piątek, 28 sierpnia 2015

Wchodzę

do pracy, a tam atmosfera jak w rodzinnym grobowcu...
Boss humoru nie miał.
Zazwyczaj nie zwracam uwagi na to, jak ktoś się ubiera, sama mam dwie bluzki na krzyż i trzy pary rybaczek i lato jest piękne.
Dziś czołgam się za nim po korytarzu i taksuję.
Ojapierdolę. Odstrzelony, ja szczur na otwarcie kanału, rzeczy markowe, co widać, słychać i czuć. A buty... Szok. Ze 2 tysiące kosztowały, jak nic. Cudne, granatowe, z lekko czerwonawą podeszwą. Nie ekscytuję się butami, nie wiem, które szpilki są najlepsze, mi to rybka, ale te buty - zatkało mnie.
I myślę sobie, koleś, jak miałabym taką kasę, wstawałabym z uśmiechem na ustach, bo to nawet na stare lata można coś odłożyć.
No nic.
Siedzieliśmy jak na bombie i dobrze, że o 11 okazało się, że zrobiłam wszystko (redaktor z zazdrością w głosie: jak pani to robi, że zawsze wszystko zrobi... A ja na to nieskromnie: bo mnie babcia uczyła, co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, będziesz miała dzień wolnego ;)
I umówiwszy się co do ewentualnego rzucenia okiem jeszcze, ale już zaocznie, czyli online, wróciłam do domu. Szczęśliwa, przeszczęśliwa, bo...
Mam jeden dzień wolnego.
Przyjadą w niedzielę, więc ogarnę się z zaległościami - bez szaleństw, bo i tak po nich będzie generalne sprzątanie.
Ale w niedzielę i na razie planują odlot w środę.
Mam nadzieję, że przeżyję, bo przecież jeszcze mi nie wypłacili emerytury, a coś z tych składek muszę skubnąć, co nie?? :)
Te parę dni znów odpocznę, dorwę się do powidlenia i za tydzień wracam do pracy.
A potem będzie szał ciał i wleci Przyjaciel :)
Czarna Fortuna już się w lodówce chłodzi, pani się popłakała ze śmiechu, bo chciała mi dać zimną, a wiem, że oszczędza prąd, więc mówię, że nie trzeba, piwo ma dwa tygodnie na ostygnięcie :) Ale co tam, potem zapomnę albo co... :)
Już się nie mogę doczekać.
Będzie się działo, tak w ogóle, co nie??
Sny miałam koszmarne, z gatunku tych, co ich nienawidzę, ale ostatnio doczytałam się, że to dobrze, jak człowiek ma koszmary.
No ja nie wiem.
Tu nie mam. Znaczy się, jak na fotkę patrzę.
Fotka do obejrzenia, bo zostanie skasowana za niedługo :)

I została skasowana...

Dobrze, że urodę mają po rodzicach, rozumek mają po babci i tak trzymać, dzieciaki. Wiem, babcia okrutnica jest :D I będą radować się, jak już ją będą paliły na stosie :)

Suits wróci dopiero w styczniu, buuuu... Zakończył się tak zakręcenie, że myślę, że znów wszystko wróci na utarte tory. To jeden z najlepszych seriali ostatnich lat. Lubię amerykańskie sądownictwo z jego karkuleniem i kombinacjami... W porównaniu z polskim jest wystrzałowe, w sensie że... Tam liczy się człowiek i odrobina szczęścia, a u nas już tak nie jest. Wiem coś o tym, bo wiem, ile kłamstw opowiadają w sądach ludzie z najbliższego mi kiedyś otoczenia, jak łżą pod przysięgą i powieka im nie drgnie, a sąd to łyka... Choć wystarczyłoby odrobinę "pogrzebać'. No nic :)
Udanego weekendu...

czwartek, 27 sierpnia 2015

Drugi

dzień z życia emerytki.
Kolejne 8 nadgodzin.
W sumie przed emeryturą mniej pracowałam.
C'est la vie...
Nadal nie wiem, czy przyjadą.
W lodówce biały serek i jakieś ochłapy.
A w dupie to mam :)
Pracowałam 8 godzin z wywieszonym ozorem, nie że "byłam w pracy" plus 2 godziny na dojście.
Nie mam ochoty nawet iść do Lidla czy gdziekolwiek w pobliżu.
Nie jestem nawet głodna ze zmęczenia.
I nie mam siły skakać wokół czterech osób.


środa, 26 sierpnia 2015

Bezboleśnie

w pracy przeszła część: przeszłam na emeryturę.
Boss zaakceptował, aczkolwiek nie pożałował sobie puszczenia smrodku dydaktycznego, że aczkolwiek i te de i te pe, ale literówki są.
Marzyciel.
Nie widział surowego materiału.
No nic.
Kazał iść do kadr.
Kadry przeszły nad tym do porządku.
Obecne w redakcji niedobitki pogratulowały. Jedne szczerze, inne nie, ale mi to już rybka.
Czuję się dziwnie.
Ale...
Tego mi nikt nie odbierze i oswajam się z sytuacją.
Poranek świeżo upieczonej emerytki wyglądał tak


Baran się naśmiewał, że zawsze tak wstaję, ale to nieprawda... Jak nie muszę pracować, śpię do oporu, a potem gram. Ścierą dostanie za insynuacje. Przez łeb, mokrą. Tylko mi się nawinie, nie będę żałowała mu tej pieszczoty...
W pracy (hahahahahaha, jaka praca??) było dużo pracy, łącznie z tym, że ciągniki, które mieliśmy najpierw zamknąć na bank w poniedziałek, zostaną zamknięte jutro. Maybe.
Choroby roślin w proszku,  Pan Redaktor wyszedł na dwie godziny. Maybe po zapałki. Dziś już nie wrócił. Nie ma opcji, że przelecę wszystko do piątku, bo fizycznie WSZYSTKIEGO nie ma.
Kombinuję.
Synowa milczy.
Nie wiem, wlecą, nie wlecą, jak kombinować??
Bo to na mnie wszyscy liczą, że: zrobię, wyłapię, zakupię, ugotuję, pozmywam, pobawię, pomiziam, ukocham (tak, kurwa, tęsknię za Małą Wiedźmą, choć wstyd się przyznać, a i Papryczka bym zjadła, tę piętkę, żeby się zaśmiał i takie tam mecyje), zabawię, zatańczę, hołubca wywinę, z przytupem, a nawet jak się da nóżka w górę i kankan...
Ojapierdolę...
Dlaczemu życie musi być tak skomplikowane??
I dlaczemu ludzie nie są ogarnięci jak Inżynier, który w prostych, żołnierskich słowach mówi: mamo, wlatuję... tu wstawić datę... liczę na....
Albo Baran, który mówi: SJ, wlatuję... Pójdziemy na piwko??

A wracając z pracy natknęłam się na kota co za mną łazi, taki tam egzemplarz... I co?? Ja z pracy, styrana, z nadgodzinami i takimi tam na karku, a kot co??

Też tak chcę, tyle że mi nie wystarczy małpka... :)

wtorek, 25 sierpnia 2015

Ojapierdolę

I tyle w temacie.
W pracy dziś urywanie dupy było, padłam na pysk.
I w sumie widzę, że hmmm... Mam miękkie serce, to muszę mieć twardą dupę.
I mam.
Nie oddają mi tej kasy, co mi ją ściągnęli za ubezpieczenie, które nie doszło do skutku. Pytam sekretarkę, która to "załatwia", a ona się miga.
To się wkurwiłam i poszłam do blondynki, która mi wmawiała, że z palcem w dupie mnie ubezpieczą, mimo że taka stara jestem.
Hmm...
Na mój widok rozwarła paszczę, że ona kasy nie ma, że kasę ma ubezpieczyciel. Zapytałam, co z moim pismem, że rezygnuję z ubezpieczenia i z klauzulą, że w ciągu 14 dni odeślą mi kasę. - Pani zajmująca się tym była na urlopie, potem ja byłam na urlopie... Weszłam jej w słowo: ... a ja na urlopie nie byłam, pracuję w pocie czoła. Czekam 2 miesiące zamiast 2 tygodni... Nadęła się i wrzasnęła na mnie. Spokojnie powiedziałam, że ma nie wrzeszczeć, bo wróciła z urlopu tydzień temu, a ja będę prosiła o odsetki. I poszłam...
I napisałam emilka z prośbą o zwrot kasy. I że jak nie umie tego załatwić, chcę emilka do ubezpieczyciela, sama sobie załatwię. Zaciskając zęby nie posłalam emilka do wiadomości prezesa, co zrobię, jak za miesiąc nie dostanę kasy. W końcu blondynka za coś też pensję bierze...
Za 5 minut emilek zwrotny, że załatwia.
Ano..
Poczekam.
Co to, kurwa, za ludzie, że jak nie ma podkładki na piśmie, palcem w bucie nie ruszą??
Pinda bierze prowizję od ubezpieczyciela, za zwrot nic nie dostanie. Chuj mnie to...
Pracuję dalej po wymianie tych grzeczności, jak ten mrówek i widzę, że za Murzyna robię.
A kij, 16, zwijam się do domu, nie bacząc na "och i ach"...
W szparze unijnej list.
Z  ZUS.
Nosz, kolejna makulatura.
A stópek z alledrogo wciąż nie ma i awiza też nie.
Otwieram list z ZUS i... o mało nie zemdlałam.
Możecie mi gratulować.
Zostałam emerytką, ot tak, bez wysiłku :)
Bez odwołania.
Z urzędu.
Nie mogę negocjować wysokości emerytury, ale nie zamierzam. Nie sądzę, żebym dostała więcej z wolnej ręki. To prawie dwukrotność mojej renty, więc jakby na to nie patrzyć - jestem na plusie :)
Nigdy nie zarabiałam kokosów.
Plusy: nie muszę rozwiązywać umowy o pracę nawet na jeden dzień (a zatem Boss - o ile mnie nie wywali - nie ma podstaw do obniżenia mi pensji). Od dziś mogę zarabiać, ile dusza zapragnie, znaczy się brać wszystko na prawo i na lewo :) Czyli mogę jęczeć Bossowi, że jestem dużo warta. A jak nie zapłaci tyle ile chcę, niech bierze korektę zewnętrzną...
Ochłonęłam, piszę do Inżyniera. Dziecko nie czyta ze zrozumieniem, doczytał, że odebrali mi rentę i zostałam z gołą pensją. Deklaruje, że nie da mi z głodu umrzeć. Po wyjaśnieniu qui pro quo pozwala mi się łaskawie upić.
Co też mam zamiar uczynić, bo każdą dobrą rzecz w życiu należy oblać.

