środa, 17 czerwca 2026

Coś

 się zakręcywnęło w państwie duńskim, Kochany Pamiętniczku.

Pracowo. 

Teksty spływają wolnym walcem, rytmicznie tak, że  jutro powinna się II składka zamknąć po cichu.

Odpukać, nie zapeszamy...

A ja, korekcąc, delektuję się  The Ink Spots.

Zielonego pojęcia nie mam, co to za zespół, ale poza genialnym wykonaniem My echo, my shadow and me...

Ma jeszcze 


 i inne takie tam...

Leci mi w tle cały dzień i nie mam dość. Choć oczywiście nie nauczę się słów nigdy, ale lecąc do kibelka czy do lodówki, rupką duszam w takt...

Rano zmobilizowałam się i poleciałam na Manhattan, z nadzieją, że już są wreszcie TE pomidorki, ale nie... Nic.

Wróciłam za to z masą szparagów, które ukisiłam, bo w  tym roku jeszcze kiszonych nie jadłam, inne tykałam rzadko, a sezon się właśnie kończy.

Za to na drugie śniadanie pozwoliłam sobie na


 kawkę prawdziwą, o dziwo i na taką bezę :) 

Kawka bez śmietanki, beza prawidłowo z widelczykiem :) 

A wracając do domu na takie kuriozum natrafiłam 



 I nie daje mi to spokoju :) 

W przerwach między jedną a drugą pracową zagwozdką (bo ileż można o wymionach, mastits, jadłospisach świnek, rodzajach zboża i wymianach filtrów oleju), tym razem śledzę na FB akcję Bąkiewicza.

I włosy jeżą mi się na łysawej czaszce,gdy widzę, jak pięknie w mojej ukochanej ojczyźnie rodzi się faszyzm.

Bo inaczej nie można tego nazwać.

Tak, zawsze miałam (i mam nadal) serce bardziej z lewej strony.

I wojny z teściową wiodłam, że Porozumienie Centrum to nic dobrego.

Że Korwin-Mikke to wariat, a nie patriota (wynosiła go pod niebiosa, bo bronił prywatnej inicjatywy, a ona, a jakże, nią była).

Zawsze byłam tak centrum i lewica.

Unia Wolności.

Wałęsa, Balcerowicz, Tusk, Kuroń, te klimaty.

Ale teraz jestem na rozdrożu. Bo okazuje się, że KO to też nie jest moja bajka.

Pomijając te milionowe, wychodzące na jaw afery w służbie zdrowia - lekarze zarabiający miliony.

Dla mnie nie nowina - siedząc w rodzinie Eksa, widziałam dwie strony medalu. Lekarzy w PL i lekarzy z PL, którzy wyjechali do DE.

Szwagier, który w PL z łaski wielkiej chodził do pracy, ale oburzał się, że mój brat w odlewni, ciężko pracując, biorąc nadgodziny, zarabiał więcej niż on. Szwagier poza odbębnieniem 4 godzin dziennie na oddziale (bo więcej mu się nie chciało) nawet prywatną praktyką się nie zhańbił.

I tenże gość, po wyjechaniu do DE, wraz z moimi dwiema szwagierkami, z których jedna została jego żoną, oburzał się na to, że w DE musi ciężko pracować, żeby się utrzymać na ichnim poziomie. Zaś jedna z moich szwagierek, wtrąciła się w leczenie Eksa tak niefortunnie, jeżdżąc do szpitala, w którym go leczono, pouczając lekarzy, jak należy go leczyć, chwaląc się przy tym, że pracuje w DE. Przy kolejnej mojej wizycie wypisano Eksa bez leczenia, albowiem dano mi do zrozumienia, że za odpowiednie leczenie się płaci. Ona tam grosza nie dała, bo w DE nie daje się łapówek. Ja zaś nie miałam grosza na tę zabawę, utrzymując dom z dwójką dzieci, wówczas nieletnich sama, z marnej jak zawsze pensji korektorki. I tak się zaczęła jazda w dół po równi pochyłej... 

Zaś w sporze o chatę zapisaną na Eksa wydawała w ciągu miesiąca więcej na adwokata, niby w imię Eksa, niż ja miałam na przeżycie miesiąca. I tak sprawę wygrał TEN szwagier, ona w międzyczasie zmarła, no i cały pogrzeb na nic.

Nie, żebym płakała nad rozlanym mlekiem, ale służbę zdrowia znam od poszewki - nic się nie zmienia.  

