poniedziałek, 31 grudnia 2018

Żyję



Kochany Pamiętniczku, złego diabli nie biorą, a jakże :)
To był długi i ciekawy miesiąc, a działo się i działo.
Większość czasu chodziłam zła, nadęta i wkurwiona na maksa, bo tak. Bo czułam się jak koń w kieracie, jak lew w klatce i jak małpa na łańcuszku, tańcząca w takt katarynki.
Zdjątek nie będzie, wrzucę je hurtowo jak wrócę do domu, bo zgrywanie na netbooka jest ponad moje siły.
Więc tylko ku pamięci „W pustyni i w puszczy” napiszę.
W niedzielę  zaraz pojechaliśmy do St. Albans na jarmark świąteczny i potem do restauracji rybnej na moje małe urodzinowe co nieco. Jeszcze przed wylotem do UK Inżynier dał mi namiary na knajpę i miałam sobie obczaić menu. Zażyczyłam sobie fish and chips, choć naprawdę zjadłabym homara, ale nie wiedziałam, jak się do niego zabrać. Inżynier powiedział, że w pracy obśmiali mój wybór, aż echo niosło. Wobec tego zamówiłam talerz owoców morza i naprawdę było przepyszne :) I toaścik był, więc spoko wodza.
Jednak w same urodziny synowa się nawet słowem życzenia nie zająknęła, aczkolwiek z zakupów przywieźli balon okolicznościowy, którym z zachwytem bawił się i Alienek, i Edek. Wyrywali go sobie nawzajem.
A i torcik był, aczkolwiek bez świeczek, nie powiem więc - obiektywnie - ani słowa złego.
W niedzielę zaś tydzień później wpadliśmy do Pierworodnych z wizytą urodzinową u Papryczka, zostawiając przy okazji prezenty gwiazdkowe - jak się później okazało, była to bardzo mądra decyzja :) Wizyta była udana, świetna, aczkolwiek Papryczek mnie przeraża z lekka, bo mówi po angielsku (TV, leci u nich non stop i przedszkole), mimo upomnień Małej Wiedźmy, że ma do mnie mówić po polsku. Mówi zaś po angielsku tak niewyraźnie, że nie rozumie go nawet Inżynier, który język zna perfekt. Biedne dziecko, ale cóż...
No a potem leciały szare, zwykłe dni, a we mnie narastała z każdym z nich frustracja i ślepa furia. 
Wszystko robiłam źle i nie tak, ale już mi się nawet wyliczać nie chce, zapominam, wykreślam, wymazuję, bo po co rozpamiętywać.
Ale jedno mnie zastanowiło: to ja cały miesiąc miałam Alienka na wyłączność i to nie dlatego, że musiałam, ale po prostu chciałam. Chciałam ją odciążyć, a i o Inżynierze myślałam, bo to on w galopie robił wszystko po powrocie z pracy. Więc od chwili, gdy rankiem obejmowały mnie za szyję te małe łapinki, często klejkie i natarczywe, z ostrymi pazurkami, aż do 22-23, kiedy nieśpiącego, a padającego ze zmęczenia zabierali do małżeńskiego łoża, żeby go uśpić, wszystko robiłam ja. Bo mogłam :) Najfajniejszy moment dnia to zawsze była kąpiel. Wywalczyłam płyn do kąpieli i od tej chwili była to jeszcze większa frajda, bo oczy mu się śmiały ze szczęścia, gdy widział, że mnie ochlapał. Kieckę miałam zazwyczaj mokrzuteńką, ale tam gorąco, 24 stopnie, to schło jak na psie. Problemem było karmienie, bo godzinę po posiłku stał przed lodówką albo szafką i jęczał rozdzierająco. Za to kupiszony walił, że ojapierdolę :) I jednego takiego sprzątałam kąpiąc, bo inaczej się nie dało. A Synowa, że ona by w życiu nie dotknęła kupy gołą ręką... Że to odrażające... WTF?? U dziecka? U bliskiego? Już wiem, że z okna skoczę jak coś. Zamknęłam jadaczkę zaciskając zęby, ale w środku mi grało, no bo jak to? Kotom dupę podcierają, koty prosto z kuwety siadają im na stole, na blacie kuchennym, sadzają dupę obok żarcia, kubka i jest spoko, a kupa dziecka to odrażające? I nie, Inżynier nie ma takich zahamowań. 
Nauczyłam się przeżuwać złość w milczeniu, bo szkoda jęzora na głoszenie spraw oczywistych. Że dawanie dziecku wszystkich tych eko i organic, sranic, nie jest dobre. Że kurwa, można owoc umyć. Obrać i podać, a nie dawać gotowca z marketu, trzymanego w plastiku i krojonego nie wiadomo gdzie i nie wiadomo przez kogo. Że gotowe paluszki rybne to nie cuda wianki, ale syf. I tu nawet Inżynier mnie wyśmiewał, że się nie znam. Więc morda w kubeł, bo po co kopać się z koniem?
Wigilię zaczęliśmy robić na ostatni gwizdek i zaczęła się jazda, bo wszystko w polu, a ona musi do szpitala. No cóż, pojechali. Nakarmiłam dziecko normalnie, bo przecież mu bigosu ani śledzi nie dam, a tylko to było. Ze szpitala wrócili, bo nic się nie działo, ale miała się w samą Wigilię zgłosić na oddział. To pojechali znów, na głupiego jasia, nawet prezentów dla dziecka nie miałam, bo nie miałam zielonego pojęcia, gdzie schowane. Wrócili, bo na oddziale nie było miejsc. Więc była i wigilia, i prezenty, choć o 20 :)
25 z rana pojechali do szpitala, a 26 po południu urodziła się Kalafiorkówna, cud miód malina dziewczyna. Niestety, kupsko do wód płodowych strzeliła i w związku z tym dostała antybiotyk i posiedzieli w szpitalu do soboty. Badania nic nie wykazały, więc wypisali ich w sobotę, ale w związku ze świętym Biurokracym zlądowali w domu przed 20 dopiero. 
Moje sam na sam z Alienkiem było survivalem, w sensie że... koty :)
Samo dziecko, samo ze mną (ojciec wpadał jak po ogień, wykąpać się i zakupy podrzucić, mają dziwny sposób kupowania, mniejsza z większym, w pobliżu nie ma nic, w czym mogłabym chociażby chleb kupić) funkcjonowało prawie jak szwajcarski zegarek, aczkolwiek żebranina o jedzenie była porażająca. I nie, nie głodziłam Alienka, zwanego też roboczo Pyzą, po prostu dostawał attacus histericus po każdej odmowie słodyczy z „tej” szafki. Bo skoro na drugie śniadanie zjadał solidną porcję szarlotki, własnoręcznie upieczonej przez ojca (dwa standardowe trójkąciki) plus dwa banany i opakowanie malin, to chyba nie miał prawa 1,5 godziny później konać w męczarniach z głodu? A darł się tak, jakby go ze skóry obdzierano i zastanawiam się, czy sąsiedzi są głusi? Bo spodziewałam się w każdej chwili desantu z ichniego MOPS-u i ciary mi po skórze chodziły :)
Noc to inna bajka. Prędzej czy później zasypiał ze mną w małżeńskim łożu, słuchając kołysanek z telefonu i buntując się, że ja oglądam Dynastię czy inny badziew, bo on chciał „Puppy”, znaczy się, Psi Patrol, który ja rzygałam... Bo to na TV leciało, jak musiałam coś upichcić, żeby trzymać małego „daj, babcia, pomogę” z dala od noży, kubków, garnków i innych atrakcji, a zwłaszcza od gorącego piekarnika. Mają kuchnię połączoną z livingiem i nie ma innej opcji na udupienie dziecka, które nie ma południowej drzemki, a jak już pada, to koło 17 i potem może do rana wędrować. Łoże olbrzymiaste, ale mały wędrowiec spał tak, że miałam mniej miejsca dla siebie niż na sofie w kuchni. Ale przesypiał całe noce i rano budził się wypoczęty, rzucając się na mnie po wypierzeniu się i obśliniając moją mordę okrutnie. 
Fajne to było, ale...
Na wysokości mojego nosa, niecały metr od niego stała kocia kuweta. Ojaciepierdolę, nawet gdy była sprzątnięta, zapach żwirku powodował u mnie ból głowy. A mnie głowa nie boli. Pierwszej nocy o 23 Edek zesrał się tak, że nie wiedziałam, co otworzyć, żeby smród wywietrzyć. Drugiej nocy zamknęłam już drzwi od sypialni i w dupie miałam koty, ale... coś mnie tknęło i gdy Alienek zasnął, wstałam. Znów kupsko.
Mówię Inżynierowi o tym, a ten, że biedne kotki to pewnie Alienek stresuje, przepędzając je.