I tak też uczynię, czekając na grad gratulacji.
Mam więcej niż minimum, mniej niż trzeba do życia, ale mam Inżyniera.
Nauczyłam się w życiu jednego: nie martwić się o jutro.
Zawsze jest jakieś.
Lepsze, gorsze, ale jest.

I taką mam pokręconą filozofię  życiową, żeby się o kasę nie martwić. W całym moim życiu, kiedy już było tylko dno i metr mułu, zawsze coś się działo... Znienacka, chyłkiem i ukradkiem, li i jedynie.
A co jest potem, nikt nie wie.
Więc od dziś jestem starą, grubą i szczęśliwą emerytką :)
I zapomniałam dziś kupić Głos Wielkopolski, w którym od soboty piszą, jak przejść na emeryturę i który tylko z tego powodu gromadziłam.
Niepotrzebnie, jak widać :D
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Zła

jak osa wróciłam z pracy. Dlaczego?? Ano, olali, na zasadzie, przeciągniemy, jak długo się da, a potem się zobaczy.
Ale nie ze mną te numery, Brunner.
Wczoraj zadzwoniła Synowa, że w sobotę zmarła jej Babcia, mimo tego robią chrzciny, a kiedy odlatują, nie wiedzą. Tragedia, bo jej Dziadkowie na mszy chrzcielnej mieli mieć odnowienie ślubu - 60-lecie. Życie jest do dupy. I dobrze, że nie pojechałam, w takim misz-maszu byłabym tylko piątym kołem u wozu. Babcię widziałam raz w życiu przez chwilę na ślubie ich, może ze 3 zdania z nią zamieniłam. Zupełnie nie pamiętam kobiety. Żal, ale cóż, takie jest życie.
Synowa do mnie z tekstem, że oni teraz nie będą przylatywali. No i?? Mam płakać na zapas?
Już wiem, dlaczego tak narzekają na ceny biletów - bo kupują z dnia na dzień. Z dnia na dzień to i 100 albo więcej funtów można na łebka wydać.
Nie moja kasa.
Okłamała swoją mamę, że nie przyjadę z powodu śmierci babci, żeby mamie przykrości nie robić. Przepraszała mnie za to. I po cholerę kłamała? Nie kazałam, nie ukrywałam, że nie przyjadę, bo nie. Od lat nie chodzę do kościoła, a i oni są niewierzący, ślub i wszystkie chrzciny są, bo jej rodzice sobie tego życzą.
No i w jaki sposób to jest dla mnie wiążące?? Gdyby oni sami byli wierzący i sami robili to z własnej potrzeby, pojechałabym. Dla nich. Ale tak? Co z tego, że ochrzcili Małą Wiedźmę, jak ona mając 5 lat nie umie się przeżegnać i nie umie żadnej modlitwy? To na co chrzest? Jak dla mnie niepotrzebne wydatki. Inżynier jest przynajmniej uczciwy. Nie wierzy, bierze ślub cywilny i już. No i zewsząd już głosy oburzenia, że jak to, cywilny,  a panna młoda w białej sukni. No i? A ile panien młodych skrywa pod białą sukienką brzuch, ile z nich ma już dzieci. Co komu do domu, jak chałupka nie jego??
A wracając do Bandy Czworga - chcą wlecieć, ale nie wiedzą kiedy i nie wiedzą czy wlecą.
Ojapierdolę.
No nic, mówię, że do 31 pracuję, a ona na to nagle, że chcą 1 albo 2 lecieć już do UK.
Ojapierdolę.
Mówię, że pokombinuję w pracy. Idę do redaktora i mówię, że zamknę mu w piątek. Albo niech szuka sobie innej korektorki, bo Boss wszak na to pozwolił. A gość z głupia frant: to może 1 albo 2 zamkniemy. Ja na to twardo, że nie, od piątku mnie nie ma i szukaj wiatru w polu. Drąży temat: a co pani będzie robić. Odrzekłam: ciążę usuwać, bo nie chcę mieć trojaczków i nie chcę być najstarszą matką w Polsce. Pani żartuje? - zapytał. - Nie, mówię serio - odrzekłam. Nie drążył. A szkoda :)
Nosz, dlaczego mam się tłumaczyć z mojego życia, skoro jak by na to nie spojrzeć, działam w czynie społecznym, bo "oni lubią, jak ja robię". U mnie termin rzecz święta i dobrze, że w gazecie też, ale wszystkie dodatki to skaranie boskie...
Jak mają, kurwa, nie lubić, jak przez cały tydzień w dupie byli i gówno zrobili?? Zaczęli robić na początku zeszłego tygodnia!!
Tak porypanego złamania jeszcze w życiu nie dostałam. Łamacz zewnętrzny.
Ale nic, spokojnie odwalam robotę redaktora i łamacza, kipi we mnie, ale co tam... Bold, kursywa, spacja, dwukropek, literówka, nazwa obcojęzyczna (sprawdzam, a jakże, choć to nie moja broszka, ale moje nazwisko jest w stopce... Nie, że się przechwalam, po prostu lata praktyki i widzę wszystkie błędy).
O 15 mam dość. Zrobiłabym całość, ale tylko swojej roboty, a że robię za trzech, więc jest jak jest.
Wołam gościa na dywanik i mówię, że czwartek i piątek wydruki i do widzenia ślepa Genia.
A on na to, że zdjęć nie ma.
Zaśmiałam się. Zdjęcia mi rybka, nawet nie wiem, co na nich jest, bo jedno podobne do drugiego, na każdym badyl zaatakowany jakąś chorobą, i wali mnie to, co pójdzie.
Jak to, 15, a Pani już do domu?
A czy ja tu na godziny pracuję??
Jak mnie wkurwi, pójdę do Bossa i pierze poleci.
Poszłam do domu, zmęczona bardziej niż po całodziennym staniu w kuchni.
Cholera, psiakrew :)
Dobiłam powidła, z 3 kilo śliwek wyszło 5 małych słoiczków po koncentracie, więc się jeszcze nasmażę, oj nasmażę.
Ale wolę smażyć, jak za darmo odwalać cudzą robotę.
Ferajna zamawiająca zasłużyła na powidła, łącznie z Sikorą, żeby nie było, że jej na liście nie ma.
Przynajmniej o mnie dbają, co nie?? :) 

sobota, 22 sierpnia 2015

Fizyczne

zmęczenie jest błogim stanem. Błogosławionym.
Boli mnie wszystko od stania i mieszania, no i przecieranie.
Przerobiłam już 6 kilo śliwek i 8 kilo pomidorów. Na Manhattanie pomidory były po 1 zł, więc zaszalałam. Kupiłabym więcej, ale Anioł Stróż strzegł i wózeczek się uginał ;)


wszystkie te słoiczki zapełniłam ketchupem śliwkowym, wyszedł ojapierdolę... Nie wiem, czy innym będzie smakował, ale ja dziś nie zmieszczę w siebie ani grama więcej, bo pęknę :D
Zostały jeszcze powidła do spakowania i kolejny gar ketchupu się robi, bo nie mam tak dużego garnka, by od razu przerobić wszystko.
Powidła też są ojapierdolę. Mam całą masę maleńkich słoiczków, to je jakoś poutykam, w najgorszym razie pojadę jutro do jakiegoś marketu po słoiczki.
Baran się pisze.
Kierownik Budowy też.
A i Inżynier powiedział, że nie pogardzi.
Mała Wiedźma lubi moje powidła, Pierworodny też.


Kto by pomyślał, że siedzenie w kuchni może być takie relaksujące?? :)

A deszczu dalej nie ma...

