niedziela, 29 marca 2015

Nie było

najgorzej, choć przewiało mnie po nereczkach, co omal nie zakończyło się katastrofą, ale przydały się łazęgi po mieście... Zdążyłam do kibelka :) Faceci mają pod tym względem full wypas.
Umarlaki ogarnięte, ale albo starsi byli na balandze, albo coś im nie pasowało, bo z lekka mnie przekropili, co też nie pomogło na niesiusianie. No cóż, fizjologia wygrywa, taki life. W każdym razie kropli płynu nie spożyłam od 10 do 17 i czułam się już niehalo, ale co to, ja nie poradzę sobie??

Kurcgalopkiem wpadłam do knajpy, gdzie takie cuda



Oczywiście schaboszczaka wszamałam, nie omieszkawszy fotki obiadku Inżynierowi posłać, żeby żałował (i żałował), a cena naprawdę śmieszna, w wiosce tyle za pyry w knajpie zapłacę, jak nie więcej.
I kurcgalopkiem znów na dworzec, kontemplując po drodze

magnolie raz...



... magnolie przy mojej wymarzonej kamienicy, jak babcie w kapcie, jak wreszcie w totka wygram, bo zarobić to już w życiu nie zarobię, kupię tę kamienicę, nieważne, że się wali, i nie umrę, póki jej nie wyremontuję.

 I wiśnie japońskie lada dzień też wybuchną...
A tak nawiasem mówiąc, Ciocia do końca życia nie wybaczyła mi, że po studiach nie wróciłam do K. Zbudowano tam, vis a vis Cioci mieszkania nową bibliotekę powiatową, i jako że byłam jedyną osobą z wyższym wykształceniem kierunkowym w całym powiecie, jeszcze na ostatnim roku studiów zaproponowano mi stołek dyrektorski... Ale nie chciałam wracać, więc odmówiłam. Nie wiem, dobrze, czy źle, życie me potoczyło się po prostu inaczej...


A na dworcu tym razem nie było ani śladu autobusu, ani jednego człowieka poza mną, tabliczki pozrywane, w ogóle wyglądało jak opuszczone miasteczko na Dzikim Zachodzie, to samo powiedział Inżynier oglądając fotki i mówił, że brakowało tylko tych zaschniętych kłębków, co w każdym westernie latają po takim pustkowiu.
Gdy na horyzoncie zamajaczył człowiek, zapytałam, czy to jeszcze jest dworzec? Okazało się, że tak, ale że kursów już coraz mniej.
Ojapierdolę.

Po raz kolejny i mam nadzieję, że nie ostatni ogarnęłam Umarlaków, a tej bezśnieżnej zimy nasypało im piachu po kokardkę i po kucyki, więc niech się, cholery cieszą, że na święta mają ładnie i nie będą wyglądali jak wrzód na dupie. Ale zdziwiona byłam, bo bardzo mało grobów było sprzątniętych, a i ludzi niewielu. Zdziwiona tym bardziej, że to miał być jeden możliwy dzień przed świętami, wg prognoz, i faktycznie, u mnie dziś w rozpaczliwą kratkę jest.
Kuruję zatem w cieple nereczki i katarek, jest już lepiej.
Miśki na moją cześć odtańczyły po powrocie taniec radości, aż miło było popatrzyć.
A dziś tradycyjna pogawędka z Inżynierem, kotecki się lansowały, aż miło, kable gryzły, Inżynierowi po klawiaturze latały i takie tam :D
 Jeden cwańszy od drugiego, ale już się dogadały...

I tak, Kochany Pamiętniczku, czas leci i zbliżamy się do końca. Pracki, of course, jeszcze jutro muszę gnać w tym wypiździejewie, ale potem będę leżała. I nawet pachniała nie będę.

A tak do dyskusji z poprzednich not. Są ludzie i parapety. Sikorę bym wpuściła z Sówką, to jeszcze by mi kurze pościerała i obiad zrobiła, jakbym do pracy poszła, a jakbym nadgodziny miała, to i pranie by zrobiła. Bo też ąę bułkę przez bibułkę, jak były, to osikanego pampersa w pachnącą torebeczkę foliową zwinęła, żeby mi czasem w śmieciach nie śmierdziało. A Synowa pampersa z kupa kładzie na stole i on sobie leży i pachnie. A co? Od jej dzieci to wróbelki odnoszą (moja Mama tak mówiła, jak czegoś po sobie nie sprzątnęłam: a co ty myślisz, dziecko, że po tobie to wróbelki odniosą?) - ptasie radio mi się zrobiło :)


piątek, 27 marca 2015

Operacja

logistyczna "Umarlaki" rozpoczęta.
Właśnie biorę się za ogarnianie, walizka spakowana, zakupy zrobione, obiad na niedzielę gotowy.
Jeszcze jutro rano Manhattan i potem wyjazd.
Nie czuję się specjalnie na siłach, ale - jak zagłuszyć w sobie to, co woła? Głos obowiązku? Nie, żebym nie tęskniła za stanięciem i zmówieniem paciorka, ja, taka heretyczka.
Ale to miejsce na Ziemi jedyne, gdzie wiem, że są ci, którzy mnie kiedyś kochali.
Bezwarunkowo.
Mimo że, a nie dlatego że. Dla których byłam ważna, jak dla nikogo innego.
Moje dzieciństwo skończyło się, gdy odeszla Ciocia.
Bo już nikt na mnie nie czekał z rosołkiem i makaronem.
I  nie mówił już: dziecko.
Ojciec stawiał mi poprzeczkę wysoko, za wysoko.
Ale może nie potrafił mnie kochać inaczej?
Ja też moje dzieci kocham tak, a nie inaczej i na pewno nie jest to miłość idealna i bezbłędna.
I na pewno nie raz, nie dwa wyrządziłam im krzywdę i są rzeczy, których może mi nie wybaczą.
Więc ten jutrzejszy wyjazd jest po to, żeby ogarnąć i usłyszeć - choć tylko w marzeniach - dziecko, dobrze, że przyjechałaś. Tęskniliśmy za tobą.
- I ja za Wami też. Nawet nie wiecie, jak bardzo...

I tym optymistyczno-gorzkim akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku, z nadzieją, że...

