poniedziałek, 14 września 2026

Kopytkowania

ciąg dalszy, Kochany Pamiętniczku.

Pani doktor coś tam ugniatała, a piguła założyła opatrunek wprost na ranę, gaza - plastry, które przyklejam, nie przylegają do rany.

No i masz babo kalafiory - w sobotę zmieniam opatrunek i kurwa - znowu zerwana ta cieniutka zagojona warstwa, bo gaza przykleiła się do  rany. Ropa dalej jest, a antybiotyku już nie biorę, bo ile można?

Poszłam więc odebrać plastry do apteki i wlazłam do zielarni, bo przypomniałam sobie, że szukam soli ze siarką (uwielbiam, pomidor z nią ma niepowtarzalny smak). O dziwo, sól była, uzupełniłam też zapas oleju z  czarnuszki - nie przeszkadza mi smak i jak nie zapomnę, to nawet pyry nim podlewam - lubię. Tak jak babcia - pyry z omastą :) Zdrową, notabene :)

Już wychodziłam z zielarni (a obsługiwał jakiś nowy facet, jak nie lubię w aptekach facetów, tak ten mało, że wyraźnie mówił, to jeszcze olej we łbie miał). Cofając się przypomniałam sobie o maści propolisowej, którą  polecała koleżanka z pracy. Maści nie miał, ale mam propolis, koncentrat, ale trochę się boję, bo wysokie stężenie - 95%. I olej lniany ozonowany - bardzo polecał na rany. I kompetentny, bo nie zbywał moich pytań, ale tłumaczył jak krowie na rowie. 

A ja przypomniałam sobie, że u Eksa leczyli wszystko świętym płynem - zwłaszcza niegojące się rany. Pozostanę na razie przy tym oleju, bo... Wszędzie mają siemię lniane z Kazachstanu. Dwa - dodaje się tam sól - jako konserwant, a boję się soli na otwartej ranie. Więc jutro - bo kończy się przydatność tego jebanego gentamycinum, założę sobie ten olej. Zobaczymy. Gorzej być nie może (chyba). 

Na razie zakładam też tę siateczkę, żeby gaza się nie przyklejała do rany. Kopyto znów boli.

Balkon wzbogacił się w sobotę o


 Przesadziłam, ciekawe, czy podzieli los lawendy, która miała mnie w dupie i w ogóle nie odbiła.

No i afera - znaczy się, nie zaraz tam afera, ale skurwesyństwo level hard jak dla mnie.  

Robiłam tę fuchę, policzyłam sobie 18 zł za 1880 zzs. Brutto. Wyszło jakieś 350 zł netto, miał zapłacić i ZUS (bo umowa o dzieło), i podatek. Czekam i czekam, ale nic. No i nagle emilek. Że kasa poszło, ale papierki sobie odpuścimy. Kasa jest, łaskawie dychę dołożył. W ZUS by to nie zmieniło prawie nic, no ale US? 

Zaoszczędził.

Tak działają wielcy tego świata. W razie W nie mam najmniejszego zamiaru płacić podatku, wszystkie emilki mam zachowane.

Tak bogacą się elyty, a ty, szaraku, zapierdalaj za miskę ryżu.

Mniejsza z większym.

Weekend minął spokojnie, tak jak lubię.

I. szaleje na ogródku, dopieszcza, ale też ogarnianie tego trwa od czerwca, końca nie widać, a biedne Łobuzy były pozbawione ogródka całe lato. Chce wszystko ogarnąć tak, żeby na wiosnę ruszyć już z urządzaniem. I jedno drzewko będzie moje, na wieczną rzeczy pamiątkę, jak już pisałam.

A dziś, urlopowo, zaczęłam pracę nad ostatnim numerkiem. No i bajzel na kółkach, część ekipy wie, że jedna korekta, część dowiaduje się i czuje się w czarnej dupie, a sprawca tych wiekopomnych zmian, który miał to uroczyście oznajmić dziś, mnie zabraniając rozpowszechniania informacji - zniknął z radaru na tydzień i nikt nie ośmielił się zwrócić do niego z pytaniem, co jest grane.

