poniedziałek, 31 marca 2014

Jako że

Inżynier w swoim czasie ma zamiar pracować jako James Bond, okazuje się, że nasza biurokracja to jest pikuś w porównaniu z biurokracją angielską. W formularzach musi podać UWAGA, UWAGA, dane personalne dziadków z obu stron.
I tu się zaczynają schody, bo... ja nie notowałam, a nie mam pamięci do dat. Więc nie pamiętam na przykład daty śmierci mojego ojca. Datę urodzin pamiętam, bo urodził się 13. W Czarnym Sadzie. To trzeba mieć w życiu przerąbane, trzynastego i w takim miejscu.... Ale gdzie jest Jego akt urodzenia, w jakim USC?? Czort wie, urodził się w 1930 r. Pewnie gdzieś w papierach mam akt zgonu, to dotrę do tego, ale...
No właśnie, nie znam zupełnie daty ani urodzin, ani zgonu teścia, bo po prostu nie utrzymywaliśmy kontaktów w ogóle!!!
Teściową znalazłam (rok urodzin pamiętałam i że początek kwietnia, ale data zgonu - zabij, że na jesieni...) dzięki genialnemu programowi, który rejstruje groby w Poznaniu. Więc mam i datę urodzin i zgonu.
Ale teść? Pochowali go ze względów oszczędnościowych w Mosinie, no a tamtejszy cmentarz nie ma rejestru.
W sumie przyznam się bez bicia, że po tylu latach nie pamiętam dokładnie daty urodzin własnego męża. Miesiąc i rok tak, ale dzień? 30 czy 31?? Nie wiem.
Znów kopanie w papierach :D
Ale to wszystko pikuś.
Musi podać ATTENTION, WNIMANIJE, ACHTUNG daty ślubu dziadków. I to dopiero jest zagwozdka, bo... w pierwszej chwili krzyknęłam triumfalnie, że z moim rodzicami to żaden problem, bo brali ślub 1 kwietnia 1953 roku. A po chwili: wywaliłam wszystkie telegramy w czasie remontu i teraz nie jestem pewna. 1953 czy 1954. Inżynier z troską w głosie: pewnie mama też jest wcześniakiem.  Pierworodny urodził się 7 miesięcy po ślubie i nie dał sobie wytłumaczyć, że był jak najbardziej planowaną i kochaną wpadką, jest wcześniakiem i koniec kropka. Tej wersji się trzymajmy :0 Niestety, w moim przypadku teza o wcześniaku nie działa, bo podejrzewając lata całe, że jestem adoptowana, przeryłam wszystkie możliwe papiery i wersje... Zatem 1953. W nocy budzę się i w głowie dzwoneczek: jak to, czy to był ślub cywilny w tym dniu? Bo w 1953 r. nie było ślubów konkordatowych, ale... mama zawsze mówiła: 1 kwietnia, telegramy też miały tę datę, ale przecież cywilny był z musu, liczył się kościelny. No i dupa, bo śladu cywilnego nigdzie nie ma, ani jednej wzmianki, wzdechu, zdjęcia. Wtedy jednak nie trzaskano zdjęć tak jak dziś... Przewracałam się z boku na bok do rana...
Odpaliłam kompa i znalazłam wiele stron.
I emilka do USC w R. Ale w sumie nie wiem, gdzie moi rodzice brali ślub, bo mama mieszkała i pracowała w R., ojciec tam mieszkał, ale dziadek od mamy mieszkał w K.
Gdzie, kurde, brali ślub???
Napisałam emilka do USC, ale odpowiedzi nie ma, milczą jak zaklęci. Być może, że tak jak w przychodni: "maila mają, ale nie odbierają". Ponieważ się nie pali, poczekam, a potem wyślę list. Prościej zadzwonić, ale... No właśnie, ja i dzwonienie.
A teściowie?? Ojapierolę. Mało, że nawet rok podam metodą chybił trafił, to nie mam zielonego pojęcia, gdzie brali ślub!!! Teściowa opowiadała, że jej ojciec był przeciwny małżeństwu, odwodził ją do końca, w drodze był najstarszy szwagier i była wojna, zatem 1944 r.
I co ja mam z tym fantem zrobić?
Są biura, które znajdują takie dane, ale liczą sobie jak za zboże.
Kasy nie mam, Inżyniera kasy szkoda, zatem mam czas i poświęcę go na odtwarzanie tego wszystkiego.
Jak ulotna jest ludzka pamięć.
Jak szybko wszystko znika.
Nie żyje już nikt, kto pamiętałby datę ślubu moich rodziców.
A ja sama nie przywiązywałam do tego wagi, gdyż o dacie swojego ślubu notorycznie zapominam i przypomina mi się, że znów kolejny rok stuknął zazwyczaj parę dni po terminie.
Nie celebrowaliśmy nigdy dat, pierwszej randki, ślubu, takich pierdoł.
Zawsze żyłam dniem dzisiejszym i chwilami zapierającymi dech, ale celebrować daty?
Nie.
No i masz, okazało się, że błąd.
Wielki błąd.
Zatem zaczynamy śledztwo i odtwarzanie historii...
A wszystko przez Angoli i Inżyniera w roli Jamesa Bonda :)
To będzie najlepszy James Bond wszech czasów.
Prawda, Baranie? :)

