zapikał WhatsApp, Kochany Pamiętniczku.
Odezwała się M., zupełnie zapomniałam, że dziś zaczyna się zjazd z okazji 190. rocznicy powstania mojej budy.
Nie miałam ochoty jechać, choć I. mówił, że nie ma sprawy, że podwiezie, odwiezie i inne takie tam...
I to mogły by dla nas być całkiem fajne dni.
Ale coś mi mówiło o niejechaniu.
No i powiedziałam nie. A I. ma jutro spotkanie z kolegami ze studiów, z którymi nie widział się od 15 lat. A ja mam kolejną nocowankę dziecka i Łobuzów w komplecie.
Tak jakoś - gdy odmawiałam zjazdu, nie wiedziałam, że on się umówi z kolegami. Tak wyszło.
Bo ja, w swoim introwertyzmie jakoś specjalnie ochoty na kolejny zjazd nie miałam.
Owszem, byłam na 50-leciu matury, bawiłam się nieźle, ale...
Wbrew temu, jak pamięta liceum M., ja pamiętam je inaczej. Zawsze stałam z boku. Nie, że mnie ktoś tam poniewierał, nie, ale już wtedy byłam introwertyczką, choć jeszcze wtedy tak tego nie nazywano. Miałam swoje ścieżki, swoje mroczne zakątki, takie, wiecie rozumiecie - uśmiech na ustach, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról. I tak samo czułam się na rocznicowym spotkaniu. Z dystansem. Widać, że nie umiem w życiu wyluzować.
Przedtem byłam na zjeździe z okazji 150-lecia budy. Czyli dokładnie 40 lat temu. Żyła jeszcze Ciocia, miałam gdzie spać. Pierworodny miał 6 lat, Inżynier 2. To nie był czas telefonów komórkowych, internetów, błyskawicznej komunikacji. Mieszkaliśmy wtedy jeszcze z teściową w jednej kamienicy. Dostałam "pozwolenie" na 3 dni, bo każda opcja zajęcia się dziećmi przez Eksa i teściową to była ojaciepierdolę. Pojechałam w sobotę, bawiłam się świetnie. W niedzielę miał być bal. Już w niedzielę rano sąsiad zaprosił mnie do telefonu (on miał, Ciocia nie), dzwoniła teściowa, że moje (sic! - Eksa nie?) dzieci są tak niemożliwe, że ona pewno umrze pilnując ich. Cóż było robić, zrezygnowałam z balu i wróciłam w podskokach do domu. Cóż, byłam matką Polką, a jakże.
Dobrze, że wtedy jeszcze był zbiorkom, bo dziś po powrocie nieistniejącym zbiorkomem pewno zostałabym zlinczowana albo spalona na stosie.
Byłam na dwóch zjazdach z podstawówki, na trzeci już nie pojechałam. Nie mówię, że nie bawiłam się dobrze. Ale - niewiele mam wspólnego z tymi ludźmi dziś. Spotkałam moją przyrodnią siostrę, przyjaciółkę z dzieciństwa. siostrę mojego ekschłopaka, za którego o mały włos nie wyszłam, moją E., która opiekuje się grobami (moimi) w K., nieproszona i mimo moich protestów, a na nie odpowiada: to była też moja nauczycielka, zabronisz?
I moją pierwszą przedszkolną miłość. I zadzierającego nosa gościa, w którym kochała się moja przyrodnia siostra, a który mieszkał do niedawna na moim osiedlu, ale... nigdy mnie nie poznawał.
Na zjeździe - w sumie nawet nie na zjeździe, ale na spotkaniu w knajpie z rocznikiem moim ze studiów byłam raz - absolutnie nie mam ochoty na jakąkolwiek powtórkę, choć po latach (już w przyszłą sobotę) spotykam się z dziewczyną z roku, z którą mój kontakt na studiach ograniczał się do cześć, cześć w palarni - a teraz fajnie się bawimy. Działa na mnie odchamiająco :)
Spotkania i zjazdy po latach są przereklamowane dla takich odludków życiowych jak ja.
A tym razem po prostu (tu wychodzi ze mnie Szkotka, wyrzucona ze Szkocji za skąpstwo - ciekawe, czy tak samo pomyślałby o mnie znajomy Szkot Inżyniera, który w życiu nie widział mnie na żywo, a jakimś cudem podobam mu się jako matka I.) pożałowałam kasy na wyjazd na zjazd. Mam go w znajomych na FB i... mamy rzadki, ale sympatyczny kontakt.
