piątek, 28 lutego 2025

Lalalalala

 Kochany Pamiętniczku :) 

Przeżywałam jak mrówka okres ten wyjazd do okulisty (który to już raz), ale tym razem założyłam, że autobus nie wypadnie z kursu i zamiast dwie godziny za wcześnie, wylądowałam w szpitalu pół godziny przed terminem...

W kolejce siedziała pyskata pani, miałam wrażenie, że skądś ją znam, ale nie kojarzyłam. No i sobie miło popyskowałyśmy, nie paniując sobie, od razu na ty, co mi się bardzo podobało (była w mojej grupie wiekowej i wiedziała, co to jest korekta - już plus). I tak mi miło te pól godziny zleciało. Kolejka moja opóźniła się o 4 minuty, więc nie było źle, wiedziałam, że spokojnie zdążę na powrotny autobus.

Pan doktor (lubię go, seksowny jest, a jeszcze seksowniejszy odkąd zgolił zarost, ciemny, wyglądał z nim jak arabski terrorysta, a teraz gładko ogolony - jak smarkacz, ale seksowny, podczas dwóch pierwszych wizyt był zarośnięty, jak się ogolił, tom go pochwaliła z całego serca - widocznie sobie to zapisał) pomęczył moje oczka badaniami, śmiejąc się ze mnie, bo nadal jestem połamana po niańczeniu Łobuzów, złaziłam z fotela na fotel jak kaleka po Heine-Medina, no się usprawiedliwiłam :) Po badaniu zapytałam wprost: idę pod nóż... Jeszcze nie :) 

No tom się ucieszyła jak głupia, ale mnie zgasili, że nie mam robić nowych okularków (a mówiłam, że chcę nowe seksi oprawki), bo i tak po operacji będę musiała je zmieniać...

A kiedy operacja będzie, to na dwoje babka wróżyła - homo nie wiadomo...

Ale...

Następna wizyta za pól roku, co po kilku wizytach w odstępie trzech miesięcy jednak... chyba dobrze rokuje.

Recepta, uśmiech, dziękuję, życzę miłego dnia i sobie dożycia do następnej wizyty, żegnam się z panią z kolejki (siedziała z zakropionymi oczyma), w recepcji dowiaduję się, że JESZCZE nie ma zapisów na ten termin, po konwersacji, że ja nie dzwonię dostaję info, że mogę to ogarnąć sama online, cót, mjut i ożeszki pistacjowe...

Wychodząc ze szpitala natykam się na znajomą-nieznajomą z kolejki (wiedziałam, że skądś ją znam, ale nie miałam odwagi zapytać), bo ja często tak mam, że zdaje mi się, że kogoś znam, ale za Chiny Ludowe nie mogę tej osoby umiejscowić.

Pani pyta mnie, czy mieszkam na Dębcu. Bo ona pracowała na poczcie i moją twarz zna 😊

Zagadka rozwiązana. I miło było, a co 😊

Lecę na przystanek, podjeżdża akurat autobus, a że to jest taki dziwny przystanek, że podjeżdżają tam autobusy jadące i do Mosiny, i ten sam numer do Poznania, pytam wysiadających, gdzie jedzie, ale nikt nie wie. Autobus stoi jak zaczarowany i ogarniam, że to kurs kończący się przy szpitalu.

I tak, pojedzie do Poznania, ale  za dwadzieścia parę minut, więc sobie 15 minut spaceruję jak smród po gaciach, zanim kierowca drzwi otworzy :)
Jestem przeszczęśliwa, kombinuję jak koń pod górkę, że apteka i poszukam bratków...

Jednak padający deszcz i jednak zmęczenie po wycugu, no i stres przedwizytowy też swoje zrobił... Zmieniam plany, wysiadam koło domu. Pada coraz mocniej, więc jednak dobrze zrobiłam.

Nie wkurwia mnie nawet pismo ze spółdzielni z kolejną podwyżką czynszu, jeszcze nie tak dawno miałam 350 zł, teraz już dobijam do 700 powoli...

Emerytura też wzrosła, ale nie tak bajecznie, ale nic to, dam radę :) Już dostałam pismo o waloryzacji, bo przeliczając zwaloryzowali od razu i ojacierpiędolę. Całe 200 zł więcej z groszami.
Ale i tak emeryturę mam już wyższą niż pensja, więc morda w kubeł 😊

Do domu wkraczam z mocnym postanowieniem urządzenia sobie Dnia Dziecka.

Jak mówiła pani z kolejki – wszystko mogę, nic nie muszę. Już…

 

No dobra, sprzątałam w ubiegłym tygodniu, nie było mnie w domu, bałagan się nie zrobił, bo nie miał go kto robić…

Wobec tego odpuszczam sobie dzień gospodarczy w tym tygodniu, miejsca newralgiczne typu kibelek są ogarniane na bieżąco, a odrobina kurzu na półkach nikomu jeszcze nie zaszkodziła, co nie?

Obiadek mam od wczoraj, ale… Dupę urywa, bo był z gotowców z Lidla, nie miałam wczoraj ani czasu, ani ochoty na pichcenie. Skusiłam się na zupę pomidorową (chyba dobrze, że nie na wietnamską) – więcej było w niej zmiksowanej marchwi niż koncentratu, marchew niby zapierająca jest (marchwiankę stosowałam u dzieci), ale mnie raczej przeczyściło. I nie, nie jestem chora, ale dobrze, że miałam swój kibelek do wyłącznej dyspozycji i że bezboleśnie przeszedł wyjazd. A może to ta marchewkowa pomidorówka mnie uratowała?

Odgrzałam tylko zmieniaczki (takie gotowce, małe, do pieczenia w piekarniku) z wczoraj i dokończyłam surówkę z pora (też gotowca).

I tak, nie jestem fanką gotowców, czytam skład, wybieram najlepsze, ale…

Wolę spędzić czas w kuchni, kombinując sama. Nawet jak moje kombinowanie nie jest takie smaczne jak gotowce (znaczy się, nie ma tyle soli i konserwantów).

A moja pomidorówka to poezja, a nie marchwianka.

I tak mi spokojnie mijał Dzień Dziecka, trochę tam ogarnęłam, baterie wreszcie powywalałam z lampek, które się do cna wyświeciły, pójdą jutro do odpowiednich kontenerków.

Na balkonie czekają karnie boligówki do wyciągnięcia z doniczek cebulek (dostanie je koleżanka z pracy, jest zachwycona, że aż tyle i sadzi je bez animrumrania). Ale czekam na kilka stopni na plusie, bo chociaż mi ciepło, to jednak kaszelki mam…

Ciśnienie bez Bossa mam tak 110 na 60, więc z kolei za niskie, ale piguły łykam, bo jak odstawiam, to hyca w górę…

Tak źle i tak niedobrze…

Inżynier na moje pytanie o Alienka i bułki mleczne odrzekł, że nie rozwali rutyny, co rozumiem, bo jemu autem nie jest tak hop siup podjechać pod piekarnię na tej ulicy – co innego nam na pieszo z autobusu. I że Alienek musi mieć rutynę – a tę zachwiał jego wyjazd. No cóż, nie moja wina, że tę rutynę zaburzyłam, ale…

Idziesz koło piekarni i dzieci cię proszą o bułkę.

