sobota, 27 czerwca 2026

Tylko

 kwiaty dziś podlałam, Kochany Pamiętniczku.

Na obiad truskawki.

Po polaniu kwiatów jestem bardziej zmęczona, niż wtedy, gdy na starym mieszkaniu tonę węgla sama wrzuciłam do piwnicy.  Eks się taką robota nie hańbił.

Jeszcze 3 takie dni przede mną, jutro ma być jeszcze "cieplej".

W mieszkaniu mam 30 stopni :|

 

Kurwa, komu to chłodne lato przeszkadzało?

I wszystko pójdzie w górę, bo przy tej suszy niewiele wyrośnie.

 


 

czwartek, 25 czerwca 2026

Ciepło

 cieplej, zgon, Kochany Pamiętniczku.

Ja tak sobie od wtorku latam na Manhattan, bo zależy mi na uzupełnienie zapasów dupomirków od Pana od Pomidorków.

Wtorek - nie ma. Ale nie było AŻ tak gorąco.

Środa - nie ma - pytam panią z budki obok - mówi, że będzie jutro.

Lezę do Lidla i kupuję te malinowe niewymiarowe, jak całą zimę, ale to nie to.

W czwartek planuję ostateczny desant na Manhattan, lecę jak na skrzydłach i...

Amba fatima, było i ni ma.

Nie ma go.

Obkupuję się "na do wtorku", wracam do chaty i myślę, że może w Biedrze będą te dupomirki. 

Ale...

Piszę na MSG, bo nie ukrywam, scenariusze pisać zaczęłam w moim stylu i... o dziwo, odpisuje mi, że będzie jutro, że się poprawi.
Więc rada nierada polecę jutro jeszcze raz.

A po wyjściu do Biedry wróciłam do chaty jak burak, jakbym za chwilę miała na apopleksję zejść.

Cóż, ten model tak ma po każdym wyjściu na słońce.  

Ale cóż, bez dupomirków nie da się żyć, polecę :) 

A na balkonie wyrósł w donicy z sadzonkami od PoP

 


 taki agregat :) 

Zachody słoneczka na wschodzie są przecudne


 Frezje pachną obłędnie


 Asparagus znów zaczął szaleć 


 

 Poprałam dziś 4 koce, bo ostatnio Łobuzy urządziły sobie włóczenie kocków po podłodze. Niby takie nie za grube, polarowe, ale... pół godzinki i suche jak pieprz. Pościel prałam wczoraj.

Wkurza mnie siedzenie ze spuszczonymi roletami. Kocham półmrok i półcień, ale badylki potrzebują światła. A jak chcę coś ogarnąć, muszę zapalać lampę :>

Mieszkanie ogarnięte już gospodarczo. Gubię się w dniach, nic mi się nie zgadza, dziś czwartek, a czuję się piątkowo.

Zła, bo nie ma nic ciekawego na streamingach. Mam trzy :| Zaczynam rozglądać się za lekturą, bo ile można siedzieć w necie?

No gry też mam, zabawki, ale jak nie mogę wyjść (a nie mogę, bo zdechnę) to chcę wyjść i mnie kurwica bierze.

Muszę przetrwać do wtorku, środa ma znormalnieć. W miarę. I w środę znów do pracy, co mnie, o dziwo, kręci :)

Zboczona jestem, nie da się ukryć.
Dobrze, że w nocy temperatura spada, nad ranem przerzucam się spod poszwy pod kordełkę, bo tak lepiej mi się śpi. Jak pogaszę światła w pokoju (znaczy się monitorki), otworzę balkon.

Znaczki zanabyłam, kartkę też, pora życzenia do Postmana słać, urodzinowe.

Jak ten czas zapinkala, prawie dzień w dzień z I. będzie chłopak miał 42 lata.

Serio?

Serio?

Nie mogę uwierzyć, że to tak przeleciało.

A jutro zakończenie szkoły. Nieproszona chciałam jechać na włości i pójść z Łobuzami na lody.

Ale nie chcę im zepsuć tego dnia zwłokami ukochanej (tak jakby babci).

Więc łapówkę na lody poślę, tym z Dżemorem też :) 

I zaopatrzona w dupomirki zamknę się na trzy spusty.

Rachunek z Enea przyszedł - 301,16 zł.

Drogo mnie ta niepotrzebna w sumie wymiana rur kosztowała - licząc kuchenkę, rachunek za prąd i samą maszynkę - lekko poszły 2 tysiaki.

Nic dziwnego, że oszczędności nie rosną tak, jakbym chciała :(

Chociaż w sumie - chyba pojebało mnie do reszty :) 

Najważniejsze, że człowiek zdrowy, ale znów - na horyzoncie dentysta, więc lekko nie będzie. 

A teraz sobie wentylatorek puszczam, ale najmądrzejsza na świecie AI (bywają i takie, bo ta z Orange doradziła mi jak ocalić na ponad rok 180 GB za jedyne 39 zł, choć strona twierdziła, że nie ma opcji, że tylko dodatkowe 5 GB na 5 dni za 9 zł, a ja - choćbym się zesrała, nie zużyję 5 GB w 5 dni, nawet, gdyby mi padł mój net i musiałabym korzystać  z mobilnego, więc tak - jest i mądra AI) AI rzekła, że godzina wentylatorka to 80 groszy. Zaszalałam zatem za te 80 gr, choć na noc wentylatora nie włączę, bom go sama skręcała, a mam ograniczone zaufanie do siebie samej.

28 na termometrze.

A świnie i krófki dobrze się czują w granicach 20.

I montuje im się w oborach cuda wianki, żeby miały komfortową temperaturę.

A kiedyś świnki lazły do błotka, a krófki w cień drzew.

Jeszcze nie zdecydowałam, kim chcę być w następnym wcieleniu, bo opcji mam sporo: krófką, świnką, a może kotełkiem albo mopsikiem u I.? 

Na pewno nie biedną korektorką :) 
Chociaż - dziękuję ci, życie, że jesteś cudne - nawet takiej biednej korektorki :)  

 

 

 

 

wtorek, 23 czerwca 2026

I znowu

 Kochany Pamiętniczku, przybywa nocy, a ubywa dnia.

I tak się to wszystko kołem toczy od lat.

I czytam, że Ziemia się przechyla, że doba się wydłuża, że za kilka miliardów lat będzie miała 25 godzin.

Że jądro Ziemi się kolebie.

