wtorek, 27 marca 2018

Jeszcze

mi się do końca nie ulało, Kochany Pamiętniczku.
Bo tak do końca nie poznaje Inżyniera.
Zawsze był uparty jak osioł, nic dziwnego, po takiej mamusi.
Ale tym razem przeszedł samego siebie.
Bo...
Kąpię Alienka. Inżynier wpada z inspekcją, czy czasem gada nie topię i puszcza wodę. Więc proszę, żeby nie puszczał więcej.
I afera na całego, bo dziecku wody żałuję. Dziecko miało wody dość, a ja wodę oszczędzam.
No i zaczęła się pyskówka, że jak ich pobyt generuje koszty, to on mi stówę da, tylko nie mam żałować Alienkowi wody.
Kurwa.
Trzy osoby przez okrągły tydzień. Z tego dwie napuszczające pełną wannę.
Sama pełną napuszczam rzadko, kąpię się codziennie, przy mojej suchej skórze moczenie nie jest wskazane. Oprócz nich przyjeżdżają też Pierworodni, to też trzy wanny dziennie (bo dzieci kąpią się na razie razem).
Nie wytrzymałam, wyszczekałam mu podwyżkę, która mu nie wystarcza. Podwyżkę w wysokości moich dwuletnich zarobków.
Dla mnie dopłata 1000 zł do czynszu (bo zazwyczaj tyle mam niedopłaty), to więcej niż połowa mojej pensji.
Nie zrozumiał.
Że jego stówą mogę sobie dupę podetrzeć.  On mi da stówę.
Fuck.
I krytykowanie mojej kuchni do upadłego. Że nieergonomiczna, że za mało blatów, że jak żyć, kurwa, jak żyć, pani matko w takiej kuchni?
Seriously?
Czuję się w niej znakomicie, chociaż czasem nie ogarniam tej kuwety. To moja kuchnia, moje mieszkanie. Nikt mi nie pomagał przy remoncie, oprócz Kierownika Budowy, który działał jak działał.
Trudno, żebym pomagał z 1500 km dalej - odpowiedź Inżyniera.
Seriously?
To zamknij pysk, dziecko...
I kretyńskie pytanie, czy 5 lipca 2009 roku był dla mnie dniem, w którym poczułam się wolna i odżyłam.
Nie, kurwa, miałam wtedy uczucie, że drugie pisklę wyfrunęło z gniazda, zadowolone z życia. Kosztowało mnie sporo ułożenie sobie życia na nowo, poukładałam sobie świat i nie zostawię tego już. Do dziś brakuje mi dziecka, czekającego na mnie na murku na Garbarach w piątek. Wiernie. Bo czekał wiernie, szliśmy na zakupy, później na obiad do knajpy, a później szedł w długą. Ale czekał na tym pieprzonym murku wiernie. Nawet wtedy, gdy założył sobie kolczyk na brew, za własną kasę, bo ja nie dałabym na to grosza. Gdy wstał, a ja rzekłam: seksownie wyglądasz. Później opowiadał  na prawo i lewo, jak matka mu zepsuła wejście. Bo liczył na scenę balkonową za ten kolczyk, na opierdol, na jazdę bo bandzie. A matka nic, tylko że seksownie wygląda. Do dziś nie wie, ile mnie to kosztowało :)
Dziecko straciłam 21 maja 2016 roku. Tak do końca. Drugie. Zaczęło mu się w mózgu pierdolić i proces postępuje.  Straszne dzieciństwo miał, bo wbrew jego marzeniom nie dostał ani pieska, ani kotka. Dostał żółwie, bo miało być jakiekolwiek zwierzątko. Żółwie po miesiącu spadły na matki łeb. Kolejne były rybki, które też wkrótce wylądowały na moim łbie. Nikt nie pytał mnie, czy mam czas na oprzątanie gadziny. Kotka nie było, bo nie, a pieska nie, bo lekarz nie zalecał ze względu na chorobę Eksa. Ponoć to są wykręty z mojej strony. Maybe. Ale dziękowałam niebiosom, wstając do pracy i widząc przez okno wyprowadzane pieski. Bo musiałabym wstać pół godziny wcześniej. Co najmniej. A później? Nad tym już nie miałam kontroli.
Takie są fakty, nic tego nie zmieni.
Wracają (w planach do PL). Co sprowadza się do tego, że po każdym spotkaniu ze znajomymi rzucają się śpijmą nocą do kompa i analizują, gdzie kupią dom. Kolejne spotkanie, jazda taksówką. Taksiarz biznesmen, wynajmuje multum mieszkań. I rzucają się do kompa...
Ojapierdolę.
Zredukowali liczbę wnucząt do dwójki. Ze względu na trudy wychowania potomstwa.
Alleluja. Trudy? Jakie trudy? Dzieci same rosną, nie trzeba się o nic starać.
I krzywdę mu uczyniłam, nie szczepiąc. Nieważne, że wyciągnęłam z powikłań poszczepiennych po polio, że chodzi normalnie. Skrzywdziłam go. I tyle w temacie.
Liczby kotów i psów nie redukują, bo zwierzęta są łatwiejsze w obsłudze :)
No i na miejscu jest babcia (huuura), która zajmie się wnukami. A oni poużywają życia.
Seriously?
Pytał mnie ktoś o zdanie? A co potem, jak babcia będzie potrzebowała opieki nie daj buk liściasty?
Nie mam zięcia, na barki którego można opiekę zwalić, jak uczyniła to szlachetna rodzina Synowej.
A Synowa prędzej hospicjum dla kotków i piesków urządzi, niż zajmie się głupią teściową. Bo ludzie to świnie (znaczy się ja, nie ona), bo warunki mam na kotki i pieski, a taka szuja nieużyta badyle hoduję.
Amen.
I na badylach umrę.
Bo taką mam fantazję.
Ale koniec lamencenia :)
Jednak się potłukłam i to nielicho. Sińce mam, oj tam, ta przemoc w rodzinie to już norma, za to okna lśnią i rzucają blask :P Szkoda, że słońca nie ma, które podkreślałoby to lśnienie :P
Więc olałam wszystko, na obiad zrobiłam naleśniki bananaowe, bo została góra bananów po Alienku.
Więc ległam i pachniałam, może jutro uda mi się dotrzeć do US, może się lepiej poczuję.
W czwartek muszę do pracy.
Muszę. Słowo, wyryte na czole.
Musisz.
Kurwa mać :)
A do Eksa nie dojadę, bo siły nie mam. Wystarczy, że śni mi się co noc.
Życie nie składa się z oddychania.
Jakoś mi już nic tchu nie zatyka, oprócz wleczenia się pod górkę przy wyjściu z osiedla.