Żeby chciały gwiazdkę z nieba i kafelek z pieca (mam, dostałam od Barana), szybkę z okna (tak mój ojciec kwitował moje marzenia), odmówiłabym. Ale bułki dziecku? Nie umiem, aż taka twarda nie jestem, chociaż bułki teraz są na wagę złota, na same bułki, chleb i te nieszczęsne grzybki zostawiałam w piekarni ponad 20 zł codziennie…

Oczywiście nie ma do mnie o to żalu, mówi, jak jest.

A wystarczyło mnie uprzedzić, że nie – oparłabym się, choć nie było to wcale łatwe, bo Łobuzy mają wzrok kota ze Shreka.

Z HR info, że znów trzeba podać widełki dochodu, w mojej firmie o dziwo netto, no i znów potrzebuję Inżyniera do zakodowania zeznania, ojacierpiędolę, znajduję hasło z poprzedniego kodowania… Będzie dobrze. Ogarnie.

Na kolanach, w ciężkich bólach ogarniam podłączenie pracowych ustrojstw – ale dzielnie sobie poradziłam z ginącymi kablami i działa, działa, jestem wielka 😊 Com się naczołgała pod biurkiem i nastękała wstając, to moje 😊 Tak to jest za każdym razem, jak odłączam kable. I męczę się, by potem nie pisać do pracowego informatyka, który odpisuje: w pierwszych słowach mego listu… a kabelki są podłączone? 😊

I tak, dziękuję tym czytaczkom, które pod poprzednim postem mnie nie skrytykowały za bycie złą teściową.

Przypomniałam sobie, że moja koleżanka z liceum też ma taką synową i jej syn też tak działa (a to jest jego druga żona).

I tak sobie myślę, kontemplując Spotify i te lata pięćdziesiąte, no w sumie nie są jeszcze moje, bom wtedy siuśmajtką była, ale jakże piękne są te melodie…

Że jestem po prostu z innego pokolenia.

Nawet innego niż moja mama.

Bo ona nie odeszła, bo…

Pensja nauczycielki była marna…

Mój ojciec zarabiał ponad 2 tysiące, ona 918 – do dziś pamiętam kwoty.

Nie miałam stypendium ani akademika, bo byliśmy bogaci, ojca pensja i renta po mamie (a renty było też około 900 zł, takie to były czasy) to był za duży dochód na socjal na studiach.

Ja odeszłam, godząc się na wyrywanie sobie rękawów i wypruwanie żył, na tłumaczenie chłopcom, że nie stać nas. Inżynier ogarniał finanse, Pierworodny fantazjował, ale… Poradziliśmy sobie bez alimentów, chcąc mieć święty spokój, zdając sobie sprawę z tego, że rodzina Eksa ma kasę na adwokatów, którzy udowodnią, że to my powinniśmy jemu płacić alimenty, a nie on nam.

Przeżyliśmy, na ciuchach z lumpeksu, ale nie głodowaliśmy. Jako jednostka pracująca chroniona byłam przez dzieci, w sensie, że moje słowo było rozkazem. Może i dokładnie kurzy nie wycierali (wydało się po latach, rodzinną legendą mobilizującą były historie o ich babci, która pracując w czasie okupacji u Niemca – nawiasem mówiąc, dobrego Niemca, uratował ją od wywózki na roboty do Niemiec, miała panią, która co rano schodziła po schodach, sprawdzając w białych rękawiczkach, czy kurze są starte – olaboga, wycierać kurze, mój mem z AI – jak ten czas zapierdala – mamo, kupimy mamie białe rękawiczki, hahahaha), ale obiad był zawsze na stole, wspólnym wysiłkiem pichcony, ja byłam od mięsa, oni od reszty (wciąż mam karteczki: surówka z marchewki z jabłuszkiem, obierz pyry, ugotuj makaron) – nie migali się, a nawet czasem wykazywali inicjatywę kulinarną… Wspólne śniadania i kolacje. I czekanie na Pierworodnego, który uparł się na dziwne studia… i skończył na zaocznych, pracując i wracając o nieludzkich porach, za co mu cześć i chwała…

Nigdy nie przepraszałam gości za bałagan.

Bo aczkolwiek nie jestem CHPD, w domu był artystyczny nieład (teściową wkurzało, że u nas są wszędzie książki i gazety, abstrahując od tego, że u niej ja, po wejściu do niej, brałam się od razu za sprzątanie, zwłaszcza gdy dzieci były małe, bałagan to było jej drugie imię), pomijając pokój chłopaków, gdzie czasami potrzebna była zachęta w formie groźby – mieszkanie było zawsze ogarnięte. Na co dzień mogę do dziś jeść z podłogi. Nie muszę, ale mogę, nie brzydziłabym się.

Takie było moje pokolenie. Matki Polki, miałyśmy sprzątanie we krwi, kosztem swojego zdrowia niekiedy.

Bez pralek automatycznych, odkurzaczy samojeżdżących, zmywarek, tych wszystkich cudów wianków.

Nie, żebym  chciała powrotu do przeszłości. Fajne są gadżety ułatwiające dziś życie.

Ale i wiele z nich kradnie nam czas i życie.

Nie twierdzę, że jestem bez winy.

Chodziłam do kafejek internetowych na czaty – czat Łódź na Onecie to osobna historia w moim życiu… Ale dostosowywałam to do dzieci, już wtedy jedno było pełnoletnie, drugie dobijało do pełnoletności.

Potem internet domowy i moja przygoda na gejowskim czacie – zaowocowała przyjaźnią na całe życie, taką prze duże P – nie tylko dla mnie, ale i dla moich synów.

Jednemu z nich uratowała życie.

I nigdy nie wpłynęło to na nasz dom, był stabilny, biedny, ale fajny.

Może i jestem Starą Jędzą, ale mam swój urok 😊

 

I tak nawet życie internetowe nie zburzyło nigdy moich żelaznych zasad: ogarniamy mycie rąk, po wejściu do mieszkania (Inżynierowi zostało to do dziś, na pokaz, u mnie, ale zostało), po kontakcie z sierściuchami (z tego już wyrósł na swoich zasadach – ma swoje sierście i w dupie moje nauki, tak samo mają jego dzieci). Sama otwarcie mówię – nie pogłaszczę, bo będę musiała myć ręce. Takie mam zboczenie, niestety 😊

Ale też nie miewam biegunek, tych nowych wynalazków jak wirusówki i inne tam. Moje dzieci też nie miały.

Czasy się jednak zmieniają, co mówi już starożytne przysłowie:

Tempora mutantur et nos mutamur in illis…

Osobiście trzymam się starych, dobrych zasad i źle na tym nie wychodzę.

Nie będę polemizowała z mądrościami synowej, która mówi mi, że ona nie takie cuda w przedszkolu widzi i ma na wszystko receptę.

Nie mam  recepty na nic, życie leci swoją szosą.
Nie wszystko, co stare, jest złe.

Sama, wyzwalając się ze stereotypu żony usługującej mężowi, nauczyłam synów życia.

Bo moja mama wywalała mnie z kuchni, mówiąc: idź do pokoju się uczyć, dość się w kuchni nastoisz.

Uczyłam się życia z książki kucharskiej i z maskowania pijaństwa ojca.

Moich chłopców uczyłam życia, wpuszczając ich do kuchni i zagarniając do prozaicznych, codziennych czynności.

Co im w małżeństwie procentuje.

Czy są szczęśliwi?

Nie wiem.

Jestem Szwajcarią, pytam tylko jak mogę pomóc.

Pomagam, jeżeli mogę, ciesząc się, że JESZCZE mogę.

