niedziela, 31 grudnia 2023

Odchodzi

 staruszek 2023 dziś, Kochany Pamiętniczku.

A po wizycie u Pantery przypomniał mi się znakomity bon mot - życie to kiepski kwadrans, złożony z wyśmienitych momentów.

I niech ten nowy taki będzie, bo to tak nie działa, że cały rok jest jak po maśle.


I tu mogą lecieć fajerwerki.

Kiedyś oglądałam na żywo pokaz w Londynie.

A dziś posiedzę w ciepełku w chaupce na tłustej kubańskiej dupce i poszwendam się po necie :) 


Niech będzie przyjazny dla wszystkich ten nowy :)

sobota, 30 grudnia 2023

I znów

 nieprzespana noc była, Kochany Pamiętniczku, jak w tych memach z mózgiem, który ożywa, gdy kładziesz się spać.

A to zaczęłam liczyć i wyszło mi, że tak w sumie to jestem jedną z młodszych osób w rodzinie Eksa (po jaką cholerę o tym myślałam, nie wiem, ani mnie to nie zieje, ani mnie to nie grzębi.

Potem zaczęłam pisać scenariusze, jak nie dojadę do włości autobusem i zginę parę kilometrów od ukochanego domu...

I tak sranie w banie do 3 nad ranem, zasnęłam  i sny znów miałam koszmarne.

Byłam tak rozbita, że nie poszłam po goloneczki, bo ta jedna, jedyna, wyszła mi duże MLASK, nic to, nadrobię w nowym roku.

I tak notowałam na karteluszkach godziny, obliczałam, przeliczałam, fotki robiłam, jednym słowem SKS - sranie w banie.

A podróż przebiegła jak z płatka, nic się nie działo, nawet nie czekałam długo na przesiadki, inna bajka, że trwała prawie 2 godziny i były 3 przesiadki, ale za to... :) 

Było cudnie...

Zapowiadali huraganowe wiatry i ulewne deszcze, a nie spadła ani kropelka, a wiaterek, jak to wiaterek, jeden wiatr w polu wiał.

Do samych Ogrodów to pikuś, bo tam nie zabłądzę za Chiny Ludowe, nawet po pijaku.

Ale do włości.

No i tu kultura, ą, ę, bułkę przez bibułkę, technologia, XXI wiek, psiakrew i psiakostka :)

Bo i wyświetlacze, i autobus ma na czole "PRZERWA", potem podjeżdża i voila - już mamy nazwę włości.

I ruszamy.

Trasa w sumie znana, bo jeździłam tam lata całe do teściowej, Eks siedział tam z dziećmi, a ja po pracy do nich wpadałam, latem pilnowali jej chaty albo jak wyjeżdżała do Reichu. 

Ale wtedy przystanek był jakieś 5 km od chaty, a szwagier na wieść, że ja tak pieszkom popylam, kulał się ze śmiechu.

Jeden sklepik na krzyż też był daleko.

A dziś oczy przecierałam, bo...

Gdzie okiem nie rzucisz, to Dino albo inna Biedronka, optyk, cukiernia i to renomowana, szeregowce, domki jednorodzinne, chodniki, wypas. 

Warsztaty, firmy.

Jedno gospodarstwo Balcerka (znów śmierdzi, Balcerek gnój wywozi) prawie bez zmian, polna droga, prowadząca do posiadłości rodu R. zarośnięta szpalerem tui, zza których nic nie widać (żadnych drzew liściastych, kto będzie liście sprzątał). Nie widziałam, czy firma jeszcze jest, było nie było, szwagier dojeżdża do osiemdziesiątki, mieszka tam sam, jedyny syn nie za bardzo do niego lgnie, w sumie nie widziałam go od kilku lat, od pogrzebu jego żony.

W każdym razie nowobogacko w tej biednej okolicy, a kiedyś prosta droga zamieniła się w - nie wiem - drogę szybkiego ruchu, autostradę, jak zwał, tak zwał.

Ale też minęło chyba prawie 30 lat od kiedy byłam tam ostatnio.

A krajobraz był cudny, bo wyszło słoneczko i na zakręcie (bo ja jestem, proszę pana na zakręcie)


na sprzedaż taki pałacyk z parkiem.

Chyba zacznę grać w Eurojackpota, bo obawiam się, że zwykły totek nie wystarczy.

To takie tam z niespełnionych marzeń - i pięknie, że wciąż takie mam :) 

I tak sobie dojechałam do włości, bezproblemowo, i lewa, prawa maszerowałam do Inżynierostwa, gdy wtem z wielką miłością rzucił się na mnie kundel, prowadzony na długiej smyczy i o mało nie zakochał mnie na śmierć.

Czy te sierściuchy nie wiedzą, że jestem ich wrogiem?


 Aż chciało się żyć.

I tak lewa, prawa, omijając dziury (a od metra ich jest, zalane wodą, szłam wężykiem...) dotarłam do włości, zadzwoniłam i...

Od proga opierdol, że jak tak mogę, że mam telefon oddać. 

Zdębiałam, a Eddi zamiast jak zwykle po gejowsku się miziać, zaczął na mnie przeraźliwie miauczeć, kły pokazując...

