piątek, 29 września 2023

Mam się

dobrze, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek nie wiem, jak się nazywam.

To była genialna akcja błysk, Inżynier pojechał po żonę, która pracowała na popołudnie, rzucił ją i Łobuzy, i odwiózł mnie do domu.  

Tutaj ja padłam, sprzątając podróżne tobołki i inne skarby, piorąc i zakupując, ale to już inna bajka, na inny wieczór, jak mój kręgosłup pogodzi się z jego właścicielką. 

Dobiły mnie te upały, a jakże. Przeszłam w tym czasie prawie 35 km, tylko na liczniku, a ile nadreptałam bez?

I tak, wiem, to nie jest rekord, ale resztę bajki opowiem next time.

Teraz wymoczona we wrzątku powoli zwijam się do WŁASNEGO łóżeczka, po którym nie szarżują w nocy żadne sierściuchy, obrażone o zajęcie ICH miejsca...

Czeka mnie jeszcze odkłaczanie wszystkiego, firmowy lapek jest siwiuteńki.
Wiem, że większość czytaczy to wielbiciele sierściuchów, ja je kocham po swojemu, miziałam w zastępstwie pańcia, bo się za mną szwendały jak smród po gaciach w dzień też, ale nie. Sierści i kłaczkom mówię stanowcze nie.
Jestem przeszczęśliwa z własnego łóżeczka i z tego, że nie muszę wstawać o 5 rano, żeby móc skorzystać z łazienki.

Było fajnie, cudnie, wesoło, ale HOME SWEET HOME. :) 

Badylki przeżyły, jeden z leksza klapnięty, ale będziemy reanimować.

A juterko Manhattan i...

Łza mnie się w oku zakręciła, jak dobrze jest w domu...

Jeszcze pranie powieszę i do łóżeczka... <3

piątek, 22 września 2023

I jak tu

 żyć bezstresowo, Kochany Pamiętniczku?

Życie uratowały mi skitrane w kącie półeczki tabletki uspokajające.

A że żeby paskudztwo działało, żreć należy 6 tabletek dziennie, rozchodzą się błyskawicznie.

Ale śpię.

Dycham.

Choć po spokojnym weekendzie, kiedy radując się cudną, letnią pogodą na kijkach zapieprzałam w upale (bo upały wciąż są) na moją ukochaną Dębinę, gdzie pławiłam się w rozkoszach leniuchowania, kontemplując (nie, nie plułam pod żadnym kątem)






przecudne okoliczności przyrody, łącznie z przepięknymi pokrzywami, które ubóstwiam, a które tak szanowałam na ścieżce w H., rosnące przepięknie w grudniu (sic!), co śmieszyło moją Synową...
Będę za nimi tęskniła aż do wiosny, o ile jej doczekam.

Tydzień pracowy zaczął się wariatkowem (i wariatkowo trwa aż do dziś, chociaż właśnie piszę ten post, czekając na pracę bezskutecznie), gdy nagle wtem...

Jebło.

We wtorek, w samo południe, gdy już nie wiedziałam, w co ręce najpierw włożyć...

Pierworodny, pewny tego jak w banku, że dostanie umowę na stałe wreszcie i ruszy z własnym lokum napisał mi, że nie przedłużyli mu umowy i zwolnili w związku z redukcją etatów.

Zeżarłam garść tabletek i zabrałam się za pisanie najczarniejszych scenariuszy, bo choćby się zesrali, to nie zapłacą z jednej pensji za wynajmowane lokum i za resztę, a moja pensja nie starczy nawet na wynajęcie tego mieszkania. Perspektywa mieszkania zaś w piątkę w moim pudełku, z tymi bałaganiarzami, spowodowała u mnie chęć natychmiastowego wyskoczenia przez balkon. Na główkę.

Inżynier studził moje emocje jak mógł. I głaskał, wirtualnie, ale nawet wirtualne głaskanie jest surowo zabronione bez zezwolenia.

Pierworodny po godzinie napisał, że wysłał już 20 CV.

Tabletki zaczynały działać. 

Skończyłam prackę, sama zaczęłam podrzucać oferty.

