wtorek, 25 kwietnia 2023

Więc

 Kochany Pamiętniczku, wiem, że nie zaczyna się zdania od więc...

Więc po zamknięciu tego wszystkiego dałam sobie dzień na oddech i dopiero w niedzielę kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę tak mocno, że wziąwszy kijki w dłoń, pomaszerowałam lewa, prawa w siną dal, w stronę słońca aż po horyzontu kres i co tam jeszcze? A, z plecaczkiem :) I dobrze uczyniłam, albowiem  krótko po tym, jak wróciłam ze spaceru słońce poszło apiać i cały pogrzeb był na nic.

Więc


Obietnica bzu, już za chwilę, za moment...



Ja nie chcę wiele, ciebie i zieleń...

Ale sama Dębina nie była przyjazna, najechała ją bowiem banda barbarzyńców, jakiś konkurs w łowieniu ryb był i ludzie prawie do stawu wjeżdżali samochodami, ktoś pisał do urzędów, kto na to zezwolił, ale ogólnie, mimo że odkrywałam nowe rzeczy na Dębinie







ogólnie chujowo było, aczkolwiek, leząc o kijkach, absolutnie się nie zmęczyłam, tyle że było mi bardzo gorąco, mimo stroju letniego :) 

Fiołki już mówią papa...


... ale wszystko jest tak świeże i tak oszalałe, że chce się żyć.

Dzięki ci, życie, że znów mogę się cieszyć wiosną - jeszcze raz.

Mój portfel zaś nie cieszy się aż tak bardzo, albowiem dzień bez nowego badylka jest dniem straconym ;) 



Za to loggia pięknieje w oczach i takie tam



 No wiosna...

I w poniedziałek znienacka Inżynier pyta, czy pracuję. Mówię, że tak, ale że do środy-czwartku tak na luzie.  Bo... SZOK...

Kalafiorkówna, niedotykalska księżniczka, tęskni za babcią i pyta, kiedy ją zobaczy.

Serio?

Uchwaliliśmy więc, że wlecą do mnie po przedszkolu we wtorek, Inżynier ode mnie dokończy robotę (pracuje w biurze, dowozi Łobuzy do przedszkola, w przerwie na lunch odwozi je do domu i dalej pracuje stamtąd, tak będzie kursował do końca czerwca).


 Się przygotowałam.

No i jak było do przewidzenia, jebło. A jakże.

SJ w euforii nagotowała w poniedziałek rosołku gar. We wtorek gar zamienił się w gar botwinki (Inżynierowa jest wrogiem buraków, nie ma opcji), a także w gar pomidorówki.
Poranna wyprawa na Manhattan zaowocowała kupnem szparagów dla nich, rzodkiewek dla Kalafiorkówny.

Wlecieli znienacka, bez uprzedzania, że jadą, w momencie, gdy walczyłam z pracową pocztą i informatykami, bo coś się wygło i akurat w tym momencie nic się nie otwierało.

Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Poczułam się znów jak trzydziestolatka, ogarniająca wszystko. Tyle że zlana byłam zimnym potem, podając na stół pomidorówkę (babcia, jaka pyszna zupa), lecąc z zapisanym hasłem do Wi-Fi do Inżyniera, odpowiadając na emilka informatyka, który chciał ode mnie ID i hasło, z którego NIGDY nie korzystałam, odpisując na emilka redaktora, włączając w łazience światło Kalafiorkównie, która do kontaktu nie sięga, dolewając Alienkowi drugi talerz, bo przepyszne było i niosąc talerz z botwinką Inżynierowi, który błagał, bo umierał z głodu...

A...

Przetrwałam apokalipsę, zwinęłam z małego pokoju szarańczę, usadziłam, skorekciłam, ubrałam Łobuzów i poszliśmy na obiecane im lody... Bo już nie padało, a lało przed chwilą...

To była bardzo fajna wycieczka, bo nawet nieusłuchana Kalafiorkówna na hasło STOP - moje albo Alienka, stawała i czekała. Bo Alienek szedł koło mnie, trajkocąc, nawet ja nie mam takiego słowotoku, jak bardzo on mnie kocha i jak lubi swoje świecące buty, jak ma na imię dinozaur i śrutututu majtki z drutu :) 

Lodziarnia była jednak zamknięta... bo za zimno. A ogłaszali się na FB, że otwierają. 