Ale i coraz częściej myślę, że pora pomyśleć o sobie.

Bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Tym bardziej że moje synowe nie są mną.

Mną, która chciała mieć mamę i jej służyć.

Nie żebym tego służenia wymagała.

Zorientowałam się, że miały ekstraojców, jakiego ja nie miałam.

Nauczyli je, że świat kręci się wokół nich.

Bo są zajebiste.

I nic nie muszą robić, bo trzeba wokół nich latać.

Mój, kochający mnie po swojemu ojciec, mnie tego nie nauczył…

 

Uff, Kochany Pamiętniczku, dość na dziś, bo zaraz padnę.
A jutro muszę wstać, bo chleba w zamrażalniku już nie ma…

I tak dopada mnie proza życia…

Które nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech…

Dzisiaj był fajny dzień – proszę cię – życie o kolejne takie 😊

 

 

 

 

czwartek, 27 lutego 2025

Cud

 że żyję, Kochany Pamiętniczku...

Miałam od razu złe przeczucia z tym Kundlem, zwanym dalej w skrócie K :) 

Powitanie jak zawsze było radosne, chociaż Kalafiorkówna oburzyła się, że jak to, babcia jest, a kąpieli w wannie nie ma? Bo ona chce kąpiel we wannie, jest babcia, jest kąpiel w wannie.

Jak na sześciolatkę, która walczy o niezależność i wszystko chce robić sama, bo ona umie, bo przecież nie jest małym dzieckiem, to dość absurdalne życzenie.

Udobruchała ją obietnica, że na nocowance będzie się kąpać w wannie sama, tylko włosy jej babcia spłucze (patrząc, jak kąpie się pod prysznicem, miałabym potop u mnie w wannie) :) 

No i tato się nie spisał, że ma za mały samochód, żeby wannę przewieźć razem z babcią.

A, tato do Monachium leciał...

Nazajutrz już o 4 nie spałam, bo kazałam się I. budzić jak pojedzie na lotnisko - bałam się, że zaśpię.

Obudziłam się, zanim przyszedł mnie budzić, mam tak wdrukowane, że jak muszę, to się budzę, bez budzika.

Miałam ich obudzić wcześniej, bo z Alienkiem są cyrki rano.

Ale nie, wstali ładnie i... na przystanku byliśmy 20 minut przed autobusem.

Rozpacz, bo ławeczka mokra, więc strudzone życiem małolaty przykucnęły...


 A babcia dzielnie 20 minut stała...

I tłumaczyła, że wywlokła ich tak wcześnie i nie ogarnęła trasy, bo stara jest (trasa zmieniona - przez ogród i przez dziurę w płocie, żeby wyjść na brukowaną ulicę, bo na tej, którą chodziliśmy potrzebne są kalosze i kajak oraz kapok), na co Kalafiorkówna zareagowała oburzeniem: nie jesteś stara, jesteś młoda :) 

Ale za to było co kontemplować.

Bo 



leciała masa kluczy dzikich gęsi


 słoneczko też pięknie wschodziło...

Teraz odprowadzam ich na raty, bo najpierw A. do szkoły, a potem K. do przedszkola, kawał dalej i pod górkę...

A przed szkołą jest Pod Strzechą, gdzie babcia zanabyła mleczną bułę dla A., bułę z dynią dla K., no i grzybki...

Jaka to była radocha...

A moje oczy w drodze powrotnej napasły się obietnicą wiosny


 Magnolia ma już pąki!

 


 I tu też czuć wiosnę...

Pani woźna mówiła potem odbierającej  A. matce, że tak radosnego dziecka to ona nie widziała, nie widziała też, żeby ktoś tak babcię całował :)
I tak nastukałam sobie tego dnia ponad 7 tys. kroków... 

Na obiad był rosołek, ugotowany w poniedziałek przez I. Inżynierowa dogotowała tylko makaron po powrocie, bo ja się do ich kuchenki nie zbliżam - nie znam się na indukcji i nie chcę się znać.

W środę A. poprosił w piekarni o dwie bułki mleczne, bo on jest biedny i tego dnia ma długo zajęcia do 16.40. Tak było na rozkładzie na lodówce, więc co miałam dziecku żałować, kupiłam mu te dwie buły i grzybki...

Okazało się, że kłamał, bo zmienili mu plan, ale co ja będę dziecku żałowała buły i to suchej :) 

Odebraliśmy ekipę, ja zapraszałam na pierogi, bo mimo moich kilkakrotnych sugestii we wtorek po południu, że coś upichcę, I. była jak głaz, bo ona je takie cuda z kubków. Odchudza się.  

Dzieci, świeżo po obiedzie w szkole (ponoć dobre i sycące obiady) wrąbały po 6 pierogów bez zmrużenia oka, a to nie były małe pierogi.

Nie, nie mówię, że je głodzą, ale wiadomo, że stołówkowe obiady to takie se. 

W kwiaciarni koło pierogarni mieli przecudne bratki... Ale nie uległam i dobrze, bo nie dowiozłabym do chaty... Chociaż... Gdybym była moją synową, kupiłabym je i odwiozła ją z nimi. Nie ma tragedii, poszukam w Heimacie :) 

A w czwartek rano tragedia... 

A. wstał dwiema lewymi nogami z łóżka. W ogóle odmawiał wstania, ubrania się, nawet obietnica mlecznej buły nie działała. Matka poleciała, a ja zostałam z nimi i...

Osiwiałam kompletnie.

Udało nam się wyjść z domu, padało, mieli parasole, bitwa na parasole, i foch jak chuj. w piekarni akurat nie było kolejki, dwie mleczne, dyniowa i proszę panie o pączki, ale chcę je zostawić, żeby z nimi nie latać - 10 pączków. Zgodziły się, super, płacę, a A. ze sklepu nie chce wyjść, bo on chce pączka do szkoły... Stoi jak wryty w drzwiach, a już się kolejka robi...

Udało mi się go wypchnąć, ale na środku jezdni stanął i dalej nie pójdzie...

A tam korki rano są...

Przeciągnęłam go, idziemy do budy, a ten pod szkołą mówi, że wyjdzie i pójdzie sam do domu.

Olaboga.

Oddałam go woźnej z prośbą o zwrócenie na niego uwagi, ucałowałam, mówiąc, że nie chcę się rozstawać w niezgodzie... Odcmoknął, poszedł. Po południu synowa pisze, że obie nauczycielki miały do niego dziś ale, był nieznośny. Bo nie dostał pączka. A woźna mówiła, że w szkole dają pączki, a ja sama zjadłam tylko jednego, resztę im zostawiłam :) 



Sama zjadłam tego trójkątnego, z wiśniami. Dobry był, aczkolwiek dupy nie urywał.

Nie wiem, czy A. dostał, bo wciąż miał muchy w nosie do potęgi n-tej...

Synowa skwitowała: będzie I. miał jutro problem :)

A biedny I. cudem wydostał się z Monachium, bo jak on leci do Monachium, to tam lotnisko strajkuje.

Albo inne cuda wianki. Na całe szczęście dostali bilety na pociąg, w Berlinie lecieli 4 piętra galopkiem (z jego tuszą, podziwiam), ale zdążyli i właśnie jadą do domu...

Co chwilę się kaja i dziękuje...

No bo tak: wolnoć Tomku w swoim domku. 

Ale angażowana do niańczenia zapowiedziałam, że z K. nie chcę mieć nic do czynienia. Że albo on, albo ja.

