siedzę wygodnie na dupie, kubańskiej, a tu niewidziana ze 12 lat koleżanka pyta, czy może wlecieć, bo jest rzut beretem.
Wleciała i fajnie było.
Jak pracowałyśmy byłyśmy w neutralnych stosunkach, a kontaktujemy się na FB.
Wpadła i... miło mi było, a i jej też.
Nie uwierzyła, ile mam lat, musiałam jej dowód pokazać, no bez przesadyzmu, ale na pięćdziesiątkę na pewno nie wyglądam :)
Zapukała chwilę po jej wyjściu Synowa. Że Mała Wiedźma też w domu na dupalu, bo rotawirusa złapała, biedactwo.
I że chce ze mną pogadać. MW, nie Synowa.
No to mówię, że OK.
Włączam Skype, a Pierworodny i MW gapią się w TV. Bo Spongebob leci.
No i oni się gapią w TV, ja na nich, jak oni się gapią...
I tak wyglądają więzi rodzinne.
Mają jutro dzwonić.
Ciekawe, co jutro będą oglądali.
Jak dla mnie taki "kontakt" to strata czasu.
Papryczek na szczęście nie złapał rotawirusa, ponoć teraz dzieci się szczepi przeciwko rotawirusom.
Osobiście jestem wrogiem wszelkich szczepień, no ale nie jestem już rodzicem małolatów, więc...
UPDATE
Po 20 odprowadzałam ją na przystanek :) W SANDAŁKACH, jako że ciemno było i nikt już nie ogłosiłby zrzutki na buty dla Starej Jędzy :D Ciepło było, upojnie, tak jak lubię. A ona, co sobie przypomniała, że mam sandałki na bose nogi, szczękała zębami. Czy to normalne, Kochany Pamiętniczku tak szczękać?? ;)
środa, 25 lutego 2015
Nastawiłam
się na produkcję alkoholu, Kochany Pamiętniczku.
A to wszystko przez Barana jednego, bo zamówił sobie żyworódkę.
Rzeczoną delikwentkę przemyciłam do nich, ale nie wiem, czy im rośnie.
Moja za to śmiga tak, że za niedługo do sąsiada się przebije przez sufit i... :)
Coś z nią musiałam zrobić.
Ponieważ nie mam co obkladać, dupa mi nie zmaleje od tego, więc postanowiłam nalewkę zrobić, żeby mieć usprawiedliwienie do picia. Codziennie :)
Zatem voila madames et monsieurs
nalewka z żyworódki na starcie :) Trochę za dużo zielska, a za mało alkoholu, ale oj tam, oj tam :)
A na serio już kupując pół litra czułam się jak złoczyńca...
Ten model tak ma :D
Słoneczko i dziś dotrzymało umowy, przeleciałam 4 km, dobre i to :D
A to wszystko przez Barana jednego, bo zamówił sobie żyworódkę.
Rzeczoną delikwentkę przemyciłam do nich, ale nie wiem, czy im rośnie.
Moja za to śmiga tak, że za niedługo do sąsiada się przebije przez sufit i... :)
Coś z nią musiałam zrobić.
Ponieważ nie mam co obkladać, dupa mi nie zmaleje od tego, więc postanowiłam nalewkę zrobić, żeby mieć usprawiedliwienie do picia. Codziennie :)
Zatem voila madames et monsieurs
nalewka z żyworódki na starcie :) Trochę za dużo zielska, a za mało alkoholu, ale oj tam, oj tam :)
A na serio już kupując pół litra czułam się jak złoczyńca...
