niedziela, 30 maja 2021

Taki

 wiersz, Kochany Pamiętniczku. Nie nie mój. Ale jakby o mnie... No, może nie taki finał, ale...
Całe życie myślałam, że jak coś zrobię lepiej, to świat wypięknieje, a jak gorzej, to się zawali.
 
 
* * *
zrobisz wszystko
byle tylko zadowolić rodziców
czerwony pasek na świadectwie
studia z przyszłością
praca z dobrą pensją
bogaty mąż dzieci
dom z ogródkiem pies kot
ale w środku cicho
będziesz tęsknić
za pierwsza miłością
aż któregoś dnia pękniesz
zakupoholizm depresja
alkoholizm nihilizm
znajdą cię z pociętymi nadgarstkami
albo ukołysaną prochami i wódką
ale pogrzeb to będziesz miała piękny
bo co ludzie powiedzą
 
I takie zdanie z emilka: 
 Bardzo dziękuję :)
Dziękuję za wielką, wielką pomoc. Bardzo się cieszę, że mogłam razem z Panią współtworzyć tą publikację, a zdanie z Pani stopki mailowej już na zawsze zostanie w mojej głowie :) Przekazuję wszystko do księgowej i będziemy się rozliczać.

Więc jednak się staram, ale może wciąż za mało?

 A zdanie ze stopki brzmi:

Life is a journey, not a destination...:) 

Nawet kubeczek taki mam :) 

 


 

Deseczkę :) 

 


 I szybkę, a jakże :) 



Life is a journey...


piątek, 28 maja 2021

I znów tydzień za mną

 Kochany Pamiętniczku. Znienacka festiwal dosłał swój program i dobrze, bo błędów mieli sporo, nie że ja puściłam. Ale życiorysy mieli bez korekty, no i łamacz - poza Michałem Z. nie widziałam łamacza idealnego, który by nic nie sknocił. Miałam też wystawić rachunek - WTF? Z rozpiską godzinową. WTF? Podpisaliśmy umowę na konkretną robotę za konkretną kwotę, co komu do tego, ile godzin pracowałam? Nic takiego w umowie nie było, do głowy mi nie przyszło zapisywać, ile godzin orzę. Kiedyś nawet na etacie naczalstwo wpadło na genialny pomysł, żebyśmy pisali co i jak długo robimy :) Były jaja jak brylanty, traciliśmy czas na wypisywanie tabelek i chuj wie, kto to w ogóle czytał. 

Napisałam pani, że nie mam pojęcia co wpisać, pracę odesłałam, no i cisza. Poczekam jeszcze, jak za miesiąc nie będzie kasy, będę piłować. To nie jest kwestia życia i śmierci, jak kiedyś, ale to moja kasa, co nie?

A potem ciurkiem maszynki...

Mniejsza z większym. W tym większym szoku byłam, jak wczoraj NIC nie było od rana. A Netflix puścił Ragnarok. Drugi sezon. Jak ja kocham ten serial, więc uwaliłam się na fotelu i odpłynęłam, wciągając cały sezon, nie bacząc na to, że w chałupie jak w chlewiku. No cóż, odbiło się długie obcowanie ze świniami :) No i znowu urwało się w najciekawszym momencie i teraz czekaj tatka latka, aż kobyłkę wilki zeżrą... 

A, w międzyczasie Dzień Matki, nie, nie przywlokło się żadne świniorzysko, ale zaszokował mnie Pierworodny, wysyłając życzenia, kiedy ja jeszcze słodko spałam, bo to do niego niepodobne. I Skubany napisał tak, że polały się łzy me czyste, rzęsiste... więcej to dla mnie warte, niż badyle na odpierdol. Zresztą u mnie w domu badyli już nie mam gdzie stawiać :)

Inżynier mitygował się już w przeddzień, potem z rana winszował, a po południu wezwał do raportu na Skype i znów bił się w piersi.

A kij mu w oko :)

Baran pożyczył, tradycyjnie, mój synek przyszywany, ale bliski memu sercu jak rodzony, choć wciąż mam focha...

A Sikoreczka moja laurkę zrobiła, selfie strzeliła, odkrywając, że selfie odwraca napis, więc namęczywszy się, drugą laurkę strzeliła lustrzanym pismem :)  

Nie wiem dlaczego, tak jak zawsze miałam jakieś wąty w tym dniu, w tym roku miałam i w sercu i w dupie dobrze napompowane balony :)

Starzeję się, coś jest na rzeczy.

A dziś wstałam skoro świt, no, nie całkiem, ale...

Na poczcie nic nie było, co mnie już z lekka nerwowało, bo maszynki. 

Ale wytłumaczyłam sobie, że nie mój cyrk...

I poszłam...

Na zakupy do Galerii i po kasiorkę z bankomatu, żeby ją na Manhattanie przepić (taki fajny jest gif, jak Di Caprio kasę rozrzuca, ale nie umiem go tu wkleić).

Już miałam wyjść, gdy okazało się, że dorośli poszli do pracy i aniołki bawią się hydrantem, ale... odkręciły, zanim wyszłam z Galerii, przeczekałam ulewę, gawędząc na MSG z Inżynierem.

A wkurwiona jestem, bo... Złodzieje są wszędzie. W szparze unijnej dwa pisma znalazłam. Z ZUS, wiadomo - waloryzacja, ale po chuja mi włożyli odezwę kłamczucha premiera? To ja, kurwa, za ten papier zapłaciłam, i nie, kurwa, nic nie jest cudnie. Chuj mu w oko i w plecy, bo w dupę to by miał jeszcze przyjemność. I kupa gruzu, by nie było luzu. 

Druga koperta to pismo ze spółdzielni było.O, złodzieje na maksa. Dotąd za windę płaciłam 12 zł. Bo tyle wyliczyli na osobę. Ok, prąd, konserwacja, understand. Ale w piśmie zmienili od sierpnia zasady. Bo ludzi ubywa... I im się bilans nie zgadza i kasiorki na premie brakuje, będziemy od 1 września płacić od metra kwadratowego. I tak tym pięknym sposobem, zamiast 12 zł będę płaciła 27 zł i 12 groszy. Doceniam manie windy, nie wlazłabym na moje piętro z zakupami, bez zejścia na zawał, ciągnąc wózeczek po schodach. Ale... Jeżdżę windą średni 2 razy dziennie. Średnio, bo czasem wychodzę tylko raz w tygodniu, no ale wtedy i śmieci wynoszę, ze dwa wózki z zakupami, gości też miewam. Z kolei sąsiad ma psa i wyjeżdża średnio 8 razy dziennie. 

Nosz, kurwa, moje metry kwadratowe jeżdżą windą?

I tak z 450 zł czynsz skoczył mi do 520... od września. Nieźle, co nie? A nie wiadomo jeszcze, co ze śmieciami będzie i co jeszcze kurwa, wymyślą. 

A Inżynier, że jemu o 90. Nawet nie śmiałam mu pisnąć, że o nich i o Pierworodnego też się boję, bo kurwa, nic nie jest OK. 

Na to mi pisze, że jak mi zabraknie, to mi pomoże. WTF? Po to całe życie zapierdalam, żebym na stare lata musiała liczyć na wsparcie?

KURWA.

 Niech szlag trafi ten cały PiS i to szybko i zarząd mojej spółdzielni też, bo to złodzieje są. Amen. O to się co wieczór modlę, jakiem niemodląca :)

Niby nie padało, parasol miałam, ale wiaterek na zmianę ze słoneczkiem i...

Ledwo się do domu dowlokłam, mimo cudnych okoliczności przyrody, bo tak soczystej zieleni nie pamiętam od lat. Zazwyczaj była już przykurzona i z lekka nieświeża, a w tym roku szaleje...








 ... do ostatka, do dna :) 

SMS od informatyka... Pożegnanie z bronią. Znaczy się, pożegnanie z jabłuszkiem nadchodzi. Z nieoficjalnych przecieków wiem, że przechodzimy na Lenovo, okaże się jakie, jak do mnie dojedzie. Ale hasła pozmieniał, co u mnie, o dziwo, przeszło bezboleśnie, więc nie będzie na mnie narzekał. Nie wiem, czy dostanę kompa, czy lapka. W sumie nieważne, ale jabłuszka żal. Zaczynałam na nim. Mam swoje, ale to jednak nie kompik ani lapek, Inżynier skutecznie wybił mi to z głowy, a wie, co mówi, bo jest akurat certyfikowany przez Apple'a :) Tu nie Hameryka, niestety. Dobra wiadomość: skoro mnie na nowo oprzyrządują, to nie wywalają. Bo jak zaczynałam tam pracować, miałam do dyspozycji staruteńkiego PC, tak starego, że z balkonikiem zapierdalał, a na równie stareńkie Apple wchodziłam, jak było wolne w sąsiedniej redakcji. A potem zawsze miałam coś w spadku po redakcji, aczkolwiek informatycy mnie kochają (takie mam odczucie) i zawsze miałam znakomicie. Przyczepiłam się tylko raz, bo widziałam czarne plamy w Wordzie... Ha. Byli w szoku, bo miałam rację, że je widziałam...

Konwalie pachną jak głupie... Na Manhattanie stoi w kącie od jakichś dwóch lat pan. Nie wiem, czy nie Ukrainiec, nie rozróżniam akcentów. Jak nie Ukrainiec, to uczciwie pracujący na sól do śledzia Polak... Ma bukiecik o złotówkę tańszy od reszty targowiska, domowe syropy, dżemy i takie tam. Bukiecik konwalii 4 zł. Kupuję dwa... Bo jeszcze mogę...

Chlewik ogarnięty, lodówka znów trzeszczy w szwach.

Radio Pogoda gra.

Badyle pachną. 

Tylko zawinięta w kocyki siedzę, bo znów rwa, bo przewiało, ale co tam, posprzątałam mimo zaciskania zębów z bólu, tak trzeba :) Chociaż prostuję się z trudem, myśląc o łożu Madejowym jako o krainie luksusu :)

 Życie jest diabła warte, poza Chopinem, Mozartem, poza Słowackim, Mickiewiczem jest w ogóle niczem :)

Polemizowałabym, muszę poszukać coś a la Ragnarok, żeby znów wciągnęło :) 


A na razie idę wykopać kolejne kocki na łóżko. Wygrzane minie. Nie ma innej opcji :)


poniedziałek, 24 maja 2021

Jakby

 mi w myślach czytali, Kochany Pamiętniczku.