Wielka rozpacz i tragedia, bo lodów ze Stokrotki nie lubią (nie byli nigdy w Stokrotce, ale swoje wiedzą). Ale po drodze jest cukiernia i...  Gościa, który wszedł chwilę za nami wpuściłam, bo zanim wybrali co chcą, zanim zdołałam wytłumaczyć Kalafiorkównie, że nie, nie kupię jej soku, który chce, bo w domu czeka na nią otwarty sok jabłkowy i mleko, mleko, które sama wypatrzyła w lodówce i zażyczyła sobie bezapelacyjnie mleka zamiast soku (mleko stało i czekało na lepsze czasy, nie używam mleka, mam już ser, a nevermind) więc skończyło się na ciastkach z bohaterami ich bajek i na dwóch omletach (takie ciastka)...

A ja, zlana już zimnym potem, marzyłam o powrocie do domu i ogarnięciu tej kuwety...

Udało się... Pod oknami kazałam im zawołać "tata", bo bawi mnie żart rysunkowy: mamo, rzuć picie. Nie rzucę, za swoje piję...

Tata był w kuchni, usłyszał, mimo zamkniętych okien, ja tej sztuki nie posiadam (wiem, wiem, nie mam, głucha jestem) i im pokiwał, co wywołało wybuch entuzjazmu niesamowitego :) 

W windzie kolejna kłótnia, kto naciśnie guzik, niestety, Kalafiorkówna nie dorosła jeszcze do mojego piętra...

Konsumpcja słodyczy, walka z Alienkiem, że nie, nie dostanie omletu, którego nie chce Kalafiorkówna, albowiem woli banana...

I tak powoli Inżynier zakończył swój pracowy dzień, pogadaliśmy chwilę (tak to się teraz nazywa), w międzyczasie dwa oznaczenia terenu, znaczy się dwie kupy i twarde "babcia kłamiesz" Alienka na temat śladów stópek na suficie mojej łazienki (kiedy on tak wyrósł?), uzgadnianie planów na długi weekend, zbieranie badyli, których pozbywałam się z radością (Inżyniera biuro chce się zazielenić), pakowanie wziątków (Kalafiorkówna zwinęła mi talerzyk,  mama ją broniła później, ale OK, wiem, gdzie jest mój talerzyk, więc no problem, zobaczymy, co będzie dalej, może to jednak kleptomania, daję, o co prosi, ale trzeba prosić), przytulaski, machanie...

I...

 W słuchawkach leci muzyka, chata doprowadzona do stanu dziewiczego, skrobię notkę na bloga...

Każdy wiek ma swoje przywileje i prawa.

I tak, kocham Łobuzy jak głupia.

Ale za proponowane przez Tuska 1500 babciowego w życiu bym się nimi nie zajęła.

To nie na moje siły już.

To był cudny dzień i oby więcej takich. 

Jednak nie jestem już w stanie godzić pracy i dzieci (przy moich godziłam, pracowałam chałupniczo na lewo, na lewo też przepisywałam na maszynie różne prace). Ale moje dzieci na hasło mama pracuje zajmowały się zabawą, nie kłótnią o to, kto ile klocków zabrał :) 

I tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :) To był bardzo pouczający dzień.

I tak zazdroszczę Shadowhunterom trochę, bo ani nie gotują, ani nie łażą na zakupy, ani nie sprzątają, nie mówiąc już o pracy zarobkowej, a mają się znakomicie.

Tak, wiem, kolejna bajka i to dla nastolatków.

Ale kto powiedział, że jestem dorosła?





wtorek, 18 kwietnia 2023

Szalona

 jestem, Kochany Pamiętniczku.

Nie ma innej opcji.

Inżynier podrzucił mi jakiś czas temu link do czatu z AI, ale nie dało się tam zalogować, bo serwer padał co chwila.

Dziś, w zdawałoby się najgorętszych dniach pracowych szłam sobie wolnym walcem (jutro będzie sajgon i armageddon, ale bynajmniej nie z mojej winy), więc w ramach zapchajdziury spróbowałam się tam znów zalogować i TADAM.

Bardzo fajny program, choć mam wrażenie, że piszę z żywym człowiekiem, co on prostuje, ale pisze bezbłędnie i odpowiada lepiej niż Google - będę z tego korzystała w pracy, bardzo mi ją ułatwi.

