sobota, 29 czerwca 2013

Dylemat

Ojapierdolę...
Zalatany Kierownik Budowy (KB dalej zwany) znów mnie dziś do Leroya przewlókł i jeszcze o Castoramę zahaczyliśmy, ale Praktikerowi i innym marketom powiedziałam stanowcze nie. Ceny różnią się minimalnie, a ja nie zwariowałam, żeby tracić czas jeżdżąc od marketu do marketu.
A w Leroyu niespodziewajka. Inny pan powiedział mi, że płytki położyc mogę (tym razem miałam pana dla siebie, bo przedtem wyrwałam go z rąk macających jak przekupy kury klientów), co najwyżej mi się napisy zetrą. A KB mówi: to wymienisz płytkę... Ale... może już takich płytek nie być.
I... W przedpokoju chcę panele i waham się :)






czy



to za 39 zł...


A do kuchni chcę płytki i znów nie mogę się zdecydować:







czy




Kolory ścian też jeszcze nie wybrałam, ale... Majster upiera się na dekoral, a ja chcę dulux. KB w Leroy męczy personel i wyszło na moje . Dulux. Taki kupimy, ale wybiorę z gotowców, nie chcę mieszania... I będą to pastele, owocowe, łagodne...


Jutro zgram zdjęcia z pola bitwy, bo mam w aparacie i nie chce mi się szukać kabelka.
Dzieje się... :)
Rewanżuję się sąsiadowi dzięciołowi (mam takiego) z procentem :)

A dziś na Manhattanie po raz kolejny  natknęłam się na żebrzącego mężczyznę w moich okolicach wiekowych, Kiedyś przeczytałam, co napisał na kartce i ojapierdolę, taka lista chorób, że NFZ by zbankrutował. Stara Jędza na zdrowie nie narzeka, choć nadwaga przeszkadza jej czasem, ale wierzcie mi, jakem zdrowa jak rydz, nie wytrzymałabym w tej pozycji (siedzenie po turecku ze zwieszoną głową) dłużej jak 5 minut. A facet siedzi i animrumra, a na liście nieszczęść ma i chorobę zwyrodnieniową kręgosłupa i dyskopatię i inne cuda wianki. Jak to możliwe?? Z jednej strony jestem zła na siebie, że jestem zdrowa, stara i piękna, że mam kasę (choć ciężko na nią pracuję całe życie), że nie muszę żebrać, a z drugiej coś mnie wstrzymuje od rzucenia tych dwóch złotych. Mam kamienne serce?? Jestem już na maksa niewrażliwa??
I biję się też z myślami, bo nie poczęstowałam wczoraj niczym Majstra, oczywiście, oprócz picia. Dziś przyszedł z własnym jedzeniem. Rozumiem, że pracuje, ale... Zapłacę niemało, więcej jak sama zarabiam, a jedzenie tez kosztuje. I... Jak idę do pracy, a nigdy nie wiem, na ile godzin, nikt się nie martwi, czy mam co jeść czy nie. Wiem, kiedyś się karmiło robotników, ale dziś rozmawiałam z KB i mówi, że w budowlance zastój, że fajnie, że Majster ma u mnie robotę... A alimenty i inne nieszczęścia, o których lubi gadac w przerwach na kawę, a pije jej tyle, że w tydzień pójdzie więcej, niż ja przez 2 miesiące wypiję, to jego życiowy wybór. Moim zdaniem. Zresztą, nie jem mięsa. bo mam fazę. Więc?? Że żona go nie rozumie i jest podła suka??  Że musi ZUS płacić??
Moim wyborem było wychowanie chłopaków bez alimentów. Dla świętego spokoju... Też płacę ZUS. Nawet jeśli ręcami mojego pracodawcy.  O tyle mam niższą pensję, ile idzie na ZUS.

Naprawdę mam aż tak kamienne serce??

Idę się pochlastać, niezła suka ze mnie...









piątek, 28 czerwca 2013

Masakra

Zaczęło się masakrą i jak tak dalej pójdzie, padnę, a nie skończę remontu... Nie będę nic pisała, bo zaraz w kosmos wylecę.
Facet, który to robi, też ma niedosłuch. Pal diabli, do malowania słuch niepotrzebny. Ale uczepił się mnie, że dlaczego nie rozmawiam przez telefon i inne cuda wianki...  Jak tak dalej jego praca pójdzie, to ja się zabiję. Ma wypróżniony cały pokój, a narzędzia trzyma w moim. Jak sama robiłam remont miałam to na tyle ogarnięte, że nie było rozpiździelu wszędzie. A teraz widzę, że nie będzie to Armageddon, ale coś gorszego.
Ojaciepierdolę...
Wiedziałam, nie remontować.
Nie chcę żyć.
Chcę umrzeć...
Szybko i bezboleśnie... :(
Niech mi ktoś pomoże...

I takie cudne kafelki były, chcę je na podłogę, czarne do przedpokoju, beżowe do kuchni... I dupa. Kafelków z napisami nie można na podłogę :(










Nie bawię się, idę do mojej piaskownicy :(

czwartek, 27 czerwca 2013

Cztery...

Odliczam. W sobotę mają przywieźć narzędzia, dziś pracowicie opróżniałam mały pokój, udało mi się wszystko upchnąć w dużym, dzięki kartonom, co mi je dobra dusza pożyczyła :) Nawet wielkiego bałaganu nie ma, a i miejsce jest, więc nieźle.
Pod wieczór ma wpaść Kierownik Budowy i wywiozą szafy na złom, a maszyny do szycia zabiorą na przechowanie. Powoli dojrzewam do sprzedania maszyny, bo w sumie na co mi ona?? Szyć i tak nie będę. A rupieć stoi. Mam dwie, bo jedna to Eksowa jest, ale skoro jej nie zabiera, to mogę wypieprzyć co nie?? Moja po Cioci, ale do grobu jej nie wezmę, a nie mam cierpliwości kurzy ścierać z nóżek. W antykwariacie taka maszyna kosztuje 100 zł. Nie chodzi mi o kasę, ale... dojrzewam do minimalizmu. Jak wypróżniałam szafy, to wyciągałam serwisy, zdekompletowane, bo tak naprawdę nie mam ich gdzie trzymać i zawsze się coś stłukło. I na co mi te skorupy?? Stały na półce nieruszane od ostatniego remontu. Więc może pora je też do antykwariatu?? Skoro do niczego nie służą?? Człowiek obrasta i zarasta niepotrzebnie zupełnie. Sztućców mam chyba z 5 kompletów, a jeden już do UK zawiozłam, jak nie dwa, nawet nie pamiętam. Książek nie umiem się pozbyć, ale... Widokówki. Nie zbieram ich, a mam całą masę. I na cholerę mi to?? I jakieś antyczne lunety, przybory geodezyjne... Wątpię czy chłopcy to zabiorą kiedyś, bo tego nawet wywieźć z kraju nie wolno. Dla kolekcjonera gratka, dla mnie - ciekawostka. Nie mam pałacu, żeby to eksponować, leży w szafie i kurzem zarasta.