Że Słońce wygaśnie.

Że kometa znów przeleci.

To dopiero są problemy na skalę światową.

A nie wojna w Ukrainie.

Nie szaleństwa rządzących i opozycji, nie wskazując brudnym pazurem (a może i umytym, ale wprost) na konkretne ugrupowania w konkretnym kraju.

Nie głodne dzieci na całym świecie.

Nie zanieczyszczenie środowiska i zmiany klimatyczne, które dzielnie zwalczamy i zapobiegamy dalszym dzięki zwracaniu (albo i nie) kaucjonowanych butelek i puszek.

Nie ebola i inne takie tam.

Nie AIDS, bo to, co kiedyś bezlitośnie zabijało, tak samo jak dżuma,  cholera i inne paskudztwa - dziś jest już w miarę okiełznane.

A ospa (ta prawdziwa) ponoć nawet eradykowana  bezapelacyjnie, choć ja jeszcze pamiętam epidemię czarnej ospy we Wrocławiu.

I nie wyskakujące z każdego kąta codzienne problemy, tragedie, ale i radości.

Bo znów zbliża się magiczny czas świeczuszek, lampeczek, cienia. Przytulenia, zadumania, zapomnienia.

My echo, my shadow and me. 

Ale najpierw trzeba przeżyć te kolejne dni, kiedy ma temperatura skoczyć do 40 stopni.

Sobie tego nawet nie wyobrażam, nie przeżywałam tego.

Jeszcze jutro polecę do apteki, bo nie było dziś kropli do oczu.

I Pana od Pomidorków nie było.

Bladym świtem, jak kiedyś polecę.

I jedyną pociechą w tym wszystkim jest to, że noc się wydłuża, a dzień skraca...

I żadnych katastroficznych filmów, chyba już wszystkie możliwe klęski przerobiłam i nie mam w tej chwili nastroju na żadną.

No, zombie nie przerabiałam. I. twierdzi wprawdzie, że zombie to taka metafora i nie o zjadanie mózgów chodzi, ale nie, moje zamiłowanie do horrorów ma swoje granice. Nie obejmuje zombie, laleczki Chucky, czy też ulicy Wiązów. I jeszcze paru innych sytuacji.

Cóż, mieszkam sama, sama też w nocy muszę rączo bieżyć do kibelka.

Za to lubię wampiry, wilkołaki też mi nie przeszkadzają :) 

I arbuza dziś kupiłam, zgodnie z zaleceniem Zmorki, akurat była promocja w Lidlu, 2,99 za kilo to naprawdę okazja. Tyle że wciąż nie mogę rozgryźć tej aplikacji lidlowej, w ogóle mnie nie słucha. Ale pani kasjerka pomogła, więc mam arbuza drobnopestkowego. Może mi życie uratować w ten gorąc.

I niepomna obietnic zajrzałam na pracową pocztę, a tam znów emilki. Mimo ostrzegawczego emilka, który wysłałam, że mnie nie ma.

Ale nie ugięłam się i nie otworzyłam żadnego z nich. Poleżą do 1 lipca. Jak uczyła teściowa - nie podnosi się tego, co leży :) 

A odczytywacz liczników z Enei dopiero dziś rączo przemknął korytarzem, więc skąd oni faktury wzięli, to homoniewiadomo.

Jak pisał I. - jak ruscy hakerzy zaatakowali dziesięć lat temu Eneę, tak do dziś szukają wyjścia z niej :) 



 

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Freelancer

 Kochany Pamiętniczku. 

Na cały tydzień i niech mnie kule biją, jak się złamię.

Nie mam żadnych dodatkowych prac i nie szukam.

U mnie już po lipcu.  

Chcę się jutro obudzić i wstać  spokojnie, polecieć na Manhattan i do marketów, zanim znów rozpali się ta patelnia.

Napisałam do A. i odwołałyśmy nasze spotkanie w sobotę, bo nie widzę siebie, lezącej w ponad 30-stopniowym upale do miasta, na koncert do Fary. Koncert mogę oglądnąć gdzieś online.

Nie daję rady w tym gorącu, okazuje się, że A. też nie, a że ona w lipcu potem wyjeżdża, a lipiec ma być cały taki upalny - umówimy się, jak upały zelżeją :)

I tak niniejszym zamykam budkę na kłódkę, no chyba że będzie się coś działo, ale nie sądzę.

Wczoraj jednak wleciał po te ogóraski P., trochę pogadaliśmy i znów mnie męczy, żeby z nim gdzieś jechać.

Może mu przejdzie. Przejechał przez Warszawę, bo ponoć ta nie ma obwodnicy...

Zaczynam wierzyć w to, co mówiła AR, że on jest dobrym kierowcą.

Nie odpowiada mi tylko styl jego jazdy, no cóż.

Bo ja lubię kierowców, którzy albo pogadają o dupie Maryni, o polityce, o czymkolwiek, albo muzyki posłuchają, a nie cierpię jazdy w rytm krytykowania wszystkich na drodze.

 

I tak u mnie już wkrótce sierpień będzie, Kochany Pamiętniczku.

Jak ten czas zapinkala i kto mu za to płaci?

Kaszelek złapany od Alienka leczyłam syropami, ale to psu na budę było.

Dwie serie Thiocodinu (na szczęście miałam w apteczce, nieprzeterminowane, a już chyba z rok leżały) i dycham.

 

I wentylator ściągnęłam ze szafy, godzina wiania kosztuje 80 gr, a co, zaszaleję sobie.

Od tego gorąca i Enei się wygło - wystawiła mi jakąś fakturę na 125 zł, potem ją wycofała, głupi emilek do mnie przyszedł z nieważną fakturą, a na SMS faktura korygująca na 0,00 zł.

Oszaleć można, dalej nie wiem, ile zapłacę za to gotowanie na maszynce przez cały maj. 

 

Tydzień bezpracowy, okrągły...

Oszalało, zwariowało moje serce :) 

Nie na lato. Na WOLNOŚĆ :) 

 

piątek, 19 czerwca 2026

Za dużo

 amerykańskich seriali, Kochany Pamiętniczku.

Cóż, tak wyszło.

Nic nie boli tak jak życie.

Zwłaszcza w ten gorąc i w ten pojebany z lekka czas...

A kiedy znów zapada noc, zostajesz sam kolejny raz, wsłuchany w swój samotny świat, wpatrzony w mijający czas.

Burza, której nie ma, nie pomaga.