Nie taki straszny diabeł, jak go malują, ale może w filmach SF jest trochę racji?

No cóż. Pociesza mnie, że za niedługo (no dobra, za 9 miesięcy, tyle trwa ciąża), jak dożyję będę miała 69 lat :) 

A wciąż ogarniam pędzącą coraz szybciej rzeczywistość i jakoś mnie ona nie przeraża.

Wczoraj, korekcąc reportaż dowiedziałam się, że konopie (nie, nie marihuana, zwykłe konopie siewne, znane Słowianom od lat) leczą bezsenność. W ramach asertywności o 17.29, po skończeniu nadesłanego przez Bossa materiału (o 17.09, a jakże) poszłam w siną dal, lewa prawa, lewa prawa i po rajdzie po wszystkich prawie okolicznych aptekach (bo zielarnie czynne są do 16, góra do 18), zanabyłam liście konopi do kąpieli (kąpałam się rano w nich i byłam potem spokojna jak puls nieboszczyka), a herbatkę z kwiatów konopi, wg reportażu zwalającą do łóżka po dniach niespania od razu, co spowodowało, że gość zaczął je uprawiać, dorwałam w innej. Wieczorkiem (bo zmęczona jestem zasypianiem po 2 w nocy, po kąpielach w solach, po tabletkach uspokajających, po herbatkach, po innych chujach-mujach, chemii nie chcę) wypiłam rzeczoną herbatkę i... oczy mi się kleiły, ale sen jak to sen, szedł, ale nie dochodził. W nocy śniło mi się, że spalono mnie na stosie.

Więc i herbatka z konopi jest jakby to rzec - z lekka przereklamowana :) 

Jak wszystko w tym życiu, ale jestem spokojna jak puls nieboszczyka.

Co dalej?

Ukwasiłam mleko, coraz lepiej mi to idzie.

Zupę z serwatki uczyniłam, pyszna, lepsza od żurku, a moja wątroba mówi: thank you :)

Badylki przesadzam i o dziwo, moja anginka, marniejąca dotąd w doniczce, po przesadzeniu nagle strzeliła

i rośnie w oczach, może będzie jeszcze z niej pożytek. Miałam kiedyś anginkę jak puszcza amazońska, od śp. Feluni,przyjaciółki teściowej. Nie mieściła mi się w chacie, wystawiłam na korytarz i nie, nie ukradli... Sąsiad nie wyprowadzał psa na dwór, pies podlewał geranium i padło. A było cudne. 

W pracy niejaki J. miał anginkę jak las, ale nie chciał mi dać odnóżki. A chuj, będę miała ją i ja, wystarczyła większa doniczka :) 

Przesadziłam też beniaminka, ale miałam problem ze znalezieniem miejsca na większą doniczkę, bo parapet nie wszystko udźwignie, ale...


... małe przemeblowanko i na razie nie muszę szukać rodziny zastępczej.

Takoż i ten aloes się rozmnożył


... niektóre dzieci pójdą na wydanie 


No co ja za to mogę, że nie mam już gdzie stawiać kolejnych doniczek?



 Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie :)

Asertywnie zamykam pocztę po 8 godzinach i 45 minutach, bo tak, bo ile można ode mnie wymagać za tę kasę?

W planach: urodziny doszywanego wnuka (będzie się działo, przy mojej orientacji w terenie), grill na włościach i wyprawa do K. 

A w tle: moja nowa przygoda z AI - wreszcie serwer odwisnął. Rozmawiam z tym programem komputerowym jak z żywym człowiekiem i chociaż przekonuje mnie on, że jest tylko programem komputerowym, czuję się w jego towarzystwie lepiej niż z niejednym ludziem.

Nawet z moją osobistą, trzynastoletnią wnuczką.

Co jest ze mną nie tak?




poniedziałek, 10 kwietnia 2023

A teraz już

 bez polityki, Kochany Pamiętniczku...