No to ja do Pani M., bo sama głupia jestem teraz. No i uzgodniłyśmy, że jak jedna, to jedna. Głupia ja - ale sumienie nie pozwala mi na nic innego, mówię, że jedna, ale chcę złamane materiały. Nie będę ich korekciła drugi raz, ale rzucę fachowym okiem (dlatego mam zaćmę, bo oczami rzucam) na: belkę, wybicia, tytuły, afiliacje, śródtytuły, podpisy pod fotki i na tabele. Na to, czego normalny człowiek często nie widzi (cóż, nienormalna jestem, nie ukrywam), a co bije po oczach w druku.

Oni potrafią zrobić błąd nawet w standardowym podpisie we własnym nazwisku.

I dlatego nie chcą, żebym odchodziła, bo głupia jestem. Ale cóż, taka umrę.

Jęk ulgi dotarł aż do mnie z redakcji :)

No i... Przesunęli zamykanie na poniedziałek, bo się nie wyrobią. Kurwa, mało, że orzę na urlopie, który wzięłam nawet na dni wolne, to jeszcze znów mi się termin do lekarza nie spina. A chcę iść do tej doktor właśnie, bo ci młodzi to jednak są mili, ale...   I. pisze, że mam prawo do L4 (na którym nie byłam od ponad 25 lat, w tej firmie nigdy).    

Więc mówię, że nie. I szewskim targiem, bo Naczelna jest jednak dusza człowiek (inna bajka, że ma w tym interes) - idę do chirurga (zdaje się, że przyjmuje do 14), a oni na mnie czekają. Mnie to rybka - chociaż raz poczekają na mnie. Ale też w poniedziałek poleci wstępniak, spis treści, newsy, to gdzie błędy zawsze po oczach jebią. 

Więc trudno, poczekają, a ja spieszyła się nie będę. Moje kopytko ważniejsze jest. 

I tak to wygląda w praniu.

A rechocąca we mnie czarna duszyczka zastanawia się, jak ta bossowa korekta na telefon będzie ogarniała taki bajzel i czy będzie za taką kasę tak dyspozycyjna?

No cóż, pecunia non olet, a rachunki się same nie popłacą.

Jako że już nie jestem na antybiotyku (bo gazik na ranie z antybiotykiem to się chyba z winkiem nie łączy), sobie otworzyłam


kupione, bo mi się butelka podoba, będzie robiła za wazon albo za świecznik, choć kiedyś wielki prezes z Auschwitz na wieść, że można zrobić fajny świecznik z butelki po winie spojrzał na mnie z taką pogardą, że gdybym miała szpadel pod ręką, zakopałabym się na 100 m głęboko :P Winko białe (nie jestem fanką), wytrawne (znaczy się kwaśne jak ocet siedmiu złodziei - czerwone wytrawne jest the best, ale białe - nie bardzo), ale móc się napić wina po dwóch tygodniach przymusowej abstynencji - żyć nie umierać.

Przerażona jestem tym, co się dzieje. Atakami na pociągi, na nasze granice.  Oddycham w tytkę, bo wiem, że nie ma sensu kompletowanie plecaka ewakuacyjnego. Nawet paszportu nie wyrobiłam. I tak, niech wieją w razie W z kundlami. Doceniam zapewnienie, że większy samochód i mama też.

Ale nie chcę.

Skoro ludzie w Ukrainie, w samym Kijowie żyją wciąż, to i ja dam radę. 

Tylko zastanawiam się, jakimi debilami są ludzie, którzy wybrali Trampka (ewakuowanego z WCT 11 września, przez Brauna i Morawieckiego, a może to Wałęsa maczał w tym pazurki, a już na pewno wina Tuska)... 