czwartek, 26 marca 2015

Fuck you

Zimna Suka jestem, Kochany Pamiętniczku...
Dzień był dziś pracowity, szybki i łażący, wydębiłam wreszcie zaświadczenie i zaniosłam do ZUS-u, mam nadzieję za miesiąc dostać może 10 zł więcej, ale to moje 10 zł...
I odkryłam, że koleżanki mąż jest wojskowym, zapyta, co mam robić w razie gdyby, żeby chłopcy mieli OK.
Pewno powie, że mają się stawić, zobaczymy. Druga koleżanka dzwoniła do znajomego, a ten powiedział, że gdyby przyszło wezwanie, to mam iść na WKU, ale nie podawać nazwiska, powiedzieć, że jestem ciotką i że chłopcy są w UK i że nie znam adresu. Super. Jak mam powiedzieć, że są w UK nie podając ich nazwiska?? Chłopców w UK jest od metra. O kant dupy taką radę :) 
I tak się zakręciłam, że wreszcie chciałam wysłać drobiazgi do wnucząt. Polazłam wiec po kopertę na pocztę, pakuję, a tu mi wyskakuje wiadomość od Synowej. Pisze: No właśnie chciałam oznajmić, że będziemy w PL na święta, to znaczy ja z dziećmi. Hmmm... A Krzysiek? - zapytałam. - Krzychu zostaje w Anglii.
Hmmm....
Wątroba mnie zabolała. Przed ślubem był Krzyś, teraz jest Krzychu. Nic to.
Napisałam, co myślę, że mi się to nie podoba, bo nie zostawia się męża na święta samego. Zaczęła się tłumaczyć, że nie ma urlopu, co jest ewidentnym kłamstwem, bo w UK rok urlopowy leci jakoś od marca czy od kwietnia. Tłumaczy się dalej. Mówię, że zostałabym na święta z mężem, a poleciała do PL po. Tłumaczy, że Pierworodny nie chce w ogóle lecieć. Myślę, że nie mają kasy na bilety, bo to okres świąteczny i drogo. Zamilklam. Co się będę wywnętrzać. Od razu zakończyła rozmowę, że musi małego kąpać.
I OK. Pa. Ucałuj dzieci.
Nikt mnie nie zapytał, czy mi pasuje.
A mi NIE PASUJE.
Bo następnego dnia po świętach wracam do pracy. A tydzień później przylatuje Inżynier, jesteśmy już umówieni na dokończenie remontu. I na Niego też byłam zła, bo to tydzień zamykania, więc pomijając fakt, że nie ma gdzie spać więcej osób, mamy już plany.
Sorry, Winnetou, ja do jej rodziców nie pojadę, nie lubię jej ojca. Nie muszę. Zresztą nie będę się w święta tłukła pociągiem czy czymś, mało co jeździ, a i z W. trzeba mnie odebrać. Mój budżet nie obejmuje biletów. Trudno, taki mam budżet.
Jej tu nie chcę. Nie chcę świąt z kupą na stole, poza tym mój budżet nie przewiduje wyprawiania świąt, zaś po świętach nie mam czasu, bo praca, a jeszcze nie są zabezpieczone futryny, żeby ją tu z Małą Wiedźmą zostawić. I ten syf, no i Inżynier już umówiony.
Poszła, nie jesteśmy umówione.
Wiem, Zimna Suka ze mnie.
Chciałabym pogadać teraz zaraz już z Inżynierem i wypłakać mu się, ale co to da??
Co będe niewinnego wkurwiać??
A że Pierworodny ma tak, jak mówiłam mu, że będzie miał. Że będzie maszynką do pieniędzy aż jej się znudzi i go rzuci??
Nie słuchała myszka mamy...
I tak, Kochany Pamiętniczku, tytuł Wrednej Teściowej Roku należy do mnie...
I chytra jest, bo na FB półśłówkami rzucała do psiapsiół, że już niedługo.
Ale sobie myślę - planują w maju chrzciny, to też w sumie niedługo.
I nagle Mała Wiedźma ma dwa tygodnie ferii, a miała mieć w lutym, ale jakoś im nie pasowało przyjechać, jak mi pasowało.
Zimna Suka ze mnie, bez dwóch zdań.
Szkoda, że nie zobaczę Małej Wiedźmy.
Ale jej matkę trawię tylko w obecności mojego syna.
Ja z nią ślubu nie brałam.
Wiem, mówię jak moja teściowa, ale moja teściowa była flejtuchem, nie da się ukryć. I jadąc do niej zawsze wszystko tam pucowałam, łącznie z oknami, a okien miała pierdyliard, bo to była wypasiona chata... I gotowałam. I inne takie tam.
A ona przyjeżdża do mnie jak Elżbieta II na zamek, no teraz jak Kate z następcami tronu.
Ojapierdolę :D
NIE :)
Kochany Pamiętniczku, wyrok może być w zawiasach??


środa, 25 marca 2015

W telegraficznym skrócie

będzie.
Baran dziś świętuje 35. urodziny. Stara dupa z Niego, ale co tam, niech żyje nam długo i szczęśliwie i niech mu się marzenia spełniają.

Z kijkami polecialam do pracy, w t-shircie od rana, i dobrze, bo badylki zdychały, nikt się o biedne nie zatroszczył. Zgodnie z przewidywaniami pracy było na 15 minut, więc pokrzepiwszy się drugim śniadankiem wylecialam znów w strone słońca, z ciężkim plecaczkiem, bo i chleb miałam, i jajka od zielononóżek, i inne takie tam.
8 kilometrów jak w pysk strzelił dziś zrobiłam, a czasowy rekord spsuło mi 10 minut czekania u lekarza i 3 razy zamknięte przejazdy kolejowe, i kolejka w aptece. Ale nic to.
W pracy mój wewnętrzny wkurw, Kochany Pamiętniczku, wkurw, który skrzętnie ukrywam nawet sama przed sobą (stąd pierdalec) osiągnął apogeum.
Mam koleżankę, D. Do rany przyłóż, życie mi uratowała jak wtedy komornik mnie zaatakował. Ale też kobieta wkurwiająca jest na maksa, bo wszystko wie lepiej i ma konika: leczenie i wyciąganie innych z chorób. Bo swoją mamusię już tyle razy ratowała, a i męża, któremu najchętniej nóż by w plecy wbiła też. Dzieci to tylko ona umie wychowywać, bo stosuje stare, dobre metody - suszy im dupę do bólu. Pannice 27 lat, z dwoma fakultetami i wciąż pod dyktando D. Truje tak długo, aż utruje. Truje też mi, że źle wychowałam swoje dzieci, że powinnam być bardziej stanowcza, zabronić im: wyjazdu, związków, ich decyzji... Mania dzieci, kotów, hobby, oddychania bez dyrygowania. "Bo ja bym sobie tak nie dała". A ja sobie, kurwa, dałam i dobrze mi z tym. Nieważne, czy mi się ich związki podobają, czy nie, dorosłam. To są ich związki. Nie moje. Miałam swoje. Czasami żałuję, że wyszłam za mąż tak a nie inaczej, ale to była moja decyzja, mój związek i moje życie. Z kimś innym może i byłoby lepiej, ale nie miałabym takich Paskudnych Bachorów. Miałabym może inne, ale nie te. A nie chcę innych, bo dobrze mi z tymi. Mimo że są Najpaskudniejsze na Świecie. Amen.
Dziś przyczepiła się mojego zdrowia. Że o nie nie dbam. Że goła latam. Kurwa, jak mam iść w kurtce, skoro gry wychodziłam z domu było w cieniu 10 stopni, żadnego wiatru, słońce grzało na maksa, na plecach miałam plecak i to ciężki i szłam szybkim krokiem z kijkami?? Ona jeździ samochodem, boi się przeciągów i jej zimno. No to niech chodzi w futrze, mi to rybka...
I że za dużo chodzę, bo to niezdrowo. Bo wysiądą mi biodra i kolana. No to będę zapierdalała na wózeczku, albo z balkonikiem, w domu mam windę, w pracy mam windę, jest cudnie... A tyle, ile chodzę to norma do utrzymania jakiejś formy. Inaczej rozlezę się do reszty i chuj bombki strzeli...
I odchyla sweterek i pokazuje, że ma aparat do holtera. Nie takie gówno, jak mi dali, ale superwypas nowoczesne... Zrobiłam kwadratowe oczy: D., po co ci to, przecież nie masz nadciśnienia?? Bo ja dbam o siebie. Nosz, kurwa, teraz wiem, dlaczego czekałam na tego holtera miesiącami, skoro kobieta, której nic nie dolega, poza wymyślaniem, kolęduje wszędzie. I to nie za kasę, na NFZ. Bo ona dba o siebie, bo jej mamusia już trzy zawały miała. A moja miała jeden wylew, ojciec dwa zawały i zmarli szybciorem. Mama mając 48, ojciec 56. A ja mam 60 i żyję na złość wszystkim.
Chuj bombki strzelił, świąt nie będzie...
Więc, Kochany Pamiętniczku, dałam dyla, żeby się więcej nie wkurwiać.
Bo i po co??
Na obiadek skombinowałam kotlety ziemniaczane i wyszły, że ojapierdolę :) Fotkę mam, ale nie chce mi się zgrywać. Zmieniaczki, seler, ugotowałam, zmiażdżyłam, doprawiłam dodając kurkumę, sól, pieprz i jajko, wpieprzyłam w tartą bułkę i... zeżarłam jednym klapnięciem paszczęki to, co miało być na dwa dni. Ale jestem uzależniona od pyr, a to było MLASK : ) Curry nie lubię, ale kurkumę tak.