A jutro jadę do Umarlaków. Dostaną pinkowe badyle i będą mieli porządek. A co, to że nie pamiętam dat, nie znaczy, że mi ich nie brakuje. Jak cholera mi ich brakuje... 

niedziela, 30 marca 2014

Ukradli

mi tę godzinę, na amen ukradli, a zapuzzlowałam się tak, że mi jej brakowało :)
Nawet SMS nie widziałam, że jest impreza.
Ale nic to.
Poleciałam wujkowi świeczuszkę zapalić i potem kijki w dłoń i na działkę do KB i Jego Dziewczyny.
Oczywiście, jak to ja, nie doczytałam do końca instrukcji obsługi dojścia do działki, ale nie wyszło mi to na złe, bo na działkę trafiłam, a dzięki temu miałam fajniejszą trasę, bo małomiasteczkowymi ulicami, zamiast kołoautostradowego ciągu, a do celu dotarłam.
I po drodze cuda wianki




Umarły dom...

Barwinek też pięknie kwitnie, Słoneczko lubi barwinki...

I... szczypałam się, ale nie znikało. O tej porze?? !!!


Zatem kręta ścieżką pośród pól, tfuj, ulica 3 Maja dotarłam na działeczkę, gdzie czekał na mnie

młodzieniec skąpo odziany, rozpalający grilla. donoszący

mlask i inne pyszności....


mirabelkowej zabrakło, więc zadowoliliśmy się wiśniową i czas nam miło płynął na jedzonku, plotach i pławieniu się w promieniach cudnego słońca. a KB uwijał się jak mrówek, porządkując działeczkę.
Wróciłam do domu wypoczęta, wypowietrzona, zaopatrzona w kompost do winobluszcza. Cieszę się, że mam Przyjaciół.
I widziałam, jak rabarbar rośnie


Update

Baran właśnie napisał, że to Fritillaria imperialis - termin kwitnienia kwiecień, maj, więc ma pare dni wyprzedzeniai że żadne cuda wianki, ale i tak fajnie :P

sobota, 29 marca 2014

Kolejna sobota

zleciała w okamgnieniu. Jeszcze tylko tydzień wolności. Ale dobre i to :)
Polatałam ponad normę, bo na Manhattanie okazało się, że w bankomacie zabrakło kaski i musiałam lecieć dalej, bo bankomat PKO też się wyniósł z Manhattanu. A mając 10 zł trudno zrobić zakupy, choć jakbym się uparła, to czemu nie, ale akurat nie miałam nastroju na upieranie.
Po drodze, jako że nie chciało mi się latać z jednej strony ulicy na drugą kupiłam chleb w prywatnej piekarni, taki o

Smaczny bardzo i sycący, jedna skibka i człowiek zapchany jest..

