wtorek, 20 listopada 2018

Nie narzekam

na pracę, Kochany Pamiętniczku.
Cieszę się, że ją mam i chcę pracować jak najdłużej. Kocham te pieniądze, taka prawda i taka ze mnie wredna materialistka :)
Narzekam na ludzi.
W sensie ich pracy, bo pracują byle jak. I to nie jest tylko moje odczucie, to odczucie całej ekipy rzekłabym technicznej.
Jeżeli jedna osoba musi zrobić wszystko, co przygotuje znienacka kilkanaście osób, a każda z nich uważa, że jej  dzieło to priorytet, to przepraszam.
Niby powinnam się do tego przyzwyczaić, ale nie.
I co kawałek ktoś do mnie włazi i smędzi, że dlaczemu nie będę na imprezie z okazji 25-lecia w czwartek.
Nie, bo kurwa nie mogę na Was patrzeć, ludzie.
Bo wszyscy będą się szczerzyli do naczalstwa i w dupę im włazili bez mydła i wazeliny. Ot tak, dla zasady, bo może naczalstwo zapamięta i wynagrodzi.
A ja będę padnięta po kurcgalopku, w jakim będę pracowała i co jeszcze weselsze, warzywka sobie ot tak, przesunęły, bo tak.
Nie, żebym narzekała, bo to łatwa kasa, ale żeby ją zarobić, też się muszę narobić.
I tak, jak ktoś musi wyjść, bo chory dziadek, bo zebranie w szkole, bo odebranie dziecka z basenu, bo może gdzieś kochanka czeka, to i owszem, jestem kochana, najsłodsza i jedyna.
Ale gdy ja mówię, że nie mogę z powodów osobistych dziś kiblować dziesięć godzin, proszę o szybsze zrobienie (znaczy się: nie łaź na kawę, nie leź na ćmika, nie pierdol w kuchni), to nie, nikt tego nie bierze pod uwagę.
Więc niestety, nie jestem zainteresowana.
Tak, kręci mnie, że firma istnieje już 25 lat i niech istnieje kolejne 25 i mnie zatrudnia, bo mam taką fantazję.
Ale nie, dziękuję, nie pójdę na imprezę.
Bo nie umiem być nieszczera i uśmiechać się, kiedy mam ochotę tylko wejść do domu, zamknąć drzwi, zdjąć z siebie wszystko, wleźć do wanny i nie myśleć. I nie, nie skusi mnie najlepsze żarcie ani alkohol.
Okazuje się, że jeszcze w piątek będę musiała iść do pracy, bo... relacja z imprezy.
Tadam :) I tak się mój piątek poszedł jebać. Jak zwykle.A ja z uśmiecham na ustach pojadę do pracy.
I będę niebiosom dziękowała, że po raz drugi w ciągu ośmiu lat pracy mam URLOP.
Urlop, w sensie, że nic, kurwa, w grudniu nie zrobię, że będę miała wyrąbane na wszystko, na to, że jeszcze jedna notatka, że nie ma autoryzacji, że...
Średnio co cztery lata mam zatem urlop, kiedy nie myślę, że mnie ktoś wezwie, bo dodatek, bo ekstras, bo komuś się coś zapierdziało, bo takie terminy, no a ja tylko na pół etatu, to się byczę nieustannie.
Tyle we mnie goryczy, że aż się sama tego boję.
I boję się stresu, który ona ze sobą niesie.
Bo stres zabija, takie są fakty.

A na razie zabija mnie klimat. Raz, że co chwila wyskakują mi komunikaty, że mam siedzieć w domu na dupie, bo smog. No, mogę apkę wyłączyć, ale co to zmieni? Od kilku lat czuję, że coraz ciężej mi oddychać i nie, nie że starość i że jestem już wielorybem. Nie. Jest gorsze powietrze.
To już nie tylko czuć, ale i widać.
Widać pył unoszący się w powietrzu.