Pod wieczór Kierownik Budowy pyta, czy może wlecieć. Dla Niego zawsze drzwi mam otwarte, więc piszę, że czekam i polazłam po piwo, bo w lodówce światło.
Wracam, a tu SMS, że babcia Jego trafiła do szpitala...
Pojechał. Okazuje się, że udar miała i ma poważne uszkodzenie pnia mózgu...
Biedny jest.
Dopiero co odszedł mu Ojciec, a teraz Babcia...
A ślub miał być, więc zupełnie nie wiem, co będzie,  biedny Kierownik Budowy....

I jeszcze dodatkowo mam zagwozdkę, bo zupełnie nie mam pojęcia, co będzie w razie wezwania chłopaków do wojska. Nie służyli, u Pierworodnego to zakręcone, ale po amnestii może już jeździć do kraju, przenieśli go do rezerwy. Inżyniera od razu. No ale co mam zrobić w razie gdy wezwanie będzie 4-godzinne??
Znów mam koszmarne sny...

Życie jest popierdolone na maksa...


wtorek, 24 marca 2015

Niechcieja

już nawet pod śmietnikiem nie ma :)
Nie pojechałam wczoraj na giełdę, bo zabrałam się za sprzątanie i poszło migusiem. Obleciałam okno w małym pokoju, balkon wycyckałam, nie wspomnę, ile butelek od piwa wywlokłam, bo chyba z rok się tam gromadziły :) I okno w dużym pokoju zrobiłam. Młynek naprawiłam, ekspres przetkałam, nakrycia poprałam, jak ten mrówek byłam :)
Dziś jak dziś rano słoneczko wstało, to było cudnie i w ogóle chciało się żyć.
Zatem poleciałam na giełdę i ojapierdolę, tak gorąco było (sprawdziłam, w słońcu 18), że nie wytrzymalam i zdjęłam kurteczkę. No i oczywiście widowisko z siebie robiłam, ale oj tam, oj tam :)
Na giełdzie wydałam ostatnią kasę, ale kupiłam Umarlakom ładne badyle i myślę, że na dłużej im starczą.
A siebie głaszczę po łysej główce, Kochany Pamiętniczku, bo nie kupiłam ani jednego pieścichłopa, tłumacząc sobie jak dziecku, po polsku, po niemiecku, że mam jeszcze bukiety od soboty, a dziś kupione do świąt nie dotrwają. Dumna z siebie jestem, chociaż... hahahahahaha :)
Bratki kupiłam, bo cudne miniaturki były. Były jeszcze kaczeńce i inne takie tam, ale to raczej do ogródków i szybko padają, więc dałam spokój.

Trallalalala :)
I kupiłam coś, nie wiem, co to, pani mówiła, żeby na sucho trzymać, a ja mam ochotę nalać wody...


Z bliska to wygląda tak

Niby bazie, a nie bazie... Help me :)

I znalazłam

Od Sikorki, jeszcze jak w naszej wiosce mieszkała dostałam :)
I od Ignacego i Klary w skrzynce kartki były, Klara sama podpisała życzenia, jaka mądra dziewczynka :)Dziękuję :)

U mnie już powoli święta, jeszcze tylko Umarlaków chcę ogarnąć, ale to nie wiem kiedy. Jutro do pracy wlecę, zobaczyć co w trawie piszczy.
Poleciałam na kijki i spotkałam dziewczynę, z którą pracowałam przed dinozaurami. Z wnuczką we wózku, znów jest w sąsiednim bloku, bo mama jej niedomaga. Zapraszałam parę razy na herbatkę, ale się zawsze migała, więc poprzestaję na pogawędkach na świeżym powietrzu. Musu nie ma.
Spotkałam też kobietę, która mi dojechała w spożywczym, jak kupowałam piwo, że coraz grubsza jestem. Ona w płaszczyku wygląda OK, ale jak odpięła płaszczyk, to oponkę ma większą jak ja. A piwa nie pije. Ja przynajmniej na moją oponkę uczciwie zapracowałam, a co :D
Siedem kilometrów dziś przeleciałam i kusiło mnie po południu znów, ale co za dużo to niezdrowo. więc spasowałam.
Wisi nade mną jak miecz Damoklesa pitolenie, bo muszę rachunki od aparatów znaleźć, co równa się przekopaniu sterty papierzysk. To jedna sprawa.
I wyrabianie dowodu i paszportu, bo mi się za niedługo kończą oba, co równa się pójściu do fotografa. Mogiła i masakra.
Coś czuję, że mimo pogody dołek nadciąga, więc pewno za dużo w ziemi kopałam...
Zatem na razie koniec z przesadzaniem, Kochany Pamiętniczku...

poniedziałek, 23 marca 2015

Wędrując

po necie, Kochany Pamiętniczku, znalazłam TO :)
Nie wiem, jakim cudem TO wrzuciłam, bo nie wrzucam, ale jest.
Sprzed dwóch lat, bo jeszcze stare okna i łezka mi się zakręciła w oku, bo stare śmieci :)
To prawda, że w Internecie nic nie ginie...
Doczekać się już nie mogę, choć winobluszcz już taki bujny nie będzie, za ciasno mu w donicy...