Tylko nieoceniony Alienek rzucił mi się w ramiona i już na wstępie mnie kochał...

A dziecko z pyskiem, że mam sieć wyłączoną. Zdębiałam, WTF? Szłam ze Spotify, więc bez sieci się nie dało. A... Założył mi kiedyś śledzenie i... widział, że wyszłam z domu, ale dalej ni chujenki :P No i nie wiedział, gdzie jest matka. Hahahaha...

Sprawdzał wszystkie ustawienia i okazało się, że nie ma w tym żadnej mojej winy :P Cóż, technika też czasem płata figle, a mnie akurat Bimba nie działała.

Zatem dostałam rozgrzeszenie i czekaliśmy na pozostałych gości. 

W międzyczasie Alienek z troską dopytywał się, podsuwając plecki do drapania, łebek do całowania, czy aby na pewno jest moim ukochanym wnukiem.

Nie na darmo jeden z absztyfikantów mówił mi, że kręcę jak rasowa dyplomatka i mówiąc komuś spierdalaj, powoduję, że myśli o tym jak o podniecającej podróży :) 

Wytłumaczyłam więc Alienkowi, że kocham wszystkie wnuki jednakowo, ale cenię sobie to, że z nim byłam najdłużej, bo ten miesiąc, gdy czekaliśmy na Kalafiorkównę to był darowany nam miesiąc :) 

No nie da się ukryć, że po dzisiejszej imprezie jestem przekonana, że to jest ostatni kochający mnie mężczyzna, bo zatroskany co chwilę chciał mi dokładać na talerz jedzenia, troszczył się, gdy Kalafiorkówna zabrała ostatni kawałek ciasta marchewkowego, bo "babcia to ciasto bardzo lubi" i podreptał do kuchni, by donieść mi jeszcze jeden, a i chipsy podsuwał, gdy Kalafiorkówna nie chciała mi dać ani jednego ze swojego talerza, oznajmiając, że musi dbać o to, by babcia z głodu nie umarła czasem :)

Wzrusz...

Był też mój najmłodszy, doszywany patchworkowy wnuk, Mały T.

Pierworodny przyszedł z Papryczkiem, tłumacząc, że dziewczyny są chore. A Inżynier mówił, że żona P. pracuje. Ja na to z głupia frant: w sobotę? Przecież nie pracuje w handlu.

Później puścili parę z ust i okazuje się, że od kilku lat mnie okłamują - nie pracuje już w szpitalu, nie wnikam dlaczego, pracuje w Żabce.

Nic dziwnego, że mają problemy. Bo Żabki ledwo ciągną, nie jest ciekawie. Nie wnikam. Wnikałabym, gdyby mi powiedziano prawdę.

A tak to i będę strugała głupa.

Nie, dla mnie to żaden problem, gdzie pracuje. Sama w życiu miałam i pod górkę, i pod wiatr, na mopie też jeździłam i żadna praca nie hańbi.

Ale znów kłamią.

Skoro muszą.

Niech kłamią.

A Dostojna Jubilatka dostała w prezencie


Śmieję się, że muszą lecieć po kredyt na większy dom, bo zabawki się niedługo nie zmieszczą.

Impreza była całkiem, całkiem, udało mi się nawet puścić mimo ucha, gdy teść I. podkreślał, że nie wiadomo co Lewica i PSL zrobią z problemem mieszkaniowym.

Powiedziałam, że nie będzie łatwo, że zobaczymy, czy znajdą lepsze wyjście niż ten kredyt 2%, który wywindował rynek nieruchomości pod niebiosa.

I koniec tematu.
Do domu wróciłam z mamą Małego T., bo mieszkają niedaleko mnie, podrzucili, tym razem pod sam blok, bo się tak uparli.

I tak notuję na gorąco, a jutro ostatni dzień starego roku.

Spędzony w domowym zaciszu, me and My Shadow, tak jak lubię.


Wszystkim Czytaczkom życzę Happy New Year :) (Po angielsku, bo tu nie mam dylematu z pisaniem dużych i małych liter) :)


czwartek, 28 grudnia 2023

Jeszcze

 tylko trzy dni, Kochany Pamiętniczku, do końca 2023 roku.

Dla mnie był łaskawy, mimo mojego coraz gorszego nadciśnienia, zaćmy i jaskry.

Nie takie świat dramaty zna.

Inżynierostwo ostatnim rzutem na taśmę wylądowało na włościach, które aczkolwiek niewykończone, ale dają własny dach nad głową i to jest jeden plus dodatni. Inżynierowa ogarnięta, wychodzi na prostą.

Łobuzy powoli ogarniane, bo jednak Alienek wymaga pomocy, ale wszystko idzie (odpukać) ku dobremu.

Pierworodny mimo utraty pracy następną znalazł już następnego dnia, więc tragedii nie ma, a że dalej są nieogarnięci, to już za to nie mogę, bo nie słuchała myszka mamy.

Mała Wiedźma zaopiekowana i mam nadzieję, że wszystko się powoli poukłada. Tym bardziej że i ona, i Papryczek zadowoleni są z nowej szkoły. 