W środę dostałam wiadomość, że Pierworodny ma już ustawione dwie rozmowy. A że pracy było po kokardkę i kucyki, nie za bardzo miałam czas na zamartwianie się, a że tabletki działały, spokojna byłam jak puls nieboszczyka.

Inżynier zamówił mi na Allegro 300 tabletek uspokajających, albowiem, o dziwo, śpię po nich chociaż 4 godziny spokojnie (żeby zaczęły na fest działać, trzeba je żreć przez miesiąc, a że działają, wiem, bom teściową na nich przeżyła i Auschwitz, nie uzależniają, można je odstawić z dnia na dzień, a i na moje pozostałe dolegliwości też dobrze działają, aczkolwiek w którymś momencie miałam ciśnienie 99 na 50, czyli jak dla mnie zgon) :) Kupiłam, bo w aptekach ostatnio mają tylko góra opakowania 90 tabsów, a kosztują jak za zboże. To już tak na zapas na wszelkie życiowe tragedie. 

(No dobra, wrzesień wszak jest, ale dobrze, że tylko go zwolnili, a nie że znów ktoś poszedł do Abrahama na piwo).

W środku tego zapierdalu władował mi się personalnie Pierworodny z Papryczkiem i nawija, że... a ja patrzę na wskakujące emilki na poczcie, na wydruki i po 15 minutach wypraszam ich, zapraszając w czwartek, bo ktoś w rodzinie jednak pracę mieć musi, co nie? Tym bardziej że P. pierzył, jak to on, a potrafi zapieprzyć na śmierć, nie, że wsparcia potrzebował, ale obwiniał za wszystko cały świat i cały Kosmos. Przykro mi było, ale cóż. Powiedział, że w czwartek nie wleci, bo ma interview, trudno.

Pracę skończyłam, a jakże, o 20, zasypana przeprosinami w stylu Pierworodnego, że koledzy wiedzą, rozumieją, ale wola boska i skrzypce oraz wszelkie złe moce tego świata winne są temu, że pracę tygodniową wykonałam w jeden dzień. Nawet zmiana naczalstwa nic nie pomogła, co było do przewidzenia, albowiem zmieniło się naczalstwo na tyle, że naczelnik poszedł na obernaczelnika teraz..

Nosz...
Ale żyję i snuję znów słodkie obrazy, jak się zamkną, gdy mnie zabraknie. 

Gdy mi ciebie zabraknie, gdy zabraknie mi ciebie...

Mój pokój chcą zlikwidować, w ogóle przemeblowują redakcję, ale mnie to rybka. Nie wracam, bo po co? Koleżanka pyta, kiedy wlecę rzeczy spakować, ale mówię, że mogą wszystko wywalić, nie będę do domu tachała starych kubków, mam pełno, badyle rozdałam, a kolekcja herbat i tak do kosza, bo nawet w puszkach po 3 latach jest do niczego. Wlecę najwcześniej w pażdzierniku pod koniec, taki rozkład jazdy.Otwierają jakiś nowy dział, to już nie jest moja bajka :)
Moja bajka jest tu, o :) 


I żadnego szefa za plecami, uważającego, że nic nie robię tylko dlatego, że czekam aż inni wezmą się do roboty, żebym ja miała co robić. I zapierdalać potem ze śrubką w dupie, okrętową nr pięć :)

Czwartek, okazuje się, że zaległości są większe niż ustawa przewiduje, więc z tą śrubką zapierdalam i w ogóle nie wiem, jak płynie życie, ale powera mam, bo wstałam rano mimo tabsów i poleciałam na Manhattan, po gruszki cytrynowe, są nieprzyzwoicie dobre, a i po pomidorki, bo przed eksmisją na włości (ja na wycug do waju nie pójdę, ale jednak, carramba) chcę się zaopatrzyć w coś zjadliwego, bo na włościach to zadupie i mogiła, a pomidory z Biedronki to nie jest teraz moja bajka, cudem załapuję się jeszcze na strzyżenie i wyglądam jak młoda bogini... (pani fryzjerka, ta moja ulubieńsza, ze stoickim spokojem o 8.15, gdy chcę się zapisać na sobotę, bo strzyże właśnie małolata, spokojnie mówi, zapraszam dziś, zdążymy, no i punkt 9 ląduję w domu, chociaż powinnam mieć w dupie punktualność, bo przed Manhattanem godzinkę ogarniałam teksty dosłane w nocy).