W brytfannie powidła, w garnku ketchup. Ketchup ma taki fantastyczny smak, że w sumie można go dac jako sos do makaronu, a nawet pomidorówkę na nim machnąć. Nie dałam octu, bo nie lubię :P I dlatego nie jadam kupnego ketchupu...
Ale mój, ze śliweczkami... :)
Czyli powitanie jesieni dziś było w sumie :D

piątek, 21 sierpnia 2015

Gazetkę

zamknęłam. Pracowicie, bo w przerwach jeździłam traktorem tak, że zostało z 600 jakieś 15 modeli. I o 18 zaprotestowałam przeciwko czekaniu "jeszcze pół godziny", poszłam do domu i zapowiedziałam, że wrócę w poniedziałek. Mimo protestów, że jestem przydasię. I do chwastów też. Spoko, jak mawia Pierworodny, chwasty poczekają do poniedziałku. I tak będę potem kiblować, czekając na stopkę i wstępniak...
Kij im w oko, pracuję za frico, tylko dlatego, że lubię.
Ale lubię też siebie, i sorry Winnetou, nie męczyliście Bossa o korektę, dostosujcie się do mnie. Bo korektorki z zewnątrz robią, jak im pasuje i biorą za to kasę.
Więc... Tralalalalalala :)
Obudziłam się wczesnym rankiem i wprost uwierzyć nie mogłam, że mogę kolebać się z boczku na szyneczkę, na polędwiczkę i tralalalalala :)
Pokolebałam się do woli i...
Poszłam w wioskę, korzystając z tego, że mam niewykorzystany bilet.
Bo znów nadchodzą imieniny, urodziny i inne takie tam.
Więc pokolędowałam, szukając kartek. I of course, dla Papryczka na chrzest, bo jednak  nie pojadę.
Mam swoje powody i trudno, Pierworodny będzie sam, ale to jest jego familia. Nie moja. Cenię swoją niezależność i dla nikogo się już nie "poświęcam", a już na pewno nie dla takich sytuacji.
Czarowałam dziś.
Umyłam wszystkie okna, łkając nad tym, jakie są nieszczelne, bo wszędzie w zakamarkach tony piaseczku po ostatniej ulewie.
I niebiosom dziękuję za siły, bo... Ale kurde, moc mi wcięło, bo nie pada... Dziewczyny, do roboty, zespołowo myć okna!!!
Ogarnęłam nie tylko okna, ale całą chaupkę, pościel, pranie, obiad...
Jak na moje ciężkie stare dupsko - nieźle.
Uskrzydlała mnie myśl, że robię coś dla siebie, że nie za darmo i że nie rzygam...
Bo zerzygać się można, jak po setnej stronie człowiek orientuje się, że idzie moc zmianowa zamiast mocy znamionowej. I nie, że raz, nie, systematycznie. Znaczy się, redaktor miał to w dupie. Raz mógł puścić, ale wszędzie?
A co to ja jestem wróżka Sylwia i muszę wiedzieć, że silnik ma moc znamionową, nie zmianową?? Kurwa mać...
Więc cieszę się swoim małym szczęściem, dniami wolności, wszystko na swoim miejscu, nówka nieśmigana, a i ogórki, o które się obawiałam, że nie skisły, skisły koncertowo i  z małego słoiczka wyszła ogórkowa, że ojapierdolę i mlask :)
I dąbki już są na Bema, i się łamię.
Bo winobluszcz, który normalnie pod koniec września zaczyna opadać już żółknie i czerwienieje...
Jutro zatem tylko Manhattan i śliweczki, zaczynamy smażyć powidełka dla Barana, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy. Węgierki jeszcze nie te, ale spokojnie, powidełka wyjdą :D
Przestawiając pierdalnik na oknie, uświadomiłam sobie, że za niedługo znów sezon na palenie świeczuszek zawita, że dni już coraz krótsze, a noce zimniejsze, za co dzięki Bogu i partii... 28 w cieniu to nie jest źle, nawet dla takiego zimoluba jak ja...
W C&A widziałam dziś coś, co mi się strasznie spodobało, niedrogie nawet, ale...
Prześpię się ze ślimakami :)

środa, 19 sierpnia 2015

Sokół

wylądował, z przygodami, a jakże, inaczej nie byłby Sokołem.
Napsuwszy mi nerwów brakiem komunikacji, no ale w końcu to Pierworodny.
W momencie, gdy urwał się ślad po samolocie w okolicach Kostrzyna, okazało się, że wylądował.
Z godzinnym ponad opóźnieniem, ale jednak cały i zdrowy.
I do domu, kurde trafił. Sam.
Obiad nocny zjadł, mlaskając, bo dobry był, mimo że u rzeźnika zabrakło... mięsa :D  Stek z karkówki wyszedł mlask, a mizeria wprawiła go w błogostan. Bo to łatwy w obsłudze model.
Przy piwku pogawędziliśmy do później nocy. Od serca. To wciąż mój syn, chociaż coraz bardziej zakręcony życiowo. Dobry facet, szkoda tylko, że nie umie tego wyrazić. Czasem człowiek potrzebuje słów. A on ma bogate słownictwo, ale... Życie to nie jest reklama. Znający Go wiedzą, o czym mówię, Inżynier w takiej sytuacji wzdycha głęboko i mówi: mamo, ale to jest mój brat...
Na żywo to nie ten sam człowiek, co online... Może dlatego, że u mnie nie ma TV, w który można się gapić??
Miał dziś jechać do Synowej i dzieci, ale napisał, że zostanie jeszcze jeden dzień. Nie protestowała. Podziękowałam jej, ale zacięła się w milczeniu, więc nie wiem, czy to dobrze, czy źle...
Wstał rano i polazł ze mną do Castoramy, mam ją po drodze do pracy. Kupiłam kratkę na ścianę, co to ją wichura wypierdoliła, a dziecko, to niemyślące dziecko okazało się myślące i przemyciło w kieszeni... korek od wanny. Bo mój sparciał i woda ucieka. Jako że nie mam zwyczaju moczyć się godzinami, bo sucha jestem jak Sahara w porze bezdeszczowej, mi tam nic nie ucieka. Ale on lubi poleżeć, poczytać, godzinami. Zatem kratki i koreczki, i odprowadził mnie do pracy.
Tam była akcja, bo koło 14 okazało się, że temat miesiąca leży i kwiczy, a raczej usycha.
Boss akurat miał znakomity humor, więc akcja błysk i sytuacja ogarnięta, mimo SMS, że dziecko ma wiadomość dobrą i złą.
Zła: kratka nie pasuje.
Dobra: korek jest OK.
Ojapierdolę, myślałam że zła jest taka, że co najmniej pół ściany w łazience w powietrze wypierdolił...
Kazałam mu iść na lody i poczekać na mnie.
Ogarnęłam suszę i cała resztę migusiem i lecę do mojej ulubionej złotej rączki.
A ta kibluje na ławeczce i mówi, że obicie na drzwi zostawiła w piątce, gdzie polazł na lody. Mieliśmy je oddać w Castoramie. I przepraszał mnie tak, że zjebałam jak dzikiego psa, bo dawno już wyrosłam z rozpaczania nad stratami materialnymi. A to tylko 50 zł, które od dwóch lat w domu leży. Widać, że nie ma ze mną kontaktu, skoro sądzi, że będę za 50 zł płakała... Widocznie na potrzebującego trafiło :)
Oddajemy niepasujące kratki (Castorama jest the best, o nic nie pytają), kupujemy nowe i idziemy do domu.
Po drodze reklamuję PEKĘ na okaziciela. Kupiłam, bo edycja limitowana, ma wsiowe akcenty, a przydasię zawsze. Dla gości, którzy będą chcieli pomaszerować na ostry seks w wioskę, sami... W pracy, jak chciałam ją aktywować, okazało się, że PINA nie ma. Kombinowanie nie pomogło, z centrali nie odpisali. Pani w punkcie zakupu (po drodze do domu) zmieniła olaboga - numer i PIN. Powalczyłam w domu i mam. Jak coś, goście dostają 15 zł, numer i PIN i o dalsze jazdy niech się martwią sami :)
Pichcę dla Pierworodnego, a on montuje kratkę. Wyszła idealnie, ale... zostały ślady po taśmie klejącej (inna nie trzymała) i... po pisaku na suficie. Widać bez okularów... Dziecko wpada w histerię,  każę mu obiad zjeść. Piwo dostał za wyniesienie śmieci do śmietnika, a co, do tego służą dzieci. Kratki w kuchni już nie zamontował, nie starczyło mu entuzjazmu, a i mi nie chciało się dusić. Kratka w kuchni na razie się trzyma. Może next time go wykorzystam...
Na razie wykorzystuję Sikorę, która kupuje mi na alledrogo stópki do naklejania na ścianę, co chodziło za mną od chwili remontu. Teraz mam pretekst, bo zamaskują niedoróbki. Idiotka ze mnie, wciąż nie mogę opanować alledrogo, Nie chcę. Od tego mam Sikorę (nie bij, złotko :* ).
Pierworodny gra i pada na... nie memłon, me łoże.
Gra zawzięcie, wiem, że mu tego brakuje.
Za miesiąc Synowa wraca do pracy, a on będzie pracował i zajmował się MW i... Papryczkiem. Który jeszcze roku nie ma.
Mówi, że to pestka, dał radę z MW, to da i tak...
A mi matczyne serce pęka.
Ale wiem, że nie ma letko i nie mają innego wyjścia.
Życie to niejebajka, a On, mimo że taki jest, jest dzielnym facetem...
I co ja za to mogę, że mając ochotę wystrzelić Go na Księżyc, bo gada tak głośno jak potłuczony, co mnie wkurwia, będąc ostatnią łajzą, jest jednocześnie moim synem. Wymarzonym. Kochanym.
Udusiłabym, zabiła i każdy sąd by mnie uniewinnił.
No ale...
Są gorsi od niego, co nie??
I co ja będę dzieciom ojca zabierała??