Zero zrozumienia dla mnie, a i myślę, jako że większość bywalców tu jest kotowata, że przesmradzam. Nie, nie przesmradzam, trzeba było, to sprzątnęłam, życie. Ale ja się tu nie prosiłam, po prostu zostałam w to wrobiona zrządzeniem losu. I wytrzymałam cały miesiąc w kłębach kociej sierści, w brudzie, bo przez cały miesiąc nie była myta podłoga, bo nie. Jak dla mnie to niekomfortowe warunki, i nie, sierść sierściuchów w moich świeżo wypranych gaciach mnie nie rajcuje i nie kręci. I nie, nie doładowuję się emocjonalnie, głaszcząc sierściuchy i trzymając je na kolanach. A pchały się na mnie, jebane, nawet kocica, która ludzi omija kołem. Nie wiedziały, głupie, że ja złą kobietą jestem?
Jęczą, że nie mają miejsca, a mieszkanie zagracone dwoma potężnym drapakami, na których koty nigdy prawie nie leżą, a jeśli już Edek ośmieli się wejść, to dostaje lanie aż miło. Edek zatem egzystuje na krzesłach pod stołem, o ile go stamtąd Alienek radośnie nie wypłoszy, albo w wannie, skąd nie chce wyleźć za Chiny Ludowe i trzeba siłą wywlekać 8 kilo żywego kota. Arya zaś siedzi na szafie, gdzie jej nie widać (com ja się kota naszukała, bo miałam przykazane sprawdzać co parę godzin, czy koty żyją, jakby jebane ani myślały zdychać. Dwa małe drapaczki stoją też bezużytecznie, albowiem koty upatrzyły sobie moje walizki, dając spokój kanapie. I łażąc po mnie bezkarnie kilka razy w nocy, bo przez kanapę wiodła droga do wodopoju w formie fontanny, który zajmuje jakieś 60 cm blatu kuchennego :) Synowa zaś zawsze PODKREŚLA, że jej kłęby sierści nie przeszkadzają w życiu. Jako że mi nie przeszkadzały nigdy sterty gazet i książek, które przeszkadzały mojej teściowej, morda w kubeł. I w milczeniu cierpiałam okrutnie :) 
Nie przeszkadzało mi już nic, nigdzie i tylko ja wiem, jak mi się wścieklizna uszami wylewała, zwłaszcza w sobotę, gdy nie było wiadomo, czy wyjdą wreszcie. A Baran mógł mnie odebrać tylko w weekend, bo pracuje. 
Jednak wyszli. Kalafiorkówna jest, no co tu dużo gadać, jest moją wnuczką, więc nie ma innej opcji, jak być cudna, jedyna, słodka, złota i kochana. Taki paskudny los jej przypadł w udziale i będzie musiała z tym żyć.
Wieczór był zwariowany, bo Alienek oszalał z radości, czemu dał wyraz, waląc w Kalafiorkównę klockiem, a następnie rzucając się na nią z nożem. Serio. Plastikowym. Bo on to, co kocha, tnie na plasterki, żeby było więcej :) Na szczęście udało nam się ją ocalić, ale Alienek zwariował, po prostu zwariował z radości. I następnego ranka, gdy chciałam się nim zająć, by rodzice mogli pospać, bo Kalafiorkówna odżyła w nocy i żyła intensywnie do 5.30, lament pod niebiosy podniósł, że nie babcia. No cóż, skreślił mnie, ale mu wybaczam, bo to było pierwsze w jego życiu tak długie rozstanie z obojgiem rodziców i na dokładkę przywieźli do domu jakieś nowe dziecko, które nie chce się z nim bawić :) 
Oj, będą mieli nielekko.
Aczkolwiek podkreślić muszę, że podoba mi się ich stosunek do dzieci w tym momencie: wyważony, bez faworyzowania, bez mówienia: ustąp, zostaw, bo jest mniejsza.Jest przytulany i uczony obsługi małej. Sama siedziałam trzy godziny ze śpiącą na mnie Kalafiorkówną (lubi na mnie spać, mam odpowiedni stopień tłustości i miękkości, aczkolwiek kości mnie okrutnie potem bolały), a ona w tym czasie bawiła się cierpliwie z Alienkiem, dozując mu nowe zabawki, przezornie po świętach zachomikowane.
I... Szok. Podziękowała mi za wszystko, że nie spodziewała się, że wytrwam z Alienkiem, a tym bardziej tak długo. Widać, że mnie zupełnie nie zna, ale mniejsza z większym. Z Alienkiem wytrwałabym jeszcze więcej, ale nie z kotami. I zrobiłam to dla mojego dziecka, bo i bez tego ma ciężko w życiu. Pytałam, czy mam zostać do końca, ale sami podkreślali, że jednak trochę muszę odpocząć, a i oni muszą sobie poukładać. 
Z jednej strony serce się rwało, bo nowa zabawka, noworodki takie są do piekarnika wprost, a i ketchup, i sos czosnkowy był. I z Alienkiem trudno się rozstać, co mam ukrywać, wnuczę, z którym jestem najbliżej, bo najwięcej je miałam. Nawet Mała Wiedźma nie była w sumie ze mną tak długo przez te lata, ani nie była w moich szponach indywidualnie. No ale jest jak jest i też mi się serce w tę drugą stronę wyrywało.
Schudłam 5 kilo bez wyrzeczeń. 
A po południu przyjechała po mnie moja wymarzona i wytęskniona ekipa i zabrali mnie do raju :) 
Do krainy, gdzie jestem obsługiwana jak w hotelu pięciogwiazdkowym, koty, piękne, zwłaszcza takie jedno rude cudo widuję tylko za oknem, gdzie ręczniki są suche jak pieprz, panuje błoga cisza, nie trzeba patrzeć, gdzie się stawia kubek z wrzątkiem, a za oknem kwitną cyklameny, hiacynty i magnolia już ma nabrzmiałe pąki...
Cisza, półmrok, wszyscy w pracy, ja sama w domu. Z podłogi można jeść. Okruchów próżno szukać.
Wszystkie moje rzeczy wyprane i bez śladu kociej sierści.
Tylko trochę żal „apija, apija, puppy, puppy”, jak robi wilk, jak robi foczka, jak robi babcia, i mama ze specjalnym akcentem, który słyszę nawet ja, bo on na tatę mówi też mama :) I tych klejkich łap, umorusanej buzi i „akyszania”. I innych takich tam.
Stara, głupia wariatka której trudno dogodzić.
I Inżynier, i Synowa jeszcze pisali, że dziękują. Aż opierdoliłam.
A Inżynier wczoraj napisał, że nie może się odnaleźć w czasie kąpieli, bo mu dziecko jakoś urosło i takie ciężkie się zrobiło... Że się dziwnie czuje. No cóż, a mi brakuje mokrego łacha.
Życie.
A jutro zacznie się nowy rok.
Oby przyniósł nam wszystkim tylko dobre chwile i jak najmniej trosk. Spełnienie marzeń - tych wielkich i tych małych.

Szczęśliwego nowego roku!


sobota, 15 grudnia 2018

Poszli

Do kina, Kochany Pamiętniczku, więc na szybko i na gorąco. Kalafiorkównie się nie spieszy na ten najpiękniejszy ze światów, a ja liczę już nawet nie dni, ale godziny dzielące mnie od powrotu do domu. A dużo tych godzin, jak cholera.
Alienek i reszta wnuków są super. Z Alienkiem jesteśmy jak Armia Radziecka, nie do zwyciężenia.
Ale reszta..
Long story, dławię się we wszystkim.
Opiszę, jak wrócę, nie mogę nic zmienić, ale czuję się jak w potrzasku.
Jem makaron, bo ona nie lubi ziemniaków. A ja nie cierpię makaronu. Mogę zjeść raz i drugi, ale stale? Wkurwiłam się dziś i na kolejną propozycję obiadu z makaronem zażyczyłam sobie sera i pyrów. Umiem sama gotować. Moje gotowanie jest niedobre, więc się nia pcham. Inna para kaloszy, że dziecko i tak ponad połowę zostawia na talerzu i je tylko gotowe przekąski, paluszki, chrupki i inne wynalazki. Nawet owoce ma gotowce obrane ze sklepu.
Sierść od sierściuchów jest wszędzie. Zaścieła wszystko grubą warstwą. Przejść nie można, nie obijając sobie nóg, bo dwie kuwety, dwa ogromne drapaki, a sierściuch i tak ostrzy sobie pazury na mojej walizce, której nie ma gdzie schować. Na moje protesty slyszę, że to tylko kotełek. Sierść na moich zabawkach i nie, kurwa, nie dam sobie wmówić, że skoro ich sprzętowi to nie szkodzi, to mojemu nie zaszkodzi też. Nie przywiozłam go do zabawy, ja na nim pracuję. I nie przyjechałam wpychając się, jestem, bo mnie potrzebują.
Zdziwiona, że nie mam siły na rajdy i wciąganie ciężkiego wózka na pierwsze piętro, łącznie z ważącym 13 kilo dzieckiem i plecakiem z chujwiczym. Trudno, mam swoje lata, w domu mam windę, jestem gruba i nie mam kondycji.
Obraza, bo ubieram dziecko w kurtkę na korytarzu. W mieszkaniu bez włączonego ogrzewania są 24 stopnie i zdycham, mocując sie w swoim wyjściowym ubraniu z niesfornym dzieckiem.
Chcę do domu, do mojego domu, nawet do Barana już nie chcę.
Mam dość, dość uwag, że wszystko robię źle, bo nie tak, bo teraz się robi tak.
Chcę do domu.
Alienek tylko mnie trzyma, bo lgnie do mnie, jest paskudny, ale kochany. No ale ja nie siedzę cały dzień na necie, mam dla niego czas i dobre słowo. Mamy swój język, tam, gdzie nie umie jeszcze powiedzieć, wystarczy jeden gest.
Ale chcę do domu, chce robić to, co chcę, a nie to, co mi kto każe.
Nie chcę czuć się intruzem, bo siedzę nie na tym miejscu kanapy, na którym powinnam.
I nie, kurwa, nie przemawiają do mnie mądrości z forów.
Nigdy więcej nie wyjadę z domu. Nigdzie.
Nie ma opcji. My home is my castle.

piątek, 30 listopada 2018

Żegnam się

z Tobą, Kochany Pamiętniczku, nie wiem, na jak długo.
Niestety, wszelkie działania przy Alienku są raczej niemożliwie, wczoraj oskalpował matce lalki, a ona zbiera jakieś tam wypasione, zamykane w szklanej szafce i drogie jak cholera :) Więc nie, nie będzie czasu na pisanie :)
Poza tym już mówiłam, że nie chcę, żeby Synowa wiedziała, że piszę, a że prowadzić będziemy życie stadne, to jednak nie ma opcji.  Przedtem mialam azyl w małym pokoju, teraz to zaanektowane przez Alienka i takie małe, że nie ma tam nawet na czym usiąść.
Może to i dobrze, że będzie taka przerwa?

Nosi mnie, bo pogoda niepewna.
Wykorzystałam po raz pierwszy cały limit bagażu, i liczbowy i wagowy, przerażona jestem.
Dobrze, że mam walizkę gabarytową do podręcznego, nie spakowałabym się inaczej. A nazbierało się ciężarów, bo wiozę pełno książek :D
Trudno.
Nerwy latają, bo ma padać śnieg albo marznący deszcz w nocy.
I takie tam.
No nic, spadam pospać, bo jak się po północy obudzę, to już się nie położę, bo nie słyszę budzika, więc...