Jutro ma być 35 stopni.

W sumie - bez znaczenia, żebym tylko nie skończyła jako mokra plama na suficie, której nie da się usunąć, bez skuwania wszystkiego...

A kiedy już zapada noc... 

 

środa, 17 czerwca 2026

Coś

 się zakręcywnęło w państwie duńskim, Kochany Pamiętniczku.

Pracowo. 

Teksty spływają wolnym walcem, rytmicznie tak, że  jutro powinna się II składka zamknąć po cichu.

Odpukać, nie zapeszamy...

A ja, korekcąc, delektuję się  The Ink Spots.

Zielonego pojęcia nie mam, co to za zespół, ale poza genialnym wykonaniem My echo, my shadow and me...

Ma jeszcze 


 i inne takie tam...

Leci mi w tle cały dzień i nie mam dość. Choć oczywiście nie nauczę się słów nigdy, ale lecąc do kibelka czy do lodówki, rupką duszam w takt...

Rano zmobilizowałam się i poleciałam na Manhattan, z nadzieją, że już są wreszcie TE pomidorki, ale nie... Nic.

Wróciłam za to z masą szparagów, które ukisiłam, bo w  tym roku jeszcze kiszonych nie jadłam, inne tykałam rzadko, a sezon się właśnie kończy.

Za to na drugie śniadanie pozwoliłam sobie na


 kawkę prawdziwą, o dziwo i na taką bezę :) 

Kawka bez śmietanki, beza prawidłowo z widelczykiem :) 

A wracając do domu na takie kuriozum natrafiłam 



 I nie daje mi to spokoju :) 

W przerwach między jedną a drugą pracową zagwozdką (bo ileż można o wymionach, mastits, jadłospisach świnek, rodzajach zboża i wymianach filtrów oleju), tym razem śledzę na FB akcję Bąkiewicza.

I włosy jeżą mi się na łysawej czaszce,gdy widzę, jak pięknie w mojej ukochanej ojczyźnie rodzi się faszyzm.

Bo inaczej nie można tego nazwać.

Tak, zawsze miałam (i mam nadal) serce bardziej z lewej strony.

I wojny z teściową wiodłam, że Porozumienie Centrum to nic dobrego.

Że Korwin-Mikke to wariat, a nie patriota (wynosiła go pod niebiosa, bo bronił prywatnej inicjatywy, a ona, a jakże, nią była).

Zawsze byłam tak centrum i lewica.

Unia Wolności.

Wałęsa, Balcerowicz, Tusk, Kuroń, te klimaty.

Ale teraz jestem na rozdrożu. Bo okazuje się, że KO to też nie jest moja bajka.

Pomijając te milionowe, wychodzące na jaw afery w służbie zdrowia - lekarze zarabiający miliony.

Dla mnie nie nowina - siedząc w rodzinie Eksa, widziałam dwie strony medalu. Lekarzy w PL i lekarzy z PL, którzy wyjechali do DE.

Szwagier, który w PL z łaski wielkiej chodził do pracy, ale oburzał się, że mój brat w odlewni, ciężko pracując, biorąc nadgodziny, zarabiał więcej niż on. Szwagier poza odbębnieniem 4 godzin dziennie na oddziale (bo więcej mu się nie chciało) nawet prywatną praktyką się nie zhańbił.

I tenże gość, po wyjechaniu do DE, wraz z moimi dwiema szwagierkami, z których jedna została jego żoną, oburzał się na to, że w DE musi ciężko pracować, żeby się utrzymać na ichnim poziomie. Zaś jedna z moich szwagierek, wtrąciła się w leczenie Eksa tak niefortunnie, jeżdżąc do szpitala, w którym go leczono, pouczając lekarzy, jak należy go leczyć, chwaląc się przy tym, że pracuje w DE. Przy kolejnej mojej wizycie wypisano Eksa bez leczenia, albowiem dano mi do zrozumienia, że za odpowiednie leczenie się płaci. Ona tam grosza nie dała, bo w DE nie daje się łapówek. Ja zaś nie miałam grosza na tę zabawę, utrzymując dom z dwójką dzieci, wówczas nieletnich sama, z marnej jak zawsze pensji korektorki. I tak się zaczęła jazda w dół po równi pochyłej... 

Zaś w sporze o chatę zapisaną na Eksa wydawała w ciągu miesiąca więcej na adwokata, niby w imię Eksa, niż ja miałam na przeżycie miesiąca. I tak sprawę wygrał TEN szwagier, ona w międzyczasie zmarła, no i cały pogrzeb na nic.

Nie, żebym płakała nad rozlanym mlekiem, ale służbę zdrowia znam od poszewki - nic się nie zmienia.  

TEN idealny szwagier, zdaniem jego matki anioł, łapówki brał aż się kurzyło. Za operacje na państwowym sprzęcie prywatnych pacjentów. Zaprzyjaźniona sąsiadka rechotała, mówiąc, jak bezinteresownie operował kogoś z jej rodziny. A ja zostałam przez teściową odsądzona od czci i wiary, za szkalowanie jej syna. 

No a potem teściowa, leżąca u niego na oddziale (był ordynatorem) i jego żona, przed którą drżały wszystkie pielęgniarki tam. Pani doktorowa, ustawiająca wszystkich po kątach.

I tak sama już nie wiem, na kogo mogłabym dalej głosować, skoro nie ma w sumie na kogo.

Bo jak to - zamiast zadziałać w dziedzinie praworządności i posadzić takie Ziobry czy Bąkiewiczów - pierdolą się z nim w tańcu.

I też mają swoje akcje godne wsadzania za kratki bezapelacyjnie - tuszują.

I tak, wiem, że pisiorki lekarskie przewały miały i to niemałe. 

Jak chociażby afera z mężem Witkowej, który blokował miejsce na  OIOM.

Jak chociażby żoliborska zgniłozęba fleja (jakże brakuje mi Ewy K., która odeszła nagle i niespodziewanie, a słownictwo miała wyjechane w Kosmos), która na każde pierdnięcie miała miejsce w szpitalu, vipowskie.

Jak chociażby Zero, gnębiące lekarzy za śmierć ojca, latami, jakby lekarze mieli w rękach eliksir nieśmiertelności.

I tak mogłabym do rana wyliczać, ale do łóżeczka pora iść, albowiem jutro do drukarni jedzie składka.