Once upon a time

niedziela, 22 marca 2015

Jak ten czas

zapierdala. I zwolnić nie chce, Kochany Pamiętniczku, przerażonam :| Biorę tytkę i oddycham głęboko, ale nie pomaga...
Ani się obejrzę, a zląduje mi Inżynier i będzie się działo.
Nie pojechalam na giełdę, bo skoro Dziewczyna jest w pracy, to Inżynier tradycyjnie zaprosił mnie na dziesiątą... A że wiem, że i On swoje plany ma, to uległam. Nigdy nie umiałam się mu oprzeć ;)
Czekając na tradycyjne połączenie o tradycyjnej godzinie (te nasze tradycje) dorwałam się do szafki z szufladami, w której wszystko leżało w stanie takim, w jakim wrzuciłam po remoncie. A że to już dwa lata za niedługo miną, w szafce misz-masz nieziemski. Popatrzyłam na te pociemniałe sztućce (w szafce innej cała skrzynia sztućców leży, ojapierdolę, choć dzieciom już dałam i to sporo), załamałam cudne rączki i uszykowałam miskę z folią aluminiową, solą i gorącą wodą. I sruuuu tam sztućce. Te srebrne i posrebrzane, of course, przy okazji znalazłam dwa pudełka widelczyków do ciast, nówki nieśmigane, pozłacane, ojapierdolę i inne cuda wianki. Sprzątam zatem pracowicie i nagle słabo mi. Coś śmierdzi, i mroczki mi latają. Bąka ani jednego nie puściłam, więc ki diabeł. Jako nowoczesna kobieta lezę do wujka G. i co ja paczę?? Siarkowodór wyprodukowałam :D  Dobrze, że chaupki w powietrze nie wysadziłam. Dotąd czyściłam srebra zawsze latem i wywalałam na balkon... Z chemii byłam noga, więc wyszło jak wyszło :)
Pogawędka owocna była i zatkała mi dziurę w pamięci. Inżynier był wtedy na Wielkanoc, wleciał i wyleciał, a Smoleńsk był po Wielkanocy... Tym niemniej lazłam po badyle, bo wciąż widzę się z bukietami odbierającą SMS. Więc szalałam jak zawsze, bo i na Wielkanoc badyle były, i po :> I że cieżko ma, wciąż się uczy i że jakbym mu tych 7 stów nie pożałowała na kurs miałby łatwiej z obywatelstwem. Tyle, że ja kurde, wtedy tych 7 stów nie miałam. Że się uczy, uczy... No ja wciąż się uczę, taki zawód. Jakby został lekarzem, jak chciał jego ojciec, też by się do usranej śmierci uczył...Mówię, że ja w jego wieku ogarniałam dwójkę dzieci, w tym Jego dopiero co urodzonego, a on na to: mam dwa koty, to jak dzieci. Wiem, wiem, narażę się kociarom, ale to KURWA nie to samo. Nawet dziś. Może jak ochłonę, ale co tam, dzieci dziś, a dzieci wtedy... Nie, żebym deprecjonowała macierzyństwo, zawsze jest trudne, ale KURWA, mieć dziś koty i kupować dla nich OSOBNE kuwety na Amazonie, a moje stanie w kolejkach i wszystko na kartki i takie tam...Jak urodziłam pierworodnego nie miałam żadnej pralki, prałam pieluchy w rękach!!!! Trzy dni po porodzie, mój Eks był ponad to!!!  Uśmiechnęłam się, bo co mam zrobić, nie zrobię wykładu o trudach życia, ale... :) Jestem idealną matką, co nie?? Uśmiech na ustach choć w sercu ból... Nie było neta, gdzie mogłam się na blogu wyżalić, jak ciężkie jest życie. Byłam sama z moim życiem, mój Ojciec ograniczył się do postawienia skrzynki piwa na kredyt z okazji urodzin wnuka, a mój Brat zwyczajnie zapil, A ja, Matka Polka, pić mogę teraz. Bo już nic NIE MUSZĘ.
Ale revenons a nos moutons!
Polecę wstępnie na przełomie lipca i sierpnia, jeszcze muszę Barana zapytać, czy mu pasuje, jak nie to polecę na krócej, bo w W. nie chcę wiekować. Wystarczy mi tydzień z kotami :) Choć ponoć sie skubane uspokoiły i leją się tylko jak moi chłopcy. Na własny rachunek. Więc im się po prostu nie opłaca D:
Inżynier znów kombinuje... Za to go kocham. Nie przeinstaluje mi systemu na 10, bo za wcześnie, ale obada co i jak i chce kupić nowy dysk. To dziecko wie, czego matce trzeba, a już zwłaszcza starej i zwariowanej :) I chyba jednak dam kasę, bo powiedział, że nieważne ile dam, ale kasa to kasa. To sobie tak myślę: kasa kasą, ale te łupki kupię :)
W końcu to Kierownik Budowy i Jego Dziewczyna :D Ona jest - z mojego punktu widzenia - Bohaterką. Ale życie naumiało mnie niemieszania się...

I tak miło pogawędziwszy, znalazłam się w elitarnym gronie niecałych 5% mieszkańców mojej wioski, którzy do popołudnia głosowali. Chodzę na wybory od niedawna, bo mój jeden głos ma swoją siłę. U nas w wyborach startuje ten palant, co mnie w oczy kłuł tym bannerem na balkonie (nie wygrał wtedy), mało tego, startuje jego syn. Widać, że do koryta ciągną. Więc poszłam i zagłosowalam. Przedtem poszperałam po ulotkach i w necie, i co mi tam. Mój krzyżyk to mój krzyżyk i już.

A potem [się śmierdzi, wiem, zgłupłam, przed randką z Inżynierem mało, że włos zmierzwiony przeczesałam, choć moja kumpela zawsze mówiła, że na grzebieniu oszczędzam, nie, że taka łysa, bo wtedy jeszcze łysa nie byłam, ale włoski mam takie, że czesane czy nie - jeden pierun w rabarbar (rzewień, znaczy się po polsku), strzelił, to jeszcze się perfumem psiknęłam, ale chwaląc matkę za zadbanie nie poczuł, skubany, że jak zawsze ładnie pachnie] poleciałam na jarmark. I okazało się, że jak Kaziuk był całą gębą i ojapierdolę, tak ten Jarmark Wielkanocny to hmmm.... I podwójny nawias mi wyszedł, ojapierdolę :D






Taki sobie był, trzy stragany na krzyż i chleb za 28 zł za bochenek. Nie sądzę, żebym zdołała taki bochenek zjeść do Gwiazdki, a po Gwiazdce to już moja szczęka by mu rady nie dała, więc wyszłam z jarmarku nie wydawszy ani grosika. Świeczek mam od groma i 10 zyla za świeczuszkę z ekologicznego wosku, po której musze tak samo wietrzyć, jak po każdej innej, nie, dziękuję, postoję.

Zauważyłam na Starym Rynku

 ... mój ukochany rzygacz. Pomachałam mu wiosennie łapką...
 ... i karteczkę na bruku :) Nie wiem skąd się tam wzięła, obstawiam, że to z akcji promocji mięsa wieprzowego, finansowanej z kasy rolników-hododwców... A takie tam informacje zawodowe...
 ... i prawie paryski kranik... :) Cudze chwalicie, swego nie znacie... Można pić, ewenement u nas...

 I miasto było dziś biało-niebieskie, bo Lech gra z Legią. A że ci kolorowi szli bez obstawy policji i nikt ich nie prał, mniemam, że to jakiś zaprzyjaźniony klub. Obstawiam Arkę Gdynia, bo ja w kopanej lajkonikiem jestem, choć: w górę serca niech zwycięża Lech Kolejorz, ale: Manchester United my love :)


I Cezar był, ale nie dosłyszałam, czy mówił "et tu, Brute, contra me?" :)

Obejrzałam sobie na koniec tę bywszą Modę Polską i gacie mi opadły. Chyba mam za słabą gumkę. Dobrze, że dżinsy trzymały...




 Tu się akurat zgadzam, Nawet za cenę nierozgrzeszenia...

a i im te gacie na szpagacie, co je niedawno widziałam opadły. Szpagat pękł... Smutne, bardzo smutne.
W świetle tego, co się dzieje.
Czuję atmosferę 1939 r., no ale ja pojebana jestem.
I mam koszmary.
Więc..
Polazłam w stronę słońca, do wujka Mietka, jak coś niech się smarkacz stara mnie przeprowadzić bezboleśnie, a i o Inżyniera, Pierworodnego, Małą Wiedźmę, Papryczka i całą resztę dba, w końcu powinien się wziąć do roboty, co nie??.
Siostrzenica sześćdziesiątki dociągnęla, a On się - nie z własnej woli, cóż - wyprowadził do lepszego świata - mając 21 wiosenek (zim?? lat??), więc wujaszku, a gdzie szacunek dla moich siwych włosów i ten balkonik i takie tam? :)
I koło Opery już


widać i czuć wiosnę, choć fontanna jeszcze nieczynna. Ale i tak się przydaje.