I stare aparaty fotograficzne, Eks był maniakiem. Wziąć ich nie weźmie, a mnie telepie, mam swoje zabawki i odkąd odkryłam cyfrówki nie będę się bawić w wywoływanie filmów, to nie moja bajka. Eks wywoływał, a ja miałam ścianę w łazience jak osraną od odczynników. Nie mieliśmy wtedy jeszcze kafelków, olejna tak reagowała, a on oczywiście zawsze musiał nachlapać...
Sama nie wiem.
Wywalam z rozpędu, a potem będę żałować??
Nigdy więcej remontu i takich dylematów ;)

środa, 26 czerwca 2013

Sąd sądem

ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie :)

Sądziła ta sama sędzia, co ostatnio, więc nie wiem, dlaczego od razu za pierwszym zamachem mnie nie przesłuchała do końca. Bo sprowadziło się to do przesłuchania mnie, czyli pozwanej. Adwokatka zadała mi tylko jedno pytanie. Adwokata SKOK-u nie było w ogóle. Najpierw mnie nerw zeżarł, bo mecenas się spóźniła, ale rozprawa też była opóźniona więc zdążyłam.
Sędzia wypytała mnie co i jak, ale to nie amerykański film i kasa nie taka, że za nią zabić warto, więc wystarczyły moje zeznania. Inna para kaloszy, że głupia cipa, jak zawsze mówiłam prawdę. I tak jak do potwierdzenia zameldowania, co potwierdzała pieczątka urzędowa z dowodu nie wystarczyła pieczątka, konieczny był świadek, tak teraz wystarczyło moje zeznanie. Jako że wróciły dramatyczne momenty, w tym ciężka choroba Inżyniera, siła łzy wstrzymywałam w czasie zeznań.
Potem kazali nam wyjść.
Potem wrócić.
Wracamy, a sędzia nawija i nawija, aż straciłam wątek (zupełnie jak na kazaniu w kościele) i już nie wiedziałam, czy ja jestem pozwana czy powódka  czy coś innego, a jak do tego doszła jeszcze sprawiedliwość społeczna i  inne cuda wianki, i to, że sędzia zasadniczo nie zgadza się z wyrokiem SN w podobnej sprawie (a wyrok był taki na moją korzyść) to wychodząc nie wiedziałam, co jest grane... A pani sędzia: resztę pani objaśni adwokat...
I dopiero adwokat jak krowie na rowie w pokrzywach wyjaśniła mi, że sąd sądem ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie... Nieprawomocnym wyrokiem (nieprawomocnym, bo SKOK ma prawo się odwołać, choc pani mecenas twierdzi, że nawet jak to zrobią, to im to nic nie da) wygrałam i nie muszę (teoretycznie, na razie) nic SKOK-owi płacić.

Ojapierdolę, ten huk, to był kamolek z mojego serca spadnięty :D :) :)

Wszystkim kciukotrzymaczom serdecznie dziękuje uradowana Stara Jędza :)

Sądny dzień

jest dziś.
Dosłownie.
Spałam spokojnie, nic mi się nie śniło, nie męczyły mnie ani koszmary, ani prorocze sny.
Bez wspomagaczy farmakologicznych i procentowych.
Po prostu - zasnęłam i obudziłam się o 7.
Pada tak, jakby niebiosa użalały się nade mną. A ja??
Cieszę się, że to dziś. Mam skurczony żołądek, ale bez przesady. Skończy się coś, co zatruwa moje życie od 2 lat. Nieważne jak, ważne, że dziś spadnie miecz Damoklesa na moją głowę i przestanę się podniecać tym, co będzie. Będzie, co ma być. Wyjdę z tego z tarczą lub na tarczy, ale wolna. Lżejsza o kilka tysięcy, ale to tylko pieniądze - rzecz nabyta i do nabycia.
Nie stracę żadnego człowieka, a to się liczy.
Zatem... do następnego napisania :)

wtorek, 25 czerwca 2013

Czystkę

zrobiłam, jak nie przymierzając faszystka jakaś... Wreszcie zabrałam się za wywalanie ciuchów i choć płakałam, wywalałam bezlitośnie wszystko. Lepsze rzeczy zostawiłam (nie do wiary, że mieściłam się jeszcze niedawno w 38!!!!!), sweterki piękne, że płakać się chciało, ale co tam. Kupię sobie nowe jak coś. Najbardziej bolało mnie serce, jak wywalałam rzeczy chłopców, bo z każdą z nich jakieś wspomnienie się wiązało, wspólna wyprawa do sklepu, knajpka... Ale co tam, fajne rzeczy, niech ktoś jeszcze je ponosi, bo dam koleżance, ona zawiezie do sierocińca. Nazbierało się tego tyle, że taksówkę muszę wziąć, albo ze 3 razy jechać, więc odpuszczę, wezmę taksówkę, a co. I tym sposobem, zostawiwszy tylko to, co faktycznie noszę zmieściłam się w jednej małej szafie, razem z "przydasiami" chłopców, które ocalały, bo to spodnie na po domu i piżamy (czasem noszą, rzadko, ale noszą) i zapasowe gatki bądź zostawione skarpetki. No fakt, żadne cuda wianki, kiedyś w takiej szafie mieściliśmy się we czworo, ale... To było dawno temu i nieprawda. Została jedna, ukochana sukienka (jak znajdę zeskanowaną fotkę, a gdzieś na którymś dysku mam to wrzucę). I... znalazłam dydkoświch i z niedowierzaniem patrzyłam (push up był), że to MÓJ :) Nie tylko dupa mi urosła, cycki też, ale i tak dalej mam małe. Wtedy z mikroskopem było ich szukać :)
I tym sposobem pozbyłam się





Cztery takie wory poszły do kontenera na przeróbkę, a

to pojedzie do domu dziecka :) Samych dżinsów 8 par i to markowych, niezniszczonych, póki miałam małą dupę to rzadko, bo rzadko, ale pozwalałam sobie na wranglery i inne levisy... Teraz już nie :)

A w takiej starej torebce znalazłam stary niezapisany kalendarz z 1993 roku, a w nim jakieś notki na karteczkach teściowej mojej ręką zrobione, coś jej załatwiałam. Przekartkowałam kalendarz, odłożyłam na biurko. Później chciałam go do makulatury, ale coś mnie męczyło, przekartkowałam jeszcze raz i tadam... Zostałam milionerką :) Niech żyją porządki... :)

Całego dolara znalazłam :)


A jutro rozprawa, o dobre fluidy proszę...

A potem będę musiała z tym żyć...




Czary mary

Wszyscy się denerwują pogodą, a ja działam systematycznie.
W maju lało. I co?? Kupiłam sobie tęczowy parasol i przeszło jak ręką odjął.
Przyszły upały. No super. Ale że nie przepadam za nimi, to co ja robię??
Zrobiłam wczoraj wieczorem chłodnik litewski, żeby się dziś ochłodzić. Wyszedł oszałamiająco przepyszny,
Dziś rano budzę się i myślę, o, młoda pora, szaro jeszcze... A była już 8 ;) Wstaję i co ja paczę?? Za oknem piękna polska jesień.
Piździ, leje i zimno.
Wiedziałam, co robię warząc chlodnik. Dziś muszę do niego jajeczek nagotować, żeby się nie zamrozić na śmierć.
Ale w lodówce mam 1,5 kg truskawek, chłodnik, jajka, chleb upiekę. Pomidorki są, kiszone ogóraski też, lody mam.
Żeby odczynić musiałabym ugotować grochówkę, ale mi się nie chce grochówki.
Zatem pada deszcz...
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno,
jęk szklany, płacz szklany i szyby w mgle mokną... :)

Jest cudnie :)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Wariuję

Na środku pustego pokoju, na zakurzonym lenteksie kałuża wody. Nic nie cieknie, nic się nie miało prawa tam wylać, kwiatów do podlewania brak. Pustynia. Kałuża wody jest faktem, po jej wytarciu zostało wklęsnięcie w lenteksie.

Zwierzę żadne nie mogło się dostać, bo jak??

Ze szpary w złączu lenteksu też wydobywała się woda. Oderwałam. Jest wilgoć.

Nie piłam nic przez cały tydzień, w sensie że %, więc skąd ja wodę mam??