Zdjęcia ze zjazdu dostałam od M. I nie, jakoś mi nie żal, choć "pojechała mi bajka poza góry doliny".

Cała ekipa, która się zjechała, no może poza panami, bo tego nie analizuję, cała w nowych ciuchowych odsłonach. Dla mnie byłby to wydatek około tysiaka, bo kilka spotkań. I nie, żebym się czuła źle, prezentując się w ciuchach sprzed 3 lat (fajnie, że wciąż w nie włażę), no ale decydując się na jazdę tam - dostałabym pewno znów małpiego rozumu i latała po sklepach, wydając kasę. Bo ja w sumie nieśmiertelnie - dżinsy i nic więcej. Pytanie: qui bono wydawać ciężko zarobioną kasę (a tysiak to prawie pół mojej pensji) na ciuch, który założę raz (bo inne okazje nie świecą na horyzoncie, a szafę mam pełną)? Potem doliczyć wstęp, nocleg, dojazd, inne takie tam, żeby przez kilka godzin zobaczyć się z ludźmi, z którymi po ponad 50 latach nie mam w sumie nic wspólnego, a ludzi z innych roczników nie ogarniam absolutnie - zresztą z własnego też nie wszystkich - w imię tego, że chodziliśmy do jednej budy?

Planują 55-lecie matury. Za dwa lata.  No cóż, nie mówię ani tak, ani nie. Trzeba jeszcze te dwa lata przeżyć.

I tak, zastanawiając się, co jeszcze w polityce może mnie zaskoczyć (wciąż nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, jak daleko odeszłam od czasów zimnej wojny, gdy myśl o inwazji niemieckiej napełniała mnie paniką, a akcja niemieckiej policji na bandę Bąkiewicza napełniła mnie miłością do tejże), udaję się w objęcia, jakże przyjazne, Morfeusza, albowiem na mnie już czas, Kochany Pamiętniczku :)  

Nie odsapnę tak naprawdę do 22 czerwca, aż zamknę budkę na kłódkę, a potem bez mała tydzień freelencera i znów... pyry :) 

Sayonara :)  

 

 

 

niedziela, 14 czerwca 2026

Zakręcone

 dni Kochany Pamiętniczku.

Najazd z włości zapowiedziany był, zatem polazłam na Manhattan klnąc, bo stare nogi coraz ciężej niosą, ale... 

Groszek. 

Po groszek poszłam, no i po pasztet. Bo dość miałam lamentów, że szynka musi być eksportowa.

Groszku kupiłam kilogram, mając w pompie lament I., że drogo. W domu wpadłam w depresję, że kto kilo tego zje? I kalarepkę kupiłam, jedną, u Pana od Pomidorków, jedną, wielką, mięciutką, chrupiącą, ale jedną, bo Alienek niewarzywny jest.

Ale pół umyłam, postawiłam na stole, ogarniętym na okazję najazdu i czekałam.

Meldują, że wyjadą za chwilę, bo zawsze meldują.

Ale zaraz odezwał się P., czy może wlecieć za 10 minut na 10 minut.

Jak to przy meldunku P., wpadłam w panikę, że coś się stało :)

No ale co mam dziecka do domu nie wpuszczać.

Wleciał.

I zanim tamci wyjechali i dojechali (meldują zawsze, że wyjeżdżają, , żebym się trzęsła, jak w przepisowe pół godziny nie dojadą), P. całe pół kilo groszku zjadł :) 

Zamieszanie było przy wleceniu, bo wszyscy na wyprzódki meldowali, co się dzieje, a bracia się witali.

Ale P. odkąd ma prawo jazdy monotonny jest, tylko jak kto jechał na polnej drodze, jak GPS prowadził, jakie debile są na autostradzie i inne takie tam z polskich dróg. Ciężkostrawne, choć ciężko mi to przyznać.  

I Kalafiorkówna wpadła w czarną rozpacz na widok miski pełnej łupin od groszku...

Na całe szczęście kupiłam kilo :)

Pierworodnego eksmitowaliśmy poza zasięg kolejnego groszku, a K. podzieliła się z ojcem, który też jest pies na groszek.

A ja żałowałam, że nie kupiłam dwóch kilogramów.

I tak w głębi serca było mi bardzo żal P., który dopiero co wrócił z Mazur po całym tygodniu, a żona wzięła sobie wolne, MW poszła w tango do Term, a Papryczek nie chciał wyjść z domu. 

P. w poniedziałek jedzie na Lubelszczyznę.

Mnie to boli i to bardzo. Cóż. 

P. pojechał obiad gotować dla Papryczka, miałam chwilę z I., omówiliśmy ogólnie i zostałam z Łobuzami.

Kolacja dzięki pasztetowej i małosolnym, zakiszonym w piątek przebiegała idealnie. Pół godziny po kolacji Kalafiorkówna zapytała o groszek, a że groszku nie było, wpadła w głodowy dołek. Na całe szczęście kupiłam kalarepkę, ale tylko jedną, a Alienek też chciał kalarepkę. Była idealna, od Pana od Pomidorków. Matka będąca w kontakcie na MSG ostrzegła K., że brzusio jej wysiądzie, więc reszta olbrzymiej kalarepki wylądowała w lodówce. Fakt, że mogli to popchnąć cukierkiem (K.: babciu, mogę zjeść tego cukierka w zielonym papierku, bo trochę mnie gardło zaczyna boleć, a ten cukierek pomaga - szczyt dyplomacji - i potem, szeptem, przed kąpielą, że jestem najkochańszą babcią na świeci, kurde jakie cuda może zdziałać jeden cukierek eukaliptusowy), to był szczyt szczytów :) Pomijając potężną kłótnię, prawie z wydrapywaniem sobie oczu, kto się pierwszy kąpie, rozstrzygnięty kamień - papier - nożyce. I awanturą Alienka, że on już się nie daje kąpać - nie ma opcji, chlapią tak, bo wanny w domu nie mają, że mam zalane pół korytarza, a i obawiam się, że łeb sobie rozwalą, Kalafiorkówna ma włosy do pół pasa, w domu sama myje - nie mój cyrk, ale umycia takich kłaków w mojej wannie nie ogarnie, tym bardziej że po ich umyciu znów nurkuje w pianie...

To cała operacja logistyczna.

I już miał zwycięzca, Alienek, włazić do wanny, gdy... jebło.

Rozpętała się burza, a ja stara jestem i patrząc na moje doświadczenia życiowe - burza i wanna - wykluczone. Matka Łobuzów zaskoczona była, ale wolałam im oddać ekipę żywą.

