czwartek, 1 października 2026

Królikiem

 doświadczalnym będę, Kochany Pamiętniczku.

Wczoraj pojechałam do Avenidy, bo chciałam w Empiku kupić kalendarze. Zazwyczaj o tej porze roku miałam już komplet, ale w tym się zagapiłam :) No i pech: w Empiku akurat zmieniali półki z kalendarzami i... kalendarzy nie było. I jeszcze wlazłam z tego poziomu zero na poziom dworca po zepsutych schodach ruchomych, jak ten włóczęga co ostatkiem sił wsiadł do łodzi. W Świecie Książek były kalendarze, o połowę tańsze jak w Empiku, choć nabiurkowy dostałam ze Sheepworldu, a nie taki jak chciałam, ale to nic :) 

Na bimbę  poszłam, ale okazało się, że nic a nic na moją dzielnię nie jedzie stamtąd nagle, więc... znów drapiąc się po schodach, po przejściu korytarza podziemnego, który wyglądał jak katakumby po balu umrzyków poszłam na autobus. Ale nie dojechałam do domu, bo postanowiłam zaszaleć i zjeść na mieście. W Kolorowych Garnuszkach, of course. I tak szłam (do ciebie szłam, od kiedy - już nie wiem, do ciebie szłam przez życie bez ciebie), no i doszłam.

Do nowego lumpeksu - i nie, nie kupuję w lumpeksach, choć nie uważam, żeby to było coś złego. Lata całe się tam ubierałam - teraz nie muszę, mam dość ciuchów. No ale do ciebie szłam i... Siedział na wystawie :) 


 A właściwie siedziały dwa. Każdy za oszałamiającą kwotę złotych czterech polskich. No, kupiłam, choć cholera wie po co, bo choć strasznie podoba mi się zabawa w psotnego elfa, to nie mam kogo wkręcać. Inżynierostwo się jeszcze w to bawi, ale Inżynierowa nie chciała kolejnego elfa, bo mają dwa i już im brakuje pomysłów na psoty. Mój ładniejszy, więc zostanie u mnie i po prostu będzie siedział i patrzył, a nie będzie broił :) 

Potem rzut beretem były Garnuszki, tym razem znów wzięłam danie dnia - kotlet wiedeński. I szef kuchni (notabene, chyba pisałam, że znajomy mamy Małego T., co pomógł mi rozszyfrować nieoceniony fejsik) objaśnił mi co to i faktycznie dobre było. A że był kapuśniak, to z trudem drugie danie zmieściłam. Czaiłam się na pojutrze na rybę (jest tylko raz w tygodniu, w piątek), ale znów wyszła mi dziś zupa na dwa dni (przesmaczna, nawiasem mówiąc), bo mam rosołek, dodałam bataty, rzodkiewki, zielony groszek i nawet miksować nie musiałam, choć planowałam - z dodatkiem mleczka kokosowego wyszło mlask :) No ale na dwa dni :) 

Zła byłam dziś jak osa, bo miałam iść dziś do dentysty o 9.30. A ja w wolne dni co najmniej do 9 gniję w łóżeczku, z rozkoszą gniję, bo mogę.

No ale trzeba było wcześniej dupsko zwlec, a to już październik się zaczął, jak się okazało :) 

I tak poleciałam, po drodze spotkawszy koleżankę I., kiedyś dość mi bliską. Jak się okazało, wyniosła się do UK, dlatego kontakt się urwał. I tak pierdu, pierdu na chodniczku i nagle patrzę na zegarek - 7 minut do wizyty, bo ja punktualna jestem do wypęku. Ale że dentysta był 3 minuty dalej, wliczając, byłam kilka minut przed czasem, ale jak to u lekarzy (nawet prywatnych bywa), poślizg był i weszłam do gabinetu 10 po dziesiątej.

I tak mówię do pani dr, że jak z rwaniem, to nie chcę teraz nowej szufladki, bo towarzysko jestem zalatana i wolę dziurami nie świecić. Stanęło na tym, że na razie damy spokój, rentgen zrobili mi tego pstryczka, co szufladę trzyma i nawala i dwie opcje - wywalić razem z korzeniem (co mnie przerosło, już raz miałam korzeń dłutowany), albo spróbować wymienić na nowy zaczep, co może się nie udać.

Odłożyliśmy operację ad acta, na dogodniejszy dla mnie czas. Jeszcze nie mam terminu.

Ale...

I tu szok :) 

Pani dr zapytała o kopytko, jak się goi.  Bo kopytko już mi terminy u niej dwa razy zawaliło. I...

Achtung, wnimanije, pozor...

Zaproponowała terapię kopytka.

Tak, tak, stomatolog.

Pokazałam, jak to wygląda, bo plaster można odkleić i nakleić.

No i pani dr mówi, że oni mają laser i laserem leczą niegojące się rany w paszczach, owrzodzenia i takie tam, i mają dobre rezultaty.

I że kopytko by mi laserem poleczyli. 

Zapytałam, ile by mnie to kosztowało. A pani dr na to, że nic, bo chcą zobaczyć, czy to zadziała. 

Zdębiałam, wypuściłam korzenie i... zgodziłam się.

Pierwszy seans już jutro, w sobotę też pracuje, mam przyjść, bo leczenie będzie trwało kilka dni co najmniej.

W poniedziałek mam wizytę u chirurga, potem kurcgalopkiem do pracy i wieczorkiem na laserek...

Nosz...

Dlaczemu nie?

Wróciłam do domu, piszę do I., a dziecko, że mam krzywo pod kapturkiem i żaden walec nie wyrówna.

Że on się nie zna, ale słyszał o takich eksperymentalnych terapiach.

No a ja sobie odpaliłam tak wyśmiewaną przeze mnie AI i zaczęłam analizować. Wiem, że AI czasem mówi z dupy, ale...

Zapytałam o terapię ran gentamycyną i dostałam taką odpowiedź, jaką sobie sama już układałam patrząc na rezultaty. I na to, że u chirurgów jestem: leżeć, recepta i do widzenia ślepa Genia. Nikt nie chce słuchać, jak się czuję, co widzę i nie odpowiada na pytania.

I tak gawędząc z AI i przyduszając ją do muru doszłam do wniosku, że jednak coś jest na rzeczy. Że to żółte, co ja biorę za ropę nie jest ropą, ale płynem surowiczym, bo rzadkie i absolutnie bez zapachu. Rana się nie goi (lekkie ślady krwi wciąż) - to też może powodować gentamycyna, uszkadzająca gojący się nabłonek. Gentamycynę biorę już prawie miesiąc, więc... 

Dalej doczytałam, że laser i gentamycyna się absolutnie wykluczają. Zatem jutro wyczyszczę porządnie ranę, nasmaruję ją tym ozonowanym olejem lnianym po laserze (zalecane coś natłuszczającego, więc idealnie), a potem wola boska i skrzypce.

Na wizytę u chirurga "zapomnę" gentamycyny jak coś :) 

Cóż, służba zdrowia mi wyraźnie nie służy.

I tak myślę, co panią doktor naszło? Mniemam, domniemywam, że może chcą jakoś rozszerzyć wykorzystanie lasera, bo kosztował niemałą kasę i padło na mnie. Ale co mam do stracenia?

I za RTG nie chciała pieniędzy, powiedziała, że później wszystko ogarniemy.

W sumie - odpukać, zapeszyć nie chcę, ale może to jest właśnie ten przypadek, który w życiu nie jest przypadkiem?

Bo czasem zdarzają się dobre rzeczy.

Po powrocie od dentysty byłam tak nakręcona, że zakupy z rozpędu zrobiłam, a i tak się uspokoić nie mogłam - więc dzień gospodarczy tańcząco ogarnęłam, w rytm ukochanych piosenek, a i tak pojechałam jeszcze po gentamycynę.

Zlew mam tak wyszorowany, zalany i Domestosem, i ACE, że nic tam nie ma prawa żyć, boję się, czy rury nie puszczą :) 

Jutro jeszcze poczyszczę szyby wewnątrz i lustra, ale populacja zmniejsza się, aczkolwiek jeszcze nie jest OK :) 

I jak siedziały na lustrze, a światło na nie padało pod kątem, jedne były brązowe, drugie czarne.

Znaczy się zespołową inwazję mam - i owocówek, i ziemiórek. 

Kubełek na bio się sprawdza - nic z niego nie wylatuje.

Lepy też łapią.

Zatem wojna trwa. Oby nie tak długo, jak ta w Ukrainie, aczkolwiek moi agresorzy są jak Putin i Trampek razem wzięci.

I po raz kolejny jestem zła, że znów dzień z czekaniem na godzinę, na wizytę, na homoniewiadomo jak to będzie.

Mile widziane kciuki, żeby wreszcie tę kundlową zemstę zakończyć i wykąpać się z leżeniem dłuuugo we wannie, a nie na chybcika (ale za co, w życiu zwierza nie skrzywdziłam, nie licząc much i komarów oraz innych srajd na moich szybach i lustrach, nawet pająki wynoszę latem na balkon, a zimą na korytarz, jak czynszu za długo nie płacą).  

A do krówkowego ekstrasa znów gość z "zaprzyjaźnionej współpracującej" redakcji korektę przysłał, co mnie WKURWIA z informacją na MSG (na moje nieszczęście, pani M. dała mu mojego MSG zamiast nr telefonu, jak nie mógł się skontaktować), a przecież KURWA ma mojego firmowego emilka. A ja po rozmowie z p. M. posłałam wszystkim od krówek osobnego emilka, że będę od poniedziałku po południa.

Tak się zastanawiam, jak bardzo ludzie mają czasem wyjebane na rzeczy oczywiste? Ludzie sporo młodsi ode mnie. 

Ogrzewanie włączyli.

Miałam wg zaleceń włączone kaloryfery na maksa, żeby się nie zapowietrzyły. Jak wróciłam od dentysty i weszłam do mieszkania, myślałam, że zemdleję.

Kurcgalopkiem pozakręcałam wszystko, w łazience zostawiłam na dwójce, ale to zimy kaloryfer jest -  pojebane są te pokrętła. Tam grzeję, bo suszenie ręczników. W mieszkaniu mam w tej chwili 24 stopnie. I 52% wilgoci. Tak, mam bardzo ciepłe mieszkanie, ludzie w mieszkaniach szczytowych i marzną, i grzyba mają. 

A ja z łezką w oku wspominam pierwsze lata tu, gdy w nieocieplonym bloku byliśmy "końcówką  rurociągu" i nikt nie chciał tu mieszkać. To był ostatni blok w Koziołkowie - w sumie do dziś jest :) A my wszyscy na granicy zapalenia płuc siedzieliśmy otuleni w co się dało, szczękając zębami z zimna. Do dzieci przyjechało pogotowie, a ja w podkoszulce, wełnianej kiecce do kostek i gruuubym golfie na niej trzęsłam się z zimna. I walka z administracją o włączenie ogrzewania przed 15 października, bo zimno. I szwagier z DE, notabene Polak, ale urodzony w DE, który, będąc z wizytą zauważył, że kaloryfer ma odkręcone na maksa ustawienie, a balkon jest szeroko otwarty, rzucił się zakręcać pokrętło. A my na niego skoczyliśmy hurtem, żeby pokrętła nie dokręcał, bo nie można, bo się rypnie :) 

I te przewały z podzielnikami ciepła dziś, gdy płaci się jak za zboże, więcej niż za ogrzewanie domku jednorodzinnego - oczywiście rozumiem, że nie muszę ani latać dokładać do pieca, ani płacić za drożejący gaz, ale... Cóż, pensje zarządów spółdzielni muszą się zbilansować.

Więc tak, koszulka jak w 30-stopniowe upały, aczkolwiek mam tylko 24 stopnie.

A chciałabym mieć tak z 18, bo najlepiej się śpi w chłodzie. 

I łamię się, czy dopłacać do ogrzewania, otwierając okno na noc (bo rury zbiorcze, idące przez sufit w dwóch miejscach grzeją i nabijają) i spać w chłodku, czy spuścić rolety i iść spać saute...?

No to się znów napisałam, ale dość na dziś. Jutro złożę raport z laserowania...

Proszę, trzymajcie kciuki - nie wiem, jak to będzie wyglądało, bo na fotelu dentystycznym raczej trudno leżeć na brzuszku, ale kto wie? :P  

 

poniedziałek, 28 września 2026

Jestę

 świnkiem albo krówkiem Kochany Pamiętniczku :) 

Bo dla nich optymalna temperatura to 20 stopni. A dzisiaj były 23 stopnie, a ja głupia, wyglądając przez okno założyłam dżinsy. 

I półbuty, co z tego, że lekkie i przewiewne, ale jednak półbuty. Dobrze, że do reszty mnie nie pokręciło i włożyłam letnią bluzkę.  

A za oknem ludzie w czapkach, w pikowanych kurtkach albo w kamizelkach, pełno takich teraz na straganach na Manhattanie, ale zrobiłam przegląd szafy, poncho, jedno, drugie, lekka kurteczka jedna, druga i takie otulacze - nie, dość kupowania, zwłaszcza że wszyscy chodzą na jedno kopyto.

A Kalafiorkównie mam zrobić mitenki - jedną już zrobiłam, bo zimno jej w łapki, ale nie w paluszki :) 

Mniejsza z większym, jak wychodziłam z domu w tych dżinsach, było OK. A potem słoneczko się rozpędziło i...

A jechałam do apteki na Pamiątkową, bo znów recepta na gentamycynę do zrobienia. Jeżu, jak mi się nie chciało.

I na Rolnej autobus stoi na przystanku, a co ja paczę? P. maszeruje, śmieje się jak sroka do sera i gapi się w smartfona. Macham, ale ślepy jest. Więc piszę, dlaczego z papierami lata w dzień roboczy, z pracy go wylali? Taka kochająca matka... Dojeżdżam do Pamiątkowej, odpisuje, że ma sprawy i dzieci.  A ja, że do apteki na Pamiątkowej i już nie śledziłam. A on chciał się spotkać - i tak się rozchodziliśmy, bo zanim dojrzałam kolejnego MSG, byłam już w Action, on leciał tam, ale wszedł innym wejściem, ja już byłam w bimbie, ale wysiadłam na skrzyżowaniu i się spotkaliśmy. A zgrzany był jak mysza w białym polarku :) W polarku w taki upał...