Wspominajcie mnie czule i tęsknijcie trochę :D
Będzie mi miło :P


czwartek, 29 listopada 2018

Ojapierdolę

Kochany Pamiętniczku.
Znów budzenie się w półśnie, półjawie, niechętne otwieranie oczu, aczkolwiek sen  nie koszmar, ale dziwaczny i nagle... Czasem jest taki, że chcę w nim trwać, bo choć boli i rani, no... takie uczucie, że może zabije i już nie będę musiała się dalej męczyć. Takie zawieszenie, chce się żyć, ale i umrzeć warto.  Jak bardzo jestem porąbana w skali od jednego do dziesięciu?
Kurde, dziś zamykanie maszynek.
Skok do łazienki i...
Plan.
Najpierw śniadanko, w piżamce, a kto bogatemu zabroni.
Próba wyłączenia lodówki z kontaktu, ale nie, tłusta rączka nie wchodzi w szparę. Mogę wtyczkę wyciągnąć, ale... Kto ją z powrotem wetknie? (Lodówka rozmrażała się całkowicie do szesnastej :) )
Wyłączyłam wyłącznikiem, Pierworodny twierdzi, że nic się nie będzie działo.
Z zamrażalnika wszystko wylądowało w worku, worek koło śmietnika, a po godzinie go nie było. Mam nadzieję, że temu, co zabrał, nic nie zaszkodzi.
Zostawiłam tylko mięso z K., miałam obiad na dziś i na jutro, lekko :)
Sery w lodówce popleśniały, jakoś tak :P
 W domu mam na przeżycie na dwa dni, a i tak resztki wyniosę kolo śmietnika. Co się dało, dałam sąsiadce od kluczy.
Dobrze, że sprawdziłam klucze - wsiąkł jeden z  kluczy dorabianych rok temu,  a ten co został, nie otwiera zamka. Miśki hurtem dostały wpierdol, ale nie pomogło, klucz musiałam dorobić. Nie przyznały się do schowania klucza, jak zawsze, bandyci.
Maszynki udało mi się zamknąć o 13. Jednak moje stanowcze, że o 13 wychodzę, zadziałało. W sumie mogłabym pracować online, ale to niezdrowe z wielu względów, może jak mi umysł ocaleje, a ciało padnie, poproszę o taką opcję. Ale oni to wykorzystają i będę pracowała 24 godziny na dobę za tę samą kasę, bo jak to, skoro z domu nie wychodzę :P
Polazłam zatem do fryzjera, w międzyczasie wściekając się, bo był SMS, że jedzie do mnie paczka.
Jaka, kurwa, paczka, skoro aż tyle nie piję, by zamawiać po pijaku chuj wie co?
Piszę do Postmana, nie odpisuje.
Piszę do Barana, uspokaja. Twierdzi, że nic nie wie.
A ja patrzę na stertę na kanapie, na bajzel ogólny i...
Nie, ciśnienie mi nie rośnie, wzięłam leki :P

Dorabiam klucz. U fryzjera jestem druga.
Przede mną matrona. Z tych ąęć, bułkę przez bibułkę. Damski zamknięty. Nie wiem, dlaczego, może personel chory? Może nierentowny. Nie pytam. Ąę gęba się nie zamyka. Ma swój ręcznik, swoją folię i inne takie tam. Kobieta na oko po siedemdziesiątce. Z tych lepszych. Nie oceniam, nie analizuję, ale z urywków rozmów ojapierdolę. Obsługa trwa prawie 1,5 godziny, żeby nie to, że to moja fryzjerka i że nie mam innej opcji, poszłabym w pizdu. Trzech facetów poszło. Nie wiem, czy pani ĄĘ dała napiwek, bo ja dałam, i to solidny. Zasmrodziła cały zakład swoim lakierem, oburzona była, gdy na pytanie, dlaczego wyszłam na korytarz odpowiedziałam, że przeszkadza mi lakier. Kazała się tak sikać lakierem, że wszędzie był lakier (sama zasłaniała twarz swoim ręczniczkiem), że cieszyłam się, że poszłam w płaszczu, w którym chyba nie pojadę. Zanim usiadłam na fotelu, w zakładzie zlądowało trzech młodzieńców.
Nawet nie wiedzą, jakie mieli szczęście, że na fotelu siedzę ja :)
Bo ja jestem prosta w obsłudze.
20 minut i po ptakach, nówka nieśmigana ze mnie :P
A pani ĄĘ siedziała wciąż i suszyła lakier. Po czym zażyczyła sobie potrzymania płaszczyka, ale żaden z młodzieży dupy nie ruszył i płaszczyk podawała jej fryzjerka... 
Tak wiem...
Wredna jestem :D
Ale jak ktoś chce pieszczotek, szuka damskiego fryzjera, gdzie są zapisy i cuda wianki.
I tak, można być samotnym.
Vide: ja.
Ale to nie powód, by gadać u fryzjera godzinami. Bo jak suszyła lakier, nawijała jak zepsuty kołowrotek.
Mam nadzieję nie dożyć takiego stanu :p
Dałam sąsiadce klucze, ogarnęłam z grubsza tę kuwetę. Jutro apiać od nowa i pakowanie na maksa.
I dalej nerwy, bo w wiosce ma być w nocy śnieg.
Taki life u mnie, co nie?
A.
I po drodze wlazłam, na swoje nieszczęście do galerii.
A tam Hebe.
I w sumie


 No co.Nie, nie wszystko z Hebe. Ale zrobiłam zdjęcie grupowe. Angel i Obssesion z Rossmanna :P
Uwielbiam pachnieć smrodem, jak kiedyś nieletni Inżynier określił.
Nie tapetuję się, ale wyjście z domu bez perfum, to dla mnie jak łażenie na golasa.
To premia za cały rok zapierdalania ze wszystkim i za to, że ze wszystkim sobie poradziłam :P I prezenty, których już nigdy od nikogo nie dostanę, bo wszyscy mają swoje wydatki. Zatem mam i ja, bo kiedy mam zadbać o siebie, jak nie teraz?

Stara wariatka ze mnie :) 

środa, 28 listopada 2018

Brzydkie

słowo bym znów rzekła, Kochany Pamiętniczku.
Miałam wczoraj wolne i dobrze, że miałam.
I tak gówno zrobili.
A dziś miało być do 14 i fajrant, ale gdzie tam, nie ma opcji.
Natrzepał mi na pocztę wszystko, co mu w rękę wpadło, nie wiem, chyba dlatego, że uważa, że za dużo mi płaci. Ten typ tak ma, że nawet jak w umowie mam dwukrotną korektę, to znajdzie pierdyliard powodów, żeby mi dać wszystko do nauczenia się na pamięć.
Dlatego zaśpiewałam tyle, ile zaśpiewałam i po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że to i tak za mało za moje zszargane nerwy.
Nienawidzę ludzi, którzy nie szanują cudzego czasu. A ja znów pół z tego straconego dnia spędziłam na czekaniu na pracę i na głupich gadkach, że jutro, w grudniu, po południu.
Łamacz oznajmił, że 16.30 wychodzi, bo musi, a ja dowiedziałam się, że może i jutro będę potrzebna, i może w piątek.
Postawiłam się. Jak ja mówię, że muszę, to wszyscy tracą słuch, albo są oburzeni, że śmiem mieć życie pozapracowe.
Jutro owszem, poczekam w domu do 13, później wychodzę i mnie już nie będzie. Kurwa mać. Mieć dwa dni wolne, zaplanować je, a potem usłyszeć, że hola, hola, ale nam się wygło?
Odkreślać na bibelce (chuj z bibelką, to zwykła makieta, no ale przecież to bibelka), ktora się miliard razy zmienia? Co mnie obchodzi numeracja stron, skoro nie mam na nią wpływu i nie dostaję ostatecznej makiety? I co z tego, że pracowicie skreślam przerobione artykuły, skoro one do mnie wracają jak zły szeląg, bo nikt tego nie pilnuje?
Wychodząc, dostałam kubek z cukierkami. Nosz, kurwa, w ramach nagrody za dobrą pracę. I że nie chcą do kolejnego mumeru innej korektorki, bo im się dobrze pracuje.
Im tak, mnie nie. I jak mam sobie tak szarpać nerwy, to przemyślę.
Do chlebaka pojechałam, bo musiałam kupić przejściówkę do netbooka. W sumie powinien mi to zabezpieczyć Inżynier, ale mniejsza z większym.
Tylko się zagrzałam do granic możliwości, ale za to kupiłam sobie dwa kawałki pizzy w Pizza Hut i zimne w domu zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Do rodzinnej gazetki nie mają nikogo.
I jedyną osobą, którą to martwi, jestem ja :)
Bossa nie było, podpytywali, czy aby nie.
Nie, nie, nawet na SMS nie odpiszę jak coś.
Nie ma mowy, nie ma opcji, nie ma takiej możliwości.
Jestem NIEKOMPATYBILNA z pracą w grudniu.
I chuj :)

Właśnie skończyłam polemikę, choć trudno to nazwać polemiką, na Fejsbuczku. Z teściową Pierworodnego. Nie dziwię się, że córka na nią patrzeć nie może. Dobra kobieta, ale tępa dzida i nic się z tym nie da zrobić. Nie, żebym ja jakaś bystra była. Ale mniejsza z większy, ma prawo do swoich poglądów i sympatii oraz antypatii. Chociaż czasami nóż się człowiekowi wbija w dupę, jak sięw kieszeni otworzy po tak kretyńskich tekstach. Zaskakuje mnie ich odnoszenie się do siebie. Ona do matki mówi "ty".  Jestem na ty nawet z ludźmi młodszymi od moich dzieci. Ale dzieci zawsze mówią do mnie "mamo". Nie "mamusiu". Mamo. Mamo to, mamo tamto, niech mama wciśnie ten guziczek. Albo po prostu: matka do nogi. Albo: niech się mama puknie w ten głupi łeb.
I nie zamienię tego na nic innego.
No ale ja, wiadomo, głupia jestem.


wtorek, 27 listopada 2018

Wychodne

mi dzisiaj dali z traktorków i dobrze je wykorzystałam, Kochany Pamiętniczku :)
Planowo, aczkolwiek ułożenie planu było okupione kombinowaniem, jak koń pod górkę.
I strachem, bo kierowca 76, do którego wsiadłam jechał jak wariat, kobieta siedząca za kabiną objechała go, ale i tak dalej pędził jak szalony, więc stwierdziłam, że lepiej kiblować na przystankach przesiadkowych, jak się rozbić w 76, bo to może być bolesne.
Na Katowicką jechałam i wyszłam stamtąd lżejsza o sporą kasę, ale płaszcza nie kupiłam. Bo jednak w poncho lepiej wyglądam. A na Wyspach ma być w granicach kilku stopni, do tego mam podwózkę gratis, więc...