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

W pocie czoła

pracuję, a tu mi wiadomość Hangouts wyskakuje: Przylatuję jutro o 16...
Nie ma takiego lotu, odpowiadam, rzucając się do sprawdzania.
Moje na wierzchu.
Dzięki mnie nie będzie kiblował dwie godziny dłużej na lotnisku.
Cały On.
Zostanie tylko na noc, bo nie mam opcji wzięcia urlopu na żądanie, nie nawykłam do robienia świństw. Mógłby zostać dzień dłużej, ale nie chce.
Dowiem się jutro, dlaczemu.
W najgorszym razie nakarmię go jajecznicą, bo... mięso dziś było tylko nieświeże jak wracałam.
Trudno.
Jestem kobietą pracującą.
Wstępniak i spis treści, które szły od piątku dotarły do mnie dziś, koło 15. Tyż piknie, długą drogę miały do przebycia.
A juterko tradycyjnie będzie się działo i w sumie nie wiadomo, kto będzie pierwszy w domu: On z lotniska czy ja... Biję się z myślami, jaka to wredna jestem, że nie odbieram. Ale nie wiem, czy zdążę, sił mi w tym upale nie starcza, On miasto zna... Wiem, odbierał mnie zawsze, ale nie miał wyjścia, nie dojechałabym do Niego. Kiedy ja, kurde, dorosnę??? Mało kopów w dupę dostałam???
Na ten mord padam żywcem, bo w nocy gościłam niezdecydowanego komara. Zamiast mnie użreć i iść pizdu opity moją błękitną krwią, siadał tak, że łaskotał mnie skrzydłami. Dlatego mam wszędzie sińce, bo gada upolować nie mogłam. I tak on skończył głodny, a ja niewyspana.
U mnie wciąż duchota, nawet sierpniowa noc nie odpuszcza.
Biję się z myślami.
Może uda mi się zabić bezboleśnie samą siebie??

niedziela, 16 sierpnia 2015

Pierdolę, nie robię

Wczoraj przez wioskę przetoczyła się zawierucha. Koło 19 zrobiło się ciemno i lunęła ściana wody. Akurat wieszałam pranie, więc w popłochu ściągałam je z powrotem, bo zalewało całą loggię. Potem pospadały doniczki z parapetu, ale że do loggi, a nie na łeb komuś, to dzięki niebiosom. Straty w kwiatkach znaczne, ale trudno. Dobrze, że nikogo nie zabiłam. I że zdążyłam dotrzeć do małego pokoju i zamknąć okno, w kuchni już trochę się nalało, ale tam kafelki, więc szkód nie było. Poodłączałam wszystko od sieci, bo nie było piorunów, ale tak, jakby ktoś włączał i wyłączał lampę. I światło w lampce myrgało, więc sobie rzekłam jak dziecku: Stara Jędzo, nie masz kasy na nowy sprzęt, więc chuchaj na zimne... Chuchnęłam, włączyłam lampkę i poczytałam gazetę. Jednak słowo drukowane ma tę wyższość nad techniką, że nawet przy świeczce jest... :) Rano w necie (szczęściara, mam prąd i mam neta) oglądałam apokalipsę i ojapierdolę...
Poobserwowałam też sąsiedni blok, zastanawiając się, jak bardzo trzeba być lekkomyślnym albo pijanym, żeby mieć otwarte na oścież okno. Firanka wdzięcznie okręcała się wkoło ramy, jak tancerka na rurze. Wyrazy współczucia dla sąsiadów z dołu. Zabiłabym takiego gnoja, choć mam mieszkanie ubezpieczone... Przestałam obserwować blok, jak sąsiedzi dwa piętra wyżej zaczęli uprawiać seks przy otwartej kurtynie, tj. bez zasłon i z włączonym światłem. Wzrok mam marny, ale okulary dobre. Myślałam, że takie rzeczy to tylko w kinie, ale nie, coś jest w tych opowiastkach, że niektórzy kupują lornetki. Zapisać zatem w kajeciku: łazimy na golaska tylko za szczelnie zamkniętymi roletkami :) Bo czasem się nie przejmuję, ale też światła nigdy wtedy nie palę. Nawet po pijaku :)
Właśnie brzęknęło i kolejny SMS z CZK. Centrum Zarządzania Kryzysowego dba, aby nam się Stara Jędza nie utopiła, nie umarnęła i takie tam.
Od 14 spodziewane kolejne burze.
A na razie upał jest ojapierdolę, po sprzątnięciu balkonu ledwo zipałam.
A jeszcze wczoraj kratkę wentylacyjną od wiatru wywaliło mi w kiblu. Bo ten majster złota rączka kupił ją na oko i "potem coś wymyślił". Przyczepił ją na silikon, no i pierdut... Najpierw mi gównem zawoniało, co czasem sie zdarza, a potem co ja paczę? Kratka dynda na słowo honoru. Jako że to była cała operacja logistyczna: zdejmowanie kwiatów z drabinki wśród potoków wody i wichury, wtaszczanie drabinki do łazienki (jak wzrost dawali, też stałam w kolejce po rozum), drapanie się na drabinkę, dobrze, że trzeźwa byłam, i... przyklejanie kratki taśmą klejącą. Dziś już powoli odpada, ale... Nie umiem posługiwać się pistoletem, boję się wysokości i kurde, nie chcę, żeby mnie z podłogi zeskrobywali. Czyli mieszkanko zaczyna się powoli po remoncie sypać...
C'est la vie...
Może... Może Pierworodny wleci. Mówił, że da znać, bo planuje 18, ale da znać. Jest 16, a żadnego znaku na niebie i ziemi. Naprawiłby. Zgwałciłabym i zmusiła, dlaczego tylko Inżynier ma się poczuwać?? Khe??
A jak coś, pracuję z korkiem w dupie od jutra, a przecież chociaż chleba więcej muszę kupić.
Nic to, Michałku, suchy makaron będzie żarł, bo w dupie to mam...
Inżynier, idący dziś zaszaleć przesunął na wcześniejszą godzinę naszą cotygodniową pogawędkę.
Bo pamiętał, że ma matkę i matka ma wątrobę, i jak z niej nie wywali, to jej spuchnie... Można? Można... Trzeba chcieć. A mógł napisać, że dziś nie ma czasu. Albo zamilknąć.. Kij w oko Pierworodnemu, bo w dupę to by jeszcze przyjemność miał... :) Podpisano: Kochająca Mamusia :)
A co do tytułu. Mam wymówkę pogodową, bo wkurwia mnie praca. Zatem: pierdolę, nie robię.
Do tej chwili nie mam ani wstępniaka, ani spisu treści.
W czasie burzy pracowała nie będę.
Ile można pisać 1000 znaków?? Moja notka ma dotąd ponad 3 tys. znaków, a piszę ją może z 15 minut. Na luzie. Z piwkiem w kufelku...
Nie płaci mi nikt za moją rzetelną robotę. Za redagowanie. Za korektę. Powinnam - nieskromnie mówiąc, znam swoją wartość mieć jakieś 4 tysiące na rękę, jak nie więcej, za to, co co miesiąc odwalam. A nie mam nawet połowy. Więc sorry Winnetou... Prosili, żebym im zrobiła ten numer. Jestem pełna dobrych chęci, ale... Dlaczego mam być na baczność 24 godziny na dobę za nic?? Też chcę w niedzielę wypić zimne piwo i nie myśleć. To mój czas. Na niemyślenie, nieanalizowanie, na luz...
I tak dopisując do komentarza Mamy Klary. Jakbym była krawcową, nie zarobiłabym na sól do śledzia.
Jakbym była fryzjerką, zlinczowaliby mnie.
Nie ma musu wybierać zawodu, którego się nie lubi. Nie ma musu go wykonywać, skoro minęliśmy się z powołaniem.
Polonistki, puszczające nagminnie błędy ortograficzne.
Przedszkolanki z fochem w dupie, że nie nazywa się ich "nauczycielkami wychowania przedszkolnego" tylko przedszkolankami, nielubiące dzieci, które poszły na te studia tylko ze względów oczywistych: czas pracy i urlopy...
Redaktorzy, nieumiejący skleić trzech zdań... Dwa potrafią. Czasami :D
I nie chodzi o wykształcenie kierunkowe, bo najlepsza korektorka, jaką znam była z wykształcenia... filozofem.
Znam ogrodnika, który wszędzie, gdzie pracuje jest ceniony, a nie pracuje w swoim zawodzie.
Ja też nie pracuję w swoim zawodzie sensu stricte, bo z wykształcenia jestem bibliotekarzem.
Na zakręcie będąc, aplikowałam (hahahahahaha... aplikowałam) na sprzątaczkę w fitness klubie. Mi to rybka, dzieci musiałam wykarmić, to był priorytet. I nieszczęsna, napisałam w CV, że mam wykształcenie wyższe :) Rekrutujący powiedział mi prosto w oczy, że nie wątpi, że się sprawdzę, ale... mając takie wykształcenie nasieję mu fermentu w firmie... Jako sprzątaczka znalazłam pracę prywatnie, u pani, która była przedwojenną żoną urzędnika. Przez Syberię przeszła z dwójką małych dzieci. Do końca życia nie umiała nic ugotować, wodę na herbatę przypalała, Syberię przeżyła dzięki dobrym ludziom. W posttraumie syberyjskiej żyła do końca swych dni... Ciężki to był kawałek chleba, bo pani miała fobie, odchyły i inne takie tam. Ale pozwolił mi przetrwać złe chwile i wrócić do zawodu, który umożliwił mi wychowanie dzieci i wykopanie ich na swoje. Z fachem i umiejętnościami w ręku. Co robią ze swym życiem, to ich sprawa... Nie moja już bajka...
Się rozpisałam, a robota leży i kwiczy.
Zatem, do następnego napisania, Kochany Pamiętniczku.