No i ja gupia cipa jestem, bo miło go było dorwać, zobaczyć, pogadać. Rejestrował samochód i ubezpieczał. Domyślił się, że wiem, bo zna swojego brata :) Nie miałam zamiaru robić scen, bo po co? No i nie miałam aparatów, bo nie zakładałam spotkania z kimkolwiek na mieście. a torebunia malutka jest.

W okolicy był tylko McD, poszliśmy siąść i pogadać. Nawet nie dał mi zapłacić (bo ja zawsze płacę wszędzie), ale nie mam tych wszystkich aplikacji (nie mam żadnej do McD i do płacenia fonem), nie zrujnowałam go, ale woda gazowana za 4,50 to jednak szok. Nie bywam w tym przybytku i na serio - czuję się tam jak jaskiniowiec :) A z łezką w oku wspominam nasze wyprawy do pierwszego McD w Koziołkowie - to była comiesięczna tradycja po wypłacie. Porozmawialiśmy jak czekista z czekistą, w międzyczasie pisałam ze Zmorką, bo skubana paczkę wysyłała do mnie. Do niego zadzwonili z ubezpieczenia. Zmorce posłałam fotkę, a ta mówi: ale masz starego syna, wyglądasz młodziej niż on :) 
Cóż, jestem zadbaną staruszką, a nie zarośniętym menem z siwym już zarostem i burzą nieuczesanych kłaków. Nie da się moich chłopców przekonać, że zarost ich postarza i pobrzydza. To pokolenie takie głupie jest.

Nalegał, że mnie odwiezie do domu. O nogę zapytał. Nie chciałam podwózki, pogoda cudna, nigdzie mi się nie spieszyło, miałam inne plany, a i z pętli chciałam dojść do budki ubezpieczenia, bo musiałam wrzucić polisę podpisaną - skomplikowana operacja, ale chcę się trzymać pani, która mi ubezpiecza mieszkanie, a wyniosła się na drugi koniec miasta, gdzie psy dupami szczekają. Jednak wyszukuje mi towarzystwo z dobrą składką i realnie wycenia mieszkanie - nie tak jak mój poprzedni ubezpieczyciel - rodzice koleżanki I. z podstawówki, którzy co roku podnosili mi składkę, a mieszkanie wyceniali poniżej wartości rynkowej.

Poszedł ze mną na bimbę, że dojedzie dwa przystanki, dojechał do pętli i utknęliśmy na przejeździe kolejowym. 

Pożegnałam go przytulając, bo wciąż jestem matką, a poza tym do pewnych rzeczy dorastam. do zrozumienia moich - innych teraz już - synów i do ich decyzji. 

Nie tylko oni popełniali po drodze błędy, ja też.

A wolę rozstawać się w zgodzie, bo jak mówi przysłowie: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny.

Ogarnęłam po drodze polisę, zanabyłam ostatni bukiet słoneczników (za 5 zł, grzech było nie kupić) na Manhattanie, nazbierałam pełną kieszeń kasztanów po drodze bez problemu, Łobuzy by się popłakały ze złości, ale cóż, pod jedynym drzewem w tym miejscu leciały właśnie jak rudy grad...


 

Tu tylko połowa, reszta w innym miejscu jest :) 

Potem (się śmierdzi) poleciałam do Rossmanna, bo mi płyny do kąpieli wykończyli. I natrafiłam na żółte lepy - porozstawiałam, już dwie owocówki się załapały na nie. I wg rady z komentarzy zalałam odpływy w zlewie Domestosem obficie, wrzątkiem też, zobaczymy, czy to coś pomoże, bo może stamtąd jebane wyłażą?

I. raportował (wziął wolne) orkę na ogrodzie, jeszcze dużo przed nim.

Orał (dosłownie) już po ciemku, jutro będzie siać, a nie ma już wolnego. W sumie całe wakacje upłynęły pod znakiem robót na ogrodzie, a jeszcze taras czeka - po kosztach, najtańszy z płytkami. Tak ceny lecą w górę jak szalone.

To samo stwierdziłam dziś w Rossmannie, patrząc na ceny dyfuzorów - od 30 złotych w górę... Za trochę śmierdzącej chemii, ale kocham smrody. Jednak tyle nie zamierzam płacić, pozostanę przy kominku i podgrzewaczach. Wiem, też niezdrowe, ale cóż - kocham smrody. 

Zupkę z wczoraj odgrzałam, popchnęłam szprotkami, bo jutro byłyby do wyrzucenia.

I tak spokojnie minął mi dzień, 8 tys. kroków - nieźle.

Jutro za żula będę robić, nazbierało się butelek kaucyjnych, oddaję w Aldim, bo tam najwygodniej (wściekła za tę opcję, naprawdę ktoś tu niezłe lody kręci na recyklingu, śmieci były cenne już w epoce Al Capone, ale cóż - kilkanaście złotych za butelki, lekko licząc od wprowadzenia systemu kaucyjnego, to 100 zł by się zebrało - a to już piechotą nie chodzi). I herbatek nakupić muszę, bo mięta mi się skończyła. Ja, pijąca w studenckich czasach czaj jak w pierdlu - przerzuciłam się na ziółka i lekkie herbatki. Zatem jeden cel ustawiony. O ile dalej będzie taka pogoda, to może skuszę się wreszcie na kijki na Dębinie?

I tak myślałam o wpadnięciu do pani M., na rozmowę o zmianie godzin pracy. Ale aż mnie mdli na myśl o wyprawie tam, choć z kijkami byłby to fajny spacerek.

Chyba jednak załatwię to internetowo.

No i ciekawe, jaka będzie pensja, bo robiłam tylko jedną korektę, ale nic na papierze nie mam, a i Boss milczy jak zaklęty.

I jakoś mnie to nie boli nic a nic...

Starzeję się, czy zostaję kwiatem lotosu?

Jestem oazą spokoju. Pierdolonym kurwa, zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu, na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora. 

I tej wersji się trzymamy.

Przeczekać tę jebaną pełnię.

Podobają mi się dni bez szarpaniny i nerwów. 

No i nienakręcanie się na dzieci.

I to jest najpiękniejsze chyba.  

niedziela, 27 września 2026

Jeżu

 kolczasty, działo się, Kochany Pamiętniczku. 

Wpadli jak zwykle spóźnieni - I. od dawna jest w niedoczasie. Dwie walizki, zgrzewka wody, plecaczki i naturalnej wielkości pies a la owczarek niemiecki, czy husky, ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra, terkocące sztuki dwie i próbujący wszystko ogarnąć I., meldujący, że się spóźni na zjazd, że kluczy nie zabrał, że prosi o pastę do butów i worek na buty na zmianę, dźwigający kurtkę, plecak i rzucający na komodę koło drzwi klucze od swojego domu i od samochodu. Czego nie cierpię, albowiem naczytałam się o kopiowaniu takich kluczy przez ścianę.

Ze spokojem tybetańskiego mnicha schowałam klucze na półce w pokoju, znalazłam klucze od domu (mojego), wywaliłam dwa trajkocące egzemplarze z psem do dużego pokoju (a Alienek jeszcze za progiem pytał, czy jest w tym domu obiad, odpowiedziałam, że nie i odeślę ich jutro przegłodzonych na włości), oznajmiłam, że pasty do butów nie mam, albowiem nie mam butów czarnych wymagających pastowania, a zaschnięte pozostałości pasty, ostatni raz używanej kilka lat temu w czasie pogrzebu Eksa w szale porządków wywaliłam na śmietnik, ale mogę służyć mokrymi chusteczkami uniwersalnymi, podałam plastikowy worek do zapakowania adidasów (bo na spotkanie szedł w trzewikach, a na włóczęgę po knajpach zabierał adidaski),  poczekałam, aż pościska potomstwo, przytuli starą matkę i poleci na Ubera, bo zbiorkomem by się już nie wyrobił.

Zarządziłam sprzątnięcie rozwalonych walizek i plecaków oraz rzeczonego kundla, dzięki czemu nieprzechodny stał się tylko mały pokój.

Spacyfikowałam Łobuzów, zarządzając niewchodzenie do kuchni bez kapci, albowiem wypadł mi z szafki słoik z przyprawami (znów bajzel w kuchennym królestwie, dlatego nie pozwalam nikomu szafek otwierać, bo nawet ja już nie ogarniam lecenia), a nie byłam pewna, czy udało mi się sprzątnąć na bank wszystkie okruchy szkła, dziękując niebiosom, że nie zraniłam sobie nogi (kiedyś spadającą szklaną pokrywką sobie nieźle nagrabiłam).  

Przerażone perspektywą głodzenia Łobuzy odzyskały wigor, gdy usłyszały, że jednak dostaną jeść. 

Miały do wyboru: pomidorową, rosołek albo wyjście do knajp.

Pokazałam Kolorowe garnuszki, Kalafiorkównę zachwyciła ryba (jako i mnie zawsze), ale nie było gwarancji, że ryba dziś będzie, bo nie było jeszcze bieżącego menu.  Na Piccolo ja nie miałam ochoty - dla mnie tamte sosy wonieją moczem i nie jestem fajką makaronów. Stanęło na Kuchni na Dębcu - przemówiło do nich, że to jak w ich Klamerce. I tak z miejsca Alienek zamówił sobie pierogi z kapustą i grzybami, sztuk 10 i to duże pierogi były oraz dwa napleśniki na słodko. Kalafiorkówna, dziewczę mikre zaś zażyczyła sobie napleśnika z jabłkami. SJ tradycyjnie - szare kluski. Jedli, aż im się uszy trzęsły, ale Kalafiorkówna poległa po 3/4 napleśnika, zaś Alienek na ostatnim. Jednak zapakowano nam to na wynos i na kolację skończyli, nieodgrzewane, więc się nic nie zmarnowało. Dobili się całym kawiorkiem (tat, tak i 40 deko pasztetu borowikowego - nie wiem, czy tam nie ma więcej chemii jak pasztetu, ale jedzą i nie grymaszą, a to się liczy). Wciągnęli na kolację też dupomirki koktajlowe (Kalafiorkówna) i miniogórki (Alienek), więc źle nie było wg piramidy żywieniowej. 

Ale to później. 

Po obiedzie wróciliśmy do domu, bo nie miałam ochoty na latanie z pudłem z napleśnikami po okolicy, więc zmycie resztek klejkich z buzi, sik i...

No plac zabaw.

Carramba.

Dzień był przecudny, cieplutko, ale nie gorąco, w sam raz... Dzień jak marzenie.






 Padło na Park Bambrów - niewiele tam atrakcji, ale jednak :) 

 


Ogary poszły w las. 


 Pierwsza tura była bezbolesna, ale...

Nagle zwiali mi hurtem w strefę niebezpieczną, z prędkością nadświetlną. Strefa niebezpieczna, albowiem nie widziałam jej z ławeczki, a wiodła przez ścieżkę i w okolicę wprawdzie ogrodzonego, ale wybiegu dla kundli. Płotek niziutki, do cycków mi ledwo sięga, a ja mam 160 w kapeluszu i na Wyborczej, która wszystko wyolbrzymia, więc moja wyobraźnia zaczęła pisać scenariusze horrorów, zwłaszcza po mojej ostatniej przygodzie... Albowiem Łobuzy lecą do każdego kundla, co z tego, że grzecznie pytają, czy można głaskać, jak chodzą tamtą ścieżką indywidua z  amstafami, amstafopodobnymi i innymi bez kagańców, a i słuchy chodzą, co się na tym wybiegu dzieje...

I tak, wielbicielki kundli (jak - bez obrazy - AMP ze swoją Toyką) by się oburzyły, jednak moja biedna łydka ma na ten temat inne zdanie, a i Łobuzy były w mojej pieczy.

Na całe szczęście nietknięte i niepogryzione małpiszony znalazłam na 



 gdzie rywalizowały we włażeniu jak najwyżej, a z każdego konara wystawały szpikulce ułamanych konarów, a moja wyobraźnia pisała scenariusze.

Żeby nie było: moi chłopcy mieli szczęśliwe dzieciństwo, choć i wpadki, i wypadki się zdarzały, ale... w tym wieku chodzili już sami po okolicy. A czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, matka zajęta prozą życia, ogarnianiem wszystkiego i pracą na lewo nie miała czasu na pisanie scenariuszy.

Z drzewa ściągnęłam ich obietnicą... kasztanów (na które bez skutku polowali na osiedlu) na ulicy Kasztanowej i... lodów. 

Na Kasztanowej  i owszem, upolowaliśmy trochę kasztanów bez rzucania czymkolwiek w biedne drzewa (niestety, Łobuzy nauczone rozczulania się nad życiem sierści nie są nauczone miłości do badyli, nad czym ubolewam i próbuję to wyprostować, ale ciężko idzie, bo "drzewa nie są żywe"). A w lodziarni nam się poszczęściło, albowiem koniec sezonu, zamykają budkę na kłódkę, w związku z czym za gałkę zamiast 8 zł płaciłam 3. Dostaliśmy wszyscy po dwie gałki, siedliśmy (pusto było) na tarasiku i spędziliśmy miłe chwile na żartach i delektowaniu się lodami :) 


 

 Przy takim okrągłym stole.

Osobiście wciągnąłem lody truskawkowe z bazylią (jestem zachwycona) i kulkę mango. 


 

 Rozleniwiłam się tak, delektując się posadzeniem dupska na krześle (bo łażenie dało mi się we znaki, dziś sprawdziłam, że nastukałam wczoraj ponad 10 tys. kroków, a i noga mi dokuczała), a że Łobuzy były chętne na 3. kulkę, dałam w łapę 10 zł i uradowane, że same będą kupowały (bo zawsze płacę kartą), poleciały po rozpustną trzecią kulkę. Pod koniec konsumpcji K. zrobiła scenę balkonową, że ona nie chce do domu (a musiałam, bo miałam sik, cóż, SKS), że ona chce do chińskiego marketu. Nie pomagały tłumaczenia, że w pobliżu tej lodziarni nie ma chińskiego marketu (ostatnio byliśmy całą rodziną w innej lodziarni i tam był chiński market w okolicy, do którego wlazła z mamą i... no oczywiście, coś kupiły). Na pytanie, po co do chińskiego marketu... bo chce sobie pooglądać. Ale co? No nic, nie wie, co chce, ale chce. Oj, to była konwersacja.