Zapierdalam więc z tą śrubką. Ostatnim rzutem na taśmę włączam muzykę, Gleen Miller Orchestra, bo jednak szumy w uszach przeszkadzają mi teraz coraz bardziej, a muzyka je niweluje, no rabotaju...

Nawet nie widzę, że na MSG przychodzi wiadomość: mamo, mam pracę. W firmie, która się u mamy reklamuje :)

I w całej wiosce rozlega się ogromny huk, to kamień, który zleciał mi z serca. 

Wleci po 17.

Pierworodny, nie kamień. 

Wleciał. Z Papryczkiem znów, ale ten mój wnuk to nawet dzień dobry nie burknie, jak jego dziadek wali się na kanapę z telefonem i ma wszystko w dupie.

Tak że tak, ale olewam, bo już powoli wszystko w dupie mam i tabletki działają jak ta lala :P
Pierworodny już mówi: my.  Relacja, hurraoptymizm, zadowolony z pensji, bo nieco lepsza niż w poprzedniej firmie, firma też superkuperduper (tak mówi za każdym razem zmieniając pracę, a pracował w tylu firmach, że nie zliczę. I nie, że źle pracuje, ale to taki pechowy egzemplarz - tak ma, że albo likwidują firmę, albo stanowisko, średnio dwa lata w jednej pracuje). Ulga, ogromna, bo jednak nie zwalą się do mnie. Ma umowę do grudnia, potem znów na 3 lata i obietnice, że po 6 miesiącach zmienią na stałą. Zobaczymy. Inżynier pisze, że morda w kubeł, najważniejsze, że mają za co żyć. Pożyczam mu na badania medycyny pracy, bo u niego koniec miesiąca, z ulgą, że tylko tyle...

I jak żyć, Kochany Pamiętniczku na takim rollercoasterze?

Teraz jeszcze wycug, potem zjazd i znów okulista.

I to wszystko zamiast cichej i spokojnej, uszykowanej już na jesień mojej kochanej norki.


I dzisiejsze chwile sponsorują Czarno-Czarni, bo to taki swingujący dzień.

I butki, kupione na ślub Inżyniera oswajam, bo wtedy nie rozchodziłam, a teraz tak i założę je chyba na zjazd, bo są lepsze od tych nowych i seksowniejsze :) 

Znów uczę się chodzić na platformach i nieźle mi to idzie :) 

Może jednak nie jestem jeszcze AŻ tak stara ;)?

Kto to wie...

środa, 13 września 2023

Milion

 Kochany Pamiętniczku.

Dopiero dziś zauważyłam, że milion za mną.

Jak dobrze być milionerką :)

wtorek, 12 września 2023

I taka

 mnie myśl naszła, Kochany Pamiętniczku.

Że w sumie pora zamknąć bloga.

Bo chuj czytających obchodzi, co czuję.

Obchodzi ich tylko to, ile kosztowała ta myjka.

W momencie, gdy ja zastanawiam się, czy warto żyć.

No cóż, prześpię się ze ślimakami, ale po przespaniu będę miała na wszystko wyjebane.

Bo tak :)
Bo oczekiwałam, że ktoś dojrzy we mnie człowieka, którego boli. A nie odnośnik do Alledrogo :P 


Jednak

 wrzesień pokazał swoją prawdziwą twarz, Kochany Pamiętniczku.

Tak, wiem, to tak nie działa, ale...

Pierwsza odeszła we wrześniu moja Mama. Dziś właśnie mijają 52 lata od jej śmierci.
Potem odszedł, dzień przed jej rocznicą mój brat, na swoje własne życzenie.

W dniu jego pogrzebu na OIOM wylądował Inżynier, wówczas osiemnastoletni, z diagnozą, że będzie konieczny przeszczep serca w najlepszym wypadku.

Inżynier, odpukać, ma się dobrze, ale nikt nie wie, ile mnie kosztuje nietrzymanie go pod szklanym kloszem do dziś i jak drżę, gdy tylko kichnie. Choć nie jest już pod moją jurysdykcją.