Przeczekaliśmy burzę, ogarnęłam, nie dopuszczając do zalania mieszkania, jakoś to przeżyli. Alienek miał pełną wannę piany, tak że klejnotów nie widziałam (ile ja się na jego klejnoty napatrzyłam i na inne, pieluchy zmieniając, ale mniejsza z  większym, rozumiem, też jestem wstydliwa, a K. nie że się wstydzi, ale ona wszystko sama) :) 

Film na dobranoc, ogarnianie maski K. w międzyczasie (ortodontyczna, moja heroina, ja bym w czymś takich zwariowała, ale z perspektywy lat widzę, że i ja miałabym mniej kłopotów w życiu, gdyby za moich młodych lat takie ustrojstwa były). Spacyfikowani legli, nie bez protestów, a ja, zmęczona bojami ległam w nogach mojego łóżka (Alienek stanowczo oświadczył, że nie zaśnie bez babci), padłam bezapelacyjnie i... spałam do 4.45 bez siku (szok!), zupełnie nie myśląc o biednym synu, szlajającym się po nieprzyjaznym świecie. Wlokąc się na sik o 4.45 (jeszcze nie wiedząc, że to ta godzina) ze zdziwieniem zapisałam w kajeciku, że syn marnotrawny wrócił.

Synowa zaraportowała później, że o 1 (szok, sic!).

A że od Alienka zaliczyłam w nocy 4 solidne kopy w łeb, zażyczyłam sobie  na next time zwrotu łóżka polowego albo kasku na główkę :) 

Ratując zaś dziecko, zmęczone imprezą (nie mam niestety drzwi), nakarmiłam Łobuzy wypasionym śniadankiem, dałam iPada, ale współpraca z grami nie przebiegała w spokoju, potem zaczęły się wycieczki osobiste, że on na mnie patrzy (później nauczyłam ich, że należy mówić: patrzy na mnie tak złowrogo, jakby chciał mnie ujeść) - rozmawiając o tym z synową, która mówiła, że teraz mają tak stale (a ona sama ze swoim bratem żyła jak pies z kotem - jak się dotknęli, to lecieli myć ręce), a później z I., doszłam do wniosku, że taka wrogość to jednak nie  z naszych genów, co podchwycił Alienek :) 

Bo ani ja z moim bratem jako dziecko się tak nie kłóciłam, ani później, choć nasze losy skończyły się tragicznie, ani moi chłopcy się tak nie żarli. U Eksa nie było to takie proste, ale też takich występów żrących nie było. Gdy młodsza siostra, chorująca na egzemę, zniszczyła mu pracowicie klejoną zabawkę, na sugestie, żeby ją po łapach pobił, odpowiadał: co ja będę takie biedne rączki bił.

Więc nie, to idzie z matczynej linii, nie z ojcowskiej, ta złość.

I tak napyskowawszy, smrodku dydaktycznego zapuściwszy, usadziłam dziatwę niepedagogicznie przed kompikiem i zapuściłam Pingwiny z Madagaskaru


 Kalafiorkówny nie widać z fotela, bo mikra jest...

I posprzątawszy kuchnię, zawaloną po śniadaniu, ległam na kupce kucyków.

Ja, niekładąca się od kilkudziesięciu lata na kanapie, żeby odpocząć.

I. wstał, wykąpał się, all inclusive, a jakże, śniadanko dostał. Kwestię huba do kompika ogarnął, włażąc pod biurko (my hero). 
W karty pograł z Alienkiem, Kalafiorkównę dopieścił, zagadkę logiczną wilk, kapusta i koza (którą poprzedniego dnia  męczyłam Łobuzy) rozwiązał bezbłędnie, spotkanie rocznika zraportował, ulewę przeczekaliśmy, kalaczyrzepkę (wynalazek słowny Kalafiorkówny) skonsumowali do reszty i... z lekka już znudzone dzieci zaczęły się pakować. 

I zaczął się magiel...

Ale wyjechaliśmy do Sfinksa.

For Łobuzy, bo my poszlibyśmy do knajpy. A że niedziela niehandlowa, w Sfinksie luz.

I tak, przekomarzając się, gdzie zostanę wyrzucona w drodze powrotnej, w lesie, czy na autostradzie, ku oburzeniu Alienka, który stanowczo oznajmił, że on babci nigdzie nie da wyrzucić, a jak już, pójdzie z nią (miód na moje serce), zamówiliśmy żarełko.

Ja, tradycyjnie

czarnego dorsza i

 bo miło jest wypić piwo w doborowym towarzystwie, nie do lusterka.

W deszczu odwieźli do domu, wchodzę i...

Zostawili maskę Kalafiorkówny.

W panice nawet na Face Time zadzwoniłam, jakoś mimo jazdy się skompatybilizowaliśmy i  

 wrócili po maskę. Bo kosztowała fortunę, a dziecko ma ją nosić 13 godzin dziennie. Śpi w niej.

Zniosłam, pojechali.
Wracam, ogarniam, o rety, syrop Alienka. Nie wracali po to, idzie jutro do szkoły, najwyżej kupią nowy. 

 Ogarnęłam chatę, badyle wciąż nieposadzone, ogarnę jutro, w korytku pięknie bryluje



 modraczek... Sam się jakoś zasiał.

Odzywa się M., ze zjazdu. Że nie mam za bardzo czego żałować, bo było jak było. Z czego zdawałam sobie sprawę, rezygnując z tego - co innego to dla ludzi tam żyjących, co innego dla obcych, takich jak ja.

I że za dwa lata 55-lecie matury i na to się umawiamy :)

Może się skuszę, może nie, trzeba jeszcze dożyć i...

Na razie proza życia - jutro znów zaczyna się "ten" tydzień i nakłada się zamykanie maszynek, ale oj tam, oj tam, no bez bicia - kocham te tygodnie :)

A dzisiejszy wieczór sponsoruje  

 


 Będę, jak wrócę.

Plany mam :)

Do miłego :)  

piątek, 12 czerwca 2026

Właśnie

zapikał WhatsApp, Kochany Pamiętniczku.

Odezwała się M., zupełnie zapomniałam, że dziś zaczyna się zjazd z okazji 190. rocznicy powstania mojej budy.

Nie miałam ochoty jechać, choć I. mówił, że nie ma sprawy, że podwiezie, odwiezie i inne takie tam...