Boję się, że tracę zmysły :(







Ta nitka wystająca ze szpary, jak ją  pokręcę w palcach, jest mokra :( Nie ma tam żadnych rur, a kaloryfer zarośnięty kurzem jeszcze po okniarzach :(

niedziela, 23 czerwca 2013

Budzę się

rankiem, a tu ciemno. Zasłony zaciągnięte, ale i tak za ciemno. Ki diabeł?? Zwlekam szlachetne zwłoki z wyrka, a tu za oknem niespodziewajka - deszcz pada. Jako że głucha jestem, to i krople bębniące o parapet mnie nie obudziły. Ale fajny dziś dzień, popadało, poburzyło się i tadam again popadało, poburzyło, i tadam...
A ja??? Odkryłam



Od wczoraj przeleciałam cały sezon 1., do 2. są już dwa odcinki, a wciąga, jak chodzenie po bagnach :) I moja słabiutka znajomość angielskiego okazała się wystarczająca do obejrzenia odcinka bez napisów polskich jeszcze. Pękłam z dumy i z zadowolenia, a teraz muszę czekać, bo... kolejnego odcinka jeszcze nie ma.
Magiczny świat lat 50., jak dla mnie, 1959 rok - rok urodzin mojego brata. U nas siermiężnie, a tam - wypas... TV już była i jakież całkiem inne życie. Wiem, wiem, że to kapitalizm dziki, jak u nas teraz, ale... Aż się wierzyć nie chce, że tam jeździły wtedy limuzyny wypasione, a u nas przez wioskę jak jeden samochód na tydzień przejechał to było wielkie halo... Pierwsza syrenka pojawiła się gdzieś koło 1965 r., bo kilka lat później jechałam nią do szpitala na operację... I telefon na każdym rogu, w każdym domu. Moja Mama zmarła, bo za późno przyjechało pogotowie, a żeby je wezwać musiałam polecieć na posterunek (10 minut kurcgalopkiem), a zanim przez telefon na korbkę połączyli się ze szpitalem i zanim karetka dojechała te 14 km w jedną stronę, była już musztarda po obiedzie. A to były już lata 70.!!! Nie ma co nawet porównywać światów, teraz wszystko się bardziej wyrównało wizualnie, bo w rzeczywistości nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to są dwa różne byty. Teoretycznie mam takie same szanse, praktycznie dzieli je przepaść. Mam komputer, ajfonika, mieszkanie, pracę, głodna nie chodzę. Ale też na taki dom opieki nigdy nie będzie mnie stać, a już na pewno nie na prywatnego pielęgniarza. Oczywiście, że pokojówki nie miały tam tak dobrze, ale... Na pewno miały i mają szersze perspektywy, jak my tu.  No nic, po prostu urodziłam się w złym miejscu i w złym czasie.
Ale miło oderwać się od skrzeczącej rzeczywistości i przejść w bajkowy świat lat 50., najlepszych lat na ziemi, te talie osy, suknie, rękawiczki noszone na co dzień (nie wyobrażam sobie noszenia rękawiczek w te upały), hula hop (to akurat do mojej wioski dotarło, miałam hula hop, drewniany, ale miałam), i Frank Sinatra i jego niezapomniane przeboje, Armstrong, Nat King Cole i w ogóle. Brak komórek, komputerów i czas wolniej płynący. Ludzie rozmawiający ze sobą. Realnie, nie wirtualnie. Cuba libre i...  Wiem, nasrane mam w tym łysym łbie, ale co ja za to mogę, że mnie to kręci??

Wczoraj Kolega Inżyniera wleciał z Wujkiem Fachowcem, zeskrobali ściany tu i ówdzie, omówiliśmy strategię działania i jak dobrze pójdzie po 1 lipca zaczynamy. Wiedziałam, że się przeciągnie, ale nawet się nie nerwuję, bo po kiego grzyba??? Co ma być, będzie, a czy wcześniej, czy później, nie ma znaczenia. Okazuje się, że panele będziemy kłaść na lenteksie, bo jest w dobrym stanie, zatem unikniemy częściowo wielkiej tragedii, jaką jest zrywanie tego i kucie podłogi. Tyż piknie. I taniej będzie :)
A kibelek poczeka aż Kolega będzie miał czas. Nic groźnego się nie dzieje, mam zakręcać i odkręcać. Upierdliwe to, ale da się z tym żyć. I już wiem, jak zdejmować pokrywę, ale grzebała nie będę, bo a nuż coś jeszcze bardziej spsuję??

Zatem niespsuwając nic idę szukać czegoś do oglądania, a jutro zaczynam akcję ewakuacja mienia i trzepanie szaf w małym pokoju, Plan strategiczny jest, na pierwszy ogień idzie mały pokój, potem przerzucamy graty z dużego do małego, a potem losujemy: kuchnia, łazienka czy przedpokój.
No i proszę (odpukać) jak szybko uwinęłam się z remontem ;) 

sobota, 22 czerwca 2013

Chcieliście

upałów, to je macie, skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie, pstrąg ;)
Musiałam przeprosić się z zasłonami, inaczej usmażyłabym się jak pstrąg na patelni, a okna mam od wschodu, żeby nie było :>
Siadła mi spłuczka, okazuje się, że taka zdolna jestem, że nawet pokrywy nie umiem zdjąć. Nic dziwnego, zawsze zajmowała się tym męska część rodziny i wyrzucali mnie z łazienki, nie myśląc perspektywicznie, tak jak moja Mama z kuchni. Mama kazała mi się "uczyć, na gotowanie masz czas", potem wzięła i zmarła, jak miałam 16 lat, a ja gotowałam jajko godzinę i dziwiłam się, że wciąż jest twarde... Internetu wtedy nie było... Chłopcy zaś wyrzucając mnie z łazienki nie wzięli poprawki na to, że mnie rzucą i zostanę sama, No i spłuczka słuczki modo cieknie i cieknie. Poprzednia była do pewnego momentu regulowana kręceniem tego naciskacza, ale Pierworodny ostatnio założył jakies gówno. Rachunku nie dał, pewno kupił najtańsze :( No wiec polazłam wczoraj ranem, zanim upał się rozhulał do spółdzielni, jako że zawsze był tam dyżurny kiblotłuk (z braku laku dobra i agrafka) i co ja paczę? Władzy nie ma, bo trzy biurwy pierdzistołkowe (czyli cały stan posiadania spółdzielni) siedzi w sekretariacie i kawkę popijając pierdzi w stołki. No to ja grzecznie: dzień doberek i użalam się nad spłuczką. Biurwa wyniosła, ta co papiórki mi z trudem dawała, z poświęceniem, spod serca wyrwane spojrzała na mnie żmijowym wzrokiem (wierzcie mi, aczkolwiek jestem rudą żmiją od urodzenia, mam przyjazny, słodki, miziający wzrok, prawie jak wszystkie koty tego świata) i rzecze w te słowa: hydraulik?? Jaki hydraulik. Od dawna już nie mamy hydraulika (nosz, kurwa, ciemna masa se mnie, nie wiedziałam, co jakiś czas widzę na uliczkach osiedla ekipkę w niebieskich ogrodniczkach z walizeczkami, też takie ogrodniczki i kaftanik, tudzież walizeczkę mam na stanie po Inżynierze, który jakieś tam warsztaty miał!!!)... Druga biurwa tłumaczy mi jak krowie na rowie w letni dzień, że to teraz prywatna ekipa, że pieniążków woła, że da mi telefon. No ojaciepierdolę. Paczę na nią, jak na raroga i mówię: to mnie nie urządza, bo ja nigdzie nie dzwonię. Wszystkie trzy oczy w słup: jak to nie?? A ja swobodnie: nie, bo jestem glucha, co widać... One wzdech, że nie, że jak to, a Pierdzistołkowa Żmijowata: a synowie nie mogą zadzwonić?? Tak, kurwa, będę pisać do UK, żeby zadzwonili do hydraulika. Wchodzi na scenę dozorca z osiedla, znam go z widzienia, pytam, czy luknie mi na te pieprzoną spłuczkę, a on na to, że się nie zna. Tak, dozorca się nie zna. Przecież bym mu zapłaciła!!! @@##$$%%^^^&&&****** Kiedyś takie drobne naprawy były nieodpłatne, teraz płacę na fundusz remontowy i to niemało, a w spółdzielni coraz to lepsze przekręry. Nie chcę zamawiać fachowca, bo jako że ja dupa jestem, a znajomego nie mam, to jak znam zycie, nawet jak będzie tylko uszczelka do wymienienia, wymieni mi wszystko i policzy jak za zboże!!!! Trzeba było uczyć się w budowlance, a nie na studia leźć...
Sikora już chciała z Sikorem jechać, ale w taki upał tyle kilosów, żeby luknąć do kibelka?? Bez przesadyzmu...
Na całe szczęście wpada dziś Inżyniera Kolega z Wujkiem i zajrzą do spłuczki. Przynajmnie będę wiedziećco się spsuło i nie zapłacę wg daty urodzenia... :) Złota rączka śpiewa sobie: 50 zł za godzinę plus dojazd plus materiały. Cieszcie się więc, posiadaczki domowych złotych rączek, bo inaczej można zbankrutować. Ja w porywach zarobiłam za godzinę 31 zł, i to była naprawdę ciężka praca, nie że 15 minut grzebania i 50 zł leci... Pora sobie chłopa przygruchać chyba...
Z samych napółkowych kurzołapów zebrało mi się 5 kartonów... A gdzie kolekcja naparstków i reszta. Ojapierdolę...  I... to jeszcze nie wszystko, torchę po kątach zostało, a wyrzuciłam też sporo, typu świeczuszki (wigilijna od 2000 roku się znalazła) i inne cuda wianki...






