wtorek, 31 lipca 2018

Wszystkiemu

winne Radio Pogoda, Kochany Pamiętniczku!
Przez to cholerne radio jestem zajechana gorzej jak koń po westernie.
Jak wiadomo, panują u nas zabójcze temperatury. W południe w cieniu u mnie było 33 stopnie, a w słońcu to już rano nie dawało się żyć.
Od tego siedzenia w chałupie to mi się odciski na dupie porobiły i oślepłam od gapienia się w kompika.
Widziałam już wszystkie seriale na tym świecie i już mam dość.
A burzy ani deszczu jak nie było, tak nie ma.
Postanowiłam więc sprawdzić, czy mam tę moooooooc. Wciąż.
No i dupa.
Nie mam mocy, burza ani deszcze nie zbliżyły się nawet na granice mojego województwa, a co dopiero mówić o mojej wiosce.
A umyłam pięknie wszystkie okna, normalnie to wieczorem lałoby jak z cebra, a tu dupa.
Wściekłam się.
I żeby kogoś nie zabić wpadłam na pomysł, żeby sobie troszkę przemeblować, bo dlaczemu nie? :)
Okna otwarte na przestrzał, wiaterek hulał i miło było mimo upału. A radio grało wszystko, co memu sercu miłe i szkoda było to wyłączać :D
Wciągnęłam więc pół arbuza, nawet nie całą połówkę i tadam...
Rzadko kiedy mam tak szeroko otwarte okna :)

Mały wycinek bajzlu...

Półeczki przeniesione już z małego pokoju do przedpokoju. W pokoju nikt nie widział książek, a teraz zaraz po wejściu do mieszkania widać moje kochania. W pokoju zrobiło się luźniej, ale został do zagospodarowania kąt. Brakuje tam jakiegoś regału. Ale za to jest tyle miejsca, że zmieszczą się we czwórkę goście. Nawet z łóżkiem turystycznym, więc duży pokój będzie pokojem i koniec, i kropka :)


 Wchodzących do mieszkania wita miły widok. Jeszcze jedna półka jest wolna, tę skrzynkę można wywalić gdziekolwiek. Obiekt do ogarnięcia :D
 A półeczka odbijająca się w szafie daje wrażenie, że jest więcej książek, jeszcze więcej książek, żyć, nie umierać :D
I mam filmów tyle, że nie oglądnę do końca życia, no chyba, że będę żyła do setki :P Zatem pisiory je...chane mogą torrenty odcinać, wrócę do klasyki.
Jeżu kolczasty, nie ma kosteczki, która by mnie nie bolała.
W międzyczasie sprzątając rozmawiałam z Synowymi. Inżynierowa zapytała, czy półki są przymocowane do ściany. Odrzekłam,  że nie, więc się fochnęła, że Alienek na wszystko włazi no i dwa koty... Odrzekłam, że kotów nie mam, a Alienka trzeba po prostu pilnować. Za chwilę odzywa się druga i mówi, że ona będzie się też o swoich wariatów martwiła...
Inżynierowa zreflektowała się i rzekła, że ona by takiej nie postawiła, ale wolność Tomku w swoim domku.
Ano, wolność :)
Półki są stabilne i nie chwieją się, nawet jak je próbuję poruszyć, a dziecko nie musi wszędzie włazić.
Poza tym to ja tu mieszkam i to ja mam się tu czuć dobrze. Skoro woli siedzieć w swoim rodzinnym domu - wolna droga. Nie będę meblowała mieszkania pod kątem parodniowej wizyty dwa razy w roku.
I nie, nie kupię Kindla, bo nie. Mam inne plany :P

A warzywka jeszcze nie zapłaciły, szok, bo zawsze płaciły z wyprzedzeniem. Nie, żebym tej kasy potrzebowała na gwałt, ale business is business, sorry Winnteou. Naczelna pisała, że nikt jeszcze nie dostał. Może zwalić to na sezon urlopowo-ogórkowy?