Od rana w radiu mówili, że nie docierają wszystkie szczepionki. No a mnie 8.45 rano średnio pasuje, bo i do Inżyniera muszę dojechać, a i on z wywieszonym ozorem do roboty będzie leciał...

A tu wieczorem zonk - emilek i SMS, że przenoszą na niedzielę w południe. No i cót, mjut i ożeszki laskowe, co nie :)

Dzień wstał dziś taki piękny i słoneczny, a mnie od ranka bladego zamiast warzywek maszynki atakowały, aż się wkurzyłam, bo wczoraj wieczorem zeżarłam prawie całe kilo ukiszonych szparagów, wiem, grzech śmiertelny dla mojej biednej dny...

No i MUSIAŁAM kupić nowe szparagi.

I cudna piosenka mnie się przypomniała: bierz kapotę, pierdol szefa i robotę. Poleciałam. Zła, bo w poniedziałek nie lubię wydawać kasy, ale oj tam, oj tam, w jeden dzień całej nie wydam, więc...

W Biedronce były klocki LEGO Awengersów. Więc piszę do Inżyniera, czy mają. Nie, nie mają, a wiem, że moje Alieniątko kocha Awengersów.

Raz się żyje, potem się straszy. Kupuję i synowej piszę, a ta, że z jakiej okazji?

Bo taką mam fantazję, bo mogę. Zawsze tylko kasę daję, no musiałam, czasem człowiek musi fizycznie grosz wydać, bo się udusi :)

Dowiedziałam się, że Alienek, niewiniątko kochane, sprytnie Kalafiorkówną manipuluje, albowiem gdy ktoś ją pyta, co chce na Dzień Dziecka, Alieniątko podsuwa jej folder z klockami LEGO i namawia niewinne dziewczę na klocki, które sam chce :) 

Mistrzostwo level master :) Nie muszę tego dawać na DD, mam dla Alienka dwie książki z mapami (uwielbia mapy, czterolatek!), a klocki nie kiełbasa, nie zepsują się, leżąc. No a poza tym mogę rozpieszczać, co nie? Nikt tak pięknie nie straszy mnie, że mnie dinozaur zje, by potem mnie pocieszać, że nie mam się bać, bo ten jest akurat roślinożerny. Jak na dziecko z SI jest niesamowicie inteligentny. Takie moje kochane kulawe kurczątko.

(A rano, obudziwszy się, tradycyjnie z ajpadzikiem, zamarłam, bo pierwsza wiadomość to o tym bestialsko zamordowanym chłopcu z Sosnowca. A MW ma dokładnie tyle lat, co on, jest seksowną laską, a gość zamordował chłopca, bo wziął go za dziewczynkę...Tak mnie wyśmiewali, że pilnuję ich jak cnoty nie pilnowałam, Pierworodny wyrwał się sam pierwszy raz w miasto, jak wiózł podanie do liceum, tak zawsze jeździł  z asystą. A ona wędruje po mieście z koleżankami, po całym mieście, a to nie jest powiatowe miasteczko...).

Poszłam w długą, a było cudnie...

Ach, co to był za ślub, tak mi w duszy grało, bo wszystko bielą oszalało...


... nawet irys albinos był...


tylko przy pierwszym bloku, w kąciku, skulone, smutne, jeszcze nierozkwitłe wdowy... Irysy. Ukochane mojej mamy i mój nr dwa po bratkach...

Ciemnych irysów dostałem pęk,
Nie wiem od kogo.
Serce me drżący ogarnął lęk,
Ciemnych irysów dostałem pęk
I patrzę na nie z dziecinną trwogą:
"Co też te kwiaty mi przynieść mogą?"
- Lęk.

I list dostałem. Słowa: "Bez słów"
Jeno w nim były.
... Jak tchnienie dawnych najdroższych bzów,
Żal mi przyniosły słowa: "Bez słów"...
Śród wspomnienia słodkiej bezsiły
Znów mi się oczy twoje przyśniły,
Znów...

Jak co roku w Chałupach...

Stara wariatka, a co :)

Manhattan, kilo szparagów, kalafiorek, sery z budki (najlepsze) i na śledzie się załapałam, na świeżutką dostawę. Koniec z kupowaniem śledzi a la matias. Mają matiasy wymoczone, sporo droższe od tych a la, ale za to smak bez porównania :) Więc mam znów śledzie w oleju ostropestowym i czarnuszkowym. Trochę roboty, a kupne gotowce nie mogą im butów czyścić (oczami duszy ujrzałam, jak jeden śledź drugiemu buty czyści, ma się tę fantazję, co nie?) :) Do tego słodka cebula i pieprz, nic więcej i... Żyć, nie umierać.

Do fryzjera wleciałam, chciałam się zapisać. Wprawdzie była ta pani, którą mniej lubię (ze względu na technikę strzyżenia), ale ona na mój widok i na pytanie, na kiedy mogę się zapisać, rzekła, że jak mogę chwilę poczekać, to mnie zaraz ostrzyże. No nie dziwię się. Przed pierwszym zamknięciem fryzjerów męskie strzyżenie kosztowało 18 zł, po pierwszym zamknięciu już 28 zł... A ja zawsze daję napiwek, teraz płacę bez drgnienia oka 35, ale cóż, jak widać, procentuje. Nienawidzę umawiania się na godzinę, mam taki feler, że nic nie zacznę, bo gdzieś muszę iść na godzinę... Więc urządzało mnie poczekanie parę minut, pomessengerowałam z synową, dowiadując się o niecnych knowaniach Alienka. A u fryzjera

 


 ... taki grudnik :) 

Inżynier fryz pochwalił, rzadkim komplementem obdarzając...

Nawet się odważyłam na wrzucenie fotki, choć wyglądam na niej jak po upadku z trzeciego piętra na mordę, ale cóż. Piękniejsza nie będę.

A w szparze unijnej koperta z Irlandii tkwiła, aż się zdziwiłam i rachunek sumienia popełniłam, albowiem tylko Dzień Matki wchodzi w rachubę, ale dla moich Przyjaciół tam jestem ich Basią Kochaną, tak była koperta zaadresowana, ale na pewno nie mamą... R. ma 52 lata, ja 66, trudno, żebym była jego mamą... 

Drżącymi ręcami kopertkę rozrywam, a tam...

Kurwa, życzenia bożonarodzeniowe. Kocham Cię, Poczto Polska, miłością wielką jak cały świat, boś w końcu dostarczyła życzenia...

 


 

.Na pocztę (emilkową lecę, bom zabałaganiła nieco, a dziś zamykanie). A tam nic, teatr się dobija, ale teatr to nie na gwałt, tylko normalny seks...

Więc spokojnie sekszę, na gwałt mam czekać do 15 (czekałam do 16.30). Jak ja nienawidzę czekania na cokolwiek. A jeszcze przede mną maszynki, zerkam do kalendarza i od razu gazetka... 

No, chociaż praca na mnie leci :)

I tak miło minął mi dzień. 

A za linią Dębiny widać już ciemne chmury, idzie burz (tak mówiły zawsze dzieci).

Ale mimo wszystko, to był wspaniały dzień...

Aby do 21 czerwca, skończą się szparagi i nic już nie będzie biednej dny maltretowało :) 



niedziela, 23 maja 2021

Pierworodny

 był, sam z dziećmi, Kochany Pamiętniczku.

Żona mu nagle źle się poczuła i nie mogła dojechać, ale ja myślę, że po prostu sumienie ją gryzie. W dupie to mam, nawet spoko, że jej nie było.

Mała Wiedźma przesiedziała 80 pro. czasu w słuchawkach i grzebiąc na iPadzie. Papryczek zaś olał zabawki, którymi się zawsze bawił i latał po mieszkaniu, wywijając pompką od rowerku, którą przyniósł ze sobą, doprowadzając mnie do białej gorączki, bo na drodze dzikowania były i skorupy, i router, i kompiki...

No i ciasta, a przepyszne było, kijem nie tknął, bo chciał... chleba z nutellą.

Czasami mnie kurwica, bo uczona byłam, że albo jem, co jest i nie marudzę, albo morda w kubeł i siedzę na dupie.
Moje dzieci takoż.

No ale inne pokolenie, inne czasy.

Niewiele się dowiedziałam, poza tym że zmienia pracę na wariata (co też wytykał Inżynier, jak rozmawialiśmy), ale powiedziałam sobie: dość martwienia się o to, czego zmienić nie mogę. 

Pora zająć się dopieszczaniem siebie.

Przedtem była rozmowa z Inżynierem i jasno postawiłam sprawę: nie rozpatruję opcji wynoszenia się z wioski. Nie mówię o przyszłości, bo nie jestem wróżką Sylwią i nie wiem, co będzie za parę lat. Ale skoro nie jest to pieśń dnia, a przyszłości - nie ma tematu, nie drążymy. Widać było, że jest zły, ale przełknął pigułę. Nabzdyczył się, gdy powiedziałam co myślę o temacie budowy w obecnych warunkach, że wie, co robi, więc pożyczyłam powodzenia, zaznaczając, że mam też prawo do swojego zdania.

No i zgwałcił mnie. Zapisał mnie na szczepienie, a poszło lekko jak po maśle. A ja się tydzień temu namęczyłam i system się zawiesił. Dostał dostęp do kompika i po 10 minutach było po bólu. Niestety, w czerwcu nie było nigdzie terminu na sobotę, więc będę bladym świtem szczepiona tam, gdzie on, odprowadzimy Alienka do przedszkola i hajda. Chciałam J&J, ale nie ma nigdzie, załapałam się na Pfizera. Co ma być będzie. 

Co najwyżej kolejne odcinki ukochanych seriali będę oglądała, machając nóżką na chmurce i nie będę się musiała zadawać ani z krowami, ani ze świniami, ani z żadnym zmechanizowanym sprzętem rolniczym. Wola boska i skrzypce.