I okazało się, że piwo, które reklamowała A. na fejsie jest w... Żabce, zatem na wieczór mam do degustacji


Śliwkowa i mirabelkowa fortuna :) No i brakuje szczawiowej do szczęścia Niesiołowskiemu :) Może wpadną na to, żeby szczawiowe piwo też produkować? To już naród się sam wyżywi, nie oglądając się na rząd.
I szłam do domu z

 na ramieniu, jak żolnierz z karabinem, bo trudno było inaczej ją nieść, długa jest i wygodna. Kupiłam, bo wkurzają mnie te wszystkie mopy niemopy, cuda wianki, tu klapie, tam spada, więcej kłaków po myciu jak przed. Nie ma to jak normalna szczotka i do tego stary, sprany t-shirt. Czysto jest i szybko idzie sprzątanie. A na te mopy i wkłady parędziesiąt złotych wydałam, bo ponoć to jeden do kafelków, inny do paneli. A kit jeden. Miotła to miotła i polatać jest na czym :D
A tu już teren przygotowany przepisowo pod ognisko

i będzie się działo, detali nie zdradzę :D
Rano widziałam grupę z kijkami, kilkanaście osób i zastanawiałam się, ki diabeł, bo koło Manhattanu nie ma gdzie łazić. Wracam i co ja paczę? Ową grupę przeganiają po największej poznańskiej sralni. Nie ma co, ktoś ładną kaskę wziął od naiwniaków. Sama nauczyłam się chodzić z filmiku na YouTube. Szkoda mi było 60 zł na kurs, Inżynier mnie ochrzanił i kazał się samej nauczyć, a to żadna filozofia. Za ganianie w kółko po sralni i jeszcze za to płacić, to ja pięknie dziękuję :)
Potem, jak leciałam obserwowałam kijkowiczów, bo coraz ich więcej widać. Są dwie grupy, nie licząc tych, co zapierdalają jak ja z motorkiem w dupie, dając sobie wycisk. Są ludzie, którzy mają te kijki zamiast lasek i aż żal bierze, jak się widzi człowieka co ma ręce na kijkach na wysokości cycków, bo nie kupił kijków na wymiar, pewno w jakimś markecie, bo w sportowym to by doradzili. Inni zaś pożałowali jak ja na kurs, ale YouTuba też nie oglądali, nie to że nie chodzą jak należy, ale potem mówią, że to nic nie daje. Ale nie mój cyrk, nie moje małpy. Tylko tak mi się nasunęło.
A na Dębinie jak na deptaku w Nowym Jorku, momentami myślałam, że jakiś serial oglądam. Luda a luda, rowery, kijki, psy, biegacze, wędkarze, zakochani, wózkowicze... I moja ulubiona para Gotów z okolicy, młodzi, przystojni, ale jak oni na litość boską w tej czerni wytrzymują?? Bo ja leciałam już od rana w t-shircie, kurteczkę zdjęłam, bo mi za gorąco było, a każdy, kto mnie mijał pytał: nie zimno pani?? Czy ja wyglądam na kretynkę, co nie umie założyć kurtki jak mi będzie zimno?? Następnym razem przykleję sobie na czole kartkę: jest mi gorąco :D
Oczywiście, nie oparłam się pokusie, bo bratki kosztują tylko 1,50, więc kupiłam 6 nowych sadzonek, a co, raz się żyje, potem się straszy.
A kwitnie wszystko i naraz, tak pięknej wiosny, że wszystko rozbujało dawno nie było. W tym roku wszędzie jest pełno fiołków, nie wiem, wysiali z trawą, czy co?? Nigdy ich tyle nie było. I z forsycji całe mury są... Oszalało, zwariowało moje serce :D
No bo




Jak nie zwariować do reszty?? :)
Wiem, wiem, szalona dziewczyna staje się szaloną żoną, potem szaloną gospodynią, a w końcu starą wariatką.
Tak wyszło :D :)

piątek, 28 marca 2014

Niektórzy już zauważyli

że jak człowiek ma wolne, to go cholera z łóżka wyrzuca bladym świtem. Tako i mnie dziś wyrzuciła o 5.55. Zasada jest taka, że jak się obudzę, to już nie zasnę, a od leżenia mam odciski na tłustej dupie. Więc zwlokłam zwłoki i korzystając z okazji poleciałam na giełdę kwiatową. Jednak pojadę do umarlaków, bo sumienie nie pozwala mi, żeby pod brudną płytą leżeli. A i badyle im trzeba nowe dać, choć pewno zima starym nie zaszkodziła. Zatem poleciałam






a tam przed giełdą tłumy, ludzie sprzedają sadzonki, całe dywany bratków były. Kupiłam kwiaty, prawie że pinkowe, bo takie najlepiej się trzymają, znaczy się ten kolor nie płowieje i długo wygląda przyzwoicie, no i cena była w miarę, bo inne bukiety od 25 zł w górę. A ja nie mam jednego grobu :( I na koniec kupiłam