niedziela, 29 lipca 2018

Zaćmienie


Księżyca i koniunkcja z Marsem dupy nie urwało, Kochany Pamiętniczku.
Latałam jak kot bez pęcherza, rozbierałam się i ubierałam na przemian, ale...
Jak na złość tego dnia na niebie przeważały chmury.
I owszem, gołym okiem widziałam co nieco, łącznie z Marsem, zwłaszcza że przypomniałam sobie, że w iPhone mam aplikację do obserwacji nieba. Tak że nawet nielicznie prześwitujące przez chmury gwiazdy mogłam spokojnie zidentyfikować (tak, tak, stara a głupia, do tego służy aplikacja) :)
Ale robienie zdjęć to już inna bajka, raz, żeby ustawić aparat na statywie musiałabym się położyć na ziemi na brzuchu (lepsze jak film z Chaplinem), dwa, że aparat mam jaki mam :) Mówi się trudno.
Komary żarły jak opętane, zasnąć nie mogę, tak jestem pożarta, a bąble wielkie jak Wezuwiusz.
Ojapierdolę.
Pełno ludzi się przechadzało, gapiąc się w niebo i pstrykając z czego się dało i nie dało.
I aż mi wnętrzności skręciło, że nie mam nikogo, z kim mogłabym wieczorem połazić, bo tak na serio, sama mam stracha. Boję się i już.
I błogosławię moja zasieki z komarzyc, albowiem w mieszkaniu komara nie uświadczysz, a już wiem, że za oknem czyhają dzikie hordy spragnione mojej krwi. Nie mam żadnych moskitier.
Nie mam się co chwalić fotkami zaćmienia, więc sobie odpuszczę.
Ale...
Piękny jest mój Heimat, nieprawdaż?

 (Bez bicia przyznaję, trochę grzebałam, ale tylko trochę ) :)




 Kukurydzę i...
... słoneczniki też mamy :) U nas wszystko jest :P





 Moja latarnia morska :) Tu wracam na autopilocie :))


Prawda, że piękny jest mój Heimat?

piątek, 27 lipca 2018

Nie będę

narzekała na upały, Kochany Pamiętniczku, bo szkoda palców. One będą tak długo, jak mają być. Trzeba je po prostu przeżyć. Ale trzeba też przyjąć do wiadomości, że lepiej nie będzie. I tak już do końca tego żywota. Nie przeraża mnie praca, przeraża mnie myśl, ile jeszcze wytrzymam. Bo fizycznie w takim gorącu jestem do niczego, staram się jak najmniej ruszać, na kijki nawet nie spoglądam, a to się odbija na mojej kondycji. Fatalnie, niestety. Nawet zwykłe, cotygodniowe sprzątanie jest wyzwaniem. Okien nie myłam od dawna i jakoś się na to nie zanosi. No ale non stop mam spuszczone roletki, więc mnie nawet to tak bardzo nie drażni.
Dni mi się kompletnie pomerdały, taka jestem bezkalendarzowa. A ponieważ odwołali mi czwartkową pracę, po namyśle napisałam, że dam im więcej czasu i przyjdę w poniedziałek. Byli chętni, a jakże. To znaczy, że są w czarnej dupie z robotą. Dla mnie to nie dziwota i nic nowego. Ale zrobiłam sobie gospodarczy czwartek i dziś czuję się, jakby była sobota. Dobrze mówiła babcia: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, będziesz miała więcej wolnego.
No i mam.
Zniesmaczona i zniechęcona jestem tym, co się wyrabia. I nie, nie chodzę na demonstracje, bo nie ma w nich NIC konstruktywnego. Te same hasła, te same slogany, a dalej wielkie NIC. Gdy wybuchała Solidarność, były strajki. Coś się działo. A tak - postoją, pokrzyczą, kulsony trochę narozrabiają i wielkie NIC z tego. Rozchodzą się do domu i dalej jest syf. Skoro tyle dni strajku niepełnosprawnych nic nie dało, to co komu takie demonstracje? Władza ma je w dupie.
Tak na początku myślałam, że wojsko ruszy, ale i wojsko normalnie rozmontowali na czynniki pierwsze.
A ludzie? Są zadowoleni z 500+, z kolejnej Biedronki, z byle gówna. Koło mnie otwarto outlet Biedronki i przez pierwsze dni dantejskie sceny były. Ulica zakorkowana, autobusy przejechać nie mogły, TIR-y nie mogły się dostać do magazynów, a po chodniku ciągnęły pielgrzymki, jak do Częstochowy. Poszłam po tygodniu do tego outletu, a jakże. Było pustawo, a sam outlet wyglądał, jakby piorun w rabarbar strzelił. Sterty wymieszanego ze sobą badziewia, co z tego, że  niedrogo? Co mi z miksera, który kosztuje grosze, ale padnie po dwóch tygodniach? Babcia uczyła: kupuj drogo, boś biedna i tego się trzymam.
Z kimkolwiek nie rozmawiam, mówi, że "peło" też kradło. Nie zaprzeczam, każdy i żłoba chce się napchać, takie prawo bycia u żłoba. Tyle, że "peło" kradło w białych rękawiczkach i ukradkiem, a ci kradną łomem, na chama, niczym się nie krepując.
To mnie też nie pociesza w tych codziennych troskach i kombinowaniu.
Alienek i pozostałe łobuzy rosną zdrowo. Mała Wiedźma skończyła właśnie 8 lat, moje kochane dawny E. Wedel :) Papryczek wciąż jeszcze z gołym siusiakiem lata wszędzie, ale mam nadzieję, że z tego wyrośnie. Alienek chodzi już, broi aż miło, gada "mami, daddy i puppy".  Mami to wiadomo, daddy mówi na kotki. Inżynier chciał, żeby pierwszym jego słowem było "kotek" i w rezultacie na koty woła daddy :) A pupy to oczywiście piesek, bo on po matce taki zwierzątkowaty. I o ile tamta dwójka nawet nie raczy podejść do Skype'a, żeby bąknąć dzień dobry, to Alienek na dźwięk mojego głosu leci do laptopa i zaczyna grać na wardze "brum, brum".  A potem stuka łapką w otwartą buźkę "aaaa". Za trzecim takim powitaniem Synowa stwierdziła, że on tylko mnie tak wita. Więc oczywiste jest, że rozmawiamy jak czekista z czekistą i kojarzy babcię, chociaż taki rozkojarzony łobuz jest.
Jestem już całkowicie oswojona z babciowaniem i śmiać mi się chce, że tak przeżywałam osiem lat temu, jakby mi się świat skończył, no bo jak to, ja taka młoda, a tu babcia? :) Jaka ja byłam śmieszna.
A na spacerze taka chmurka... Prawda, że wygląda jak mała owieczka? :)

