Wczoraj przez wioskę przetoczyła się zawierucha. Koło 19 zrobiło się ciemno i lunęła ściana wody. Akurat wieszałam pranie, więc w popłochu ściągałam je z powrotem, bo zalewało całą loggię. Potem pospadały doniczki z parapetu, ale że do loggi, a nie na łeb komuś, to dzięki niebiosom. Straty w kwiatkach znaczne, ale trudno. Dobrze, że nikogo nie zabiłam. I że zdążyłam dotrzeć do małego pokoju i zamknąć okno, w kuchni już trochę się nalało, ale tam kafelki, więc szkód nie było. Poodłączałam wszystko od sieci, bo nie było piorunów, ale tak, jakby ktoś włączał i wyłączał lampę. I światło w lampce myrgało, więc sobie rzekłam jak dziecku: Stara Jędzo, nie masz kasy na nowy sprzęt, więc chuchaj na zimne... Chuchnęłam, włączyłam lampkę i poczytałam gazetę. Jednak słowo drukowane ma tę wyższość nad techniką, że nawet przy świeczce jest... :) Rano w necie (szczęściara, mam prąd i mam neta) oglądałam apokalipsę i ojapierdolę...
Poobserwowałam też sąsiedni blok, zastanawiając się, jak bardzo trzeba być lekkomyślnym albo pijanym, żeby mieć otwarte na oścież okno. Firanka wdzięcznie okręcała się wkoło ramy, jak tancerka na rurze. Wyrazy współczucia dla sąsiadów z dołu. Zabiłabym takiego gnoja, choć mam mieszkanie ubezpieczone... Przestałam obserwować blok, jak sąsiedzi dwa piętra wyżej zaczęli uprawiać seks przy otwartej kurtynie, tj. bez zasłon i z włączonym światłem. Wzrok mam marny, ale okulary dobre. Myślałam, że takie rzeczy to tylko w kinie, ale nie, coś jest w tych opowiastkach, że niektórzy kupują lornetki. Zapisać zatem w kajeciku: łazimy na golaska tylko za szczelnie zamkniętymi roletkami :) Bo czasem się nie przejmuję, ale też światła nigdy wtedy nie palę. Nawet po pijaku :)
Właśnie brzęknęło i kolejny SMS z CZK. Centrum Zarządzania Kryzysowego dba, aby nam się Stara Jędza nie utopiła, nie umarnęła i takie tam.
Od 14 spodziewane kolejne burze.
A na razie upał jest ojapierdolę, po sprzątnięciu balkonu ledwo zipałam.
A jeszcze wczoraj kratkę wentylacyjną od wiatru wywaliło mi w kiblu. Bo ten majster złota rączka kupił ją na oko i "potem coś wymyślił". Przyczepił ją na silikon, no i pierdut... Najpierw mi gównem zawoniało, co czasem sie zdarza, a potem co ja paczę? Kratka dynda na słowo honoru. Jako że to była cała operacja logistyczna: zdejmowanie kwiatów z drabinki wśród potoków wody i wichury, wtaszczanie drabinki do łazienki (jak wzrost dawali, też stałam w kolejce po rozum), drapanie się na drabinkę, dobrze, że trzeźwa byłam, i... przyklejanie kratki taśmą klejącą. Dziś już powoli odpada, ale... Nie umiem posługiwać się pistoletem, boję się wysokości i kurde, nie chcę, żeby mnie z podłogi zeskrobywali. Czyli mieszkanko zaczyna się powoli po remoncie sypać...
C'est la vie...
Może... Może Pierworodny wleci. Mówił, że da znać, bo planuje 18, ale da znać. Jest 16, a żadnego znaku na niebie i ziemi. Naprawiłby. Zgwałciłabym i zmusiła, dlaczego tylko Inżynier ma się poczuwać?? Khe??
A jak coś, pracuję z korkiem w dupie od jutra, a przecież chociaż chleba więcej muszę kupić.
Nic to, Michałku, suchy makaron będzie żarł, bo w dupie to mam...
Inżynier, idący dziś zaszaleć przesunął na wcześniejszą godzinę naszą cotygodniową pogawędkę.