Na tyle starczyło mi refleksu, że nie wpisałam się na żaden termin stricte pracowy, bo byłyby jaja jak brylanty. No cóż, rozsądna ze mnie kobieta, jak zawsze ;) 

I tak w telegraficznym skrócie minął mi kolejny dzień. 

Lato ma być ciepłe, aczkolwiek chłodnawe, co mnie jakoś szczególnie nie martwi. Martwi mnie beztroska rodziców, puszczających MW samopas, bez telefonu, nie nosi, bo nie lubi, nie ładuje, nie odpisuje. Puszczają ją też w świat z koleżanką na wakacje. Fakt, moi jeździli na obozy i kolonie, nie było komórek. Ale moi nie byli seksownymi laskami, jadącymi nie wiadomo do kogo, bo ciocia koleżanki z klasy to jednak nie jest dla mnie rekomendacja. Zwłaszcza w obecnych czasach.

No nic...

Stop.

Mam nie martwić się rzeczami, na które nie mam najmniejszego wpływu i nie pisać scenariuszy. I tego się trzymajmy :) Tym bardziej że nie podejmę się zapewniania wakacji wnukom, bo nie mam jak, tak przynajmniej mówi mój kalendarz, a on nie kłamie. 

Takie czasy...

piątek, 21 maja 2021

Lipiec

 na horyzoncie, Kochany Pamiętniczku, nadciąga, czerwiec już za mną, hurrra :)

Żyj szybko, umrzyj młodo, wybrańcy bogów umierają młodo, to moje hasła od zawsze, no co z tego, że się nie sprawdzają, bo stara dupa ze mnie?

Ale szybko żyję, co nie?

Wkurzona jestem na warzywka, bo pani poetka zajęła się swoim tomikiem, przesuwając zamykanie i dziś, zamiast pracowicie czytać wydruczki i mieć wyjebane dostałam emilka, że się przesuwa na poniedziałek i na wtorek, że ona będzie pracowała w poniedziałek. Chuj mnie to w sumie, dostaję za to grosze, dlaczego mam dokładać swoje dni? Ale morda w kubeł, napisałam, że zrobię jak zrobię, wydrukowałam i leży. Zrobię, jak natchnienie przyjdzie. W dupie mam. Nie wywali mnie, bo za tę kasę nie znajdzie nikogo dyspozycyjnego jak ja.

A jeszcze maszynki na horyzoncie, więc uspokajałam wszystkich zaniepokojonych moim stanem psychicznym, co ja będę robiła,jak te 812 stron pojechało do drukarni...

Nic, położę się w izolatce, zażyczę sobie słomy pod tłustą, kubańską dupę i będę czekała aż dotrze do mnie knur szukarek, by mnie zastymulować, żebym nabrała ochoty na seks pod wpływem jego zapachu i kontaktu ryj w ryj, zaczęła ruję i po zainseminowaniu zaszła w ciążę, wydając na ten świat jak najwięcej młodych prosiąt, uruchamiając wszystkie moje 16 (albo i więcej) sutków, żeby je wykarmić i nie przygnieść broń bór liściasty...

Brzmi ciekawie?

Świnia to ma klawe życie, co nie? Sprzątać i zmywać, gotować nie musi :) 

Oj, poleżałabym, no może bez knura, ale taki Murzyn (pieprzyć poprawność polityczną) w typie Denzela Washingtona to mógłby mnie powachlować. Na seks nie namawiam, nie byłam nigdy seksowna, tak mi już zostało :) 

Znaczy się, w sensie fizycznym, bo inne to kwestia gustu ;) 

A że szybko? Odważni nie żyją wiecznie, tchórze nie żyją nigdy. 

Tego nauczyłam, niestety, dzieci, czego żałuję, ale mniejsza z większym :) 

W każdym razie - czekam na lipiec, na resztę mam wyjebane. 

Wino dobrze schłodzone, mieszkanie sprzątnięte, lodówka umyta - a właśnie, w lodówce zachował się jogurt, bio, eko, a jakże, z datą przydatności nie jak pisałam na FB, ślepota bez bryli, luty, ale grudzień 2020. Mała dziurka w wieczku. Otwieram, żeby wywalić a opakowanie do plastiku i... Nic, normalny jogurt, gdybym daty nie sprawdziła, zeżarłabym, choć nie wiem, czy sraczki bym nie dostała.

Ile musi być chemii w tym eko-sreko-bio, że nic się nie psuje? Nic dziwnego, że jestem tak dobrze zakonserwowana, tylko coraz łatwiej mnie przeskoczyć niż obejść.

Mniejsza z większym, Murzyn będzie wachlował za kasę, więc nie ma prawa marudzić.

A lodówka pusta, zostały mi jeszcze jutro zakupy, ale spoko, ogarnę.

W południe odezwał się Pierworodny: Hej mamo, zmieniam pracę.

Powinnam się zaciąć w milczeniu, aczkolwiek od jakichś dwóch tygodni filuje na FB, więc wiem, że chce coś.

Ale w dupie to mam.

Grzecznie wyraziłam zainteresowanie, on zmieniał już pracę więcej razy niż ja mam włosów na łysej głowie, ale mniejsza z większym, ponoć to pokolenie tak ma.

Będzie miał 1000 zł więcej i jedną zmianę, więc OK :) I się szczepi w czerwcu. OK. Czy mogą wpaść w niedzielę? OK, ale po obiedzie.

Nie ma opcji, że będę gościła.

W dupie mam, kawa, herbata, płaszcz.

Że się stęsknił?

Serio? Mnie było bardzo przykro, jak nawet nikt mi rączką w święta nie pomachał, ani thank you za kasę nie rzekł.

Co napisałam, bo ja prosta kobieta jestem.

Przyjdą, kawa, herbata, płaszcz.

Kaska dla dzieci na Dzień Dziecka, do łapki, rybka mi to, że sobie hot dogi czy inne gówno kupią.

Tęsknię za mamą.

Serio? 

Ja już za nikim i za niczym nie tęsknię.

Dziś mija 5 lat jak szaleliśmy w W. na ślubie Inżynierostwa.

To był piękny dzień, aczkolwiek i Alienek, i Kalafiorkówna byli jeszcze w dalekich planach.

No, trzy dni, ale mniejsza z większym, to se ne vrati.

Czeka mnie jeszcze przeprawa z Inżynierem, wczoraj mi się upiekło, bo nie obiecałam obecności o 20 i słusznie, bo pracę kończyłam grubo po, a dziś oni mają rocznicę.

Nie widzę powodu, by ich informować, że do Lusówka to mnie siłą i w kajdanach zaciągną, uprzednio ubezwłasnowolniając.

Po co im psuć nastrój.

I, Kochany Pamiętniczku, będę Cię informowała sukcesywnie, a teraz lecę sprzątać skrzynkę z komarzycami, którą wiatr zwalił z parapetu.

A myślałam, że już mam wszystko ogarnięte...

Wino w lodówce się chłodzi. Muszę. Wiem, jestem znanym pijakiem, nie AA, płacę kartą imienną :) A dziś tylko do piątki wpadłam, wynosząc dwa worki pełne bio odpadów. Tak się kończy bez knura szukarka na horyzoncie ;) 

 


środa, 19 maja 2021

Ja pierdolę

 to przedszkole, Kochany Pamiętniczku. I bławatki, i kąkole, jeszcze tylko jeża wolę, ale jeża też ogolę. Ukochany wierszyk moich dzieci z przedszkolnych lat pasuje jak ulał...

13 godzin pracy, dopiero pozmywałam w kuchni po śniadaniu... Cały dzień zapierdalania, nawet się wykąpać nie zdążyłam rano, pracowałam w piżamie, bo nie było chwili wolnej, a 17 załamałam się i wskoczyłam w dżinsy, poszłam po piwo.

Nie chcę się znów pół nocy po suficie tłuc, a nie zasnę normalnie, więc notkę skrobnę, piwko dopiję i padnę.

Aby do piątku.

W piątek będzie już lipiec, no nie licząc warzywek, ale warzywka to pikuś :)

W niedzielę prawie śpijmą nocą zafundował mi niespanie Inżynier, bo na Skype'a wezwał w trybie pilnym, snując spiskową teorię dziejów, zgodnie z którą powinnam przenieść się do Lusówka. Jako że myślałam tylko o tym, aby na dnie z honorem lec, znaczy się, do wyra spierdolić, bo w poniedziałek robota, powiedziałam, że ładnie, cudnie, że OK, że już lecę.

No, jak było do przewidzenia, prawie całą noc chodziłam po suficie, pisząc scenariusze, zamiast się wypiąć na całokształt.

W poniedziałek ludzie w pracy się jeszcze nie obudzili po weekendzie, więc sprawdzając na spokojnie namiary na Lusówko... 

Podsumowując za i przeciw, wiem, że chuj, a nie Lusówko.

Jedyne mieszkania, jakie tam były (bo nie ma nic aktualnie) do kupienia w moim zakresie cenowym to są na parterze, u developera w stanie upadłości. Mieszkanie mniejsze niż moje, na parterze (spokojnie na parterze nie zasnę, będę miała wrażenie, że mi ktoś w nocy wlezie), bez śladu balkonu, 44 m kw. Bez kuchni, z tak modnym livingiem - wiem, jak to wygląda i nie bawi mnie to. Więc nie dwa pokoje, a jeden - pokojokuchnia. Patodeveloperka, ściany jak z tektury. Do tego mieszkanie w pipidówce, bo to pipidówka. Nie mam ani prawa jazdy, ani samochodu (wszędzie mamę zawieziemy). Ta, nie jestem moją teściową, która tylko pierdła, a cała rodzina stała z samochodami na życzenie mamusi. Chociaż mamusia miała i prawko, i swój car :) Nie ma opcji - będzie a to dzieci na zajęcia, a to inne chuje muje. Nie. 

Tu, nawet z balkonikiem, dojdę i do sklepu, i na Manhattan. A tam będę skazana na zakupy w wykonaniu: nie było tego, wziąłem to. Nie.

Na taksówkę jeszcze mam. Jak coś. Sieciówka na rok 90 zł. 