I niech mi nikt nie mówi, że poznaniacy to ludzie bez fantazji...


W Zakopanem magistracie wiszą gacie na szpagacie, a u nas na bogato. Adidaski, psiakrew :D


sobota, 21 marca 2015

Założyłam, że

będę spała do usranej śmierci. Dobił mnie ostatni dzień, nie ma co ukrywać. Fajnie było, w sumie nie mam co narzekać, ale ja taki model jestem, że zapracować się na amen to i owszem, lubię, ale czekać na pracę i nie mieć co robić, no weź, dobij, nie dręcz. Wszyscy latali z obłędem w oczach, aż strach było na co poniektórych patrzeć, zdawało się, że wybuchną. Ano, jedna pani poszła na zwolnienie, a pan na zastępstwie, aczkolwiek geniusz, nie znał jednego prostego słowa NIE. Zatem co chwila ktoś mu srał na łeb, gość rzucał to co robił i brał się za wersję srającego i... Pani by sobie tak nie dała. Ja też nie daję. Robię to co robię i nie wzrusza mnie łkanie, że "mnie jutro nie będzie". Trudno, posiedzisz dzisiaj. Ja też siedzę przez nieróbstwo i niezorganizowanie wszystkich, więc mi to rybka, że ktoś raz musi poczekać na swoją kolej.
Srali mi na łeb kiedyś, ale się skończyło.
Wracając zaś do naszych baranów, jak mówią bracia Francuzi, nie spałam. Obudziłam się o 7, wszak weekend, to trzeba wcześnie wstać i pogadałam ze Zmorką w kwestii nieszczęsnego noża. Odebrałam wczorajszą wiadomość od Cynobera. Nie, nie mam dziś czasu dla nikogo, już mam plany. Sorry, Winnteou :D
Nie rzeknę, co myślę, bo... damą jestem, choć nie wyglądam.
A umyśliłam sobie, że z lekka burdel ogarnę, bo rzut oka w kalendarz zjeżył mi włosy na łysinie :) A jeszcze chcę do Umarlaków.
No cóż, łazić, łażę, ale nie jestem już nastolatką i czuję się, robiąc wszystko, jakbym miała na sobie ołowiany fartuch od RTG.
Zatem: zaliczyłam nieśpiesznie Manhattan i tam

ajfonikiem trzasnęłam na straganie, ojapierdolę. Ojapierdolę, że już w marcu, no i ojapierdolę, że nie miałam aparatu.
Zakupiwszy, co trzeba, żeby przeżyć, zaczęłam realizować punkt 2. Na początku założyłam, że pomyję wszystkie okna, ale potem puknęłam się w ten siwy głupi łeb, no bo co ja będę dzieciom rodzonym i przyszywanym święta psuć pogrzebem??
Mierzę siły na zamiary.
Zatem umyłam kuchenne okno, co zajęło mi raptem 15 minut (pękłam z dumy), posadziłam kolejne bratki i jedną stokrotkę (opieranie się bratkom i młodej włoszczyźnie przerasta mnie) i zabrałam się za mycie lodówki. Pora najwyższa była. Potem wzięłam się za szafki w kuchni i nie, nie ogarnęłam wszystkich, tylko jedzeniowe. Naczynia jeszcze dychają. Ojapierdolę, zapasy mam, że hohohoho, samego cukru ze 3 kilo (nie słodzę i nie piekę)... :) Ale posegregowane, poupychane, poukładane i od razu lepiej. Herbaty powinno mi starczyć do końca życia, no ale może się mylę...
Trzy prania, ale to pestka, bo tym się zajmuje Cukiereczek, robię tylko za wieszaczkę.
Pozmieniałam obrusy i wystrój na jajeczno-baziowo-bukszpanowy. Omiotłam wszystko, nie nie spojrzeniem, ale odkurzaczem, mopem i tadam...
W Lidlu kupiłam w ramach "pocieszajki" rękawicę z mikrofibry (jakoś mam hmmm... sceptyczne podejście do niej), z jednej strony grubą, z drugiej cieńką i tadam, łazienka to był błysk i świst, i gotowe.
Zatem jak widać pobawiłam się w PPD. Nie do końca, bo dwa okna jeszcze czekają, ale oj tam, oj tam.
Jak się sprężę, polecę jutro na giełdę po badyle dla Umarlaków i pewno coś znów przytacham.
Zboczona jestem.
Wiem.
I dobrze mi z tym :D

I właśnie mi się przypomniało, jak 10 kwietnia 5 lat temu lazłam sobie z giełdy, z naręczem kwiatów (zaszalałam), dzień był piękny, słoneczny, muzyka w słuchawkach i ten SMS od Cynobera. Wszystkie strony padły, ale miałam jeszcze wtedy TV , więc włączyłam, i niestety, to był fakt.
I przerwa w życiorysie...
Czy byłam wtedy sama?? Chyba nie, bo ubiegłoroczna Wielkanoc była pierwszą samotną.
Inżynier był wtedy w Szwecji, ale nie pamiętam, kiedy przyleciał i czy w ogóle przyleciał. Nic. Dupa. Czarna.
I dlatego cenię Cię bardzo, Kochany Pamiętniczku, bo jak kiedyś gdzieś wyczytałam, wieki temu i zapadło mi w pamięci:
Wszystko jest tak kruche, tak ulotne. Pisać, by ocalić coś, co przemija... Może miłość...
Ale teraz już jestem stara i wiem, że ocalić trzeba przede wszystkim siebie, a pisanie to dobry sposób na to.
Z nadzieją, że ocaleje ten piękny świat dla moich wnuków i prawnuków, pisała będę.
Do końca...

piątek, 20 marca 2015

Streszczać

się będę Kochany Pamiętniczku, bo mnie kurwica wzięła...
Poszlam do pracy bladym świtem, a



gdy słoneczko już gasiło złoty blask ja wciąż jak ta chłopka pańszczyźniana w pracy tkwiłam...

W międzyczasie




zaćmienie było, u nas bardzo fajnie było widać, w momencie największego zaćmienia zapadł prawie zmrok, a że dzień był słoneczny, to zrobiło wrażenie i już wiem, co musieli czuć Egipcjanie z Faraona... Bo i ja poczułam się nieswojo... A siedzieliśmy na tarasie, na 3. piętrze i Boss mnie wyzywał, że mam oszczędzać wzrok, bo nim pracuję. A ja na to beztrosko: następnego zaćmienia nie dożyję... Zaprotestowali gromadnie, no ale jeszcze 126 lat?? Inżynier miał rację, ludzie tak długo nie żyją...

A teraz coś dla Zmorki!!! Kobieto, zobacz jak to śmiga. Ja mam takie od 20 lat i nie stępiło się ani trochę, wiec trenuj i nie marudź... :)

Film działa na dropboxie, ale ten mnie całkiem"odprywatnia". Więc instrukcja poszla tylko do Zmorki :)

środa, 18 marca 2015

Dylematów

mam na pęczki, Kochany Pamiętniczku.
Błahe wprawdzie, ale...
No cóż, jestem Strzelcem, a strzelec to myśliwy, więc myśli.