Dech coraz częściej zapiera, więc pora iść w stronę słońca. 



poniedziałek, 26 marca 2018

Niekompatybilna

jestem, do wszystkiego, Kochany Pamiętniczku.
Absolutnie niekompatybilna i żadna przejściówka ani inne cuda wianki nie pomogą.
Dziwadło.
To jedyne słowo, które wiernie oddaje to, co się dzieje i to, co czuję.
I na dokładkę nikomu do niczego niepotrzebne :)
Ale ad rem.
Się zamknęło, mniejsza z większym.
 Z przygodami, ale się zamknęło.
Tuż przed zamknięciem okazało się, że praca mnie kocha.
Tak, kurwa.
Więc drep do Bossa i pytam: a dlaczego jeszcze nie płaci?
Nie płaci?
Serio?
Proszę napisać emilka i mieć czas na next work.
Emilek napisany, do banku nie wchodzę. Zobaczymy po świętach :P
A zamiast byczenia się do góry dupą przed świętami arbeit macht frei, a i zaraz po świętach również.
Zapisać w kajeciku: dobrze, że praca cię kocha, dupa w troki i nie rób scen :)

Buty wiszą na drucie już dobrych kilka lat. Solidne, nic im nie szkodzi. Niebo niebieskie, pogoda cudna...
Dwa dni spędzone na pracowitym przenoszeniu badyli w miejsca bezpieczne przed Alienkiem, na zakupach, ogarnianiu kuwety.
Duży pokój jak pustynia, serce pęka, ale czego się nie robi, żeby badyle ocalić :D Bo ponoć Alienek to tornado.
Żurek z nowego zakwasu jest przesolony jak cholera, choć grama soli nie wrzuciłam. Gotowanie surowej pyry załatwia sprawę, żurek jest żurkowaty :) 
Samolot ma ponad 5 godzin opóźnienia, lądują o północy. Dojeżdżają do mnie przed pierwszą i walczą z łóżeczkiem turystycznym dla Alienka, bo nie chce się rozłożyć. Tłumaczę, że to na pewno nie jest urządzenie do rozkładania na siłę, ale nikt mnie nie słucha. Rzucają się, duszą, naciskają i nic. Mówię spokojnie, że to jak kompik, jak nie działa, zrestartować . Męczą się pól godziny, Inżynier jęczy tym tonem: mamoooo. (Baran: ale mamo, ale mamo to nic w porównaniu z tym mamoooo - rozumiesz?)
Jakimś cudem Synowa, zwana dalej S., zamyka i ostatkiem sił szarpie... Łóżeczko gotowe.
O to mi chodziło.
Kurtyna.
Spadamy spać.
Alienek, śpiący w foteliku animrumra, gdy go wrzucają do łóżeczka,
Na śniadanie żurek, bo znikają zaraz na spotkanie ze znajomymi, więc obiadu nie zjedzą.
Żurek okazuje się za kwaśny i niedobry. Aczkolwiek ja zjadam z przyjemnością.
No ba...
Wracają śpijmą nocą.
Więc tylko na moment mam Alienka i do wyra...
W poniedziałek S. leci do dentysty z rana, a ja z I. i A. do urzędu skarbowego.
Trafiamy na przesympatyczną urzędniczkę, która tłumaczy nam jak krowie na rowie i...
Adwokat dał dupy na całej linii.
Nie te egzemplarze.
A 1000 zł wziął.
Nieważne. Wiem już, jak wszystko ogarnąć. W domu ściągamy formularz i TADAM, naumiałam się wypełniać PDF, a zmotywowany Pierworodny dostaje wypełniony formularz i już w czwartek mam w szparze unijnej podpisane egzemplarze, dziecko ODZYSKAŁO rozum i nawet nie muszę kserować, bo wydrukował DWA podpisane egzemplarze :) Więc nie jest taki głupi, na jakiego wygląda :)  Dobrze się maskuje :P
Ale wracając do naszych baranów.
Po urzędzie skarbowym, gdzie wizytę A. przespał idealnie jedziemy do Avenidy, gdzie S. wpadła w szał zakupów. Nieważne. W dupie mam tłumaczenia, że przytyła, nie schudnie i musi się obkupić.
Nie moja broszka.
A. śpi ja aniołek, a ja z I. idę na


 Polecam :)
Potem miał być obiad w knajpie, ale S. straciła tyle czasu w sklepach, że idziemy po linii najmniejszego oporu - do Sfinxa w Avenidzie, zamiast na dobry obiad.
A. śpi.
Budzi się gdy kelner donosi jedzenie i nie, żadne tam chrupki ani to coś do ssania gotowiec z pojemniczka.
A. stanowczo żąda frytek.
I dostaje, choć ja za każdą próbę dania w domu dziecku czegoś dla dziecka zostałam sprowadzana do parteru, mieszana z błotem i słuchałam tekstów: mama się nie zna. Frytki są tak słone, że wieczorem, po umyciu resztek zębów wciąż czuję sól. Mimo że piję i wodę, i piwsko :P
No nie zna, ale podłogę sprzątać musi, bo A. żywiony metodą BWL, znaczy się, co mu nie pasuje, rzuca na prawo, na lewo, do przodu, do tyłu, czasem komuś udaje się coś schwycić. Dwa dni po ich wyjeździe na kolanach (!) szorowałam podłogę, a i tak jeszcze są ślady :P