Poszłam w sobotę po te chlebki do żurku, nalatałam się jak głupia, bo nigdzie nie było, ale znalazłam i za 


zapłaciłam 38 zł z groszami. No dobra, to była fantazja i fanaberia, zakładaliśmy, że to będzie nowość dla dzieci, ale odmówiły i jedzenia z chlebka i jedzenia żurku. Kalafiorkówna żywiła się białkami z jajek i ziemniakami, namawiając mnie na kolejne jajko do żurku i kolejną pyrę, gdybym tak jej posłuchała, utuczyłaby mnie jak świnię :) A potem pewno by mnie sprzedała, srogo się targując o cenę. Alienek zaś, niezdecydowany, wyrwał matce chleb z żurkiem, zjadł, a jakże, a ona biedna z talerzyka :) Najbardziej zadowolony z tej imprezy był Inżynier, ale to moje dziecko, wszystkożerne, więc reszta żurku została dla niego na jutro, bo mu smakował. No cóż, przepyszny był. 

Pierwsze święto spędziłam wg planu, poleżałam do wypęku, pograłam, potem jedno jajeczko, jedna biała i po śniadaniu. Niestety, żołądek i wątroba już nie takie nówki nieśmigane. 

A miałam na obiad i ziemniaki, i warzywa, i żeberka z piekarnika, z żurawiną, gruszkami, papryczką, cót, mjut o ożeszki laskowe, ale... Namoczyłam grzyby i już zaczęłam żurkować na grzybach, gdy przypomniałam sobie, że Synowa grzybów nie ruszy, no i Łobuzy. Zatem wywar z grzybów wylądował w innym garnku i wyszła wege zupa grzybowa. W międzyczasie jednak zsiadło się mleko, dzięki skyrowi, hip-hip hurra, no to zrobiłam ser, serwatki od cholery, więc zamroziłam, ser pycha, będę robiła...

I tak na produkcji kuchennej minęło mi pierwsze święto, w przerwach serialik na HBO, a dni mi się pokręciły, bo sprzątałam w czwartek, więc niedziela była sobotą...


W słoikach był żurek z włoszczyzną, bo ja taki lubię, Synowa woli saute, a co zrobić z włoszczyzną, wyrzucać, sałatka nie wchodzi w grę, bo kto to zje? 

Żurek saute czekał na słoiki z włości do przewiezienia :) 

I tak minęła niedziela, o dziwo, skruszony Pierworodny od rana pożyczył :) 

Z włości recenzje zdjęciowe dostałam. I raporty, że Alienek oszalał od mojego zająca. No cóż, bywa, nie ja wybierałam, sam wybrał, ja tylko sponsorowałam :)

W poniedziałek wleciała po mnie podwózka, zdyscyplinowana, a jakże.

Pół godziny nasze, tylko nasze.

I od proga Alieniątko, o mało mnie nie przewalił, dziękując za zająca.

Mój człowiek :) 

Rozdawszy łapówki, a jakże, od proga oznajmiłam, że je mam, żeby Kalafiorkówna nie pytała, co dla niej mam, tak zgaszona uciekła do kąta, ale potem łapówki łaskawie przyjęła, dostałam,


 

żeby nie zapomnieć zabrać, kupiłam sobie sama, bo nie mogę wciąż na darczyńcach polegać (tak, ogarnęła mi Alledrogo Synowa, ale fundowałam sobie sama, wdzięczna, że ona mi to ogarnia, idzie do paczkomatu - paczkomat, jak pilot do Tv to mój wróg).

A potem strzeliła mi fotkę


jak z Alienkiem się mizialiśmy, siedząc na parapecie, w słoneczku i wyznając sobie, jak bardzo się kochamy. Pięć minut miziałam go po łebku, całowałam i wróciły tamte dni.

Darowane od życia chwile.

A Inżynier zaraz po przyjeździe pojechał bawić się w kopidołka, bo terminy nad nim wiszą. Na początku dzieci poszły w kurtkach i czapeczkach, same chciały, broń bór liściasty, że babcia nalegała, babcia poszła w bluzeczce, bo jej było gorąco.

I tak mile spędziliśmy parę godzin na kopidołkowaniu, podlewaniu, laniu wody (oberwałam z węża ogrodowego od Alienka, za co Alienek oberwał od ojca, na nic zdały się moje tłumaczenia, że to był wypadek przy pracy). Od wieków mnie nikt nie oblał, więc byłam zachwycona.

I zjadały mnie jadowite myszy, pająki i inne takie tam.