I tu narażę się całej rzeszy miłośników sierściuchów, bo tak.

Bo jakbym chciała gówna sprzątać, to miałabym swoje.

A nie chcę, więc nie mam.

K. miał być w kojcu. I był. Ale... Już pierwszego dnia, gdy wychodziłam z dziećmi zesrał się w kojcu. Co miałam zrobić? Ona sprząta to papierem. Teoretycznie powinien srać na matę (specjalne podkłady dla sierści), ale nie zawsze tam sra i leje, bo to szczeniak. Na panele nasrał. Smród jak cholera, to co, zostawię, żeby się wytarzał? Sprzątnęłam, o mało nie porzygawszy się i piszę do jednego i drugiego, że chcę do domu... Ona spytała tylko, czy na matę. On przepraszał za psa. No cóż, mus to mus. To było pierwsze psie gówno, które w życiu sprzątnęłam. Ona nawet rąk po tym nie myje. Nie wiem, jak syn, bo nie widziałam.

Ale...

K. sra, gdzie mu fantazja zagra. Leje też, gdzie chce.  Póki ona jest i sprząta mnie to rybka. Ale jak ja z nim zostaję i muszę się nim zajmować, to mnie kurwica. Tego w umowie nie było.

No i nikt tej podłogi nie sprząta. Zetrze siki i gówno papierem i ok.

Dzieci wykąpane z powrotem rzucają się na podłogę, głaszczą psa, całują go, pod ogonem też.

Rano też rzucają się na niego, też na podłogę.

Mnie skręcało. Kapci do domu nie wzięłam z powrotem.

I nie, nie sprzątam tam. A byłoby co. 

I nie, nie usprawiedliwiam, że kobieca rzecz...

Wiem, że syn pracuje w domu, ale też ma pracę w korpo i musi pisać raporty. Pisze je często po nocach. Bo w dzień jak mówi: wisi na słuchawce. Odwozi dzieci, gotuje, pierze, czasami widzę w nim samą siebie, niezastąpioną...

Synowa pracuje od 7 do 12.30. 

Wraca, odbiera dzieci i...

Odbiera paczki z puszkami dla sierściuchów. Bo one jedzą tylko z puszek. Wypakowuje puszki co kilka dni, a kartony są wszędzie. Na ladzie w kuchni sterta podkładów dla K. Od kilku dni. Segregatory, puzzle, zabawki dzieci zniknęły w ich pokojach, ale wszędzie leżą zabawki dla K. Który zjada każdy śmieć z podłogi, ale może, jemu to nie szkodzi. Gdy ja przed laty zostawiłam gumkę od włoszczyzny na blacie, zostałam zrównana z błotem, że chcę zabić kotki. 

I kotki, i pies kosztowały krocie. I kosztują dalej - weterynarz, jedzenie. Musiały być rasowe z rodowodem, bo inne się źle chowają. No i rybki. Lekko licząc - byłby już i płot, i ogród, własne zielsko, to też oszczędności.

A chata nieskończona, worek bez dna, synowa pensję ma na waciki (czytaj: należy jej się, jak Eksowi się należało), syn ciągnie resztę. Bo chce, bo jest mężczyzną.

No i ja dołożyłam i to niemało.

K. wolno wszystko. I tak patrzę, że dzieci w sumie są pokrzywdzone. Bo pierwszy K. dostaje jeść. Ja też miałam o 10 wyciągać miseczkę z lodówki, żeby się nagrzała i karmić go o 11.

No karmiłam, ale potem srał...

Wracając z przedszkola we wtorek kupiłam w Biedronce

Skwitowała: a, gdzieś mam rękawice. No to trzeba było mi je dać, skoro wie, że się brzydzę. Nie ukrywam tego, mówię wprost. O ile po kocie z kuwety wyciągam łopatką, rzygając, to po psie ręką przez srajtaśmę tym bardziej. I to rzadkie było, a wycierać podłogę do skutku :|

Może tu ktoś zajmował się szczeniaczkiem i powie mi, czy to normalne jest?

Na tej podłodze, niemytej, bawią się dzieci, fakt, że już nie niemowlęta, ale co z tego?

Mimo zwracania uwagi, że mogą szczeniakowi zrobić krzywdę - robią po swojemu.

Efekt? Ona się kąpała, a lubi siedzieć w łazience godzinami, bo ma tam luz z tabletem, ja zwracam uwagę Kalafiorkównie, że ma nie zbliżać twarzy do psa, ta mnie nie słucha i? No ugryzł ją. A jakby jej tak odgryzł?

A sierściuch jebany łaził za mną jak za panią matką.



 Lizał i drapał, i podgryzał moje kopytka, a ja nienawidzę, jak ktoś ich dotyka, co kiedyś wykorzystywali i Inżynier, i Baran... 

Oni chociaż mogli mokrą ścierą dostać i się odjaniepawlić, ale co mogłam zrobić K.?

Moje nogi są straumatyzowane, kręgosłup mnie boli od siedzenia w rozkroku, bo K. się tam pchał i spał, a jak tylko odsunęłam nogę budził się i apiać od nowa.

Dziś po południu synowa pisała, że jest zdezorientowany... Kazałam mu dać moje kapcie, ich smród by go zrelaksował na pewno :P

Wyjechałabym już dziś bladym świtem, ale... trzeba było o 11 nakarmić biednego pieska. Nakarmiłam. Minutę po posiłku zesrał się na matę. Sprzątam. Odnoszę do kibla, wracam, a tam koło schodów na panelach druga porcja. Sprzątam, wracam, opodal trzecia...

Kurwa mać.

Zamknęłam w kojcu, zasnął, wychodzę, a ona mnie pyta czy ma podkład...

Co ja, kurwa, mam 3 lata? Napisałam, że mam 70, ale wszystko ogarniam, dychał, jak wychodziłam.

Ja tam do niej nic nie mam, nie stawiam siebie na piedestał i na przykład, ale nawet mieszkając we czwórkę na 16 metrach kwadratowych i prowadząc tam chałupnictwo nie miałam takiego bajzlu :) W moim rodzinnym domu mieliśmy w zasadzie jeden pokój i kuchnię (ogrzewanie węglem, wtedy nie do zdobycia), "tapczan", czyli pokój z lepszymi meblami był od święta i na ekstraokazje.

Ale nauczona byłam słania łóżek, zawsze było porządnie i czysto.

Tu 150 m kw. i syf jak w melinie... Badyle kupowane w szale ozdabiania chaty za grube pieniądze na targach umierają powoli. Teraz umrą jeszcze szybciej, bo K. je podgryza, ale ponoć mu nie szkodzą. Kotkom szkodziły.

I. w niedzielę wyprał 3 pralki (bo ona nie pierze), leżało toto wysuszone na kupie w pralni (nie, nie sprawdzałam, drzwi są otwarte, dzieci chodzą tam i wyciągają ubranie z kupy). Mówię, że poskładam, bo się nudzę, ale nie, nie mam składać, bo nie wiem co i jak, ona ma swoją metodę.

Może i ma, ale...

W wiatrołapie na stoliku misz-masz dziecięcych ubrań, wkładają łapkę i co wyciągną, to zakładają. Na podłodze kupa błota, to akurat nie mam zastrzeżeń, bo tam się nie da suchą nogą przejść, ale to się sprząta.

Nie gotuje, nie sprząta, naczynia stoją w piramidkach (mają zmywarkę), to ogarniałam, bo gdzieś i z czegoś muszę jeść... A że nie wiedziałam czasem gdzie co upchać, to stawiałam na blacie. I tak stało...