PS Dla wtajemniczonych: poniekąd jestem wydłubką oczateczką, chociaż oczek nie wydłubuję.
Piękna nazwa, co nie?? A może omacnica prosowianka?? :)

PS II Kotecek w nocy dostał sraczki. Zdarza się. Pytanie za 100 groszy: kto chciał kotecki?? Kto sprząta bez szemrania?? :)
C'est la vie...


PS III Krowy się pierze. I wyżyma :) Anielka pozdrawia fundatorów :)


Prawie nówka nieśmigana, a już jej się zszarzało z powodu leżenia mi na wątrobie :)



piątek, 14 sierpnia 2015

Kretynka

to moje pierwsze imię, nie wiedzieć dlaczego nie wpisali mi do papierów.
Na te warzywka się zgodziłam, bo ja miękkie serce mam, a kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę.
No niby cały miesiąc robili, ale w sumie wyszło, że dwa dni.
Mi to rybka. Ja i w jeden mogę.
No i dziś pokiblowałam do 18.30, rzekłam zaś pas i au revoir.
Poszłam do domu.
Z ogródków zajeżdżało kiełbaską z grilla, na działkach baseniki, a ja zapierdalałam per pedes, zdychając (o tej porze jeszcze!!!) z gorąca, z perspektywą: tylko wstępniak i spis treści.
W domu byłam o 19.30, zjadłam chleba, bo gotować mi się już nic nie chciało i czekam.
I??
O 20.30 dostaję emilka z zapytaniem, czy wstępniak mogę przeczytać w niedzielę, bo Boss odrzucił.
Mogę, kurwa, czemu nie.
A spis zaraz będzie...
21.30.
Emilek.
Czy spis mogę też w niedzielę przeczytać, bo wciąż się robi.
Mogę, ale nie mogę odpisać, bo właśnie mi net padł.
Ale to ja, halo, Stara Jędza i net mam wszędzie.
Nawet w wiaderku.
Zatem wstępniak i spis w niedzielę. Odpisuję z ajfonika...
I po kiego chuja w niedzielę, jak do drukarni i tak pójdzie w poniedziałek??
W dupie to mam.
W niedzielę wieczorem zerknę na pocztę, będzie, to dobrze, to z palcem w dupie 15 minut pracy. Nie będzie, też dobrze, zrobię w poniedziałek. I nikt mi nic nie zrobi, bo NIE :)
A mogłam się tak pięknie ululać i zasnąć, bo na trzeźwo w tej duchocie się nie da.
Tyle mojego, że nogi mam jak dwa balerony, tak mi spuchły, bo w pracy niewiele łaziłam, bo wydruków było tylko parę, a i zaczepiać nie było kogo, bo moczyli hemoroidy, przeglądając strony.
A i emilek od Bossa przyszedł, że 4 września mamy balangę gdzieś za miastem, z noclegiem i będziemy się integrować.
To się integrujcie.
Lubię Was i to bardzo, ale jeszcze bardziej lubię swój dom, swoje łóżko, swoją wannę.
Nawet jak jest darmowe żarcie, picie i golf, mnie to nie przekona :)
Zresztą na początku września listem gończym po Polsce, co ja mówię, po Europie będą mnie szukać, jak coś.
Pierdolę.
Jestem aspołeczna :D
Jak, kurwa, można tak pierdolić??
Jak można nie mając talentu wybierać zawód z pisaniem?
Tego bez wódki nie razbieriosz, a wódki akurat nie mam...
Udanego weekendu...



czwartek, 13 sierpnia 2015

Prawo jazdy

zamarzyło mi się.
Seriously :)
A wszystko przez paskudnego Kierownika Budowy, który wczoraj wleciał do mnie do pracy (nie bezinteresownie) i do domu mnie zawiózł. Fuck!!! Samochodem do mojej chaupki, jak szlaban nie jest spuszczony jedzie się... minut 10. Słownie: dziesięć... Skrótem tajemnym, ale zawsze!!! Można tam też per pedes, czemu nie, ale... Z lewej mur wygłuszający, droga bez chodników, z prawej tory, wszędzie chwasty na metr i takie tam... Dwa samochody z trudem się mijają. Bez latarni, więc jak coś, to amerykański horror... Trzeba mieć samochód... Nie ma letko...
No i gawędzę sobie dziś z chłopcami od techniki, i mówię, że bałabym się tam chodzić, choć droga krótsza, bo gwałtu się nie boję, ale mam co innego do stracenia. A taki cwaniak z kieszeni wyciąga staruteńką Nokijkę i mówi: - Bo używa się normalnych telefonów, a nie tak jak pani... :)
No i...
A drugi: - Ale za to pani nas wszystkich pobije na zdrowie, a my co?? :)
I tak mi się posmęciło, ale rozeszło po kościach. Samochodu nie kupię, of course, bo na mechanika nie zarobię...
Dziś pracowałam jak ten mrówek, ale rano popadało i z tęczowym parasolem przeszłam dziewicza nówka nieśmigana i nietknięta, choć parę kropel na mnie poleciało, ale chociaż deszcz na mnie leci, co nie???
Pracowałam zatem w charakterze mrówka, przez 10 godzin wypiłam 2 herbaty i dziwiłam się, co mi tak słabo?? Ale że klimę miałam na full, o 17 zrobiło mi się... zimno w nóżki...
Hahahahahaha :)
 Nie miałam ani jednego emilka na poczcie, wszystkie wydruki rozniosłam, chłopcy od techniki cieszyli się razem ze mną, że już na nich  mordy nie drę, że wszystko poszło - wprawdzie o 16, a nie o 14 - do drukarni, ale poślizg nie był z mojej winy, bo ostatnie strony pisali po terminie, a jedna z notek miała tytuł: Mała notka, więc ją olałam, myśląc, że to ślepak :D Takie tam z życia redakcji :) 
A potem wyszłam na ulicę i było mi ciepło, jak przyjemnie... Do połowy drogi...
Bo uświadomiłam sobie rzecz straszną.
W sobotę nie ma Manhattanu.
W sobotę życia nie ma.
Bo jest Matki Boskiej Zielnej.
Już??
Kiedy?
Co? Jak??
Zatem wleciałam do Rossmanna, Biedronki, do rzeźnika, do apteki, do bankomatu potuptałam. Dobrze, że z wózeczkiem zapierdalam, przeżyłam.
Jutro rankiem oblecę Manhattan, tyle że badylków nie będę miała, bo w tym upale noszenie badyli w te i  z powrotem to wyrzucanie pieniędzy w błoto.
I z badylkami do przyszłego piątku się pożegnam, bo wtedy pójdę na Manhattan i zaszaleję.
Odliczam zatem dni do przyszłego piątku, a tak - nie daję się :D
W międzyczasie powinien zlądować Pierworodny, ale jak na razie nie ma prądu w kontakcie... Bo jemu się tak wydaje, że wleci do mamusi, a mamusia zatańczy, z podskokiem, z półobrotu, stare, grube cielsko rączo rzuci do kuchni i zachwyci się koniecznością szukania czegoś do żarcia. Choć Pierworodny łatwy w obsłudze, dać mu pomidory i sól, dołożyć iPada i nie ma chłopa... Może być też jakaś gazeta drukowana jak Pan Bóg przykazał, ewentualnie jakaś książka. Dobra, nie grzeszę narzekając, ten rosołu nie woła w upał, mleko tylko trzeba kupić, bo on mleko pije, nie piwo... :)
No nic, zobaczymy...
Na dłuższą metę nawet mogłabym się do tych upałów przyzwyczaić.
Najgorsze są noce...
Trzeba dużo pić :D