Naćpana spałacu, który w momencie zagrożenia na granicach kraju pierdoli jak potłuczony na dożynkach, zamiast jako dowódca naczelny wojsk zająć stanowisko?

Że Bóg, honor, ojczyzna?

Bóg, jaki bóg?  Ten na szwabskich (nie mam nic do Niemców dziś, choć w mojej rodzinie by to nie przeszło już) klamrach z Gott mit uns?

Miłujący stworzonych przez siebie ludzi spuszcza na nich takie klęski?

Że wolna wola i inne sranie w banie?

Cóż, rozmyślając, widzę, że moje koszmary z dzieciństwa, przebiegającego w latach zimnej wojny, gdy z moją przyrodnią siostrą (w sumie to taką była później, choć nieformalnie, bo nas nigdy nie "upapierkowano", a byłyśmy wówczas pełnoletnie), ówczesną przyjaciółką (do dziś nic do niej nie mam, życie nie jest proste), wymyślałyśmy swoje dziecinne "sposoby na Niemców". Gdyby znów chcieli nas zaatakować. Genialne - typu posmarowania smołą deski w wychodku, to akurat do dziś pamiętam ;) 

Ja, chowana na ideałach: długie, czerwone, kończy się na "ój", znaczy się, Związek Radziecki przyjaciel twój, niemogąca ogarnąć, dlaczego zaproszona do naszej wioski Rosjanka, z którą korespondowała znajoma dziewczyna, na propozycję wyjazdu do K. odmawiała z obłędem w oczach, że za dużo zachodu z wyrabianiem pozwolenia na wyjazd do innej miejscowości. Sama korespondowałam z Rosjanką - nie pamiętam nawet, dlaczego i jak się to urwało, bo pisałyśmy jeszcze w czasie moich studiów.  Moim marzeniem była wyprawa nad Bajkał. 

Rozmowy z ciotką Eksa, która - żona wysokiego urzędnika w Poznaniu - wywieziona na Sybir z dwójką nieletnich synów - gdy uciekła przed Niemcami na tereny zajęte później przez Rosjan - przeżyła tylko dzięki pomocy zwykłych ludzi tam, bo do końca życia nawet wodę na herbatę przypalała, tak nienauczona prozy bytu...

Dlaczego ludzie dają sobie wyprać mózgi, stawiając na kanalie polityczne?

A sama, na stare lata, z rozpaczą ogarniam, że w polityce wszystko jest przereklamowane - na maksa.

Zawsze miałam ciągoty anarchistyczne i lewicowe, ale cóż...

To już nie jest mój czas... 

 

 

11 komentarzy:

  1. Miłego dnia życzę i pozdrawiam serdecznie, Małgorzata.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jedzo, no bym chyba nie pozwolila i natychmiast te gaze sciagnela, przy tej pigule! No to sie nigdy nie zagoi , jak co tydzien inna pigula bedzie majstrowala i ledwo co narosnieta skorke odrywala. Teraz znowu odbudujesz , a ona ci zniweczy nastepnym niewlasciwym opatrunkiem? Swoja droga czemu my wciaz tak na bacznosc przed pigulami i lekarzami? To juz nie jest ta sama szkola i medycyna co dawniej, moj szacunek i pelne zaufanie do lekarzy bardzo zmalalo - topnieje wprost proporcjonalnie do ich wieku. Ufam tylko swoim rocznikom i moze tak jeszcze 10 lat mlodszym. Ale ci mlodzi kolo 30-40 lat sa uczeni innym trybem , bardzo okrojonym i pod innym katem. Corka kolezanki 34 lata - balabym sie do niej pojsc. Ona spedza cale dnie na internecie " przyjmujac" pacjentow on line, i wypisujac recepty. Do tego jest swietna. Dramat. Zreszta i tak zmierzaja do tego, zeby AI sie nami zajmowalo w przyszlosci. Ech, wnerwilam sie ta pigula. Zdrowia 🙏🏻J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leżąc na brzuchu miałabyś niewiele do gadania. A ja właśnie leżę na brzuchu i nie mam zielonego pojęcia, co majstrują przy moim kopytku. Na moje nieśmiałe, że plaster nie ten, gdy zlazłam już z łózka, odpowiedziała, że innego nie mają. Skąd mogłam wiedzieć, że wsadziła mi tam gazę? Też mam takie wrażenie u lekarza POZ, że pasjansa układa, a nie leczy mnie :) Dziękuję, sama sobie tez tylko zdrowia życzę :)