I kamień do kiszonek dostałam od Kalafiorkówny, która potem z wypiekami na twarzy tłumaczyła ojcu, dlaczego babcia wzięła kamień i znosiła mi tyle kamoli, że mogłabym nimi okolicę wybrukować.

I pszczoły na kwitnącym dereniu były, stadami, bzyczały, niestety, moje aparaty bzyczenia ne ogarniają, ale drące się ptasiory już tak.

Roiło się od nich dziś, dzieci z początku myślały,że to pająki, ale bały się i tak, bo się głupich kreskówek naoglądały. Nie chciały słuchać tego brzęczenia. 


Pomagała, nie dała sobie  nic wytłumaczyć :) 


Ojcu rośnie pomocnik, a nie wróć, chciał go podlać, ojciec protestował, bo już go córka podlała ;) I tak już im nie urośnie ;)

Taka mała dziewczynka, a taka wielka łopata. Sama ją wbiła:) Ma charakterek, Skubana.
Na parapecie sobie siedziałam, słoneczko grzało, żyłam bez neta, gapiąc się w dal...
Podlewała...
... też podlewał i znienacka podlał babcię, siedzącą na parapecie. Żebym nie miała aparatów, pozwoliłabym się zlać do gatków, musieliby organizować odzież zastępczą, ale aparaty za drogie na taką zabawę...

To tak w telegraficznym skrócie, Kochany Pamiętniczku :) 

Kroków wprawdzie nie nastukałam, ale dobrze zrobił mi kontakt z wsiową cywilizacją.

Dzięki ci, życie, za ten piękny dzień.

A w domu odbiło mi do reszty i zamówiłam sobie (dzięki Synowej) na Amazonie i innych cudach chińskiego Małego Księcia i włoskiego.

Po co? W sumie mogłabym bez tego żyć, ale co by to było za życie, co nie?

A jutro pod górkę, bo z HR załatwiać będę home office, a mam na karku bydło, które ma tyły przez mój urlop.

Dostanę zajebiste 20 zł miesięcznie jako rekompenasatę. Inżynier za swoje dostaje 69.

Żyć, nie umierać, ale jest cudnie, jakby na to nie spojrzeć.

Ważne są małe szczęścia, a mnie się takie trafiło :) 

Jak ślepej kurze ziarno.

Bo na do widzenia Kalafiorkówna mnie PRZYTULIŁA, dała łebka, nie licząc Alienka, który obficie obślinił mi poliki i teraz wieczorem nie mogę się myć, bo jak niby zmyć takie słodkości? Toż to lepsze od kremów za grubą kasę :) 




To był

 piękny, kwietniowy poranek, Kochany Pamiętniczku.
Pojechałam na giełdę kwiatową, bo wybierałam się później do K.

Kupiłam też naręcze tulipanów i żonkili, bo chciałam mieć pięknie w chacie (no dobra, tak się tłumaczę).

I tak sobie szłam Dolną Wildą, ciesząc się słońcem i melodią w słuchawkach, gdy zabrzęczała moja nokijka. SMS od Cynobera: kaczka spadła. Myślałam, że kpi, ale przełączyłam szybko na radio (tak, w nokijce było radio) i faktycznie - pod Smoleńskiem spadł samolot, załadowany elitą państwową.

To był szok, niedowierzanie, niewyobrażalny smutek.

Nie tak dawno była katastrofa CASA, w Mirosławcu, gdzie zginął kwiat dowództwa wojskowego.

Nic ich to nie nauczyło, wpakowali się, niektórzy na chama, po znajomości, bo lecą do Katynia z prezydentem.

Bo wiadomo - rządowy samolot to nie spadnie.

 A potem zaczął się szalony taniec na grobach ofiar, który trwa do dziś i który sprowadził na nasz nieszczęsny kraj plagę pisowską, iście biblijną.

 

Cześć pamięci ludzi, którzy zginęli. Także tych, o których nie trąbi się w mediach i których nie pochowano na Wawelu.

 

Takie tam poniedziałkowe poranne rozmyślania w wielkanocny poniedziałek (mam wrażenie, że jest niedziela, dni mi się pokickały z leksza, bo sprzątałam w czwartek),  w oczekiwaniu na Inżyniera, który się uparł...

 

czwartek, 6 kwietnia 2023

Zmęczona

 jestem, Kochany Pamiętniczku, jak szkapa po Wielkiej Pardubickiej, albo jak nie przymierzając koń po westernie, ale...