Do spiżarni zajrzałam, bo szukałam jedzenia (I. przykazał jeść, co jest w domu) i zamknęłam.

Powrzucane tam odpady do recyklingu, dobrze, że nie wyleciały przez drzwi.

A synowa wraca, pokręci się z paczkami, poklika na tablecie, pobawi się z pieskiem (kotki poszły w odstawkę), pokoloruje rysunek, bo lubi to, ma pisaków i kredek więcej niż ja włosów na głowie...

Tak, wiem, jej dom, jej cyrk, jej pchły.

A ja jestem wredna i się wszystkiego czepiam.

Co też nie omieszkałam powiedzieć Kalafiorkównie, gdy była oburzona, że nie lubię Kundla.

Ale okazało się, że ona też paru rzeczy nie lubi...

Po powrocie z przedszkola przepraszała mnie, że nazwała mnie wredną. Widać coś sobie przemyślała, choć ma tylko 6 lat :) 

Ale ja tam nie jeżdżę dla przyjemności. 
Jeżdżę na ich prośbę, żeby ona nie musiała brać urlopu.

Chcę pomóc synowi, kiedy prosi.

Ja, gdybym kogoś prosiła o przysługę, gdy mam gości - karmię, opiekuję się, mają luksus.

Tam karmię się sama i OK, ale gotując jajka wypadałoby zapytać chyba, czy ja bym też nie zjadła?

Wstaję bardzo wcześnie, bo potem nie ma miejsca w łazience (makijaż trwa pół godziny), a ja muszę wziąć rano prysznic, bo raz, że na głowie mam rabarbar po uderzeniu pioruna, dwa - stara jestem i nieświeża.

Mam uczucie, że zawadzam i w łazience, i w kuchni, ona nie je śniadania, ale ja muszę, bo zemdleję  wychodząc na czczo.

Czuję się jak intruz.

Więc nie wiem, czy następnym razem się zgodzę, czy wykręcę.

Chociaż A. już w środę robił sceny, że dlaczego ja nie mogę ich codziennie odprowadzać? A przecież ojciec ich odwozi pod drzwi autem i nie muszą lecieć na przystanek. Może to poniekąd był powód jego much w nosie?

Niby miałam poczekać, aż synowa wróci z pracy i odwiezie mnie na przystanek (10 minut spacerkiem), ale jakoś tak się nie kleiło, no i dźwigając walizkę i lapka, na przełaj przez płot i dziurę w płocie, po nakarmieniu K. i sprzątnięciu trzech gówien pod rząd, lewa, prawa, na całe szczęście nie zabiwszy się na mokrej trawie i dołkach, aczkolwiek mój kręgosłup odmawiał już posłuszeństwa (jak I. wraca, odwozi mnie do domu, ale tym razem terminy nieszczęśliwie się ułożyły i nie było opcji, zlądowałabym w domu  po pierwszej w nocy, a on musiałby jeszcze do swojego wrócić). 

Kiblując (a jakże, znów kilkanaście minut przed czasem na przystanku) kontemplowałam


 stokrotki, takie zmęczone jeszcze niedawnym śniegiem, ale są.

Dojechałam do Koziołkowa bez  szwanku, ale na Ogrodach była bimba starego typu. Ledwo wdrapałam się po schodkach, ciężka walizka, laptop... Chciałam się przesiąść, ale po drodze wsiadła szarańcza kilkuklasowa i nie miałam najmniejszej szansy dopchać się do wyjścia i wyturlać po schodkach, zwłaszcza że na "moim" przystanku jest przepaść. Dojechałam więc do pętli, no i na szczęście po 10 minutach czekania miałam autobus pod chałupę. Mój kręgosłup powoli konał.

A potem home, sweet home... 

Czekał na mnie, choć hiacynty przekwitły, pieścichłopy padły, a róże zwiędły...
Szybki rajd do Lidla i mam 25 żonkili, tych z większymi kwiatami :)

Walizka wypakowana, pranie rozwieszone, w domu cisza, nie licząc Spotify w słuchawkach.

Nóżki bezpieczne, nikt ich nie smyra.

Kojąca kąpiel w chlorku magnezu zaliczona, tak jak nie przepadam za długim moczeniem się, tak dziś wymoczyłam się z rozkoszą...

A jutro mogę spać do wypęku, choć muszę jechać do Puszczykowa.

Będzie się działo.

Ale nie będę się denerwowała na zapas.

I nie, nie ma opcji, że wyniosę się z tej chałupy...

Prawie 10 tys. kroków dziś  zrobiłam, dodając do tego zmaltretowany kręgosłup od dźwigania (z trudem wyciągnęłam drugą nogę z wanny), obolałe od aparatów noszonych praktycznie cały dzień uszy, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Bo tak, godzę się z tym (nareszcie), że moi chłopcy są szczęśliwi, więc morda w kubeł.

Ale to nie znaczy, że wszystko muszę akceptować i na wszystko się zgadzać.

Tak, to był kiepski kwadrans, złożony z wyśmienitych momentów.

Jak ten, gdy obrażona na mnie Kalafiorkówna (bo ośmieliłam się spłukać jej włosy, twierdząc, że jest na nich piana), już leżąc w łóżeczku (wychodziłam od Alienka, któremu czytałam o Avengersach, fajnie, ja czytałam polskie kwestie, on ogarniał ich angielskie ksywy - mówi jak jego ojciec - bo ty babcia masz nie taki akcent), rozpaczliwie darła się: babcia... Myślałam, że to A. (tak działa mój słuch) i lazłam do niego, on na mnie patrzył, śmiejąc się, zanim zrozumiałam, że to jednak K. Wlazłam do niej i ledwo udało mi się ją utulić, dopiero obietnica, że będzie mogła chlapać w wannie po tym, jak spłuczę jej włosy, załatwiła sprawę...

I tak minęły mi trzy dni mego żywota.

Piękne, ale piękna jest też cisza i spokój.

I żadnej sierści w naszej chacie :) 

Chociaż przyznam się bez bicia, że dziś rano okazało się, że przespałam się z...


 

 Ale że nachalny nie był i zadowolił się kawałeczkiem na brzegu - wybaczyłam... Poza jednorazowym epizodem, gdy zesrał się w nocy  z tęsknoty za państwem rodzącym Kalafiorkównę - idealny jest. Okazało się, że to nie on spał ostatnio na torbie od lapka, znacząc ją obficie sierścią - więc ma wybaczone :) 


 

 

piątek, 21 lutego 2025

No tydzień


był pracowity, Kochany Pamiętniczku.

Z domu nosa nie wychylałam, bo raz, że mróz nieludzki, obawiam się, że moje słabe serce by tego nie wytrzymało, tym bardziej że nawet mieszkania nie wietrzyłam, bo przez szpary wdzierał się zapach palonego plastiku, a jakże, baraki na Czechosłowackiej rzut beretem. Tak, tak, wciąż mamy Czechosłowacką i Opolską, a na niej baraki, które Niemcy wybudowali dla Polaków wysiedlonych z mieszkań na Wildzie w 1941.  Cóż, wciąż mieszkają tam ludzie. Biedni, skoro nie zdołali się stamtąd wydostać, więc palą tym, co im w ręce wpadnie. 

Tak było za oknem, piękna szadź, ale...

Nie szłam do pracy lewa prawa, to i nie miałam co focić, prócz tego za oknem


 

Anyway...

