Zalatany Kierownik Budowy (KB dalej zwany) znów mnie dziś do Leroya przewlókł i jeszcze o Castoramę zahaczyliśmy, ale Praktikerowi i innym marketom powiedziałam stanowcze nie. Ceny różnią się minimalnie, a ja nie zwariowałam, żeby tracić czas jeżdżąc od marketu do marketu.
A w Leroyu niespodziewajka. Inny pan powiedział mi, że płytki położyc mogę (tym razem miałam pana dla siebie, bo przedtem wyrwałam go z rąk macających jak przekupy kury klientów), co najwyżej mi się napisy zetrą. A KB mówi: to wymienisz płytkę... Ale... może już takich płytek nie być.
I... W przedpokoju chcę panele i waham się :)
czy
to za 39 zł...
A do kuchni chcę płytki i znów nie mogę się zdecydować:
czy
Kolory ścian też jeszcze nie wybrałam, ale... Majster upiera się na dekoral, a ja chcę dulux. KB w Leroy męczy personel i wyszło na moje . Dulux. Taki kupimy, ale wybiorę z gotowców, nie chcę mieszania... I będą to pastele, owocowe, łagodne...
Jutro zgram zdjęcia z pola bitwy, bo mam w aparacie i nie chce mi się szukać kabelka.
Dzieje się... :)
Rewanżuję się sąsiadowi dzięciołowi (mam takiego) z procentem :)
A dziś na Manhattanie po raz kolejny natknęłam się na żebrzącego mężczyznę w moich okolicach wiekowych, Kiedyś przeczytałam, co napisał na kartce i ojapierdolę, taka lista chorób, że NFZ by zbankrutował. Stara Jędza na zdrowie nie narzeka, choć nadwaga przeszkadza jej czasem, ale wierzcie mi, jakem zdrowa jak rydz, nie wytrzymałabym w tej pozycji (siedzenie po turecku ze zwieszoną głową) dłużej jak 5 minut. A facet siedzi i animrumra, a na liście nieszczęść ma i chorobę zwyrodnieniową kręgosłupa i dyskopatię i inne cuda wianki. Jak to możliwe?? Z jednej strony jestem zła na siebie, że jestem zdrowa, stara i piękna, że mam kasę (choć ciężko na nią pracuję całe życie), że nie muszę żebrać, a z drugiej coś mnie wstrzymuje od rzucenia tych dwóch złotych. Mam kamienne serce?? Jestem już na maksa niewrażliwa??
I biję się też z myślami, bo nie poczęstowałam wczoraj niczym Majstra, oczywiście, oprócz picia. Dziś przyszedł z własnym jedzeniem. Rozumiem, że pracuje, ale... Zapłacę niemało, więcej jak sama zarabiam, a jedzenie tez kosztuje. I... Jak idę do pracy, a nigdy nie wiem, na ile godzin, nikt się nie martwi, czy mam co jeść czy nie. Wiem, kiedyś się karmiło robotników, ale dziś rozmawiałam z KB i mówi, że w budowlance zastój, że fajnie, że Majster ma u mnie robotę... A alimenty i inne nieszczęścia, o których lubi gadac w przerwach na kawę, a pije jej tyle, że w tydzień pójdzie więcej, niż ja przez 2 miesiące wypiję, to jego życiowy wybór. Moim zdaniem. Zresztą, nie jem mięsa. bo mam fazę. Więc?? Że żona go nie rozumie i jest podła suka?? Że musi ZUS płacić??
Moim wyborem było wychowanie chłopaków bez alimentów. Dla świętego spokoju... Też płacę ZUS. Nawet jeśli ręcami mojego pracodawcy. O tyle mam niższą pensję, ile idzie na ZUS.
Naprawdę mam aż tak kamienne serce??
Idę się pochlastać, niezła suka ze mnie...







