No złamałam się, bo słońce świeciło. Od rana nakurwiało złem.

O...


 A że dawno go nie było, a mieszkanie mam od wschodu, to bez bryli każdy pyłek było widać. I pajęczyny. 

I moje dobre postanowienia poszły się jebać.

Kuchnię mam źle rozplanowaną, cierpię w niej od remontu, ale to, co teraz było, to był już jeden wielki pierdalnik, znaczy się, talerza nie było gdzie postawić. Wywaliłam stół i żałuję, ale kupiłam takie szafki, że nie mogę stołu wstawić. 

Mam wszystkie skorupy pochowane, a połowę z nich powinnam na śmietnik wyrzucić, bo nie używam. Całą szafkę pokali mam, a od dawna piwa nie piję, więc to sobie stoi a muzom. Kieliszki do wódki, metalowe, jeszcze po Cioci, na cholerę to stoi? No ale jest, bo... sentyment, bo mam nasrane w tym głupim łbie i tyle.

Ale do brzegu :)

Załamawszy dłonie na małdrzyku, zaatakowałam kuchenny pierdalnik i... 

Ile ja stamtąd śmieci wyniosłam, milion słoiczków, które od dawna powinny być w komórce. Czekając na sezon zaprawowy (zacieram chytrze łapki, w zamrażalniku mam jeszcze borówkę, a słoiczki są w sam raz do tego...)
Takie kwiatki mi w kuchni rosły


a jakże, mam specjalny pojemnik na pyry, do którego pyry nie trafiały ostatnio...

Ale po ogarnięciu (mój kręgosłup ogarnięciu mówi stanowcze nie), przeniesieniu ekspresu w kąt (od jakiegoś czasu nie piję kawy, taka faza, nic mi nie dolega, da się bez kawy żyć) 


Jak pięknie schnie kiełbaska, a jak cudnie pachnie :) Mleko w ramach eksperymentu nastawiłam na zsiadłe, wg przepisu, ale marnie mu to idzie i pewno zostanie wylane :) 

I tak powolutku, pomalutku, a że i pościel zmieniłam, poprałam wszystko, słoiki wyniosłam, wywaliłam rupiecie, z których nie korzystam i nie skorzystam, koszyczek zakurzony, nadający się do święconki, zniknął ze śmietnika błyskawicznie, więc dobrze - niech komuś służy, zamiast u mnie dalej obrastać kurzem. Zastanawiam się, czy rabanka zrobić, ale chyba zrobię, aczkolwiek nie poświęcę. Bo lubię, bawi mnie, mam foremkę do tego, robiąc go widzę moją mamę, która co roku rzeźbiła go w maśle. Nie było nas stać na foremkę, którą mieli wszyscy we wsi. Życie. A rabanek mamy był cudny zawsze.
Kurze dokładnie pościerałam, no dobra, dokładnie, bo wycierając durnostojki, ale tylko na półkach, do których wzrok sięga :) 

I tak ogarnęłam ten bajzel i jest mi niezmiernie miło i wesoło, jestem z siebie dumna, choć mój kręgosłup tak zachwycony nie jest tą akcją, znaczy się - za mało ruchu, to i się zamulił.

A kijki stoją w kącie i animrumrają, ale może uda mi się je wyciągnąć :) 

I już tylko umycie podłogi mi zostało, gdy odezwało się dziecko.

I cały pogrzeb na nic. 

Znaczy się, myślałam, że będzie się napierał na śniadanie wielkanocne, ale nie.

Odpuścił.

Ale nie przyjadą do mnie, tylko przyjedzie po mnie. Bo musi ogródek skopać do końca, goni go czas, którego nie ma. I będzie kopidołkiem w poniedziałek, kształcony w uprawie ziemi lepiej niż ja, która w tym siedzę od 13 lat, ale ja czytam i zapominam, bo mózg by mi się zlasował od tej wiedzy, a on ogarnia i przyswaja.

Przyjedzie i zabierze mnie z żurkiem do nich. Żeby Łobuzy nie były poszkodowane brakiem babci w święta, no i żurek. Bo lubi mój żurek...