Najpierw myślałam w pracy, że zajebie. Nazywając rzecz po imieniu. Okazało się, że zamiast zwyczajowych 150 stron jest prawie 300 i co?? No oczywiście, dziś robiliśmy wszystko. Ponieważ zły to ptak, co własne gniazdo kala, zamilknę. Ale po "pejzarzu" w wykonaniu doktora umarłam. I zaczęłam zbierać na wieniec. I zapraszać na pogrzeb.
Albowiem wątroba mi puchnie.
Systematycznie :)
Tylko nóżki lżej chodzą, bo co dzień 8 km to jednak nie przelewki.
I znalazłam cywilizowaną drogę, nie chodzę rozkopami.
Podoba mi się.
Rano wstaję znów z ochotą, bo już widzę, jak lecę. Na Manhattanie kupuję pomidorka, są już polskie po 16 zyla teraz, ale oj tam, oj tam, kto bogatemu dobrą chemię jeść zabroni?
W 50 minut jestem w pracy, nawet jak jechałabym od początku do końca zajmie mi to więcej czasu, bo czekanie na coś, co podjedzie i dojście, bo pod drzwi nie podjeżdża, i światła. Więc póki pogoda znośna, będę łazić. Ale czuję, że po raz pierwszy do lat... będę miała podarte buty :) To nic, nowe kupię :P

A dylematy:

Pierwszy

Kierownik Budowy ma już datę ślubu, a ja mam zagwozdkę. Groszem nie śmierdzę i nie wiem, co zrobić. Śmiesznie jak dla mnie wkładać stówę do koperty, a za tę kwotę mogę już mieć prezent. Spodobały mi się bardzo, jak byłam u Barana, takie fikuśne talerze. Komplet na cztery osoby plus jeden duży mogę mieć mniej więcej w tej cenie. Jak dla mnie fajny gadżet, a wiem, że oni gotują. Sami na pewno nie kupią, bo zawsze są pilniejsze wydatki.


To takie cuś. Inżynier mówi, że on daje kasę. Ale kasa Inżyniera, a moja kasa... Ja życzę osobno, bo jednak nie jestem już z Inżynierem jedną komórką społeczną i nie będę podstawiała kopyta, jak ta żaba, co się pchała, jak konia kuli.
No i mam dylemat.
Co zrobić, Kochany Pamiętniczku, dać tę stówę, czy kupić prezent??

Drugi:

Jestem patriotką, a co. Zresztą wiem, że polskie jedzenie jest najlepsze i nie dam sobie powiedzieć, choć fajnie zjeść w egzotycznej knajpie i smakuje, że ojapierdolę, ale nie sądzę, żeby to na dłuższą metę się dało (na knajpę nie starczy, hahahaha). I tu jest pies pogrzebany. Zawodowo siedzę w polskim żarciu, ale... Od lat jem masło, nie margarynę, po zachłyśnięciu się RAMĄ w latach zamierzchłych wróciłam do masła, bo masło to jest masło. I smalczyk. Nieważne, że dupa kubańska, ważne, że smakuje. No właśnie... Polskie masło od jakiegoś czasu do dupy kompletnie jest. Więc kupuję... irlandzkie... Drogie, bo jak polska kostka "chodzi" od 3,99 (ale co można wpakować za 3,99)  do 5 zyla, to irlandzkie poleciało już do 7 zł. Tyle, że mi kostka starcza co najmniej na 2 tygodnie, więc?? A irlandzkie mlask...
Więc mój patriotyzm o kant dupy potłuc.
Niby drobiazg, ale...

Trzecie:
Long story.
Ta kumpela, co się odezwała. Ten typ tak ma: wiecznie jej coś nie pasuje, wiecznie ma pod górkę i pod wiatr. Realnie patrząc z boku - ma. Nie zaprzeczam. Ale też zawsze wszystko kręciło się wokół niej: jak nie mogła, to rozwalała wszystko, bo tak jej pasowało, jak się umówiła, nie było opcji, że się nie spóźni i że człowiek nie straci czasu i nerwów. Do pewnego momentu królowa balu, a potem było jak było. Ale to konsekwencja jej wyborów życiowych. Nic mi do tego. Nie oceniam. Choć sama nie zrobiłabym tak nigdy, bo dla mnie dwie zasady były święte: nie moje, nie ruszam, choćbym na łeb dostawała i wiedziałam, co robię, ponosiłam konsekwencje swoich czynów i na źle mi to nie wyszło. No ale mniejsze z większym, życie każdy sam sobie wykuwa :) Przez ostatnie dziesięciolecia z hakiem dwa nigdy nie znalazła czasu, żeby do mnie wpaść, bo za daleko mieszkam. Spotkania u niej - też wolę w domu, po spotkaniu zmywam i hasta maniana, a nie lezę na autobus w ciemną noc. Albo na mieście, ale zawsze wybiera lokale ona. O kant dupy takie wyjście, bo najtańsza lodziarnia w mieście gdzieś w środku galerii, gdzie ludzie po łbach chodzą i do lodów kaszlą... Pub nie, bo ona nie jest alkoholiczką, kawiarnia nie, bo... Teraz mi emilkuje, że jej mama ciężko chora, ale nie pisze nic, tyle że jeździ na dyżury w weekendy, więc weekend odpada. OK. Zapraszam na obiad do mnie zatem, tym bardziej, że odkąd skończyłam remont chciałam się pochwalić, czego dokonałam :) Zapraszam ją tak od dwóch lat, sama w tym czasie byłam u niej kilka razy!!! Nie, nie przyjedzie do mnie, nie bo nie. Opcja: miasto albo u niej. Bo ona kocha swoje mieszkanie.
I tu mnie, Kochany Pamiętniczku, kurwica bierze.
To ona chce pogadać, nie ja.
Też kocham swoje mieszkanie i swoje cztery ściany.
Do knajp chodzę w towarzystwie, żeby zjeść albo wypić.
Siedzenie nad gałką lodów godzinami to nie jest dla mnie rozrywka.
I nie, nie mam ochoty jechać na wygnajewo, bo dla mnie ona mieszka na wygnajewie, ale mniejsza  z większym.
No nic, porządna jest, bo zapytała, co robię w święta, czy lecę do UK. Nie, nie lecę.
No to mnie zaprasza do siebie, żebym jej służyła jako podpora.
Wiem, suka ze mnie.
Ale perspektywa świąt w miejscu, gdzie nie ma nawet neta, czyli nie podzielę się jajeczkiem z Inżynierem, może nawet Baran by się skusił, kto wie i słuchania kilka dni, jaki świat jest niesprawiedliwy, przerasta mnie.
Kochany Pamiętniczku, zatem powinnam wziąć kamieni nazbierać, stanąć pod murkiem i poprosić, żeby mnie ukamienowano??
Kochany Pamiętniczku, co z taką nieużytą babą jak ja zrobić??

