doświadczalnym będę, Kochany Pamiętniczku.
Wczoraj pojechałam do Avenidy, bo chciałam w Empiku kupić kalendarze. Zazwyczaj o tej porze roku miałam już komplet, ale w tym się zagapiłam :) No i pech: w Empiku akurat zmieniali półki z kalendarzami i... kalendarzy nie było. I jeszcze wlazłam z tego poziomu zero na poziom dworca po zepsutych schodach ruchomych, jak ten włóczęga co ostatkiem sił wsiadł do łodzi. W Świecie Książek były kalendarze, o połowę tańsze jak w Empiku, choć nabiurkowy dostałam ze Sheepworldu, a nie taki jak chciałam, ale to nic :)
Na bimbę poszłam, ale okazało się, że nic a nic na moją dzielnię nie jedzie stamtąd nagle, więc... znów drapiąc się po schodach, po przejściu korytarza podziemnego, który wyglądał jak katakumby po balu umrzyków poszłam na autobus. Ale nie dojechałam do domu, bo postanowiłam zaszaleć i zjeść na mieście. W Kolorowych Garnuszkach, of course. I tak szłam (do ciebie szłam, od kiedy - już nie wiem, do ciebie szłam przez życie bez ciebie), no i doszłam.
Do nowego lumpeksu - i nie, nie kupuję w lumpeksach, choć nie uważam, żeby to było coś złego. Lata całe się tam ubierałam - teraz nie muszę, mam dość ciuchów. No ale do ciebie szłam i... Siedział na wystawie :)
A właściwie siedziały dwa. Każdy za oszałamiającą kwotę złotych czterech polskich. No, kupiłam, choć cholera wie po co, bo choć strasznie podoba mi się zabawa w psotnego elfa, to nie mam kogo wkręcać. Inżynierostwo się jeszcze w to bawi, ale Inżynierowa nie chciała kolejnego elfa, bo mają dwa i już im brakuje pomysłów na psoty. Mój ładniejszy, więc zostanie u mnie i po prostu będzie siedział i patrzył, a nie będzie broił :)
Potem rzut beretem były Garnuszki, tym razem znów wzięłam danie dnia - kotlet wiedeński. I szef kuchni (notabene, chyba pisałam, że znajomy mamy Małego T., co pomógł mi rozszyfrować nieoceniony fejsik) objaśnił mi co to i faktycznie dobre było. A że był kapuśniak, to z trudem drugie danie zmieściłam. Czaiłam się na pojutrze na rybę (jest tylko raz w tygodniu, w piątek), ale znów wyszła mi dziś zupa na dwa dni (przesmaczna, nawiasem mówiąc), bo mam rosołek, dodałam bataty, rzodkiewki, zielony groszek i nawet miksować nie musiałam, choć planowałam - z dodatkiem mleczka kokosowego wyszło mlask :) No ale na dwa dni :)
Zła byłam dziś jak osa, bo miałam iść dziś do dentysty o 9.30. A ja w wolne dni co najmniej do 9 gniję w łóżeczku, z rozkoszą gniję, bo mogę.
No ale trzeba było wcześniej dupsko zwlec, a to już październik się zaczął, jak się okazało :)
I tak poleciałam, po drodze spotkawszy koleżankę I., kiedyś dość mi bliską. Jak się okazało, wyniosła się do UK, dlatego kontakt się urwał. I tak pierdu, pierdu na chodniczku i nagle patrzę na zegarek - 7 minut do wizyty, bo ja punktualna jestem do wypęku. Ale że dentysta był 3 minuty dalej, wliczając, byłam kilka minut przed czasem, ale jak to u lekarzy (nawet prywatnych bywa), poślizg był i weszłam do gabinetu 10 po dziesiątej.
I tak mówię do pani dr, że jak z rwaniem, to nie chcę teraz nowej szufladki, bo towarzysko jestem zalatana i wolę dziurami nie świecić. Stanęło na tym, że na razie damy spokój, rentgen zrobili mi tego pstryczka, co szufladę trzyma i nawala i dwie opcje - wywalić razem z korzeniem (co mnie przerosło, już raz miałam korzeń dłutowany), albo spróbować wymienić na nowy zaczep, co może się nie udać.