Za dużo po godzinach nie siedziałam, bo...

Ja tam nie mam siły przebicia, ale drukarnia ma.

Ja nie w temacie, ale sądzę, że zagrozili im karami, więc pracują ze śrubką w dupce, okrętową numer 5, aż się w pewnym momencie bałam, że nie ogarnę, ale na całe moje szczęście, mimo tego, że z oczami już nie za bardzo (ale cicho, sza), łatwiej się męczą - byłam na mecie pierwsza i to nie ja opóźniałam robotę.

I tak sobie pomyślałam, że w sumie to ja jestem wykorzystywana i...

Kocham drukarnię.

Wczoraj wprawdzie siedziałam do 18, ale to mały pikuś, inna bajka, że życie uratował mi rosołek, przerobiony na  pomidorówkę błyskawicznie i groszek ptysiowy z Auchan, bo nawet nie miałam czasu makaronu wstawić. 

Groszek ptysiowy w pomidorówce to jest to.

A dziś polazłam po takiej pobudce


 do Lidla, ale mimo OGRANICZANIA zakupów, jako że na wycug pójdę i tak zostawiłam tam prawie 200 zł.

A ponoć inflacja spada, cuda wianki zatem.

No dobra, wydałam prawie całe 8 zyla na


 ale jak mogłam nie kupić?

Dobre było i mocne. Poprawiło mi humor...

Bo tak ogólnie jest nieciekawie...

W polityce, of course...


 

 Cóż mam rzec? Prawie na noże poszłam a AMP. Rozumiem (może nie do końca, bo nie mieszkam w DE, ale znam sytuację, zresztą sama wybiłam z głowy Pierworodnemu posrany pomysł wyjazdu do DE, gdzie chciał jechać po powrocie z UK, bez kasy, w ciemno)...

Do Ulm...

Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz, Austriacy brali w dupę i nie mówili nic...

A i wciąż nie mogę sobie przypomnieć tytułu książki, w której zaczytywałam się w młodości, zakochana w jej bohaterach, dziś fabułę widzę jak przez mgłę, gdzie młodzi, idący jak kamienie na szaniec, nucili:

Zdobędziem  Krym i Zaporoże, z krzyżackich kufli będziem pić.

Oprzemy się o Czarne Morze i w wolnej Polsce będziem żyć... 

Może i mam gdzieś tę książkę na półce, ale jak się do niej dokopać?

 

Jak to historia kołem się toczy...

A ja, między młotem a kowadłem, bo MOJA rodzina z chmurki wygraża mi, mówiąc, że Niemiec to zło, a rodzina Eksa wyklina mnie, bo jak to, oddaliśmy Lwów Ukrom? 

Moja rodzina doświadczyła prześladowań i strat od Niemców.

Rodzina Eksa zostawiła majątek we Lwowie (inna para kaloszy, że kombinowali potem jak koń pod górkę i odbili sobie to z nawiązką, strat MOJEJ rodziny nie dało się cofnąć, niestety).

 I w tym wszystkim ja, pamiętająca, jak mój ulubiony przyszywany wujek D. na samo zestawienie żółtego i niebieskiego schodził na zawał.

Ja, Stara Jędza, żyjąca po swojemu.

Chcąca tylko SPOKOJU i szczęśliwego życia dla moich wnuków.

Bo mnie jest już wszystko jedno, ale nie chcę, by i one miały taką traumę z dzieciństwa, jak ja, a już nie daj borze, żeby żyły w świecie postapokaliptycznym. 

Nie przetrwają.

Nie umieją rozpalać ognia, nie znają się na roślinach.

To nie jest gra w Minecrafta czy inną grę.

 No dobra.

Odpuszczam politykę, nie zgadzając się z AMP, rozumiejąc jej rozgoryczenie z powodu  polityki rządu niemieckiego.

Jednocześnie czasami myślę złośliwie: przecież nikt jej nie zmuszał do wyjazdu do DE? A może zmusiło ją do tego życie? Nie wnikam. Córki mojej teściowej wybrały życie tam, ich wybór, wbrew matce, różnie to było, nie oceniam, różnie się ich losy potoczyły.

Moja teściowa była wrogiem Żydów. Z dziwnego powodu, jak tłumaczyła.  W zawiłych kolejach losu kiedyś w czasie okupacji do ich domu przyszło żydowskie dziecko i... chciało pić z miski wodę po praniu farbującego na buraczkowy kolor swetra, myśląc, że to barszcz, tak było głodne. Serio?

Słuchając tej historii, a podkreślała namiętnie, że w JEJ rodzinie wszyscy byli Polakami z krwi i kości do któregoś tam pokolenia, zapytałam kiedyś złośliwie: mamo, matka jest zawsze pewna, ale ojciec nie. Nie badano DNA, a może któraś z babć spotkała superatrakcyjnego Żyda, no i... Krew nie woda...

Zostałam wyklęta i mam to szczęście, że nie sprawdzano DNA chłopców, byli tak podobni do Eksa, że wątpliwości nie było.

I nie, nie spałam z nikim innym, to jego dzieci :) 

 Tak więc pomijając wątki rasowe, Inżyniera, który się ze mną komunikuje regularnie w sprawie trampkowej, ale i tak czekamy na tę podwózkę, kiedy się nagadamy...

Mnie się ostatnio uczepiło.

W liceum siedziałam w jednej ławce z dziewczyną, dojeżdżającą ze mną baną.

A.

Jakże pragnęłam być jej przyjaciółką. Równać do niej. Ona, córka dyrektora mleczarni. Ja, córka alkoholika. często wracającego z nami baną, w stanie wskazującym na spożycie...  

Chciałam znajomości na wyłączność.

Wkroczyła między nas ta trzecia.

Ewa S., córka uwielbianego w K. lekarza, teraz wiem, że też alkoholika.

Niby spotykałyśmy się we trójkę i było OK. Mama Ewy była przecudna, ale... taka lekceważona i przez męża, i przez córkę kura domowa.

 A ja - wciąż czułam że jestem piątym kołem u wozu. Przeżywałam jak mrówka okres.

 Po latach, cóż.

Z A. odnalazłam kontakt na FB.

 A. dalej jest atrakcyjną laską, za którą latają faceci. Czas ją ominął, ale... Chyba dokopało jej życie i to mocno.

Nie przyjechała na zjazd, chociaż ja, na jej miejscu, będąc dalej tak atrakcyjną laską (fizycznie, mentalnie by w naszej bandzie przepadła, pisiorzy aż się kurzy, wielbicielka Andrzeja Dudy do wyrzygania) leciałabym na zjazd na skrzydłach. No ja, stare pudło, pojechałam i było super :) 

Ewa zaś na zjeździe odegrała rolę umierającego łabędzia, przewracając oczami na wszystko, biadoląc nad pacjentami, dobijającymi się do niej - jest lekarzem, no ogólnie był śmiech na sali, bo lekarzy było u nas więcej. 

I tak sobie dziś rano, kąpiąc się, myślałam, że jak bardzo zbliżyłam się dzięki FB do M., z którą wtedy nic mnie nie łączyło, chociaż ona widzi to inaczej, że ja wszystkim pomagałam w polskim...

A A. do dziś czasami na FB zwraca mi uwagę, że nie jestem ą, ę, bułkę prze bibułkę, że damie nie przystoi.