We wrześniu zmarł też mój mąż i ojciec moich dzieci. Choć od lat nic nas już nie łączyło, a i dzieci mają swoją traumę z jego powodu, to przecież nikt mu śmierci nie życzył. Może z wyjątkiem jego kochającego go brata.

We wrześniu zmarł też kilka lat temu najstarszy brat mojego ojca, ostatni z trzynaściorga rodzeństwa, człowiek, który całe życie, choć z daleka, kopał mnie z lekka w dupę. Znaczy się, widział we mnie do końca swoich dni fajną kobietę, listownie był ze mną do końca, w czasie studiów ojcował mi po swojemu, a umierając zostawił mi kasę, o czym nawet w snach nie pomyślałam. Może i nie był to wielki majątek, ale dzięki tej kasie i pożyczce z banku wyremontowałam mieszkanie.
W niedzielę dzwoni moja komórka. Wyświetla się kuzynka z Koźmina, córka siostry mojego ojca. W czasach przedpotopowych polowałyśmy razem, choć z rzadka na dinozaury, potem nasze drogi się rozeszły, choć jakieś tam wątłe kontakty były, bo spotykałyśmy się na rodzinnych pogrzebach, obiecując sobie, jak zawsze wszyscy, że teraz to już zmienimy scenariusz. Jej życie nie było usłane różami ani trochę, stwierdzam to stanowczo, czeka  mnie jeszcze wprowadzanie Inżyniera w rodzinne sekrety, ale to dobrze. Bo to jednak jest - jak się okazuje - rodzina, której już nie mam, ale mam.

Dzwonek prawie rozładował mi komórę, ale wiadomo, jest ze mną jak jest, więc po minięciu wkurwu piszę SMS, co się stanęło i jak mogę, pomóc, że proszę SMS, a nie dzwonienie, bo jestem głucha, jak wiadomo (ale nie wszyscy pamiętają).

Bo ja taka fajna laska jestem, co nie?

I nic, cisza w eterze. 

W poniedziałek pracuję jak ten jebany mrówek, wściekła, bo okazuje się, że Boss został capo di tutti capi, zmieniły się układy redakcyjne (dla mnie w sumie bez znaczenia, bo mam z nowym naczalstwem idealne układy, ale nie wiadomo jak będzie z mieszaniem się capo di tutti capi do interesów wszędzie), na razie pozostaje status quo, a ja wciąż robię nadgodziny, bo tak. Taki urok.

I nagle SMS, od M., bratanka K., którego ostatni raz widziałam, jak stał w łóżeczku i obgryzał białą farbę ze szczebelków. Jego losy to temat na osobną powieść, jak każdego.

Że K., której telefon dzwonił, nie żyje.

Miała 71 lat, niewiele starsza ode mnie.  Pogrzeb we wtorek. O 10.30. Jeszcze nie wiedziałam, że Boss jest w DE, ale i tak wiem, że Koźmina też nie mam jak dojechać. Dzięki (nie)rządom, które polikwidowały wszystko, co łączy moją wioskę z prowincją. Piszę więc o tym M., przepraszając, że nie dojadę. Ale myśli mi się kłębią, w chwili przerwy ruszam do wujka Google i okazuje się, po rozmowie na czacie (sic!), że mogę zamówić kwiaty online, ale... muszę mieć adres pogrzebu, a tego nie mam, tylko dzień i godzinę. Piszę SMS do M., jest już późne popołudnie, ale nie odpisuje. Piszę do Inżyniera, ale ten też nie odpisuje - po urlopie ma pierdyliard spraw w robocie. Łapię wreszcie Inżyniera i po tłumaczeniu jak krowie na rowie dzwoni do M. M. mówi, że wysłał adres na SMS, ale go nie mam. Okazuje się, że dał komórkę bratu K., mojemu rówieśnikowi, ale ten nie umie wysłać SMS.
W końcu dostaję SMS z adresem i WERBLE, FANFARY i ORKIESTRA TUSZ - zamawiam wiązankę, skromną, ale kosztuje jak za zboże, wieńca za 500 zł nie kupię, bo to i tak K. pomoże jak umarłemu kadzidło.

Wiem, jestem wredna :) 

W międzyczasie M.pisze do mnie na MSG, wysyła zaproszenie na FB, widzę, że z Inżynierem nawiązał już kontakt.

