piękny, kwietniowy poranek, Kochany Pamiętniczku.
Pojechałam na giełdę kwiatową, bo wybierałam się później do K.
Kupiłam też naręcze tulipanów i żonkili, bo chciałam mieć pięknie w chacie (no dobra, tak się tłumaczę).
I tak sobie szłam Dolną Wildą, ciesząc się słońcem i melodią w słuchawkach, gdy zabrzęczała moja nokijka. SMS od Cynobera: kaczka spadła. Myślałam, że kpi, ale przełączyłam szybko na radio (tak, w nokijce było radio) i faktycznie - pod Smoleńskiem spadł samolot, załadowany elitą państwową.
To był szok, niedowierzanie, niewyobrażalny smutek.
Nie tak dawno była katastrofa CASA, w Mirosławcu, gdzie zginął kwiat dowództwa wojskowego.
Nic ich to nie nauczyło, wpakowali się, niektórzy na chama, po znajomości, bo lecą do Katynia z prezydentem.
Bo wiadomo - rządowy samolot to nie spadnie.
A potem zaczął się szalony taniec na grobach ofiar, który trwa do dziś i który sprowadził na nasz nieszczęsny kraj plagę pisowską, iście biblijną.
Cześć pamięci ludzi, którzy zginęli. Także tych, o których nie trąbi się w mediach i których nie pochowano na Wawelu.
Takie tam poniedziałkowe poranne rozmyślania w wielkanocny poniedziałek (mam wrażenie, że jest niedziela, dni mi się pokickały z leksza, bo sprzątałam w czwartek), w oczekiwaniu na Inżyniera, który się uparł...
A co sie bede powtarzac, skopiuje moeje wspomnienie z fb:
OdpowiedzUsuńTego dnia bylam na silowni w McFit. Akurat wedrowalam sobie pod gorke na biezni, zerkajac na monitory wewnetrznej telewizji, gdzie leciala muzyczka, pokazywano jak prawidlowo wykonywac cwiczenia, puszczano kreskowki, a o pelnych godzinach nadawano skrot wiadomosci i prognoze pogody. Wtedy przeczytalam, ze pod Smolenskiem spadl polski samolot i ze nikt nie przezyl. Nie dokonczylam treningu, pojechalam do domu i przez caly dzien ogladalam telewizje. Mialam cien nadziei, ze jednak ktos z tej katastrofy wyszedl zywy...
A potem juz rozpetalo sie smolenskie pieklo, ktore trwa do dzisiaj. Skutecznie dosc trwa, bo o ile na poczatku jedynie 12% Polakow bralo pod uwage zamach Rosjan na polskiego prezydenta, to dzisiaj w te teorie spiskowa wierzy juz ok. 50%. Towarzysz Goebbels kiedys wspomnial, ze klamstwo powtarzane odpowiednio czesto zmienia sie z czasem w prawde, a towarzysz Kaczynski dobrze o tym wie, ze nie wspomne o towarzyszu M., ktory "bezsprzecznie udowodnil" na parowkach i puszkach, ze Putin sie zamachnal na prezydenta tysiaclecia. Cyrk cyrkiem pogania, ale zadne dzialania nie sa w stanie zagluszyc wyrzutow sumienia brata, ktory swojego blizniaka wyslal na pewna smierc i na tej jego smierci zbudowal sobie dzisiejsze zlodziejskie imperium. Gdyby nie ta katastrofa lotnicza, pis dawno juz odszedlby w niebyt.
Jak najbardziej się z Tobą zgadzam, z ostatnim zdaniem. Dla mnie takimi dniami był w moim życiu dzień, kiedy dowiedziałam się o bratniej pomocy w Czechosłowacji, wciąż widzę, jak opieram się o piec kaflowy i modlę, by ojca nie wzięli do wojska. Potem strajk w Stoczni Gdańskiej, ale wtedy aż tak się nie trzęsłam, bo nikogo mi nie mogli brać. 11 września - bo jak to, zaatakować Amerykę - Pearl Harbor nie był dla mnie taką traumą. No i 10 kwietnia, jak pisałam. Każdy ma z tego dnia swoją historię. Ale konsekwencje tego dnia ponosi cały naród.I to jest tak tragiczne.
Usuń