Czekałam wczoraj na lampiony, ale do nas znów nic nie leciało i na horyzoncie też nic nie bylo widac, więc poszłam spać i tyle mnie widzieli. Widać Kupała nie działa na mnie, a szkoda, bo może by się złota rączka przyplątała jakaś?? ;)

środa, 19 czerwca 2013

Wyobraźnia

Z Inżynierem dziś pogadałam, bo co mam go karać za to, że mam doła, a On jest szczęśliwy?? Więc gadu gadu, pierdu pierdu i... wlatuje temat Umarlaków. Chciałabym pojechać, czas jest, kaska jest, most otwarty, nie muszę jechać opłotkami. Zatem co stoi na przeszkodzie?? Ano... Upały. Gawędzimy i mówię: wiesz, padnę w takim upale szorując nagrobek i po kłopocie. A on na to: spod płyty wysunie się koścista rączka i wciągnie mamę do środka i faktycznie, po kłopocie. Niech mama jedzie.


Kochające mam dziecko, nieprawdaż?? :) Widzicie te scenę?? Bo ja tak, jest fantastyczna :) I pewno będzie to Mamina rączka, która od razu za parę rzeczy przyłoży mi po papie... Albo Cioci, bo Jej też podpadłam, choć może nie do końca. Paweł i Tato głosu nie mają, jak coś. Wykluczone...

Idę

rano do pracy, jak Kodeks pracy nakazuje i co ja paczę na pustym dziś podwórku?? Zabawiliśmy się chwilę w znajdź kotecka...





Po czym kotecek machnął ogonkiem i tyle go widzieli.

I tak od rana gram sobie w Angry Birds, inne kulki, nie że lubię, ale czekam, czekam i dupa mi od czekania rośnie, w międzyczasie tu poprawię, tam skrobnę, schodami w górę, schodami w dół, za pięć minut, za piętnaście, zaraz (taka mała bakteria) i tak się spokojnie kręci.
A na ścianie na klatce schodowej cały dzień bez ruchu siedział sobie taki robal. Akurat aparatu z makrem nie było, więc musiał mi ajfonik wystarczyć...
Pikny robal, nieprawdaż?? Ciem?? Kapciem. Darowałam mu życie, bo mnie nie gryzł ;)


W sumie nie było mi źle, bo wszędzie porno i duszno, a w moim pokoiku chłodek prawie jak z klimatyzacji, choć za oknem słońce napierdala i okno mam otwarte, ale co przyziemie, to przyziemie (niestety, za rok się pożegnamy :( ), i tak ładnie pięknie mijają chwile, leci czas, obiadek odgrzałam i zjadłam, z niedobitkami kolegów pogawędziłam i tadam... wybija magiczna godzina, kiedy już wszystko powinno być w drukarni, ale nie jest. Za oknem co kawałek wycie syren, ale że dziś upał, to normalne, bo w pobliżu jest szpital. I tak krótko po magicznej godzinie dostaję ostatnie strony, a na nich niezły misz masz i sobie czytam i czytam i staram się, kuźwa porządek w tym bajzlu zrobić, a tu wlatuje Wice i drze się, że time, time, że drukarnia czeka, Trener baseballistów się znalazł, psiakostka, jakbym to ja opóźniała wszystko. Ale dyplomatycznie nie rzekłam nic, dałam mu kartki w garść i posłałam na piętro, a sama dalej ścibolę. I wreszcie zamknięte. Żegnam się, wzbudzając ogólną zazdrość, bo wracam dopiero 8 lipca najwcześniej, wychodzę na dwór, bucha upał i co ja paczę???
Sznur tramwajów stoi, kręcą się wśród nich żólte wozy, nadzór ruchu lata jak kot bez pęcherza... Przecudnie... Na całym rondzie nic w żadną stronę nie jedzie, gromady ludzi lecą na oślep.

 Przelazłam na cienistą stronę ulicy, rezygnując z fotek, bo w takim tłumie to i durno, i groźno, i co ja paczę?? Podjeżdża zatramwaj. No to hop do zatramwaju i zaraz po zamknięciu drzwi pożałowałam. Jedne światła i tkwimy w gigantycznym korku, w zatramwaju duchota mimo otwartych okien (szczęściem żaden śmierdziel nie jechał), zapasy wody skończą mi się zaraz i już widzę, jak pięknie umieram stojąc w zatramwaju.... Na następnym przystanku (250 m jechaliśmy jakieś 25 minut) wyprysnęłam z zatramwaju jak z procy i ruszyłam w stronę słońca, czując się na ulicy jak na biegunie :) A tu z prawej pachniały kwitnące śnieguliczki, a z lewej woniały wonne spalinki, zwłaszcza jak coś niewyregulowanego jechało... I różyczki sobie kwitły :)


I zielsko rosło jak u Dory na działce, ale znudziło mi się wyciąganie ajfonika, a poza tym za mną lazło stado małolatów, więc Stara Jędza na zimne dmuchała. I tak pieszkom przez godzinę się wlokąc doszłam do miejsca, gdzie tramwaje już jeździły i wpadłszy po drodze do Rossmanna, jako że w potrzebie byłam, a i klimatyzacji pożądałam, wskoczyłam do autobusu, co pod dom mnie zawiózł i tym sposobem przeżyłam pierwszy dzień piekielnych upałów w mojej wiosce...
A teraz zaczynam wypoczywanie i czekanie na remont :D :)

wtorek, 18 czerwca 2013

Schodami w górę

... schodami w dół.
Nic nie jest tak, jak powinno.
Nic nie pomaga.
Pożarłam się z Inżynierem o to.
A niby dlaczego mam się uśmiechać i mówić, że jest OK, jak dla mnie nic nie jest OK??
Tak, wiem, inni mają gorzej, są chorzy, nie mają pieniędzy, nie mają pracy, nie mają dachu nad głową. Sranie w banie.
To jest moje bolenie i nic na to nie poradzę.
Nie tak miało być i nie pogodzę się z tym, że jest tak, a nie inaczej.
I jak nie chce, nie musi o tym słuchać.
<Przytul> nie zastąpi przytulenia, wyrosłam już z ikonek.
Jest mi kurewsko źle i nic nie jest w stanie tego zmienić.
Nic.
To jest moje bolenie i ma prawo mnie boleć. I mam prawo się złościć, płakać, siedzieć w dołku i gówno komu do tego.
Niech mnie nikt nie pociesza, bo nie chcę.
Nie potrzebuję.
Potrzebowałam tylko jednego.
Nie dostałam tego, więc pierdolę.
Idę do swojej piaskownicy, zabieram grabki i łopatkę i foremek też nie dam...