I tak w tej zasranej epoce mediów społecznościowych odnalazłam rodzinę, a i Inżynier też, o której myślałam, że jest już skreślona z listy.

Jak to się dalej potoczy, nie mam pojęcia. Ale ważne, że i moje dziecko ma jakiś powrót do swoich korzeni. Bo ma z M. wspólne pradziadostwo, znaczy się prababcię i pradziadka. A to już coś.

Pogawędziłam z M. na MSG, ogarnięty młody (no, parę lat starszy od mojego Pierworodnego) gość, ale jak wiadomo, to dzieci się starzeją, nie my.

Dziś dostałam raport, że dostarczono wiązankę na czas. Firma, w której ja zamawiałam, jest w Warszawie, pogrzeb był w Wielkopolsce.

Już nie musiałam męczyć Inżyniera, żeby dzwonił po kwiaciarniach.

A i czuję się dobrze, bo choć nie byłam na pogrzebie, nie olałam K.

Wieczorkiem M. podziękował za kwiaty, więc to było dla nich ważne. K. ma już na wszystko wyjebane. I poprosił o adres, bo chce przysłać obrazek z modlitwą w intencji K.

Pytam Inżyniera, czy pisać, że adres dam, a na obrazek mam wyjebane, ale moje mądre dziecko odpowiada mi, że morda w kubeł. Bo nikt mnie z modlitw rozliczał nie będzie, a bliskim K. jest to potrzebne.

Mądre dziecko wychowałam, mądrzejsze ode mnie.

Co ma być, będzie.

A Pierworodny wleciał w ubiegłą niedzielę na umówione lody, ale jego dzieci to jakiś Kosmos dla mnie. 

Przykro mi bardzo z tego powodu, ale cóż.

Potem wleciał w ubiegłą sobotę, jak się śmiałam do Inżyniera, na inspekcję, jak się matka prowadzi, Inżynier zapytał, czy białe rękawiczki miał (nasz rodzinny wic, bo moja mama w czasie okupacji pracowała u pani, która chodziła po domu w białych rękawiczkach i sprawdzała, czy kurze są pościerane). I to była miła wizyta, aczkolwiek coś mi nie pasowało. Nie wiedziałam co. Następnego dnia rano, leżąc w łóżeczku i przeglądając zapisy z kamery na drzwiach, bo tak sprawdzam, kto w nocy po korytarzu łazi, dopiero wtedy zauważyłam, że Pierworodny zgolił tę jebaną brodę, z którą wygląda jak muzułmański terrorysta, taka uroda i dlatego mi nie pasowało, bo wyglądał jak młody bóg :) Ubyło mu z 10 lat. Nie omieszkałam mu tego napisać.

No a codzienne życie leci...

Zapierdala, rzekłabym.

W ogóle nie biorąc pod uwagę, że jest mi, kurwa, źle nie do zniesienia.


W międzyczasie w piątek w szale po zamkniętych wreszcie pyrach pomyłam okna w dużym pokoju i przemeblowałam go, bo gdzieś muszę zmieścić badyle, które nie mogą zimować na balkonie. genialna myjka do okien za całe 18 zł polskich złamała się już za pierwszym podejściem. Dusiłam Inżyniera i okazało się, że ich myjka kosztowała bagatela ponad 100 zł na Allegro. Moja nowa, identyczna z ich została znaleziona za 89 zł. Czekam aż dojdzie...


 Sobotnia wyprawa w plener poskutkowała kupieniem tego zestawu, na co poszło ponad 220 zł, ale kolory są idealnie dobrane, czego nie widać na zdjęciu. Jest zgrabny obcasik, w czarne portki wchodzę bez problemu, będę musiała zakładki zrobić, bo za szerokie. To na zjazd. I zastanawiam się, czy luźna tunika do kompletu, czy jakaś biała koszula?  Optuję za koszulą, będę jak maturzystka, pani w sklepie obuwniczym była trzecią osobą (kobietą!), która w luźnej pogawędce była zdziwiona, że mam tyle lat, że nie wyglądam, a już zupełnie nie chciała wierzyć, że nie mam żadnych kremów.

Mam się bać?


To już te dni, które lubię. I osmantus pachnie, szukam olejku, ale się skończył właśnie.