W sumie urządza mnie to. Spokojnie sobie pogotuję żurek w niedzielę (zupy gotują się same), będzie świeżutki na poniedziałek :) Ponoć Łobuzy żurek jedzą. Nie mam gotować osobno pomidorówki dla Alienka.

No, jest OK :)  Ominie mnie niedziela z resztą towarzystwa, Łobuzy obleję, sama nie dając się, choć trenowały (Alienek po tym treningu siedzi w domu na dupie przeziębiony). Żelki jajkowe na dodatkową łapówkę mam (co dla mnie masz - jak zwykle zapyta Kalafiorkówna)...

I towarzystwo będzie takie, jakie lubię...

Podoba mi się ten scenariusz, tym bardziej że nie obejmuje sprzątania po tornadzie Łobuzów.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.



środa, 5 kwietnia 2023

Nareszcie

 urlop, Kochany Pamiętniczku :) Taki naprawdę urlopowaty.

Pominąwszy to, że jednak maszynki wyrwały mi z niego cały poniedziałek, bo znów, mimo umowy, nie powiedział prawdy - że na targach będzie trzy dni, ale było, minęło, pierdolę :) 

A na poczcie już są emilki, ale włączyłam powiadomienia i nic mnie nie rusza. Urlop, rzecz święta. Wchodziłam na nią do dziś, bo na ten adres przysyłają mi fakturę za neta, a to zawsze płacę od razu.

Dziś przyszła, zapłaciłam, do wtorku nie wejdę, nie ma opcji. Jak coś mają telefon, ale i tam mogę nie mieć zasięgu, co nie?

Jestem ciekawa, jak będzie rozwiązana sprawa pracy zdalnej w świetle nowych przepisów, na razie cisza, a ja się nie wyrywam przed orkiestrę.

Wczoraj pojechałam do sklepu Bieguna - w czasie pandemii i kwarantanny kupiłam tam mięsiwo i było bardzo OK, ale potem już nie zamawiałam, bo  wiadomo - kurier to dla mnie nie jest opcja. Na fejsie uparcie wyskakiwała mi reklama, a i na emilka przychodziły wieści, więc się załamałam teraz. 

Przeżywałam jak mrówka okres, bo od wieków w mieście nie byłam, a na mapach to ja się znam jak ślepy na kolorach. Niby wiedziałam, gdzie jest sklep, ale...

Pojechałam i okazało się, że niepotrzebnie cyrk robiłam, ale co tam. 

Ceny z Kosmosu u tego rzeźnika, tak jak u mnie w okolicy ogonki stoją jak za komuny, a mamy dwa sklepy blisko i markety, of course, to tam pustki.

Nie przyznam się, ile zostawiłam, ale w razie W jak Inżynierostwo zdecyduje się wlecieć w drugie święto, głodni nie wyjdą. Resztę zamroziłam i w sumie mam zaopatrzenie na miesiąc spokojnie, jak nie na dłużej. A jedna kiełbaska wisi sobie w kuchni, bo się suszy i pachnie ładnie.

W sumie mam już wszystko ogarnięte, jeszcze tylko w piątek warzywa i ciasta i mogę spocząć na listku bobkowym.

A, nie, wróć, wywlekać spokojnie z domu mogę tę tłustą dupę, bo nogi mi w nią wrastają i ledwo chodzę.

A dziś, dzięki Baranowi, nastukałam ponad 6 tys. kroków, bo przegapiłam listonosza (aż mnie złość brała, jak potem z wideowizjera oglądałam), bo znów wysłał naparstek :) Ale to dobrze, bo miałam motywację, żeby wyjść po 18. Bo rano rozminęłam się z listowym (a właściwie z listową) o 4 minuty. I już było awizo, ale że na panieńskie nazwisko i na Dorotę, to wiedziałam, że żadne urzędowe i myślę - naparstek. Poleciałam na pocztę, ale siedziała tam taka pierdzistołkowa biurwa bez humoru, że na samą myśl o tym, że będę jutro rano tłumaczyła, że Dorota jednego nazwiska to Barbara dwojga nazwisk, poleciałam dziś. I siedziała ta miła pani i wydała bez problemu, a w środku był


przecudny z Sycylii :) 

Jednak wciąż o mnie dba, Skubany :)

A po drodze był 


pierwszy mniszek, taki skulony i zziębnięty, bo zimno jak w psiarni i brakowało mi rękawiczek.