 W windzie świeci zero. Winda stoi na parterze. Na wyświetlaczu "jedynka', jakby winda była na 1. piętrze. Chwilę później jechałam ze śmieciami, gdyby nie to, że zdjęcie nie kłamie, podejrzewałabym siebie o to, co najczęściej mnie dręczy - że zmysły tracę :)
Nie zażywałam ziela, ale myślę, że do tego wesołego się nie umywa. A i hula hop też smaczne. Ale musiałabym się w tym upale wlec do Lidla, a aż tak mnie nie suszy :p Dawno mi już żadne piwo nie smakowało tak, jak te dwa wynalazki z małych browarów. Trudno, lenia mam.
Ciekawi mnie, czy uda mi się dziś zobaczyć to epokowe zaćmienie Księżyca.
Choć przecież wiadomo, że Ziemia jest płaska :P
I proszę mnie nie przekonywać, że jest inaczej i nie pytać, czy żartuję.
To jedno pozostanie moją tajemnicą do końca :D

środa, 25 lipca 2018

Jak zły

szeląg, wróciłam, Kochany Pamiętniczku.
Dziękuję wszystkim za troskę i... aż mi wstyd, że tyle osób się o mnie martwiło.
Nic złego się nie działo, po prostu Stara Jędza and Shadow czasem muszą iść w krainę zapomnienia i niepamięci.
Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Tak więc czerwiec i lipiec minął pracowicie, oczywiście podbijając mi nerwy na granice wytrzymałości.
Wymusiłam wreszcie rozmowę o tę nową gazetkę, ale pan naczelny nosem kręcił na moją stawkę. No cóż, słowo się rzekło, kobyłka u płota, powiedziałam, że w żadne dyskusje się nie wdaję, a jazda pod włos, że wicie, rozumiecie, że firma, że sranie w banie nie działa na mnie. Absolutnie. Ten numer zrobię, bo obiecałam, ale jak nie dostanę tyle, ile chcę, to następnego, niestety, nie będzie.
Zobaczymy zatem po sierpniowej wypłacie. Bo pierwsze artykuły, jakie dostałam, o kant dupy można potłuc. Żywcem tłumaczone z niemieckiego, a z tłumacza taki profesjonalista, jak z koziej dupy motyka. Więc, sorry Batory, nie korekcę, a redaguję, do tego latając jak kot bez pęcherza, bo chodzą kwiatki, których nie widzi nawet autor. No ale on nie widzi różnych zapisów, a i ja po ośmiu latach pracy z tym tematem stoję czasem nad słówkami jak żona Lota :)
Więc jak najbardziej zasługuję na kwotę, którą sobie zawinszowałam, a nawet rzekłabym, że śpiewam za mało. Do tego dyspozycyjność - miałam iść jutro, a dziś SMS, że w piątek. Więc nagle hyc mam zmieniać plany - to też kosztuje. To mój czas, moja wiedza i za to się płaci.
No nic, zobaczymy.
W międzyczasie wleciałam do WBK i po akcji jak w amerykańskim filmie, łaskawie podano mi stan konta Eksa.
Zostało na nim kilkanaście tysięcy. Z chaty wartej ponad milion. Znając sytuację, w której był, choćby się zesrał, nie był w stanie takiej kwoty przez te lata wydać. A chodził bez grosza i wpadał do mnie po kasę na papierosy. Chłopcy przyjadą w sierpniu, wtedy zażyczymy sobie wyciąg z konta. Nie, żeby cokolwiek robić, nie po prostu chcemy wiedzieć, na ile go okradli.
Bo już po otwarciu testamentu teścia była opcja: trzeba zrobić wszystko, żeby Stara Jędza (wówczas jeszcze młoda i piękna, a co) nic nie dostała. Cytat ze szwagra opiekuna.
Zapomniał, że jakkolwiek głucha jestem, doskonale czytam z ust... :)
No i postawili na swoim. Nieważne.