I dupomirki wariują, gender lansują :)

I jesień już na maksa...


"Moje" drzewo, przez lata stojąc na przystanku obserwowałam je i gdy na nim były pąki, to już była wiosna, a i pierwsze żółte liście, to nie ma mocnych - jesień.

Dziś po zamknięciu polazłam na zakupy i wróciłam zniesmaczona, bo pieniądze rozchodzą się jak woda, ale cóż... Odreagowałam to wszystko, choć o mało nie padłam w prawie 30-stopniowym upale.

12 września.

A i jeszcze wciąż pisze do mnie G. I tak jak Inżynier (Pierworodny nie wie, nie mówiłam mu o tej, ale inne akceptował) zawsze akceptował moje historie, cokolwiek by to nie było, łącznie z tym, że nocowała u nas cała kompania gejów, z którą potem pojechaliśmy na superwycieczkę do Berlina, a połowa ekipy wciąż mi powtarzała, jaki seksowny jest mój syn, na tej wycieczce hetero był właśnie on, ja i znajoma dziewczyna, tym razem krzywi się, a i krzywi się Inżynierowa, a ta niejedno ze swoim ojcem przeżyła.

Już nawet nie pisałam im, ale G. napisał do mnie, że: Nazwisko P..., wywiera na mnie miłe odczucie. Znaczy się, moje. Też lubię swoje nazwisko. I że odwiózł swojego Skarba na aerobik. W każdym zapisie, a pisze rzadko,podkreśla, że nie ma obok niego żony. Mnie to rybka. Nie jest dla mnie nikim ważnym, choć pamiętam go jako ucznia mojej Mamy, że był częstym gościem w naszym domu. I dalej była liryczna opowieść o świerszczu i żabie z jego ogrodu.

Na razie nie odpisałam nic, bo sama muszę to rozgryźć, przedtem odpisywałam od razu, bo w zasadzie jestem wciąż online, nic złego nie robię, przed nikim się nie muszę ukrywać, a w mediach jestem oblatana :)

Ale też mam dość w życiu osób niezrównoważonych i zastanawiam się, czy Inżynier nie ma wiedźmowskiego nosa po matce, którą tym razem ten nos zawodzi?

I tym akcentem kończę, słuchając



No cóż. Wszystko mnie wrześniowo boli i to bardzo, ale to właśnie dowodzi, że żyję. Bo dopóki boli, to żyję, nie da się ukryć. Więc trzymam fason i nie posypuję siwego łba popiołem, bo to nic nie zmieni.

I jak ktoś mądry powiedział: młodzi byliśmy wszyscy, ale nie każdemu jest dane dożyć starości.

Się podpisuję obiema ręcami.

A jutro znów do roboty.

O polityce specjalnie nie piszę, bo to wszystko jest pojebane i albo pierdalnie, albo nie.

Ale najpewniej jebnie z hukiem :)

 



sobota, 2 września 2023

To był

 dobry, bardzo dobry tydzień, Kochany Pamiętniczku.

Albowiem olałam ciepłym strumieniem moczu koleżeństwo, uważające, że skoro z domu to jestem non stop w pracy. 

Se słali, a to pierwszą, a to trzecią, a to już w PDF wersję. Zakładają, że miałam urlop. To się zdziwią, gdy okaże się, że nie, po prostu pracuję na pół etatu i zgodnie z wolą Bossa wtedy, kiedy robimy gazetkę. A wcześniej mogą mnie w pompkę. Miałam 1,5 tygodnia wolnego i tego się trzymałam :) 

Jakie to piękne uczucie wstać i nie lecieć, ale sunąć majestatycznie na Manhattan, delektować się i potem 

TADAM 


Porządek jaki taki w kuchni zrobić. Wyszło przepyszne i będę sama żarła, bo w nosie mam proszenie, żeby ktoś coś wziął.

Mniejsza z większym, poradzę sobie.

A po kuchennym szaleństwie, kiedy to nawet popełniłam


z jeżynami, a jeżyny wielkie, dorodne i słodkie jak miód...

... przyszła kolej na dojrzenie do otwierania rzeczy nieotwieranych od lat.