No nic.
Mają wyjechać we wtorek rano. Ja w środę do pracy. Okazuje się jednak, że babcia ma sepsę. Znaczy się, miała sepsę, ponoć sepsa zaleczona, bo babcia w domu. Ale dzwoni kuzynka związana ze służbą zdrowia i mówi, że odradza wyjazd na D.
Więc pytanie, czy pozwolę zostać u mnie i u mnie urządzić urodziny A.
Mogę odmówić?
Nie, więc nie odmawiam :)
W środę zostawiam ich i jadę do pracy, bo muszę, warzywka się kłaniają.
Jadą do znajomych, wszędzie wożą prezenty, nie tylko dla ludzi, ale i dla kotów.
Śmieję się, że jestem gorsza od kotów.
A nie jestem?
W prezencie dostałam kosmyk włosów z pierwszych postrzyżyn A.
Super :)
I kazanie po raz kolejny, że wózek nie pójdzie do komórki, bo za drogi i mogą ukraść, że nie wystawią go na balkon, bo się zniszczy.
Wózek ostatecznie ląduje na balkonie, bo nie ma gdzie rozstawić suszarki, a pranie na balkonie nie wyschnie...
I inne takie tam, przerywane znaczącym mamooooo Inżyniera.
Kurwa mać.
Czuję się jak intruz we własnym domu i w końcu to mówię.
A S. siedzi albo na kanapie i klika, klika, klika. Najczęściej na fejsbuczku, z bardzo głębokimi refleksjami.
A ja...
Nie mam wyjścia.
Zaprzyjaźniam się z A., jak czekista z czekistą. Dostępuję zaszczytu kąpieli Księcia Pana i to są najmilsze chwile, bo Skunks uwielbia kąpiel. I mizianie po pleckach. I moje "babababa", na które odpowiada tak samo. I "papa" robi na samo powiedzenie bez kiwania. Rodzice muszą kiwać. I na moje nieszczęście uczę go baran barana... ale to działa przy każdym płaczu. I pampersa umiem zmienić, i odważam się gada ubierać, choć tego nie cierpi i sceny balkonowe robi, ale umiem glośniej płakać.
Jakoś tak wyszło :P Wygrywa tylko cycek :P
I tak lecą dni.
W piątek zawituje do nas wiosna :D





 Wracają. Kota byś sobie kupiła, a nie kolejne badyle.
Pomijam milczeniem.
W dupie to mam.
Na uwagę I., że mój dom to składowisko pierdalnik odpowiadam, że to mój dom i moje pierdalniki.
Słyszę, że za dwa miesiące, jak przyjadą na ślub, to będą na D., nie u mnie, że do mnie wpadną tylko z Alienkiem.
Jakoś mnie to nie martwi, patrząc na obtłuczone od walizek i wózka ściany.
Będę z tym musiała żyć.
Choć komitywy z Alienkiem żal, bo aczkolwiek uparty jak ja, na widok grożącego mu palca, gdy zbliża się do kurków od maszynki gazowej pokornieje od razu.
W międzyczasie zmiana planów, że pierwsze urodziny Alienka u siostry S. Bo tam więcej miejsca, a siostra ma wyposażenie, a ja nie.
Ok.
Dzień później jednak okazuje się, że u mnie, bo współlokatorka siostry S. ma grypę.
I cyrk, że mam za mało miejsca, za mało naczyń, bo będzie aż 12 osób. Tak się złożyło, że mam tyle naczyń, ale mniejsza  z większym :)
Szanowna rodzina mojej Synowej ma same zalety, których nie mam ja. Trudno. Jak każda teściowa jestem do dupy. Amen,
Ogarniamy tę kuwetę.
Wielkie oczy, że jak to, po co to?