A ja? No bo to ja jestem najważniejsza w tej całej bajce - żeby być szczęśliwą, muszę siebie na pierwszym miejscu stawiać, co też czynię.

Bo tak uczyłam moją teściową, która całe życie poświęcała się dla wszystkich i miała wciąż pod górkę, i pod wiatr - mówiłam zawsze: mamo, najważniejsze, żeby mama pokochała siebie.

Nie wzięła moich nauk do serca i w rezultacie tak skłóconej i wrednej rodziny jak Eksa ze świecą do dziś szukać.

No, my jesteśmy szczęśliwi i nieskłóceni, albowiem odcięliśmy się od wszystkich i żyjąc po swojemu...

... i boże, jak jest pięknie żyć, 

oczy szeroko mieć otwarte,

dla dekalogów mieć pogardę

i nie bać się, że pęknie nić...

Piękny wiersz Cwietajewej, o który toczyłam bezustanne wojny z "moim" księdzem, bo uważał, że to bluźnierstwo, by dla dekalogów mieć pogardę. A dlaczego nie?

Kocham bliźniego swego jak siebie samego, no może nie wszystkich, ale tych, którzy mnie krzywdzili i poniżali nie zabijam, po prostu ignoruję.

Więc mój dekalog jest prosty.

Staram się tak żyć, żeby nikt przeze mnie nie płakał.

Jeśli mi się to tak na 100% nie udaje - trudno, ale nie robię tego celowo.

I dla mnie rok minął na plusie.
Odbudowałam budżet, choć nie na tyle, że chciałabym rzucić robotę, ale nie tylko ze względów finansowych. 

Wiem, że gdy odejdę albo zostanę zmuszona do odejścia (życie) z pracy, będzie to dla mnie duży cios.

Nie umiem żyć tak, jak mówi mi sąsiadka, która spotkana w windzie albo mi mówi, że schudłam, albo że przytyłam, pyta, gdzie mam czapeczkę, dlaczego chodzę z gołą głową i w sandałkach, no i że w domu zawsze jest coś do posprzątania, więc co dzień ma robotę.

Nie mam idealnie odkurzonych kątów, nie pucuję co dzień podłogi (kiedyś pucowałam, jak dzieci były małe, co dzień wyciągałam odkurzacz i na kolanach szorowałam lentex, z podłogi u mnie można było jeść, ale i dzisiaj można, czemu nie, jak ktoś lubi z podłogi jeść, to dlaczego mam mu tego zabraniać?) :) 

Okien też nie myję co miesiąc, cóż, kondycja już nie ta, każde mycie to wyzwanie, bo te zawroty głowy, a jeszcze nie dojrzałam do tego, żeby chłopcom pozwolić na mycie u mnie okien po ty, co wywinęli jako dzieci, wyłażąc za okno, licząc 6 i 2 lata... Trauma została do dziś, nawet ten prześmieszny mem jak widzi to mama 


nie śmieszy mnie, za każdym razem, gdy któryś z tych starych już grzybów wychodzi na mój balkon, mam odruch wymiotny :) 

A na wpuszczenie kogoś obcego do mycia okien jeszcze nie dojrzałam.

Więc jest jak jest, bez przesadyzmu :) 

Brudem nie zarastam.

Do wanny jeszcze wchodzę.

Pewne rzeczy zapominam, mam gorszą pamięć krótkotrwałą, ale nie tracę kontaktu z rzeczywistością, więc nie sądzę, że jest źle.

Czasami łapię się na tym, że mam lepszą pamięć o młodych.

Od współpracowników wciąż dostaję miłe i pełne uznania emilki, więc nawet szpilki od Bossa wkładam tam, gdzie powinny być.

Marzenie Inżyniera, że mnie przeflancuje, ostatnio w grę wchodzą Jankowice odkładam na półeczkę: ja posłucham.

Poza szalejącym, w miarę opanowanym nadciśnieniem i gorszymi dniami, bo i takie się zdarzają, no i nękającą mnie bezsennością, której jednak nie chcę zwalczać prochami, wzrokiem - nie narzekam. Jak się obudzę i nic nie będzie mnie bolało, to znaczy, że ten padół się ze mną pożegnał.

Wakacji nie było jako takich, ale były fajne momenty, jak ten, gdy po 50 latach spotkałam 14 osób z mojej IVA. 

Najlepszej klasy w moim życiu, nie licząc tych pięciu lat postawówki w R. 

Pożegnałam na zawsze (oczywiście nie osobiście i dosłownie) kilka osób, ale taka kolej życia, nie ma na to ani rady, ani lekarstwa.

To był dla mnie dobry rok.

Pozostaję z nadzieją, że nadchodzący nie będzie gorszy od niego.

I tej wersji się trzymam.

A na Netflixie w ramach urlopowego lenistwa zaliczyłam Tajemnice polskich fortun.

I jak nie cierpię polskich filmów, tak ten mnie wciągnął.

Po pośrednio to też moje życie.

Tenisista, to oczywiście Wojciech F., kuzyn Eksa.