Będę, jak wrócę...






Chce ktoś obiad?? Drugi pstrąg (ten lepszy, tęczowy) został, pół kalafiora i pół butelki wina jeszcze mam.
I Casillero del Diablo całą. A to jest poezja smaku...
Hmm...


Porno

i duszno od rana, popadało, slonko wyszło i burzowo się robi.
Nie musiałabym jechać do pracy, ale... No cóż, są ludzie, którzy lubią pokazywac, jak to oni nie pracują, a gówno robią. Ale nie będę się nerwowała, wczoraj po prostu wzięłam torebkę i wyszłam, jak Jakubowska z DTV. Niekiedy przerost formy nad treścią osiąga rozmiar niepowtarzalny. Zatem jadę dziś, uaktualnię się i skoczę zobaczyć, co z tymi reklamowanymi słuchawkami, bo to rzut beretem jest. No chyba że będzie się burzyć, to polecę od razu do domu.
Case histories oglądnęłam już cały, jest przepiękny, zaskakujący, zakręcony i na liście celów mam York i Edynburg. Może los poszczęści??
Drugi sezon już jest, ale jeszcze go nie ma ;) I jestem z siebie dumna, bo... Nie znam angielskiego, ale... To jest serial, że trzeba oglądać odcinek po odcinku, bo się nie wie, o co lotto, historie się przedziwnie zazębiają. I... trafił się odcinek bez polskich napisów, nie ma i dupa... Ale... Były angielskie. I co?? I nic, zrozumiałam cały odcinek :):):):) Bez napisów byłoby gorzej, a tak dotarłam do sedna. Czyli to jednak daje efekty, co mnie niezmiernie cieszy.
Jako że wczoraj wyszłam z pracy na tyle późno, że mojego chleba nigdzie już nie było, a watopodobnego nie chcę, kupiłam wafle ryżowe i lecąc do domu czułam smak wafli z pomidorkiem i cebulką. Mniammmmmm :) Otwieram lodówkę, a tam biały serek naramowicki (śmietankowy) szczerzy do mnie zęby. Więc: wafelek, serek, pomidorek, cebulka, odrobina soli himalajskiej (róziowa!!!!), pieprz i wcinam, aż mi się uszy trzęsą.
A dziś co ja paczę???? Czytam, że zestawienie: biały ser plus pomidor działa na stawy tak, jak szparagi i inne świństwa... Hmmmm... nic dziwnego, że mnie pobolewają, dobrze, że rzadko jem takie zestawienie.
Zapisać w kajeciku.
I rację ma Inżynier, mówiąc, że najmniej zdrowe jest zdrowe jedzenie :)
Czyli wstając rano należałoby wypić piwo ;)
A. I wino z czerwonym mięsem to też niedobre zestawienie.
Że ogórki świeże z pomidorem to wiedziałam, ale że z sałatą, to nie. Zatem całe odżywianie o kant dupy potłuc można.
Pocieszające, że na coś trzeba umrzeć :D
I z tym optymistycznym przesłaniem zaczynam zwijać się do pracy :)

niedziela, 16 czerwca 2013

Odkryłam

moje ulubione brytyjskie klimaty... I umrę niepocieszona...




Life...

A do kamieni... Dziecięciem będąc, mieszkałam w mniejszej wiosce jak moja obecna, liczącej wtedy??? góra 600 mieszkańców, nie to, co moja obecna całe wypasione 600 tys.
Wioska bezpieczna była, samochód jechał raz na tydzień, na co dzień pomykały po niej rączo furmanki, często gęsto zaprzężone w rącze woły... Koń piekarza (dwa razy w tygodniu jeździł piekarz z sąsiedniej wioski, sprzedający PRAWDZIWE wiejskie chleby, ważące chyba ze 2 kilo, moja Mam nie kupowała ich, bo za wielkie dla nas były, a może nie znała się na prawdziwym chlebie???) leciały galopkiem, piekarz po kilku głębszych kiwał się na koźle, a konie na pamięć znały adresy, same stawały, ludzie otwierali przyczepę, brali chleb i zostawiali kasę. Nic mi o tym nie wiadomo, żeby było jakieś manko albo superata) takoż rączo przez wieś bieżył, wobec czego Mama stwierdziła, że należy ze mnie zrobić samodzielną osóbkę i... pozwoliła mi samej chodzić do przedszkola, oddalonego, może jakieś 500-700 m od domu?? Nie umiem oceniać odległości, wtedy wydawało mi się to wyprawą na drugi koniec Polski.
No i??? Gmina postanowiła wybrukować jezdnię. Kocimi łbami, of course, proszę wszystkie wielbicielki kotów o niełkanie. Kocie łby to właśnie kamienie, którymi dociskam ogórki... :) Bylam dziewczynką z aureolą na główce od urodzenia (proszę nie protestować), ale w jednej kwestii aureolka mi spadała... Wracałam do domu z kieszeniami wyładowanymi kamieniami. Zrozpaczona rodzicielka podjęła męską decyzję. Zaszyto mi wszystkie kieszenie. Stąd jestem, jaka jestem, traumę mam...
A sama rodzicielka powtarzała mi wciąż: jedz, Jędzulko, jedz, bo jesteś taka chuda, że kamienie ci w kieszenie trzeba będzie wstawiać, żeby cię wiatr nie porwał...

Słodka kraina dzieciństwa, a ja wciąż tęsknię za obcym niebem...

Nie lubię zmian

A tu mój profil gmaila się zbiesił i każe mi się zapisać na Google+, a ja nie mam na to najmniejszej ochoty!!! Z tego profilu dodawałam sobie spokojnie na bloga fotki, No nie kijem go, to pałką, wysyłam fotki emilkami. Nie działa. kuźwa, Picasa jest moja i nie chcę się nią w sieci dzielić!!!  Upierdliwe, ale na ilu portalach można być?? No i... Ile informacji o nas jest już zgromadzonych?? Totalna inwigilacja i Wielki Brat się kłania. Że pornole oglądam?? :) Dorosła jestem, już mnie nie legitymują przy kupnie piwa.
Ale wracając do naszych baranów (revenons à nos moutons), jak mawiają Żabojady (nie do mojego Barana, choc i on jest zamieszany w tę aferę)...  No bo On chciał kisić w UK ogórki i mnie zaraził, bo prawda taka, że tam ukisić ogórki to wyczyn na miarę zdobycia bieguna, nawet teraz, gdy są polskie sklepy. A zachciało mu się świeżych, nie ze słoika, no i... Machina ruszyła :) W ciąży nieborak jest czy cuś?? Nieważne, ogórki za nim chodzą i już i zakisił. Pisze, że fotkę wysłał, ale  nie doszła. Jak dojdzie i zgodzi sie, opublikuję :) (Chyba już rasowa ze mnie bloggerka...). No i w tym wszystkim Zmorka krytykuje mój kamień, że do kapusty, a nie do ogórków :O A to jakaś różnica?? Bo posiadam na stanie:





I jakoś mi do głowy nie przyszło, że może być osobny do kapusty :)
A teraz zmykam, bo szukając rano Baranowego niedoszłego emilka znalazłam doszły emilek pracowy. A jakże, starym redakcyjnym obyczajem przysłali mi prackę o północy...
I tyle z mojego niedzielnego leniuchowania.
Nie mogę mówić, że nikt mnie nie kocha, bo praca kocha mnie całe życie. Ale to dobrze, primo po pierwsze - jedna wierna miłość, primo po drugie - niejeden mi zazdrości... ;)
Hej ho, hej ho, do pracy by się szło :)

Szczególne pozdrówka dla Barana, który też dziś do pracy tupta... ;)

Mam pozwolenie, zatem:

Barani garnek, prawda, że fajny jest??? ;)

I Baranie dzieło, czy dobre, dopiero się okaże ;)





piątek, 14 czerwca 2013

Utęskniony weekend

nadszedł wreszcie. Dzień minął super, bo co kawałek ktos coś dawał i 8 godzin minęło, jak  sen złoty...
Zielono mi...




Ostatnia fotka to jak mnie widzą z sąsiedniego pokoju :) Prawda, że miło się pracuje w takim otoczeniu?? Te małe zielistki wsadziłam w poniedziałek, a już takie wielkie są :D :) Muszę jeszcze skrzydłokwiat rozdadzić, bo się dusi i pomyśleć o jakiejś drabince dla scindapsusa... :)
I Baranisko pogawędziło ze mną chwilę... Nice...

Miłego weekendu, w domu też mam tak zielono...

czwartek, 13 czerwca 2013

A wokół pachniało sianem...

... oliwnikiem




Robiłam jedną ręką zdjęcia, bo w drugiej zakupy tachałam, bo nawet chleba w domu nie było... I tak, te małe, żółte gówienka tak pachną oszałamiająco, a tu jeszcze...

Lipy zaczynają kwitnąć, zdjęcie niewyraźne, bo wiatr dziś duje, a ja miałam jak wiadomo - tylko jedną rękę, a że przed piciem, to się trzęsła ;) No to teraz będzie taka kakafonia zapachów, że klękajcie narody. Ale w porównaniu ze smrodem wszędzie (dziś nawet w Piotrze i Pawle jakiś śmierdziel urzędował, jechało potem między półkami tak, że wywiałam bez szukania tego, po co przyszłam, wzięłam tylko mrożonkę i chleb i wiooo... do kasy. Wsiadam do autobusu, a tam kolejny śmierdziel, ojapierdolę...  Wszędzie czuć smordziarzy, że też nie ma na nich kary... Chyba sobie jakieś zatyczki do nosa kupię, albo wezmę odświeżacz powietrza i będę wszedzie psikać :D :)






W szparze unijnej  była przesyłka od małejczarnej - Młoda Para w technikolorze - bardzo się ucieszyłam. Dziękuję, kochana jesteś :0 Skończyłam te 400 stron i jednak dziękuję jeszcze raz niebiosom, że nie muszę się już więcej uczyć. Teraz na film, bo stęskniłam się za nicnierobieniem Baran wrócił do Sroczego Zaułka, Dziewczyna Inżyniera jutro tam leci, a ja... Stara Jędzo, miałaś NIE NARZEKAĆ. Jest fajnie, cicho, spokojnie, burza łazi w koło, słońce świeci, psy szczekają, F16 zapierdalają aż miło, winobluszcz rośnie jakby mu za to płacili, a dereń, którego z głupoty kupiłaś w Biedronce będzie musiał zostać wyeksmitowany na działkę do Kolegi Inżyniera, bo pod koniec lata się w loggii nie zmieści. W pracy wsadziłam dwie nowe zielistki i już jest las, a "firmowe" zielistki, nie moje wsadzone miesiąc temu ani nie drgnęly. Nie wtrącam się do firmowych kwiatów, w końcu wokół sami rolnicy, niech się też zajmą... :) Nie marudzić, iść dziś wcześniej spać, żeby odrobić zaległości i cieszyć się życiem... wedle rozkazu ;)


O widze, że temu blogu coś się wygło, ale mi się już nie chce szukać dziury w całym, jedna notka będzie łaciata i luz :D :)





środa, 12 czerwca 2013

Kiedyś sie zarypię

Najpierw odpowiem Zmorce: pachnie jeszcze diabelniej niż wczoraj, to jest, jak pisałam w notce poniżej Elaeagnus angustifolia, a Mój Nadworny Ogrodnik zawsze ma rację, więc to nie drzewo oliwne, ale oliwnik.
U mnie wygląda tak (był parę notek niżej, ale co tam, wkleję jeszcze raz:







Koło śmietnika rośnie pięknie. Nie polecę już na dół focić kwiatków, bo siedzę rozrosołowana po męczącym dniu, więc podeprę się uncle Google:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Oliwnik_w%C4%85skolistny


Można już zazdraszczać, zapachu niestety jeszcze nie można elektronicznie zapisać, ale jak mój diler coś takiego będzie miał, zaraz kupię.

Ukręciłam sobie sama bicz na dupę, bo polatałam po kolegach i postraszyłam, że idę w świat bez plecaczka, do domu, bo oliwnik pachnie i co?? Rzucili się na robotę, jak szczerbaty na suchary i poczta mi się nie zamykała, a to jeszcze emilek z pytaniem, czy sfuchowałam III rozdział, bo trzeci na gwałt, a ja w ramach wolnych mocy przerobowych kończyłam właśnie II... Co ja jakiś Struś Pędziwiatr jestem czy cuś??
Zatem prysnąwszy do domu kupiłam tylko po drodze gotową surówkę (wiem, samo zuo), usmażyłam jajeczniczkę i znów wgryzłam się w robotę i co ja paczę?? 19.30 a ja mam fajrant :) Ale się nie przyznam, bo wyjdzie, że za łatwo zarabiam na sól do śledzia, więc informację wyślę rano. Dali mi dwa dni na ten rozdział. Śmiech na sali pogrzebowej :D :)

I tym pięknym sposobem i wolnym walcem mamy już koniec środy, zatem za niedługo weekend :D
Baran wraca jutro do Sroczego Zaułka, Dziewczyna Inżyniera wprowadza się tamże pojutrze, a ja biedna na ruinach i zgliszczach siedzę... Tfuuuuj... w mojej pięknej chaupce z nowymi oknami. I mam pomysła. Te szafę wpieprzę do małego pokoju, dodam biedermeiera, maszyny, stolik z maszyn, kołowrotek i tadam... będzie izba pamięci. Zostawię tam TV (na komodzie), szafa ogromniasta, to w niej upchnę (może) kino domowe,,, Tfu, teraz uświadomiłam sobie, że głośniki mam w moim pokoju na suficie. No nic, będziemy kombinowac dalej, ale coś się wykluwa :D

I jak wracałam z pracki, co ja paczę??






Kolegę zakopali... Ale mi to lotto, bo woda już jest. Byleby się za szybko nie rozkładał i nie zainfekował rur, to... No, szkoda faceta, ale... ;)


PS I hyczka zakwitła, a ta też pachnie zabójczo... Czarny bez dla niepyrów, u na się na to hyczka mówi :D  Te dni czerwcowe pełne zapachów...
Są takie noce od innych łaskawsze, kiedy się wolno wygłupić,
wolno powtarzać: nigdy i zawsze, wolno słowami się upić... 