Alienek zaś odmówił powrotu do domu, albowiem on chce primo po pierwsze na Kasztanową po kasztany, primo po drugie - z powrotem na drzewo powłazić.

Negocjacje zakończyła dopiero wizja mnie, ściągającej gacie i sikającej na trawniku. Nie zdzierżyli i karnie ruszyli do domu. 

Niestety, last but least, Alienek znalazł wracając kij idealny. Zaprotestowałam przeciwko wnoszeniu go do domu, albowiem na balkonie mam już liczący ponad 40 lat (jeżu kiedy to minęło) kij jego ojca, zadomowiony i ja go nie wyrzucę, a także kij Alienka, Kalafiorkówny, o których oni już nie pamiętają. Stanęło na tym, że kij schowamy i zabierze go, jak wyjdziemy, a do domu weźmie, jak ojciec się zgodzi.  Jednak muszę umieć stawiać granice.

A źle się czułam, bo... nie piłam, żeby nie sikać, a i tak sikanie miałam :) 

No i oni też nie pili.

Więc każdy dostał swoją wodę mineralną, siknęliśmy grupowo, mordki i łapki klejkie od lodów umyto, a ja po dłuuugiej przerwie wzięłam kijki w dłoń i...

Poszliśmy z powrotem na plac zabaw. Kijki były wybawieniem dla mnie, dla moich biednych nóżek, a i plecaczek (hahaha, lekki, my poniesiemy, ale obciążony trzema różnymi butelkami z wodą, kluczami i portfelem po kilku krokach już taki lekki nie był) wylądował na moich pleckach, dając ulgę po torebce, niby lżejszej, ale jednak.

Polecieli od razu na drzewo i tam szaleli, a ja mdlałam, taka wada fabryczna i ten model tak ma. Zwłaszcza jak K. stojąc na gałęzi zakłada drugą nogę na głowę...

Udało mi się ich stamtąd ściągnąć. Ale nie zauważyłam, że A. zostawił  pod drzewem kij, bo zaprotestowałam przeciwko wspinaniu się coraz wyżej i wyżej z kijem, oczami duszy widząc wydrapane oczęta, mnie, dzwoniącą (jak?) po karetkę, SOR i inne takie tam. Wiem, jestem starą histeryczką, a za takie scenariusze nikt mi nie zapłaci.

Ruszyli w końcu z powrotem na plac zabaw. 

Na placu zabaw Alienek zaszalał na ściance wspinaczkowej, on, obgadywany, że niewygimnastykowany, że ciapa... Właził tam, gdzie K. nie dawała rady. Nakręciłam filmik i nawet ich mama (wróciła ze zjazdu bez szlajania się, bo pieski) zakładała, dostając filmiki, że Alienek niedołęga, no i ba... 

I tak na łażeniu tam i z powrotem, grzaniu się na słoneczku, kontemplowaniu


 

 uroków wrześniowego dnia (i w tym strasznym miesiącu bywają dobre dni jednak)...

... minęło mi 5 godzin w sumie :) 

Ruszyliśmy w końcu do domu, bo słonko zabierało się za zachodzenie, a ja byłam w bluzeczce bez okryjbidy, Łobuzy miały wdzianka, a mnie zaczynało być chłodnawo...

I tu nastąpił akt tragiczny tego pięknego dnia...

Alienkowi przypomniał się patyk zostawiony pod drzewem i stanowczo odmówił powrotu bez niego do domu.

Utknął pod latarnią, zalewając się łzami, albowiem  powiedziałam NIE, dużymi literami. Moja noga mimo kijków mówiła nie, wracaniu taki kawał.

Postanowił wrócić sam, na co zgodzić się nie mogłam, bo ścieżynkami właśnie wracało coraz więcej kundli na wybieg. K. próbowała negocjacji, ale kiepsko jej to szło. A jako że ja, nienauczona, że dziecko nie słucha, stałam bezradna...

Trwało to.

W końcu dzięki chusteczkom z plecaczka i perspektywie znalezienia innego kijka (jednak ten pod drzewem był najidealniejszy na świecie), który - uwaga, achtung, wnimanije, pozor, będzie można zabrać do mieszkania i negocjować z rodzicielem zabranie go na włości - ruszyliśmy do domu. Po drodze K. nazbierała sporą wiązkę chrustu, niestety, A. nie odpowiadał żaden egzemplarz: ten za krótki, ten za długi, ten za chudy, ten za gruby... Wiązka chrustu dźwigana przez mikrą dziewczynkę urosła, zanim A. znalazł patyk typu może być.

Utknęli pod osiedlowym kasztanem, rzucając mimo moich protestów patyki, bezskutecznie.

W końcu dotarliśmy do domu. Wiązka chrustu i patyk może być wylądowały na balkonie, a stare patyki wzbudziły podziw i szacunek.

Ogarnęłam kolację (skład: opisany wyżej).

Kąpiel to osobne hardcore. Bo już teraz jest prywatna.

Co szanuję, ale zalanie mojego mieszkania nie.

A kąpiel w pełnej do granic możliwości wannie, z rączką prysznicową z fantazjami, przez lekkomyślne egzemplarze niesłuchające poleceń i nieznające kaprysów baterii - nie ma opcji. Z szacunku nie tłumaczyłam, że ich tyłki widziałam i obcierałam obsrane, że to dla mnie ani nie jest atrakcja, ani nowina - ale mycie włosków K. sięgających jej poza półdupki przez nią samą - nie ma opcji. Chociaż kąpiel zawsze była dla nich, pozbawionych (jeszcze) wanny, atrakcją u mnie. 

Wygrała łapówka w postaci bezgranicznej ilości piany (jutro muszę dokupić płyn do kąpieli, bo się wypienił prawie do końca), sama do kąpieli w tej chwili (bo nie mogę się moczyć) zużywam chyba 1/20 wody, co oni, ale im nie żałuję :) 

Film na HBO - oglądnęli połowę, drugą obiecałam rano, żeby nie budzili ojca.

Alienkowi się nagle wygło i zażyczył sobie spanie na polówce, na której miał spać ojciec - i o dziwo, przespał noc, nie spadając, nie kopiąc. Czyli OK. Bo moja noga mówi nie sublokatorom - w nocy czasem tak boli, że nie wiem, jak ją układać, więc nie ma opcji spania z nikim. 

A mam do dyspozycji dwa  tapczany dwuosobowe. Więc była polówka, notabene, moja, ale wylądowała dawno temu na włościach. Teraz ją wożą. U teścia nie mógł spać, bo spał tam jego syn (szwagier I.), też absolwent tej samej szkoły. A tam też po przetasowaniach miejsca już nie ma. 2020 ro se ne vrati :) 

Ranek był dziki. W sensie, że moje mieszkanie, takie wypieszczone, wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado. A ja, niedospana, bo jak zwykle, gdy I. baluje, przeklinając, śpię  jak mysz pod miotłą, ale tym razem żadnego SMS czy innego MSG nie wysłałam, za co medal mi się należy i to najwyższego stopnia, bo ponoć zasięgu i tak nie było. Gad wrócił dokładnie o 2.14. Błogosławiony niech będzie Ezviz :) 

Łobuzy śniadanie zjadły, zachwycone piątkowymi (bo w piątek kupowałam) bułkami, których nie chciały jeść w sobotę. Albowiem, przywołując lata młodości, skropiłam owe bułki lekko wodą i wsadziłam do piekarnika. Byli w szoku, że mam świeżo pieczone bułki, a te, zamiast wylądować w bio, zeżarte zostały. Cóż, kosztują jak za zboże, a nienawidzę grymaszenia i marnowania jedzenia, bo w ząbki wchodzi. 

W trakcie przekomarzanek mówię do K., że dzieci są najlepsze z piekarnika, a ta do mnie: chyba twoje, smrodzie.

Nie powiem: zatkało kakao. Tak, bywam wulgarna, rzucam mięsem, ale taka odzywka w ustach niespełna (jeszcze 7-latki) zaszokowała mnie. A i A. zaczął ją pouczać. I na serio? Nie wyniosła tego z domu, bo gdy rzucam tekstem: ale piździ jak za cara - zostaję skarcona przez syna i synową równocześnie: słownictwo. Zareklamowałam u jej ojca. Wyciągnie konsekwencje. Ale widzę, że rodzicielstwo dalej nie jest proste. A na serio: sama, rzucająca mięsem, bo lubię i mogę, w życiu nie odezwałam się tak do nikogo. A moje oczy duszy ujrzały K., rzucającą tym tekstem do kogoś starszego, który jej na odcisk wlazł (nawet żartem, tak jak ja, z A. nie mam tego problemu, bo on kuma czaczę), nieważne, koleżanki czy kolegi - mającego przewagę fizyczną i...

Dobra, nie piszemy czarnych scenariuszy. Aczkolwiek ciekawie to nie wygląda to pokolenie, dziewczynka krucha, z przezroczystą cerą, aniołek jak namalowany i takie teksty?

Można się załamać, doprawdy.

I wstał w końcu, choć nie popędzałam, bo zależało mi, żeby wrócił do formy, wspomnienia miał z imprezy super, łącznie z odwiedzinami u 92-letniej nauczycielki (sic!), niewiele ogarnęliśmy, nie chciałam męczyć zmęczonego życiem dziecka (na serio, on, o 42 lat młodszy ode mnie jest bardziej zmęczony życiem niż ja) drążeniem detali... Umówiliśmy się na wyjazd do K. na 10 października (doceniam). 

Cyckonosz założyłam, żeby wyglądać jak człowiek i pomogłam poznosić wszystkie toboły do samochodu.

Przytulaski, kiwaski...

Wróciłam na swoje i choć pogoda kusiła, nie zmusiłam się do wylezienia z nory. 

Dzień minął, miło, spokojnie, choć gdzieś tam w głębi sumienie mnie gryzło, że nie wzięłam kijków w dłoń.

Ale oj tam, oj tam, jutro to naprawię albo i nie :) 

I akurat włączyło się w słuchawkach Acropolis adieu, przy którym latami umierałam z miłości, z tęsknoty za miłością, wspominając cudne chwile spędzone w takt tej melodii w ramionach największej (sic!)  mojej miłości. Czy aby na pewno? 

A dziś?

Cóż, każda miłość jest pierwsza. 
Dzisiaj kocham: primo po pierwsze - siebie, z trudem, ale...

Bo to jest moje życie i ja w nim jestem najważniejsza.

Ale i tak - było fajnie i działo się, jak w kalejdoskopie.
Co niniejszym opisałam.

I tylko te jebane owocówki, jutro wejdę głębiej pod szafkę, może tam jest jakieś gniazdo?

Szyby wszędzie znów osrane.

Wojna!!! 

 

 

czwartek, 24 września 2026

Mają

 wkrótce włączyć ogrzewanie, Kochany Pamiętniczku. No to zacznie się jazda i oszczędzanie ciepła. I walka ze suchym powietrzem. 

A że na dokładkę owocówki mi w tym roku oszalały, nie nadążam z wymienianiem słoików z octem i skórek po bananach, w słoikach gwarno jak w ulu, do akcji włączyłam również odkurzacz, wciąganie owocówek odkurzaczem to najlepszy sposób, ale dość mam potykania się o stojący mi na drodze sprzęt. I okna tak zasrane, że mimo coraz gorszego wzroku widzę kropkę na kropce.  

Cóż było robić.

Ochłonąwszy po poniedziałku we wtorek, przebumblowany, w środę postawiłam się na baczność do raportu i... powoli, bo powoli, ale ogarnęłam wszystkie okna.  Myślałam przy tym, że ciocia w moim wieku brała już dziewczynę do mycia okien, choć jak sama mówiła, do końca życia raz w miesiącu miała pierdalca na mycie okien (mam i ja, ale nie daję się). Z tym, że ona miała jakąś dziewczynę z dalszej rodziny, niepełnosprawną umysłowo, ale fizycznie robotną (to ona znalazła Ciocię w łazience w tę sobotę...), która sprzątanie ogarniała za niewielki grosz. 

A. na spotkaniu mówiła, że ona nie sprząta, ma do tego panią, płaci jej 250 zł. Cóż, ma widocznie dobrą emeryturę, mnie by było szkoda wydawać 1000 zł miesięcznie na sprzątanie. Wolno, bo wolno, ale rzutem na taśmę jeszcze ogarniam tę kuwetę. A jak umyłam teraz okna, to może do wiosny dociągnę, co najwyżej wewnątrz ogarnę sprayem. Tyle że parapety mam znów zasrane. Sąsiadka wyżej bardzo posunęła się w latach, nie wychodzi już sama, wyprowadza ją (chyba) syn, i na jej balkonie i na wykuszu na jej poziomie lądują bez ustanku srajdy. Te młode, które mnie jeszcze nie znają, lądują na moim parapecie. A że ja też się mniej ruszam, nie zawsze je dorwę, to srają, będę musiała wybrać się do marketu po jakiś środek - jest taki spray, który je zniechęca do siadania, ale u mnie to cała operacja logistyczna, bo na brudny parapet nie będę nim sikała, a mycie go to kolejna operacja ściągania pierdyliarda badyli, żeby okno otworzyć...

Tym niemniej umyte okna cieszą duszę i oko :) I od razu jakoś w mieszkaniu czyściej - się zmobilizowałam, wyniosłam dziś dwa worki - jeden z bateriami (zebrane wieki temu z moich światełek, sobie leżały w kącie), drugi z elektrośmieciami - a i tych się nazbierało - niedziałające lampki, termometry,  łańcuchy. Dobrze, że w pobliskim technikum po drodze na Manhattan jest zbiornik na takie śmieci - więc nie zaśmiecałam nic :) Ekologicznie, proszę ja Kochanego Pamiętniczka :) 

Ale owocówki. Nie mam zamykanego kubła, zresztą nie mam miejsca na osobny kubeł na zmieszane i bio - bio wrzucam do takiego małego zawieszonego na dużym - bez nakrycia. No to mają bezpłatny bufet.

Pomidory leżą na wierzchu. A i nie wszystkie owoce i warzywa lubią lodówkę. Pomidory nie - po wyjęciu z lodówki to już nie są dobre pomidory.