Kontakt sporadyczny, ale był. I cała rodzinna historia w powiązaniu z pogrzebem babci Eksa, z encyklopedią Meyersa i paroma innymi takimi tam. I krętactwa mojej teściowej.

Może jeszcze przed śmiercią napiszę tę sagę :)

Jeden z kombinatorów to kompilacja mojego pracodawcy - Mariusza Ś.

Do dziś pamiętam, jak musiałam zostawić w domu ciężko chorego Inżyniera, którego okładał zimnymi okładami Pierworodny, bo musiałam iść na "150-lecie" firmy, które odbywało się w podwórzu lokalu na Półwiejskiej, gdzie na krętych schodach co trzeci stopień stali goryle (no było widać gnaty za pasem), a mnie się udało zwinąć po wręczeniu mi dyplomu z okazji 15-lecia zwiać z imprezy, rzygając po drodze sokiem pomarańczowym, pitym na czczo, którym raczył mnie Marcin - nazwiska już nie pamiętam, młody chłopak, chroniący mnie przed nalewaniem mi wódki, mówiąc, że my już pijemy - nie doczekałam jedzenia na imprezie, wyszłam po angielsku i rzygając na Półwiejskiej dotarłam do postoju taxi i do domu. Do dziś nie trawię soku pomarańczowego. Było zapowiedziane, że kto nie przyjdzie na to 150-lecie, poleci z pracy na zbity pysk. Byłam jedynym żywicielem rodziny, Eks nie pracował :) A potem mama Wojciecha F. załatwiła tam (a ponoć nie miał kontaktów z półświatkiem) na prośbę mej teściowej, że mnie tam nie zwolnią i faktycznie, wszystkie czystki w korekcie przetrwałam, aż do momentu, gdy z dnia na dzień firmę zamknięto :) Inna para kaloszy, że do dziś mam liściki od Marcina i jeszcze jednego łamacza - Filipa, że to ja im ratuję życie na nocnych zmianach... Więc teściowej cześć i chwała, ale już wtedy byłam dobra. Bo czytając wstępniak na 10 tys. znaków w I korekcie ogarniałam to błyskawicznie w góra 15 minut (do drukarni już było po czasie), a moja szefowa w tym czasie na dyżurze obwieszczała: idealna cisza, bo czytam 10 tys. znaków - mijało 1,5 godziny zanim skończyła I korektę, a gdzie II?


I śmierć Ziętary - tak odbiła się w naszym środowisku szerokim echem, aczkolwiek nie pracował dla nas, no cóż, ja wtedy pracowałam na przeciwnym biegunie, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co się wkoło mnie dzieje, ale pensje były dobre, ba, znakomite.
Więc serial przeżywałam jak mrówka okres, zestawiając moje ówczesne przeżycia z tym, co wiem dziś.


Żegnam 2023 rok z łezką w oku.

Przyniósł też zmiany po ośmiu latach nierządów i nadzieję na to, że jego następcy uda się pewne rzeczy wyprostować.

Bo 2024 nie będzie miał łatwego zadania, będzie miał tak jak ja za młodu - pod górkę i pod wiatr.

Ale nadzieja umiera ostatnia :)


wtorek, 26 grudnia 2023

Piękne

 były tego roku święta, Kochany Pamiętniczku :)

Wstawszy bladym świtem, podążyłam do lodówki, gdzie miałam skitrane resztki wódki na tę okoliczność przyrody i wychyliwszy starym śląskim obyczajem wigilijnym dwa kieliszki wódki, po jednym na każdą nogę dla zdrowotności przez cały rok, miałam niezłą jazdę...

Tylko Barana mi brakowało do tej imprezy, ale nagle brzęknął MSG i... zapytał, czy już stary śląski obyczaj, którego on mnie nauczył, kultywowałam. Bo on właśnie się za to zabierał, też do lusterka... I tym pięknym sposobem pogawędziliśmy sobie miło jak zawsze w Wigilię, wciąż bliscy sobie, choć dzielą nas tysiące kilometrów i życie... Życie nas dzieli, ale że jest nieprzewidywalne, to nic nie mówimy :)

A potem się ogarnęłam i wróciłam do stanu używalności, tym bardziej że Inżynier opóźnił przyjazd i dobrze, bo padał deszcz ze śniegiem i było nieciekawie.

Wyjeżdżając zaś zapodał na MSG taki komunikat: 

Alienek: Gdzie jedziesz? Ja: Po babcię. Alienek: NARESZCIE! Babcia jest moją najbardziej ukochaną. Lubię ją najbardziej na świecie.

No cóż, nie miałam wyjścia, co nie?

Na co mi na stare lata przyszło, taki młody wielbiciel.

Dojechaliśmy i rzuciły się na mnie hurtem oba Łobuzy, aż nie wiedziałam, na które pytanie najpierw odpowiadać i którego najpierw ściskać, a na wieść, że zostaję na noc usłyszałam: no, nareszcie :) Tylko Kocia Księżniczka nie była tym faktem zachwycona, albowiem znów zajęłam jej miejscówkę.

Siedziałam i kwitłam, bo młodzi wszystko ogarniali - i prawidłowo, tak powinno być.

Tylko poprosiłam o przywilej obrania ziemniaków, bo uwielbiam tę czynność, a wiem, że Synowa jej nie lubi.