TEN idealny szwagier, zdaniem jego matki anioł, łapówki brał aż się kurzyło. Za operacje na państwowym sprzęcie prywatnych pacjentów. Zaprzyjaźniona sąsiadka rechotała, mówiąc, jak bezinteresownie operował kogoś z jej rodziny. A ja zostałam przez teściową odsądzona od czci i wiary, za szkalowanie jej syna. 

No a potem teściowa, leżąca u niego na oddziale (był ordynatorem) i jego żona, przed którą drżały wszystkie pielęgniarki tam. Pani doktorowa, ustawiająca wszystkich po kątach.

I tak sama już nie wiem, na kogo mogłabym dalej głosować, skoro nie ma w sumie na kogo.

Bo jak to - zamiast zadziałać w dziedzinie praworządności i posadzić takie Ziobry czy Bąkiewiczów - pierdolą się z nim w tańcu.

I też mają swoje akcje godne wsadzania za kratki bezapelacyjnie - tuszują.

I tak, wiem, że pisiorki lekarskie przewały miały i to niemałe. 

Jak chociażby afera z mężem Witkowej, który blokował miejsce na  OIOM.

Jak chociażby żoliborska zgniłozęba fleja (jakże brakuje mi Ewy K., która odeszła nagle i niespodziewanie, a słownictwo miała wyjechane w Kosmos), która na każde pierdnięcie miała miejsce w szpitalu, vipowskie.

Jak chociażby Zero, gnębiące lekarzy za śmierć ojca, latami, jakby lekarze mieli w rękach eliksir nieśmiertelności.

I tak mogłabym do rana wyliczać, ale do łóżeczka pora iść, albowiem jutro do drukarni jedzie składka.

Zdjęcia ze zjazdu dostałam od M. I nie, jakoś mi nie żal, choć "pojechała mi bajka poza góry doliny".

Cała ekipa, która się zjechała, no może poza panami, bo tego nie analizuję, cała w nowych ciuchowych odsłonach. Dla mnie byłby to wydatek około tysiaka, bo kilka spotkań. I nie, żebym się czuła źle, prezentując się w ciuchach sprzed 3 lat (fajnie, że wciąż w nie włażę), no ale decydując się na jazdę tam - dostałabym pewno znów małpiego rozumu i latała po sklepach, wydając kasę. Bo ja w sumie nieśmiertelnie - dżinsy i nic więcej. Pytanie: qui bono wydawać ciężko zarobioną kasę (a tysiak to prawie pół mojej pensji) na ciuch, który założę raz (bo inne okazje nie świecą na horyzoncie, a szafę mam pełną)? Potem doliczyć wstęp, nocleg, dojazd, inne takie tam, żeby przez kilka godzin zobaczyć się z ludźmi, z którymi po ponad 50 latach nie mam w sumie nic wspólnego, a ludzi z innych roczników nie ogarniam absolutnie - zresztą z własnego też nie wszystkich - w imię tego, że chodziliśmy do jednej budy?

Planują 55-lecie matury. Za dwa lata.  No cóż, nie mówię ani tak, ani nie. Trzeba jeszcze te dwa lata przeżyć.

I tak, zastanawiając się, co jeszcze w polityce może mnie zaskoczyć (wciąż nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, jak daleko odeszłam od czasów zimnej wojny, gdy myśl o inwazji niemieckiej napełniała mnie paniką, a akcja niemieckiej policji na bandę Bąkiewicza napełniła mnie miłością do tejże), udaję się w objęcia, jakże przyjazne, Morfeusza, albowiem na mnie już czas, Kochany Pamiętniczku :)  

Nie odsapnę tak naprawdę do 22 czerwca, aż zamknę budkę na kłódkę, a potem bez mała tydzień freelencera i znów... pyry :) 

Sayonara :)  

 

 

 

2 komentarze:

  1. Slużba( 😂chyba najmniej odpowiednie słowo zdrowia jest najbardziej chora ze wszystkich dziedzin naszego życia:( I ta ucieczka lekarzy po bezplatnych( a najdroższych) studiach! Na temat zjazdów mam identyczne odczucia- bylam , więcej nie chcialam- ja chyba też bylam taka osobna🫢 Wspomnienia -o.k. ale teraz niewiele( nic?) nas nie łączy, zaczęlam się nudzić, no fajnie na chwilę A że teraz tak sprawnie splywają teksty? - no przeciez tego życzylam!( ma się tę wiedżmowatą moc😜

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że się zgadzamy w wielu kwestiach :) I dzięki za tę moc, kończyłam PRZED czasem :)

      Usuń