I to mogły by dla nas być całkiem fajne dni.

Ale coś mi mówiło o niejechaniu.

No i powiedziałam nie. A I. ma jutro spotkanie z kolegami ze studiów, z którymi nie widział się od 15 lat.  A ja mam kolejną nocowankę dziecka i Łobuzów w komplecie.

Tak jakoś - gdy odmawiałam zjazdu, nie wiedziałam, że on się umówi z kolegami. Tak wyszło.

Bo ja, w swoim introwertyzmie jakoś specjalnie ochoty na kolejny zjazd nie miałam.

Owszem, byłam na 50-leciu matury, bawiłam się nieźle, ale...

Wbrew temu, jak pamięta liceum M., ja pamiętam je inaczej. Zawsze stałam z boku. Nie, że mnie ktoś tam poniewierał, nie, ale już wtedy byłam introwertyczką, choć jeszcze wtedy tak tego nie nazywano. Miałam swoje ścieżki, swoje mroczne zakątki, takie, wiecie rozumiecie - uśmiech na ustach, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról. I tak samo czułam się na rocznicowym spotkaniu. Z dystansem. Widać, że nie umiem w życiu wyluzować.

Przedtem byłam na zjeździe z okazji 150-lecia budy. Czyli dokładnie 40 lat temu. Żyła jeszcze Ciocia, miałam gdzie spać. Pierworodny miał 6 lat, Inżynier 2. To nie był czas telefonów komórkowych, internetów, błyskawicznej komunikacji. Mieszkaliśmy wtedy jeszcze z teściową w jednej kamienicy. Dostałam "pozwolenie" na 3 dni, bo każda opcja zajęcia się dziećmi przez Eksa i teściową to była ojaciepierdolę. Pojechałam w sobotę, bawiłam się świetnie. W niedzielę miał być bal. Już w niedzielę rano sąsiad zaprosił mnie do telefonu (on miał, Ciocia nie), dzwoniła teściowa, że moje (sic! - Eksa nie?) dzieci są tak niemożliwe, że ona pewno umrze pilnując ich. Cóż było robić, zrezygnowałam z balu i wróciłam w podskokach do domu. Cóż, byłam matką Polką, a jakże.

Dobrze, że wtedy jeszcze był zbiorkom, bo dziś po powrocie nieistniejącym zbiorkomem pewno zostałabym zlinczowana albo spalona na stosie.

Byłam na dwóch zjazdach z podstawówki, na trzeci już nie pojechałam. Nie mówię, że nie bawiłam się dobrze. Ale - niewiele mam wspólnego z tymi ludźmi dziś. Spotkałam moją przyrodnią siostrę, przyjaciółkę z dzieciństwa. siostrę mojego ekschłopaka, za którego o mały włos nie wyszłam, moją E., która opiekuje się grobami (moimi) w K., nieproszona i mimo moich protestów, a na nie odpowiada: to była też moja nauczycielka, zabronisz?

I moją pierwszą przedszkolną miłość. I zadzierającego nosa gościa, w którym kochała się moja przyrodnia siostra, a który mieszkał do niedawna na moim osiedlu, ale... nigdy mnie nie poznawał.

Na zjeździe - w sumie nawet nie na zjeździe, ale na spotkaniu w knajpie z rocznikiem moim ze studiów byłam raz - absolutnie nie mam ochoty na jakąkolwiek powtórkę, choć po latach (już w przyszłą sobotę) spotykam się z dziewczyną z roku, z którą mój kontakt na studiach ograniczał się do cześć, cześć w palarni - a teraz fajnie się bawimy. Działa na mnie odchamiająco :) 

Spotkania i zjazdy po latach są przereklamowane dla takich odludków życiowych jak ja. 

A tym razem po prostu (tu wychodzi ze mnie Szkotka, wyrzucona ze Szkocji za skąpstwo - ciekawe, czy tak samo pomyślałby o mnie znajomy Szkot Inżyniera, który w życiu nie widział mnie na żywo, a jakimś cudem podobam mu się jako matka I.) pożałowałam kasy na wyjazd na zjazd. Mam go w znajomych na FB i... mamy rzadki, ale sympatyczny kontakt.  Inżyniera lubią ludzie na całym świecie, gad ma swój urok :) I nie, że zrujnowałby mnie ten zjazd, ale wyskakują co rusz duże wydatki, a ja wciąż walczę ze sobą, żeby na siebie wydawać, chociaż zaplanowany aparat fotograficzny wciąż się oddala, chociaż biorę zlecenia. Cóż, jest jak jest, Boss płacąc mi za harówkę dodatkową 900 zł brutto myśli, że rujnuję firmę. Dostaję z tego 600 netto - i w dzisiejszych realiach - ta kasa pstryk i znikł.  

Cóż, aż do lipca mam kumulację - taką jak grudniowa.

I OK, nie muszę myśleć o innych.

Ale chcę.

Mniejsza z większym, wyjście na lody z Łobuzami i prawie 50 zł w plecy, nie, żebym narzekała, I. odmówił słodkiego, a jeszcze mieli lody dla kundli, gałka dycha. Dobrze, że kundle do mnie nie wpadają :) 

Przyjechali w sobotę. Otwierając drzwi widziałam, że z Alienkiem jest coś nie tak. To nie był mój Alienek. Kaszlał jak nierasowy gruźlik, dusząc się. Osowiały. Inny. Objechałam I., gotowa jechać na SOR, ale oczywiście, głupia jestem. Nie ma gorączki, mają syrop. OK. Wiem, że jestem głupia.

A I. jest idiotą, ale cóż, sama takiego idiotę wychowałam.

I tak zjedliśmy po jagodziance (jagodzianki w czerwcu, olaboga, jagodzianka 6 zyla za sztukę w tym roku, nie, żebym żałowała kasy - ale widać, jak wszystko leci, włoszczyzna jeszcze nie tak dawno 1,50, a teraz młoda 8,50 za pęczek, w dupie mam wyliczenia Jaszczomba i rządowe - dla mnie cena włoszczyzny to wyznacznik mojej upadłości finansowej).

Na plac zabaw poszliśmy, a jakże. ten nowy, z pojebanej polityki mojej spółdzielni...

Alienek ledwo dychał, ale się starał, za to Kalafiorkówna była w swoim żywiole

za nietoperka i inna gadzinę robiła.