Pani twierdziła, że to nie komarzyca, choć na miniaturową komarzycę wyglądało. Co to jest?? :> Na Barana nie liczę, bo zajęty jest :)

Wróciłam do domu, a tu dopiero 9 była :O Więc ułożyłam puzzle, zjadłam drugie śniadanko i poleciałam. Z kijkami. Endomondo nie będzie, bo zapomniałam wyłączyć jak jechałam autobusem i mi w sumie 14 kilosów nastukało, a to pic na wodę i fotomontaż. Ale 8 km dziś spokojnie zrobiłam :D I na Dębinie "coś" rośnie, więcej tego jest wszędzie, ale nie kwitnie


O, jeden mały niebieski jest już...

A na osiedlu zakwitły wiśnie japońskie i w oczach stanęła mi Wielkanoc jeszcze jak Pierworodny z Baranem mieszkał, a tam cała ulica była w tych wiśniach...

Było pinkowo do bólu...

Na balkonie mam też


Strzelonka pięknie rośnie, a stokrotki się zaaklimatyzowały...

A w skrzynce była niespodziewajka spodziewana od Zmorki :)

Na Dębinie od dwóch dni spotykam parę. Zapierdalam z motorkiem w dupie, a oni idą wolniutko. Mężczyzna  starszy ode mnie, i chłopak. Choć to już nie chłopak, bo dorosły. I co dzień widzę, jak wyciąga chusteczkę i ociera mu ślinę wkoło wąsa. Ojciec z synem. Ojciec ociera synowi. Syn jest dzieckiem z Downem.
I w tym momencie myślę, jak łaskawy był dla mnie los.
I chylę czoła przed ojcem.
Dla mnie to bohater.
I taki mężczyzna jest mężczyzną. Przez duże M.

czwartek, 27 marca 2014

Do białej

gorączki doprowadza mnie poczta. Schodzę na dół  i co w skrzynce? Awizo na paczkę. Siedzialam kołkiem od rana w domu, zresztą awizo wrzucone dziś, do odebrania od razu. Opierdoliłam panienkę z okienka, choć ona nikomu ducha winna nie jest, ale powiedziałam, że następnym razem złożę oficjalną skargę, bo to nie pierwszy raz. W końcu płacę za to, że paczkę dostarczają, a nie za latanie na pocztę. Niech będzie tańsza usługa: odbiór na poczcie, wtedy OK.
A dostałam



kupiłam na alledrogo, nie wiedzialam, że póleczka jest taka sprytna i ma grzdyle do zaczepiania naparstków :) Na zdjęciu trochę krzywe są, bo leżały, zamiast wisiec ;) Piękne, a i angielski kurz do mnie przyjechał, całkiem gratis i bez cła :D

A potem coś mnie tknęło, bo jak szłam na Manhattan, to listowy chodził (a listowy paczek nie nosi, tylko listy) i tadam...
Druga niespodziewajka, od Słonka, przeciepły list. A znajomi i krewni Królika skojarzą wydźwięk :) Kartka boska :) I na czasie :D

Byłam grzeczną dziewczynką i polecialam, a jakże



Po drodze był drugi mostek, który Zmorce obiecałam

Wiosna na całego, mlecze też są

A w stawku dostojnie pływał karp, ale ajfonikiem nie dało rady... Pływał tak, że mu grzbiet wystawał, rękoma go można było złowić.
I jak czekałam na światłach, jechała dziewczyna. Ojapierdolę. Marzenie Małej Wiedźmy. Jechała różową toyotą, miała różowy płaszczyk i rozmawiała przez różową komórkę. Czyli niektóre nie wyrastają z "ja bym chciała być pinkowa". Pozostaje mi się tylko uśpić jak coś, pinkowej wnuczki nie przeżyję!!!! Nie, to tragedia.
A w ramach pocieszenia zrobiłam sobie kawior na obiad. A kto bogatemu zabroni??
Prawie pinkowy :D

środa, 26 marca 2014

Przeszłam

dziś 9,99 km, tyle wyświetliło mi jak wyłączałam program, ale zapisało 9,98 :>
Zmorka reklamowała, że zakręcona trasa, ale po prostu tak wyszło :) Co ja mogę, że w małej wiosce mieszkam??
No to sobie polatałam






Jutro, jak ładnie będzie, będzie replay, bo świetnie się po tym czuję.
A tak pięknie jest, że serce boli

Na kasztanowcach pąki już nabrzmiały, parę dni ciepłych i pękną z wielkim hukiem...

