie zasnę za szybko, ogarnęłam kuwetę, ciesząc się CISZĄ i Spotify (dzieci na propozycję posłuchania radia odpowiedziały, że nie lubią muzyki, a chciałam je muzyką zneutralizować trochę)...

Jeszcze jeden darowany cudownego życia dzień.

Nie będę się niczym martwiła.

Bo i po co?

 


piątek, 7 października 2022

Przypadkiem

 

odkryłam Kochany Pamiętniczku, nową funkcję w Wordzie. Mówię, a samo się pisze. Dzięki temu będę mogła pisać jeszcze więcej, nie męcząc moich paluszków. Wprawdzie funkcja nie jest do końca idealna, ale łatwiej poprawiać niż klepać. Dobrze, że dziennikarze nie znają tej funkcji, bo byłabym w czarnej dupie.

No dobra, wracam do pisania, idzie szybciej, niż mówienie i poprawianie po głupiej funkcji 😊

Napisawszy wczoraj maszynkom, że mam je w poważaniu i wrócę do nich koło dziesiątej, poszłam w siną dal, lewa prawa, bo jak dobrze wstać, skoro świt i…

To prawda.

Cztery stopnie, szron na trawie, a ja w sandałkach, w sweterku i czuję, że żyję. Pełną piersią, ładuję akumulatory, aczkolwiek sąsiadka, w pikowanym płaszczu, z kapeluszem na głowie i owinięta kominem orzekła, że zwariowałam, bo mam sine palce u nóg. No cóż, taka ich uroda ;)





 

Jak pięknie wygląda kupka liści, gdy nie trzeba jej sprzątać, co nie?
Schodami w górę, schodami w dół, jest cudnie...

Szybki rajd po Manhattanie - okazało się, że miałam nosa.

Pani, u której pytałam w ubiegłym tygodniu o żurawinę miała ją, ale… bez ceny, a na moje pytanie zaśpiewała 40 zł za kilo. Hmmm… Parę stoisk przed nią była żurawina, identyczna, za 30 za kilo, więc podziękowałam, bo nie chciała spuścić z ceny, a różnica dychy na kilogramie to nawet dla mnie jest różnica. Trudno, sama sobie zaszkodziła, bo jakby spuściła, wzięłabym całą u niej. Na tym drugim straganie wzięłam całą, zapłaciłam 70 zł 😊 A, i 21 zł za pigwę, a wszystkiemu winna jest Sikora, podsyłająca mi zdjęcia swoich przetworów. Szatan, nie kobieta, czwórka dzieci, w tym jedno niedawno przypadkiem narodzone, a ona przetwory robi? To jak ja na tym tle wyglądam? Nosz,  musiałam 😊

 


 To jest prawie stówa, ale będzie i do herbatki zamiast cytryny, która ponoć z herbatą tworzy związki aluminiowe jakieś, no i żurawina, na sikanie, do mięs, do sera, uwielbiam :) 

Kurczaka zagrodowego upolowałam u mojego rzeźnika, zadowolona, zakładając, że zagrodowych tym syfem nie karmili, co te przemysłowe, z trudem go potem rozebrałam, niefachowo, tępym nożem, albowiem każdy ostry nóż stanowi zagrożenie dla mojego życia. Nie ma opcji, że się nie potnę i że krew nie będzie sikała. Więc tępym nożem, ale dałam radę 😊 Kurczak dwa razy droższy niż normalny, ale policzywszy, co zamroziłam i pyszny rosołek, wyszłam na swoje. Wprawdzie jestem umówiona z Inżynierostwem na pizzę, ale znając Łobuzy warto mieć opcję awaryjną w zapasie. Rosołek i pomidorową Łobuzy zawsze wciągną, a nie będą na babcię narzekały, że je głodziła.

Wiem, jestem starą wariatką…

Maszynki tym razem wymęczyły mnie niebotycznie, ale i tak je lubię, nie czepiają się mnie nigdy, a zawsze na koniec marchewkę dosyłają i to jest miłe 😊

W międzyczasie ogarniałam żurawinę, zamrożoną ubiegłej jesieni, żeby zrobić miejsce na nową tegoroczną. I tak na ogarnianiu, praniu i przygotowywaniu chałupy na jutrzejszą operację zszedł mi dzień (a A. napisał, że dla niego to wygląda jak operacja Pustynna Burza, faktycznie, ma rację).

Zatem jutro czekanie (czekanie wpisane w moje życie, wdrukowane po prostu) na I., potem jazda do Umarlaków, teleportacja Łobuzów do mnie… Będzie się działo, trzymajcie kciuki.

Tak jestem przygotowana na inwazję. W Nowym Jorku będzie spała Kalafiorkówna, zaś w Londynie Alienek. Dla Alienka ciężka, obrzydliwie ciepła kordełka, bo zmarzlak. Nie po babci 😊

 


 I oczywiście, dla każdego Łobuza osobny ręcznik i clou - gąbka, gąbka zawsze musi być. No co, mogłabym pięciogwiazdkowy hotel otworzyć, co nie?

Jadło w lodówce też pod kątem grymaśników.

Pogięło mnie do reszty, ale co tam…

Każdy ma jakiegoś bzika, co nie?

A, dziś koszmarne sny miałam. Śniła mi się moja babcia, po ojcu. Dla mnie wciąż jest starą kobietą, taką ją pamiętam. Urodziła trzynaścioro dzieci, mój ojciec był najmłodszy. Była chłopką folwarczną, mąż pijak. Za moich czasów mieszkała w budynku dla chłopów z folwarku, chodziła najpierw o lasce, potem o kulach – złamała głowę kości udowej. Słusznej postury. Coraz bardziej ją przypominam z wyglądu, znajomi twierdzą, że jestem podobna do ojca, więc nic dziwnego. Nie była ładna, jako i ja nie jestem. W moim śnie siedziała w swoim pokoju, będącym jednocześnie kuchnią, taka, jakiej nie mogłam znać, bo miała lekki makijaż (nie ma opcji), oróżowione policzki, wytuszowane rzęsy i siedziała z trzema koleżankami w wieku balzakowskim. To nie była moja babcia, ale była moją babcią i jechała mnie po równo. Rozbita jestem po tym śnie, nie jeżdżę na jej grób, bo nawet nie mam jak, nawet nie wiem gdzie, ostatni raz byłam tam na jej pogrzebie. Grobem opiekuje się kuzynka, leżą tam też jej rodzice. Nawet gdybym dała radę zboczyć na ten cmentarz (a goni nas czas), nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest grób babci.

Inżynierowa na moje, że babcia na mnie czeka, zaśmiała się i rzekła, że to tak nie działa.

A sen wciąż we mnie tkwi, są takie sny, które za nami chodzą i męczą.

Chyba jestem starą wariatką.

I nic na to nie poradzę.

Bardzo słuszna diagnoza.