Tam komunikacja podmiejska - autobus raz na ruski rok, na Ogrody, a stamtąd wlecz się, człowieku do miasta :) Na Manhattan nie dojadę, nie ma opcji.

Że nie będą mieli czasu na dojeżdżanie do mnie? Przeżyję, teraz też nie mają czasu, choć ja do nich dojeżdżam zbiorkomem w półgodziny i na 3. piętro włażę.

Ich dom będzie wg ich planów, bo tak sobie zasmrodzili i wymarzyli, bo nie wystarczylo im 100 m kw. w wiosce od ręki, bo mają inne fantazje. Moje argumenty, że brać to, co jest od ręki, bo czasy są jakie są, zostały olane. OK, no problem, nie mój cyrk, nie moje pchły.

Mój cyrk i moje pchły są tu, gdzie jestem. Z moimi półkami na książki, na zamówienie, których nie zabiorę, bo nie będą pasowały do nowego miejsca. Przeprowadzka też pochłonie kilka tysięcy, meble się nie zmieszczą, a ja, zwyczajnie nie mam siły na pakowanie, segregowanie, przekładanie.Teściowa mówiła, że przeprowadzka to jak pożar i miała rację.

Przeprowadzając się na nasze pierwsze mieszkanie zmieściłam wszystko na tylnym siedzeniu malucha.

Przeprowadzka na to, w którym jestem wymagała wynajęcia stara. Obrócił raz.

A teraz?  Nie, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.

Nie przesadza się starych drzew.

A kwestia internetu? Że będę mogła pracować dalej? Nie, nie sądzę. Internet tu, w mieście, zwłaszcza na moim łączu i u mojego providera nie ma opcji w tej pipidówie. Ani w cenie, ani w szybkości łącza.

Że nie mam nikogo w wiosce? No cóż, nie miałam od dobrych 15 lat.

Umiem żyć sama. 

Jak mnie pojebie, mam nadzieję, że będę miała siłę iść nad Wartę. I że będę pamiętała, po co tam lezę.

Tak, wiem, jaka to trauma, przerabiałam na własnej skórze.

Pozostaje mieć nadzieję na inne opcje zakończenia żywota, mniej traumatyczne.

Czeka mnie jeszcze ciężka rozmowa z Inżynierem.

 

No cóż, the heart is a lonely hunter...  


Ozalidy poszły, ludzie szczęśliwi.

A ja, wstyd przyznać bez bicia, mimo tylu lat pracy, mimo studiów, nie wiem do dziś, jak wygląda ozalid...




niedziela, 16 maja 2021

Coś

się wygło, Kochany Pamiętniczku :)

Spałam do 9.30, obudziłam się spanikowana, bo umówiłam się na rano z Inżynierem na randkę, no ale nic się nie stało. Tyle, że dzień mi szybciorem zleciał, w kocku, a jakże.

Jedenaście pracowych emilków obleciałam, w tym o seksie świń (już nie książka, ale artykuł do gazety), szeroko rozpisujący się o znaczeniu samca w życiu samicy i stymulowaniu rui.

Tak sobie pomyślałam, że cud prawdziwy, że niestymulowana tyle lat żyję :) Wprawdzie kolega ostrzegał mnie, że emilek na jutro, bo niedzielna praca w gówno się obraca, ale złośliwie odpisałam mu, że pracuję w niedzielę, dlatego że inni nie pracowali w tygodniu, bo taka prawda. Jeżeli w godzinach pracy ogarniam pół chałupy, czekając na pracę, to coś jest na rzeczy. W pracy te godziny bezproduktywnie traciłam i dlatego lubię home office - jak chcę, to tracę, a nikt mi znienacka nie wyskakuje za plecami z komentarzem, że o, nie pracuję :) 


Lelujka pięknie się rozwinęła





... i w połączeniu z konwaliami, które się trzymają ekstra (te manhattanowe zazwyczaj już na drugi dzień mają żółte główki i padają) pachną lepiej niż wszystkie wonności Arabii :)

I tak minęła niedziela, spokojnie, leniwie, bez wysiłku, bo tylko szparagi oskrobałam (zwiędłyby, więc zeżarłam, za drogie, żeby wyrzucać), ale za to mam jeszcze cały słoik botwinki na jutro, więc luz i hasta manana, nawet z nawałem pracy.

E. się odezwała SMS, że chce adres, bo chce mi coś wysłać. Napisałam, że jak nie wejdzie do szpary unijnej, nie odbiorę, bo nie mam czasu latać na pocztę. Była zdziwiona, ale jak wytłumaczyć komuś, kto o tobie nie wie nic, bo nigdy nie słuchał, że jest jak jest. I żali się, że nie ma dostępu do neta, bo jej sprzęt padł, a tak narzekała, że net jej szkodzi. Może i szkodzi, ale za to masz łączność ze światem. Jak chce, może pisać listy, ja nie umiem już utrzymać długopisu w ręce i jak jest dużo poprawek na wydrukach, jestem nieszczęśliwa.

Próbowałam się zarejestrować na szczepienie, bo Inżynier dupę truje, ale... Mam ten jebany profil zaufany, wszystko przeszło, ale jak chciałam się zarejestrować, to się zakółkowało, znaczy się powiesiło, a strona banku wysłała mi komunikat, że jest zagrożona. Więc mnie szlag. Dziecko powiedziało, że przy okazji ogarniemy. 

Dlaczego mnie pojebało? Bo dziecko powiedziało, że mam się zarejestrować na sobotę, pojedzie ze mną, posiedzi, dowiezie, dopilnuje (no oczywiście w ramach ludzkich możliwości), żeby mu matki szlag nie trafił po szczepieniu.

Kiedyś trzeba umrzeć, co nie? :)  Starzeję się, skoro potrzebuję zaopiekowania. Nie podoba mi się to...


sobota, 15 maja 2021

Dziwna

 reguła, Kochany Pamiętniczku - w normalny dzień zwłoki z łóżka nie chcą się zwlec, a w weekend albo święto człowiek budzi się jak skowronek.

Zatem wstałam dziś, skoro świt, pościel puściłam w Cukiereczku, wątłe ciałko okąpałam, śniadanko zjadłam i...

... pomaszerowałam w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres, oblewając się potem, albowiem bolący krzyż osłaniałam sweterkiem, a ciepło było i świat był jakiś taki inny.

Potrwało, zanim chwyciłam, o co b.

Większość ludzi nie nosiła maseczek, maseczki teraz nosi się na gumkach na nadgarstku. Zastanawiam się, jaki to ma sens w ogóle, bo założenie było takie (na początku pandemii), żeby maseczek nie dotykać, bo chronią przed dotykaniem twarzy. No ale noszone w kieszeni, na szyi, na nadgarstku swojego zadania sanitarnego chyba już nie spełniają, więc w ogóle do chuja wafla takie poluzowanie. Ale dzielnie szłam bez maseczki, bo rzygam już wszystkim, zakazami, nakazami, przykazaniami... Dziad, jadący w maseczce na rowerze, nieprzepisowo, po chodniku darł się na mnie: kurwa, maseczkę włóż, chodnik szeroki, ja na brzegu, niedoinformowany czy co? Więcej opluł nawet przez maseczkę, gdyby siedział cicho bez. Trzech młodych nieznajomych, wysiadających z osiedlowej windy bez maseczek, ja naciągająca maseczkę jednak, uprzejmie trzymają drzwi, chwilę później lazłam do śmietnika, wysiadam, a oni znów na dole z kartonami, widać, że się wprowadzają, trzymam drzwi, certują się: ja: teraz ja potrzymam, proszę.

Niby normalne życie, ale jakże nienormalne i pojebane. 

A ja wciąż niezdecydowana co do szczepienia, lata pracy w Traumedii wciąż się czkawką odbijają, czasem lepiej nie wiedzieć,  niż wiedzieć, ale cóż, żyć trzeba.

Idę po chleb, teoretycznie


kasztanowiec wreszcie wziął się do roboty.




... mlecze też nie próżnują, jedne rozkwitają, drugie już szykują się do wylotu (i od razu myślę o szwagrze, który na widok mleczy białej gorączki dostawał i ciął tak, że paluch od nogi sobie odciął)...

I...


 

iglaki też szaleją, a pamiętam takie małe krzewinki na osiedlu, a teraz już przerosły mnie dwa razy...Jak ten czas zapinkala...

W piekarni oprócz chleba kuszę się na dwie bezy, ale w końcu raz się żyje, potem się straszy, na coś trzeba wydać kasę, o której chłop nie wie. I znów myśl, że za dwa chleby (jeden zamrożę, ciężki tydzień przede mną)i dwie bezy zostawić 17 zł, to ile bym musiała mieć kasy mając na głowie dwa materiały żrące, jak kiedyś (Eksa już nie liczę)...  Po powrocie do domu czytam i odsłuchuję program nowego okradania ludzi pracujących i utwierdzam się w przekonaniu, że tak, umrę na posterunku,  chyba że wcześniej mnie dopadnie skleroza albo inna niemoc twórcza, zacznę rąbać w pieluchy (to akurat w domowym biurze mi nie grozi)i spadnę na kark biednemu Inżynierowi.

Z piekarni na Manhattan i...

 


 ... i  tak się jakoś stało
że bez tak pachniał jak bez
i słowo pachnieć pachniało
i łzy były pełne łez.

Jak co roku w Chałupach... I to jest właśnie to moje małe szczęście, to, co zapiera w piersiach dech, wraca w snach, zapachem tego bzu z dziecinnych, młodzieńczych lat, które nie wrócą, które przeżywam wciąż i wciąż, tęskniąc za niespełnionym,kiedy czułam się kochana.

Chichot historii i ironia losu, ale cóż... Na samym serca dnie najskrytszy cichnie żal.

Nie mam już 18 lat... No dobra, 17, potem 18, potem... STOP.

 Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.

Doniczki oddaję panu od komarzyc, śledzie, prawdziwe śledzie zdobywam w rybnym (a jak, wypas, mamy sklep rybny), do kwiaciarni lecę, bo reklamowała się na FB, że ma konwalie. Maj bez bukiecika konwalii nie jest majem.

Mam i ja. 