Cóż, zdrowa była. I poszliśmy na lody, bo na gardełko najlepciejsze są lody.

Wracaliśmy, a Alienek prawie umierał od kaszlu. Powiedziałam, że jak tak dalej, to pojadę z nim na SOR. 

I. jak to inżynier, akcję rozpisał i doszedł do wniosku, że jak matka na SOR pojedzie, taksówką, a jakże, stać ją na to, to będzie musiała Kalafiorkównę w środku nocy budzić i kolędować z Łobuzami jakieś 6 godzin na SOR. Na prywatnego pediatrę z wizytą domową się nie zgadzał, bojąc się, że matkę zrujnuje. Błyskawicznie odwiózł Alienka do Zakrzewa, gdzie przejęła go matka rzeczonego, wrócił i sam poszedł w długą, Spotykał się ze swoją dawną sympatią (moja opinia o niej pozostaje moją tajemnicą), są w dobrej  komitywie wszyscy - nie mój cyrk, nie moje pchły - jestem jak Szwajcaria, życie.

O 2 nad ranem (ze spotkań z kolegami z dzieciństwa wraca teraz wcześniej) zapytałam, czy dycha. 
Dychał. Dostał opierdol i foch, choć pisał, że ostatnie piwko i wraca? Serio? 

Się fochnęłam lepiej i napisałam, że kolejna sobota nieaktualna...

Przesadziłam? Może, ale ile można.

Czekać, jak za młodych lat, to już nie na moje nerwy. Choć zasięg jakoś miał, nie jak za młody, gdy zasięgu nie było.

Wrócił.

I w oczy mi latarką z telefonu zaświecił, niby się meldując. Myślałam, że  gada zabiję, bo i w małym pokoju lampka się świeciła, no i w mieszkaniu jak dla mnie była dyskoteka w Manieczkach.

Ale nic.

Rano przytuptała do mnie (już byłam po kąpieli i zaaparatowana) Kalafiorkówna.

Jako że na kolację zażyczyła sobie rosołku (dostała), rankiem mnie zaskoczyła.

Bo ja u  rzeźnika wystałam cierpliwie w kolejce szynkę wyjechaną w Kosmos.

Pozwoliłam jej otworzyć lodówkę (ile mnie to kosztowało). Zażyczyła sobie szynkę, ale na dwa jej gatunki spojrzała lekceważąco i zadysponowała: lubię szynkę eksportową (jej matka w późniejszej rozmowie potwierdziła, że teraz szynka eksportowa jest na topie, choć ni chujenki nie wiem, o jaką chodzi, bo są różne. I jutro pójdę do rzeźnika po pasztet, bo coś o nim plumkała (Kalafiorkówna)...

A potem pogawędziłam sobie z wnuczką jak czekista z czekistą (aż w szoku byłam, że tak ze mną gawędzi, ojacierpiędolę). I. wstał, opierdolony i nakarmiony został (cóż, miękkie serce mam) i pojechali, bez obiadu, na który mieliśmy jechać, ale Alienek tęsknił.

Alienek w sumie chorował do końca tygodnia, nie wyszła mu wycieczka do Puszczykowa, klasowa,  do Muzeum A. Fiedlera. Jego ojciec do dziś wspomina tę wycieczkę z sentymentem.

A ja nigdy w tym muzeum nie byłam, choć to rzut beretem, autobus mam spod chałupy. Stanęło na tym, że pojadę tam z Alienkiem.

A książkami Fiedlera zaczytywałam się w dzieciństwie, kilka mam. Jeszcze nie liga Alienka, ale może?

Może uda nam się coś połączyć?

I to jest warte oddychania.

A we wtorek (po moim rozdarciu pyska, choć dopiero w środę się przyznał, I. poszedł z Alienkiem do lekarza - oprócz tego, że "dobrze prowadzą" dostali steryd do inhalacji.

Cóż, u mnie byłaby już  wizyta na SOR, szwagier, prywatna wizyta dr. Obałka (ponoć na psy zszedł, poleca - polecał już za moich czasów homeopatię, na co się nabrałam płacąc jak za zboże za Tantum Verde, po które popylałam do nocnej apteki śpijmą nocą, a I. pomogły... bańki), ale pozostaję z nadzieją, że ogarnęli i Alienek jutro będzie, kaszlący jeszcze z lekka, bo ani miodu tymiankowo-podbiałowego tknąć nie chce, ani kiszonego czarnego czosnku :) 

I tak, pomijając pracowe chujwico, o którym nawet mi się pisać nie chce, poza tym, że z Maroka wróciła Pani M., no i emilka napisała do Bossa, żem idealna, niezastąpiona i inne takie tam...

Zobaczymy po wypłacie.

A tydzień tak leciał:


 że chabry były, ale...


 

 .. osiwiały jako i ja, ale są seksowniejsze, cóż, bywa :) 


 

 Myślałam, że to mlecz, ale... to się zwie kozibród. Ponoć. Cudny jest :)


 

 Bąka albo inną pszczołę 
dorwałam :) 



 Lipy i jaśminowiec kwitnie...

A ja wciąż widzę siebie i "tego od wideł", po który serce mi pękło i nigdy się nie pozbierało w zasadzie - melodię dnia wiosna nam gra, już zapachniało jaśminem, o szarych dniach, co płyną w dal, melodia przypomni nam...

M. to śpiewała w chórku licealnym, przypomniałam jej o tym.



 Dzisiejsza wyprawa na Manhattan. Rosołek na młodej włoszczyźnie czeka na Łobuzów.

Begonie posadzę w niedzielę, bo do 13 to nie czas na sadzenie i przesadzanie.

 A z Lidla, gdzie polazłam po dupomirki niewymiarowe (bo smaczne i najtańsze, od Pana od Pomidorków będą może w przyszłym tygodniu i znów będę tracić fortunę na nie), słoneczniki.

Nie do wiary.

W czerwcu słoneczniki?

 

I FB dziś padł, i MSG, i męczyłam I., czy mnie zhakowano...

Na maksa już popierdolona jestem i uzależniona od neta.

Bo u  mnie nawet downdetector miał error 404.

Taka stara jestem, a taka głupia :)

Nic to.

Bywa :) 

 Everwood ogarnęłam. 

Pora na kolejny zapychacz czasu w oczekiwaniu na robotę. Do wyboru Słodkie magnolie i Gliniarze z Southland. I jedno, i drugie widziałam oprócz nowych sezonów. Wciąż czeka Outlander, ale chcę całość, nie cykane odcinki.