UPDATE

Matki Boskiej Zielnej jest do odebrania. Boss powiedział, jak komu pasuje.
I taka myśl: co zrobi, jak będę chciała odebrać w czwartek?
W czwartek zamykamy :D

wtorek, 11 sierpnia 2015

Godzina 20.28

Zaczynam pisać, na zewnątrz 30 stopni, w mieszkaniu 29.
Dostałam SMS ze sztabu kryzysowego, że idzie burza i ulewy, strony z  burzami też pokazywały, że idą.... Ale nie doszły.
Świeżuteńko prana kiecka śmierdzi już jak diabli, spływam potem.
Włosy mam mokre, jak po myciu.
Rano doszłam do pracy, kupiłam po drodze bilet na 2 tygodnie.
Po pracy ruszyłam zgodnie z planem na Głogowską, a tam niespodziewajka... Ulica bez cienia.
Więc nie było różnicy, czy tam, czy na piechotę starą trasą.
Przystanek tramwajowy.
Kilkanaście minut czekania na tramwaj. W środku piekarnik.
Przesiadka na autobus.
Znów kilkanaście minut, bo właśnie odjechał.
Do autobusu, teoretycznie klimatyzowanego "Przy pracującej klimatyzacji okna są zablokowane", z temperaturą może o stopień niższą jak na zewnątrz wsiada bezdomny.
Mało, że gorąco, to i wonieje.
Wysiadam przystanek wcześniej.
Jechałam dłużej, niż idę na piechotę o całe pół godziny!!!
Dotarłam do domu tak samo czerwona i zmęczona, a na dokładkę napierdalał mi łeb od smrodu w autobusie.
Trudno, będę łazić na piechotę, odżałuję te 23 złote za bilet.
Jak mam umrzeć, to na świeżym powietrzu.
Kolejne dwa tygodnie ma być tak jak jest.
Nie wiem, ile jeszcze zniosę.
Praca mnie nie męczy, mam w pokoju 19 stopni, dziś wyczyścili klimę, nikt z niej nie korzysta tylko ja, wszyscy śpią za biurkiem i boją się przeziębienia :)
Wczoraj dziękowałam niebiosom, że Inżynier już pojechał, poszłam spać bez niczego, a i tak noc była koszmarna.
A taka głupia cipa na FB pisze, że jest lato, to musi być ciepło.
No nic...
Wspominajcie mnie czule, albo wcale, siły już nie mam.
Po drodze

i


drzewa schną. Nic ich już nie uratuje :(

Taaa, jest lato, musi być ciepło.
A pyry zimą będą po 5 zł za kilo...
W cenie pomarańczy...
Ciekawe czy śpiewają już: od powietrza, ognia, głodu i wojny...
In vitro to mały pikuś przy suszy. Ale jest medialne, a susza nie...

niedziela, 9 sierpnia 2015

Znienacka

wrócił.
Miał wrócić po 20, ale wstali wcześnie i stwierdzili, że w tym upale nie chcą poprawin, ale chcą do domu.
W ogóle nie byłam nastawiona na obiad, bo mi pomidory starczą.
Zmuszona zostałam do gotowania rosołu, dobrze, że miałam zwłoki w zamrażalniku, ale musiałam wywlec dupsko po włoszczyznę do Lidla.
No nic, całe serce włożyłam w rosół, a że dostałam nitki rosołowe jak jedwab marki Sulima, cały wielki gar rosołu, który wciągam sama w tydzień poszedł... na raty, ale dziś.
Ojapierdolę, w ten upał. Nawet nie balowali w sensie picia weselnego za bardzo, bo... upał.
Inżynier wrócił nówka nieśmigana i odmówił piwa.
Chory, ani chybi...
Trudno. Zostało więcej dla mnie.
Bilety na święta dla mnie kupił. Niedrogo, mówi, 600 zł w obie strony z bagażem głównym, czyli dla niego nieco ponad 100 funtów, co jest dobrą ceną na okres świąt i na bagaż główny. I "prezencik" od Wizzaira, oprócz małego podręcznego (starczy, bo dużego nie udźwignę, żeby wsadzić do bagażnika) mogę mieć luzem np. aparat fotograficzny czy netbooka. Mała rzecz, a cieszy. Torebkę mam taką, że wejdzie cała elektronika, a nic więcej w podręcznym nie wiozę, bo po co?  I wypas, pierwszy raz w życiu mam priorytet i numerowane miejsce. Zaszalał, cieszy mnie, że dba o moje stare kości. Wylot o 6 rano znów, wrrrrrrr, ale za to przylot na memłon wieczorem, więc spokojnie nie będę zarywała kolejnej nocy. I co najlepsze, nie stracę ani jednego dnia urlopu :D Znów się Boss wścieknie, ale mi to rybka :D
Ponoć ranne wylotu mają plus niezaśmieconego samolotu. Zobaczmy.
I myśl, jak błyskawica, jak to, dopiero Gwiazdka była, a znów kolejna??

Tylko żal, że nie pojechałam do Sikory, bo dziś noc spadających gwiazd, ale nie dałabym rady w związku z wizytą Inżyniera, no i te upały. Nawet jeśli przetrwałabym podróż, to sama Sikora by się mną umęczyła, bo nawet najmniej śmierdzący gość jest zawsze dodatkowym utrapieniem. Może za rok wyjdzie.
I wciąż widzę te lecące w dół gwiazdy, które Sóweczkę przywiozły :)
Spełnienia marzeń najskrytszych życzę :D

sobota, 8 sierpnia 2015

Footloose

i...
Gadam z Sikorą, a ją zatkało, że nie znam.
Tak wyszło, ni huhu :)
Wersja 1. 1984. Rodzę Pierworodnego i nie w głowie mi żadne filmy.
Potem nawet jak mam już swój TV, bo długo nie mieliśmy i w końcu nawet odtwarzacz VHS, jakoś mi umknęło.
Dirty dancing, Grease, nie - a to tak.
Bywa.
Wczoraj odkryłam, bo Kevin Bacon w Guardians of the Galaxy.
Akcja wujek i ściągam obie wersje... Tę z roku rodzenia Inżyniera i tę z 2011...
Trudno mi ocenić, która lepsza, bawiłam się na obu doskonale... Wiem, moje gabaryty i te tańce...
Ale.
Młodość wróciła, jak ten moment, gdy oberwałam po pysku od Ojca, tańcząc na "dozwolonej" zabawie z moją ówczesną Wielką Miłością.
Bo nie było mnie w domu i nie szykowałam kolacji dla Pana i Władcy, który akuratnie pokłócił się ze swoją Żoną (nie że z moją Mamą)...
I ta noc, gdy tulił mnie i mówił, że nigdy nie pozwoli mnie skrzywdzić...
Nie pozwolił. Życie to nie je bajka.
Odszedł z mojego życia, dając mi do wyboru : studia albo ja...
Wybrałam studia. Bolało mnie długo.
Nie żałuję :D Choć czasami może???
Ale patrząc na chłopaków, nie :) Never... Zwłaszcza jak z Inżynierem polemizuję ;)

Polska nie Ameryka, ale patrząc obiektywnie, niewiele nas różniło.
Gdy byłam w maturalnej klasie, ukradziono w moim liceum dzienniki. Wszystkie.
Z powodu niewykrycia sprawców nałożono karę na cały powiat. Zero balang, zero imprez dla uczniów mojego liceum, zanim dzienniki się nie odnajdą... I sankcje dla łamiących zakaz... Zakaz przebywania na ulicach po 22... Patrole... I inne takie tam...
A to było w okolicach andrzejek.
W mojej wiosce coś się wygło i andrzejki były dzień wcześniej. W sobotę były, zamiast w niedzielę wg kalendarza...
Jedne z najlepszych, jakie miałam... :) Wciąż słyszę muzykę i widzę, jak tańczę...I to zwycięskie tango dla tej pani, co w poncho... I taniec z moim niedoszłym szwagrem... Szkoda, że niedoszłym i szkoda, że szwagrem... A co?? Ktoś wątpi, że umiem?? I że mam co wspominać??
A w same andrzejki najazd na wszystkie okoliczne imprezy i...Santa Madonna, działo się...
Więc obiektywnie patrząc, nasze życie, tu, w siermiężnym PRL niewiele różniło się od bujnego życia w USA :)
Mam piękne wspomnienia i wciąż marzę o zatańczeniu, mimo lat, mimo tuszy, mimo że nie za bardzo mam z kim...
I gdzie...
Życie nie składa się z oddychania...


PS Nigdy, poza WF w szkole nie nosiłam tenisówek ani trampek... I wolę tańczyć w sandałkach...

NIECH MNIE KTOŚ ZABIJE, ZANIM ZABIJĄ MNIE: TĘSKNOTA I WSPOMNIENIA...