I jak tu się jeszcze ubrać? Założyłam wczoraj mój zimowy płaszczyk, bo i padało, i prawie zero. Zanim doszłam do pracy czułam się jak Rozalka włożona do pieca na trzy zdrowaśki. Ledwo się doczołgałam do pracy z przystanku, czując jak leci mi pot po plecach. W sensie, że ciepły płaszcz nie przepuszcza powietrza, a w tramwaju było jak w łaźni nagrzane. Włosy miałam mokre, jak po wyjściu spod prysznica. Nie pomogło rozpięcie płaszcza, w plecy było mi gorąco, a w piersi wiał lodowaty wiatr.
Kurwa mać.
Dziś przyjęłam inną strategię. Wyciągnęłam z czeluści szafy sweterek, którego od lat nie nosiłam. Zarzuciłam go na sweterek, który teraz nosze, a raczej na imitację bliźniaka. Na to poncho i komin. Uff... Z lekka było mi zimnawo, ale lepsze to, niż gotowanie się w piecu chlebowym i ociekanie potem. Aczkolwiek... przez dżinsy wiał mi lodowaty wiatr, a ja rajstop nie mam od dobrych kilku lat... I jak założę rajstopy pod dżinsy, to w pracy mnie szlag...

Starość, kurwa, starość.
I nie napiszę, że pora umierać, bo to jest oczywiste.
No, ale jeszcze Kalafiorkównę chciałabym zobaczyć na własne oczy i czubek łebeczka ucałować.
I z Alienkiem pogadać, i z Małą Wiedźmą,  i Papryczkiem.
Na chwilę, na moment.
Bo liczą się tylko chwile, reszta to fatamorgana i złudzenie optyczne :) 
Wrzuciłam dziś na fejsa zdjęcie Papryczka, no i wyszły z tego jaja, bo zażartowałam, w sumie mówiąc prawdę, że woli babcię nr one :) Bo taka prawda, nie tuli się do mnie, tak samo MW przyjeżdżając do mnie robiła sceny, że chce do babci J., odjeżdżając, gdy przyjeżdżała po nią babcia J. też rzucała się w jej ramiona z radością, mnie żegnając chłodnym "pa". Nie mam o to pretensji, u babci J. spędzały całe lato, u mnie góra tydzień. Tam mają luz i dostają wszystko, co chcą. Wożą je na wczasy, mnie nie za bardzo stać na wczasy dla mnie samej, wciąż mi wisi nad głową perspektywa, że już nie będę pracowała, a nie mam nic odłożone, nie widzę opcji fundowania wczasów nad morzem synowej i dwójce wnucząt. Nic dziwnego, że wnuczęta są bardziej za dziadkami niż za mną. Synowa zaczęła się tłumaczyć, nie rozumiejąc, że mi to w sumie dynda. Wiem, że to nie jej wina, że nie odmawia dzieci ode mnie. Sama mówi, że woli mnie, jak swoją matkę. Nie o to biega. Takie jest życie - dzieci wolą rękę, która je rozpieszcza, nie wyznacza granic i daje wszystko. U mnie są zasady, nie wolno, to nie wolno i koniec, nie ma apelacji. No i nie widzę konieczności wydawania kasy na rzeczy niepotrzebne, na zasadzie, bo dziecko chce. Moje nie dostawały tego, co chciały, więc dlaczego mam srać wyżej, niż dupę mam, tylko po to, żeby pokazać wnukom, że je kocham?
No i ciąg dalszy dyskusji na fejsbuczku. Zakończyłam, bo co będę się kopać z koniem, na dokładkę z takim z pisu, co internetów nie ogarnia?