      Usuń
    2. No tak, lezac na brzuchu ciezko cos zobaczyc :) Ale kopytkiem mozna zdzielic rowno :)) Zeby sie moje i Twoje zyczenie spelnilo 🤞🤞🤞J.

      Usuń
    3. Aha, zapomnialam dodac, ze butelka piekna, tez jestem butelkowa, a szczegolnie na zielone i niebieskie szklo. Mam chyzia i mam fajne butelki , ale nie mam w kuchni parapetow, zeby je postawic , a w saloniku mi nie wolno... Niektorzy nie umieja dostrzec piekna w zwyczajnych przedmiotach :) Jak moj chlop osobisty na przyklad. Butelka kojarzy mu sie tylko z jednym, piciem, ale ja np. pochodze z rodziny, w ktorej alkohol byl tylko od swieta i w malych ilosciach. Mnie sie piekne szklo kojarzy z pieknym szklem i ksztaltem. Nawet ci powiem , ze ostatnio polowalam na Cydr lubelski , bo w takich slicznych butelkach produkuja, ze sobie musialam kupic. Nie mowiac o tym, ze arbuzowy byl po prostu niebianski, a ten z czerwona porzeczka zaraz za nim . Cudo. J.

      Usuń
    4. Narobiłaś mi apetytu na cydr - będę szukać :)

      Usuń
  3. Mam nadzieję, że sama nie odstawiasz tych antybiotyków doustnych i gentamycyny? Trochę mam na tym punkcie schizę, bo znajomy wyhodował sobie klasyczną gangrenę, lecząc ranę naturalnymi specyfikami. Niestety, nie było szczęśliwego finału.
    Z tym rozliczeniem fuchy faktycznie dziwna sprawa, aczkolwiek od umowy o dzieło składki ZUS nie są liczone, tylko od zlecenia, ale podatek jest potrącany od obu umów. O tym, co w geopolityce się dzieje, nawet nie chcę myśleć, przeraża mnie, że pozwala się pomarańczowej małpie podpalać świat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doustne zażyłam do końca - ile można - 14 dni po 3 tabletki najmocniejszy antybiotyk, ojacierpiędolę. Gentamycynę postanowiłam dociągnąć jednak do następnej wizyty, choć w zasadzie wg apteki jest już przeterminowana... Cóż, chuj ze zleceniodawcy i tyle ;)

      Usuń
  4. Walnij kopytkiem, jak zobaczysz tę pigułę od gazy!A ja lubię panów w aptece- jeden doradzil- gdy chcialam cos na sen- lepiej niech pani sobie piwo wypije wieczorem!( gdy przeczytal sklad kilku specyfików)😀tylko potem bieg do wc na siku🤔

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie panowie w aptekach są mało komunikatywni i ogarnięci, a na dokładkę mają gęsty zarost, co dla mnie jest wielkim minusem, bo nie zawsze widzę, co mówią. :) Zawsze czytam skład leków, fakt, że już po zakupie tych na receptę i dlatego nie wszystkie biorę. Tak jak nie brałam gorąco polecanej pyralginy, a już ręka boska broni paracetamolu - omijam zresztą wszystkie przeciwbólowe szerokim kołem - nie wzięłam ani jednej piguły takiej na kopytko.

      Usuń