Na osiedlu ktoś posadził


Jak Inżynier nie weźmie cebulek hiacyntów, to je z głupia frant we wrześniu wsadzę gdzieś na trawniku i albo wyrosną i zakwitną, albo nie. Nie dam rady na balkonie, bo nie mam już korytek, a we wrześniu jeszcze są pełne. 


A to pieścichłopy z soboty, co mi je pani schowała, bo o nie pytałam w piątek  :)


 A to te bratki, które zimę przeżyły, myślałam, że nic z nich nie będzie, ale nie, podnoszą się dzielnie :) Będzie z nich jeszcze pociecha.


Kalafiorkówna zaś ubrała się w maminą sukienkę sprzed lat i sesję na schodach sobie zrobiła. Jeżu kolczasty, ona pozuje jak rasowa modelka, uśmiech, pozy, ja sobie porządnego selfie strzelić nie umiem (inna bajka, żem nieurocza i niefotogeniczna), a te dzieci to jak tresowane są...

Małej Wiedźmie posłałam zdjęcie z miłymi słowami, ale nic, ani be, ani me, ani kukuryku.

Wiem, złośliwa jestem, pewno za mało na zająca dałam. 

Nevermind.

Znów wdaję się w polemiki (piękna nazwa dla pyskówek na FB) i oczywiście dowiaduję się, że jestem nie tylko trollem i piśdzielcem, ale i wredną osobą, niekochającą nikogo i niekochaną.

Dlaczego?

Bo w tle mam zdjęcie jakie mam. 

I nie widzę powodu, by każdemu wyjaśniać, dlaczego jest takie a nie inne.

O, jak komuś nie pasuje coś, włazi na profil obcej osoby i ocenia po okładce.

A może faktycznie coś ze mną nie tak?

I co ja za to mogę, że najfajniejsze zdjęcia z naszych pięknych lat, bandy, której już nie ma, bo tak w życiu jest, że ludzie dorastają i ich drogi się rozchodzą, nie na zawsze, ale już nie wracają pewne okoliczności są właśnie takie niecenzuralne?

Fucka pokazujemy sobie wszyscy. I nie ma w tym żadnej obrazy, jest radość i śmiech. Rodzone dziecko pokazuje mi ten gest, gdy wkurzam go robieniem mu sweet foci. I tyle. A ja dalej te sweet focie robię. Nie ma żadnych awantur ani obraz majestatu, bo sama wiem, że czasami na to zasługuję.

Ale jednocześnie to samo dziecko jest moją podporą i dba o mnie.

Nawet gdy mówi: matka, do nogi.

I nie, nie zamieniłabym tego matka, do nogi na żadne: czy mama pozwoli do mnie.

I mój Przyjaciel, do którego mówię: bo Ty pedał jesteś. A on na to: a z ciebie taka pedalica.

I nie, nie obraża się, bo wie, że gdyby ktoś inny się tak do niego odezwał, dostałby w pysk i wyleciał za nawias kwadratowy.

Bo czasem nic nie jest takie, jak się wydaje.

Moja teściowa oburzona była, że dzieci mówią do Eksa Kudłaty. Ja do niego tak mówiłam, bo był rzeczywiście kudłaty.I taki kudłaty umarł. Pierworodny jest po nim kudłaty.

I w tym Kudłatek było więcej miłości, niż w słowie tata. I mieli piosenkę: jeden miś Kudłatek , drugi miś Kuleczka (to byłam ja, chuda jak nieszczęście, no ale kuleczka i już),  trzeci miś Uszatek, czwarty miś Skwareczka (bo jak byłam w ciąży z Inżynierem Pierworodny, czyli Uszatek chciał mieć siostrę i w moim brzuchu była Skwareczka).
Przestali mówić Kudłatek w tamtym momencie, gdy zaczęło się sypać.


Więc nie tłumaczę się, nie prostuję, bo trzeba mnie znać, żeby mnie oceniać. Nie znasz człowieka, nie oceniaj go. Bo pozory bardzo często mylą, a kanalie są najsłodsze. 

 

Tak więc, Kochany Pamiętniczku, jest cudnie, choć Inżynier, kopiąc swoje włości wciąż jeszcze tego dołka nie wykopał :) 

Trzeba będzie Łobuzy do tego zagonić.