Tak samo z lekka fochnęła się na mnie Inżynierowa, bo wczoraj w parku, jak sama przyznała, polazł za nią pies. Zna go z widzenia, więc szukała właściciela po okolicy, nie bacząc, jak sama napisała, na brzuszysko i ryczącego, głodnego Alienka. Znalazła, nie właściciela, ale sąsiada właściciela i zostawiła tam psa. Poszła szukać właściciela, zna go z wiedzenia, żeby się nie martwił o psa. Wróciła do domu dopiero, gdy Alienek się zapłakał prawie na amen i już nie zdążyła obiadu zrobić, bo pies. Pytam dziś z ciekawości, czy jest dalszy ciąg historii kundla, a tu święte oburzenie, że to nie kundel, że to rasowy, bardzo drogi szpic.
Seriously?
Sierściuch ważniejszy od dziecka?
Od drugiego dziecka, które w niej rośnie?
Wiem, zmaleje mi liczba wielbicielek i czytaczy.
Ale: nie jestem wrogiem zwierząt.
Nie krzywdzę ich.
Uważam po prostu, że człowiek jest ważniejszy.
Tak, wiem, ludzie odchodzą, zdradzają, krzywdzą.
Zwierzęta są wierne i inne tam klocki.
Nie mam zwierząt, bo mnie na nie nie stać.
Nie stać mnie na skazywanie kundla, niechby był rasowy do szpiku kości, na czekanie na mnie po 12 godzin, jak dziś.
Bo dziś wyszłam o ósmej i wróciłam krótko przed dwudziestą. I ni cholera mnie nie zmusi do sprzątania w tym momencie kuwety. Kocham swoje kurzołapy, badyle i marzę tylko o klapnięciu na fotelu i maniu wszystkiego głęboko w dupie, bo nawet na nowy odcinek serialu nie mam ochoty.
Nie stać mnie na weterynarza, bo na dentystę dla mnie odkładam miesiącami.
Nie stać mnie na kota, bo nie mam z kim jebanego sierściucha zostawić, gdy jadę na miesiąc, bo potrzebuje mnie Inżynierowa...
Więc tak, jestem wredna i do szpiku kości egoistka.

Jak już mnie rozsypią, zaznaczę w ostatniej woli, że chcę mieć tabliczkę z napisem: Bo to zła kobieta była :)

True story :p 

Tylko dlaczego we mnie jest tyle goryczy?

Pora zamknąć budkę na kłódkę, tak myślę...





12 komentarzy:

  1. Jędzo droga! nie gorzkaś a rozsądnaś. gorzka i zła to ja. Twoje szczere i życiowe, ale też i zabawne literki pobudzają moje endorfiny. tylko tyle mogę napisać odnosząc się do ostatnich słów Twego listu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Beato, za wyrazy uznania i nie oceniaj się tak surowo :*

      Usuń
  2. Nie tylko Ty taka gorycz masz w sobie. W kazdej pracy jest cos co cieszy i cos co nam na nerwy dziala ale puki tego pierwszego jest wiecej to czlowiek wytrzymuje. W kazdej rodzinie i w kazdym domu drzwi skrzypia .Dobrze , ze kochasz siebie i jestes dobra dla siebie ,bo jak komus dac milosc czy dobro ,ktorego nie mamy nawet dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No popatrz, zawsze mówiłam to mojej teściowej, gdy ona się skarżyła, jak to ona się dla wszystkich poświęca. Mówiłam: mamo, niech mama siebie pokocha i dopieszcza. A ona, że nie jest taką egoistką, żeby siebie kochać, że ona nazywa się milion, bo za miliony kocha i cierpi katusze :P
      Czyli dobrze mówiłam, bo ja faktycznie jestem pieprzoną egoistką i kocham siebie.

      Usuń
  3. Przynajmniej jestes prawdziwa....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uszczypnęłam się, chyba jestem, bo zabolało :) Ale wiem, że jestem jedyna w swoim rodzaju, nieprawdaż? :)

      Usuń
  4. Ty się nie zamykaj na kłódkę, Jędzo Jędzowata! Gdzie będziesz sobie ulewać gorycz, która tak szkodzi zdrowiu? Tylko na blogu.

    Ja tam Cię po główce głaskam na odległość ( już widzę jak się otrząsasz z lekkim obrzydzeniem :-) )za praktyczne podejście do rzeczywistości w temacie zwierząt.
    Mam swoich dość i jestem uwiązana. Nie narzekam, bo dorosły człowiek jestem i wiedziałam co robię ( z grubsza ) gdy zaczynaliśmy hodować konie. Ale to odpowiedzialność, obowiązek i ograniczenie wolności jest. O wydatkach nie wspomnę, bo ty to już zrobiłaś.