Poszłam więc do gospodarczego i kupiłam taki mały, poręczny, zamykany - na bio. Zmieścił się obok kubła pod zlewem. 

Zobaczymy, czy się sprawdzi. 


 We wtorek poszłam na obiad do nowo otwartego bistra - mnożą się w okolicy jak króliki, mają fajne jedzonko w zbliżonej cenie, ale...


 Krupnik, gołąbek - 29,90. I nieprzesolone, nawet mało słone, ale to dobrze. Okazało się, że bistro prowadzi znajomy siostry Synowej, mamy Małego T. Mam się powołać :) 
Wygodne, ale...

10 dni to 300 zł. To na amerykańskie warunki, nie na moje dochody. Za 300 zł to ja mam jedzenie na cały tydzień. 

Więc od czasu do czasu pozwolę sobie na wyskok, ale na co dzień odpada. A szkoda, bo dowożą do chaty też.

Cóż, nie można mieć wszystkiego na emeryturce :) 

Chciałam też kupić siatkę przeciw owocówkom, miałam taką, ale dałam Inżynierowej. Nie mieli.

Ale cóż, potrzeba jest matką wynalazków - mam worek zapinany na zamek, z drobniutkiej siateczki, do prania rajstop. Rajstop od wieków nie noszę, jakieś tam leżą w szafie, zetlałe pewno już. W woreczek mieści się miseczka, w miseczce pomidorki i owocówka nie siada :) 

Schowałam już odkurzacz, bo mnie zaczął wkurwiać, ale widzę, że owocówki wciąż są. Mniej, ale są. 

Ogarnęłam dziś dzień gospodarczy, ale chyba go jutro wyciągnę.

Jutro sprzątanie korytarza (odpuściłam dwa dyżury, aż mi wstyd, ale sąsiedzi odpuszczają więcej, poza jednym), więc jednak sprzątnę. Cóż, resztki przyzwoitości mam.

Powlokłam już pościel na sobotę, dostanę rankiem Łobuzów na nocowankę, rodzice idą na zjazd rocznicowy do szkoły (bodaj 80-lecie ich budy). Są z różnego rocznika i z różnych oddziałów. Idzie też brat Inżynierowej, tam prawie cała rodzina chodziła. Przyjeżdża, więc dziadkowa kwatera zablokowana. Inżynierowa nie pije i wraca do domu, bo kundle. Cóż, życie. I. idzie w tango i ląduje na nocleg u mamusi, a jakże. Więc będzie się działo, tym bardziej, że Kalafiorkówna, która zmieniła nazwisko rodowe na Plac Zabaw da mi popalić niechybnie. Więc jakby co, wspominajcie mnie dobrze albo wcale :) 

 Wlazłam jeszcze do rybnego i szok.


 Jedzcie dorsze, gówno gorsze. Na stare lata zostałam fanką dorsza, bo ości nie ma. W Lidlu tańszy, ale... nie zawsze świeży. Pani mówiła (ta z rybnego), że zastanawiała się, czy wziąć, bo taki drogi. Zawsze kupowałam dwie-trzy polędwiczki, teraz wzięłam jedną i trochę szprotek (też lubię) i zapłaciłam prawie 30 zł. W Lidlu też byłam, bo ogarniam zaopatrzenie dla grymaśników. Był halibut, kosztujący bagatela, prawie 100 zł za kilo. Też lubię, bo mało, że rybą nie wonieje, to ości nie ma. Przeceniony o 50%, bo data przydatności do dziś. Cóż, solidna porcja za 20 zł z groszami mnie skusiła. I tak sobie upiekłam w piekarniku i halibuta, i dorsza, mało, że miałam obiad dziś, to na jutro mam.

A jutro wstawię gar rosołku, jak mają mi Łobuzy marudzić i ciągnąć mnie do Piccolo, gdzie mało, że śmierdzi, to też drogo, bo w normalnym bistro Alienek zje, bo mięsożerny i kocha kotlety, ale Kalafiorkówna nie ma co jeść, to wolę zrobić gar rosołu i pozwolić im poczuć się ważnymi - będą mogli wybrać - rosołek czy pomidorówka.

Rozpieszczanie tanim kosztem.

Inżynier kibluje na lotnisku we Frankfurcie, wraca dziś w nocy, gdy matka spała już będzie.

Jutro na 11 do fryzjera - nie chciało mi się dziś czekać pół godziny ponad, umówiłam się na 11. Wyśpię się, ogarnę przewijanie nóżki (robi się blizna jak ta lala, ale wali mnie to, latam w portkach, a latem mam na to wyrąbane, byleby wreszcie ta rana się zasklepiła), polecę i znów będę wyglądała jak łysa Jędza, a nie jak Jędza lecąca pod wiatr :) 

A. P. kupił samochód, ten firmowy, którym jeździł. I nie, nie wiem tego od niego. I. zapytał, czy się brat pochwalił. Pytam: czym, nie odezwał się do mnie od dywanika. Na to I.: znów tajemnice.

W UK P. kupił samochód, nie mając jeszcze prawa jazdy. Dwa razy w PL oblał, dwa kursy za wówczas 1000 zł - kto płacił? Mamusia, oczywiście. To było ponad 20 lat temu, to była ładna kasa. W UK też robił, ale za swoje. Nie zdał, a samochód, kupiony za 6 tys. funtów wygenerował kolejne koszty. Jego połowica, zamiast spróbować zdać, spasowała - w sumie long story. 

Mamusia nie wiedziała nawet, że kupił telewizor wypasiony, przyjechała, weszła do salonu (w kołchozie z Baranem) i nawet nie zauważyła, że jest TV. Mamusia niekumata taka. O samochodzie w UK dowiedziała się od szpiegów, ale cóż miała rzec? Nie jej pieniądze, nie jej cyrk, nie jej małpy.

Prawo jazdy teraz opłacał mu szef, bo praca wymaga jeżdżenia samochodem. A on dobrym pracownikiem jest. Warunek - kontrakt na dwa lata. Nie zdał za pierwszym podejściem, kolejne musiał opłacać sam. Jak i jazdy doszkalające. Po drugim egzaminie oblanym kto opłacił doszkalanie? Mamusia. A trzeci egzamin? Też mamusia. I nie są to dla mnie bagatelne kwoty, ale myślałam: wnuki, leczenie, inne takie tam, pomogę.

I nie, nie mam mu za złe, że kupił ten samochód. To dla niego ulga i pomoc, i fajnie, że ogarnął kasę na to.
Ale...

Nie ma przebacz.

Cóż.

Są granice.

A ja nie mam zamiaru czuć się winna za cokolwiek.

W sumie w dupie mam - tę zgrzewkę Perlage sobie wózeczkiem dowiozłam, latanie za zakupami  dziś 7 tys. kroków - na zdrowie, bo i w chałupie polatałam :)  

Przyjdzie koza do woza, albo i nie.

To moje dziecko, niestety, gdzieś coś się wygło.

Ale spoko, będę z tym żyła.

A Zmorka w Hiszpanii balując, pomyślała o mnie i męczyła mnie dziś, kiedy będę w domu. Myślałam, że wreszcie wpadnie, ale nie... Paczkę śle. Pochwalę się, jak dojdzie, ale to potrwa, warto jednak czekać. I Zmoreczce z góry dziękuję.

A że ja mam z kurierami na bakier, paczka pójdzie do I.

I tak mijają mi dni, kiedy czuję się wolna, spokojna, szukam starych piosenek do odświeżenia i emeryturuję się namiętnie, ciesząc się tym, co mnie czeka, gdy stanę się już stuprocentową emerytką :) 

Dziecko leci z DE w nocy. Ale będę spać. 

Z nadmiaru stresowania się też wyrastam.

Chyba się starzeję.  

I tak mi mijają pięknie  wolne dni :) 

 

 

 

 

poniedziałek, 21 września 2026

Przeżywałam

 jak mrówka okres dzisiejsze wyjście do chirurga, Kochany Pamiętniczku. 

A że numerek 26, to się wcale nie spieszyła, oczami duszy widząc siebie, lecącą kurcgalopkiem do chaty, żeby nie trzymać załogi i zamknąć gazetkę ukochaną.

I tak sobie po 10 wyszłam, ale pechowo, bo nie sprawdziłam jak dojadę i kiblowałam w sumie na 2 przystankach 16 minut, podczas gdy optymalnie to jakieś 20 bym jechała w sumie. Ale nic. Wchodzę do szpitala, a na schodach barykada z dwóch Romek, które, słusznej postury, cała szerokość schodów zajmowały, stojąc i gadając. Udało mi się sforsować ją, idę pod gabinet i... szok. Siedzą 3 osoby. Pytam, jaki numerek wszedł, nie widzą. A w środku akurat było pogotowie. Siedział też na krześle facet, woniejący niemiło, nie, nie pachniał smrodem, po prostu żulił. I wkładał rękę za kołnierz, drapał się niemiłosiernie, co wydrapał, to oglądał, a plecy i szyję miał w czerwonych kropach. Pogotowie wyszło, zatrzasnęło mu drzwi przed nosem i... Puka. Ale że to dzień tej starszej pani doktor to na pukanie nikt nie otwiera. Za to otworzyły się drzwi od przewijalni i pani (niemiła) zaprosiła mnie do gabinetu, tak że poszło błyskawicznie. Tak mi oczyściła ranę, że kopyto do teraz napierdala znów. Nie było pani doktor, był starszy z doktorów, plastry, znów 15 zapisał (a na 100% jeden 22 zł), ranę obejrzał, mruknął, że powoli, ale się goi, dopisał nową gentamycynę i kontrola za 2 tygodnie. Wyleciałam jak z procy, a drapacz jeszcze siedział. Do teraz mam uczucie swędzenia na całym ciele, a całe ubranie, jakie  na sobie miałam zaraz po powrocie do domu wrzuciłam do prania :|

Tak, wiem, też człowiek, ale...

W tym momencie współczułam personelowi.

Zarejestrowałam się, przeszczęśliwa, że mam z głowy i nie myśląc... na 5 października, bo to dokładnie za 2 tygodnie.

Dopiero w domu uświadomiłam sobie, że 5 wracam do pracy. Ale po 4 godziny, więc co najwyżej zacznę o 13 - mam 7. numerek, mam być ok. 9.30. Pasuje. Cóż, praca jest jaka jest, kopytko ważniejsze. Chociaż w sumie to jak tak dalej pójdzie, to tylko po recepty chodzę, przewijać się wolę sama, mniej boleśnie to robię. No ale 22 zyla za plaster - podziękuję. Zbieram wszystkie paragony, jakiś tam odpis jest, ale chyba musiałabym mieć faktury, nie paragony i... pierdolę odliczanie i szukanie przepisów.

I tak byłam pierwsza (koleżanka zamykająca dzisiejszą składkę była na badaniach pracowych), a pracę skończyłam koło 19. Ale perspektywa wolnego do 5 października - już dawno nic mnie tak nie cieszyło.

Chyba jednak mam dość.

Wypisałam sobie też urlop (HR zatwierdził błyskawicznie) odliczając ten ostatni tydzień, kiedy byłam na urlopie i pracowałam, no i za swoje wolne dni też wypisałam urlop, już macham ręką na ten dodatkowy dzień dziś, dość mam zawracania głowy.  Urlop od 1 do 11 listopada (mogłabym o te dwa dni dłużej, ale chcę dać szansę ludziom, żeby nie zwariowali, że nie ma korekty, choć ta jedna jest dla mnie idealna). Czyli od 20 października (bo odbieram te 2 tygodnie) do 11 listopada będę wolna jak ta ptaszynka.

Coraz bardziej mi się to podoba. Jeszcze 9,5 dnia (czyli w sumie 19 dni) mi zostało. Będę wybierała sukcesywnie.

A że zapomniałam w tym roku o harmonogramie na przyszły, zazwyczaj już w sierpniu podnosiłam larum (chociaż chujwi, czy jeszcze będę pracowała po Nowym Roku), poprosiłam, pani M. dosłała i nawet fajny jest, z tym, że po świętach nie mogę sobie tradycyjnie poświętować aż do Trzech Króli, bo jakiś debil wpisał krówki na 7 stycznia. Ale to jeszcze daleko, co najwyżej 3-4 wrócę na pracową niwę.

I to tak z tego poletka.

Fejsbuczek  zaś w przypominajkach przypomniał mi dziś, że rok temu odeszła Hanna Rek.

I tym sposobem dziś wracam do wspomnień z młodości (jak zawsze).

Bo znów minął lata jeden dzień (wszak teoretycznie mamy jeszcze lato)...

I po drodze zaplątała się Santorka ze stwierdzeniem, że każda miłość jest pierwsza (coś o tym wiem i to bardzo boleśnie, szkoda, że kiedyś nie byłam taka mądra, a ta pierwsza, no może trzecia, nie licząc przedszkolnej i roku w liceum, który wspominam przemiło, chociaż nie oszalałam wtedy tak do końca - a szkoda, bo Z. - patrząc z dzisiejszej perspektywy dorosłej kobiety - był idealny, ale cóż, rozłączyła nas mineralogia i termodynamika, zmienił szkołę, zmarła moja mama i się posypało).

I tak sobie skaczę wśród starych piosenek w różnych aranżacjach, lepszych, gorszych i wspaniale mija mi wieczór. 

Ze współczesnych "artystów" nie znam nikogo, jakoś nie mogę się wkręcić.

Nic mnie nie chwyta za serce. Moja koleżanka licealna jest wielką fanką Szpaka. Mnie, aczkolwiek podoba mi się jego image, nie łapie za serce żaden z jego utworów. Czasem coś usłyszę, ale ogólnie tych wszystkich zapiewajłów współczesnych nie ogarniam. 

I wspominam, jak mój ojciec oburzał się na Czerwone Gitary, że jak można słuchać takich szarpidrutów.

Moja znajomość najnowszych hitów w zasadzie skończyła się razem ze studiami i z końcem potańcówek. 