Prezent urodzinowo-imieninowy sobie zrobiłam, bo od cholery mam bluz z rękawami 3/4, ale to pod poncho w PL za zimno i muszę jakiegoś łacha jeszcze zakładać. A tak luz i hasta manana. A przymierzyłam pierdyliard rzeczy, w tym bluzę, która za mną chodzi od dawna, wreszcie ją dorwałam, ale nie. Widać cycki, a raczej ich brak, oponkę też widać, więc nie, spasowałam.
Ruszyłam kartę, o której chłop nie wie, wbrew zaleceniom Inżyniera, ale coś tam za nią co roku płacę, a odsetki to jakieś 9 zł miesięcznie od 2 tysięcy. Nie wydałam tyle, oj tam, oj tam. Wydaję na wszystkich, tylko nie na siebie, pora zacząć na siebie wydawać, póki żyję, w końcu po co trzy wózki ciągnę, co wbrew pozorom kosztuje mnie sporo nerwów.

Napatoczyła się 18, więc nieco modyfikując marszrutę polazłam do Starego Browaru. Plan był bankomat w banku, ale oj tam, oj tam. Stary Browar tak obstawiony, że nie ma co robić scen, co nie?
Więc połowa kasy z jednego bankomatu i wio do Empiku.
Bo i kartka dla Papryczka, i dla Kalafiorkówny.
Musiałam się za kłaki, za nędzne ich resztki wywlekać, żeby nie wydać milionów monet.
Ale byłam kwarda. Cza być kwardym, a nie miętkim.
Kolejny bankomat i mam całą sumę. Tak, wiem, jestem stara wariatka :P
Piotr i Paweł, bo wanilia.
Nie ma tej, co zwykle, jest droższa, trudno, te 4 zł mnie nie zbawią ;D
Kantor.
Gość szeroko uśmiechnięty daje mi dwie pięćdziesiątki.
Mina mu rzednie, gdy odmawiam przyjęcia banknotów.
No przecież są prawnym środkiem płatniczym w UK.
No są, ale żaden sklep go nie przyjmie, nawet jeżeli kupuję perfumy za prawie 40 funtów.
Wiem, bo Inżynier się nakolędował po banku, żeby tę pięćdziesiątkę wymienić na banknoty przyjmowane w sklepach. Dla Anglika 20 funtów to góra, czym może płacić, jeśli płaci gotówką.
A ja już jestem stary wróbel. Za stary na takie plewy.
Wzdechnął i dał kasę w dziesiątkach. Lubię dziesiątki, są nowe i plastikowe :P

Dojechałam do pętli, bo autobus mi zwiał sprzed nosa. W taką pogodę spacer  ciągnie. Na moje szczęście smrodzący budynek nie smrodził. No i Rossmann, potrzebowałam, mniejsza z większym :)
Kupiłam, ale... Były, były, były przecenione na kwotę, którą jestem skłonna wydać...
Obssesion Night CK, no i Angel, na którego poluję od lat, kupując podróbki. Thierry Mugler.
Angel ceni się wysoko, nawet w bezcłowych robię wzdech i idę w siną dal.
Tym razem nie polazłam.
Uległam pokusie.
A kto bogatemu zabroni.
My Angel do pracy się nie nadaje, bo współpracownicy popadają od smrodu, ale... Mam  swój pokój, zamykam drzwi :)
No i karta, o której chłop nie wie.
Na Gwiazdkę, dla mnie, ode mnie, bo jak na razie czeka na mnie cudo z masy solnej, które doceniam całym sercem, ale...
Dlaczego czasem nie mam siebie porozpieszczać?
Zatem rozpieszczona do trzeciego pokolenia wstecz zlądowałam w chaupce, która woła o pomstę do nieba. Ale jeszcze jeden dzień musi wytrzymać.
Pościel zmieniłam i poprałam.
Reszta w czwartek jak już nic  nie będę musiała, oprócz ścięcia kłaków. I wywalenia WSZYSTKIEGO z zamrażalnika.
Rozmrożenia i wyłączenia lodówki.
Zobaczymy, jaki będzie rachunek, kiedy przez miesiąc NIC nie będzie chodziło, bo nawet router wyłączę.
Odprawiona.
Alienek ćwiczy powitanie takie, jakim poddani witają Elżunię. Entuzjastyczne.  Co fejsowi widzą na fejsie :)
Tu nikt nie zobaczy, bo RODO :)

To się nazywa Pierdalec po polsku, po niemiecku Reisefieber.
Umyłabym okna, czas i siły mam, ale ten raz przeboleję, bo...
A, nieważne :)
Wrócę, bo wrócę na bank, do mieszkania z brudnymi jak cholera oknami.
I relacji wielu nie będzie, bo nie ma warunków.
Tak wyszło.
Nie tęsknić, nie płakać.
C'est la vie :)
A ostatnio coś pierdalnęło w blogosferze,Wszyscy marudzą, że nie ma komciów.
Marudzę i ja.
Ale  mam drugiego bloga, na którym nie ma ANI jednego komcia.
I to jest tak, jak z tą kartą, o której chłop nie wie :D Więc mam się gdzie wyżyć w razie W.
A fejs obliczył, że ze Zmorencją znamy się 8 lat.
Znów nakłamał :P
 I...
Ukraina.
Nie, że nie myślę, że się nie boję.
Wracają koszmary, co odbija się na snach.

To tylko tak wygląda, że życie jest piękne,
Nie jest. Oglądnęłam wreszcie Listę Schindlera. Cóż mam rzec. Spielberg. To nie Nałkowska. I jakoś, czytając listy wujka Mietka z Mauthausen bardziej wierzę w wersję z listów. Film wstrząsa. Życie bardziej.

Staram się być optymistką, ale to nie jest łatwe. 


poniedziałek, 26 listopada 2018

Wielkimi

krokami nadchodzi D-Day, Kochany Pamiętniczku.
A mną miotają sprzeczne uczucia.
Alienek wczoraj właził mi w tyłek bez wazeliny, witał jak poddani Elżbietkę, a żegnał jak poddani Dianę.
Nosz...
A u mnie leń na pokładzie, palcem w bucie nie ruszyłam ani w sobotę, ani w niedzielę, usprawiedliwiając się, że jest OK, bo kurzów nie widać. Ale i tak muszę posprzątać na tip-top w czwartek, więc co sobie będę rękawy wyrywała i biednego Niechcieja męczyła.
Inżynier ma plany, a ja planów nie mam, albowiem myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny :)
Więc dziś spokojnie poszłam do pracy na 12, a każdy, kto się na mnie natknął na korytarzu, podskakiwał i pytał: a co pani tu robi.
Nosz, kurwa, następnym razem powiem, że pilnuję czy pracują :D
Siedzę w pokoju przy lampce biurkowej, bo nienawidzę górnego światła. O 17 wparowała sprzątaczka i na mój widok, jeszcze przed zapaleniem górnego światła wrzasnęła: O Jezu i podskoczyła...
No, kurwa, niech mi ktoś powie, że nie straszę :D

Ale w pracy byłam i to wcale nie tak

... bo ja porządna jestem i przed pracą nie piję.
A w kuchni D. mówi: Może się winka napijesz?
Co oni, kurwa, mają z tym popijaniem? Że naczalstwo gości częstuje, jego sprawa, ale szeregowi pracownicy?
Na zebraniu też popijali, wiem, bo brudne kieliszki stały w kuchni.
Nie, nie zazdroszczę, bo nie poszłam na zebranie, przyszłam do pracy w trakcie.
I nie, nie zazdroszczę. Bo lubię pić, jestem znanym pijakiem, ale lubię pić na luzie.
Może to już alkoholizm jest, nie wiem :D

Inżynierowa na FB rozpętała akcję, że pakujemy prezenty ekologicznie. I wyliczyła, że ekologiczne pakowanie jest droższe, jak zwykłe. No i gównoburza, bo ona musi mieć kukardkę i takie tam, a jej kumpela (ja byłam jak Szwajcaria), że szary papier nie kosztuje, sznurek konopny z metra też, że suszona cytrynka i takie tam.
Jak rzekła siostra Inżynierowej, ona jest specyficzna.
Jak coś nie, bo nie, to nie i chuj. Choć przyznaję, że z pakowania ma Nobla, ja nienawidzę pakowania i moje paczki wyglądają jak przejechane przez InterCity. Dlatego błogosławię gotowe torby, aczkolwiek klnę na ich cenę.
W każdym razie proponuję Inżynierowej

Karneciki i naklejki. Malowane ustami i nogami, ze stowarzyszenia Amun. Artystów malujących nogami i ustami. Dostaję co roku, bo wieki temu teściowa zamówiła dla Eksa i mimo moich licznych emilków wciąż Eksowi przysyłają. No, reklamowałam, że JA płacę, ale nie dotarło.Więc co roku odbieram i płacę i tak da capo al fine. To są groszowe dla mnie sprawy, a im dają żyć. Jak mnie nie będzie stać, odeślę z powrotem.
Ale Inżynierowa, że nie, bo będzie sama pisać. WTF? To tylko karnecik, tam się pisze.
Ale kij jej w oko.
Napisałam, żeby moich paczek nie opisywała.
I git majonez :P

A teraz coś, co chciałam pierdyliard razy poruszyć, ale zawsze mi wylatywało z głowy :)
Trafiłam dziś na coś takiego w necie

I nazywa się toto rajstopy zakolanówki.
Ojapierdolę.
Zmora mojej młodości.
Całe dzieciństwo cierpiałam z powodu noszenia najpierw bawełnianych rajstop, zwijających się w ruloniki. A potem były pasy do pończoch i nie, nie takie cuda wianki jak teraz, ale takie tfu, tfu.
I spódniczki mini.
Spod których te podwiązki wyłaziły, więc pasek od pończoch rolowałam aż do talii, żeby mi nic nie wyłaziło :)
No, nie były to czasy, kiedy pończoszki figlarnie wyglądały spod spódniczki, nie w mojej rzeczywistości.
Tak, w czasach peerelowskich miniówek nie od razu miałyśmy elastyczne rajstopki, jakie nosiły dziewczyny w Londku Zdroju :) 
I mój ojciec, nie wiem skąd i jakimi drogami dostał dwie, słownie dwie pary rajstop tego typu co na fotce u góry.
Do dziś pamiętam: jedne na tych kolanówkach miały wzorek jak na szachownicy, popielato-czarny, a drugie niebiesko-beżowy.
Ponieważ to były rajstopy, o czym moja mama nawet nie śmiała śnić, nie wiem zresztą, czy były jej marzeniem, bo ona nosiła długie sukienki, za kolano i dostawała pończochy z Belgii albo z Francji, gdzie mieliśmy krewnych, jedwabne pończochy, w których oczka zaciągało się z należytą czcią i szacunkiem, a zakładając patrzyło, czy szew idzie prosto, godzinami zaś dyskutowało się w rodzinie nad tym, ile godzin trzeba pracować na parę pończoch w Pl, a ile na zgniłym Zachodzie i PL na tym tle wypadała nędznie jak uboga krewna...
... na nastolatkę, to ja musiałam je nosić.
Dziś szpanowałabym na ulicy i zadzierała nosa, bo kosztują takie markowe koło 60 zł, ale wtedy??
Byłam nieszczęśliwa jak cholera, ja dwie cholery, jak cały las choler, jak mawiały moje dzieci, albowiem spod spódniczki mini wychodziły mi części bez wzorka...