Bo pamiętał, że ma matkę i matka ma wątrobę, i jak z niej nie wywali, to jej spuchnie... Można? Można... Trzeba chcieć. A mógł napisać, że dziś nie ma czasu. Albo zamilknąć.. Kij w oko Pierworodnemu, bo w dupę to by jeszcze przyjemność miał... :) Podpisano: Kochająca Mamusia :)
A co do tytułu. Mam wymówkę pogodową, bo wkurwia mnie praca. Zatem: pierdolę, nie robię.
Do tej chwili nie mam ani wstępniaka, ani spisu treści.
W czasie burzy pracowała nie będę.
Ile można pisać 1000 znaków?? Moja notka ma dotąd ponad 3 tys. znaków, a piszę ją może z 15 minut. Na luzie. Z piwkiem w kufelku...
Nie płaci mi nikt za moją rzetelną robotę. Za redagowanie. Za korektę. Powinnam - nieskromnie mówiąc, znam swoją wartość mieć jakieś 4 tysiące na rękę, jak nie więcej, za to, co co miesiąc odwalam. A nie mam nawet połowy. Więc sorry Winnetou... Prosili, żebym im zrobiła ten numer. Jestem pełna dobrych chęci, ale... Dlaczego mam być na baczność 24 godziny na dobę za nic?? Też chcę w niedzielę wypić zimne piwo i nie myśleć. To mój czas. Na niemyślenie, nieanalizowanie, na luz...
I tak dopisując do komentarza Mamy Klary. Jakbym była krawcową, nie zarobiłabym na sól do śledzia.
Jakbym była fryzjerką, zlinczowaliby mnie.
Nie ma musu wybierać zawodu, którego się nie lubi. Nie ma musu go wykonywać, skoro minęliśmy się z powołaniem.
Polonistki, puszczające nagminnie błędy ortograficzne.
Przedszkolanki z fochem w dupie, że nie nazywa się ich "nauczycielkami wychowania przedszkolnego" tylko przedszkolankami, nielubiące dzieci, które poszły na te studia tylko ze względów oczywistych: czas pracy i urlopy...
Redaktorzy, nieumiejący skleić trzech zdań... Dwa potrafią. Czasami :D
I nie chodzi o wykształcenie kierunkowe, bo najlepsza korektorka, jaką znam była z wykształcenia... filozofem.
Znam ogrodnika, który wszędzie, gdzie pracuje jest ceniony, a nie pracuje w swoim zawodzie.
Ja też nie pracuję w swoim zawodzie sensu stricte, bo z wykształcenia jestem bibliotekarzem.
Na zakręcie będąc, aplikowałam (hahahahahaha... aplikowałam) na sprzątaczkę w fitness klubie. Mi to rybka, dzieci musiałam wykarmić, to był priorytet. I nieszczęsna, napisałam w CV, że mam wykształcenie wyższe :) Rekrutujący powiedział mi prosto w oczy, że nie wątpi, że się sprawdzę, ale... mając takie wykształcenie nasieję mu fermentu w firmie... Jako sprzątaczka znalazłam pracę prywatnie, u pani, która była przedwojenną żoną urzędnika. Przez Syberię przeszła z dwójką małych dzieci. Do końca życia nie umiała nic ugotować, wodę na herbatę przypalała, Syberię przeżyła dzięki dobrym ludziom. W posttraumie syberyjskiej żyła do końca swych dni... Ciężki to był kawałek chleba, bo pani miała fobie, odchyły i inne takie tam. Ale pozwolił mi przetrwać złe chwile i wrócić do zawodu, który umożliwił mi wychowanie dzieci i wykopanie ich na swoje. Z fachem i umiejętnościami w ręku. Co robią ze swym życiem, to ich sprawa... Nie moja już bajka...
Się rozpisałam, a robota leży i kwiczy.
Zatem, do następnego napisania, Kochany Pamiętniczku.
PS Dla wtajemniczonych: poniekąd jestem wydłubką oczateczką, chociaż oczek nie wydłubuję.
Piękna nazwa, co nie?? A może omacnica prosowianka?? :)
PS II Kotecek w nocy dostał sraczki. Zdarza się. Pytanie za 100 groszy: kto chciał kotecki?? Kto sprząta bez szemrania?? :)
C'est la vie...
PS III Krowy się pierze. I wyżyma :) Anielka pozdrawia fundatorów :)
Prawie nówka nieśmigana, a już jej się zszarzało z powodu leżenia mi na wątrobie :)