PKO też odwiedziłam z książeczką mieszkaniową. Za pełen wkład sprzed lat kwota z premią gwarancyjną dupy nie urywa, ale to już coś. Co ja przy tym przeszłam papierków i podpisywania, tłumaczenia, że nie chcę likwidować książeczki, ale chcę wiedzieć, jaka kwota, w międzyczasie okazało się, że za wykupienie mieszkania mam premię, ale... muszę to załatwić w ciągu 90 dni, potem przepada... Rzutem na taśmę chłopcy przylecą w przeddzień, scedują książeczkę na mnie, no i znów moje latanie.
Do cesji potrzebne są trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Dokumenty mają być te same, co w akcie notarialnym, a nie będą, bo Pierworodny był na tymczasowym paszporcie, dowodu nie miał, Inżynier zaś był na starym dowodzie, który w międzyczasie stracił ważność, a na dociepkę spisując moje dane znaleźli na moim koncie w PKO (a jakże, po likwidacji książeczek mieszkaniowych chłopców mam konto w PKO) inny dowód niż ten, którym się legitymuję obecnie.
Jprdl...
WObec tego muszę mieć akty urodzenia synów, dobrze, że mojego nie chcieli, bo mój z K.
Jak żyć, jak żyć i jak nie paść w tym upale?
Na dokładkę z wydziału finansowego pisma nie ma już drugi miesiąc, więc ja cała w strachu, że z mieszkaniem nie wszystko OK do końca, bo nie wzięłam potwierdzenia o zgłoszeniu, bo padłam od upału...
I tak przeżywam jak mrówka okres.
W poniedziałek wzięłam się do kupki i sprawdzam godziny otwarcia wydziału finansowego i co ja paczę? Wydział mam pod chaupką, rzut beretem, za płotem. Więc w te pędy tam lecę, aż mi się ręce trzęsły tak, że nie mogłam dowodu wyciągnąć z  portfela. Pierdzistołkowa - o dziwo - milusia - obśmiała się jak norka i rzecze, że oni w finansowym obecnie przerabiają zgłoszenia z kwietnia, więc mam siedzieć na dupie (tłustej, kubańskiej) i nie robić scen. Rację miała biurwa ze spółdzielni, że państwo się zawsze po pieniądze zgłosi, nie ma zmiłuj.
I tak mi dni spokojnie mijały, a biedny Shadow w tym upale latał i latał ze mną, wierny, nie da się ukryć.
No i życie mija, nie ja...


 
Lampion od Zmorki pięknie świeci, wygląda jak Księżyc w pełni.
Robale wszędzie mnie tropią :)
Na balkonie zamieszkał ze mną przepiękny pajączek, Franuś. Niestety, po dwóch dniach zmiotła go burza. A pajęczynka była dziełem sztuki. Smutno mi bez niego.
Barańczuka odkryłam przypadkiem, szukając WBK. WBK się nieźle zamelinował. Piękne są murale w mojej wiosce.
I takie dwie kiecki sobie kupiłam zamiast "tego łacha". Ten łach ma już ponad 20 lat i sypać się zaczął, Nie do wiary, że się w nie lekko mieszczę, ale farbują niemiłosiernie i muszę je w rękach prać :D Ale w te upały ratują mi życie w domu :)
A w loggii dżungla, może dlatego ugrzęzłam na dłużej? Nawet w akwarium komarzyce rosną jak głupie. Za to wszystkie turki i werbeny zeżarły mi przędziorki jebane. Nigdy więcej kwiatów, li i jedynie komarzyce i winobluszcz :)
Pomidorek niepokalanie poczęty. Nie podlewałam woda po parzeniu pomidorów, ale wyrósł. Dopiero kwitnie, czy coś z niego będzie - nie wiem. Ale rośnie...

Na samym końcu nowy winobluszcz. Z tyci, tyci zaschniętej sadzonki z Biedronki. Wywaliłabym stary, ale raz, że weteran, dwa, że nie mam jak go odczepić od siatki, a nie ma kto siatki wymienić. Kwadratura koła. Najwyżej na wiosnę kupię nową, wielką donicę i spadnę do sąsiada. Z przytupem i półobrotem.

A na straganach już dynie. Dynie w lipcu? Ojapierdolę.

Zatem jeszcze raz dziękuję tym, co się martwili i... do napisania.
Będę pisać.
Obiecuję :D