I jeszcze parę innych mam, ale o tym może innym razem, bo dziś już mi się nic nie chce, a i do drzwi ktoś skrobie. Pewnie Niechciej, a nie wpuszczę gada, bo pogoda ma być i chcę znów rano iść, ciągle iść...



wtorek, 17 marca 2015

Wtorek

za mną. Minął spokojnie, aczkolwiek pracowicie, emilek, wydruk, emilek, wydruk i tak dookoła Wojtek. Tylko Bossa unikam jak diabeł święconej wody, bo wlazł na odcisk wszystkim. Z przykrością stwierdzam, że to ani chybi wczesna andropauza, co jest gorsze od damskiej menopauzy o całe niebo... Wyznaczył na 17 zebranie, a teoretycznie ludzie kończą pracę o 16 niektórzy... Zebranie - moim skromnym, nic nie znaczącym zdaniem nic nie wnoszące w danym momencie, a robiące zamieszanie, tym bardziej, że jutro powinno wszystko iść do drukarni.
Nie mój cyrk, nie moje pchły.
Ja tam tylko sprzątam, ale jeżeli dziewczyna, która jest w ciąży, czuje się OK, chce pracować, stwierdza nagle, że jednak pójdzie na zwolnienie, bo do tanga trzeba dwojga - to coś jest na rzeczy, co nie??
Nic to, Michałku.
Wyczyściwszy biurko i pocztę (nienawidzę wychodzenia jak nie mam zrobionego wszystkiego, nabijają się ze mnie, ale co tam), poszłam w świat.
Wyszłam drugimi drzwiami i... Skręciłam tam, gdzie nigdy nie chciałam skręcać... I okazało się, że jestem gupia cipa :) I to jak gupia :) Hyc hyc i już byłam przy Panoramie, a stamtąd rzut beretem do chaupki. No byłby rzut, gdyby nie

rozbabrali :) Mieli skończyć do listopada tego roku, a okazuje się, że... No oczywiście, nie zmieszczą się w terminie. Jak sucho i ciepło da się tam przejść (inaczej muszę nadkładać i tak już nadłożonej że hohoho drogi), więc jak coś, godzinny spacerek i bez żadnego MPK i wąchania smrodów w bimbach i autobusach w tym samym tempie co przy jeździe jestem w domu :) W godzinkę niecałą, a i zakupy po drodze w Stokrotce zrobiłam, nadkładając co nieco. A tak się bałam tam iść. Fakt, że droga do Panoramy w zimowych warunkach, jak mrok szybko zapada raczej odpada, ale mamy wiosnę, więc jak dobrze wstać, skoro świt :D
W sumie przelazłam dziś 8 km, też pięknie :)
W nagrodę kupiłam sobie piwo, bo Słoneczko przypomniało mi SMS, że dziś świętego Patryka jest :D
Papryczek ma pewno imieniny, ale primo po pierwsze, nie mówili, a Papryczka kilka razy jest, primo po drugie mnoży mi się rodzina, a zasady są niezdrowe. Kiedyś obchodziło się tylko imieniny i tak było tu, w Wielkopolsce. Potem przyszła moda na urodziny, no i co cwańsi obchodzą oba święta. Tym sposobem mój kalendarz i portfel trzeszczą w szwach, więc mówię: pas... Anglosasi w ogóle nie wiedzą, co to imieniny, fajną zabawę mieliśmy w pubie w Nowy Rok, tłumacząc Anglikom (laska nebeska była z takim paskudnym harleyowcem, że tfu, tfu), co to są imieniny, bo Inżynierowi akurat wypadły. Mimo że Inżynier płynnie szprecha po ichniemu, nie zrozumieli. Więc skoro mieszkają na stałe w UK przyjęłam zasadę: chcecie urodziny, macie urodziny. I basta. Wyjątkiem są moje bachory, wyłamał się Baran, bo on Ślązak, a tam nie obchodzą imienin. Nie to nie :P :) Sama jestem w luksusowej sytuacji, jak ten szampon wash and go :) Więc mi to rybka i już. Ale piwko za świętego Patryka wypiję, czemu nie?? Miłe święto :) Slainte ;)


Pytanie za 50 zł polskich, Kochany Pamiętniczku :) Czy może mnie wziąć kurwica?? W sytuacji, że... Pracuję z pocie czoła. SMS. Odbierz emilka. Od kumpeli, która hmmm... zawsze dostosowuje wszystko do siebie, znamy się od studiów, widujemy raz na ruski rok. No ale może czegoś pilnie potrzebuje. Jest sama, schorowana (ja nie jestem sama i kwitnę). Odbieram emilka. Tłumaczy się, dlaczego nawaliła znów. OK. Prosi o spotkanie. OK. Odpisuję. Wysyłam SMS, że odpisałam. Za chwilę SMS: przeczytam emilka w domu. No do jasnego kutasa, też moglam tego emilka w domu przeczytać, co nie?? Tym bardziej, że proponuje spotkanie... za tydzień.
Kurwa mać.
Nie odbierać SMS.
Nie czytać emilków.
Nie bo nie, a co??
Czy ja jestem telefonem zaufania albo pogotowiem ratunkowym??


poniedziałek, 16 marca 2015

Działo się

jak cholera, ale mniejsza o to, Kochany Pamiętniczku.
Z kronikarskiego obowiązku zanotuję, że we wtorek wleciał Kierownik Budowy i o mało o zawał mnie nie przyprawił, bo przywlókł ze sobą wielgachną różę z okazji Dnia Kobiet. Co z tego, że spóźnioną. Kurde, pora umierać, jak faceci do mnie z badylami łażą. Taki jeden kiedyś przywlókł kaktusa i rzekł, że to jedyny kwiat, jaki może dać mi. Nie lubię kaktusów, nie dbam o nie. I co? Stoi już jakieś 12 lat i rośnie, w młode obrasta i nic. Pierworodny w ogóle nie pamiętał, że matka jest kobietą. No może i nie jest, bo wszak Inżynier mądrze rzekł niedawno: a kto powiedział, że Mama jest człowiekiem?? :)
Mniejsza z większym, gadaliśmy znów do oporu i wciąż mnie zaskakuje. Że ojapierdolę. Uważa, że podejście islamu do kobiet tzn. do ich ubioru jest słuszne. Dyskusja była więc zawzięta i zażarta, i tylko mojemu wrodzonemu taktowi zawdzięczamy, że noże nie poszły w ruch.
Ale skończyło się dobrze, jesteśmy umówieni na następną pogawędkę i będzie ciekawie.
A potem (się śmierdzi, wiem) toczyło się lekko z górki i pod górkę, jak to zazwyczaj u mnie bywa w pracce, ale dreptałam pracowicie, nie oszczędzając się. Aż do piątku, kiedy gwizło, zapiździło, zawiało i zapadało, a w pracy wycisnęli ze mnie siódme poty.
Powiedziałam więc: basta, i gdy na wycieraczce zobaczyłam zziębniętego Niechcieja z sinymi rączkami, ulitowałam się i wpuściłam gagatka z powrotem. A co tam, mam miękkie serce :)
W piątek rano na oknie

budziła się nadzieja, ale bratki biedne marzły. Marzłam i ja, choć pracowicie w sobotę obdreptałam okolicę, Manhattan i co się dało.
Wróciwszy do domu, za niecną namową Niechcieja stwierdziłam, że pierdolę to przedszkole, i bławatki, i kąkole i aktywność ograniczyłam do zrobienia kotletów z kaszy jaglanej i ugotowania garu rosołku, z głodu więc nie zginę.
Potem omiotłam mieszkanie spojrzeniem, co oczywiście pomogło jak umarłemu kadzidło, no ale w sumie po ogarnięciu tych paru kotów, co się szwędały z kąta w kąt i umyciu łazienki, kto brudasowi zabroni gnić? :)
W międzyczasie zdobyłam ostatnią część Hobbita, trwa 2,5 godziny. Ojapierdolę. Dobrze, że oglądałam w domu, w kinie albo bym wyszła, albo zwariowała znienacka. Zdjęcia i efekty - cudne, ale treści żadnej. W sumie 2,5 godziny naparzania sie i efektów specjalnych, co w sumie można było zamknąć w góra 20 minutach. Jedyna scena warta uwagi to moment, gdy umarł Kili i gdy czarny charakter (pamięć do imion mam jak dziurawe sito) wieje w kobiecym przebraniu, a jego przeciwieństwo woła za nim: A...cośtam, halka ci wychodzi :)
Niechciej zaś, bojąc się przed wywaleniem na zimno i deszcz, donosił mi Krwawą Marry z selerem, a jakże i wachlował wachlarzem, patrząc czule w oczy... A ma te oczy, kurde, ma :)
W niedzielę rano umówiona byłam z Inżynierem, tradycyjnie i zacierałam łapki, jak zjadę nieboraka, bo to był angielski Dzień Matki :) Włażę więc na Skype, a dziecię me kochane życzenia mi składa na dzień dobry, no i cały pogrzeb na nic!!!  Widać zapamiętał jojczenie sprzed roku :) Pogawędziliśmy mile i spadłam. Jako że padało dalej i piździło jak za cara, a Niechciej swój zgrabny tyłeczek podtykał, serwując tym razem herbatkę bez prądu wlazłam na moment na You Tube i... przepadłam.
On revient toujours a ses premiers amours...