Całe 10 zł.

Po drodze warzywniak, bo na Manhattanie w sobotę grasują kieszonkowcy - dowiedziałam się z FB -  a mam od jakiegoś czasu fobię, że mnie okradną, że zgubię, w warzywniaku fajna botwinka, a ja



z trudem dziś wlazłam w sandały, co z tego, że od trzech lat takie same, zapaliła się lampka alarmowa:

Stara Jędzo, znów za dużo szparagów, co z tego, że bez piwa...

W szufladce w lodówce jeszcze jest pęczek szparagów, ale to już na jutro, potem pęczek szparagów na tydzień. Obiecuję :) Sama sobie :) Ileż zaoszczędzę, trudno wprost sobie wyobrazić...

Taka stara, a co roku taka głupia i łakoma :)


PS Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się zmęczeni po czytaniu tej notki, ale życie pędzi coraz prędzej, co ja na to mam poradzić?


piątek, 14 maja 2021

Wrocławskie

 gwiazdy, Kochany Pamiętniczku, zatęskniłam, zabolało jednak, nie da się ukryć...


To miasto ma w moim sercu szczególne miejsce, po Gdyni. Gdybym miała wybierać między moim Koziołkowem a innym miastem, Wrocław byłby pierwszy. Spędziłam tam miesiąc na Podwalu, wysłana zaraz po ukończeniu I klasy podstawówki, sama, pociągiem, z K., z tabliczką tekturową na piersi do siostry mojego ojca. Nie dowiem się już, jak przeżywała to moja mama, bo telefonów wtedy nie było... To były czasy, że można było tak dziecko wysłać. Piękny miesiąc, po którym zostały mi zdjęcia w albumie, na których jest Maciek z podwórkowej bandy, w którym kochałam się na zabój, i Madzia, z którą miałam się nigdy nie rozstać, i trzepak, tak, trzepak to było coś. I wyprawy w ruiny, w których były niewypały, wyprawy, o których na szczęście nie dowiedział się wujek, będący a jakże, zgniłym sługą reżimu, znaczy się, milicjantem i wg rodzinnych legend szabrownikiem na dużą skalę. Dostałam od nich wózek dla lalek, którego serdecznie nie cierpiałam, a który stał "na tapczanie", w nieużywanym na co dzień pokoju i lalkę z ruchomymi oczami, gdy wyciągali ją z komórki u babci wyleciała z niej mysz... I nie, nie, bo znów będę miała koszmarne sny. 

A potem miesiąc we Wrocławiu, na praktykach zawodowych w bibliotece uniwersyteckiej, miesiąc cudowny, gdy spotykałam się prawie codziennie, z wyklętym przez mojego Ojca jego najstarszym bratem (parę lat temu byłam na jego pogrzebie), wujka, który traktował mnie zawsze jak księżniczkę, którego listy czytam, gdy mam doła. Mieliśmy kontakt latami, rzadki, ale serdeczny. Byłam zawsze jego cudowną dziewczyną. Wspierał mnie, dodawał wiary w moje siły (swojego osobistego syna traktował hmmm... lekceważąco, ale gdy spotkałam go znów na pogrzebie wujka, nie wiedząc o wszystkim oceniłam go lekceważąco, mówiąco innym kuzynie, żerującym na swojej siostrze, że ja takiego faceta wywaliłabym niezależnie od okoliczności, nie wiedząc, że M., syn wujka, żył latami nie pracując, na koszt ojca i matki). No, palnęłam gafę, ale facet w moim wieku, pozwalający na to, by utrzymywał go ojciec, co z tego, że mający milicyjną emeryturę sprzed dezubekizacji? Tak, drugi brat mojego ojca też był milicjantem, trzeci był pułkownikiem... :) 

Ten miesiąc we Wrocku, te włóczęgi po nocach z wujkiem J. i jego - wówczas - konkubiną, te listy.

A potem śmierć wujka, powrót do Wrocka na zaproszenie eksżony mojego kuzyna od pierwszego policjanta (sam kuzyn to dla mnie tabula rasa)... 

Oj, nocy nie starczy na spisanie.

A i synowie kuzynki są w policji i to na stanowiskach, w kręgach...

Kocham Wrocław, zwłaszcza te krasnale i chętnie bym tam wróciła, ale jest jak jest.

A, nową netową znajomość mam i zaproszenie nad morze, a wszystkiemu winien ten poddupnik... Może będą z tego dzieci, miłe, ale na razie... pracuję.

Dziś miał iść do drukarni świniorz. Znaczy się, książka, nad którą biedzimy się od roku. Robiona absolutnie bez żadnych zasad, za długo tłumaczyć cały proces. Jedno jest pewne - o kant dupy taka robota.

I redaktorka wczoraj przed 17 pisze, że siada i jak chcę, to mi dośle .pdf, ale nie wie, czy mi się otworzy.

812 stron. Otworzyło się błyskawicznie, jako że kompika dziedziczę po Inżynierze. I śmigał, jak strzała, nie że szczała i się nie otwierało. Przejechałam przez te 812 stron w nocy, znalazłam błędów więcej niż mam włosów na głowie i nie, że moja wina. Nie. Nie naniesiono, bo za dużo było na wydrukach, nie naniesiono, bo profesor miał inną koncepcję pisowni, bo tak, bo on jest autorytetem,  podpisy pod fotki były wrzucane zupełnie bez korekty, OJACIEPIERDOLĘ, mogiła. A mój osobisty Boss w swoim wywiadzie puścił polska, mimo że mu podkreśliłam, że ma byka.

Kurwa.

Do tego zdjęcia w technikolorze świń z obgryzionymi ogonami, gówien świńskich, bo gówna też są pomocne w rozpoznawaniu choroby.

Kurwa.

Przejechałam 812 stron i nie, nie korekciłam już, ale polowałam na błędy. I jeżeli autor w tabeli nie wychwycił - ja nie muszę, nie jestem specjalistą, że 109 to nie 109, ale 10 do potęgi dziewiątej, to o czym my, kurwa mówimy? Odesłałam .pdf.

Dostałam emilka, z odpowiedzią, na to, że dziwię się, że w takiej kobyle tak mało błędów, że to moja zasługa.

I że musimy się napić. Ano, ja w alkoholizm się powoli staczam.

Nie wiedziałam, czy dojdę do łóżka, dobrze, że je posłałam. Nogi nie mieściły mi się w kapcie, zastanawiałam się, czy dowlokę się do łazienki.

14 godzin na fotelu przed kompem.

A kręgosłup napierdala. Już sobie kopałam grobek, ale... Jakby to były nerki, bolałoby mnie non stop. A boli mnie, jak dłużej postoję i coś robię, do tego drętwienie nogi i rąk teraz już.

Rwa kulszowa.

Na bank. Więc w 25 stopniach siedzę owinięta w kominy (zapisać na plus w kajeciku, wciąż dupa mieści się w komin), w ciepły szal i koc i to przynosi ulgę. 

Jedyne wyjście, ruszać się, ruszać, szwagier ortopeda może i kanalia, ale tego mnie nauczył: boli? Ruszać, nie ma innej opcji, będzie bolało jeszcze więcej nieruszane. Więc i chałupkę ogarnęłam, mimo bólu i takie tam. No dobra, chwalę się, ale nawet pościel zmieniłam, a jutro będę prała (a nie, wróć, Cukiereczek to za mnie zrobi).

Na zakupy poszłam w zimowej kurtce, ja, naśmiewająca się z ludzi, ale mimo 16 stopni (niektórzy szczęściarze popylali w bermudach i T-shirtach), piździło mocno. Już sama nie wiem. W szparze unijnej awizo sprzed dwóch dni, dobrze, że T. wysłał emilka, że książkę śle, więc na pocztę, KURWA, zawsze mi się trafi przede mną baba płacąca rachunki,  i kupująca, i mydełka, i znaczki i inne chuje muje - nic tylko taką zabić i zakopać...


tylko 400 stron. Może nie do końca zapłacone, ale - piękne i dopracowane.

A wydałam ich (tak, wielkie słowo, ale w sumie wielki mój wkład i ja w stopce)



ten czerwony grzbiet to ostatni - i jak widać - najgrubszy :) Każdą z tych książek przeczytałam ze zrozumieniem DWA razy... T. chce do korekty tylko mnie i tak czasami myślę, że co oni zrobią, jak ja skoczę już do Abrahama na piwo? :) 

Ale będę miała wtedy ubaw :)

A w nocy, gdy już z trudem zasnęłam, bo nawet pół piwa w domu nie było, śniło mi się, że kąpałam się pod prysznicem (nie mam rzeczonego na stanie) przy kaflowym piecu (nie ogarniam sensu, ale to sen), Alienek zwiał i do białego rana szukałam Skunksa po całej wsi i nigdzie go nie było.

Co robił rzeczony delikwent, a mój ulubieniec?



Jedni twierdzą, że to bimber, inni, że narkotyki, zdania są podzielone, ale będą z niego ludzie. Za to synowa twierdzi, że Kalafiorkówna przeszkadzała mu aktywnie w pracy...

A Inżynier mówi, że Alienek spał słodko.

Dobra wiadomość: ma nadwrażliwy słuch, nie ma niedosłuchu. Znaczy się, nie przekazałam złych genów. Nadwrażliwy miał też Pierworodny, do dziś nie lubię z nim wychodzić, bo drze się zawsze jak stare kalesony na płocie, nawet ja bez aparatów mówię mu: mów ciszej... Alienek też się drze...

Diagnozowanie trwa...

A ja zanabyłam sobie dziś w ramach szaleństwa



coś, co żre muchy. U mnie od dawna lata coś muchopodobnego, a LED monitor ma to do siebie, że zostają smugi po trupach...

Jak to będzie żarło, dostanie premię :)

Na poczcie kobyła od festiwalu, ale ponad 800 zł na rękę za 8 godzin pracy to nie jest zła stawka chyba? Pani się krygowała, że przeprasza, że tak mało. No ale w sumie jestem warta tych pieniędzy, bo wiem, jak się pisze #MeeToo, czego nie wie środowisko, którego to dotyczy.Skoro mają taki budżet, to co ja im będę mówiła, że mają mi mniej płacić? Nie rżnę państwa na miliony.