Więc awansowałam na podkuchenną, jak za dawnych lat


 i tyż piknie. Obrałam 2 kilo pyrów i było mi mało, ale więcej nie mieli na stanie, dziwni ludzie, ja sama dla siebie w domu miałam skitrane 2 kilo na te dwa następne dni ;) 

Powoli zaczęli schodzić się goście, udało mi się zgromadzić całą Bandę Czworga do fotki ze mną. Tak jak kiedyś wrzeszczałam, że nie robić fotek, tak odmieniło mi się - to jest coś, co im zostanie, jak mnie już nie będzie. Bo jednak widzę, że choć taka paskudna, to jestem im potrzebna. Nieważne, jakie motywy za tym stoją.

W każdym razie przy składaniu życzeń, zestresowana wiadomością, że babcia może oślepnąć Mała Wiedźma życzyła mi tego, bym wzroku nie straciła, a wyciągając prezent, w którym była moja kartka powiedziała: ja ciebie bardziej i nie mogłyśmy dojść do porozumienia w tej kwestii :) Pozostała nierozstrzygnięta, się zobaczy ;) Papryczek zaś, jak to on, mało mówił, ale dużo się tulił, jak Edek ;) I zaskoczenie Małej Wiedźmy, gdy dowiedziała się, że jest jako panna: -anka albo -ówna, a jej mama jako mężatka - owa. Nie miała pojęcia o polskich końcówkach nazwisk. Za to Inżynier mówił potem, że gdy słuchał, jak rozmawia z Pierworodnym po angielsku, był zachwycony jej pięknym akcentem... No cóż, 9 lat była w tamtej rzeczywistości, z której wyrwali ją z korzeniami, co też zdrowiem przypłaciła, ale może mimo wszystko taka znajomość języka ułatwi jej coś w życiu. Zobaczymy :) Papryczek i Łobuzy znają english, ale już nie tak, to nie są ich korzenie tak do końca.

Wigilia upłynęła w pokojowym nastroju (później Inżynierostwo mówiło, rozmawiając ze mną, że byli zaskoczeni apolityczną atmosferą, nie ukrywam, że ja też).

Jednak Uber działał w ten wigilijny wieczór i zawiózł Pierworodnych do miasta za jedyne 75 zł polskich (taksówka w dzień powszechni z miasta do włości kosztowała Inżyniera w czasach budowy 180 zł). Zasponsorowałam Ubera, bo mogę, a wiem, że oni się wyprali z kasy. Nie kupowałam dorosłym prezentów, bo nie, więc to chyba lepsze niż para skarpetek i jakiś szampon.

Łobuzy siedziały jak na nich dość długo, Alienka trzeba było siłą odrywać od prezentów. 

Ale zasnęli szybko, a my konwersowaliśmy przy winie i whisky...

I to był bardzo owocny wieczór.

Już nie pamiętam, jak to wypłynęło, ale zeszliśmy na tematy historii i okazało się, że Inżynier, ten techniczny umysł, czuje się niedokształcony z powodu szkolnej nauki historii... Że nie szkoła nie óczy rzycia. To prawda.

I okazało się, że nic nie wie o Marcu 68, Pierworodny by godzinami prowadził na ten temat wykład, ale on ode mnie się dowiedział, że coś takiego było, nie miał o tym pojęcia. I podałam mu namiary na Marzec 68 na Netflixie, bo co ja tam będę wykład robiła. W poniedziałek odpisał mi, że dziękuje, że płakał... Ja też płakałam.

Więc jednak potrzebne są takie spotkania i nocne rodaków rozmowy.

Poszliśmy spać po północy, a w nocy budziły mnie  sierściuchy



 to niewiniątko, i to



wędrując do łazienki do kuwety, albowiem za drzwiami wiatrołapu, które są częściowo przeszklone włącza się światło na fotokomórce, gdy ktoś tam przechodzi... A mnie nie budzi dźwięk, tylko właśnie najlżejsze światło...

A o 4.38 zapaliło się światło na maksa w łazience, a dwie minuty później na mnie runął kłębek miłości - sublokator...

Alienek.

I nie, nie dlatego, że mnie aż tak kocha, później dowiedziałam się, że o 3 próbował wymusić od ojca iPada, ale ten bezpardonowo wywalił go do jego pokoju (Alienka, nie iPada). Zatem nad ranem, już nie mogąc wytrzymać, wlazł do babci, bo babcia też ma iPada... LEGO nie dołącza już do klocków papierowych instrukcji, tylko instrukcje w PDF. Biedna, niedospana babcia, niemająca zielonego pojęcia, jak tych instrukcji szukać, nie tyle skacowana, co nie do końca trzeźwa, znalazła jednak PDF potrzebny (orkiestra, touche, czerwony dywan rozwinąć), zawinęła się w kordełkę z nadzieją, że pośpi. Ale nawet dobrze nie zasnęła, gdy została zbudzona po raz kolejny, bo następny PDF był potrzebny... I wparował przebudzony rozmową ojciec Alienka, z darciem mordy, ale cóż, zapomniał, że ma matkę.