Bo chciałam podać widelczyki do ciasta. Bo mokre. Ciasto. Jak to, widelczyki? U nas w domu się je łyżeczką. A u mnie, kurwa, zawsze mokre ciasta jadło się widelczykami. I mam ich, kurwa, 12. I kosztowały 66 tys. za 6 sztuk. Podałam widelczyki, aczkolwiek nikt  z szanowanej rodziny N. nie umiał nimi jeść.
No bo ja, kurwa, mam taki pierdalnik i tyle staroci w domu i na chuj to komu?
Na chuj jakieś tam noże do tortów i inne takie tam?
Najlepsze rzeczy są z IKEA.
OCZYWIŚCIE, powiedział góral, wieszając gały na drzewie.
Przyjechała szanowana i szlachetna rodzina N.
A ja cały czas, jak nie zajmowałam się bawieniem Alienka, to myślałam, kiedy KURWA, będę mogła się napić?
Bo szlachetny ród nie pije.
Przyjechała kuzynka S. z mężem i dziećmi. Młodsze nieco starsze od Alienka, córka, sama umie się sobą zająć, ale ręka boska broni zabrać jej coś. A że bawiła się zabawkami A., to raban był na maksa.
Starsza, w wieku Małej Wiedźmy, zaniedbywana przez matkę, działała na własny rachunek...
Wujek Alienka zajety swoim smartfonem i pochłanianiem wszystkiego, co na stole. W ostateczności zeżarł chrupki Alienka, jedyną rzecz, którą podawano Jubilatowi i skończyło się rykiem.
Dziadek pompujący konika...
Ojapierdolę...
I ja...
Milcząca.
Patrząca na odbijanie ścian, na bajzel do ogarnięcia, bo wynieśli do małego pokoju nawet książki mimo moich protestów.
Tak, nikt nie jest panem we własnym domu, a nie miałam ochoty na kolejne starcie z I., w którym będzie bronił racji swojej i swojej żony.
Goście wreszcie się wynieśli i mogłam pić.
I piłam.
I mimo picia wstałam o 3.30.
Bez budzika.
Bo mimo zmiany czasu jechałam na lotnisko.
Bo żadna taksówka w PZ nie ma fotelika.
A Alienek musi jechać w foteliku. Z czym się w zupełności zgadzam.
Taksówkarz był erotoman gawędziarz. Analizował szczegółowo wysadzoną kamienicę na Dębcu.
Ojapierdole.
W drodze powrotnej starał się ze mnie wydobyć informacje o moim życiu prywatnym, ale zgrywałam głupią :)
Niedziela upłynęła mi pracowicie na wstawianiu badyli i innych pierdalników na miejsce.
W poniedziałek spałam do oporu. Ojciec S. miał przyjechać po walizkę, łózko polowe i fotelik. Nawet się nie odezwał.
W dupie to mam.
Poszłam na Manhattan :)

Okna pomyłam.
Wszystkie. Poprałam.
Myjąc okna spadłam ze stołka, z wielkim hukiem, bo... zamiast z niego zleźć, starałam się dosięgnąć rolkę ręczników na stole. Spadł jednocześnie przedwojenny dzban do herbaty, któremu też nic się nie stało. Mam jedynie spuchnięty mały palec u lewej ręki. jest szansa, że przeżyję, aczkolwiek  przez kilka minut macałam się, czy wstać :) Za to okna mam tip-top pomyte :P I osteoporozy na pewno nie mam :P

Nikt nie zainteresował się hukiem.
Więc tak jakoś - niekompatybilna jestem ze wszystkim.
Jak zdechnę, zorientują się, jak zacznę się rozkładać i śmierdzieć.
Nie umiem nic: gotować, żywić dzieci.
Mam wymagania: że mój dom, to moja twierdza. A dzieci, które się z niego wyprowadziły, mając wszystko w dupie powinny się stosować do MOI|CH reguł.
Że moje NIE to NIE i kurwa, nie obchodzą mnie uczucia innych.
NIEKOMPATYBILNA  jestem z systemem i niby dlaczego ważniejsze jest zdanie innych, a nie moje?
Bo jestem złą matką i nie pozwalałam dzieciom na manie zwierzątek?
I dlatego są nieszczęśliwe?
W dupie to mam.
Dałam im wykształcenie.
Moim kosztem.
Kosztem moich marzeń i pragnień,
Nigdy im tego nie wygadałam.
I dlaczego mam od tego płacić rachunek?
Niekompatybilna jestem z ich nowymi rodzinami.
Pora umierać?
 Jeśli już, to w fajnej dekoracji mojego pierdalnika :)


 A dużo by jeszcze gadać...
I dlatego się zamknęłam.
I z powodu niekompatybilności będę się z państwem powoli żegnała, bo jak to?
Niekompatybilnie wpychać się w rzeczywistość ze swoimi popierdolonymi problemami?
Lepiej zamilknąć, co nie? :)
 W lodówce masa rzeczy, których kijem nie tknę, bo nie... Soków, pepsi, masa chemii. Nie ja ją kupowałam. Chyba wyniosę na śmietnik. Nie ja za to płaciłam i nie ja kupowałam.
Niekompatybilna jestem chyba z życiem, co nie?