    Więc proszę Cię bardzo, lej sobie ten kwas swobodnie, bo jak nie tu, to gdzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Głaskanie tfu, tfu... Pamiętasz pewnie babcię z Allo, allo, więc wiesz :)
      Przerabiałam zwierzęta w dzieciństwie moich chłopców. Przysięganie na kolanach, że oni się tym zajmą. Były żółwie, rybki i nic więcej. Powiedziałam stop. Bo i żółwie, i rybki spadały na moją głowę po miesiącu. A ja pracowałam i dom ogarniałam. Więc na kotki już powiedziałam stop, a o pieskach nie było w ogóle mowy. Inżynier ma dwa koty, i wciąż mi wypomina nieszczęśliwe dzieciństwo :) Trudno, będzie musiał z tym żyć, w następnym życiu wybierze sobie lepszą matkę :P I będzie miał szczęśliwe dzieciństwo, wg życzenia :) A dziękuję, będę lać, bo jak nie tu, to gdzie?

      Usuń
  5. Jędzuniu , nie zawsze jest pogodny nastrój a zwłaszcza taka pora roku jaka jest teraz przysparza CZŁOWIEKOWI wszelkiego rodzaju złe myśli. Wszystko przeszkadza i drażni. Nie masz wpływu na postępowanie wnucząt , ja mam ten sam problem. One kochają tego którego częściej widzą i na wiele pozwalają. Oszczędź sobie nerwów, mieszkasz sama więc dbaj o zdrowie bo to najważniejsze. A " budki" nie zamykaj i przelewaj "żale" na "papier" on wszystko przyjmie a Tobie ulży. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, wiem. Wychodzę z założenia, że albo mnie pokochają za całokształt, albo mam na to - przepraszam za słowa - wyjebane. Druga babcia spełnia wszystkie zachcianki, ale wydaje pieniądze męża, nie swoje. Lgną do niej, bo mogą tam robić, co chcą. U mnie też mogą być dziećmi, ale są reguły. I to działa, bo np. Mała Wiedźma wlokła Papryczka do lodówki i tłumaczyła mu przejęta, że magnesy na dolnych drzwiach są ich, ale tych z górnych drzwi nie może ściągać, bo te są babci :) Relacje z wnukami mam bardzo skomplikowane, to temat na notkę, nie na komentarz. Pozdrawiam serdecznie, oczywiście będę pisać :D

      Usuń
  6. Jędzo Kochana! O pracy i wnukach napisano wyżej- nie będę się powtarzać. Ja w sprawie miłości do zwierząt, jako ta, co zwierzęta bardzo kocha. Gdyby wszyscy tak nie-kochali zwierząt jak Ty, zwierzęta podziękowałyby im ludzkim głosem już dziś, nie czekając Wigilii. Bo Miłość do zwierząt równa się odpowiedzialność za ich dobrostan. A Ty je kochasz bardzo - i za to między innymi Cię lubię. I proszę - nie zamykaj budki! Gdzie wetknę palec? Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, jestem wzruszona oceną. Tak, moim skromnym zdaniem miłość to odpowiedzialność. I jako rasowa egoistka wyglądając rano w zimowe dni za okno i widząc zmarzniętych "pieskowiczów" mówię stanowczo: nie. Jestem już stara, nie mogę żadnemu zwierzakowi zagwarantować nic, więc ich nie mam. Bo jak pięknie pisała Szymborska: tego się nie robi kotu. Barania mama sprzątała po jamniku w mieszkaniu kilka lat, bo nie można go było na zewnątrz wynosić już. I gdy odszedł stwierdziła, że następnego nie weźmie, bo nie wie, czy będzie miała na to siły jeszcze. I dlatego mam zakopiańskie kapcie, które grzeją jak rasowy kot, a jeść nie wołają i do kuwety nie robią :D Budka będzie do końca, bo to nałóg, nie martw się, będziesz miała gdzie palec wtykać :P

      Usuń