czwartek, 28 grudnia 2023

Jeszcze

 tylko trzy dni, Kochany Pamiętniczku, do końca 2023 roku.

Dla mnie był łaskawy, mimo mojego coraz gorszego nadciśnienia, zaćmy i jaskry.

Nie takie świat dramaty zna.

Inżynierostwo ostatnim rzutem na taśmę wylądowało na włościach, które aczkolwiek niewykończone, ale dają własny dach nad głową i to jest jeden plus dodatni. Inżynierowa ogarnięta, wychodzi na prostą.

Łobuzy powoli ogarniane, bo jednak Alienek wymaga pomocy, ale wszystko idzie (odpukać) ku dobremu.

Pierworodny mimo utraty pracy następną znalazł już następnego dnia, więc tragedii nie ma, a że dalej są nieogarnięci, to już za to nie mogę, bo nie słuchała myszka mamy.

Mała Wiedźma zaopiekowana i mam nadzieję, że wszystko się powoli poukłada. Tym bardziej że i ona, i Papryczek zadowoleni są z nowej szkoły. 

A ja? No bo to ja jestem najważniejsza w tej całej bajce - żeby być szczęśliwą, muszę siebie na pierwszym miejscu stawiać, co też czynię.

Bo tak uczyłam moją teściową, która całe życie poświęcała się dla wszystkich i miała wciąż pod górkę, i pod wiatr - mówiłam zawsze: mamo, najważniejsze, żeby mama pokochała siebie.

Nie wzięła moich nauk do serca i w rezultacie tak skłóconej i wrednej rodziny jak Eksa ze świecą do dziś szukać.

No, my jesteśmy szczęśliwi i nieskłóceni, albowiem odcięliśmy się od wszystkich i żyjąc po swojemu...

... i boże, jak jest pięknie żyć, 

oczy szeroko mieć otwarte,

dla dekalogów mieć pogardę

i nie bać się, że pęknie nić...

Piękny wiersz Cwietajewej, o który toczyłam bezustanne wojny z "moim" księdzem, bo uważał, że to bluźnierstwo, by dla dekalogów mieć pogardę. A dlaczego nie?

Kocham bliźniego swego jak siebie samego, no może nie wszystkich, ale tych, którzy mnie krzywdzili i poniżali nie zabijam, po prostu ignoruję.

Więc mój dekalog jest prosty.

Staram się tak żyć, żeby nikt przeze mnie nie płakał.

Jeśli mi się to tak na 100% nie udaje - trudno, ale nie robię tego celowo.

I dla mnie rok minął na plusie.
Odbudowałam budżet, choć nie na tyle, że chciałabym rzucić robotę, ale nie tylko ze względów finansowych. 

Wiem, że gdy odejdę albo zostanę zmuszona do odejścia (życie) z pracy, będzie to dla mnie duży cios.

Nie umiem żyć tak, jak mówi mi sąsiadka, która spotkana w windzie albo mi mówi, że schudłam, albo że przytyłam, pyta, gdzie mam czapeczkę, dlaczego chodzę z gołą głową i w sandałkach, no i że w domu zawsze jest coś do posprzątania, więc co dzień ma robotę.

Nie mam idealnie odkurzonych kątów, nie pucuję co dzień podłogi (kiedyś pucowałam, jak dzieci były małe, co dzień wyciągałam odkurzacz i na kolanach szorowałam lentex, z podłogi u mnie można było jeść, ale i dzisiaj można, czemu nie, jak ktoś lubi z podłogi jeść, to dlaczego mam mu tego zabraniać?) :) 

Okien też nie myję co miesiąc, cóż, kondycja już nie ta, każde mycie to wyzwanie, bo te zawroty głowy, a jeszcze nie dojrzałam do tego, żeby chłopcom pozwolić na mycie u mnie okien po ty, co wywinęli jako dzieci, wyłażąc za okno, licząc 6 i 2 lata... Trauma została do dziś, nawet ten prześmieszny mem jak widzi to mama 


nie śmieszy mnie, za każdym razem, gdy któryś z tych starych już grzybów wychodzi na mój balkon, mam odruch wymiotny :) 

A na wpuszczenie kogoś obcego do mycia okien jeszcze nie dojrzałam.

Więc jest jak jest, bez przesadyzmu :) 

Brudem nie zarastam.

Do wanny jeszcze wchodzę.

Pewne rzeczy zapominam, mam gorszą pamięć krótkotrwałą, ale nie tracę kontaktu z rzeczywistością, więc nie sądzę, że jest źle.

Czasami łapię się na tym, że mam lepszą pamięć o młodych.

Od współpracowników wciąż dostaję miłe i pełne uznania emilki, więc nawet szpilki od Bossa wkładam tam, gdzie powinny być.

Marzenie Inżyniera, że mnie przeflancuje, ostatnio w grę wchodzą Jankowice odkładam na półeczkę: ja posłucham.

Poza szalejącym, w miarę opanowanym nadciśnieniem i gorszymi dniami, bo i takie się zdarzają, no i nękającą mnie bezsennością, której jednak nie chcę zwalczać prochami, wzrokiem - nie narzekam. Jak się obudzę i nic nie będzie mnie bolało, to znaczy, że ten padół się ze mną pożegnał.

Wakacji nie było jako takich, ale były fajne momenty, jak ten, gdy po 50 latach spotkałam 14 osób z mojej IVA. 

Najlepszej klasy w moim życiu, nie licząc tych pięciu lat postawówki w R. 

Pożegnałam na zawsze (oczywiście nie osobiście i dosłownie) kilka osób, ale taka kolej życia, nie ma na to ani rady, ani lekarstwa.