piątek, 2 marca 2018

Jaki

piękny Księżyc za oknem, Kochany Pamiętniczku...
Aż serce boli.
A to takie małe radości, że chcę się wtedy żyć.
Bo tak pięknie i nikt ode mnie nic nie chce, nic nie wymaga i nic nie trzeba.
Chwilo, trwaj, trwaj jak najdłużej.
Dzień gospodarczy zakończony, mieszkanko cieszy oko, a te drobne niedociągnięcia, oj tam, oj tam.
Przypomina mi się, jak Mama mówiła, że gdy służyła w czasie okupacji, pani schodziła po schodach w białych rękawiczkach i sprawdzała, czy kurze dokładnie starte.
Mama też miała obsesję na kurze, choć nie sprawdzała w białych rękawiczkach. Ja chłopców też goniłam, każda durnostojka musiała być obowiązkowo raz w tygodniu odkurzona, potem z wiekiem złagodniałam, a teraz? Mam wyjebane. Zdejmuję okulary i kurz widzę tylko w pewnych miejscach i tam ścieram, żeby mnie nie wkurwiał, gdy zaświeci słońce, a ono ostatnio po prostu nakurwia, nie świeci.
A w pozostałych kątach kurz leży i pachnie. Mnie to nie przeszkadza, białych rękawiczek nie mam, choć chyba gdzieś się szwendają takie białe bawełniane, już nie pamiętam, do czego ich używaliśmy...
Pamięć coraz bardziej wybiórcza jest :)
Zakupy też dziś zrobiłam, obiad na weekend prawie gotowy.
Jutro muszę tego PITa wypełnić, żeby wiedzieć, co chłopcy mają wpisać.
Sucho mam w mieszkaniu jak na Saharze.

Tam, gdzie śpię i gdzie są wyłączone kaloryfery rano wygląda tak.
Jestem sucha jak pieprz. Aż mnie wszystko boli. A mam nawilżacze na kaloryferach. Dziś kupiłam kolejny. Chciałam elektryczny, ale nie było, a nie chciało mi się do marketu jechać.
Mała Wiedźma najpierw trenowała picie, bo wie, czego Stara Jędza oczekuje za te kilkanaście lat :P I dlaczego jeszcze żyję ;)

A dziś, żeby się wujkowi Inżynierowi podlizać, chyba za ten teleskop, na Hero Day - Book Day za Batgirl się przebrała. Olewając własnego ojca, który wolałby coś ze Star Wars ;)

Aż serce boli, że tak rzadko ją mam.

W ramach pocieszenia kupiłam sobie

Ma fajną gumę, mam nadzieję, że sprawdzi się w praniu, a ja nie będę musiała skakać już po taborecie :P Chociaż muszę przyznać, że moje okna - jako że nie pada - są idealne. Nawet w słońcu.
I dobrze, bo zeszłabym na zawał w te mrozy, gdybym nie mogła ich umyć :P

Leciałem, hohohoho...

Nel blu dipinto di blu...

Jak zwykle Radio Pogoda dotrzymuje mi towarzystwa...

Udanego weekendu :) 