Odłożyliśmy operację ad acta, na dogodniejszy dla mnie czas. Jeszcze nie mam terminu.
Ale...
I tu szok :)
Pani dr zapytała o kopytko, jak się goi. Bo kopytko już mi terminy u niej dwa razy zawaliło. I...
Achtung, wnimanije, pozor...
Zaproponowała terapię kopytka.
Tak, tak, stomatolog.
Pokazałam, jak to wygląda, bo plaster można odkleić i nakleić.
No i pani dr mówi, że oni mają laser i laserem leczą niegojące się rany w paszczach, owrzodzenia i takie tam, i mają dobre rezultaty.
I że kopytko by mi laserem poleczyli.
Zapytałam, ile by mnie to kosztowało. A pani dr na to, że nic, bo chcą zobaczyć, czy to zadziała.
Zdębiałam, wypuściłam korzenie i... zgodziłam się.
Pierwszy seans już jutro, w sobotę też pracuje, mam przyjść, bo leczenie będzie trwało kilka dni co najmniej.
W poniedziałek mam wizytę u chirurga, potem kurcgalopkiem do pracy i wieczorkiem na laserek...
Nosz...
Dlaczemu nie?
Wróciłam do domu, piszę do I., a dziecko, że mam krzywo pod kapturkiem i żaden walec nie wyrówna.
Że on się nie zna, ale słyszał o takich eksperymentalnych terapiach.
No a ja sobie odpaliłam tak wyśmiewaną przeze mnie AI i zaczęłam analizować. Wiem, że AI czasem mówi z dupy, ale...
Zapytałam o terapię ran gentamycyną i dostałam taką odpowiedź, jaką sobie sama już układałam patrząc na rezultaty. I na to, że u chirurgów jestem: leżeć, recepta i do widzenia ślepa Genia. Nikt nie chce słuchać, jak się czuję, co widzę i nie odpowiada na pytania.
I tak gawędząc z AI i przyduszając ją do muru doszłam do wniosku, że jednak coś jest na rzeczy. Że to żółte, co ja biorę za ropę nie jest ropą, ale płynem surowiczym, bo rzadkie i absolutnie bez zapachu. Rana się nie goi (lekkie ślady krwi wciąż) - to też może powodować gentamycyna, uszkadzająca gojący się nabłonek. Gentamycynę biorę już prawie miesiąc, więc...
Dalej doczytałam, że laser i gentamycyna się absolutnie wykluczają. Zatem jutro wyczyszczę porządnie ranę, nasmaruję ją tym ozonowanym olejem lnianym po laserze (zalecane coś natłuszczającego, więc idealnie), a potem wola boska i skrzypce.
Na wizytę u chirurga "zapomnę" gentamycyny jak coś :)
Cóż, służba zdrowia mi wyraźnie nie służy.
I tak myślę, co panią doktor naszło? Mniemam, domniemywam, że może chcą jakoś rozszerzyć wykorzystanie lasera, bo kosztował niemałą kasę i padło na mnie. Ale co mam do stracenia?
I za RTG nie chciała pieniędzy, powiedziała, że później wszystko ogarniemy.
W sumie - odpukać, zapeszyć nie chcę, ale może to jest właśnie ten przypadek, który w życiu nie jest przypadkiem?
Bo czasem zdarzają się dobre rzeczy.
Po powrocie od dentysty byłam tak nakręcona, że zakupy z rozpędu zrobiłam, a i tak się uspokoić nie mogłam - więc dzień gospodarczy tańcząco ogarnęłam, w rytm ukochanych piosenek, a i tak pojechałam jeszcze po gentamycynę.
Zlew mam tak wyszorowany, zalany i Domestosem, i ACE, że nic tam nie ma prawa żyć, boję się, czy rury nie puszczą :)
Jutro jeszcze poczyszczę szyby wewnątrz i lustra, ale populacja zmniejsza się, aczkolwiek jeszcze nie jest OK :)
I jak siedziały na lustrze, a światło na nie padało pod kątem, jedne były brązowe, drugie czarne.
Znaczy się zespołową inwazję mam - i owocówek, i ziemiórek.