Aparatów słuchowych nie miałam, słuchawek jeszcze wtedy nie było do wszystkiego, a potem dzieci, wszystko na mojej głowie i zostały mi jedynie taśmy magnetofonowe na takim małym odtwarzaczu, do którego miałam słuchawki - nocami, pracując przy produkcji elektrod do EKG słuchałam ich do oporu. Tak, elektrody do EKG umiem też robić i to kilka rodzajów. Tak samo jak sztuczne kwiaty (dlatego ich nie lubię), obsługiwać prasę hydrauliczną (10-tonową), malować na tkaninach. Prawdziwy omnibus ze mnie :)

Rozkwitłam na nowo muzycznie, gdy już podrośnięte pacholęcia me zostały zaproszone łaskawie do DE i przywiozły mi stamtąd walkmana Sony. Nie byle jakiego - z radiem (działa do dziś, choć wyrobiły się te kręcidełka od taśm i  taśmy chodzą w wolnym tempie, ale co marka, to marka). Potem już było z górki, bo i odtwarzacze CD, mp3 (jak ostatni mi poległ, Inżynier mnie obśmiał i kazał się przeprosić ze Spotify, no a teraz już nie ruszam się bez ajfonika, Spotify, YT i...

Odkrywam to, co dla słyszących jest śmieszne. Z dzieciństwa, kiedy jeszcze miałam lepszy słuch pamiętam ojca, gwiżdżącego... no właśnie, co gwizdał, goląc się? Odkryłam to całkiem niedawno - Most na rzece Kwai.

I ukochana piosenka mojej Mamy i jej Siostry - Que sera.

Znałam ją, pamiętałam, ale teraz kombinuję i ogarniam różne wykonania.

I kochany Presley, z mojej zajechanej przy robieniu elektrod kasety magnetofonowej...

To, co dla ludzi z dobrym słuchem jest oczywiste, dla mnie odkrywa się powoli teraz. 

Jak już nie mogę, jak nie daję sobie rady z rzeczywistością, zakładam słuchawki (błogosławione niech będą bezprzewodowe, chociaż czasem tracą zasięg w moim mieszkaniu, niektóre) i...

Wraca mi chęć do życia.

Bo to prawda, że muzyka jest dobra na wszystko.

A dla mnie wciąż wiele nieodkrytych jeszcze rzeczy.

I widzę tę małą dziewczynkę (no dobra, nie taką już małą, nastolatkę), która na głośniku od adapteru Bambino kładła poduszkę, albowiem adapter ten, z uszkodzonym głośnikiem, miał brzydki zwyczaj wybuchania na cały regulator, czego nawet moje chore uszy nie tolerowały, słuchającą wszystkich winyli, które jej wpadły w ręce, zabijając ból po odejściu mamy.  Ojciec uważała naprawę adapteru za zbędny wydatek.

I pierwsze radio tranzystorowe, Szarotka, ze słuchawką (wypas), które dostałam od Cioci, gdy byłam na studiach. Radio, które zabierałam do kuchni w akademiku (w Jagience), stawiałam na parapecie i... uczyłam się w tej kuchni, muzyką odizolowana od gotujących. Słyszałam muzykę, nie słysząc szczęku kuchennych utensyliów, mogłam się spokojnie uczyć :) 

Tak, wiele mam wspomnień - czasem żal mi, że nie ogarniałam tego, co słuchał P., Kobranocka, Kult inne takie tam, Inżynier - Roxette, Alphaville - nie ogarniałam wtedy ich muzycznych zainteresowań, nie miałam na to czasu, zalatana między szpitalami i zdobywaniem kasy na ich wychowanie.

Odkrywam to teraz - oczywiście, nasze gusta muzyczne w zasadzie absolutnie się nie pokrywają, choć za Kocham cię jak Irlandię dałabym się na plasterki pokroić, a Forever young też mi duszyczkę na strzępy rwie. 

Zaś chłopcy, przyłapawszy mnie na słuchaniu Jeden Osiem L kulali się ze śmiechu po podłodze - matka hip-hopu słucha?

No co, kto bogatemu zabroni :)

A jeszcze lepszy był numer z oglądaniem TV.

Miałam słuchawki do TV. Takie na kabelku, długaśnym.

Ale... włączone do TV blokowały głos.

Więc na komodzie dumnie stał odbiornik TV z zablokowanym głosem, bo matka musi mieć słuchawki, a już pora Dziennika TV, 19.30 to była pora święta, wszyscy chodzili na paluszkach, bo matka wiadomości ogląda (było to w czasach przedinternetowych, gdy o kompikach i łączach nikt nie słyszał). W drugim rogu pokoju stał turystyczny odbiornik TV (jakiś ruski, marki nie pamiętam, ładny, czerwony był). Włączony na ten sam kanał (a były wtedy tylko 2) - no i cała rodzina mogła spokojnie oglądać program :) Wizja była w kolorowym, głos w turystycznym. Trzeba umieć  sobie radzić, co nie?

A dziś? Każdy smartfon to i streaming, i TV, i inne cuda wianki.

Siedząc w kolejce do chirurga widzę, jak starsze ode mnie dziadki, za które nikt by 2 groszy nie dał, zapierdalają na swoich zabawkach lepiej niż ja. Bo ja tam ani streamingów, ani TV nie mam :) Gier też mało, odkąd nie dojeżdżam do pracy zbiorkomem do niczego nie jest mi to potrzebne. Ajfonik robi za pedometr, muzyczkę i kontakt z otoczeniem.

A dziś dzwoni mi i dzwoni, od mojego dentysty. Kurwa. Byłam tam w dwa tygodnie temu w poniedziałek, przekładając dzisiejszą wizytę na 9 października, bo chirurg ważniejszy. A to mi dzwoni i dzwoni, i już wiem, że to nie jest moja pani doktor, bo ona zawsze SMS albo emilka pisze. Znów jest ta nierozgarnięta piguła, dzwoniąca do rozwalenia baterii... Więc odpisuję, że dziś nie mogę. W sumie nie mogę, bo... dopiero co wróciłam od chirurga, a i ukochana gazetka się przesunęła na dziś. Więc nie, nie polecę... Odpisuję, że mam wizytę na 9... Pyta, czy można ją przesunąć na 1.10. 

Można. Kurwa, a w czerwcu kazano mi czekać 3 miesiące, a i kamienia nie ściągnęła mi pani doktor (zrobiła to niedawno), ale... higienistka. Za 150 zł, partacko. 

I tak sobie myślę, że będę musiała rozglądnąć się za solidniejszym papierowym kalendarzem.

Owszem, ogarniam elektroniczny. Ale czasem wszystko zmienia się tak błyskawicznie, że sama się zaplątuję w tym wszystkim.

I zastanawiam się, dlaczego ludzie o kilka dekad ode mnie młodsi nie ogarniają terminów i rzeczywistości? Zwłaszcza ci, odpowiedzialni za takie właśnie organizowanie czasu - wizyt i innych takich tam.

To całe elektroniczne jest jednak przereklamowane. 

A co będzie, jak to wszystko jebnie, bo jebnąć może?

Fakt, papier może spłonąć, zgubić się, może go woda zalać.

Ale jak jebnie elektronika - nie będzie zmiłuj.

Dopóki mam prąd - nie ma sprawy.

Bez prądu nic mi nie zagra, ale...

Książki i świeczka. Tudzież lampa naftowa (mam, a i zapas nafty też mam).

I mogę sobie pośpiewać sama, bo żadne dziecko już do mnie nie przyjdzie z tekstem: niech już mama nie śpiewa, już będę grzeczny :)

Bo właśnie rano, podczas kąpieli (błyskawicznej teraz, ale kąpieli) odkrywam zawirowania pamięci.

Ojacierpiędolę, ile ja piosenek znam.

Zawsze niech będzie słońca - po polsku i po rosyjsku.

Piosenki z przedszkola.

Modlitwy (a jakże, z katolickiego przedszkola, dopiero teraz zanalizowane - dzisiaj nie przeszłyby normalnie jako traumatyzujące dziecko, bo: Grzeczne dziecko, gdy wstanie, nie prosi o śniadanie, tylko ładnie umyje buzię, rączki i szyję. Do paciorka uklęknie i przeżegna się pięknie, trzyma rączki złożone, nie obraca się w stronę. Nie obraca, nie kręci, bo zawsze w pamięci, że Pan Jezus jest wszędzie i za złe karać będzie.

No dobra, jak ja mam być normalna, wychowana tak bez odrobiny marchewki, karana za złe (no cóż, nabroiłam w życiu, nie ukrywam, ale na pewno nie jako dziecko aż tak)?

I jak bardzo trzeba mieć krzywo pod kapturkiem, żeby pamiętać całą masę takich tekstów z naprawdę wczesnego dzieciństwa, a nie pamiętać, jak nazywa się jebana szynka?

A lecąc dziś z HCP, musiałam zdjąć okryjbidę, bo słonko zaświeciło, zrobiło mi się gorąco, czułam, jak pot mi spływa po pleckach. A ludziska w kurteczkach pikowanych, kozaczkach, czapeczkach. Lecę do apteki, licząc, kiedy zasiądę przed kompikiem, a mijająca mnie pani w polarku, macha ręką i mówi, tradycyjnie: nie zimno tak pani? A sandałków, kurwa, nie miałam, tylko te nowe  butki z błędem ortograficznym...

No, mam permanentną menopauzę, więc jak żyć, Kochany Pamiętniczku? Jak żyć normalnie?

Do napisania, się rozpisałam i rozanieliłam, olaboga.
A jutro wysmrodzę się Edenem i zamierzam się ostrzyc.

Może na zero?

Kto wie?


sobota, 19 września 2026

Poleniłam

 się dziś aż miło, Kochany Pamiętniczku :) To naprawdę fajna opcja, leżeć w łóżku z ajpadzikiem, grać, łazić po stronkach i nic nie musieć.

Jak mnie natura z łóżka wywali, to myję rączki, zakraplam oczka i...

Robię to, na co mam ochotę.

Wczoraj pościel zmieniłam, badylki do domu wniosłam z balkonu, bo już takie noce, że mogą się zmarnować, a nie mam ochoty wnosić, wynosić, przekładać, więc wróciły na stałe już... aby dow wiosny (zakładam, że dociągnę razem z nimi, każdej jesieni mam taką zagwozdkę - czy znów zobaczę zielone? Cóż, swoje lata mam). Poprałam, posuszyłam, zgodnie z zaleceniami Bossa w wolnej chwili powiesiłam pranie. I zaczęłam światełkowanie w domu i na balkonie, bo coraz wcześniej zapada zmrok. A nie lubię górnego światła, ale światełka tak :) 

I tak


 Pięknie, a że Gwiazdka daleko? Cóż, u mnie Gwiazdka jest cały rok :P 


 Nowe geranium, aczkolwiek stare, ale obstrzyżone wróciło na swoje miejsce na okno w kuchni, bo tam mu najlepiej i mam nadzieję, że znów wystrzeli. 

Ale jakby co - to nowe ma potencjał do rozwoju (jak piszą moje redachtóry).

 Asparagus znów mnie wkurza - mam igiełki co rusz, nie mając jeszcze choinki, ale oj tam, oj tam. Z internetów wynika, że wyhodowanie asparagusa w dzisiejszych czasach to ewenement. Mojej mamie też się nigdy nie udawał, tak samo, jak mirt. A mnie się zawsze udawał, w młodości miałam przecudny okaz, wisiał nad nieboszczką toaletką, aż Eks wpadł na genialny pomysł, że zimą ma za mało światła i... naświetlił go lampą kwarcową, którą wówczas zgodnie z zaleceniami ówczesnej medycyny naświetlaliśmy nasze latorośle. Latoroślom posłużyło naświetlanie, asparagusowi nie - nazajutrz opadły mu wszystkie igiełki :) 

Ale wracając do ranka. Po kąpieli, tak ryzykuję i się kąpię, szybko, ale zawsze, wszak plaster, choć wciąż ropieje mi rana i krwawi, wodoszczelny jest, a co szybkie zanurzenie się w wodzie to rozkosz, a nie jakieś tam obmycie prysznicem (ręcznym, bez zasłonki, zachlapane wszystko) szłam w stronę Manhattanu i słońca, kontemplując przecudne niebo, z lekka już spadające liście, ciszę (no, z muzyczką w słuchawkach, więc nic nie słyszałam), pragnąc jednocześnie by to trwało i by jak najdłużej żyć. W takim pięknym świecie (mimo bolącego kopytka)...

I zastanawiając się, co może przebić takie chwile?  I jak bardzo nasrane we łbach muszą mieć ci wszyscy możni, rządzący światem, w którym liczy się kasa (money, money), władza (power) i chujwijeszczeco? 

Że nie można się spokojnie delektować promieniami jesiennego słońca, które jeszcze grzeje, a już nie kąsa, chmurami, wspomnieniami pięknych chwil w danym miejscu (widziałam na końcu alejki mnie, w tej spódniczce w kwiaty, gdzieś mam zdjęcie, goniącą wiejącego przede mną z prędkością nadświetlną Inżyniera, a jednocześnie po prawej kawiarnię, której już nie ma - chyba nazywała się Kopciuszek, gdzie w niedzielę zawsze po kościele staliśmy w długaśnej kolejce po najlepsze ciasta na dzielni, gdzie w ogródku siedziałam, całując Pierworodnego, a brat pilnował znów wiejącego Inżyniera, w pieluszce i w body jeszcze, od małego był taki znikający, ale teraz wraca jak zły szeląg. Inżynier, nie brat).  

Takie małe radości, dostępne dla każdego szarego człowieka.

I dla tego na świeczniku też.

I dlaczego ma się liczyć ropa, władza, terytorium, wyznanie, rasa, kolor skóry, orientacja seksualna i inne takie tam sranie w banie?

Kiedy może być spokojnie, sobotnie, jesiennie (bądź letnio czy wiosennie jak kto woli)?

Tak mi się filozofowało głupio, bo wiadomo, że taki szary człowiek jak ja to sobie może popierdolić jedynie i pomarzyć... No i zapierdalać do roboty :)

Pomanhattaniłam sobie, a pomidorki Marissa, smak dzieciństwa, za jedyne 14,90 smakują faktycznie jak te z maminego ogródka. Zwłaszcza posypane czarną solą z Himalajów (wiem, wiem, znam wszystkie za i przeciw, ale ten smak...). I na dokładkę polane olejem z czarnuszki. Smak ohydny, ale jakże kręcący. Cóż, moje kolejne zboczenie. Trwa, dopóki są te pomidorki, bo jak się skończą, to znów miesiące czekania i pytanie: dożyję? Bo zdrowego trybu życia nie prowadzę, a i tak już prawie pobiłam rodzinny rekord. No, babci P. nie przeskoczyłam jeszcze, a i braci ojca też nie, znaczy się, najgorszych genów nie mam, ale homoniewiadomo :)

I tak, o dziwo, dziś pamiętałam, że  szynka pastrami. Mielone dokupiłam. Paprykę. Będę jutro paprykę nadziewała, bo mnie napadło. Z kaszą - dylemat - wiejską czy gryczaną, rozstrzygnę jutro. Cztery pasujące idealnie do garnka papryczki zanabyłam w markecie, bo tam mogę wybierać, na Manhattanie nie były interesujące i poza zasięgiem moich łapek :) I zapiekała w piekarniku.