czwartek, 1 marca 2018

Wszystko

stoi w miejscu, Kochany Pamiętniczku, tylko mój wkurw pędzi coraz prędzej.
Miałam być we wtorek u adwokata, ale coś mu wypadło. No więc zgodziłam się na czwartek. Miała być dowolna godzina, ale jemu pasowała 13.30. OK. Chociaż to znaczy - znając mnie, że nic nie zrobię przez pól dnia, bo nie lubię mieć rozgrzebane.
Pojechałam, piździ już nie jak za cara, a jak za carycy Katarzyny na Syberii, a nie na Skieletczyźnie. W słońcu (plecki) jakby maj był, a z przodu fontanna łez (bo ślepia mi łzawią, a i wiatr paletko podwiewa). Jako że nawinął się autobus, którego nie powinno być, ale był, tom do skrzyżowania z Głogowskiej z Hetmańską dojechała  45 minut za wcześnie. Fuck. Tramwajem stamtąd to za 10 minut bym w kancelarii była.
Wzdech.
I na piechotkę, pod wiatr, pod prąd. Ale chlebek do smalczyka zanabyłam i przeszłam na słoneczną stronę ulicy, rozkoszując się słoneczkiem w plecy i rzewne łzy ocierając.
W kancelarii mimo pełznięcia byłam 15 minut przed czasem. Trudno. Przycupnęłam na krześle i czekam.
Kurwa.
Pół godziny.
Nie, u mecenasa nikogo nie było, ale...
Punktualność jest grzecznością królów, co nie?
Byłam za wcześnie, ale odczekałam karnie.
A to on mi przełożył termin. Żeby to było ciepło, połaziłabym po parku i wlazła punktualnie co do minuty.
No nic.
Okazało się, że nadal dupa. Bo instytucje nie odpowiedziały. Podejrzewam, że wysłał wszystko w ostatnich dniach.
Ale...
To, co mówił o wypełnianiu PIT, to ja lepiej wiedziałam.
No nic.
Jeszcze w niedzielę pogadam z Inżynierem i  w dupie to mam.
Zeznanie złożę i w sumie jak na razie US może mnie w dupe pocałować (odpukać, bo oni się potrafią czepiać).
Ale okazuje się, że szwagier musi złożyć jakiś raport z opieki.
Pożywiom, uwidiom.
Mam już na wszystko wyjebane.
Denerwuje mnie samo życie. Wiem, Kierownik Budowy mówi, żeby nic nie czytać i nie wiedzieć. Ale tak się nie da.
Bo robią nas - jako naród - w wała na potęgę. Tak nie robili nas nawet za komuny.
Fakt, wszyscy zarabiali tyle samo, prawie tyle samo, na mieszkanie czekało się latami - ale - tylu bezdomnych nigdy nie było. I choć za pieniądze niewiele można było kupić, jakoś wielkiej nędzy nie było.
Ja sama, wywalona z domu na drugim roku studiów, no może nie tyle wywalona, co niedająca się wykorzystać ojcu, który powiedział, że grosza mi nie da, bo potrzebuje kobiecej ręki w domu (właśnie rozstał się z wielkim hukiem ze swoją drugą żoną), z 5 złotymi w kieszeni, co starczyło mi na bilet do K., dokładnie, gdzie moja chrzestna pożyczyła mi 50 zł (po latach płakała, że pożyczyła, a nie dała, a oddałam w zębach), za co pojechałam do Koziołkowa, poszłam do ZUS, odzyskałam rentę po matce, którą dotychczas brał ojciec i przepijał, dostałam na uczelni stypendium i akademik od ręki  (nie przysługiwało mi, bo ojciec zarabiał doskonale), potem drugie stypendium za wyniki w nauce i... w sumie miałam na rękę miesięcznie 2700. Mój ojciec miał 2900 pensji.