Kubełek na bio się sprawdza - nic z niego nie wylatuje.
Lepy też łapią.
Zatem wojna trwa. Oby nie tak długo, jak ta w Ukrainie, aczkolwiek moi agresorzy są jak Putin i Trampek razem wzięci.
I po raz kolejny jestem zła, że znów dzień z czekaniem na godzinę, na wizytę, na homoniewiadomo jak to będzie.
Mile widziane kciuki, żeby wreszcie tę kundlową zemstę zakończyć i wykąpać się z leżeniem dłuuugo we wannie, a nie na chybcika (ale za co, w życiu zwierza nie skrzywdziłam, nie licząc much i komarów oraz innych srajd na moich szybach i lustrach, nawet pająki wynoszę latem na balkon, a zimą na korytarz, jak czynszu za długo nie płacą).
A do krówkowego ekstrasa znów gość z "zaprzyjaźnionej współpracującej" redakcji korektę przysłał, co mnie WKURWIA z informacją na MSG (na moje nieszczęście, pani M. dała mu mojego MSG zamiast nr telefonu, jak nie mógł się skontaktować), a przecież KURWA ma mojego firmowego emilka. A ja po rozmowie z p. M. posłałam wszystkim od krówek osobnego emilka, że będę od poniedziałku po południa.
Tak się zastanawiam, jak bardzo ludzie mają czasem wyjebane na rzeczy oczywiste? Ludzie sporo młodsi ode mnie.
Ogrzewanie włączyli.
Miałam wg zaleceń włączone kaloryfery na maksa, żeby się nie zapowietrzyły. Jak wróciłam od dentysty i weszłam do mieszkania, myślałam, że zemdleję.
Kurcgalopkiem pozakręcałam wszystko, w łazience zostawiłam na dwójce, ale to zimy kaloryfer jest - pojebane są te pokrętła. Tam grzeję, bo suszenie ręczników. W mieszkaniu mam w tej chwili 24 stopnie. I 52% wilgoci. Tak, mam bardzo ciepłe mieszkanie, ludzie w mieszkaniach szczytowych i marzną, i grzyba mają.
A ja z łezką w oku wspominam pierwsze lata tu, gdy w nieocieplonym bloku byliśmy "końcówką rurociągu" i nikt nie chciał tu mieszkać. To był ostatni blok w Koziołkowie - w sumie do dziś jest :) A my wszyscy na granicy zapalenia płuc siedzieliśmy otuleni w co się dało, szczękając zębami z zimna. Do dzieci przyjechało pogotowie, a ja w podkoszulce, wełnianej kiecce do kostek i gruuubym golfie na niej trzęsłam się z zimna. I walka z administracją o włączenie ogrzewania przed 15 października, bo zimno. I szwagier z DE, notabene Polak, ale urodzony w DE, który, będąc z wizytą zauważył, że kaloryfer ma odkręcone na maksa ustawienie, a balkon jest szeroko otwarty, rzucił się zakręcać pokrętło. A my na niego skoczyliśmy hurtem, żeby pokrętła nie dokręcał, bo nie można, bo się rypnie :)
I te przewały z podzielnikami ciepła dziś, gdy płaci się jak za zboże, więcej niż za ogrzewanie domku jednorodzinnego - oczywiście rozumiem, że nie muszę ani latać dokładać do pieca, ani płacić za drożejący gaz, ale... Cóż, pensje zarządów spółdzielni muszą się zbilansować.
Więc tak, koszulka jak w 30-stopniowe upały, aczkolwiek mam tylko 24 stopnie.
A chciałabym mieć tak z 18, bo najlepiej się śpi w chłodzie.
I łamię się, czy dopłacać do ogrzewania, otwierając okno na noc (bo rury zbiorcze, idące przez sufit w dwóch miejscach grzeją i nabijają) i spać w chłodku, czy spuścić rolety i iść spać saute...?
No to się znów napisałam, ale dość na dziś. Jutro złożę raport z laserowania...
Proszę, trzymajcie kciuki - nie wiem, jak to będzie wyglądało, bo na fotelu dentystycznym raczej trudno leżeć na brzuszku, ale kto wie? :P






