I tak prawie że kręgosłup mi wysiadł od ślęczenia nad papierzyskami, a rezultat jest taki, że ogarnięte mam kilka pudełek po butach, a i to nie jest nawet 1/10 tego bajzlu. Ale najważniejsze, że powoli zaczyna się  coś z tego chaosu wyłaniać, w jednym miejscu są już najważniejsze papierzyska w tym domu, czyli wszystko, co dotyczy mieszkania, bo to po mnie zostanie, w śmietniku wylądowała masa zawiadomień ze spółdzielni, o kolejnych rozliczeniach, podwyżkach i innych pierdołach. Bo na co to komu, kto to będzie analizował, a wiadomo, że jak się wyrzuca papiery, trzeba każdy oglądać. Więc założona jest czarna teczka dla mieszkania, dosłownie, czarna i razem z nią papierzyska z PZU. Bo wiadomo, pogrzeb sam się nie sfinansuje. Ubezpieczenie mikre, ale powinno im starczyć, bo nie ma być żadnych cudów wianków. Żadnych orkiestr, czarnych dywanów i tłumów. I butelka wina, wspominać mnie miło i nie smucić się. 

Bo mam piękne życie i nacieszyłam się nim, wiele dobrego w nim było, a to co złe, to bierz to czart :) 

Jako produkt uboczny tych prac był bajzel w chałupce


 i wkurw, bo niby wiedziałam, co na kupce leży, ale w którymś momencie wszystko mi się kićkało.

Tyle że chłopakom założyłam osobne teczki, gdzie lądowały rzeczy, które się im należą jak psu zupa i na których im zależy. Jak Inżynierowi na kalendarzyku ze swojej budy, a mnie tak opierdala za chomikowanie, ale swoje przydasie z rozkoszą oglądnął, do kumpli pisał, żeby uściślić co to i skąd, a na zapytanie, czy wywalamy, czy zostawiamy


zresztą retoryczne, bo wiedziałam, co powie, oburzył się szczerze, że jak to, oryginalny kultowy Windows, a ja to chcę wywalić? :) Hahahaha, a tuś mi bratku, tu cię złapałam ;) 

No a ja


nie wyrzucę przecież tego, to zostało po siostrze mojej Mamy. 

To też już kawał historii, jak ogarnę, to porozmawiam z nimi, czy chcą, czy oddać do muzeum, bo coś takiego wyrzucić, to grzech.

I taki świstek się zaplątał w szpargałach




Nie mieliśmy nigdy własnego mieszkania ani domu, mieszkaliśmy w służbowym mieszkaniu Mamy. Po jej śmierci mieszkaliśmy tam nadal, to był stary budynek szkoły. Gdy ojciec zmarł, a mieszkał tam (teoretycznie, bo ostatnie lata życia spędził w Poznaniu) do śmierci, budynek rozebrano i teraz na jego miejscu stoi nowa szkoła. 

Rachunek z roku 1954.

Czyli tak stary jak ja :) 



I pamiętnik cioci, sztambuch, jeszcze z czasów okupacji.

Kartki, kruche, ludzi nie znam absolutnie, ale jak coś takiego wyrzucić.

I wiele notatek, bazgrołów, wypracowania Inżyniera, Pierworodnego, ich karty ocen. Inżynier dziś to odebrał i on, śmiejący się ze wszystkiego, studiował te kartki i zachwycał się tym, że z religii ma same szóstki :) No cóż, był i ministrantem, i lektorem, w innych szpargałach ma nawet medal lektorski. Żył tym wtedy, a teraz szykuje się do apostazji. 

Życie.


A na mnie czekają dwa kartony z grubsza przebranych zdjęć i mozolne ich opisywanie. Bo jak nie opiszę, a nie wszystko pamiętam - ludzi tak, dat nie, to zostaną anonimowe zdjęcia nieznanych ludzi, których już nikt nie skojarzy.

Bo znalazłam zdjęcie mojej babci - mamy mojego ojca

szukałam go od dawna. Ma na nim jakieś 80 lat, a ja jestem coraz bardziej do niej podobna. Fizycznie. Miała tylko cztery klasy podstawówki, urodziła 13  dzieci, ale charakterna była. I mądra. Złośliwa. Asertywna. Wszystkie te najlepsze cechy mam po niej :) Przeczytała wszystkie książki w naszej bibliotece, zanim wyprowadziła się do swojej córki - wiem, bo to ja jej nosiłam te książki, ona sama chodzić nie mogła lata całe, złamała biodro. Moja babcia, Katarzyna. Jedyna, jaką znałam, bo od mamy miałam tylko jej macochę i kontakt prawie żaden.