 Dopłacić muszę 320 zł do czynszu, ale jest w tym I rata za te jebane wodomierze, no i za ogrzewanie, bo grzałam w tym roku, o dziwo, za wodę nie ma, a i Inżynier się kwarantannował, i MW siedziała jakiś czas, a i ja od roku na home office, więc więcej wody zużywam i w kibelku, i na zmywanie. Przed rokiem (rozrachunkowym w spółdzielni) miesiąc mnie nie było w chacie. 

Więc nie jest źle. Po to zapierdalam ze śrubką okrętową w dupie numer pięć, żeby się pierdołami nie przejmować. 





środa, 12 maja 2021

Ciepło

 aczkolwiek chłodnawo, Kochany Pamiętniczku, było mi w domu, no tak 22 stopnie, jak się siedzi przy kompiku, to w kocyku, bo piździ po nereczkach (w poniedziałek wypiździło mi w czasie wyjścia, że ojapierdolę).

We wtorek ruszona wyrzutami sumienia, bo samo się nie sprzątnie, a do sąsiada zlecieć nie mam ochoty, od Pierworodnego obiecanki cacanki, głupiemu radość, więc czekając bezskutecznie na pracę, jako że słoneczko nakurwiało równo, skoczyłam na balkon i po ruszeniu z leksza było tak


Zdjęcie nie oddaje grozy sytuacji, to popielate (pozostałość po wózku za 80 zł, który się nagle rozpruł z wielkim hukiem, a od szkieletu kółko się oderwało, tak, wiem, można nowe kółka w chińskim sklepiku kupić, ale kto to zamontuje, ja mam dwie lewe do potęgi entej) leżało rok, a w nim... parę butelek po piwie. Dołożyłam śmieci i poszło do zmieszanych, w dupie mam segregowanie. O mało mnie śmieciara nie rozjechała, a pan na grzecznie zwróconą uwagę, że nie po moim trupie, odrzekł, że on pracuje, a ja mam uważać. Nosz, kurwa, bo ja, starucha, zgrzana i zziajana, idąca prawidłowo do śmietnika, wlokąca wór mam uskakiwać jak ta łania, lekko i szybko, bo kurwa, PAN jedzie. Tak w sumie wyniosłam 10 worków i kartonów śmieci, z tego cały wór doniczek plastikowych (gdybym zostawiła je na przesadzanie, do usranej śmierci nie przestałabym przesadzać nie wiadomo czego). Worek małych doniczek zawiozłam na Manhattan, Pan od Pomidorków bierze. Nie wiedziałam, że inny pan bierze duże, bo też bym zaniosła, a tak, że nikt się nie skusił na zapakowane doniczki, wylądowały w PET. W PET wylądowały też dwie maty pod komputerowy fotel, kupione za grosze i też tyle warte - popękały w trymiga, a że u mnie przydasię, to wylądowały na balkonie. Łapię się na tym, że grozi mi zbieractwo, więc wypierdalałam wszystko bezlitośnie. Jak coś leży od lat w kącie, to już na pewno nie jest przydasiem. Stelaż od wózka, aluminiowy, a jakże, wystawiony pod gabarytami, zniknął, zanim się pojawiłam z kolejnym naręczem śmieci, a stojąca obok niego suszarka do prania, dalej stała niewzruszenie :) 

Zmęczyłam się okrutnie i byłam zaniepokojona stanem mojego zdrowia, zanim nie zauważyłam, że na termometrze w cieniu jest 30 stopni, a ja zasuwam o suchym pysku (przez 3 godziny kropli wody nie wypiłam). Balkon nie jest do końca uprzątnięty, jeszcze jest opcja sprzątania w szafkach, ale ponieważ bolą mnie nerki (nie wiem, nerki czy krzyż), upał jest nadal, więc odpuściłam. I tak na balkonie nadal jest nocnik, na którym Mała Wiedźma siedziała raz, Papryczek zero, Alienek raz, bo szybciorem przerzucił się na klapę nakładaną na kibel, ale nocnik jest, no bo w kolejce Kalafiorkówna...

U mnie w domu rodzinnym nocnik był długo w użyciu, bo kanalizacji nie było, a w siarczyste mrozy nikt nie leciał na podwórze do sławojki. A ja dziś, patrząc na to ustrojstwo niebiosom dziękuję za kibel, bo... Usiąść na tym bym może i usiadła, ale czy wstałabym w całości - wątpię. I dlatego robię się sztywna na myśl o kaczkach i nocnikach - nie sądzę, żebym potrafiła się na to załatwić, po porodzie wymusiłam wyjście do kibla, bo na kaczkę po prostu nie mogłam. 

No cóż, to jeden z moich koszmarów.

A dziś poleciałam przed pracka na Manhattan, bo jak mnie cholera w nocy rzucała, to w chorym móżdżku szemrało: komarzyca, komarzyca. Co roku droższe, patrzyłam w kwiaciarni, 10 zł za sadzonkę, a jeszcze niedawno 3,50 to było dużo. Pan miał po 5 zł, więc wzięłam sześć, rosły tak, że dały się rozdzielić na 2, więc mam 12. I bazylie wsadziłam do wiadra, bo jednak ta z biedronkowych doniczek idzie jak woda, a w wiadrze, jak się przyjmie, bo bazylia kapryśna jest, będę miała na całe lato. Albo na pół.


Jeszcze nieposadzone i tak, wszędzie kurz, bo okna i reszta niemyta. Ale nie mam siły, nie chcę się przeforsować, tym bardziej że krzyż napierdala nawet jak przy zlewie postoję 5 minut.

Sypię się, nie da się ukryć. Powoli, ale systematycznie :)

Ale nie da się ukryć, że żyję na szerokiej stopie. W Galerii znów Galerianek urzęduje, dawno go nie widziałam. Płacił, odliczając dokładnie grosze, które brała mu kasjerka z ręki. Ja podaję kasę i mówię: ślepa jestem, proszę wziąć samemu. Płacę kartą za pierdoły nawet, ale czasem terminal pada.

Polazłam do drugiej Biedronki, bo... tulipanów nie było, a róże były marne...

A tam przy kasie, trzy osoby przede mną. Ja z pieścichłopami, przebierająca nóżkami, no bo mam paranoję i chcę być przy kompiku o 9...

Pierwsza pani reklamuje kawę, bo na półce była o 1 zł tańsza. Leci do półki, wraca z papierkiem z ceną, faktycznie, o złotówkę tańsza.

Druga pani ze stosem żarcia dla kotełka, daje kupon zniżkowy, kupon przeterminowany, zanim się wyjaśni dlaczego, minuty lecą. Potem płaci drobnymi, a to trwa. Już chcę poprosić panią przede mną, że ja tylko z badylkiem (ja sama małolatów puszczam, jak mają mało, a ja stertę i nie lecę do pracy), ale pani, dużo młodsza ode mnie, ze stertą zakupów ma wzrok słowika, co dusi byki, oczy pioruny rzucają spod maseczki, więc się nie ośmielam. Najpierw sprawdzanie ceny dwupaku dezodorantów, i konsultacja z córką, czy kupią, czy nie. Kupują. Potem nie zgadza się cena paczki jakiegoś kminku, więc dziewczyna leci do półek... Potem nie wchodzi kod zniżkowy... Potem powoli pakują... kurwa mać. Nie mogły dłużej pospać?

Straciłam ponad 10 minut, żeby kupić jebane pieścichłopy, a jeszcze warzywa i dojście do domu.

Warzywa. Na szczęście jedna osoba przede mną w kolejce, obsługujące panie trzy. Ale... kupująca przede mną zabiera moje zakupy ze skrzynki, na której położyła je moja pani, bo kazałam do jednej foliówki wpakować wszystko. Stragan rusza w pogoń za panią, pani się rozpływa, ale nie, dorwali ją...

A moja pani już zaczęła od nowa ważyć zakupy dla mnie...

Kurwa.

A jeszcze te jebane komarzyce.

Dopadam.

Lecę do domu. Zgrzana jak mysz, aparaty mokre, ale jebaną maseczkę ściągnęłam, bo chyba zdechłabym w niej, po drodze żywego ducha nie ma, ale upał jest jak ta lala. 

Kompik odpalony 8.58 :)

Ufff, zdążyłam. A ponieważ wczoraj wysłany po godzinach tekst skorekciłam wieczorkiem i wysłałam rankiem, więc... 

Jak wielką jestem idiotką w skali od 1 do 10?

Dziś, czekając, na teksty posadziłam moje zdobycze, wstawiłam obiad, zanim coś doszło. Ale Boss, a jakże, dosłał wywiad po 14, no i gdzie mój emilek, że korekta do 13? Fakt, że emilek poniekąd do świń, ale już druga korekta do późnego wieczora nie doszła, a pojutrze to jedzie do drukarni. Za to mam wszystkie pogodzinowe emilki skorekcone, rano wyślę, niech się uczą, że 13 to godzina święta. 

Ponawiam pytanie: jak wielką jestem idiotką?

Nie myślę, staram się nie myśleć o reszcie. Bo po co?

Rozmawiałam z Inżynierem i wkurwił mnie. Bo zanim dojdzie do celu, będzie miał kredyt na prawie pól miliona. Mówię, że jak coś, a gówniarz do mnie: sam dam radę. Po kim on ten upór ma?

No dobra, nie wyrzeknę się dziecia, choć paskudne jest, ale...

Dobrze, że coś jest. I tak, wiem, że Pierworodnemu by to było bardziej potrzebne. Ale oni przepierdolą.

A Inżynier na wyjazd do Szwecji wziął kredyt studencki, pomógł mu Baran i Pierworodny, zwrócił wszystko wszystkim co do grosza, a to, co zostało, dostałam ja, żebym sobie ogarnęła swoje potrzeby.

A mógł przepić, co nie? Bo alkohol lubi tak samo, jak jego matka.

 No i znów wróciliśmy do punktu wyjścia...

Idzie burza i ochłodzenie. Niech dochodzi, niech się ochładza. Wiem, jestem starą wariatką, ale cóż.