Znów z Il Divo...
Trzęsąc się włączyłam ajfonika, nastawiając się na długą i zażartą bitwę, jak wczoraj na filmie, z przegraniem z PC na telefon.
I co?? Hyc, przegrało się, nie pytać mnie jakim cudem, ale przegrało się...
Omiotłam po raz wtóry chatę spojrzeniem, żeby wyprysk niesprzątania zmalał i pomogło.
Il Divo cuda czyni... I przenosi w lepszy świat...
Baran też pamiętał, że jest Dzień Matki.
Pierworodny też, ale w stosunku do swojej żony, bo wrzuciła na FB od dzieci.
Mnie nie ma. Widać to jednak prawda z tą pietruszką, w której go znalazłam...
Nic to.
Dziś budzę się, trę zaropiałe ślepka i tłumaczę Niechciejowi, jak czekista czekiście, że time to say goodbye, niestety, kopala w dupala dostał i poszedł. A dupala ma zgrabnego, nie to co ja...

Idę do pokoju, a tam...


więc... Odpaliwszy Il Divo, poszłam w świat bez plecaczka, za to z torbą z jedzeniem i...

... całą drogę w tę i z powrotem słuchałam tylko Angeliny...

Annndżelinaaa... :)
W pracy poszło mi błyskawicznie, co mnie aż dziwiło. Mamy grafika na zastępstwie i choć z "naszą" graficzką lata pracuję, ten jest "niedopodrobienia". No, ale to nie moja broszka :)
Ponieważ po 16 nie zanosiło się na rzeź niewinątek polazłam bez plecaczka w siną dal i zrobiwszy zakupy wróciłam do domu.
A tam. Na wycieraczce leży sobie zielona koperta i animrumra.
Ki diabeł.
Patrzę, Knorr.
Rachunek sumienia robię.
Pić piłam, ale nie aż tyle, żeby nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
I że cały dzień leżała i nikt nie zajebał?
Ojapierdolę, takie numery to w UK, ale u nas?
Wpadam do chaty, rozrywam kopertę i jak myślicie, kto walnął mi taki numer?? :)


A że na kopercie stało jak byk "nie zgniatać", listowy kombinator zostawił ją na wycieraczce :)
Dziękuję, Zmorencjo :)

Przelazłam dziś 13 tysięcy kroków, więc nieźle. Czekam na moment zrzucenia płaszcza, będzie lżej. Il Divo to zapas na co najmniej trzy miesiące łażenia, zanim się znów osłucha...

Znów dzień przeminął, dał może mniej niż pragnął dać.
Ale dał więcej, niż obiecał.

I tego się trzymajmy :)
Zatem, Kochany Pamiętniczku, do następnego napisania :D Postaram się zaglądać do Ciebie częściej... Ale nic nie mogę obiecać...


PS Wciąż mi się Umarlaki śnią. Widać przeszkadza im bałagan na cmentarzu, choć nie powinien. I wiem, że tu nie wykpię się omieceniem spojrzenien. No dobra, tęsknię za Wami, ale... Nie popędzajcie mnie. Wiem, pamiętam, przymierzam się, ale nie obiecuję... I... chciałabym jeszcze trochę tu... Mogę??



poniedziałek, 9 marca 2015

Staję się

brutalna i nieobliczalna. Dziś rankiem, mrużąc kaprawe oczęta od słońca, które wlalo się szerokim strumieniem, jak tylko nieco podciągnęłam roletkę (nie wstając zresztą z wyrka), spojrzałam zezem na siedzącego w nogach Niechcieja i  rzekłam surowo: musimy pogadać jak czekista z czekistą. Zlekceważył to, zachichotał szyderczo. Bo on jeszcze nie zna Starej Jędzy tak jak ja.
No nic. Poleciałam do pracy, zbierając kroczki na pedometrze, odebrałam różę od Bossa (osobistą) i większą różę od kolegów. Zjedliśmy


i po zebraniu stało się jasne, że ludzie dziś raczej pracowali nie będą, zatem nic nikomu nie mówiąc, wyszłam po angielsku i w domu miałam już na liczniku 9100 kroków. Ładnie...
A w domu siedział rechocący Niechciej.
Wrzasnęłam na niego, że ma się stąd wynosić, pókim dobra, bo jak nie to za pierze i na powietrze świeże...
Rechotał.
Hmmm...
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
Pootwierałam więc okna i drzwi balkonowe, zakręciwszy uprzednio ogrzewanie, siusiu, herbatka, badylki do wody, takie tam, rączki oczywiście obowiązkowo na starcie, wygarnęłam z szafki adidaski, chwyciłam w dłoń kijki, a na plecy zarzuciłam plecaczek i w polarku z podwiniętymi rękawkami poleciałam w siną dal...
I...
... zaraz za rogiem uśmiechnęła się do mnie wiosna :)
I ja sie do niej uśmiechnęłam, nie mogąc zapomnieć biednego Niechcieja, który kopniety w leniwą dupę łkał przy śmietniku, tam gdzie jego miejsce.
Ale co to??
Zabłądziłam zaraz po wyjściu, bo...





Ktoś mi okolicę podmienił!!!
Nie było mnie tu?? Może ze trzy miesiące? Ostatni raz jakoś w listopadzie lazłam tu na spacer, potem mnie nie było, a potem Niechciej rządził.
Kurde, gdzie ja jestem??

A ta chaupa to ani chybi nowy kościół/ Nie podoba mi się, wygląda jak skrzyżowanie cygańskiej chałupy z jakąś szkoła na wsi, nic nie odbierając szkole...
Poszłam więc na Dębinę, piękną w promieniach słońca, ludzie spacerowali, grzali się na ławeczkach, bobry cięły drzewo, ale bez zoomu nie miałam szans zrobić fotki, telefonem się nie da.

I tak, wzrok jak jechałam autobusem mnie nie mylił, są już pierwsze liście.

Obleciałam na Endomondo tyle, a pedometr pokazał 15 245 kroków :)
Wróciłam zmęczona i szczęśliwa i o dziwo, ucięłam sobie drzemkę, nie mogłam się przemóc. Ale zasłużyłam na nią uczciwie :D
Teraz bolą mnie mięśnie, ale to dobry i zdrowy ból.
I mogę lec z książeczką, śmiejąc się z wywalonego Niechcieja.

Mam nadzieję, że nie wróci, Kochany Pamiętniczku, bo co mi po takim niedołędze??