I nie umiałam się wtedy cieszyć z tego powodu, że jestem w awangardzie, że nikt w całym powiecie czegoś takiego nie ma, że jestem jedyna i niepowtarzalna.
Nie, nie było internetów, nie było magazynów modowych i nie wiedziałam wtedy, że jestem supermodna.
Chciałam być taka, jak moje koleżanki, a nie inna.

No i na co mi na stare lata przyszło?
Jestem inna do bólu, do szpiku kości i to mnie teraz kręci :)

Ha :)
Aczkolwiek rajstop zakolanówek nie noszę, żadnych rajstop nie noszę, bo nie ma takiego rozmiaru jak moja kubańska dupa :P
Ha :)
Wygrałam internety :D

piątek, 23 listopada 2018

Koniec

w tym roku, Kochany Pamiętniczku.
Jaka ulga.
I cieszę się, że nie poszłam na ten jubileusz, aczkolwiek wszyscy mówili, że szkoda, że nie byłam, bo było cudnie.
Ano, ale wszyscy mieli megakaca, a ja nie.
Nie wyobrażam sobie pracy na takim kacu.
Miało być zamknięcie o 11, a zamykaliśmy krótko przed 17. Piekielnie zmęczyło mnie czekanie na wszystko, a i wkurwiły fochy szanownego koleżeństwa. Bo na zwróconą uwagę, że bzdury piszą, bo zamiast adiuwantów było adiutantów, skacowana pani fochnęła się, że przecież mi za to płacą, że wiem. Nie, pani M., nie płacą. I życzę pani, żeby poszło coś w tym stylu z korektorką z łapanki. Nie płacą mi za poprawianie błędów merytorycznych, a parę razy uratowałam pani dupę. I moja uwaga była żartobliwa, nie złośliwa :) Nie moja wina, że kac tak panią dręczył, ale bywały dni, że już rano otwierała pani lodówkę i proponowała drinka. Bo pani dużo wolno, to pani powtarza Bossowi wszystko i włazi mu w dupę bez mydła i bez wazeliny.
I przez takich ludzi, jak pani nie lubię takich imprez. Bo ja i owszem, piję, ale jestem znanym pijakiem, bo zawsze się przedstawiam imieniem i nazwiskiem, gdy kupuję alkohol.
I nie latam do Bossa z każdym gównem, choć wiem, że powinnam, a mam tych gówien od metra, bo się wycwaniłam i sobie co lepsze kąski zapisuję, a co? Tylko pani jeszcze o tym nie wie.
Jak pani coś potrzebuje, jestem Starą Jędzunią, co nie?
I dlatego nie lubię ludzi :P
Ale mniejsza z większym.
Męczyli się jak Piekarski na mękach, a poszło to, co poszło w środku numeru, prawie toczka w toczkę.
I chuj.
Nie płacą mi za to, że pilnuję, ale za to, że sprzątam. I git majonez.
Gdybym była redaktorem, napisałabym sobie to PRZED, bo było wiadomo, o czym będą wykłady. I na kacu gigancie oddałabym nówkę świeżynkę, cut, mjut o ożeszki ziemne :P
A w pizdu z tym.
Jedyny zysk z tego, że zostało mnóstwo jedzenia i ojapierdolę, luksusowego, więc zjadłam sobie coś, o czym marzyłam od dawna: policzki wołowe. Nie stać mnie na takie danie w knajpie. Są przepyszne. A że wszyscy na to kręcili nosem, to wzięłam do domu i mam z głowy obiad na juterko :)
Aczkolwiek dziś zaprawiłam sobie wątrobę jogurtem z Zagrodniczej, ale to tylko przez moje łakomstwo, wiedziałam, że mi zaszkodzi. Trudno, za błędy się płaci. I pije za nie. Wino też dostałam, a D. tak przebierała w winach, żeby wybrać tę butelkę, w której zostało jak najmniej. Pomagałam jej te butelki przenosić, a wtedy cudownie parę wyparowało. Ale nie zazdroszczę. Każdy orze jak może. 

Wczoraj w szparze unijnej czekała na mnie niespodziewajka od Demirii: 


 Niebo w gębie i szkoda, że w tym roku był nieurodzaj :( Dziękuję, Kochana :) :*
Wracając z pracy o mało życia znów nie straciłam tuż za pętlą, bo śmierdziel, na którego kablowałam już w zeszłym roku do Straży Miejskiej, znów truł tak, że nie dało się przejść, o mało nie zemdlałam. No nic,  jakoś do domu doszłam, i znów nakablowałam, i zobaczymy, co mi odpowiedzą, bo na razie dostałam emilka potwierdzającego, że moje zgłoszenie zostało przyjęte.
Zobaczymy, co dalej.
A domowe pielesze przywitało mnie tak


I prawda, że wtedy chce się żyć?

Poniekąd.

Jeszcze do środy do maszyn, a potem mam nadzieję, że w UK nic się nie wydarzy do mego przylotu, bo jednak nie wszystko jest takie proste.

Zdobyłam się na odwagę i poszłam po zamknięciu do Bossa, przypominając mu grzecznie, że nie ma w grudniu korektorki, że ma tylko tydzień na znalezienie nowej, bo dodatek...
To się dodatek przesunie. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko, aczkolwiek...
Gdybym ja poprosiła o przesunięcie dodatku z jakiegokolwiek osobistego powodu, ważnego, bo ja się w duperele nie bawię, nie byłoby pewno takiej opcji.
No cóż.

C'est la vie.

Będę żyć na złość, nie mam innego wyjścia :p 

wtorek, 20 listopada 2018

Nie narzekam

na pracę, Kochany Pamiętniczku.
Cieszę się, że ją mam i chcę pracować jak najdłużej. Kocham te pieniądze, taka prawda i taka ze mnie wredna materialistka :)
Narzekam na ludzi.
W sensie ich pracy, bo pracują byle jak. I to nie jest tylko moje odczucie, to odczucie całej ekipy rzekłabym technicznej.
Jeżeli jedna osoba musi zrobić wszystko, co przygotuje znienacka kilkanaście osób, a każda z nich uważa, że jej  dzieło to priorytet, to przepraszam.
Niby powinnam się do tego przyzwyczaić, ale nie.
I co kawałek ktoś do mnie włazi i smędzi, że dlaczemu nie będę na imprezie z okazji 25-lecia w czwartek.
Nie, bo kurwa nie mogę na Was patrzeć, ludzie.
Bo wszyscy będą się szczerzyli do naczalstwa i w dupę im włazili bez mydła i wazeliny. Ot tak, dla zasady, bo może naczalstwo zapamięta i wynagrodzi.
A ja będę padnięta po kurcgalopku, w jakim będę pracowała i co jeszcze weselsze, warzywka sobie ot tak, przesunęły, bo tak.
Nie, żebym narzekała, bo to łatwa kasa, ale żeby ją zarobić, też się muszę narobić.
I tak, jak ktoś musi wyjść, bo chory dziadek, bo zebranie w szkole, bo odebranie dziecka z basenu, bo może gdzieś kochanka czeka, to i owszem, jestem kochana, najsłodsza i jedyna.
Ale gdy ja mówię, że nie mogę z powodów osobistych dziś kiblować dziesięć godzin, proszę o szybsze zrobienie (znaczy się: nie łaź na kawę, nie leź na ćmika, nie pierdol w kuchni), to nie, nikt tego nie bierze pod uwagę.
Więc niestety, nie jestem zainteresowana.
Tak, kręci mnie, że firma istnieje już 25 lat i niech istnieje kolejne 25 i mnie zatrudnia, bo mam taką fantazję.
Ale nie, dziękuję, nie pójdę na imprezę.
Bo nie umiem być nieszczera i uśmiechać się, kiedy mam ochotę tylko wejść do domu, zamknąć drzwi, zdjąć z siebie wszystko, wleźć do wanny i nie myśleć. I nie, nie skusi mnie najlepsze żarcie ani alkohol.
Okazuje się, że jeszcze w piątek będę musiała iść do pracy, bo... relacja z imprezy.
Tadam :) I tak się mój piątek poszedł jebać. Jak zwykle.A ja z uśmiecham na ustach pojadę do pracy.
I będę niebiosom dziękowała, że po raz drugi w ciągu ośmiu lat pracy mam URLOP.
Urlop, w sensie, że nic, kurwa, w grudniu nie zrobię, że będę miała wyrąbane na wszystko, na to, że jeszcze jedna notatka, że nie ma autoryzacji, że...
Średnio co cztery lata mam zatem urlop, kiedy nie myślę, że mnie ktoś wezwie, bo dodatek, bo ekstras, bo komuś się coś zapierdziało, bo takie terminy, no a ja tylko na pół etatu, to się byczę nieustannie.
Tyle we mnie goryczy, że aż się sama tego boję.
I boję się stresu, który ona ze sobą niesie.
Bo stres zabija, takie są fakty.

