szeląg, wróciłam, Kochany Pamiętniczku.
Dziękuję wszystkim za troskę i... aż mi wstyd, że tyle osób się o mnie martwiło.
Nic złego się nie działo, po prostu Stara Jędza and Shadow czasem muszą iść w krainę zapomnienia i niepamięci.
Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Tak więc czerwiec i lipiec minął pracowicie, oczywiście podbijając mi nerwy na granice wytrzymałości.
Wymusiłam wreszcie rozmowę o tę nową gazetkę, ale pan naczelny nosem kręcił na moją stawkę. No cóż, słowo się rzekło, kobyłka u płota, powiedziałam, że w żadne dyskusje się nie wdaję, a jazda pod włos, że wicie, rozumiecie, że firma, że sranie w banie nie działa na mnie. Absolutnie. Ten numer zrobię, bo obiecałam, ale jak nie dostanę tyle, ile chcę, to następnego, niestety, nie będzie.
Zobaczymy zatem po sierpniowej wypłacie. Bo pierwsze artykuły, jakie dostałam, o kant dupy można potłuc. Żywcem tłumaczone z niemieckiego, a z tłumacza taki profesjonalista, jak z koziej dupy motyka. Więc, sorry Batory, nie korekcę, a redaguję, do tego latając jak kot bez pęcherza, bo chodzą kwiatki, których nie widzi nawet autor. No ale on nie widzi różnych zapisów, a i ja po ośmiu latach pracy z tym tematem stoję czasem nad słówkami jak żona Lota :)
Więc jak najbardziej zasługuję na kwotę, którą sobie zawinszowałam, a nawet rzekłabym, że śpiewam za mało. Do tego dyspozycyjność - miałam iść jutro, a dziś SMS, że w piątek. Więc nagle hyc mam zmieniać plany - to też kosztuje. To mój czas, moja wiedza i za to się płaci.
No nic, zobaczymy.
W międzyczasie wleciałam do WBK i po akcji jak w amerykańskim filmie, łaskawie podano mi stan konta Eksa.
Zostało na nim kilkanaście tysięcy. Z chaty wartej ponad milion. Znając sytuację, w której był, choćby się zesrał, nie był w stanie takiej kwoty przez te lata wydać. A chodził bez grosza i wpadał do mnie po kasę na papierosy. Chłopcy przyjadą w sierpniu, wtedy zażyczymy sobie wyciąg z konta. Nie, żeby cokolwiek robić, nie po prostu chcemy wiedzieć, na ile go okradli.
Bo już po otwarciu testamentu teścia była opcja: trzeba zrobić wszystko, żeby Stara Jędza (wówczas jeszcze młoda i piękna, a co) nic nie dostała. Cytat ze szwagra opiekuna.
Zapomniał, że jakkolwiek głucha jestem, doskonale czytam z ust... :)
No i postawili na swoim. Nieważne.
PKO też odwiedziłam z książeczką mieszkaniową. Za pełen wkład sprzed lat kwota z premią gwarancyjną dupy nie urywa, ale to już coś. Co ja przy tym przeszłam papierków i podpisywania, tłumaczenia, że nie chcę likwidować książeczki, ale chcę wiedzieć, jaka kwota, w międzyczasie okazało się, że za wykupienie mieszkania mam premię, ale... muszę to załatwić w ciągu 90 dni, potem przepada... Rzutem na taśmę chłopcy przylecą w przeddzień, scedują książeczkę na mnie, no i znów moje latanie.
Do cesji potrzebne są trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Dokumenty mają być te same, co w akcie notarialnym, a nie będą, bo Pierworodny był na tymczasowym paszporcie, dowodu nie miał, Inżynier zaś był na starym dowodzie, który w międzyczasie stracił ważność, a na dociepkę spisując moje dane znaleźli na moim koncie w PKO (a jakże, po likwidacji książeczek mieszkaniowych chłopców mam konto w PKO) inny dowód niż ten, którym się legitymuję obecnie.
Jprdl...
WObec tego muszę mieć akty urodzenia synów, dobrze, że mojego nie chcieli, bo mój z K.
Jak żyć, jak żyć i jak nie paść w tym upale?
Na dokładkę z wydziału finansowego pisma nie ma już drugi miesiąc, więc ja cała w strachu, że z mieszkaniem nie wszystko OK do końca, bo nie wzięłam potwierdzenia o zgłoszeniu, bo padłam od upału...
I tak przeżywam jak mrówka okres.
W poniedziałek wzięłam się do kupki i sprawdzam godziny otwarcia wydziału finansowego i co ja paczę? Wydział mam pod chaupką, rzut beretem, za płotem. Więc w te pędy tam lecę, aż mi się ręce trzęsły tak, że nie mogłam dowodu wyciągnąć z portfela. Pierdzistołkowa - o dziwo - milusia - obśmiała się jak norka i rzecze, że oni w finansowym obecnie przerabiają zgłoszenia z kwietnia, więc mam siedzieć na dupie (tłustej, kubańskiej) i nie robić scen. Rację miała biurwa ze spółdzielni, że państwo się zawsze po pieniądze zgłosi, nie ma zmiłuj.
I tak mi dni spokojnie mijały, a biedny Shadow w tym upale latał i latał ze mną, wierny, nie da się ukryć.
No i życie mija, nie ja...
Lampion od Zmorki pięknie świeci, wygląda jak Księżyc w pełni.
 |
| Robale wszędzie mnie tropią :) |
 |
| Na balkonie zamieszkał ze mną przepiękny pajączek, Franuś. Niestety, po dwóch dniach zmiotła go burza. A pajęczynka była dziełem sztuki. Smutno mi bez niego. |
 |
| Barańczuka odkryłam przypadkiem, szukając WBK. WBK się nieźle zamelinował. Piękne są murale w mojej wiosce. |
 |
| I takie dwie kiecki sobie kupiłam zamiast "tego łacha". Ten łach ma już ponad 20 lat i sypać się zaczął, Nie do wiary, że się w nie lekko mieszczę, ale farbują niemiłosiernie i muszę je w rękach prać :D Ale w te upały ratują mi życie w domu :) |
 |
| A w loggii dżungla, może dlatego ugrzęzłam na dłużej? Nawet w akwarium komarzyce rosną jak głupie. Za to wszystkie turki i werbeny zeżarły mi przędziorki jebane. Nigdy więcej kwiatów, li i jedynie komarzyce i winobluszcz :) |
 |
| Pomidorek niepokalanie poczęty. Nie podlewałam woda po parzeniu pomidorów, ale wyrósł. Dopiero kwitnie, czy coś z niego będzie - nie wiem. Ale rośnie... |
Na samym końcu nowy winobluszcz. Z tyci, tyci zaschniętej sadzonki z Biedronki. Wywaliłabym stary, ale raz, że weteran, dwa, że nie mam jak go odczepić od siatki, a nie ma kto siatki wymienić. Kwadratura koła. Najwyżej na wiosnę kupię nową, wielką donicę i spadnę do sąsiada. Z przytupem i półobrotem.
A na straganach już dynie. Dynie w lipcu? Ojapierdolę.
Zatem jeszcze raz dziękuję tym, co się martwili i... do napisania.
Będę pisać.
Obiecuję :D