Państwo premiowało mnie za naukę.
Pensję miałam już mniejszą, bo na starcie dostałam 2400, z tego musiałam wydać 1000 zł na pokój. Nie na mieszkanie, na pokój.
A potem różnie było, ale głodu nigdy nie cierpiałam, choć bywało lepiej i gorzej, kawiorem się nie zażerałam, to fakt, ale i tego w życiu posmakowałam :) Ośmiorniczki też jadłam.
Eks tak naprawdę nigdy nie pracował na cały gwizdek, a i to, co zarobił, wydawał raczej na swoje potrzeby (on też coś od życia musiał mieć - zdanie teściowej), więc wszystko i tak było na moim łbie. Do pracy wróciłam, gdy teściowa pamiętne słowa rzekła: bo w sumie to ty nie pracujesz (a ja: prasę dziesięciotonową obsługiwałam, kwiaty sztuczne po nocach robiłam, na tkaninach malowałam, sprzątaczką też byłam, elektrody do EKG robiłam, no ale - nie na etacie. Nie licząc domu na cały etat, dwójki dzieci i męża, któremu się też coś od życia należało, bo nic nie miał oprócz swojego fiacika)...  Ogłoszenie znalazłam, że korektorki szukają i pomyślałam: dlaczego nie? Dzieci już były podchowane, skoczyłam na główkę. Okazało się na miejscu, że gazeta Świtalskiego. Proszę sobie wygooglować, jak kogoś interesuje: to Elektromis, Biedronki, Żabki i Czerwona Torebka. I... komputery. No i ja - niedosłysząca, bez aparatów, nieznająca kompika. Kierowniczka korekty obawiała się, że nie przypasuję do zespołu. Ale pracowała tam dziewczyna, świadek Jehowy, też niedosłysząca. Solidarność jajników i głuchych - dostałam dwa tygodnie na ogarnięcie kuwety. Taki jeden Wojtek się napatoczył, niewiele starszy od Pierworodnego, nauczył mnie błyskawicznie McIntosha. I grać mnie nauczył, w Prince of Persia. Bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka, zawsze miałam czas na granie :p
Dostałam tę pracę, urosłam w oczach dzieci, bo: nasza mama zna się na komputerach (wtedy komputer w domu to była abstrakcja, a co dopiero McIntosh) i tak już potem szło z górki.
Na tyle, że gdy Eks odszedł, odetchnęliśmy z ulgą i to były naprawdę piękne lata, chociaż nie widziałam ani złotówki alimentów, a za mieszkanie przestał płacić (to było jedyne, co dawał na dom: na mieszkanie, z renty. Miał jej jakieś 700 zł, a mieszkanie kosztowało 450).
Chłopcy byli łatwi w obsłudze, słowa skargi nie słyszałam, że ciuchy z lumpeksu, czyste były, tylko buty dostawali nowe i zawsze z górnej półki.
Łapali prace, jak się dało, żyliśmy spokojnie. Nie na szerokiej stopie, urząd skarbowy nas nie ścigał.