Wiem, Alienek powinien dostać w skórę, ale cóż?

Jakby były papierowe instrukcje, nie budziłby posiadaczy iPadów :) 

I tym pięknym sposobem o 6.58 biedna, sterana babcia poszła pod prysznic...

Reszta domu budziła się powoli, a Łobuzy korzystały z tego, że babcia jest, daje iPada i można puzzle układać.

No cóż, nie da się ukryć, wiem, jak przekupić Łotrzyków :) 

Po śniadaniu, podczas którego zażeraliśmy się świeżo upieczonym przez Inżyniera chlebem (Wróciły wspomnienia z W., kiedy budziłam się z zapachem świeżo pieczonego chleba), o niebo lepszym od tego z angielskiej mąki, zażerałyśmy się nim obie z Kalafiorkówną, mamrocąc: jaka dobra skórka, jaka dobra skórka, przypomniałam, że jednak muszę wrócić na memłon, a że i słoneczko nagle wyszło na chwilę


 załadowaliśmy walizkę, wałówkę (ciasto marchewkowe Inżynierowej - poezja smaku, śledzie od jej bratowej - jadłam dwa dni z pyrami i dzięki temu nic mnie nie boli, karpia odmówiłam, bo gotował teść Inżyniera, a że on wszystko kupuje po kosztach, to kupił całego, zarżnął, nie wyfiletował i z lekka spalił, topiąc w tłuszczu, a i mułem jechał, więc nie, rozmrożę swojego i zrobię jak lubię). 

Odwieziona do domu, z duszą na ramieniu, bo piździło gorzej jak za cara na Skieletczyźnie i mało nas z autostrady nie zepchnęło, doczekawszy powrotu kierowcy na włości, odetchnęłam z ulgą.

Padłam już o 20, walcząc w ciągu dnia z sennością, bo wiedziałam, że gdybym zasnęła w dzień, to noc z głowy. A jest jebana pełnia.

I dwa dni świąt minęły jak sen złoty, spokojnie, ze Spotify i światełkami...

Trochę mnie gryzło, że Pierworodni nie zaprosili mnie nawet niezobowiązująco na kawę, ale cóż. Pewno nie posprzątali przed świętami :) 

A ja nie zapraszam, bo skoro po ostatnim zaproszeniu i po kilku wizytach Pierworodnego solo albo z potomstwem (jej nie widziałam u mnie już chyba 3 lata, zawsze ją boli głowa), nawet nie zapytają o moje plany - nie poczuwam się do latania koło tyłka. Bo u mnie równałoby się to zdejmowaniu ze stołu dżungli świątecznych badyli i lataniu do kuchni, zmywaniu, więc nie, nawet na kawę nie zapraszam. Bo nie mam soków (wody nie pije, herbaty nie pije, kawa rozpuszczalna tylko - nie mam, mam z ekspresu, sok nie taki, a taki, spasuję).

A tak nawet wielkiego zmywania nie mam, bo talerzyki na bieżąco, sztućce też. 

I tak, podsumowując, jest cudnie.

I jeszcze ponad tydzień wolności, nie myślimy o robocie.

Jak przestanie piździć, to może i z chaty wyjdę, bo zakupów nie muszę robić, choć nie robiłam zapasów.

W sobotę ma być impreza, bo dziś Kalafiorkówna świętuje 5. urodziny, ale że nie ma całej rodziny, więc przełożyli na sobotę. Już kombinuję dojazd zbiorkomem, bo mnie to mniej kosztuje niż denerwowanie się o Inżyniera.

Prezent mam z głowy, kupiony już dawno.

Na sylwestra się nie umawialiśmy, a i ja z przyjemnością spędzę ten dzień na memłonie. Spokojnie. Nadmiar wrażeń i miłości też nie jest wskazany, co nie :) 

Ale dobrze czuć się, że jest się kochaną.

Poniekąd, ale zawsze ;) 

Tylko ta jebana polityka!


***** *** i ****, i Konfę, i całą po**baną resztę!


sobota, 23 grudnia 2023

Gwiazdkowo

 Kochany Pamiętniczku :) 


Niech to będą dla wszystkich dobre dni.

Serdeczne.

Chwile do zapamiętania na te gorsze, bo takie zawsze są...

Niech w naszych sercach zawsze gości nadzieja.


♡╬╬═♡╬╬═♡╬╬═♡╬╬═♡

 

Wesołych Świąt! Merry Christmas! Frohe Weihnachten! Feliz Navidad y Próspero aňo Nuevo! Veselé Vánoce! Tanti

auguri di Buon Natale! Joyeux Noёl! Cчастливого Рождества!


wtorek, 19 grudnia 2023

Freedom

 Kochany Pamiętniczku.

Odreagowywałam do poniedziałku, kulając się na trasie fotel-kuchnia- łazienka.

Tym razem mocno mnie trzepnęło, nie ukrywam.

Ale ile można?

W poniedziałek kopnęłam się w tę tłustą, kubańską dupę, albowiem dalsze kursowanie na tej trasie skończyłoby się zejściem w krótkich abcugach.