I tak mija dzień za dniem, a maszynki przesunęły się na poniedziałek. Cóż, c'est la vie :) 

 

 

środa, 3 czerwca 2026

Nawiasem

 mówiąc, Kochany Pamiętniczku. Zmęczona jestem już na maksa.

Time to say good bye?

Pamiętajcie,  że zawsze Was kochałam :* Komentujące, of course :) 

 

 

Urlop

 mam, tak jakby Kochany Pamiętniczku :) 

Bo maszynki atakują.

W sumie powinnam olać, albowiem z pierwszym naczelnym miałam umowę, że dają hurtem.

Ale cóż, tempora mutantur et nos mutamur in illis.

A. został sam. Łukasz odszedł, nie wiem dlaczego, ale młody był, oblatany, pewno mu nie płacili, to poszedł w siną dal, lewa, prawa. Młodzi mają taką opcję. 

A mnie w sumie zależy na tych 800 zł do dziadowskiej pensji co miesiąc. 

Bo mimo że maszynki są co dwa miesiące, wynagrodzenie za nie płacą co miesiąc - połowę :) 

No i jeszcze nie usłyszałam od nich, że coś źle zrobiłam. Nawet jak biorą mnie pod włos.

W sumie cieszyłam się na dziś bez roboty, ale zajęła mi na maksa pół godziny, więc - spoko.  Choć oczywiście bardziej kręciłby mnie stary układ, kiedy korekciłam to w ramach godzin  etatu, ale cóż, c'est la vie. I choć nikt nie zwolniłby mnie za postawienie takiego warunku i powrót do przeszłości, nie umiem. W sumie nie umiem bronić siebie, Chociaż przyznać muszę, że ekipa od gleby (za którą dalej nie wiem ile i kiedy dostanę) stanęła na wysokości zadania i wczoraj o 16 zero zero zamknęliśmy się na amen :P 

Za co cześć i chwała kolegom, którzy docenili to, że wzięłam tę robotę w ciemno (no ale namiętnie mnie pragnęli)...

I pomijając maszynki, które pewno i w piątek coś mi podrzucą, jest cudnie.  

I dziś nawet burz (nie burza, burz, nasz rodzinny żargon, nawet I. do mnie napisał, że burz idzie, ale powiedział mu, że nie ma mnie w domu - taki szlagwort) do mnie nie dotarł, popadało, nawet nie solidnie mimo alertu RCB.

Pościel zmieniona, wyprana, wysuszona, worek z ziemią sama wyniosłam, akurat za śmietnikiem było wygniecione miejsce po siedzeniach samochodowych, które jakiś debil tam wyrzucił, więc ziemia pasowała tam jak ulał...

Bakopy i komarzyce przesadzone, jaki-taki porządek w loggii jest.

Mieszkanie ogarnięte.

Dzisiejszy dzień sponsoruje


 

 bo fajnie się przy tym sunie po chacie :)

Umówiłam się z A. na koniec czerwca w Farze, na koncert. A. ma na mnie doskonały wpływ - odchamiam się dzięki niej na maksa.

A na studiach mijałyśmy się obojętnym, aczkolwiek życzliwym cześć, cześć, zwłaszcza w palarni, obie paliłyśmy namiętnie. Ona pali do dziś, przepraszając za palenie. I jakoś taka (nie)znajomość z tamtych lat jest dla mnie fajniejsza niż taka wielka przyjaźń z ET...

Cóż, kręte są życiowe ścieżki niekiedy.

A, odkryłam Everwood. Taki, amerykański (jebać Trampka) do szpiku kości przewidywalny 


 zapychajczas...

Ale - może nie do końca. Czasami włącza mi się opcja, że może coś z moimi osobistymi dziećmi schrzaniłam? Chociaż nie jestem znanym, cenionym, amerykańskim neurochirurgiem? Odmóżdżam się, bo kto bogatemu na urlopie zabroni, zwłaszcza że jest kilka sezonów - w sumie sympatycznych :)

I tak sobie myślę, jak to wszystko szybko poleciało.

Od mojej wioski, gdzie jedyną rozrywką  były książki (niebiosom dzięki za to, że wciąż są) do czasów, gdy przybieram na streamingach, bolejąc nad tym, że z powodu zawodu wykonywanego od lat nienawidzę książek? W sensie, że boli mnie czytanie, które nie boli mnie, gdy z powodu mojego słuchu czytam napisy, żeby ogarniać filmy, którymi się odmóżdżam?

I że jutro jest Boże Ciało.

Wciąż widzę siebie, ubraną w białą sukienkę, sypiącą kwiatki.

Zdołowaną, bo nie zawsze mogłam założyć długą białą sukienkę, czasem musiałam je sypać w tej krótkiej.

Dlaczego?

Już mrok zapada w pamięci.

W długiej sypałyśmy w środku trójrzędu i to było miejsce honorowe.

Bo przed Najświętszym Sakramentem.

Jak daleko odeszłam od tego. 


 I chociaż jestem apostatką prima sort, ostatniego dzisiejszego prania nie powiesiłam na balkonie. 

Nie chcę ranić uczuć innych.

Aczkolwiek nie po drodze mi z nimi do szpiku kości.

Cóż, bywa :) 

I mam nadzieję, że jutro pośpię sobie do wypęku, a potem pomyślę, co z robić z kolejnym, tak pięknie zapowiadającym się dniami.

W niedzielę minie 46 lat, odkąd w mękach (te, które rodziły, wiedzą, o czym mówię), sprowadziłam na ten padół łez, albo najpiękniejszy ze światów Pierworodnego.  Jak zwykle, pomijając jego czterdziestkę, którą ogarnęliśmy z I., albowiem reszta ją olała, ale to był 2020 rok, co wiele wyjaśnia, wyślę życzenia, dołożę kasę i... maybe usłyszę: dziękuję.

MW na życzenia na DD na SMS, z którego ponoć korzysta, nic nie odpisała.A poprzedniego dnia dogadywałyśmy się znakomicie.

Cóż, ma autyzm.

Uczę się wciąż, chociaż czasem kurwica mnie bierze. Nikt mnie kiedyś tak nie nauczył, że życie to niejebajka :) 

I tak warto żyć, choć momentami bywa to bardzo trudne :)

 

I love you baby...

No serio?

Mnie też ktoś kocha?

Zobaczymy w sobotę...