A na razie zabija mnie klimat. Raz, że co chwila wyskakują mi komunikaty, że mam siedzieć w domu na dupie, bo smog. No, mogę apkę wyłączyć, ale co to zmieni? Od kilku lat czuję, że coraz ciężej mi oddychać i nie, nie że starość i że jestem już wielorybem. Nie. Jest gorsze powietrze.
To już nie tylko czuć, ale i widać.
Widać pył unoszący się w powietrzu.

I jak tu się jeszcze ubrać? Założyłam wczoraj mój zimowy płaszczyk, bo i padało, i prawie zero. Zanim doszłam do pracy czułam się jak Rozalka włożona do pieca na trzy zdrowaśki. Ledwo się doczołgałam do pracy z przystanku, czując jak leci mi pot po plecach. W sensie, że ciepły płaszcz nie przepuszcza powietrza, a w tramwaju było jak w łaźni nagrzane. Włosy miałam mokre, jak po wyjściu spod prysznica. Nie pomogło rozpięcie płaszcza, w plecy było mi gorąco, a w piersi wiał lodowaty wiatr.
Kurwa mać.
Dziś przyjęłam inną strategię. Wyciągnęłam z czeluści szafy sweterek, którego od lat nie nosiłam. Zarzuciłam go na sweterek, który teraz nosze, a raczej na imitację bliźniaka. Na to poncho i komin. Uff... Z lekka było mi zimnawo, ale lepsze to, niż gotowanie się w piecu chlebowym i ociekanie potem. Aczkolwiek... przez dżinsy wiał mi lodowaty wiatr, a ja rajstop nie mam od dobrych kilku lat... I jak założę rajstopy pod dżinsy, to w pracy mnie szlag...

Starość, kurwa, starość.
I nie napiszę, że pora umierać, bo to jest oczywiste.
No, ale jeszcze Kalafiorkównę chciałabym zobaczyć na własne oczy i czubek łebeczka ucałować.
I z Alienkiem pogadać, i z Małą Wiedźmą,  i Papryczkiem.
Na chwilę, na moment.
Bo liczą się tylko chwile, reszta to fatamorgana i złudzenie optyczne :) 
Wrzuciłam dziś na fejsa zdjęcie Papryczka, no i wyszły z tego jaja, bo zażartowałam, w sumie mówiąc prawdę, że woli babcię nr one :) Bo taka prawda, nie tuli się do mnie, tak samo MW przyjeżdżając do mnie robiła sceny, że chce do babci J., odjeżdżając, gdy przyjeżdżała po nią babcia J. też rzucała się w jej ramiona z radością, mnie żegnając chłodnym "pa". Nie mam o to pretensji, u babci J. spędzały całe lato, u mnie góra tydzień. Tam mają luz i dostają wszystko, co chcą. Wożą je na wczasy, mnie nie za bardzo stać na wczasy dla mnie samej, wciąż mi wisi nad głową perspektywa, że już nie będę pracowała, a nie mam nic odłożone, nie widzę opcji fundowania wczasów nad morzem synowej i dwójce wnucząt. Nic dziwnego, że wnuczęta są bardziej za dziadkami niż za mną. Synowa zaczęła się tłumaczyć, nie rozumiejąc, że mi to w sumie dynda. Wiem, że to nie jej wina, że nie odmawia dzieci ode mnie. Sama mówi, że woli mnie, jak swoją matkę. Nie o to biega. Takie jest życie - dzieci wolą rękę, która je rozpieszcza, nie wyznacza granic i daje wszystko. U mnie są zasady, nie wolno, to nie wolno i koniec, nie ma apelacji. No i nie widzę konieczności wydawania kasy na rzeczy niepotrzebne, na zasadzie, bo dziecko chce. Moje nie dostawały tego, co chciały, więc dlaczego mam srać wyżej, niż dupę mam, tylko po to, żeby pokazać wnukom, że je kocham?
No i ciąg dalszy dyskusji na fejsbuczku. Zakończyłam, bo co będę się kopać z koniem, na dokładkę z takim z pisu, co internetów nie ogarnia?

Tak samo z lekka fochnęła się na mnie Inżynierowa, bo wczoraj w parku, jak sama przyznała, polazł za nią pies. Zna go z widzenia, więc szukała właściciela po okolicy, nie bacząc, jak sama napisała, na brzuszysko i ryczącego, głodnego Alienka. Znalazła, nie właściciela, ale sąsiada właściciela i zostawiła tam psa. Poszła szukać właściciela, zna go z wiedzenia, żeby się nie martwił o psa. Wróciła do domu dopiero, gdy Alienek się zapłakał prawie na amen i już nie zdążyła obiadu zrobić, bo pies. Pytam dziś z ciekawości, czy jest dalszy ciąg historii kundla, a tu święte oburzenie, że to nie kundel, że to rasowy, bardzo drogi szpic.
Seriously?
Sierściuch ważniejszy od dziecka?
Od drugiego dziecka, które w niej rośnie?
Wiem, zmaleje mi liczba wielbicielek i czytaczy.
Ale: nie jestem wrogiem zwierząt.
Nie krzywdzę ich.
Uważam po prostu, że człowiek jest ważniejszy.
Tak, wiem, ludzie odchodzą, zdradzają, krzywdzą.
Zwierzęta są wierne i inne tam klocki.
Nie mam zwierząt, bo mnie na nie nie stać.
Nie stać mnie na skazywanie kundla, niechby był rasowy do szpiku kości, na czekanie na mnie po 12 godzin, jak dziś.
Bo dziś wyszłam o ósmej i wróciłam krótko przed dwudziestą. I ni cholera mnie nie zmusi do sprzątania w tym momencie kuwety. Kocham swoje kurzołapy, badyle i marzę tylko o klapnięciu na fotelu i maniu wszystkiego głęboko w dupie, bo nawet na nowy odcinek serialu nie mam ochoty.
Nie stać mnie na weterynarza, bo na dentystę dla mnie odkładam miesiącami.
Nie stać mnie na kota, bo nie mam z kim jebanego sierściucha zostawić, gdy jadę na miesiąc, bo potrzebuje mnie Inżynierowa...
Więc tak, jestem wredna i do szpiku kości egoistka.

Jak już mnie rozsypią, zaznaczę w ostatniej woli, że chcę mieć tabliczkę z napisem: Bo to zła kobieta była :)

True story :p 

Tylko dlaczego we mnie jest tyle goryczy?

Pora zamknąć budkę na kłódkę, tak myślę...





sobota, 17 listopada 2018

Wszystko

można sklasyfikować, Kochany Pamiętniczku.
Łażąc po sieci dowiedziałam się, że uprawiam cocooning :)
Baran z wizytą wpadł i tak się jakoś zagadaliśmy, miało być pół godziny, a wyszło, jak wyszło :P
I on, choć taka z niego włóczęga i małolat, też zaczyna tę konkurencję lubić.
Co to czas robi z ludźmi.
Ale...

W nocy amarylis rozkwitł na oknie w kuchni, nie słyszałam, jak spadł pod swoim własnym ciężarem, stracił jeden płatek, ale i tak jest cudny, co nie? Przeniosłam go do pokoju i namęczyłam się, żeby umocować tak, żeby nie spadał, skubany :)
Czegóż więcej chcieć, gdy zapadnie zmrok,  mam to, co lubię i nikomu nie przeszkadzam. Mam swoją muzykę w słuchawkach i nie krępuję się, że inni mogą ją słyszeć mimo słuchawek. Nie muszę wyłączać zabawek, bzykają to bzykają, komu to wadzi? Jedynie muszę je trzymać tak, by nie świeciły, bo nie do wiary, ale świecący monitorek ajfoniczka z drugiego kąta pokoju w nocy potrafi mnie obudzić. Za to nie obudzi mnie żaden budzik, więc mam przerąbane :P
Tak sobie miło pogawędziliśmy, aż biedny Baran padł.
Nie wiem teraz, czy prosić los o szybkie pojawienie się Kalafiorkówny i zlądowanie na Baranim karku na długo (tak, wiem, kochasz mnie i nie przeszkadzam Wam), czy pomęczyć się u Inżynierostwa i nie zawracać głowy Baranom :)
Zresztą los i tak zrobi po swojemu, mam nadzieję jednak na parę dni i tu, i tam :)
Co ma być, będzie :)
Odkąd zaczęło się zbieranie naklejek na Słodziaki, nie chodziłam do Lidla, wydając bez umiaru pieniądze w Biedronce, no bo naklejki. Nigdy więcej żadnych naklejek. Powędrowałam dziś do Lidla, chociaż miałam nie wychodzić z domu, ale czułam się lepiej po miksturze czosnkowej (woda, czosnek, cytryna, imbir, miód, zblendowane), gardło mnie wcale nie bolało, a wczoraj miałam w nim żyletki, temperatura mi skakała i miałam dreszcze. O wanilii myślałam zawsze w Lidlu była za niezłą kasę. Wanilii nie było, ale za to cytryny po 3,99, ludzie kilogramami brali. Kaki za 99 groszy, sama się skusiłam. I inne takie tam, ale widzę, że straciłam sporo, nie łażąc tu i tam. No nic. Nigdy więcej naklejek :P
I boligłówki sztuk dwie mam, zdążą mi zapachnąć do wyjazdu.
Jeszcze jutro relaks, potem cztery zwariowane dni.
I dlatego nie idę w czwartek na ten jubileusz, raz, że nie wiem, jak pójdzie zamykanie, dwa, cóż piękniejszego może być niż powrót do swojego azylu.
Bo to, że lubię ludzi nie ma jednak wpływu na to, że wolę siebie.
And My Shadow. 