Nie tylko

szyny się wygły, Inżynierowi też się wygło. Ciekawe, po kim On ma tak krzywo pod kapturkiem, że żaden walec nie wyrówna??
Piszę mu jak dziecku, po polsku, po angielsku, że ma groby ogarnąć, kwiatki, znicze i do widzenia ślepa Genia.
Cisza.
Polazł w samo południe, a jak wiadomo, tam patelnia, nie ma drzewka ani nic. No pewno wczoraj to szkło długo tłukli, jakiś taki zwyczaj z moich okolic ponoć, w co mu się wierzyć nie chce, bo jak żyję, a żyję długo, nie słyszałam :)
Napisał tylko, że jeszcze dycha i raport z hotelu zda. Mieli nie mieć wi-fi, ale albo mają, albo włączył angielski telefon.
I pięknie dokumentację before i after śle.
Ogarnął wszystkie cztery groby, domownikom odnowił litery, lekko zaoszczędziłam na tym ponad 100 zł...
Zrobione na tip-top.
I jeszcze na mnie pyskuje, że to też jego Umarlaki, a co.
I że Wujek F., choć przyszywany był najlepszym dziadkiem, jakiego pamięta.
I że grzecznie się prowadził, miał kapelusz, krem z filtrem 50 i wodę miał...
I że nie po to leciał 1600 km by pozamiatać.
Wyszczekany, jak nie moje dziecko :)
Kochany jest.
Cieszę się, że przebrnął przez to.
Jako że upały mają jeszcze trwać, nie wiem, kiedy bym Umarlaków ogarnęła, a już na pewno nie odnowiłabym liter.
Chciałam załadować PEKĘ na 2 tygodnie, bo można, a kosztuje mnie to 23,11, 2 tygodnie idealnie na jeżdżenie do pracy, potem znów per pedes, ale dziś mogłam naładować tylko na Manhattanie, a tam kobieta rozgarnięta jak kupa gnoju, więc nici z tego.
Zamiast tego kupiłam sobie za dychę

Fajny. Rozśmieszyła mnie kobieta sprzedająca kapelutki, bo twierdzi, że gumkę się pod brodę zakłada... Tja... Wyobrażacie sobie Elżunię z gumką pod brodą? Kobieta damy nie widziała :D Fakt, że bez gumki trudno nosić kapelutek, ale co tam. Damą będę :D
I zanabyłam, drogie jak cholera, 9,90 za kilo, ale co tam...
I to nie są kiwi, tylko tygrysie :D Były jeszcze ananasowe, ale takie miękkie, że nie wzięłam, bo bałam się, że do domu nie doniosę.

Footloose odkryłam, oglądnęłam z doskoku robiąc ogórki na zupę na zimę, zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo na razie dziwnie to wygląda, a Baran już sobie ostrzy zęby na nie :) A Footloose tak okrężną drogą, bo w Strażnikach Galaktyki, i jak to, nie znam?? Więc już znam :D A Strażnicy przecudni, bo I'm Groot :) I muzyka super, choć film, wiadomo... :)

Teraz Footloose remake i oby się ochłodziło, żebym mogła zasnąć. W mieszkaniu mam 28 stopni.
Rano wcześnie na balkonie w słońcu było 45, teraz w cieniu jest 38. W następnym wcieleniu chcę być kotem Inżyniera albo Murzynem... :)

piątek, 7 sierpnia 2015

Takiego

upału, Kochany Pamiętniczku, nie pamiętam ani ja, ani dinozaury.
Wczoraj posiedzieliśmy z Inżynierem do północy przy piwku. Kocham te nasze rozmowy, czuję się matką, potrzebną, że nic nie minęło, że procentują te dni, kiedy liczyli się oni, nie ja.
Wpadła też na chwilę Dziewczyna Inżyniera ze swoim Ojcem, bo dotąd nie znałam jej Rodziców, Mama wzięła i umarła zanim się poznałyśmy, więc chcieli zapobiec replayowi.
W przeciwieństwie do gburowatego ojca Synowej, gość jest całkiem spoko, i nie dlatego to mówię, że rączki całował, bo tego akurat nie cierpię, ale... Da się z nim pogadać i nie zachowuje się jak debil.
Więc OK.
Poszłam dziś później do pracy, ale tylko godzinę, co nikomu oprócz mnie nie zrobiło różnicy, bo... goręcej było.
Doszłam w charakterze buraka, znaczy się czerwona jak i on.
Koleżanka mnie opierdoliła i zabroniła wlec się z powrotem na piechotę, ale bo ja to kiedyś kogo posłuchałam?
Do domu dotarłam w charakterze pieczonego buraka i... Sama się przestraszyłam. Na szczęście ominął mnie udar, ale że upały mają trwać jeszcze tydzień i wciąż takie kurewskie, spasuję. Odrobina smrodu w klimatyzowanym autobusie mnie nie zabije, a upał może. Rzuciłam się do wanny i... udało się. Żyję :D
Trudno, nie mam już 20 lat i mam nadciśnienie. A droga jest bez cienia na większości odcinków, nawet picie nie pomaga.
Zatem do ochłodzenia odkładam łażenie na piechotę (co najwyżej załaduję PEKĘ), bo z kim biedny Baran będzie na Inżyniera weselu tańczył, jak kopyta wyciągnę?? Jestem jego ulubioną tancerką, zawsze mówił to Inżynierowi, a ten tylko głową kiwał ;)
Inżynier z Dziewczyną pojechali do K., jutro ma obrobić Umarlaków, a moje obawy zgasił, że to też jego Umrzyki i wolno mu.
Ano.
Pociąg miał spore spóźnienie, szyny się od upały wygły.
Wrócą w niedzielę, wieczorem, więc w poniedziałek też urwę  coś z godzin pracowych, dziury w moście nie będzie, Boss wraca, to będzie nasiadówka i pierdu-pierdu, a mam z czego urywać.
Dziecię wleci do Teścia przyszłego, na cmentarz do Teściowej niedoszłej, pewno go nakarmią i na lotnisko pojedzie, wracają jakimś nowym rejsem, późno, po 19. Life...
I tak, Kochany Pamiętniczku, plan minimum: rano polecieć po gazetę, bo żarcia mam po kokardkę i kucyki i przetrwać weekend.
Otworzyłam już balkon i okno, trochę przewiewu jest, ale temperatura skoczyła do 28. Trudno, zawsze mogę wejść do wanny zimnej wody, a po całym dniu siedzenia w zamknięciu brakuje mi tlenu.
Armageddon.
I chyba jednak wolę śniegową chlapę...

czwartek, 6 sierpnia 2015

Żeberka

się przypaliły i cały pogrzeb na nic.
No trudno...
Będę musiała z tym żyć :D

Jeszcze dziś doszłam do pracy i z powrotem. Jutro nie wiem jak będzie, ma być JESZCZE goręcej. Białko się zetnie i będzie po obiedzie...
Jak te żeberka...

środa, 5 sierpnia 2015

Pieprz

a sprawa polska.
Miałam ci ja już kilka młynków do pieprzu, najfajniejszy dostałam od Pierworodnego kiedyś, w komplecie z młynkiem do soli. Solny się trzyma, a pieprzowy trzasł...
Stare młynki stoją i pachną, a ja lubię świeżo mielony pieprz.
Zanabyłam zatem młynek za zawrotną kwotę 7.70 zyla, jak to poznański skąpiec.
Młynek wytrzymał tydzień, a ja, nieszczęsna, kwitek wywaliłam, wychodząc z założenia, że trochę pomieli.
No i zostałam z ręką w nocniku, bo w okolicy młynków niet. Znaczy się, sklepów z młynkiem niet.
Mniejsza z większym, będę kupować mielony pieprz i kląć.
A do rosołku i innych zup będę dalej garściami sypać kuleczki.
Kto u mnie jadł, wie... :)
 A przy okazji będę polować na młynek ;)
I tak w pracy sensację wzbudziła paczka od Postmana, leżąca na portierni, bo pokręcił wszystko co napisałam i zaadresował paczkę do koleżanki, która miała tylko telefon odebrać od kuriera. Przyszło 22 kilo ekologicznego żarcia, ojapierdolę. Powoli, wózeczkiem, przewiozę. No nic, taki model :D
W ten upał żeberka robię, bo sobie Inżynier zawinszował, a niech ma...
Nalatałam się dziś dodatkowo za zakupami, dobrze, że pracy nie było, to się urwałam i na spokojnie wszystko.
Ale nogi mnie bolą jak nie wiem co, wyciągam pedometr i patrzę: 19 tys. kroków dziś.
Jestem z siebie dumna.
W tym upale i nie padłam.
A po drodze taki kwiatek

Biedne pieski, kołtunik im tam robią :D
Ten, co to wymyślał, nie wie chyba, co znaczy słowo kołtun. Bywa.