Inżyniera lubią ludzie na całym świecie, gad ma swój urok :) I nie, że zrujnowałby mnie ten zjazd, ale wyskakują co rusz duże wydatki, a ja wciąż walczę ze sobą, żeby na siebie wydawać, chociaż zaplanowany aparat fotograficzny wciąż się oddala, chociaż biorę zlecenia. Cóż, jest jak jest, Boss płacąc mi za harówkę dodatkową 900 zł brutto myśli, że rujnuję firmę. Dostaję z tego 600 netto - i w dzisiejszych realiach - ta kasa pstryk i znikł.
Cóż, aż do lipca mam kumulację - taką jak grudniowa.
I OK, nie muszę myśleć o innych.
Ale chcę.
Mniejsza z większym, wyjście na lody z Łobuzami i prawie 50 zł w plecy, nie, żebym narzekała, I. odmówił słodkiego, a jeszcze mieli lody dla kundli, gałka dycha. Dobrze, że kundle do mnie nie wpadają :)
Przyjechali w sobotę. Otwierając drzwi widziałam, że z Alienkiem jest coś nie tak. To nie był mój Alienek. Kaszlał jak nierasowy gruźlik, dusząc się. Osowiały. Inny. Objechałam I., gotowa jechać na SOR, ale oczywiście, głupia jestem. Nie ma gorączki, mają syrop. OK. Wiem, że jestem głupia.
A I. jest idiotą, ale cóż, sama takiego idiotę wychowałam.
I tak zjedliśmy po jagodziance (jagodzianki w czerwcu, olaboga, jagodzianka 6 zyla za sztukę w tym roku, nie, żebym żałowała kasy - ale widać, jak wszystko leci, włoszczyzna jeszcze nie tak dawno 1,50, a teraz młoda 8,50 za pęczek, w dupie mam wyliczenia Jaszczomba i rządowe - dla mnie cena włoszczyzny to wyznacznik mojej upadłości finansowej).
Na plac zabaw poszliśmy, a jakże. ten nowy, z pojebanej polityki mojej spółdzielni...
Alienek ledwo dychał, ale się starał, za to Kalafiorkówna była w swoim żywiole
za nietoperka i inna gadzinę robiła.
Cóż, zdrowa była. I poszliśmy na lody, bo na gardełko najlepciejsze są lody.
Wracaliśmy, a Alienek prawie umierał od kaszlu. Powiedziałam, że jak tak dalej, to pojadę z nim na SOR.
I. jak to inżynier, akcję rozpisał i doszedł do wniosku, że jak matka na SOR pojedzie, taksówką, a jakże, stać ją na to, to będzie musiała Kalafiorkównę w środku nocy budzić i kolędować z Łobuzami jakieś 6 godzin na SOR. Na prywatnego pediatrę z wizytą domową się nie zgadzał, bojąc się, że matkę zrujnuje. Błyskawicznie odwiózł Alienka do Zakrzewa, gdzie przejęła go matka rzeczonego, wrócił i sam poszedł w długą, Spotykał się ze swoją dawną sympatią (moja opinia o niej pozostaje moją tajemnicą), są w dobrej komitywie wszyscy - nie mój cyrk, nie moje pchły - jestem jak Szwajcaria, życie.
O 2 nad ranem (ze spotkań z kolegami z dzieciństwa wraca teraz wcześniej) zapytałam, czy dycha.
Dychał. Dostał opierdol i foch, choć pisał, że ostatnie piwko i wraca? Serio?
Się fochnęłam lepiej i napisałam, że kolejna sobota nieaktualna...
Przesadziłam? Może, ale ile można.
Czekać, jak za młodych lat, to już nie na moje nerwy. Choć zasięg jakoś miał, nie jak za młody, gdy zasięgu nie było.
Wrócił.
I w oczy mi latarką z telefonu zaświecił, niby się meldując. Myślałam, że gada zabiję, bo i w małym pokoju lampka się świeciła, no i w mieszkaniu jak dla mnie była dyskoteka w Manieczkach.
Ale nic.
Rano przytuptała do mnie (już byłam po kąpieli i zaaparatowana) Kalafiorkówna.
Jako że na kolację zażyczyła sobie rosołku (dostała), rankiem mnie zaskoczyła.
Bo ja u rzeźnika wystałam cierpliwie w kolejce szynkę wyjechaną w Kosmos.