czwartek, 15 listopada 2018

Serio

Kochany Pamiętniczku, badania na alzheimera już chciałam robić.
Bo czas mi się plącze, tak że jutro nie poszłabym do pracy, gdyby nie przypadek.
Obudziłam się dziś zadowolona, że piątek i w ogóle, że ojapierdolę, jutro się wyśpię i będę miała na wszystko wyjebane.
W pracy chuj bombki strzelił.
Tulili się do mnie, że pani Starajędzunio i chuj wi co.
Byłam jak skała i uśmiechając się mówiłam, że jestem dziś do 13 wg grafiku i nie ma innej opcji, mogę też przypadkiem wyjść ukradkiem i znienacka.
Ale że wypadło jak wypadło i miałam roboty po kokardę i kucyki, to siedziałam na dupie i pracowałam.
Przed 12 lecę z wydruczkami do tego co wypadło, a z kuchni rechot i ojapierdolę.
Imprezkę sobie zrobili, ale nikt nie wpadł na pomysł, żeby mnie zaprosić. A tańce, hulanki i swawola były, bo Bossa nie ma. Jakoś nikt nie wpadł na to, że nie słyszę wezwania do balangi, no i nie byłam do niej niezbędna, co nie? Tak zawsze bywa, taki lajf, urok i sraczka :D Nie byłam potrzebna na gwałt, więc mimo palącego się u mnie światła nikt się nie zainteresował.
Bywa. Może to i dobrze, bo zrobiłam, co miałam zrobić :)
Później poszłam do takiej budki, gdzie obiady takie sobie, ale cena do przełknięcia, albowiem drugiego śniadania nie miałam.
Zamawiam rybę.
Pani wielkie gały i mówi, że rybę to oni mają w piątek.
A ja grzecznie: ale dziś piątek.
Pani grzecznie: nie, czwartek dziś.
Ojapierdolę, faktycznie, czwartek dziś.
Tak mi się ten tydzień pierdoli, że ojapierdolę.
Cóż było robić.
Wróciłam, zeżarłam obiadek, dokończyłam robotę i szukam tych, co mnie tak pragnęli. A poszli na papieroska.
Trudno, ich strata :)
Słuchawki w uszy i poszłam w siną dal, w siną dal, lewa prawa.
W sumie co mnie to? Czekałam przepisowe 4 godziny na pracę, dostałam tekst na 5 minut, jeszcze mi po tym autor odpisał: Stara Jędzo, jak można tak szybko?
Ano można, jeśli się pracuje, a nie opierdala.
A że w międzyczasie pracowałam nad czymś innym. Wola boska i skrzypce. Mogłam smędzić na fejsbuczku, iść na ćmika, grzebać palcem w dupie, nieprawdaż?
Więc dwie minuty po trzynastej pomaszerowałam w siną dal, w siną dal...
W skrzynce czekało awizo, z dopiskiem gabaryty.
Sikora grzybków wysłała wczoraj (!), a że ostatnio zrobiłam aferę o zmiażdżony naparstek, to kazali mi lecieć na pocztę.
Hahahahaha :)
Ale doszło błyskawicznie, poczta już wie, z kim ma do czynienia.
Bo polecony ekspres air mail szedł kiedyś do Inżyniera miesiącami, skutkiem czego biedny Inżynier dokończył studia w PL
Za co dzięki niebiosom i partii :)
Odsapnęłam, popiłam, bo się odwodniłam i polazłam na piątkowe zakupy, aczkolwiek czwartek był, no ale co zrobić w takim popierdoleniu?
Do Biedronki polazłam.
Napchałam do wózka wiele dobra, albowiem to piątkowe całotygodniowe zakupy były, aczkolwiek dziś czwartek.
No nic...
Przy kasie pani prosi o założenie taśmy, że koniec kolejki i basta.
A ja na to jak na lato :p
Nie ma kolejki, więc zagajam grzecznie, do kiedy te Słodziaki...
Pani, że do 18 naklejki, a do 2 grudnia odbiór. Więc nieśmiało zagajam, kiedy będzie II tom książeczki.
Pani: gotówka czy naklejki.
A ja:naklejki.
I pani pomaszerowała w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, nie sprawdzałam jakie ma podwiązki :) W sklepie NIE BYŁO książeczek.
Po chwili wróciła i...
MAM :)

Mam książeczkę urban legend :P Przejdzie do family legend. A wszystko przez Synową miłującą zwierzęta do bólu. Hmmm.... Może jednak dziecko nie do końca się spsuło :P Zobaczymy, życie jest full of zasadzkas and kopas w dupas :)

 I wiem, że już NIGDY w życiu nie będę zbierała naklejek na nic. Wolę, kurde, stówę wydać na pierdołę, niż zbierać pierdyliard monet na jakiś badziew, jak te, które uzbierałam z namowy Synowej. NEVERMIND :) To zryło moją psychikę i zostałam JESZCZE WIĘKSZĄ starą wariatką :P
 Ale pieścichłopy były wyjątkowo seksowne i świeże tym razem, więc nie pożałowałam sobie. Kto bogatemu zabroni?

 I klementynki prima sort.
Ale naklejki zostawiłam pani w kasie, żeby mnie nie kusiło, że a nuż dozbieram do 18 jeszcze na coś :D

Chaupkę ogarnęłam piątkowo, aczkolwiek pamiętałam, że jest czwartek.
Zatem juterko do roboty, ale potem mam trzy dni wolnego, bo tak :P

Bo tak wyszło...
A za dwa tygodnie mnie już nie będzie.
Taki life :P



wtorek, 13 listopada 2018

Jak w diabelskim

młynie, Kochany Pamiętniczku.
Ano, takie jest życie.
Randkę miałam w sobotę, bo w niedzielę pojechali do Londynu na angielskie obchody zakończenia I wojny światowej.
Nie muszę mówić, że się nerwowałam, klnąc, bo to i Alienek mały i ona na ostatnich nogach w ciąży. No ale nic się nie działo.
Za to osobistą traumę miałam.
Bo licho mnie podkusiło, które jak wiadomo nie śpi, na pewno nie śpi z byle kim i sobie umyśliłam, że do wujka Mietka zajrzę, bo i pogoda kusiła. Wyrzuty sumienia mam, że tego tłustego zadka nie ruszam.
I pokarało mnie.
Już na przystanku musiałam znikać i lecieć na bimbę, albowiem pod wiatą skupiło się 10 żuli i - tak, wiem, to też ludzie - smród szedł taki, że na przystanku nie można było tchu złapać. A że było widać, że pojadą autobusem, wzdechnęłam i pomaszerowałam w siną dal, w siną dal.
A bimbie był jeden żul, więc przemieszczając się strategicznie uniknęłam woni Arabii.
Ale za to tłok był taki, że nawet ja nie pamiętam.
Cały Poznań jechał do centrum, a korki były jak marzenie, tylko bimby śmigały. Chytrze obliczyłam, ze dojadę prawie do celu, a tu na Podgórnej zonk.
I nic dalej nie jechało, wywalili wszystkich


 Szłam w takim tłoku do Ratajczaka, że nawet zdjęć się nie dało robić. Nienawidzę takich zbitych tłumów.


 Przez chwilę było luźniej, ale potem trafiłam w strumień idących na plac Wolności i na Święty Marcin i prący w przeciwnym kierunku tłum uczestników Biegu Niepodległości. Nie powiem, widoki radowały serducho, ale zwyczajnie się bałam, a moja klaustrofobia miała się znakomicie, bo żeby to jeszcze szło z zasadą prawej strony, nie, to był jeden wielki chaos.

 Po biegu przebierano się wszędzie, gdzie się dało :)
 A pani w kapeluszu, żywcem wyjęta ze starego filmu brała udział w inscenizacji sufrażystek.
.Marzyłam tylko o tym, żeby jechać do domu. Ale jak na złość panował taki chaos komunikacyjny, że dojechałam do domu po 2 godzinach, ciesząc się, że udało mi się ominąć paradę z okazji imienin ulicy.
Nie, to mnie przerastało.
Starzeję się gwałtownie.
Jedyny powód do zadowolenia to fakt, że moja wioska bawiła się dobrze, w przeciwieństwie do biednej stolycy, którą najechały dzikie hordy.
Nawet nie chce mi się tego komentować, bo brakuje mi słów. W sumie przesiedzialam resztę dnia przed kompem, oglądając relacje z różnych miast.
Poniedziałek przeleżałam, wstając tylko do kuchni i do WC.
Wieczorem odezwała się M., którą ostatni raz widziałam po maturze i przegadałyśmy pół nocy :)
A dziś miałam być w pracy na ósmą. I byłam.
Ogarnęłam wszystko migusiem, no bo kto, jak nie ja?
A ranek wstał cudowny.
 Niebo płonęło...

... a mój amarylis nieśmiało wygląda na ten padół.

Przed chwilą uświadomiłam sobie (w tym roku wyjątkowo szybko), że 39 lat temu, w piatek, o trzynastej powiedziałam TAK.
Po prostu stwierdzam fakt historyczny, nie odczuwam żadnych emocji.
Ot, data w kalendarzu.
Nigdy nie obchodziliśmy rocznicy, Eks nigdy nie pamiętał o żadnych świętach, rocznicach i takich tam. A ja szybko nauczyłam się niereagowania, bo szkoda było moich nerwów.
Inżynier odpisał: jak też czas leci.
Pierworodny krótko: lol.

I tak wszystko przemija,powoli, powoli, i pamięć o szczęściu, i o tym, co boli...

Kopiemy dołek dalej :) 



 

piątek, 9 listopada 2018

A szlag

Kochany Pamiętniczku.