Dziś odgrzałam pomidorówkę sprzed dwóch dni, bo szkoda było wywalać. A wczoraj wygrał pstrąg (o dziwo, nie ucieka mi nazwa dziś).

Śmieci wyniosłam, w ty wielki wór z loggii, gdzie wrzucałam wszystkie badyle cięte - bo mieczyki w bio się nie mieszczą - nazbierało się tego, ale zmieściło się do kontenera. I były tam resztki pomidorków - te w tym roku opanowały u mnie jakieś malutkie, białe, fruwające robaczki. Zaatakowały też moje geranium, ale wywaliłam je przed wniesieniem do chaupki. Dalej siedzą na bazylii i kleją się, ale to nie są mszyce.

I tak spokojnie minęła mi sobota. Łącznie z wyprawą do Rossmanna, gdzie....


 no cóż. Zaszalałam. Kolejny raz. Perfum mam od cholery do końca życia (zakładam optymistycznie). Nie kremuję się (oprócz rąk, na których skóra pęka mi do krwi, jak o niej zapomnę), nie maluję, nie pudruję, ale wyjście bez perfum to dla mnie jak paradowanie nago.

Fajnie były przecenione i... paczula.

Miałam w siermiężnych czasach PL. Uwielbiałam (i nadal uwielbiam) ten zapach. Duszący, drażniący, smakujący jak grzech, ale wiadomo - lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło :) Pierwszy raz dostałam go od siostry Eksa, long story ich historia. Nevermind. Zakochałam się w nim, ale Eks oszalał. Gdym się tym wysmrodziła (pięknie mama pachnie smrodem - opinia I.) i chciałam gdzieś jechać, wywalał mnie z Malucha. 

Mąż, nie I. :)

Skusiła mnie dziś cena i skład.

Pachnie do teraz.

I wiem już, że nieważna cena (na Alledrogo jest zjadliwa), będę wreszcie pachnieć smrodem, który uwielbiam.

To tylko woda perfumowana, ale wciąż po kilkunastu godzinach pachnie smrodem, co się rzadko zdarza.

Więc goła latać nie będę. A tylko to się liczy.

A poza tym w Rossmannie od lat były fajne tabletki do protez. I nie,  nie Correga, o niebo od nich lepsze i sporo tańsze. Nagle zniknęły - amba fatima, było o ni ma. Poprosiłam I., zamówił na Alledrogo. Na razie  mam zapas na jakieś pół roku. 

Pod wieczór I. i jego połowica sprawdzali, czy żyję.

Okazało się, że jak na złość, nadal.

No dobra, doceniam troskę.

A z drugiej gałęzi nic.

I to też jest pikne...


 

 Chociaż, jak wiadomo, jutra może nie być...

A BTW, kupiłam sobie dziś cydr. W prostej butelce, bo nigdzie wypasionej ani o wypasionych smakach nie było . Smakuje jak szampan, ale nie boli mnie po nim głowa, jak po szampanie :)  Ale też dupy nie urywa :) 

I szok.

Kasa z AR za wczasy pod gruszą.

Warto pracować w budżetówce, nawet krótko.  

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 17 września 2026

Jednak

nie wszystkie zmiany są złe, Kochany Pamiętniczku. 

Szesnaście lat w ostatnim tygodniu comiesięcznej pracy padałam na pysk. Na ryj. Umierałam, błagałam o śmierć.

I nagle...

Boss zarządził jedną korektę.

Myślałam, że to klęska żywiołowa, że och i ach i dupa blada.

Nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, ale... 

Nie wiem, jak będzie w następnych miesiącach, odpukać, zapeszyć nie chcę.

W tym tygodniu jednak, mimo tego, że wiem, że zamykanie znów się przesunęło o jeden dzień, bo się nie wyrobią, jest cudnie.

Do wczoraj szło naprawdę lajtowo. Miałam czas na wieszanie prania, co sugerował mi Boss.

Wieczorem skorekciłam TC dwa późno dosłane teksty, bo po prostu mogłam.

A dziś...

Wstałam z mocnym postanowieniem zmienienia i wyprania pościeli. I odkryłam, że moje rzeczy mają dziwny zapach (w tym pościel) nie przez moją ranę, ale przez moją głupotę. Napaliłam się jak szczerbaty na suchary na listki piorące Beckmanna.  Że miejsca nie zajmują (a płyny tak), że inne takie tam. I co? Pstro. Pranie wonieje nieładnie, a po przeczytaniu dokładnym składu (bo kupiłam w porywie szaleństwa, że taki cud wianek) zdębiałam. Więc tak, przeproszę się z płynami do prania, w moim jednoosobowym gospodarstwie taka butla starcza na długo. I w sumie nawet Persil albo inny z tych droższych nie zrujnuje mojego budżetu. A co pachnie, to pachnie, a nie pachnie smrodem jak chora rana. Bo nawet moje bluzki prane w tych jebanych listkach tak woniały PRZED założeniem, a gdzie bluzkom do kopytka?

Głupia ja :) Płynów do płukania nie używam od wieków, bo to naprawdę zbędny wydatek jest, a i szufladka w pralce się zatyka. Płyn do prania w nakrętce wsadzam do prania, do bębna i jest git majonez.

Resztkę listków zużyję do prania dywaników łazienkowych i mopów, bo tych nie wącham :) 

No to zmieniłam pościel (jeszcze z partii tej woniejącej nieprzyjaźnie, trudno), szybko się wykąpałam (nie mocząc of course), po raz pierwszy od dawna,  bo rzygam już tym prysznicem nieprysznicem, bo cała łazienka wciąż zalana, a ja niedomyta się czuję :) 

I nie zważając na to, że główkę mam niedosuszoną, a na dworze szalone 14 stopni, nie zjadłszy śniadania, bo ostatnio, zanim się wygrzebię (SKS) śniadanie jadam późno i nie czuję głodu, poleciałam na zakupy do Lidla. Albowiem w lodówce miałam już tylko przeterminowany o tydzień ser bez laktozy Almette (i tak zjem, dobry jest). Skombinowałam tak, bo na poczcie były już emilki, wysyłane, a jakże, tuż przed północą, zaraz po północy i bladym świtem. Cała litania emilków. 
A na balkonie od dwóch dni czekały na wyniesienie worki ze śmieciami, w tym bio.

Bo nienawidzę chodzenia do śmietnika, szczury tam od czasu do czasu śmigają jak torpedy, a mnie wystarcza pogryzienie przez kundla i nie uśmiecha mi się spotkanie ze skrzywionym psychicznie szczurem. A i śmietnik mamy okratowany, co nie przeszkadza debilom zostawiać otwartej bramy albo drzwi i latają tam latające szczury, a także sroki i inne ptaszyska, a ja mam na wszystko co fruwa traumę tak wielką jak na kundle.

Obliczywszy czas, przeanalizowawszy wszystko, stwierdziłam, że najpierw Lidl, a później reszta. 

A najważniejszy był pieprz, albowiem do rosołu i każdej zupy zawsze sypię solidną garść pieprzu - co potwierdzi Zmorka, wyławiająca onegdaj z mojego żurku tonę pieprz (teraz cedzę, żeby postronni nie jęczeli, jak się na zupkę napatoczą, ale wyrzucanie dobrze ugotowanego pieprzu to zbrodnia jest), a pieprz mi się nagle dziwnie skończył i jakies tam wyskrobki ostatni do rosołku sypałam :)  

Pyrki wielkopolskie zanabyłam, albowiem te z Manhattanu są do dupy. Te wielkopolskie też okazały się nie za bardzo tenteges. Dorwać takie pyry, jak w K., gdzie w każdej knajpie smakują bosko - to jak wygrać los na loterii.  A o gatunkach pyrów wiem, bo... no korekcę takiego ekstrasa.

Pieprz.

Inne takie tam.

I trafiłam na pstrąga, przecenionego aż miło, albowiem była data przydatności do dziś.

Chciałam halibuta albo dorsza (gdzie te piękne czasy z hasłem: jedzcie dorsze, gówno gorsze), ale cena (promocji akurat nie było) powaliła mnie na glebę - 99,99 za kg. A lubię te ryby, bo ości nie mają. 

Więc kupiłam pstrąga za niecałe 40 zł z kilo, a po przecenie za pół kilo zapłaciłam 12 zł.

Opłaciło się, mam obiad na dwa dni, upiekłam go sobie elegancko w piekarniku i tadam - suróweczka z marchewki, jabłuszka, odrobiny selera (bo za wielki był do rosołu) z cukierem (a do mięska marchewka z jabłuszkiem - chłopcy uwielbiali), podlana odrobiną oleju z ostropestu i rydzowego i tadam, w knajpie jakieś 70 zł jak nie więcej 


 zmieniaczki ze skórką, bo lubię, a skórka cieniutka :) 

I mam obiadek na jutro, odgrzeję, odsmażę, tylko warzywko wymyślę :) 

Ale ja nie o tym zaczęłam, ale się rozgadałam.

Bo miało być o zmianach.

Na które się buntowałam, że jedna korekta.

Ale dziś, w kolejnym szalonym dniu, błogosławiłam decyzję Bossa.

Bo...

Cóż, niezadowolenie w redakcji ma swoje apogeum. Bo też im nie płacą, bo dokładają, bo inne takie tam.

Ale...

Mnie to wyszło na dobre. Spokojnie korekciłam lawinę  spływających wolnym walcem emilków. Według starej zasady - pierwszeństwo ma pierwsza korekta. Korekciłam więc spokojnie, bez szarpania się, bez nerwów, sprawdzając efekty mojej pracy w specjalnym (dedykowanym, kurwa) programie. Wychwytuje to, co przegapiam, literówki, kwestionuje przecinki (często bezzasadnie), inne takie tam, ale pomaga. Więc z czystym sumieniem odsyłałam teksty. Wracały PDF - nie ma być drugiej korekty, ale jak wiadomo: tytuł, lead, inne takie tam. W podpisach pod zdjęcia, wprowadzanych z ręki, a to się rzuca w oczy - były błędy i to rażące. W tekstach zaznaczałam im miejsca z XXXX kolorem - wracały do mnie nieogarnięte. Ale widziałam to, zaznaczałam znów. Jako i bękarty i wdowy. I inne drobiazgi. To nie jest zła metoda. Nie zabija mnie, a sorry Winnetou, business is businnes.

Jeżu kolczasty, gdybym miała to jeszcze drugi raz korekcić, siedziałabym jeszcze w pracy i pewno oślepłabym z kretesem.

Wiedzieli, że nie będzie drugiej korekty, więc nie "rzeźbili". Znaczy się, nie zmieniali zeznań.

Jeżeli tak będzie w kolejnych numerach, to odżałuję odcięcie tych paru stów, bo mimo spięcia pośladów ogarnęłam wszystko, dwa prania powiesiłam, obiad ugotowałam i zjadłam, pozmywałam (a ostatnio moja ręczna zmywarka strajkuje), nawet zakładałam dzień gospodarczy po pracy, ale... przeszło mi :P 

Dzień gospodarczy będzie juterko, tyż piknie.

Juterko już mało tekstów, a że tylko jedna korekta, to luz i git majonez.

W "przesunięty" poniedziałek idę do chirurga, bo kopytko najważniejsze. Dogadałam się z dziewczyną, która ostatnią składkę ogarnia - ona idzie na badania okresowe, ja do chirurga. I o dziwo - podziękowała za lata przetrzymywania mnie po godzinach i powiedziała, że do wójta nie pójdziemy.

A technika (ojacierpiędolę) podziękowała za to, że z nią tyle czasu wytrzymuję i jeszcze im granatu nie wrzuciłam, choć od lat obiecuję.

Więc jak założono na początku - nie ma tego złego...

Pożiwiom, uwidiom, czy się sprawdzi.

Na razie jest OK.

I tak da się pracować.

Bo na samym początku mojej kariery w korekcie pracowało na dwie zmiany dziesięć korektorek.

A gazeta miała 16 stron dziennie. Kompiki były dwa.

A błędy chodziły :)  

W Auschwitz ogarniałam momentami sama (jako korekta, bo reszta załogi to były redaktorki, wyższa kasta, puszczająca w redagowanych tekstach ortografy, bo mogły) 28 czasopism. Oczywiście, nie były to gazety codzienne, ale miesięczniki, dwumiesięczniki, kwartalniki, tym niemniej roboty było w chuj, bo się głupia pochwaliłam, że umiem w HTML, więc... doszło mi wprowadzanie do internetów za friko...

Więc - nie chwaląc dnia przed zachodem Słońca... 

Mnie to pasuje :P 

A dziś w nocy miałam koszmarny sen z Kierownikiem Budowy (nie mam z nim absolutnie kontaktu od lat, wiem tylko że nie za bardzo mu się wiedzie, pozrażał do siebie ludzi, jest po rozwodzie i jakoś nie ma fanów)  w roli głównej. 

Gołym, jak go panbucek stworzył... 

I nie, nie był to erotyk. 

Czasem miewam takie sny, które chodzą za mną kilka dni.

I łapię się na tym, że trudno mi czasem zapamiętać nazwy rzeczy.

Szeflera - chwali się szeflerą po mamie Zmorka.

A ja patrzę na nią codziennie (na szeflerę, nie na Zmorkę) i czasem ucieka mi jej nazwa.

Szynka z indyka - reklamowana przez Synową - pastrami. Nie wiem dlaczego uczepiła się mnie nazwa parmeńska. A pastrami wypada mi z pamięci.

I ten jebany pstrąg, kupiony dziś. Uciekła mi jego nazwa i... Już zabierałam się, żeby lecieć do opakowania, zanim olśniło mnie, że to pstrąg.