To był dla mnie dobry rok.

Pozostaję z nadzieją, że nadchodzący nie będzie gorszy od niego.

I tej wersji się trzymam.

A na Netflixie w ramach urlopowego lenistwa zaliczyłam Tajemnice polskich fortun.

I jak nie cierpię polskich filmów, tak ten mnie wciągnął.

Po pośrednio to też moje życie.

Tenisista, to oczywiście Wojciech F., kuzyn Eksa.

Kontakt sporadyczny, ale był. I cała rodzinna historia w powiązaniu z pogrzebem babci Eksa, z encyklopedią Meyersa i paroma innymi takimi tam. I krętactwa mojej teściowej.

Może jeszcze przed śmiercią napiszę tę sagę :)

Jeden z kombinatorów to kompilacja mojego pracodawcy - Mariusza Ś.

Do dziś pamiętam, jak musiałam zostawić w domu ciężko chorego Inżyniera, którego okładał zimnymi okładami Pierworodny, bo musiałam iść na "150-lecie" firmy, które odbywało się w podwórzu lokalu na Półwiejskiej, gdzie na krętych schodach co trzeci stopień stali goryle (no było widać gnaty za pasem), a mnie się udało zwinąć po wręczeniu mi dyplomu z okazji 15-lecia zwiać z imprezy, rzygając po drodze sokiem pomarańczowym, pitym na czczo, którym raczył mnie Marcin - nazwiska już nie pamiętam, młody chłopak, chroniący mnie przed nalewaniem mi wódki, mówiąc, że my już pijemy - nie doczekałam jedzenia na imprezie, wyszłam po angielsku i rzygając na Półwiejskiej dotarłam do postoju taxi i do domu. Do dziś nie trawię soku pomarańczowego. Było zapowiedziane, że kto nie przyjdzie na to 150-lecie, poleci z pracy na zbity pysk. Byłam jedynym żywicielem rodziny, Eks nie pracował :) A potem mama Wojciecha F. załatwiła tam (a ponoć nie miał kontaktów z półświatkiem) na prośbę mej teściowej, że mnie tam nie zwolnią i faktycznie, wszystkie czystki w korekcie przetrwałam, aż do momentu, gdy z dnia na dzień firmę zamknięto :) Inna para kaloszy, że do dziś mam liściki od Marcina i jeszcze jednego łamacza - Filipa, że to ja im ratuję życie na nocnych zmianach... Więc teściowej cześć i chwała, ale już wtedy byłam dobra. Bo czytając wstępniak na 10 tys. znaków w I korekcie ogarniałam to błyskawicznie w góra 15 minut (do drukarni już było po czasie), a moja szefowa w tym czasie na dyżurze obwieszczała: idealna cisza, bo czytam 10 tys. znaków - mijało 1,5 godziny zanim skończyła I korektę, a gdzie II?


I śmierć Ziętary - tak odbiła się w naszym środowisku szerokim echem, aczkolwiek nie pracował dla nas, no cóż, ja wtedy pracowałam na przeciwnym biegunie, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co się wkoło mnie dzieje, ale pensje były dobre, ba, znakomite.
Więc serial przeżywałam jak mrówka okres, zestawiając moje ówczesne przeżycia z tym, co wiem dziś.


Żegnam 2023 rok z łezką w oku.

Przyniósł też zmiany po ośmiu latach nierządów i nadzieję na to, że jego następcy uda się pewne rzeczy wyprostować.

Bo 2024 nie będzie miał łatwego zadania, będzie miał tak jak ja za młodu - pod górkę i pod wiatr.

Ale nadzieja umiera ostatnia :)


9 komentarzy:

  1. Nie robie podsumowan, ale dla mnie ten rok zdrowotnie nie byl zbyt laskawy, reszta jakos obleci, choc koncowka byla wyjatkowo intensywna i stresujaca. Poza tym moja nadzieja juz dawno umarla, a ja czuje sie jak skazana na dozywocie bez mozliwosci wczesniejszego zwolnienia za dobre sprawowanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Amen 🙂.Tak podpisuję się pod tą notką,Jędzuniu☺️.Niech się dobrze dzieje z nowym rokiem i sił starcza by wciąż cieszyć się życiem 🤗.Dla mnie rok był i trudny i pełen zmian, łącznie z utratą bliskiej osoby a na koniec "elegancko" z utratą pracy. Ale powtarzam sobie, idzie nowe dziadzie,idzie nowe...Była kiedyś taka piosenka🙂.No i cóż bierzemy życie pod mankiet i idziemy dalej.Wszystkiego dobrego na Nowy Rok, Tobie,Twoim bliskim i wszystkim współczytaczom😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, niech i Tobie się poukłada i będzie chociaż trochę lżej, I przeżycia sylwestra, traumatycznego dla Toyki :*

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Hello, dziękuję za słodki podarunek, który nie tuczy :*

      Usuń
  4. Pięknie to opisałaś, napisz tę sagę!Masz tyle ciekawych przeżyć, wspomnień, przemyśleń ! Nowy rok widzę tak , jak i Ty- łatwo nie będzie, ale lżej się oddycha! Niech dla Ciebie będzie szczęśliwy, pogodny, niech się spełnia i wiedzie! Najlepszego, Basiu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znowu jestem Anonimowy- a to ja, imienniczka, przecież!

      Usuń
    2. Dziękuję, Basiu, to nie moja wina, blogger ma swoje humorki i zakręty. Chyba jednak zostanie po mnie tylko blog, czasu nie starcza na wszystko. No chyba że dociągnę do setki :) Do siego roku :*

      Usuń