Trawa rośnie wszędzie, nawet na drzewach ;)




Żaby rozrabiają...


Liście rosną w oczach...

 A to mostek, o który Zmorka pytała, jest jeszcze jeden, ale nie po drodze mi dziś było. Gość stał jak wmurowany i ględził przez komórkę, psując widok, trudno :)




I fijołeczki też kwitną... Łamię się, bo mam kupon na perfumy o zapachu fijołków i chyba się złamię...
Ze wszystkich kosmetyków świata najbardziej kocham perfumy...
Mogę się nie malować, ale pachnieć smrodem muszę :D
I serce pęka na myśl, że jak powoli wszystko zaczyna się układać, to ktos chce taki piękny świat wysadzić w pizdu...


Czasami

się udaje.
Żyrafy wychodzą z szafy :)
I im to nie szkodzi.
Powiem jedno: A NIE MÓWIŁAM??

I nie będziemy chować szczoteczek do zębów i maszynek do golenia ;)
I fajnie jest mieć zdjątka wszelakie na wierzchu.

Czasem się udaje i cieszę się, że się udalo :)
Bardzo mocno się cieszę :D

Zostają tylko kredyty, ale to drobiazg w całokształcie, nieprawdaż ;)

Vive la vie :)
Miśki już się szykują na imprezkę ;)




wtorek, 25 marca 2014

Fistaszek

waży całe 129 g, co jak dla mnie (jak ja ciążyłam, nikt się w takie cuda wianki nie bawił) jest śmiesznie mało, no, torebka cukierasków, ale Sikora twierdzi, że Fistaszek wielkoludem jest, więc OK :) A teraz proszę popodziwiać rzeczonego



Ale nie chce zdradzić, czy jest chłopcem, czy dziewczynką, zatem może jakaś mała loteria??
Najważniejsze, żeby zdrowe było i że mama czuje się dobrze.
Kierownik Budowy wleciał z grzybkiem tybetańskim i pszenicą. Pszenicę mam siać i sok z niej robić, a z grzybka kefirek produkować.
Ten zdrowy tryb zycia mnie wykończy.
I z dobrych nowin - nie przekroczyłam rocznego limitu zarobków, za co paniom z księgowości chwała i cześć.
Do pełni szczęścia brakuje mi niepadania i włóczęgi z kijkami...