Zaczynam się bać - z jednej strony kojarzę pierdyliard rzeczy z różnych tekstów,  że szło, że nie szło, że tam taka wersja, a z drugiej uciekają mi proste wyrazy... Jak ten jebany pstrąg. Wiem, że na p, ale płotka? Nie, płotka nie pasuje.

Życie (na starość) jest bardzo popierdolone, Kochany Pamiętniczku.

Dat nie pamiętam od zawsze - to mnie nie wkurwia. Ale uciekające słowa - bardzo.

Powinnam szukać specjalisty?

A może pora umierać?

Bo w charakterze warzywka nie mam zamiaru egzystować.

I tak patrząc na wszystko - chyba za długo już ciągnę, choć co poniektórzy mają inne zdanie na ten temat... 

 

poniedziałek, 14 września 2026

Kopytkowania

ciąg dalszy, Kochany Pamiętniczku.

Pani doktor coś tam ugniatała, a piguła założyła opatrunek wprost na ranę, gaza - plastry, które przyklejam, nie przylegają do rany.

No i masz babo kalafiory - w sobotę zmieniam opatrunek i kurwa - znowu zerwana ta cieniutka zagojona warstwa, bo gaza przykleiła się do  rany. Ropa dalej jest, a antybiotyku już nie biorę, bo ile można?

Poszłam więc odebrać plastry do apteki i wlazłam do zielarni, bo przypomniałam sobie, że szukam soli ze siarką (uwielbiam, pomidor z nią ma niepowtarzalny smak). O dziwo, sól była, uzupełniłam też zapas oleju z  czarnuszki - nie przeszkadza mi smak i jak nie zapomnę, to nawet pyry nim podlewam - lubię. Tak jak babcia - pyry z omastą :) Zdrową, notabene :)

Już wychodziłam z zielarni (a obsługiwał jakiś nowy facet, jak nie lubię w aptekach facetów, tak ten mało, że wyraźnie mówił, to jeszcze olej we łbie miał). Cofając się przypomniałam sobie o maści propolisowej, którą  polecała koleżanka z pracy. Maści nie miał, ale mam propolis, koncentrat, ale trochę się boję, bo wysokie stężenie - 95%. I olej lniany ozonowany - bardzo polecał na rany. I kompetentny, bo nie zbywał moich pytań, ale tłumaczył jak krowie na rowie. 

A ja przypomniałam sobie, że u Eksa leczyli wszystko świętym płynem - zwłaszcza niegojące się rany. Pozostanę na razie przy tym oleju, bo... Wszędzie mają siemię lniane z Kazachstanu. Dwa - dodaje się tam sól - jako konserwant, a boję się soli na otwartej ranie. Więc jutro - bo kończy się przydatność tego jebanego gentamycinum, założę sobie ten olej. Zobaczymy. Gorzej być nie może (chyba). 

Na razie zakładam też tę siateczkę, żeby gaza się nie przyklejała do rany. Kopyto znów boli.

Balkon wzbogacił się w sobotę o


 Przesadziłam, ciekawe, czy podzieli los lawendy, która miała mnie w dupie i w ogóle nie odbiła.

No i afera - znaczy się, nie zaraz tam afera, ale skurwesyństwo level hard jak dla mnie.  

Robiłam tę fuchę, policzyłam sobie 18 zł za 1880 zzs. Brutto. Wyszło jakieś 350 zł netto, miał zapłacić i ZUS (bo umowa o dzieło), i podatek. Czekam i czekam, ale nic. No i nagle emilek. Że kasa poszło, ale papierki sobie odpuścimy. Kasa jest, łaskawie dychę dołożył. W ZUS by to nie zmieniło prawie nic, no ale US? 

Zaoszczędził.

Tak działają wielcy tego świata. W razie W nie mam najmniejszego zamiaru płacić podatku, wszystkie emilki mam zachowane.

Tak bogacą się elyty, a ty, szaraku, zapierdalaj za miskę ryżu.

Mniejsza z większym.

Weekend minął spokojnie, tak jak lubię.

I. szaleje na ogródku, dopieszcza, ale też ogarnianie tego trwa od czerwca, końca nie widać, a biedne Łobuzy były pozbawione ogródka całe lato. Chce wszystko ogarnąć tak, żeby na wiosnę ruszyć już z urządzaniem. I jedno drzewko będzie moje, na wieczną rzeczy pamiątkę, jak już pisałam.

A dziś, urlopowo, zaczęłam pracę nad ostatnim numerkiem. No i bajzel na kółkach, część ekipy wie, że jedna korekta, część dowiaduje się i czuje się w czarnej dupie, a sprawca tych wiekopomnych zmian, który miał to uroczyście oznajmić dziś, mnie zabraniając rozpowszechniania informacji - zniknął z radaru na tydzień i nikt nie ośmielił się zwrócić do niego z pytaniem, co jest grane.

No to ja do Pani M., bo sama głupia jestem teraz. No i uzgodniłyśmy, że jak jedna, to jedna. Głupia ja - ale sumienie nie pozwala mi na nic innego, mówię, że jedna, ale chcę złamane materiały. Nie będę ich korekciła drugi raz, ale rzucę fachowym okiem (dlatego mam zaćmę, bo oczami rzucam) na: belkę, wybicia, tytuły, afiliacje, śródtytuły, podpisy pod fotki i na tabele. Na to, czego normalny człowiek często nie widzi (cóż, nienormalna jestem, nie ukrywam), a co bije po oczach w druku.

Oni potrafią zrobić błąd nawet w standardowym podpisie we własnym nazwisku.

I dlatego nie chcą, żebym odchodziła, bo głupia jestem. Ale cóż, taka umrę.

Jęk ulgi dotarł aż do mnie z redakcji :)

No i... Przesunęli zamykanie na poniedziałek, bo się nie wyrobią. Kurwa, mało, że orzę na urlopie, który wzięłam nawet na dni wolne, to jeszcze znów mi się termin do lekarza nie spina. A chcę iść do tej doktor właśnie, bo ci młodzi to jednak są mili, ale...   I. pisze, że mam prawo do L4 (na którym nie byłam od ponad 25 lat, w tej firmie nigdy).    

Więc mówię, że nie. I szewskim targiem, bo Naczelna jest jednak dusza człowiek (inna bajka, że ma w tym interes) - idę do chirurga (zdaje się, że przyjmuje do 14), a oni na mnie czekają. Mnie to rybka - chociaż raz poczekają na mnie. Ale też w poniedziałek poleci wstępniak, spis treści, newsy, to gdzie błędy zawsze po oczach jebią. 

Więc trudno, poczekają, a ja spieszyła się nie będę. Moje kopytko ważniejsze jest. 

I tak to wygląda w praniu.

A rechocąca we mnie czarna duszyczka zastanawia się, jak ta bossowa korekta na telefon będzie ogarniała taki bajzel i czy będzie za taką kasę tak dyspozycyjna?

No cóż, pecunia non olet, a rachunki się same nie popłacą.

Jako że już nie jestem na antybiotyku (bo gazik na ranie z antybiotykiem to się chyba z winkiem nie łączy), sobie otworzyłam


kupione, bo mi się butelka podoba, będzie robiła za wazon albo za świecznik, choć kiedyś wielki prezes z Auschwitz na wieść, że można zrobić fajny świecznik z butelki po winie spojrzał na mnie z taką pogardą, że gdybym miała szpadel pod ręką, zakopałabym się na 100 m głęboko :P Winko białe (nie jestem fanką), wytrawne (znaczy się kwaśne jak ocet siedmiu złodziei - czerwone wytrawne jest the best, ale białe - nie bardzo), ale móc się napić wina po dwóch tygodniach przymusowej abstynencji - żyć nie umierać.

Przerażona jestem tym, co się dzieje. Atakami na pociągi, na nasze granice.  Oddycham w tytkę, bo wiem, że nie ma sensu kompletowanie plecaka ewakuacyjnego. Nawet paszportu nie wyrobiłam. I tak, niech wieją w razie W z kundlami. Doceniam zapewnienie, że większy samochód i mama też.

Ale nie chcę.

Skoro ludzie w Ukrainie, w samym Kijowie żyją wciąż, to i ja dam radę. 

Tylko zastanawiam się, jakimi debilami są ludzie, którzy wybrali Trampka (ewakuowanego z WCT 11 września, przez Brauna i Morawieckiego, a może to Wałęsa maczał w tym pazurki, a już na pewno wina Tuska)... 

Naćpana spałacu, który w momencie zagrożenia na granicach kraju pierdoli jak potłuczony na dożynkach, zamiast jako dowódca naczelny wojsk zająć stanowisko?

Że Bóg, honor, ojczyzna?

Bóg, jaki bóg?  Ten na szwabskich (nie mam nic do Niemców dziś, choć w mojej rodzinie by to nie przeszło już) klamrach z Gott mit uns?

Miłujący stworzonych przez siebie ludzi spuszcza na nich takie klęski?

Że wolna wola i inne sranie w banie?

Cóż, rozmyślając, widzę, że moje koszmary z dzieciństwa, przebiegającego w latach zimnej wojny, gdy z moją przyrodnią siostrą (w sumie to taką była później, choć nieformalnie, bo nas nigdy nie "upapierkowano", a byłyśmy wówczas pełnoletnie), ówczesną przyjaciółką (do dziś nic do niej nie mam, życie nie jest proste), wymyślałyśmy swoje dziecinne "sposoby na Niemców". Gdyby znów chcieli nas zaatakować. Genialne - typu posmarowania smołą deski w wychodku, to akurat do dziś pamiętam ;) 

Ja, chowana na ideałach: długie, czerwone, kończy się na "ój", znaczy się, Związek Radziecki przyjaciel twój, niemogąca ogarnąć, dlaczego zaproszona do naszej wioski Rosjanka, z którą korespondowała znajoma dziewczyna, na propozycję wyjazdu do K. odmawiała z obłędem w oczach, że za dużo zachodu z wyrabianiem pozwolenia na wyjazd do innej miejscowości. Sama korespondowałam z Rosjanką - nie pamiętam nawet, dlaczego i jak się to urwało, bo pisałyśmy jeszcze w czasie moich studiów.  Moim marzeniem była wyprawa nad Bajkał. 

Rozmowy z ciotką Eksa, która - żona wysokiego urzędnika w Poznaniu - wywieziona na Sybir z dwójką nieletnich synów - gdy uciekła przed Niemcami na tereny zajęte później przez Rosjan - przeżyła tylko dzięki pomocy zwykłych ludzi tam, bo do końca życia nawet wodę na herbatę przypalała, tak nienauczona prozy bytu...

Dlaczego ludzie dają sobie wyprać mózgi, stawiając na kanalie polityczne?

A sama, na stare lata, z rozpaczą ogarniam, że w polityce wszystko jest przereklamowane - na maksa.

Zawsze miałam ciągoty anarchistyczne i lewicowe, ale cóż...

To już nie jest mój czas... 

 

 

piątek, 11 września 2026

Wrzesień

 Kochany Pamiętniczku.

Rów Mariański.

Kolejno Eks, mój Brat - ten pechowy 11 września, zaraz następnego dnia Mama. 

Tak, wiem, dla niektórych to fajny miesiąc, bo ktoś się urodził, ktoś związek małżeński zawarł, ktoś dostał mieszkanie.  

Dla mnie miesiąc makabry i tak się wlecze i wlecze.

Do P. odezwałam się pierwsza, miał bowiem 2 września 15. rocznicę ślubu. Cóż, nie jestem świnią, tę resztkę kultury osobistej wbrew pozorom mam.  Jej też co roku składałam życzenia, w tym nie. Resztka kultury osobistej nawet się nie zawstydziła. Bez przesadyzmu. Jednocześnie zażyczyłam sobie zwrotu drabiny osobistej, bo już pisałam scenariusze, że znów korki polecą, a o ile biedne kwiatki podleję z taboretu (problemem jest wdrapanie się na niego), to do korków nijak z taboretu nie sięgnę. Oddał. 

Przyjechał z MW. MW jak z japońskich kreskówek, ubrana też w tym stylu (nie mam pojęcia, skąd stać ich na te ciuchy - może są z lumpeksu, nie wnikam, nie moja kasa), ufarbowana na śliczny rudy ("miałam do wyboru inne kolory, ale pomyślałam, że babci się ten rudy spodoba). Nie ukrywam - spodobał. Sam makijaż też. Ale... Szesnastolatka w pełnym malunku? Cóż, inne czasy, ostrzegano mnie, że na ten temat morda w kubeł. No to ją wkładam tam, gdzie jest jej miejsce. Ale żal.pl, że nie myśli o swojej skórze za kilkanaście lat. Sama się nigdy mocno nie malowałam, tylko oczy, a często gęsto mi się nie chciało. Pudrów, podkładów i innych wynalazków nigdy nie używałam. Kremów też, bo nie lubię. Ostatnio powywalałam wszystkie kremy, nowych nie kupię - jak coś mi się zrobi suche, mam wazelinę, starczy. I tak, mam twarz rasowego pijaka - dziewicze rumieńce wciąż mam, taka ze mnie hoża wsiowa rzepa, D. się zawsze czepiała, co ty taka czerwona jesteś. Ale cóż. Patrząc na swoje koleżanki z rocznika - nie narzekam. A i w pracy koleżanka pyta, ile mam lat. Mówię, wierzyć nie chciała - z wielkim rozczarowaniem w głosie mówiła: absolutnie pani nie wygląda. Nie zależy mi już na wyglądzie, ale miło to usłyszeć. A jak ostatnio zobaczyłam zdjęcie 65-latki bez filtra, to słabo mi się zrobiło. 

Ale nieważne.

P. usłyszał kazanie (kazałam MW iść do drugiego pokoju, ale powiedział, że nie trzeba). Nie oszczędziłam ani jego, ani jego połowicy. Podkreśliłam, że wiem, że wbrew ich deklaracjom, gdybym poszła na operację zaćmy będę zdana na siebie i na służbę zdrowia. I inne takie tam, bez owijania w bawełnę.

Ale mamo.