Dzień za dniem

i bania z uroczystościami puchnie.
Dziś 18 again stuknęła Sikorce :) Sto lat, Córciu :*
I... Szparag jeden paskudny skomplementował mnie tak, że łysina mi się zaczerwieniła do samego czubka, ale... opieprzył mnie też, postawił do pionu i jak zwykle wyprowadził z błędu. Pod oknem szaleje mi nie drzewo oliwne, ale Elaeagnus angustifolia. I co ja bym biedna zrobiła bez Mojego Wspaniałego Osobistego Nadwornego Ogrodnika...??? Zatem buziak for You i jak miło wiedzieć, co nam pięknie pachnie.
W perspektywie nasiadówka o 12, blehhh. Jak o 12 to muszę być, nie da rady sie urwać i pomaszerować w siną dal, drobiąc grubymi nózkami.
I ta paskudna przedsiębiorczość.

No nic. Bagnet na broń i jutro będzie lepiej :)

wtorek, 11 czerwca 2013

Na dziś dość

czytania, zatem zostaje mi pisanie... Szafa zmieści się w pokoju, więc ją wezmę, ma tylko jedną półkę, ale coś sie wymyśli. Kolega Inżyniera jest szalony i... ojapierdolę, będzie jazda. Ale kupił działkę 2 km ode mnie, więc o kijkach rzut beretem i... jeszcze się będą ode mnie oganiać...  kijki w dłoń i polecę :D :) Nawet przez autostradę...
Sprawy się przeciągają, ale wygląda na to, że jak ruszy, to z kopyta. A potem będzie cyzelowanie, gładzenie i dopieszczanie, czyli zajęcie w sam raz na długie deszczowe dni.
Rozmawiałam dziś z Bossem, i cfany jest, ale jestem cfańsza... Kasę dostanę, ale... odbiję to sobie na godzinach, będę pracować tylko jak będzie pracka, czyli... no właśnie, jak się sprężę, to tydzień. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jak dla mnie. Dziś zamiast 8 godzin byłam w pracy 3, to też coś warte, tym bardziej że i tak więcej nie mogę zarobić (oficjalnie).  A nieoficjalnie w firmie się nie da, bo to porządna firma :D Więc delektuję się czasem, a kasa sama przyjdzie...
Męczę się z przedsiębiorczością, ale to nic. Poradzę sobie, o ile nie zwariuję.
I tak obłędnie pachnie drzewo oliwne i skoszona trawa, że na noc będę musiała zamknąć balkon, bo nie zasnę...


A tak bajecznie u mnie dziś było




Żeby jeszcze zapach można sfocić, jak niebo... Byłby raj...

PS Dla niedostających się do komentarzy: Sikora obiecała grzecznie dostarczać mi do kroplówki wszystkich możliwych i dostępnych procentów... Żyć, nie umierać, kochana Córcia :* :) Wiedziałam, że mogę na niej polegać :D 




Genialny pomysł

No dobrze, nie będę się nerwować, że jestem stara, a staruchów nikt mnie nie lubi.
Kupię sobie balkonik i kroplówkę sobie kupię.
Na balkoniku podygam do parczku, a do kroplówki wleję sobie pifko i klapnąwszy na ławeczce będę sobie w kulki grała.


O.... Na złość wszystkim i już :)

Miłego dnia, bo na mnie jeszcze 300 stron czeka, a nie spocznę, póki nie skończę, a skończyć chcę jak najszybciej, bo... ten model tak ma...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

I ty będziesz

... stary, będziesz emerytem, dopadnie cię cokolwiek.
Trochę się wkurzyłam, łażąc po blogach, bo wszędzie stary + niedobry.
Może mam zły dzień.
Ale też jestem stara.
Że jestem wredna, to wiem i nie ukrywam tego.
Że mam ksywę Stara Jędza, to OK, sama ją wybrałam.
Ale nie lubię, jak ktoś ocenia mnie przez pryzmat wieku.
Wredność nie ma z tym nic wspólnego. Moja teściowa nie była ideałem, mój teść to lepszy numer (w celu skłócenia wszystkich ze wszystkimi zostawił 17 testamentów, z czego potem powstał zamęt na skalę międzynarodową), ale... Teściowa zawsze mogła przyjść do mnie na każdą uroczystość, nieważne, czy mi to rozwalało plan czy nie. To była Matka mojego męża i traktowałam ją do końca tak, jak chciałabym, żeby traktowano moją Matkę. Teścia widziałam może ze 4 razy w życiu, nie utrzymywał kontaktu z dziećmi. Ale jak do nas przychodził, to zawsze był Ojcem mojego męża i Dziadkiem. Mąż go nie cierpiał, ale wpuszczał, więc to ja podawałam herbatę i podtrzymywałam konwersację.
Sama jestem teściową. Wredną. Niespełniającą kryteriów zakładanych przez młodych. Nie pomagam, nie uważam, że tak jak sądzi moja synowa, powinnam się bardziej starać dla młodych (znaczy się, dawać kasę, bo oni są młodzi i im się należy). Nie rwę się do opieki nad wnuczką, choć oni są młodzi i zmęczeni życiem. Jestem stara, pracuję w miarę sił i możliwości, nie wyciągam do nich po nic ręki, a mogłabym, bo stara jestem i co się będę męczyć, jak mam dzieci za granicą, a wiadomo, tam to dopiero zarabiają.
Pojechałam - po ponad półwieczu marzeń - na wycieczkę do Paryża, za swoje pieniądze. Synowa stwierdziła, że zwariowałam, w tym wieku do Paryża, mogłam im coś zafundować. Ano, mogłam...
Wykształciłam obu synów praktycznie sama. Jestem z tego dumna. Nie zatrzymywałam, gdy chcieli odfrunąć z gniazda, choć poduszka była długo co noc mokra od łez. Nic od nich nie oczekuję, ale każdy (zaznaczam: niematerialny, bo to dla mnie ważniejsze) objaw zainteresowania mną przyjmuję z radością. 
I dlatego wkurwia mnie, gdy słyszę: stary.
Tak, jestem stara i już raczej nie odmłodnieję.
Ale każdy każdego dnia się starzeje.
 I każdego dnia jest się bliżej końca.
Więc rozumiem ocenianie kogoś za to, że jest wredny.  Ale młodzi też nie są aniołami.
Nie rozumiem ageizmu.
I dlatego tak lubię Barana, bo On nigdy nie podkreśla mojego wieku, opierdol od Niego dostaję za całokształt, jak zasłużę, a nie dlatego, że jestem stara...
 I jeszcze parę innych osób, które nie patrzą na wiek, ale na całokształt.
Zachowania upierdliwe na starość to czasem nie wada charakteru, ale choroba. I wtedy trzeba zacisnąć zęby i milczeć.

Moja Teściowa pod koniec życia (zostało mi to oszczędzone, bo długo przedtem nasze drogi się rozeszły) wymagała opieki. I opiekowała się nią najbardziej nielubiana synowa (po mnie), jej córki-lekarki wypięły się na nią. Było ciężko, demencja posunęła się tak daleko, że mówiła tylko po niemiecku, a nikt tego języka nie znał w rodzinie, oprócz córek, które w Niemczech były... I ta wredność to już nie była wredność taka zwyczajna, ale choroba.
Nie wiem, może mnie też to dopadnie.
Ale na razie, chociaż jestem stara, to lubię wpaść na jakąś imprezkę, pogadać z każdym... I nie chcę, żeby ktoś uważał, że jestem wredna, bo jestem stara.
Po prostu taki model. Wredny...
Najwredniejszy na świecie.