Kierownik Budowy dziewczynkę będzie miał, zadowolony jak nie wiem co, bo chciał, ale napisał mi też, że i chłopca uznałby za swojego :) Ci mężczyźni i ich zachcianki :) Poród planowany na 22 grudnia, zobaczymy, jak wyjdzie.
I tyle nowinek na dziś, Kochany Pamiętniczku, lecę ślady libacji i kochanków usuwać, wszak Inżynier musi myśleć, że matka się wzorowo prowadzi. A co, niech myśli... :)

wtorek, 4 sierpnia 2015

Na stosie

powinnam zostać spalona. Ewentualnie w przepaść rzucona. Toporem ścięta i cholera jeszcze wie co.
Upały jakie są, każdy widzi i czuje.
No a ja mam wdrukowane na drugie: martwić się.
Toteż martwię się na zapas, bo Inżynier, jak znam życie, nie posłucha. Na cmentarz pójdzie, kapelutka nie założy, a i w garniturze dzielnie pobieży.
A wiem, że nie lubi upałów tak jak ja.
No i piszę, dziecko drogie, weź chociaż koszulę z krótkim rękawem. Bo tu w domu ma wypasioną, bawełnianą, cud, miód i syrop klonowy, ale... grubą. Tak na zimę...
Nic.
Więc piszę do Dziewczyny, że tu puszcza Sahara i że koszula z krótkim rękawem, no i żeby ona też coś lżejszego wzięła niż miała na ślubie Kierownika Budowy, bo się ugotuje.
Dla mnie dziwne było, że na ślub szła w czarnej sukience, bo mnie uczono, że czarne nie na ślub, ale teraz takie czasy, mała czarna ładna, w końcu każdy nosi, co lubi.
Bo ja, Kochany Pamiętniczku, tępa jestem jak żyletka Polsilvera.
Okazało się, że Inżynierowi powie, ale nie wie, czy Inżynier nie zapomni spakować takiej koszuli.
Git, majonez, ja bym sama spakowała Eksowi, ale co tam.
Not my circus, not my monkeys...
I że ona sobie nie kupiła czarnej sukienki, bo jej do twarzy w tym.
Że nawet najgorszy upał w niej zniesie, bo to o uczucia rodziny pogrążonej w żałobie chodzi.
WTF???
I piorun jebnął.
No tak, zmarła jej mama na wiosnę.
Ale...
Wiem, dziwna jestem. Nigdy nie nosiłam żałoby, nawet po Mamie. Opaska na rękawie, później w klapie. Dla mnie żałoba jest do dziś, w sercu, nie na tapecie.
Manifestować swoją żałobę na cudzym ślubie?
Po kija?
No i foch jak chuj, chuj bombki strzelił i świąt nie będzie.
Przeprosiłam, nie chciałam zranić jej uczuć, nic jej nie mówiłam w kontekście noszenia - nienoszenia żałoby, pasowania - niepasowania czarnego, myślałam tylko o kurewskim upale.
Nic. Foch.
I Inżynier też się fochnął.
To ja wysiadam, bawcie się sami.
Chore to dla mnie i tyle.
Wiem, wredna jestem.
Ale nie będę przepraszać wciąż, że żyję, bo mam, kurwa dość.
W niedzielę Pierworodny się odezwał, jak gdyby nic.
Tym razem gadając ze mną nie gapił się w TV, ale grał.
I niezbyt przytomnie odpowiadał.
Mam jechać na chrzciny. Odmówiłam, napisałam też Synowej, dlaczego nie przyjadę.
Jednak najazd mnie nie ominie.
Życie.
I jeszcze mi tekstem rzucił, że on do mnie nic nie ma, że jest wszystko OK, po prostu ja mam swoje życie i on się do niego nie miesza.
WTF??
Jak się nie miesza, to po jaką cholerę zwalają mi się co jakiś czas, a i ochotę mają na dłuższe pobyty tu?? Skoro mam swoje życie, to po co mi je rozwalają?
Czy ja je wybierałam? Nie, dostosowałam swoje życie do ich marzeń. To absolutnie nie był mój wybór, po prostu zaakceptowałam bez protestów ich drogę i ich wybory.
Pierdolę, idę się pochlastać.
Wolno mi.

Z lipca też jestem dumna.
A resztę pierdolę.
I tak zawsze jestem ta najgorsza, co wszystkim źle życzy i nikogo nie rozumie.
Niech i tak będzie.

Mała Wiedźminka idzie od razu do II klasy. Tak sobie myślę, po kim to wredne dziecię ma taki rozumek, no po kim? Hmmm... Ani chybi po rodzicach :D 

sobota, 1 sierpnia 2015

Chwile

są piękne.
Taka prawda.
Zmarzłam dziś w nocy, ale przeszczęśliwa byłam, że czuję chłód, że można zmarznąć. Ot, takie zboczenie :) A jaka satysfakcja, jak coraz szczelniej zawijałam się w cieniutką kordełkę, a do płucek wpadało coraz zimniejsze powietrze. Nawet Anielka nie dała rady mnie ogrzać i tak ma być.
Zatem chłodek wywalił mnie rano z łóżka i chyżo poleciałam na Manhattan, po drodze focąc



... kotecka. Najpierw było widać zza krzaków tylko ogon, dumnie sterczący w górę, ale zanim wydobyłam ajfoniczka z kieszeni po ogonie nie było śladu, a kotecek... Ktoś widzi kotecka? Bo uważam, że idealnie komponuje się z okolicznymi drzewkami i trzeba mego sokolego oka, żeby zobaczyć kotecka ;)
Potem z lekka napsułam krwi Baranowi, ale udawał, że OK, i obśmiał, że mało pomidorków :) Mało, bo rozeszły się w okamgnieniu, a gros wykupiłam osobiście, jako że wczorajszą porcję zeżarłam z apetytem, obficie posypując różową solą himalajską, na kolację, prawie kilo zniknęło, bo są... no co tu dużo mówić, pyszne :P A miało mi starczyć do... wtorku :)

Pan hoduje je na razie eksperymentalnie, sondując popyt, ale jest nadzieja, że za rok będą, bo cieszą się powodzeniem.
Są MLASK :D
I tak dogryzłszy Baranowi wróciłam do domu znów spłukana, bo jak gość ma mieczyki po złotówce, to jak nie kupić całego pęczka, sztuk 10???
Ta miłość do badyli kiedyś będzie mi gwoździem do trumny, ale co tam, raz się żyje, potem się straszy.
No i ogarnąwszy tę kuwetę poleciałam pod Pręgierz, nie że biczować mnie miano, ale kumpela kazała mi się tam stawić.
Oczywiście, nie stawiłam się tam.
Raz, że w samo południe w wakacyjną sobotę to tam szpilki wetknąć nie można, dwa, że słońce niemiłosiernie paliło pod pręgierzem, a trzy, że turyści, KURDE, palą!!!! Namiętnie i nagminnie. Zatem wyniosłam się w boczną uliczkę, wiedziałam, że ona tradycyjnie spóźniona poleci nią z wywieszonym ozorem, ale przedtem złapałam dla Zmorki personalnie

jej ukochane koziołki... I jak wleci do mnie w sezonie, jak straszy, będzie miała z nimi fotkę. Chętnie pozują...
Nie wzięłam aparatu, więc zdjątka tylko z telefonu i byle jakie, bo jak już dorwałam kumpelę, nie zamykały nam się buzie i wiele rzeczy nam umknęło, a jak zwykle na Starym Rynku działo się.
Bamberskie święto dziś było i urocze bamberki w swych cudnych strojach masowo maszerowały po rynku...



budząc moją zazdrość. W mojej rodzinnej miejscowości słowo "bamber" było obraźliwe i lekceważące. Mój ojciec, gdy chciał kogoś zdyskredytować mówił o nim z lekceważeniem "bo to taki bamber jest". Było to określenie bogatego rolnika. Ojciec był dzieckiem chłopa folwarcznego i "gardził" bambrami. Myślę, że po prostu im zazdrościł. Bo bambrzy, jako tacy, jako przybysze z Niemiec, z okolic Bambergu zapisali się w wielkopolskiej i poznańskiej historii nie tylko jako bogaci osadnicy, ale i pracowici. Dla mnie to słowo jest neutralne, dla mojego ojca było obelga. No cóż, tempora mutantur et nos mutamur in illis.... :)
I inne dziwadła też łaziły, ale że tłok był niesamowity, nie wiedziałam, czy słuchać kumpeli, czy pilnować torebki, czy cykać fotki, więc
 tylko dziurę na środku Starówki sfociłam, ponoć dokopali się tam starożytnego kibelka i znaleźli w nim  kilka cudów wianków (hahahaha, a długo chorowałam na archeologię)...
 ... i jest w orkiestrach dętych jakaś siła....
 ... jak tak pięknie sunęli na to bamberskie święto...
... i różne cudaki łaziły, szacun dla ciężko pracujących, wyskoczyłabym po paru minutach z takiego kombinezonu z wielkim wrzaskiem :)
A tak byłyśmy na lodach, na piwku w Brovarii i jesteśmy umówione w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale zawsze :)
I dostałam od niej krem, że ojapierdolę. Nienawidzę smarowania się, a skóra ze mnie złazi płatami, a krem, który mi sprezentowała wchłania się błyskawicznie, nawilża, nie tłuści, no i młyn na wodę dla Postmana - nie ma parabenów.
Dla mnie ważne, że nie jest tłusty.
Uwielbiam tłuszcz w jedzeniu, nienawidzę na skórze...
I tak miło minęła mi sobota, planowałam jutro samotną wędrówkę z aparatem na Stary Rynek, ale...
Jako że wracam do pracy, już jutro wracają upały...
Więc, Kochany Pamiętniczku, legnę na fotelu, ciągnąc zalecaną przez Inżyniera listę dzieł Marvela...
Aby do jesieni, co nie?? ;)