Jak zwykle. Chyba ze 100 razy kazałam mu się zamknąć, bo teraz ja mówię. Ma wpieprzający zwyczaj przerywania rozmówcy i odwracania kota ogonem. Bo jest zmęczony po pracy i pada. Bo jego żona się źle czuje ostatnio, wraca do domu i pada, śpi do rana. Nosz, kurwa, a ja jestem młoda, zdrowa i piękna, i sama się w takie tarapaty wpędziłam.

Mniejsza z większym, duchowi memu w pysk dał i poszedł... i do dziś milczy. Był zdziwiony, że nie szaleję, że się melduje, jak wraca. Niby czemu mam szaleć z radości? Wiadomo, że złe wieści zawsze przychodzą - brak wiadomości to dobre wiadomości. No to siedzi cicho. 

I dobrze. 

Przed południem wleciał I. z Łobuzami, bo był słomianym wdowcem. Podrzucił Łobuzy i pojechał do banku, bo żeby wypłacić większą gotówkę (a musiał, bo właśnie skończył główne prace w ogródku, a fachowcy chcą kasę do łapki, nie na konto) to musiałby odwiedzić  full bankomatów, a bank wypłaca tylko w jednym miejscu w wiosce. Takie czasy - jednak odcinają nas od gotówki.

Łobuzy ojojały kopytko babcine, po czym Alienek zniknął, albowiem dostał od babci Encyklopedię Britannica, którą kupiłam, chociaż synowa mówiła, że nie wie, czy go to zainteresuje, a drogie. Zainteresowało, a jeszcze gdy pokazałam mu na miarce 5 mm, bo o tyle rośnie Mont Everest co roku, to był zachwycony. I nie było dziecka. 


Kalafiorkównie kalejdoskop, który kupiłam w Muzeum PRL szybko się znudził - ona tylko na plac zabaw. Uchwaliliśmy, że zmienia nazwisko na Kalafiorkówna Plac Zabaw, co ją mocno wkurzyło. Poszliśmy jednak na ten plac zabaw, choć pizgało złem. Leciał pies luzem, a oni, wrzeszcząc do właścicielki, czy mogą głaskać, lecieli, nie zważając na moje protesty. Pies do mnie też, a ja w słup, na szczęście zareagował na wołanie. Pani chwali Łobuzy, że pytały, a ja sztywna mówię, że nie akceptuję, bo mam traumę. Pani rozumie, ale... pies nie gryzie. Kurwa. Nie robiłam dramy, ale chodzenie z dziećmi, lecącymi do każdego kundla to  dla mnie hardcore.

Inżynier wrócił i poszliśmy na obiad do Piccolo, zachwyceni, bo oni uwielbiają Piccolo (mnie stamtąd sam zapach odrzuca), a u nich nie ma. Sobie kupiłam tylko (niezdrową) sałatkę ziemniaczaną, bo lubię, ale w domu miałam sandacza, zmieniaczki i surówkę z piatku, więc głodna nie byłam. Po tym piccolowskim makaronie dowietrzyć mieszkania nie mogłam.

Potem pyry zamknęłam i następnego dnia rozpętało się piekło pracowe. Bo HR zażądał, żebym do końca września wykorzystała cały zaległy urlop za ubiegły rok. Jak by nie liczył - nie było opcji - za dużo dni urlopu, za mało dni miesiąca, a wypisałam już wszystkie możliwe wersje dni wolnych. I tak cała lista DW, przepychanki. Naczelnej na DW nie było. Odpisuję, tłumacząc jak krowie na rowie, co jest grane, jak pracuję i nic, jak grochem o ścianę. Piszę do niej na MSG - akurat jest w Niemczech. I wpada w rozpacz. Kombinuję, bo wściekła jestem tak, że ojapierdolę. Ona wie, rozumie, ale gówno może. I nie liczy się to, że dostosowuję się do cyklu. Mam brać urlop i już. Więc piszę do jednego rozsądnego tam człowieka, który emilka firmował,  że OK, wezmę urlop w czasie zamykania i w moim wolnym tygodniu - to już kolejne 10 dni, ale że mam 1/2 etatu, to tylko 5 (! a mam wybrać 11), ale odbiorę to w luźnych tygodniach pod koniec października (naczelną to ratuje, akceptuje to). Odpisuje, że to już mój biznes i jej. Wtem odzywa się Boss, a jakże, że mam przyjechać do redakcji w piątek o 10 na rozmowę, bo będzie już tylko 1 korekta od września (to, że ekstrasy robiłam na 2 korekty, jakoś do niego nie dociera). A ja na piątek mam wizytę u chirurga, w tym celu też wcześniej wypisałam urlop. Łykam uspokajacze i odpisuję, że przyjadę do redakcji, bo kurwa, emilkami z nimi to jak gęś z prosięciem. No pyta, kiedy będę. Mówię, że jak dojadę. Bo, kurwa, wykąpać się muszę i dojechać, niech na mnie czeka, jak przez 2 miesiące nie znalazł czasu na rozmowę ze mną. Nabuzowana jestem tak, że gotowa złożyć wypowiedzenie, co piszę Naczelnej, a ta prosi, żeby nie. 

Jadę do redakcji, na portierni nowa twarz, patrzy na mnie zdziwiona, bo otwieram sobie drzwi kartą. Boss zajęty. Mam poczekać 2 minuty. Potem ma umówione spotkanie - mam poczekać pół godziny.

W sumie czekam ponad godzinę.

Za to nastrój tam jak w rodzinnym grobowcu, też dostają w dupę, aż się kurzy. I listę obecności muszą podpisywać, a jakże, z godziną, jak się spóźnią kilka minut, mają tyle dłużej pracować. W tym zawodzie, gdzie nadgodziny są jak chleb powszechni takie traktowanie to skandal. 

Dobrze, że ja nie muszę, boby mnie szlag.

Rozmowa z Bossem jest jak rozmowa z pisiorkiem. Żaden logiczny argument do niego nie dociera. Teraz są inne czasy, i inne metody działania. I wymachuje mi przed nosem stertą czasopism branżowych, a jest ich więcej niż mrówek w mrowisku, że chodzą zupełnie bez korekty i jest OK. I mówi to gość, który znalazłszy w gazecie, jak jeszcze był naczelnym jedną litrówkę, zarządził takie śledztwo i tak przetrzepał wszystko, żeby dojść do tego, kto to puścił, ja czy redaktorka, doprowadził mnie do rzygania w łazience.

Nie korekciłam tych jebanych gazetek, nie szukałam w nich błędów.

Spytałam wprost, czy zamierza mnie zwolnić, bo mnie to rybka. Bo on ma na telefon mnóstwo korektorek, gotowych mu w tym momencie od ręki wszystko skorekcić (na co później moi redaktorzy pytali, gdzie te korektorki są). Mnie zależy na kasie. No i zrobił mnie w chuja, bo zostaję na pół etatu - znaczy się - godziny dalej mam, pensję zostawił mi taką samą, ale obciął dodatek za maszynki o połowę, bo przecież będę robiła tylko połowę tej pracy, co dotychczas. Na moje, że co z tego, że mniej pracy, jak godziny te same. Wspiął się na szczyt intelektu i oznajmił, że mam najlepiej z całej redakcji, bo oni mają tylko 24 dni w roku home office, a ja mam na stałe. I w wolnych godzinach mogę sobie na przykład kurze pościerać albo pranie wieszać :) Kurwa.

W sumie nie wiem, ile dostanę, bo jeszcze nie dostałam umowy. Ale jedna korekta - trzymam się tego ściśle i nic mnie nie wzrusza. Oczywiście, będzie dodupnie, bo nawet w jego tekstach, a pisze dobrze i ma je dopracowane, po złamaniu na wydrukach zawsze się coś trafi, bo np. wybicia robi na pierwotnym materiale, dopisuje, rzeźbi i zawsze jakiś chochlik działa. Ale w dupie to mam.

Za to redaktorzy są załamani - a tłumaczyłam, że są i dysgraficy, i słownik ich wrabia, AI nie ogarnia, że to są fachowcy, a nie poloniści, że...

Nic, grochem o ścianę. Redaktor ma umieć pisać. 

Najlepsze, że teksty zewnętrzne dostaję często niezredagowane, nie wiem, czy im czasu nie starcza, czy wykorzystują mnie. No to teraz będzie mogiła, bo te teksty są naprawdę o kant dupy. To, że piszą je profesorzy, nie ma w sumie żadnego znaczenia :) 

Przerażona jestem tym chamstwem góry, podwójną moralnością - gęba i artykuły pełne zarządzania zasobami ludzkimi, wskazówki jak szanować pracowników,  inne sranie w banie. I kurestwo - wycisnąć jak cytrynę, wykorzystać, bo może.

Nie, nie żalę się, że mam źle. Sama dochodzę do wniosku, patrząc na dziadziejących sąsiadów, przechodzących na emeryturę - posuwają się w oczach, marnieją, nikną, że jednak praca mi służy. Więc tak, zacisnę zęby i będę, klnąc, pracowała dalej. Home office - połowa mniej, za tę samą, gównianą, ale jednak kasę. I tak, będę wieszała pranie i układała majtki w kosteczkę, choć nie będę jak jedna z moich ś.p. ciotek prasowała majtków. Moja mama mówiła: Stasia narzeka na brak czasu, ale prasuje i majtki, i skarpetki. 

Jestem na tym etapie, że zobaczę, jak to się pokula. Trzyma mnie kasa, bo nie chcę zaciskać pasa - pensja pozwala mi na bezstresowe podchodzenie nawet do pogryzienia przez jebanego jamnika. Zawsze mogę z dnia na dzień przejść na emeryturę.

Pogadam po zamknięciu z Naczelną - zmienię sobie godziny pracy - jeszcze nie wiem na jakie, ale na pewno nie będę zaczynała od 9. Ustawię sobie je tak, żebym mogła spokojnie rano po zakupy polecieć, bo oni i tak nie dosyłają pracy o 9. To był dyktat Bossa. Myślę 11- 15. Spokojnie ogarnę dla siebie rano, a nawet zimą będzie mi się chciało wyjść z chaty o 15. I nie, że będę siedziała, bo się pali. Nie, za tę kasę do widzenia ślepa Genia :)  

Wróciłam do domu tak nakręcona, że mimo podwójnej dawki uspokajaczy błyskawicznie zrobiłam generalne porządki, z odsuwaniem mebli włącznie. Pierdalca miałam, pomogło. I jeszcze obiad na trzy dni zrobiłam.

Dziś chirurg, wprawdzie nie ta moja stara pani doktor, ale młoda kobietka. Numerek 16 miałam, więc się nie spieszyłam, wyjechałam po 10 z chaty. Po drodze spotkałam sąsiadkę z przeciwka - zapłaciła kardiologowi 7 tys. prywatnie, żeby się załapać na rozrusznik serca i czeka na telefon. Kurwa. Nic dziwnego, że jest kurestwo w służbie zdrowia, skoro ludzie tak płacą. Wolałabym płacić prywatne ubezpieczenie, mając gwarancję zabiegów. A tak płacę składki, a reszta do prywatnej kieszeni konowałów. Piszę do I., wzburzona, że wolałabym umrzeć, a ten kretyn, że wolałby zapłacić, żeby mieć matkę i żeby Łobuzy miały babcię. Debil.

Dobrze, że nie ma kasy. 

Wlatuję do HCP, pytam, jaki numerek wszedł, a kolejka jak wąż boa. 17. Radośnie: o to teraz ja. No i awanturka, ale wyciągam numerek i za chwilę wchodzę do gabinetu. Pani nóżkę podusiła, powiedziała, że zaczyna się goić (a ropa wciąż jest), że więcej antybiotyku brać nie mam, że mogę się wykąpać, zapisuje plastry, kopyto okładać dalej gentamycyną. Na moje, że na etykiecie jest trwałość 14 dni, mówi, że to nic nie szkodzi. Czyli takie tam sranie w banie, ale OK, dziękuję i chyżo mykam. tym razem miałam farta. Kazała się zapisać za tydzień na poniedziałek (widocznie nie odpowiada jej kuracja starej pani doktor - kolejny poniedziałek dla mnie z kwitnięciem w kolejce, ale OK, tamta jest rzeczowa, a ten tydzień nie powinien już nic zmienić w kopycie). W recepcji znają mnie już jak łysą szkapę. 

Lecę do domu, klnąc, bo poszłabym w tango, ale  antybiotyk musi być w lodówce (miałam go zabrać ze sobą). Bijąc się sama ze sobą, wlatuję jeszcze do dentysty (byłam w tygodniu, kazała zajrzeć, żeby zobaczyć, czy dobrze zrobiła), choć niechcemisia mam, bo następną regularną wizytę mam w następny poniedziałek o 11.30, co kopie się z chirurgiem, chirurg ważniejszy. Następny termin 9.10 o 10. Dopiero w domu orientuję się, że w tym dniu zamykam maszynki, ale A. zgodny człowiek jest, a reszta materiałów spływa zazwyczaj koło południa, dentystę mam 10 min od domu. I zamykam maszynki w czasie mojego urlopu :) 

Jeszcze wycieczka do apteki, zamówienie plastrów (bo nie mają ich w ciągłej sprzedaży, co za czasy), do odbioru jutro.

I wino sobie kupiłam, białe (a rzadko takie pijam, wolę czerwone). Bo tak. Bo pić nie muszę, ale jak nie mogę, to muszę.

Znaczy się - wczoraj czułam, że muszę się znieczulić. Butelka wina. To pomaga - nie mam depresji wtedy. Skręcało mnie jak cholera, do bólu. Jak mogę, to nawet jak mnie skręca, to mi przechodzi. 

Ale antybiotyk - aż taką ryzykantką nie jestem, żeby się znieczulać na antybiotyku.

A butelka fajna była, to się skusiłam w Aldim, gdzie wleciałam, bo miałam nadzieję na jakieś fajne badylki jesienne na balkon :) 

I tak, Kochany Pamiętniczku, aby do  18. 

Wprawdzie antybiotyk skończę we wtorek, ale to będzie szalony pracowy tydzień. Urlopowy, żeby nie było. 

A w pracy nie piję :)  
Taka zasada: nawet na imprezach firmowych, a u nas się pije do oporu i potem na drugi dzień w kuchni analizują kto co wywinął.

Moje dwie pracowe zasady: żadnej dupy z własnej grupy (w młodości pomagało) i zero alkoholu.

Działają :)