Ale się rozpisałam i wciąż jestem zła...



Poniedziałkowy

poranek przywitał mnie deszczem, ale co tam...

Mam






i kalosze też mam :) Tylko żeby mi pokoiku prackowego nie zalało, bo jak u nas spadną 2 metry, to na bank zaleje... :(

I budzę się rankiem a tu





leluja mówi mi dzień dobry,..


A mój najnowszy wynalazek, czyli: pół cytryny, gałązka świeżej mięty i łyżeczka miodu stawia mnie na nogi. Żadne "kupne" herbatki się do tego nie umywają. Napój bogów. Ambrozja. Zacznę hodować miętę, na razie można ją od działkowiczów kupić.

A to moja ambrozja ;)


  Tak, wiem, wiem, mebel do renowacji :) Ale prawie taki stary, jak ja, więc się jeszcze trzyma ;)

Miłego, pracowitego tygodnia wszystkim życzę. Nie, żeby tyrali, ale żeby im pracka lekką była :)

niedziela, 9 czerwca 2013

Sama się wykończę

Ponieważ praca, o której chłop nie wie ma kłopoty kadrowe, przez brak własnej asertywności mam roboty po czubek kokardy... Paskudnej, więc żeby nie przykleić się do fotela na amen (bo od rana pracowałam), poleciałam po lody i... mało że pachnie zabójczo, to jeszcze pięknie jest...

A jeszcze niedawno był to goły beton, a teraz bym nie widziała z okien, jak chłopcy chuliganią, drzewa już zasłoniły... I jaka piękna gra kolorów...
Lubię moje osiedle...

I już po maturach, jesień blisko...






Mówiłeś: włosy masz jak kasztany... Ehhh... No nic, siwa Stara Jędza też ma prawo do życia, co nie?? ;)

A teraz film dla odprężenia i apiać do roboty. Ponad 100 stron za mną, przede mną 400... I dlatego jestem nieodchamiona i nic już nie czytam... ;)


sobota, 8 czerwca 2013

Rozhulałam się

z pracą.
Znów miałam głupie sny, więc żeby się nie męczyć, wstałam o 6, ogarnęłam się i poleciałam na Manhattan. A pogoda taka niewyraźna, co kawałek burze, więc dobrze, że poleciałam rano. Po drodze pachniało jak w najlepszej perfumerii, bo co rusz coś kwitnie, akacje już przekwitają, ale kwitnie drzewo oliwne i takie cudo też kwitnie i wonieje



Zaszalałam na targu, wczoraj kupiłam piwonie, ale dziś nie oparłam się urokowi goździków pachnących i leluj. Miejsce na kwiatki mam, zatem trochę się pobawiłam i posłuchałam Żaby, robiąc zdjęcia Soniczkiem z lampą. Jednak Inżynier wiedział, co robi, kupując Soniczka... ;)






A okno w Pana Inżynierowym pokoju naprawdę wygląda tak:





Widac różnicę, nieprawdaż??

I jeszcze nie skończyłam jednej fuchy, a druga się oknem pcha, żadnego szacunku dla moich nowych okien.

Wczoraj zapomniałam napisać, że przyszło pismo z ZUS, z Zakładu Utylizacji Szmalu, jak mówi Sikora. Złodzieje jedne, dostają co roku zestawienie moich zarobków, ale palcem w bucie nie kiwną, żeby świadczenie przeliczyć. Fakt, powinnam wysyłać zaświadczenie co kwartał, ale nie zawsze pamiętam. W zeszłym roku nie wysłałam, zapomniałam, ale w tym wysłałam, męcząc panią z kadr, bo one to bardzo niechętnie robią i co???? Dostanę o ponad 28 zł miesięcznie więcej, ale dopiero od lipca. Czyli warto było się upierać, rocznie to 300 zł , a to już ładna para butów. Ile atkich kwot ludziom przepada?? A złodziejska firma , ehhh... nie będę się nerwować, zdrowia szkoda...

Spadam trochę odpocząć, jutro od nowa tyrka na ugorze, mam coś po akademikach poprawiać, podobno syf, kiła i mogiła, a ja... jestem do tego najlepsza (tak mi bębenek podbijają)... Srutututu, ja tu tylko sprzątam :D

I muszę sobie nową miotłę kupić, stara ma za krótki trzonek i plecki bolą, jak dłużej zamiatam, a teraz zamiatania będę miała po kokardę... :)

Miłego weekendu...

piątek, 7 czerwca 2013

Wykończania ciąg dalszy

Rankiem wleciał Kolega Inżyniera ze swoim Kolegą po kolejną partię klamotów, a potem chyżo ruszyłam na Manhattan, jako że w lodówce mieszka li i jedynie światło. Zostawili mnie z przykazaniem, że mam umyć okna, bo... no jeszcze trochę potrwa, zanim wystarujemy. Szanowny Kierownik Budowy nie ma koncepcji, tylko plan w 3D, a zatem... No nic... Mają rację. Okna trzeba umyć i zobaczyć, czy mi jakiejś szyby po drodze nie ukradli ;)
Na Manhattanie niespodzianka. Tuptam do bankomatu, a on, w mordę jeża co mi zrobił???

Wypłacił mi samymi dziesiątkami, skubaniec. Jak ja tego nie cierpię, bo nie wiem wtedy ile mam kasy, dycha tu, dycha tam i po ptokach... :|

Wracam do chaupki i tak myślę, czy dzieciaczki nietrzeźwo wracając będą wiedziały gdzie?? No bo nasze okna już nie nasze...

I kto teraz zgadnie, gdzie mieszka Stara Jędza??

Ugotowałam, a jakże, tradycyjnie to co mi nie wolno - szparagi i ruszyłam ostro do pracy. Szyby się myje OK, ale ten plastik ojapierdolę, tym bardziej, że gdzieniegdzie został klej po taśmach. Sikora radziła, żeby to suszarką podgrzać, ale to nie do końca działało. No ale poradziłam sobie, a jakże i...

Tak, Zmorko, wyglądają teraz moje okna. Powiesiłam firany i zasłony, bo gdzieś wyschnąć muszą, a na balkonie nie za bardzo jest miejsce wśród badyli. Badyli nie mogę do chaupki, bo mówili, że lepiej żeby parapet okrzepł, a zresztą za niedługo bym musiała je wywalać z powrotem. A parapet jest taki






Pod domem kwitnie mi znów drzewo oliwne i wszędzie unosi się duszący, wspaniały zapach... Lubię te dni...




I korzystając z rady nieocenionej R. zaparłam się kubańską dupą o ścianę i przesunęłam komodę, i coraz bardziej lubię moje puste mieszkanie...

Na rzeczonej komodzie TV stał :)



Może więc zrezygnuję z dalszego remontu??

Kosteczki mnie już nie bolą. Nie mam kosteczek. Uciekły, protestując przeciwko znęcaniu się nad nimi.
A że z rozpędu zrobilam porządki sobotnie, jutro biorę się za pracę, o której chłop nie wie.
Dziś poleniuchuję.
Faktycznie, tylko praca mnie kocha i na mnie czeka... :(
No nic, trzeba z tym żyć... :)


PS Wywaliłam do śmietnika (do pojemnika na plastik) chyba ze 100 kaset wideo. Takich z filmami z TV, oryginały zachowałam. Nie wiem, czy zrobiłam dobrze, ale życia szkoda na oglądanie co tam jest nagrane. A teraz wszystko jest w necie... Jak szybko mijają rzeczy... Jak szybko mija czas...


PS II 33 lata temu życie podarowało mi czarnookiego chłopaka... Jak szybko mija czas...