Kolega w pracy dziś mi rzekł: wyłączyć wszystko. Chyba tak zrobię, bo mam, kurwa, wszystkiego dość.
Dość wiadomości z wielkiego świata, nawet nie z wielkiego, z mojego kraju, a  to tylko kawałek tego świata.
Że pójdzie taki pochód, że pójdzie kontrpochód, że sąd zakazał, że sąd zezwolił, że na rondzie w stolycy będzie wojsko i rosomaki, jeszcze tylko nikt nie zawołał, że nie oddamy ani guzika, że no pasaran, że przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, Odrze też nie popuścimy.
Że rogale marcińskie z certyfikatem pieczone są na margarynie, a bez certyfikatu na maśle - ironia losu, ale właśnie dotarło do mnie, dlaczego od kilku lat, mimo mojego sporu ze Zmorką rogale są takie se.
No ale że na maśle muszą kosztować ponad 50 zyla za kilo.
Płaciłabym, ale nie wtedy, gdy wychowywałam materiały żrące. Wtedy kupowałabym rogale za 4,90 za sztukę w Biedronce.
Nosz, kurwa...
Zazdroszczę.
Narodom, żyjącym we względnym spokoju. Gdzie coś takiego jak Thanksgiving jest czymś zwykłym. Bo tu nawet 100-lecie niepodległości potrafią spierdolić na maksa.
Nie mówiąc o innych świętach.
Tak, jestem stara i niereformowalna.
Dziś w pracy wkurwił mnie na maksa kolega, który mnie zawsze wkurwia, bo cokolwiek ktoś nie powie, on zawsze rechocąc opowiada kawał, z którego nie wiadomo, w którym momencie się śmiać, rechocąc przy tym uroczo. Usłyszał, jak rozmawiam z koleżanką o zwolnieniach policjantów i wpadł, trzymając się za tłuste brzuszysko i rechocąc, jak to "te policyjne palanty nie wiedzą już czego żądać".  Może powinnam mu odpowiedzieć, że niech sam idzie do policji? Bo siedzi, kurwa, na dupie i na każdym zebraniu pierdoli o dupie Maryni. Niech idzie za te - chuj wie - niech nawet będzie 3400 brutto - na pewno ma więcej jako, a jakże, kierownik działu, na ulicę. Gdzie może oberwać kamieniem, pałką, kulą, chuj wie czym. Ma gromadkę dzieci, czwórkę albo i piątkę, nie ogarniam. Niech idzie patrolować, z nadzieją, że dożyje tej czterdziestki, kiedy będzie mógł iść na emeryturę, niewiele mu do niej zostało, skoro jej tak policjantom zazdrości. Ale najpierw niech, kurwa, ochrania te wszystkie za i przeciw. Tę władzę, która dla nikogo, kto ma klepki na swoim miejscu normalną władzą nie jest. No, chyba że mnie do końca już pojebało i nie wiem, co jest normą, a co nie.
Chcę żyć w kraju, gdzie policja za to, że nadstawia łeb i kark za mnie, za to, że nikt mi w łeb nie da za to, że mam inny akcent (a mam), że mam inne poglądy jak white power (a mam), że jestem pedalicą (a jestem, nigdy tego nie ukrywałam) dostaje godziwe wynagrodzenie.
Że mogę iść na manifestację i mówić, że nie podoba mi się rząd, bo mi się, kurwa nie podoba, że nie podoba mi się, że nie mogę się skrobać, jak chcę, aczkolwiek nigdy takich ciągot do skrobania nie miałam, ale moje sztuki dwie mają obiecane, że w następnym życiu je wyskrobię, bo zasłużyły na to bezapelacyjnie (no, może będzie jakaś amnestia, ale i to nie jest pewne na bank), że należy zdelegalizować nacjonalistów i ONR, i wielbicieli Hitlera i inny szajs, albowiem mój kraj dosyć wycierpiał od tego gówna,  moja rodzina osobista też, że nacjonalizm to nie patriotyzm i inne takie tam.
Że lubiąc Żydów, pedałów i cyklistów i inne takie tam nierasowe ustrojstwa, które w sumie chodzą po tym świecie równie zagubione jak ja, nikomu krzywdy oprócz siebie nie czyniąc - mam prawo żyć.
Bo nie nawołuję do mordowania tych, których nie lubię.
Ale domagam się PRAWNEGO zakazania jednoczenia się ludziom, którzy chcą niszczyć innych ludzi w imię tego, że są inni.
Tak sobie myślę, że mam jechać do tego UK na tak długo, żeby pooddychać. Po prostu. Powietrzem. Bo w UK nawet gdy jest zima, oddycham pełną piersią. Bo tam palą gazem.
U nas niby ciepło, ja na przykład mam kaloryfery zakręcone, ale...
Stan zanieczyszczenia powietrza w niektórych miejscach  mojego, KURWA, kochanego kraju przekracza 1000% (sic!). Na Lubelszczyźnie! Rogaś z Doliny Roztoki, kurde i inne takie bajki.
A mówiono kiedyś, że to Śląsk jest najbardziej zanieczyszczony.
Ostatnimi laty sądziłam, że to SKS, że coraz ciężej mi oddychać, że pora do urenki i na kominek.

Zakręciłam się w tym wszystkim, jak słoik po ogóraskach.
Dobrze, że mam trzy dni na przemyślenie i odkręcenie.
Tylko czy warto?

Tysiąclecie państwa polskiego. Kolonie (znaczy się takie wakacje, na które wysyłano niewinne dzieciątka, których rodziny miały dość. Przeważnie zakładowe. U mnie akurat ZNP. Związek Nauczycielstwa Polskiego. Borzęciczki. A googlajcie sobie. Rzut berecikiem od mojego rodzinnego R.). Przygotowujemy imprezę. Dzięki niej do dziś pamiętam historię Polski epokami. Bawiłam się niesamowicie, ucząc się piosenek na znane nuty.
Był sobie Antek murarz:

Był sobie Kazio Wielki, co kochał Polskę szczerze, rozwalał stare belki, ruderę po ruderze...

Fajeczka - Baran powinien znać melodię, choć młody:

Król Łokietek z liści wróży, siedzi w grocie, fajkę kurzy, siedzi sobie na kamyku i kłopotów ma bez liku. Już nadziei nie ma człek, podły ten trzynasty wiek :)

I tak po kolei, aż do pieprzonej Polski Ludowej mogę całą historię wyśpiewać, po 52 latach :)
I nie wydano wtedy na obchody tylu milionów, choć zbudowano 1000 szkół na tysiąclecie.

Tak, wiem, było ZOMO, bezpieka, inwigilacja, morderstwa, afery i inne takie tam.
I nie, nie idealizuję tamtego ustroju, ale pamiętam, co mówiła moja Mama, że gdyby nie on, nie byłaby nauczycielką.
A i ja wiem, że gdyby nie ten pieprzony ustrój, nie doszłabym do miejsca, w którym jestem.
Może doszłabym inną drogą, ale czy na pewno?
Kończąc studia musiałabym się kopytami zaprzeć, żeby pracy nie dostać.  A żeby być bezrobotnym mając studia trzeba było ciężko pracować. I nie, nie na kasie w Biedronce czy w policji...

Dlaczego, kurwa, nie może nic być w życiu prosto i najlepiej mają gnidy?

Tym optymistycznym akcentem kończąc mój rozjebany, pracowo też, do bólu dzień, ośmielam się zamieścić coś, co powoduje, że włoski, i te na łysej główce, i te na rękach i nogach, niedepilowane (tak, wiem, też nie depilujesz, ale znamy kogoś, kto depiluje), stają mi na baczność.
Szkoda, że nie ma czwartej zwrotki.
I znikam na dłużej, bo nie warto żyć.
A może i na zawsze, bo za dużo się we mnie kotłuje.
Sayonara







czwartek, 8 listopada 2018

Akcja

MIÓD niespodziewanie zakończona sukcesem, Kochany Pamiętniczku :)
Znalazła się dobra dusza, która podjęła się załatwić miód (po drodze też odezwały się dwie dobre dusze z blogowiska - Zmorka i Miśka, dziękuje, dziewczyny). Miałam go dostać we wtorek, a tu dziś wchodzę do pracy i tadam...


Taka piękna niespodziewajka na mnie czekała, a ja z gołą dupą, bo gotówki nie miałam, nastawiona na wtorek. No ale sponsor niespodziewanie wpadł i wypadł, więc muszę na niego polować z kasą :)
Poprosiłam o więcej miodu, zostanie dla mnie, na zachomikowanie, tyle nie zabiorę, ledwo to do domu dowlokłam, takie to ciężkie, bo litr miodu waży ponad 1,30 kg.
To będzie miodek dla mnie, na zapas, bo pochłaniam go regularnie i systematycznie :)

Pracowy grudzień zaś 


gotowy do działania, a i domowy dzielnie mu sekunduje :)

No więc idzie mróz i zima. Chyba, bo to na dwoje babka wróżyła :)
A i storczyki, jak na złość, przymierzają się do kwitnienia.
I amarylis lada dzień wybuchnie.
I pieścichłopy mam, ostatnie trzymały się nadzwyczaj długo, bo prawie cały tydzień.
A za mną chodzą... kalafiory. Co najmniej dziwne, bo nie jestem ich zagorzałą fanką, a tu nagle bach... Co drugi mniej więcej dzień, a ostatnio co dzień na obiad wciągam kalafiora. Całego kalafiora i nic więcej. Może to wpływ Kalafiorkówny jest, ale jak?
Tak jak zawsze przeszkadzał mi zapach gotującego się kalafiora, tak teraz nie czuję go wcale, a i same kalafiory, niezależnie od tego, gdzie je kupię, też smakują inaczej.
Nie mam na to wytłumaczenia.
Guz na mózgu :P
A po otwarciu drzwi wejściowych w mieszkaniu unosi się delikatny, naprawdę delikatny zapach paczuli. Niech się chowają wszystkie te chemiczne odświeżacze i inne cuda wianki. Mój olejek z paczuli daje oszałamiający zapach. I tak myślę o Eksie, który był wrogiem tego zapachu. Dostałam od jego siostry kiedyś perfumy paczulowe, w czasach kiedy u nas było tylko Być może i Pani Walewska oraz woda kolońska Przemysławka. Za każdym razem, gdy wsiadałam do auta, a użyłam paczuli, byłam bezceremonialnie wypraszana. Bezapelacyjnie i bez odwołania.
Więc teraz bezkarnie zachwycam się moim ulubionym zapachem.
Nie cierpię, nienawidzę za to olejku różanego.
Działa na mnie jak płachta na byka. O ile naturalny zapach róż lubię, to olejku różanego nie trawię. Tak samo nie lubię konfitury z róży. Kiedyś były takie cukierki z nadzieniem różanym - nie ruszyłam nigdy. Tak samo nie cierpię pączków z konfiturą różaną. Ale herbatę po rosyjski z konfitura różaną, którą podawano w herbaciarni naprzeciwko Biblioteki Uniwersyteckiej, do której wpadaliśmy w przerwach, nazwa wyleciała mi z pamięci, pijałam litrami :) Ot, pomieszanie z poplątaniem :)
Ale awersji Eksa do paczuli nie ogarniałam, tym bardziej, że jako palacz nie miał powonienia jak pies gończy :P

Przerażona jestem tym, co się dzieje w związku z 11 listopada. Jako naród jesteśmy naprawdę nie do ogarnięcia. Jak naród, który tyle wycierpiał od faszyzmu może sam popierać faszyzm? Nie mogę tego pojąć moim ptasim móżdżkiem. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że moja wioska na tle tego całego bajzlu jawi się jak oaza spokoju.Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będą imieniny ulic, Bieg Niepodległości i żadnych narodowców.
Jednak wybrałam piękne miejsce na Ziemi do życia.
Nigdzie się stąd nie ruszam.