Nie działają już żadne tabletki uspokajające, melisy i inne wynalazki, tak na serio zastanawiam się, czy nie powinnam iść do konowała, biorąc pod uwagę totalny rozpiździel w mojej psychice.

No ale pewno powie mi, że w tym wieku to jednak pora na emeryturkę, a nie podniecać się pracą.

No cóż, czymś trzeba się podniecać, innych obiektów na horyzoncie nie ma. 

I tu jest pies pogrzebany, o :) 

Nie licząc walących drzwiami i oknami absztyfikantów, nadzianych, bogatych, chcących przekazać swój majątek właśnie mi albo szukających partnerek na FB i chcących poznać właśnie mnie bogatych i na dokładkę przystojnych wdowców, rozwodników i innej nacji tego typu :) Na moje nieszczęście większość z nich ma potomstwo w wieku od małoletniego do nastoletniego, więc odrzucam bezlitośnie, albowiem piękne lata wychowywania skarbów już za mną. A mnie szlag dziś trafił, jak Inżynier przysłał mi swoje słitaśne zdjątko z Edwardem wytatuowanym na ramionku... No i zamiast zaśmiać się, jak wtedy z kolczyka w brwi (a to była sprawa tragiczna, bo kolczyk wbijany w tym miejscu mógł spowodować paraliż twarzy) zaczęłam drążyć, zanim mnie nie wyśmiał, bo to była naklejka z kolekcji, którą Kalafiorkówna dostała na urodziny w czasie przedszkolnej imprezy.

Jak widać, jestem w totalnej rozsypce tak umysłowej, jak i cielesnej.

Ale mniejsza z większym, wzięłam się w kupkę i poleciałam rano na zakupy, niepomna nauk teściowej, że w poniedziałek nie wydajemy pieniędzy, tylko je zbieramy.

No rozchodziły się jak świeże bułeczki, na dokładkę lecąc do Rossmanna koło pętli (siła wyższa, kończy mi się produkt dostępny tylko tam za przyzwoitą cenę, produktu nie było!), przypomniałam sobie, że kończy mi się roczna PEKA. Miła pani doładowała i 90 zł poszło się jebać, fakt, że za tę kasę będę jeździła cały rok, nie martwiąc się o odbijanie. Pani zaś, uśmiechając się,  rzekła, że zaprasza za rok, to wbiją, że jeżdżę już do usranej śmierci za darmo. Uśmiechnęłam się równie promiennie, mówiąc, że zrobię wszystko, by dożyć tej wiekopomnej chwili i pomaszerowałam lewa, prawa, myśląc o nieboszczce teściowej, która co jakiś czas kazała sobie kupować bilety (wtedy były jeszcze papierowe, odbijane bilety), bo ona już na pewno pojedzie zbiorkomem, po czym albo jechała swoim samochodem (była dobrym kierowcą), albo dzwoniła po Eksa czy innego syna, gdy zakazali jej już jeździć, bo bali się, że w maluchu ktoś im matkę zmiażdży. Kochające dzieci :) Sama mam na stanie jedno zmotoryzowane, ale biorąc pod uwagę, ile musi ze swojej wiochy do mojego fyrtla zrobić, żeby mnie gdzieś podwieźć, jeżdżę na co dzień zbiorkomem (a co, 90 zł samo się nie wyjeździ) albo biorę taksówkę - taniej wyjdzie dla wszystkich. Choć taksówką jechałam chyba rok temu - zbiorkom mamy w sumie na medal :) 

No i tak rozmyślając, polazłam lewa-prawa do apteki, gdzie zdobyłam dwa z trzech zapisanych mi opakowań piguł, albowiem więcej nie było. I życząc mojej ulubionej pani magister, która zawsze maseczkę zdejmowała bez wahania, dowiedziałam się, że odchodzi do lepszego miejsca. Znaczy się, pracę zmienia na lepszą. Pogratulowałam, śmiejąc się (ach, śmieszka ze mnie), że ja już takiej opcji nie mam jako prawie siedemdziesięcioletnia starucha (mam za to opierdol od Inżyniera, że sobie lat dodaję), a dziewczę z wdzięcznym uśmiechem: a nie wygląda pani... Nosz, w receptach jest PESEL, więc jak nie wyglądam, jak mam :P Ale miło...

I tak lewa-prawa doszłam do chaty, a że ciepło było, więc wzdechnąwszy nad mizernymi zakupami, na które wydałam pierdyliard kasy, kopnęłam się po raz kolejny w tłustą kubańską dupę i... umyłam wszystkie okna, jednym rzutem na taśmę.

A co...

I padłam, mówiąc, że nie wstanę.

Ale wstałam, poprawiłam koronę i...

Ogarnęłam świąteczną dekorację, choć zarzekałam się, że w tym roku nie...