I dziś zarabiam identycznie prawie tyle samo, co w 1992, gdy zaczynałam pracę.
Mimo denominacji :)
Mimo tylu lat pracy.
Tyle że mam tę kasę dla siebie, już o nic się nie muszę martwić.
Jak będę miała fantazję pensję przepić, przepiję.
Za swoje piję.
Ale ojcu Rydzykowi nie dam (zresztą to nie mój ojciec, mój od lat na cmentarzu leży) :)
Przepiję, a nie dam.
A tu w tle skandale z premiami dla członków rządu i łkanie Gowina, że za 17 tys. miesięcznie nie może rodziny utrzymać.
Fuck you.
Nóż mi się w kieszeni otworzył.
Zażalenie mogę pisać na Berdyczów, a jakże.

Z innej beczki.
Zmarła Agnieszka Kotulanka. Młoda dupa.
Już przedtem media trzepały pianę, że pije, że alkoholiczka.
Cieszyłam się, że nie jestem Kotulanką, bo jak piję, to żadne media o tym nie trzepią.
Choć pewnie tak, jak i ona, do AA się kwalifikuję, ale mnie nikt nie śledzi i nie kontroluje. Do pracy jeszcze nigdy pijana nie szłam, ale kac - bez bicia się przyznaję - zdarzył się. Tak wyszło.
Zmarła.
I lecą wiadomości: że to przez picie, że nie wiadomo co, że kochanek ją rzucił, że przez to piła, że kochanek na pogrzebie był, że to skandal i obraza majestatu.
Ludzie, kurwa, nie macie co robić?
Zmarła. Jest w lepszym albo w gorszym świecie. Szczęśliwa albo i nie.
Ciszej nad tą trumną.
Na co by nie zmarła, nie ożyje.
A że kochanek był na pogrzebie?
Może było mu to do szczęścia potrzebne?
Kto wie, jak tam było?

Ciszej, kurwa, nad  tą trumną.

Cieszę się, że nad moją będzie cicho.

A Radio Pogoda pięknie gra...
Rok temu pierwszego marca sadziłam bratki.
A dziś szpary w oknach obtykam.
Inżynier mnie zjechał, że żadna Emma do niego nie dojdzie, ale pracuje jutro z domu, bo śnieg będzie padał :) Cieszy mnie to niezmiernie, bo widziałam, jak się jeździ i chodzi w UK, gdy śnieg pada, choć wtedy trwało to jeden, góra dwa dni :)
Baran mówi, że u niego już śnieżyca jest i nie wie, jak do domu wróci.

A u mnie Radio Pogoda i nawet jak zawieje i zamiecie i będzie gołoledź, to na czworakach do piatki dojdę.

A do pracy dopiero w poniedziałek :D

Coś mnie rozbiera, ale mam tylko 29%  wilgotności w mieszkaniu, mimo naczyń z wodą. Nie mam co prać, żeby wieszać...