Leje

Nieliczni, skuleni ludzie pod parasolami, które wyrywa wiatr (tego, co osiedle projektował powinni nago przeganiać między blokami przez cały dzień) przemykają szybko, właściciele psów wyglądają na bardzo nieszczęśliwych.
Stoję w oknie, bo wstawiłam pełen czajnik, a jak znam życie, gdy zacznę grać, albo oglądać film, spalę czajnik na bank. Nie słyszę - nie nie gwizdania - ma takie fajne dziurki w pokrywce i wyje jak dusza potępiona w kominie, ale cichutko.
Więc stoję i paczę i widzę mamę kamikadze.
Z półtorarocznym na oko brzdącem, myślę, że to dziewczynka, bo kaloszki różowe miało maleństwo.
Mama zakutana w nieprzemakalną kurtkę.
Maleństwo takoż opatulone i... puszczone samopas.
A kałuży ci u nas dziś dostatek.
I piździ, i wia, i leje...
A maleńtas poszedł swoją drogą.
Włazi na wszystko, co się da, na ławki, na schody, na skarpę. Mama cierpliwie goni i ściąga, bo mikre toto i zleźć samo nie umie.
Ale biega.
I potwierdza naukowo opracowaną definicję dziecka, iż jest to stworzenie, które chodzi po kałużach, zamiast je omijać.
Przy ogródku dla dzieci mama wymięka i blokuje furtkę.
Spryciarz próbuje otworzyć, kombinuje, łapkę przekłada i nic...
Pewno mama na myśl o tonach mokrego piaseczku (błoto to nic), spasowała...
Pakuje maleńtasa na wózek (o dziwo, nie ryczy!!!!), wylewając z niego litry wody i odjeżdża.
Moja heroina.
Już nie pamiętam, jak to było, a miałam to razy dwa.
I Inżynier słynął z tego, że uwielbiał wodę i błoto.
Kiedyś wrócił do domu ze szkoły (ulewa była, fakt), mokrzuteńki ponad normę, jako że kurteczkę długą za dupę miał, nieprzemakalną. I co się okazało?? Życzliwy sąsiad zakablował, że dziecię me ukochane pod rynna stało, a na pytanie: qui bono, odrzekło: że tak można fajniej zmoknąć :D
A jak maleńkim dziecięciem jeszcze był, wprowadziliśmy się praktycznie na teren budowy. Nie było chodników, deski leżały, po których schodziło się na asfalt. Tego dnia spieszyłam sie bardzo i sadzająć Przyszłego Inżyniera na wózeczku typu parasolka, nie zawiązałam szeleczek. Na deskach koło zahaczyło o coś, wpadło w szczelinę, a Przyszły Inżynier wyleciał jak z procy i plasnął jak stał, caluteńki w błoto. Na pysk. Wstał szczęśliwy, uśmiechnięty, papa roześmiana, widać, że w siódmym niebie i rzecze w te słowa: ale mi się udało. Wytaplałem się w błocie i mama nie może na mnie wyzywać.
Taki był, kurde, sprytny :)
Jeden deszcze, a tyle wspomnień.
Ale cieszę się, że mogę siedzieć w domu i nigdzie leźć nie muszę.
Małe palce mi zesztywniały i bolą, dobrze, że małych palców nie używam do klikania :)

Jeszcze raz sto lat dla Barana :*

poniedziałek, 24 marca 2014

Pogoda

pokazała, co potrafi, znakiem tego niedzielę spędziłam w piernatach, tfuj, plackiem na fotelu lub na krześle. Na zmianę. Co rusz tylko tuptałam do kuchni, nie, nie po żarełko, ale żeby zobaczyć, czy ciepło znów wróciło.
Ale nie, zawzięło się i nie.
Wieczorem bolały mnie wszystkie kosteczki, co do jednej, no ale wiadomo, jak w moim wieku nic nie boli, to czlowiek trup. Ale tak cholernie bolały mnie ostatnio we wczesnej kredzie, gdy razem z dinozaurami na uczelnię uczęszczałam. No nic. Spać poszłam. Budzę się rano i co???? Nie boli mnie nic, nie ze nie bolą mnie kosteczki, ale nie boli mnie nic (bo to rano zawsze coś kłuje i strzyka). O, pomyślałam sobie, jeśli tak wygląda ta lepsza strona, to super, chociaż żal, że Baranowych urodzin nie doczekałam, ale trudno. On wie, że o nim pamiętałam, więc nie będzie mu przykro. Przeciągnęłam się więc rozkosznie, i ciesząc się nowym życiem chciałam rączo wyskoczyć z łóżeczka i co?? W kolanie mi trzasnęło, że ojapierdolę, i okazało się, że jestem na starych śmieciach, a za oknem leje jak w UK tej zimy.
No, świństwo.
Nie umarłam, żyję i na dokładkę nie mogę się zawinąć w koc, bo... nie mam chleba, nie mam drożdży, więc chleba upiec nie mogę, a co najgorsze, zeżarłam wszystkie pomidory :D Więc chciał nie chciał, polazłam na Manhattan.
No i do lekarza musiałam dziś iść, Sikora by mnie zatłukla, jakbym nie poszła :) A że ostatnio ciśnienie mam że ojapierdolę, mimo łykania piguł, to zmierzyłam sobie ciśnienie i z pieśnią na ustach pojechałam do kardiologa.
Pani doktor była rozczarowana, bo zamiast radośnie krzyknąć, że wszystko OK i nie wiem, po co przylazłam, zaczęłam kwękać, jak rasowy pacjent, że mam ciśnienie niestabilne, że wysokie i takie cuda niewidy tamtarararara... Pani doktor kazała mi się do rosołu rozebrać, w płuckach nic nie znalazła, EKG też wzorcowe, a na koniec mierzy mi ciśnienie i... mam 120 na 80 :) Zatkało mnie, bo mam nadciśnienie białego fartucha, a tu taka niespodziewajka. Zaczęłam pocieszać panią doktor, że pewno mi się aparat rozkalibrował, ale spojrzała na mnie spode łba i rzekła: całodzienny pomiar ciśnienia. O nie, nie, tylko nie szpital... Okazało się jednak, że nie wezmą mnie na szpitalny garnuszek, ale dostanę holtera do domu i będą mnie całą dobę monitorować. Tylko muszę 4 paluszki dać, bo tego służba zdrowia nie zapewnia.
I to na gwałt mnie chcieli badać, zaraz na poczatku kwietnia, ale odmówiłam stanowczo i tym sposobem badanie będzie w poświąteczny wtorek. Zatem jak coś będzie pikać głośno, znaczy, że mi się pompuje :)
A Baranowi dziś dali uroczyście karteczkę, że jest Brytolem :) Nie zapytałam, czy mogę wstawić fotkę, ale co tam :)  Gratulacje :* Fajny prezent urodzinowy dostałeś :*
 Najwyżej usunę, jak będzie na mnie pyskował :) Ochrona danych osobowych jest, a różki dorysowałam, bo co to za Baran bez rogów :)
Nie złość się :)
Sto lat!!
Do północy posiedzę, ale tylko do polskiej, bo mi się potem więcej zmarszczek zrobi ;)