I tak

... od drzwi wita gnom... :) Na samych drzwiach wianek, lampeczki i inne takie tam :) 


W małym pokoju sobie gwiazdka świeci, nie wiem, dlaczemu na fotce jest biała. To w ramach dekorowania osiedla, na którym na chujence jakiś debil przeciął przewody i nie świeci. Na szafie leci łańcuch, ale zastanawiam się, kto zapłaci rachunki za prąd. No jak to, kto? Moi :P 

Dracena, robiąca za całoroczny pocieszacz światełkowy zmieniła kąt, mam nadzieję, że jej się to spodobało


a na komodzie, po usunięciu pierdyliarda kurzołapów, zajęła miejsce chujenka jeszcze z czasów sprzed transformacji ustrojowej (a co, ekologiczna jestem), tym razem w pełnej krasie, albowiem osadzona wreszcie na stojaku, a nie utykana folią w doniczce, dzięki czemu rozwinęła skrzydła (a nie, wróć, gałązki). Ozdoby, oczywiście, wiekowe, jeszcze z mojego rodzinnego domu, aczkolwiek lampki już nie...). I nie naćpałam w tym roku węży, więc jest piękna :) 


Z całą bandą gnomów wygląda przeuroczo :)  I tak, łańcuchy robiłam z chłopcami. Więc nie, nie wyrzucę, chociaż są już niemodne.

Nieważne.

Wieczorkiem, konając i wciąż nie mając na poczcie potwierdzenia, że mam urlop, skrobnęłam do (niby)naczelnej, pani M. Ochoczo podpisał urlopik i tym pięknym sposobem do 7 stycznia będę chodziła własnymi drogami, mając na wszystko i na wszystkich wyjebane.

Potem poszłam umierać i zażywać pigułki uspokajające, ale i tak zasnęłam o 3 nad ranem, na nierozłożonej kanapie w małym pokoju, tak mną cholera miotała...

A rano oczywiście iPadzik... i MSG, że czy wiem, że M. nas opuszcza...

Miałam sygnały, że tak się kroi, ale nie miałam potwierdzenia.

I że to wszystko przez niereformowalność.

I że pani M. też myśli o tym. 

No japierdolę, wiem, że wszystko się sypie.

Ale jak coś, ja ostatnia gaszę światło. Bo mnie nawet te marne grosze, które zarabiam dają swobodę życia.

I nie mdleję przy kasie, gdy zamiast 50-70 zł zostawiam 130.

Kurwa.

Co ta kasa robi z ludźmi?

W planach miałam dziś mycie lodówki, ale najpierw, skuszona wschodem słońca 


i samym słońcem,polazłam do Lidla


bo tak to można iść, iść w stronę słońca, odrabiając tydzień siedzenia na dupie (tłustej, kubańskiej).

Z zakupów w Lidlu wróciłam zadowolona, aczkolwiek  poszłam tam tylko dlatego, że łudziłam się, będą boligłówki.

Nie było, ale same zakupy OK :) Choć znów ponad 100 zł zostało w kasie.

Wypakowałam zakupy i poszłam dalej na łowy.

No i trafiony, zatopiony :)
W Aldi były boligłówki, w zabójczej cenie 8 zł bez grosza za donicę z trzema :) A nie tak dawno, gdy specjalnie wysiadłam przy Wildeckim z bimby, bo w kwiaciarni wypatrzyłam boligłóki, których szukałam od końca listopada, odeszłam jak niepyszna, albowiem śpiewali 23 zł za miseczkę...
I tak z Aldi wróciłam lżejsza o kolejną stówkę, ale oj tam, oj tam... Jeszcze tylko zapas pyrów muszę uzupełnić i ciasto odebrać w piątek i mam ogarnięte świąteczne szaleństwo zakupowe, nic się nie zmarnuje...

A jak pięknie to wygląda


I jak cudnie będzie śmierdzieć, gdy zakwitnie i gdy będę musiała je wynosić (gdzie?), żeby spać...

Schab w folii (bo nie mam rękawa, zapisane: kupić) nadziewany śliwkami wyszedł, że ojapierdolę :) 

Ale nie, nie oferuję się gotowania na święta.

Bo nie.

Wrócę z włości i będzie po mojemu.

Me and my Shadow - będzie cudnie :) 

I tak staram się nie nakręcać, czytając wiadomości, że...

Jednak miliard za złoto, wywiezione z Anglii, nad którym lamenciłam, ale Inżynier mnie wyśmiał, jednak został przez Jaszczomba i spółkę przejebany. No a jak, z przytupem i półobrotem, ale to ja jestem nieżyczliwa, małostkowa i wspieram nieodpowiednią opcję. Nikt nie wie, ile mnie kosztuje niewysłanie tego linka do teścia I., który wciąż mi mówi, że wspieram nie tę partię, co trzeba i jeszcze pożałuję.

Może ja jakąś mgłę mózgową mam, choć chyba nie miałam koronawirusa?

Jakaś taka popierdolona jestem, chyba.

Z dobrych nowin - Kurskiego, tego do kurwizji, co wybył do Banku Światowego, ściągnęli za frak apiać.

Macierewicz miota się, ale nic nie ugra.

Parówki mu nie pomogą.

Trzymam kciuki za to, by udało się ten syf opanować.

Choć za wybuch wulkanu na Islandii nic nie mogę.

To już nie są moje kompetencje :)

A lodówkę i tak muszę umyć.

Ale jutro ma lać, więc pogoda mi sprzyja w dotrzymywaniu postanowień.

Coraz bliżej święta :)