I dziadka Wawrzyńca, męża Katarzyny znalazłam, jedyne zdjęcie


Powstaniec wielkopolski. Protoplasta całej linii alkoholików, nie da się ukryć. Sam za kołnierz nie wylewał i zmarł przed moim narodzeniem. 

No cóż, nie fałszuję historii :)

I takie zdjęcie


z warsztatu mojego drugiego dziadka, który był mistrzem szewskim. Obok niego stoi brat mojej Mamy, ten, który zginął w Mauthausen, bo dziadek Volkslisty nie chciał podpisać, a syn był klerykiem.

Takie tam zakręcone rodzinne historie.

Staram się to ogarnąć, bo znam je tylko ja. No i trochę moje dzieci, bo wbrew pozorom, słuchają, co mówię, a i okazało się, że swoim dzieciom też przekazują.

Wreszcie wpadła do mnie Mała Wiedźma i to był bardzo owocny dzień i fajne pogaduszki. Chociaż przeraża mnie stan jej zdrowia. I to, co mówi. Ale nic na to nie mogę, nic nie jest proste.

Ale bardzo interesuje się historią rodziny, słucha, analizuje. Nie wiem, czy dotrze kiedyś do bloga, czy ogarnie, bo gdy pokazałam jej książkę wydaną z okazji 50-lecia matury mojej Mamy, w której wydrukowano moje o niej wspomnienie (prosili o to organizatorzy, Mama nie dożyła tego), poczytała niecałą stronę i powiedziała, że dużo napisałam... Nie lubi czytać po polsku, a wyjazd z UK, wyrwanie jej z korzeniami stamtąd jednak odbiło się znacząco na jej psychice. Jestem pełna obaw, ale cóż...

Jest jak jest, głową muru nie przebiję.

Grzegorz odzywa się, ale dziwne to jest, a i Inżynier nie jest dalej tym zachwycony, obawia się o mnie.

Ja zaś, dopóki to nie wykracza poza netowe ramy, mam na to wyrąbane, dla mnie też to wszystko jest dziwne.

No ale fizycznych namiarów na mnie nie ma, a ja nie jestem skora do przenoszenia internetów na real, jak mi coś nie pasuje.

Będzie dobrze.

A i znienacka Inżynier się dziś wprosił na obiad z Łobuzami, bo Inżynierowa potrzebowała spokoju do ogarnięcia papierkologii w nowej pracy. 
Więc to była udana sobota, choć zmęczona jestem jak koń po Wielkiej Pardubickiej, bo gotowałam, nie zamawiałam. Zamawiane kosztuje już 3 razy tyle, co swoje, a mam dzięki temu jedzenie na pierwsze dni powrotu do pracy, więc spoko. Nie ma już takich upałów, dałam radę.

I zostałam dopieszczona, aczkolwiek Kalafiorkówna na propozycję przytulaska przytomnie odrzekła: nie, dziękuję. Poczekaj, przyjdzie Alienek, to cię przytuli. I faktycznie, mało, że przytulił, to pocałował i dał się podrapać po pleckach zadartą skórką od paznokcia, po czym rzekł: a wiesz, że cię kocham?

Cóż więcej chcieć od życia?

Darowałam Inżynierowi półgodzinną drzemkę.

Ogarnęliśmy odwołanie kredytu odnawialnego, który wzięłam na wszelki wypadek, jak im się nie domykała budowa. 

We wtorek jest piknik integracyjny w firmie.

I przez to znów się poprzesuwał harmonogram.

Ale za to wiem, że 13 i mam święty spokój.

Piknik olewam.

Ale i tak jest cudnie. 

Niech tego nie usłyszy szczęście.

Niech trwa. 

I ta piękna polska jesień.


Kiedyś miałam włosy jak kasztany. 

Już nie mam, ale cieszę się, że wciąż mogę polować na kasztany, które wkrótce zaczną lecieć jak rudy grad...