Innego modelu nie ma :)

poniedziałek, 10 maja 2021

Noc

 koszmarna była, Kochany Pamiętniczku. 

Jak zawsze gdy staję na rozstaju i ni chuja nie wiem, gdzie iść.

W środku nocy miałam wrażenie, że ktoś zapala górne światło, że ktoś dzwoni do drzwi... Nie potwierdziły tego ajfoniki, a światło? Może Eks się wtrącił, a może inne cuda wianki? Nie wiem. Wiem, że budzi mnie światło, a pod powiekami na biało mi jechało.

Nie był to wylew, albowiem do chwili obecnej jestem żywa.

A, wino popijam, bo co za dużo życia na trzeźwo, to niezdrowo, kasa się sama nie przepije. 

Spokojnie od rana pracowałam, posłałam emilka, że od 9 do 13 i karnie, śląc po 13 emilki, tłumaczyli się, że to na jutro.

Będą z nich jeszcze ludzie. Ale skorekciłam już dziś, bo na 18.45 miałam wizytę u dentysty. Nowe ząbki leżą jak ulał, ale gdy próbowałam je ściągnąć, miałam wrażenie, że wyrwę moje... A że wizyta była zabukowana, to poszłam, odsiedziałam, bo jak zawsze u mojej pani nadkomplet, ale warto i mam ząbki jak ta lala. No, trzeba oblać, więc poszłam do Biedronki, po wino, a jakże, pierdolę, że jutro do pracy, odeśpię.

Źle się czułam, ale... W domu było mi mimo otwartego balkonu chłodnawo, więc siedziałam zawinięta w kocek. Zatem poszłam w dżinsach i... Na dworze 27 stopni...

Ojapierdolę.

Więc kroczek za kroczkiem, dzieci w domu nie płaczą. Zanabyłam winko, nowego malucha

siostrzyczka u Inżyniera w gabinecie stoi i powietrze mu oczyszcza, kochane kotełki mają na nią totalnie wyjebane, więc w żaden sposób im nie zaszkodzi :) No co, nie oparłam się, zawsze znajdzie się ofiara, której można wyrośniętego badyla wmelić.

A maj się rozmaił



brzozy są zielone, a nie jak złote wodotryski...


koło oliwnika, na którego kwitnienie czekam jak kania dżdżu zapinkowało się do obłędu i do zaparcia tchu...

... trawa rośnie w oczach i daj bór liściasty, żeby szaleńców z kosami spalinowymi nie przysłali. Uwielbiam zapach koszonej trawy o poranku, hałasu nie słyszę, ale jeżeli pszczoły mają żyć, a my razem z nimi, niech nie koszą...

Na szybie w kuchni mucha jak z filmu mucha, to pewno od tych srajd, co na wykuszu lądują, albo z bioodpadów, wielka jak z filmu Mucha, po którym parę nocy spać nie mogłam, ale nie wlazła, bo okno w kuchni zamknięte było...

Dlaczego nie mogę mieć tylko takich problemów?

Dlaczego, kurwa, to wszystko musi tak boleć, a ja muszę się czuć jak 

"Nazywam się Miljon"?

Dlaczego nie działa scenariusz: odchowałam, odpieściłam, wypuściłam w świat i żyłam długo i szczęśliwie?

Dlaczego muszę stawać przed takimi dylematami?

Jak nie skrzywdzić nikogo, bo w sumie co winne dzieci, że mają głupich rodziców (myślę o MW i P), a jak nie wpędzać w poczucie jeszcze większego poczucia obowiązku I.? 

Mam 66 lat i wciąż nie wiem, jak żyć, by nikogo  nie skrzywdzić.

I przypomniał mi się wiersz, jeden z moich ukochanych

Świeciły trzy księżyce,
Leciały trzy czarownice.
Leciały z daleka po niebieskich drogach,
czasem ginęły w chmurze -
- a na Łysej Górze
diabeł, diabeł na nie czekał
o złotych rogach.

Jedna miała rudy włos,
na czarnej miotle leciała w skos.
Hej! Hej! Hej! Hej!
Druga, jak ćma siwa,
trzymała się ożoga
półżywa -
Hej! Hej! Hej! Hej!
A trzecia nieboga,
podobna do białej jaskółki,
miała złociste włosy, na nich wieniec z witułki
rwanej o północku na łące
w miesięcznej poświacie.
Miała usta czerwone, ciało kocim sadłem
świecące
i oczy płonące cierpieniem upadłem.
Jechała na łopacie.
Hej! Hej! Hej! Hej!

Na Łysej Górze, pod cieniem trzech krzyży,
diabeł zasiadł posępny przy ognisku czerwonem,
owinął się ogonem,
rękami objął kopyta
i czarownic się pyta:
tej, której włos ryży,
tej, co siwa trzęsąca,
i tej, która srebrniejsza niźli talerz miesiąca: -
Za co go kochają -?
I rzecze ta ryża ruda:
"Kocham cię szatanie,
miłują cię me usta za twe całowanie,
za szaleństw cuda.
Tyś mąż!
Kto cię zaznał, ten twój!
Ramieniem mnie zwiąż
i zawsze przy mnie stój!
Wszystko jest kłamstwem w świecie, prócz twego uścisku,
on jest trójkątem w gwieździe Salomona,
ku niemu lecę jak błyskawica
w drzew nocnym szumie, w nietoperzy pisku,
ja, czarownica szalona!"
- I rzecze ta stara siwa,
brzydka jak płaz:
"Ciało moje - pusta płachta,
skarby z niej wykradł mi czas.
Tak to bywa.
Kochali mnie księża, szlachta,
królowie, pany, sam Bóg!
Dziś jam zdeptana siłą młodych nóg,
jako szczypawka lub skorek,
i jeno dla ciebie jeszcze skarb zawiera
mój pusty worek.
Nocą, gdy księżyc prószy,
przychodzisz ku mnie -
stajesz u wezgłowia
i chciwymi rękami w ciała mego trumnie
szukasz pięknej jak kwiat złotogłowia
mej duszy.
Ty jeden, jeden jeszcze chcesz czegoś ode mnie.
Więc wlokę się za tobą w niepowrotne ciemnie
i kocham cię, kocham, szatanie,
za łaskę twoja: - cudne pożądanie!"

-Szatan milczy, gładzi brodę,
na trzeciej czarownicy spogląda urodę
i wzywa ją do siebie, sadza na kolanach,
- jałowiec trzaska w polanach.
I płyną ciche słowa, smutne jak śpiew łabędzi:
"Tęsknota mnie tu pędzi,
tęsknota wichrowa
i żałość bez miary. -
-Ty mi dochowaj wiary
i nie krzywdź mnie bez winy.
Za miłość zapłać miłością,
za pożądanie pragnieniem -
choć jesteś jeno ciemnością
i Bożym cieniem. -
Zabierz mnie do domu
nie daj mnie nikomu,
ani ludziom ani bogom,
przyjaciołom, ani wrogom,
gdyż nigdy nie słyszano,
nigdy nie mówiono,
by diabeł, diabeł rzucił duszę potępioną!"

Na Łysej Górze czernią się trzy krzyże,
tańczą wkoło widma białe i cienie chyże.
Hej! Hej! Hej! Hej!

 


niedziela, 9 maja 2021

Mieszane

 mam uczucia, Kochany Pamiętniczku. 

Do dziś się nikt nie odezwał, a i Inżynierowi rzucili "dziękuję" tak na odpierdol, bez entuzjazmu. Tak więc zaczyna w mojej głowie kiełkować niecna myśl, że miłość miłością, ale...

Inżynier zawsze jest ze mną w kontakcie, nawet jak był (Sikora świadkiem) tam, gdzie zasięgu nie było, to latał na cmentarz, bo tam zasięg był, żeby SMS wysłać, że jeszcze dycha. To były czasy przedinternetowe, internet w telefonie to było zabójstwo dla portfela.

Będąc w Szwecji na studiach też odzywał się co dzień, spowiadając się ze wszystkich wyskoków, dosyłając fotki i inne takie tam (a, nie pamiętam, czy wtedy Skype było, ale chyba nie), bo z UK kontakt był wtedy tylko telefoniczny.

To są dwa różne egzemplarze i fakt, że Inżynier jest lepiej sytuowany, ale w sumie? Dla mnie liczy się, że dba. Że opierdoli, jak coś nie tak robię. Że jest. Że Łobuzy mnie znają. Synowa nie jest synową z moich marzeń i snów, ale jest dobrą żoną i matką, a i mnie nie krzywdzi. Nie jemy sobie z dzióbków, ale i kamieniami we mnie nie rzuca. Odzywa się, jak długo Łobuzów nie widzę, dosyła fotki. Odbiera paczki. A mogłaby focha strzelić.

Pierworodny, gdy wywiał do UK, rozjebał nam cały system. I co sobotę lecieliśmy z wywieszonym ozorem, bo w sobotę miał tanie minuty i dzwonił, wisząc godzinami na słuchawce. Zabrał lapka, ale jak to u niego - sprzęt szybko padł. Nieważne, że to był pierwszy lapek, z drugiej ręki, gdyby był w domu, pewno do dziś by chodził. Nieważne, nie o to chodzi. 

Potem zjawiła się ona, poznana w necie, z parciem na szkło, na wyjazd do UK. Jechała za własne, na własne. A, szkoda pisania, jak doszliśmy do tego, że "praca jest, ale trzeba chcieć pracować", to jej słowa, nie wiedziała do kogo mówi na czacie, nie takie cuda wtedy odchodziły. I w sumie rybka mi to, że prosto z samolotu wskoczyła Pierworodnemu do łóżka - chociaż ja na pierwszej randce z nikim nie chodziłam do łóżka, a z tego co wiem, to i Inżynier prowadził się w miarę przyzwoicie (a nawet bardzo, rzekłabym). Że powitała mnie w T-shircie z napisem "Królowa jest tylko jedna", gdy wreszcie się spotkałyśmy w UK. Że nie miała pojęcia, że jej jęki i klęcie pod nosem, że musi dla mnie gotować słyszał Baran (Pierworodny ją prosił, żeby się wykazała). Że mnie to rybka, czy dla mnie gotowała, czy nie, gotowałam wtedy dla 6 osób i nie robiło mi to absolutnie żadnej różnicy, jak również to, że wigilie zawsze z Baranem robiliśmy dla wszystkich. Że odzywali się do mnie, kurwa, raz na ruski rok, nawet o tym, że się pobierają zawiadomili mnie w ostatniej chwili. Ze nigdy niczego od nich nie oczekiwałam, o nic nie prosiłam, a jak nie dopytałam, to wiedziałam tyle, ile mi doniosła okolica.