Pozwoliłam jej otworzyć lodówkę (ile mnie to kosztowało). Zażyczyła sobie szynkę, ale na dwa jej gatunki spojrzała lekceważąco i zadysponowała: lubię szynkę eksportową (jej matka w późniejszej rozmowie potwierdziła, że teraz szynka eksportowa jest na topie, choć ni chujenki nie wiem, o jaką chodzi, bo są różne. I jutro pójdę do rzeźnika po pasztet, bo coś o nim plumkała (Kalafiorkówna)...
A potem pogawędziłam sobie z wnuczką jak czekista z czekistą (aż w szoku byłam, że tak ze mną gawędzi, ojacierpiędolę). I. wstał, opierdolony i nakarmiony został (cóż, miękkie serce mam) i pojechali, bez obiadu, na który mieliśmy jechać, ale Alienek tęsknił.
Alienek w sumie chorował do końca tygodnia, nie wyszła mu wycieczka do Puszczykowa, klasowa, do Muzeum A. Fiedlera. Jego ojciec do dziś wspomina tę wycieczkę z sentymentem.
A ja nigdy w tym muzeum nie byłam, choć to rzut beretem, autobus mam spod chałupy. Stanęło na tym, że pojadę tam z Alienkiem.
A książkami Fiedlera zaczytywałam się w dzieciństwie, kilka mam. Jeszcze nie liga Alienka, ale może?
Może uda nam się coś połączyć?
I to jest warte oddychania.
A we wtorek (po moim rozdarciu pyska, choć dopiero w środę się przyznał, I. poszedł z Alienkiem do lekarza - oprócz tego, że "dobrze prowadzą" dostali steryd do inhalacji.
Cóż, u mnie byłaby już wizyta na SOR, szwagier, prywatna wizyta dr. Obałka (ponoć na psy zszedł, poleca - polecał już za moich czasów homeopatię, na co się nabrałam płacąc jak za zboże za Tantum Verde, po które popylałam do nocnej apteki śpijmą nocą, a I. pomogły... bańki), ale pozostaję z nadzieją, że ogarnęli i Alienek jutro będzie, kaszlący jeszcze z lekka, bo ani miodu tymiankowo-podbiałowego tknąć nie chce, ani kiszonego czarnego czosnku :)
I tak, pomijając pracowe chujwico, o którym nawet mi się pisać nie chce, poza tym, że z Maroka wróciła Pani M., no i emilka napisała do Bossa, żem idealna, niezastąpiona i inne takie tam...
Zobaczymy po wypłacie.
A tydzień tak leciał:
że chabry były, ale...
.. osiwiały jako i ja, ale są seksowniejsze, cóż, bywa :)
Myślałam, że to mlecz, ale... to się zwie kozibród. Ponoć. Cudny jest :)
Bąka albo inną pszczołę
dorwałam :)
Lipy i jaśminowiec kwitnie...
A ja wciąż widzę siebie i "tego od wideł", po który serce mi pękło i nigdy się nie pozbierało w zasadzie - melodię dnia wiosna nam gra, już zapachniało jaśminem, o szarych dniach, co płyną w dal, melodia przypomni nam...
M. to śpiewała w chórku licealnym, przypomniałam jej o tym.
Dzisiejsza wyprawa na Manhattan. Rosołek na młodej włoszczyźnie czeka na Łobuzów.
Begonie posadzę w niedzielę, bo do 13 to nie czas na sadzenie i przesadzanie.
A z Lidla, gdzie polazłam po dupomirki niewymiarowe (bo smaczne i najtańsze, od Pana od Pomidorków będą może w przyszłym tygodniu i znów będę tracić fortunę na nie), słoneczniki.
Nie do wiary.
W czerwcu słoneczniki?
I FB dziś padł, i MSG, i męczyłam I., czy mnie zhakowano...
Na maksa już popierdolona jestem i uzależniona od neta.
Bo u mnie nawet downdetector miał error 404.
Taka stara jestem, a taka głupia :)
Nic to.
Bywa :)
Everwood ogarnęłam.
Pora na kolejny zapychacz czasu w oczekiwaniu na robotę. Do wyboru Słodkie magnolie i Gliniarze z Southland. I jedno, i drugie widziałam oprócz nowych sezonów. Wciąż czeka Outlander, ale chcę całość, nie cykane odcinki.
I tak mija dzień za dniem, a maszynki przesunęły się na poniedziałek. Cóż, c'est la vie :)