sobota, 22 marca 2014

Zamyśliła się sobota...

... to dopiero jest robota...
Ale...
Jak dobrze wstać skoro świt, chociaż znów mi się śniły niesamowite historie ze Skubańcem i Ajfonikiem w roli głównej...
Śniadanko






Zainaugurowało sezon pomidorów, jednak smaku polskiego pomidora nic nie przebije, żadne tam zagranice :)

Poleciałam na Manhattan

Teraz wiem, ile się nadrepcę, łażąc tam :)

I zaraz po zakupach ruszyłam
Nie planowałam tak daleko, ale tak wyszło.
I już wiem, że albo kijki, albo fotki, więc kolejny spacerek planuję z aparatem, bo jest co focić.
A to w telegraficznym skrócie:


Wiosna, panie sierżancie.... Kwitną już drzewa owocowe, forsycje umiaru nie mają, a i lilak ma już całkiem spore liście. Mój winobluszcz też pokazuje różki ;)

A tu kotecek na gałązce, pięknie kupkę zrobił, jak fociłam, niestety, telefonem, więc kupki nie widać :D
Widzę to co dzień, jak jadę do pracy, ale sfociłam dopiero dziś :) Zakochany po uszy w tym Bąbelku ;)


Na Dębinie w wielu miejscach takie cuda wianki były. Więc albo ktoś czary odprawiał, albo przedszkolaki wiosnę witały :0 Wpadłam na dwóch gości, pijani w trzy dupy byli, musieli mnie co najmniej podwójnie widzieć, bo machali bezradnie rękoma i nie wiedzieli, jak mnie wyminąć. Biedacy. Nie zazdroszczę kaca :D




Żaby latują się aż miło, ale zdjęcie wyszło z cyklu znajdź kotecka, bo... no właśnie, telefon :D I dla tego widoku muszę wrócić. Bo Żabie muszę posłać fotki Jej koleżanek :)




Konia z rzędem, kto żabę wypatrzy, a leżała, jak na plaży i animrumrała, a potem ruszyła jak z procy :)

A bobry na wysepkach zaszalały,  a co, kto im zabroni, jak są pod ochroną???

Potem ogarnęłam tę kuwetę, na kolanach, bo wkurzają mnie te mopy, doczekałam pogawędki z Inżynierem, bo... kurde, meldować się muszę, że żyję. Idiotyzm. Przecież jak umrę, to się nie zamelduję :0
Ale i tak Go kocham :)

Jutro ma być zmiana pogody. Zobaczymy....
A na razie cieszę się chwilą...