Że to ja zawiozłam ją do szpitala w sobotę przed wylotem, dzięki pomocy Barana, gdy roniła, bo lekarz kazał jej czekać do poniedziałku... A na taksówkę nie mieli.

Że nigdy złego słowa nie powiedziałam, choć zawsze wkurwiał mnie i brud i smród wokół [BTW, w wiosce są już od dwóch lat, a ja u nich w mieszkaniu byłam 2 (słownie: dwa)] razy, no bo trzeba by posprzątać, bo może założę białe rękawiczki i zacznę kurze sprawdzać.

I tak; nie oferuję, że zajmę się wnukami, bo pracuję. I to ciężko. Nie młodnieję, starzeję się, sama ze sobą to sobie radzę, jak nie mam ochoty na gotowanie, to chleba zjem i spoko. I nie, nie daję rady nawet z MW, która talent do robienia bajzlu ma kosmiczny. Bo w jedynym pokoju, w którym mogę ją gościć mam pracowy sprzęt i potrzebuję do niego dostępu.

I nie, nie zamówię wczasów nad morzem czy w innej agroturystyce, nie dlatego, że mnie nie stać, ale dlaczego mam się zajmować dziećmi, z których jedno ma stale na uszach słuchawki, na wszystko wyrąbane, a drugie ma wciąż zachcianki: a to hot-doga,a  to loda, a to soczek taki a nie inny.

Skoro nikt z nich nawet nie zapyta, czy żyję? Ostatni kontakt był jak Pierworodny miał koronawirusa, a ja co dzień, umierając ze strachu pytałam, jak się czuje.

Synowa, obiecując złote góry i gruszki na wierzbie (będę informowała, dam znać), nie odezwała się ani razu.

Nie pamiętali o mnie w Boże Narodzenie, w Nowy Rok, w Wielkanoc. Chwilę, ja mam młodym składać życzenia?

Serio?

Więc skoro jest sprawiedliwość, a wiem, że jak kopnę w kalendarz i pójdę do Abrahama na piwo, bujając nózią na chmurce, to wszystko z obłędem w oczach ogarniał będzie Inżynier.

Który na pogrzeb ojca przyleciał z całą rodziną, choć to też nadszarpnęło jego budżet. Zapytał tylko, czy ja pójdę, pozostawiając decyzję mi. Bo rodzina Eksa jest jaka jest. Odpowiedziałam, że pójdę, bo to mój mąż i ich ojciec, tylko los był okrutny. Nie pójdzie mama sama.

Pierworodny nie przyleciał. Raz, że nawet na bilet nie miał (ja wygrzebałabym kasę spod ziemi, brata chowałam za pożyczone, a ostatnie 10 zł, jakie miałam w portfelu, "pożyczył" ode mnie, mówiąc, że wreszcie wszystko odda). Dwa, że nie miał dokumentów, bo wszystkie były od dawna przeterminowane. Albo zgubione. Był ze mną raz na cmentarzu. I to dlatego, że ja poprosiłam. Ma tam tak samo daleko jak ja. Kurwa. Dostał po ojcu kasę, więc mógłby tam chociaż wpaść i chociaż podgrzewacz do herbaty zapalić, co nie?

Więc, sorry, Winnetou. Niełatwo mi podjąć decyzję, ale... 

Nie wiem, gdzie popełniłam błąd wychowując, bo chowani byli identycznie, sprawiedliwie, rzekłabym nawet, że Pierworodny miał fory, bo wciąż widzę siebie, stojącą z teściową w kuchni, z brzuchem wywalonym w Kosmos i mówiącą: mamo, ja nie wiem, czy drugie da się tak samo mocno kochać jak pierwsze.

My mistake.

Wciąż kocham ich równo, ale pierwsze mnie zawiodło i nie widzę powodów, dla których ma zostać nagrodzone.

Inżynier po 8 godzin wisi na słuchawce, a tak jak ja, nienawidzi dzwonienia. Inżynierowa takoż. Dotąd po recepty dzwonił Pierworodny, teraz już nie chcę. Inżynier: niech mama napisze, co trzeba. Zadzwonię. Mówię nieśmiało: a może I., wiem, że nienawidzi. Odpowiedź: poradzimy sobie. 

Jestem samodzielna, nie potrzebuję wiele: żeby ktoś czasem na drabinę wlazł, śrubę czy inne ustrojstwo dokręcił, coś zniósł, wyniósł. Zadzwonił. Napisał <przytul>, <głaszcze>, gdy się ze mnie żółć wylewa (gdzie te piękne ikonki z GG, zwłaszcza ten <sex>, którego mi brakuje, bo rozwiązywał wszystkie problemy)...

Nie potrzebuję pieniędzy. 

Nie dzwonię 50 razy dziennie (moja teściowa dzwoniła, miałam telefon dla niedosłyszących, a ona uwielbiała nadawać i mącić w rodzinie) z pierdołami.

Mogę pomóc, w ramach sił i możliwości. Nawet czasem mogę na pizzę zaprosić, bo gotowanie dla bandy, z której każdy coś innego je już mnie przerasta.

Więc sorry, Winnetou... Jeszcze muszę to zorganizować tak, żeby było prawomocne.

Przykro mi.

A tak ogólnie, to popracowałam w tygodniu, ale pogoda była pracowa. Pani K. poprosiła mnie o skorekcenie prywatnej poezji, że zapłaci. Skorekciłam, ale propozycję zapłaty olałam. Napisałam, że chcę tomik z autografem i butelkę dobrego wina :) I tak wyszłam na plus, bo nawet jakbym zaśpiewała 20 zł za 1,5 godziny pracy, książka i wino to więcej :) 

A na serio, czasem muszę się odchamić, a wiersze, aczkolwiek to nie Mickiewicz - dotarły do mnie :) 

Ząbki wciąż do poprawy, biedna moja pani, jutro kolejna poprawka, a ja na serio mam dość chodzenia do dentysty na razie.

W czasie urlopu pracowałam, a jakże, bo urlop bez pracy, to nie urlop. Nawet dziś (niedziela) pracowałam, a i wczoraj (sobota) teatr się odezwał. No ale, wiadomo, chciwa jestem, kasa leci, Inżynier kpi, kto ma ten ma, temu z nieba leci :) Ano... 

A ja po prostu chcę mieć na wszystko wyrąbane, coraz bardziej rozumiem Ciocię, która mówiła: odkładam, bo nie wiem, czy nie będę musiała za opiekę płacić (płaciłam ja, ale oddała z procentem). Ja się o opiekę nie boję, ale chcę być wolna, że jak będę chciała wino kupić, kupię za swoje, nie prosząc i nie wpraszając się na krzywy ryj.

Bo, Kochany Pamiętniczku, polędwiczki z dorsza za prawie 69 za kilo? Jedzcie dorsze, gówno gorsze... Nawet polędwica wieprzowa tyle nie kosztuje, a rolnicy ostatnio dostawali niecałe 5 zł/kg za świnię...

Szparagi spadły do 24 zł za kilo, truskawki do 15.

A ja



... polędwica z dorsza, botwinka, szparagi, całe kilo :) No, dwa dni jadłam, nie, że zeżarłam na jednym posiedzeniu :) 

A i pieściły mnie






... nie żałowałam sobie :) 

A dziś kopnęłam się w tłustą, coraz tłuściejszą kubańską dupę i kijki w dłoń chwyciwszy i WYPIERDOLIWSZY aparaty słuchowe i wsadziwszy w uszy słuchawki, w rytm na początek Christmas time pomaszerowałam, pierdoląc maseczkę, albowiem żywego ducha na drodze nie było



... na Dębinę (kiedy ja tam ostatnio byłam?), gdzie żółwiki wygrzewały się w słońcu, ze mnie pot leciał, 10 tysięcy kroków nie ogarnęłam, ale wróciłam do domu czerwona jak burak i mokra jak mysz :)

A potem pracka (świnie, już do brzegu), pogawędka z Inżynierem

 


 który dziś włości zwiedzał, ta kropka na środku to zapierdalający z prędkością nadświetlną Alienek :) 

I to są te dobre nowiny :) 

Bo mimo wszystko życie jest piękne.

A właśnie w Radiu Pogoda leci tekst o różowych skrzyneczkach i muszę przyznać, że ja tego coraz bardziej nie rozumiem.

Tak, miałam w życiu ciężko. Mam gdzieś notki z wyliczeniem, ile zł zostało mi do wypłaty (końca miesiąca). Paliłam papierosy, nie umiałam z tego zrezygnować. Więc albo jadłam, albo paliłam, mój wybór. Okres - wiadomo - miałam raz w miesiącu. Od zawsze zużywałam masakryczne ilości sanitariów, bo taka była moja uroda. W torebce zawsze miałam podpaskę, bo nie miesiączkowałam regularnie. I nigdy, ale to przenigdy nie zabrakło mi sanitariów, chociaż na noc zakładałam podpaski maksi i pół paczki waty, a i tak przeciekało.

Znam życie w biedzie. Moja babcia mówiła, że im po prostu po nogach ciekło. I nie, nie mówię, że mamy wrócić do tych czasów.

Ale serio? Jest na kremy, na mgiełki, na paznokcie, na sranie w banie, a na podpaski nie ma?

Znaczy się, jeszcze nie osiągnęłam dna?

Wciąż widzę babcię, drobiącą suchy chleb, zalewającą go wrzątkiem, dodającą odrobinę soli i wciągającą tę zupkę. Wciągałam razem z nią i była smaczna.

Ale serio? Nie ogarniam dzisiejszej biedy, że jest na wszystko, a na podpaski nie ma.

Tyle dziś namarudziłam, że głowa mała. 

Pora umierać?