I tak sobie myślę, czy faktycznie nie jestem damą, nie godząc się, ja, z najniższych warstw społecznych, na rządy takich WIELKICH   ludzi, jak ten butek, trampek, jak ten faszysta, godny spadkobierca i Lenina, i Stalina.

Że dla mnie jest znaczący Żelenski, Ukraińcy (tak, wiem o gangach ukraińskich w PL), będący przedmurzem przed Putinem i powrotem ZSRR do mojej ojczyzny?

Dlaczego przyszło mi żyć w tak pojebanych czasach?

I jak mam patrzyć na to, że jebanego Kaczora zgarnęli do szpitala w sumie z ulicy i jako NN dostał obsługę, o jakiej ja, płacąca składki nawet nie śmiem marzyć?
 

A niby czasy się zmieniły...

I znormalniało.

Niby.

We mnie nadal kołacze jedno życzenie: nigdy więcej wojny i niech idi na chuj wszystkie pojeby typu tej tenisówki i tego ruskiego faszysty.

Z całym szacunkiem dla narodów borykających się z poprawnością polityczną i najazdem imigrantów.

Jak już pisałam: teraz nie ma MOJEGO Paryża, Londynu, Berlina.

Ale to nie jest moja wina.

Wybacz AMP :)


 

 

 

sobota, 15 lutego 2025

Staram się

 o optymizm, Kochany Pamiętniczku, ale kiepsko mi to idzie.

Bo patrząc na to, co się dzieje, choć obiecuję sobie, że nie będę się martwiła sprawami, na które nie mam wpływu, to jednak martwię się.

Moje dzieciństwo upływało w latach zimnej wojny.

Do dziś pamiętam, jak bardzo baliśmy się Niemców, wojny.

Z moją wówczas jeszcze nie "przyrodnią siostrą" miałyśmy taką zabawę, którą nazywałyśmy "sposoby na Niemców". Polegała ona na tym, że wymyślałyśmy, co zrobiłybyśmy Niemcom, gdyby wrócili. Do dziś pamiętam tylko jeden z głupich pomysłów: wysmarowanie deski w sławojce smołą, żeby się przylepili. No ale czego wymagać od kilkulatek, chowanych w atmosferze: co będzie, jak Niemcy wrócą?

Kolejnym etapem, który znów zmącił moje dzieciństwo była inwazja w Czechosłowacji w 1968 roku. Do dziś widzę siebie, stojącą koło kaflowego pieca, tulącą się do niego i żarliwie modlącą się, żeby taty nie wzięli do wojska. Wtedy jeszcze modlitwy działały, nie wzięli, a młody był, miał tylko 38 lat, moje dzieci są teraz starsze...

Takie to było moje ówczesne ogarnianie rzeczywistości - u mnie w domu nie słuchano Wolnej Europy, mieliśmy tylko radio i telewizor, legalne, of course. Ojciec codziennie przynosił Głos Wielkopolski i Trybunę Ludu (jak cudnie czyściła szyby). Potem doszedł Świat Młodych i Filipinka, Dookoła świata, Przyjaciółka i Kobieta i Życie. Co ja mogłam wiedzieć o meandrach tego świata?

Wypadki radomskie, wydarzenia na Wybrzeżu - to wszystko było jakieś nierealne.

Realna była walka z kapitalizmem, solidarność z Wietnamem i długie, czerwone, kończy się na (ó)uj... Związek Radziecki przyjaciel twój... :)  

U mnie w domu polityki nie było, w każdym razie nie dla moich uszu - bo po latach znalazłam książeczkę członka PZPR. I nie, nie mamy, ojca.

Cóż.

Znalazłam też zeszyt z bardzo nieprawomyślnymi wierszykami, pisanymi ręką ojca - jego pismo było jedyne w swoim rodzaju.

"Prąd podrożał, nic nie szkodzi, bo pan premier łysą pałą wnet oświeci Polskę całą..." - ten pamiętam do dziś.

Były tam też inne wierszyki, które dziś byłyby absolutnie niepoprawne politycznie, seksistowskie.

"Dwa jajka panience, trzy jajka mężatce, jedno jajko wdowiuleńce, a skorupy babce.

Na spacer z panienką, do kina z mężatką, do teatru z wdowiuleńką, a na cmentarz z babką".  

Doszukałam się kiedyś, że to jakieś ludowe przyśpiewki są, no ale dziś, w dobie poprawności politycznej - okropne :) 

Kapitał Marksa był w domowej bibliotece, gdy tylko nauczyłam się czytać, mając 5 lat - dorwałam go i "Widmo krąży po Europie, widmo komunizmu..." - nie ogarniałam, ale czytałam, potem poszłam po objaśnienia do mamy, która zrozpaczona wyrwała mi rzeczone dzieło i zachomikowała gdzieś. Zdaje się, że mam je jeszcze w swojej biblioteczce. Bo biografię Stalina, w pięknej, twardej oprawie mam na pewno :) 

I jako rasowy bibliotekarz nie wyrzucę tego. 

Polityka dotarła do mnie, w swojej już nagiej prawdzie - w liceum. Miałam wspaniałą klasę i wspaniałego historyka - nieżyjący już Dionizy Kosiński, urodzony (dowiedziałam się o tym dopiero niedawno, łażąc po internetach) w mojej rodzinnej wsi. Pieszczotliwie zwany Dyziem. Ponieważ nasza klasa była wyjątkowa, dostaliśmy do rąk podziemną literaturę, śpiewaliśmy na historii nieprawomyślne wówczas piosenki, mówił nam nawet o Katyniu, podpierając się literaturą zakazaną. I tak, w tamtych latach to było bohaterstwo ze strony nauczyciela, bo poznawaliśmy prawdziwą historię. 

Podchodziłam do tego już z większym spokojem.

Potem studia - rozmowy z przyjaciółką, która przeżyła strajki na Wybrzeżu, gdy Janek Wiśniewski padł. I to, jak oprowadzała mnie w tamtych miejscach, gdy byłyśmy na praktykach.

Inaczej już patrzyłam na wszystko.

Mądrzej, roztropniej.

Choć wciąż nie przeszkadzał mi ustrój, bo tak jak tłumaczyła mi mama, gdyby nie to, co było po wojnie - nie zdobyłaby wykształcenia. Dziadka nie było stać na kształcenie nawet syna, a co dopiero mówić o córce.

A i ja nie skończyłabym studiów, gdyby nie to, że dzięki interwencji na uczelni i w związku studentów dostałam akademik i stypendium po tym, jak ojciec wywalił mnie z domu.

Fakt, stypendium większe ode mnie dostawały też dziewczyny bardzo dobrze sytuowane, bo w papierach miały 1 hektar. Tyle, że nikt nie podawał, że to hektar pod szkłem. Dla nich stypendium było na waciki, dla mnie szansą na ułożenie sobie życia.

A rok 1980 zaczął się dla nas bardzo śmiesznie. Wiadomo było, że coś się dzieje, akurat rodzina Eksa była "w kręgach dobrze poinformowanych".  14 sierpnia jechaliśmy z Pierworodnym, świeżo po operacji przepuklin i kończyła nam się benzyna. Pojechaliśmy na stację, a tam kolejka olbrzymia. I lali tylko po 10 litrów do baku. Wstyd się przyznać, nakłamałam, że jedziemy z dzieckiem do Centrum Zdrowia Dziecka, pokazując papierki ze szpitala i dostałam pełen bak (a potem już były kartki na benzynę) :) Wracamy do domu, teściowa pyta, co się dzieje, a my na to że nic, ale "jakoś dziwnie w mieście, bo żaden tramwaj nie wjechał nam w drogę" :) No cóż, radia w maluchu nie mieliśmy, komórek nie było, więc byliśmy niedoinformowani.

Potem już było z górki, bo i prasa była nie tylko państwowa, radio też.

Czarnobyl, stan wojenny, wizyty JPII, wszystko tamto już przeżywałam świadomie.

I tę piękną chwilę, gdy runął mur berliński, gdy weszliśmy do Unii.

Porozumienia Centrum nie trawiłam.

Wkurwiało mnie uwielbienie teściowej dla Korwina-Mikke, bo moim zdaniem to był zawsze pojeb, no ale "on bronił prywaciarzy i własności prywatnej", nic innego się nie liczyło.

W Solidarności nie byłam, zajęta dzieckiem i Eksem, który też chorował, potem drugim dzieckiem, dorabianiem na lewo, życiem. Nie jestem bohaterką narodową, heroiną. 

Serce zawsze miałam po lewej stronie.

Oddychałam pełną piersią, gdy mogłam wysłać znienacka dziecko, które nie chciało do wojska do UK. 

Gdy dostałam drugi w życiu paszport, którego oddawać nie musiałam po po powrocie, a który wyrobiłam sobie tylko po to, by czuć się wolna, zawsze się nim legitymowałam za granicą.

Bo mogłam go mieć.

No a potem coś powoli zaczynało się psuć.

Patrzę na to z innej perspektywy, niż ludzie, którzy wyjechali na Zachód.

Mnie się na Zachodzie na początku właśnie ta mieszanina podobała. Że ulicą idą Murzyni (olać poprawność polityczną), Hindusi, Koreańczycy, kto by tam te wszystkie nacje zliczył. Kolorowo.

I nawet na plażach w UK nie przeszkadzały mi grupki kobiet w ichnich burkach, kąpiące się w nich w morzu. Ja też byłam na plaży w sukience, wprawdzie wydekoltowanej (tak, czasem nosiłam sukienki wówczas jeszcze), ale tylko dlatego, że wyprawa nad morze była spontaniczna i po prostu nie miałam nic plażowego, a nie miałam możliwości nic kupić, bo natchnęło nas w niedzielę bladym świtem i pojechaliśmy :) 

I denerwowałam się, gdy moje dzieci i Baran mówiły: ciapaty.  

Gdy szwagierka z Niemiec narzekała na kolorowych. Że to już nie te Niemcy i nie ten Berlin (mnie Berlin zachwycił, ale byłam w nim prawie 20 lat temu).

I potem coraz więcej uchodźców wszędzie.

Już w Paryżu, gdzie byłam z Inżynierem  13 lat temu, zapuściliśmy się w zaułki, było widać już obcych, bezdomność i biedę. 

A potem Brexit, jeszcze więcej uchodźców i coraz więcej zamętu.

Wojna w Ukrainie.

Uchodźcy w Polsce.

Źle już wtedy u nas było pod rządami pisiorków.

Wszystko się coraz bardziej nawarstwiało.

Dzisiejsze realia.

Mam internet,  czas. Nie śledzę wiadomości po angielsku, bo za mało znam język.

Ale świat jest teraz globalną wioską.

I...

Coraz częściej widzę filmiki, kręcone przez skrajnie prawicowe odłamy, których fanką nigdy nie byłam, zwłaszcza tych polskich. Bo polscy "patrioci" to przede wszystkim nieokrzesani debile, kibole, zwolennicy pisiorstwa, w przeważającej większości osobnicy z radością piorący ludzi mających odmienne zdanie, nieważne, czy będzie to babcia (jak ja, wprawdzie jeszcze nie w realu, ale w necie tyle hejtu na mnie spłynęło, tyle wyzwisk, że powinnam się już do Wary rzucić), czy młode dziewczę. Zaszczuwający wszystko, co jest inne od nich. 

Ale te filmiki... Londyn - wiem, że to jednak nie do końca cała prawda, bo pokazują dzielnicę zamieszkałą w większości przez imigrantów - to górny filmik - dolny - Warszawa. Berlin - ta sama opcja. Paryż - sami czarni - na dole wieczorna Warszawa. Ale też wiem, że źle się tam dzieje, bo to już nie jest mój Londyn, mój Berlin, mój Paryż - miasta z klimatem, z duszą. I wiem o wszystkich zamachach, o radykalizmie. O demonstracjach imigrantów, o ich roszczeniach. I drżę, bo moje dziecko znów jedzie do Monachium. I znów będzie żartował, jak niedawno...

A i u nas oficjalnie mówi się o gangach czeczeńskich i gruzińskich. I też mam dreszcz na karku, mijając osoby o "innym" wyglądzie. Eksa w Niemczech w czasie stanu wojennego brano za Turka, bo i turecką urodę miał. Staram się więc nie oceniać po wyglądzie, ale... Z moim słuchem nie zawsze wiem, kto co mówi, jeżeli nie mówi wyraźnie, nawet czasami nie wiem, czy odzywa się do mnie po polsku. Bo nie noszę na co dzień aparatów, skoro nie musimy już nosić namordników, całe życie tak dawałam sobie radę i wolę słuchać 

niż warkotu jadących aut i muzyki w marketach :)

Do tego wszystkiego Trump. I nie, nie zgadzam się z zachwycającymi się nim ludźmi. To małpa, która dostała brzytwę. I nie, Ameryka nie jest najlepsza na świecie, już nie.

Od rządów Trumpa Amerykanom się nie polepszy. Nie naprawi nic, a zniszczy.

I tak, stanowi zagrożenie dla światowego status quo, zwłaszcza w kontekście wojny w Ukrainie. 

Bo tak, bo Ukraina - pomijając wszystkie przeciw - jest w tej chwili przedmurzem dla reszty Europy.

Która zagrożona jest agresją Rosji i wielkomocarstwowymi popierdoleniami Putina tak jak była kiedyś zagrożona przez Hitlera.

Więc wracam do punktu wyjścia moich rozważań, z tym że nie jestem już kilkulatką i nie szukam tym razem beznadziejnych "sposobów na Ruska".
Zdając sobie sprawę z tego, że nie mogę nic.

Że nie pociągam za sznurki.

Jestem w czarnej dupie.

Jak my wszyscy. W bardzo czarnej i ciemnej, bez wyjścia.

I znów może być replay z Czarnobyla, bo sarkofag jest uszkodzony.

Biedna ta moja Ziemia.

W następnym życiu nie będę rodziła dzieci.

Gdyby nie one, żyłabym beztrosko, na zasadzie, co ma być, będzie.

I będę mogła sobie mówić, że za nic nie odpowiadam.

Jeszcze tylko muszę się upewnić, że nie chcą być.

Bo jak kiedyś mi Pierworodny odszczeknął bez daj racji, że się na świat nie prosił, to dostał w pysk. Jeden jedyny raz i do dziś mnie to boli. 

A Inżynier, siedzący w kątku przy stole w kuchni na moim miejscu (co było zakazane, miejsce było święte), ze stoickim spokojem odrzekł: spoko, w następnym życiu matka Cię wyskrobie.

Na to Pierworodny: ale ja wcale nie chcę być wyskrobany...

Bądź tu mądry i rób dzieci.

Kurtyna.

Co nie zmienia faktu, że jest źle.  

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku. Dzięki, że cierpliwie wysłuchałeś mych duchowych rozterek...