Ten model tak ma :D
Słoneczko i dziś dotrzymało umowy, przeleciałam 4 km, dobre i to :D
wtorek, 24 lutego 2015
Dzieje się
Kochany Pamiętniczku, że ledwie nadążam notować :)
Wieczorkiem wczoraj wpadł Kierownik Budowy i popatrzywszy fachowym okiem na to cuś z kontaktu za lodówką orzekł, iż nie jest ona niczemu winna i nawet pęknięta uszczelka w drzwiach jej nie szkodzi (pękła, bo Pierworodny uparł się na ostatnią lodówkę z wystawy, a gwarancja nie obejmuje uszczelki, okazało się, że nie da się jej wymienić, trzeba wymienić całe drzwi...), lodówka jest na medal. Podłączył to cuś do kompika i już po paru minutach, wymaglowawszy mnie swoim zwyczajem, pytając po miliardpińćsettysięcy o to samo (czy aby w grudniu nie chodziło nic oprócz lodówki, czy wszystko było wyłączone, a tego akurat byłam pewna, bo wyjeżdżając na tak długo wyjęłam wszystkie kable z kontaktów, tylko lodówkę zostawiłam, bo zamrażalnik jest pełny). Po czym zażyczył sobie rachunków za prąd, odpalił kalkulatorek w telefoniku i mnożył, dzielił, dodawał, odejmował, potęgował, całkował i coś tam jescze kombinował po przecinku, i stanowczo orzekł, że lodówka zużywa prądu za około 14 zł miesięcznie, a że to cuś zapieprza przy kompiku, to znaczy, że winowajcą jest rzeczone urządzenie. Jako że Stara Jędza kocha kompika miłością wielką jak cały świat, a na nowego kaski nie ma, bo kompik, choć składak, ale całkiem całkiem jest, zatem miłość mu wszystko wybaczy i... trudno, będziemy płacić za prąd. Jednakowoż okazało się, że KB nie posiada PC, ale laptopika, co tym bardziej uwiarygodniło przyczynę wysokich rachunków, jako że kompik chodzi u mnie gorzej jak lodówka, bo cały dzień, a ta od czasu do czasu się wyłącza. Dostałam polecenie usypiania kompika, ale na razie kulawo mi to idzie.
Trudno, life is brutal...
Ale to cuś zostało jako... hmmm... podstawa do obliczeń i następnego wlecenia :)
Nice.
Dziś rankiem okazało się, że ciśnienie jest w miarę znośne, a co ciekawsze, skacze w dół, nie w górę, z lekka zaburzając mój chód, ale oj tam, oj tam, nie można mieć wszystkiego...
Pożegnawszy się w czasie śniadania z Zeekiem i rodziną Bravermanów (polecam, serial: Parenthood, taka amerykańska rodzina, trochę smrodku dydaktycznego, ale w sumie w tym świecie zabójstw, afer, wojen, intryg miło czasem popodglądać przez dziurkę od klucza zwykłych ludzi) prysnęlam w teren. Od wczoraj mam umowę ze słoneczkiem - ja wychodzę, ono wychodzi zza chmur :) Na razie dotrzymuje umowy, a dziś resztą mózgownicy niezaćpaną do końca zajarzyłam, że wczoraj było mi gorąco i wyjęłam wiosenna kurtkę. Ludzie wciąż paradują zakutani, w kapturach, ale oj tam, oj tam, to wolny kraj, widać mają kłopoty z krążeniem :) Bo na termometrze było 10 stopni na plusie, wiaterku ni huhuhu, a w słoneczku to pewnie z 15 stopni było i tak sobie idąc myślałam, a może sandałki już?? :)
Polazłam do zielarni i kupiłam czystek.
Bo moda nowa jest, nie tak dawno był błonnik witalny, a teraz człowiekowi, co szuka porad z każdego kąta Internetu wyłazi czystek. Pomyślałam więc, dlaczemu nie? Tym bardziej, że nie obiecują cudów na kiju, ale podkreślają konieczność systematyczności. Drogie cholerstwo, nawet na Alledrogo nietanie, a w zielarni zonk... Taaaaaaka torba (20 dag tak jak kilo cukru wygląda) tylko 17 zyla. No to kupilam. I pomaszerowałam dalej lewa, prawa, w siną dal, zahaczywszy o Biedronkę, gdzie za obłędną kwotę 4,58 kupiłam stek z rekina. Dupy nie urwał, ale dał się zjeść. Są jeszcze ośmiornice, lubię bardzo, ale nie miałam melodii więc nie kupiłam. Nauczyłam się już, że jak nie ma napadu teraz zaraz już na zjedzenie to nie warto kupować na zapas.
Wleciałam do ogrodnictwa wracając okrężną drogą do chaupki, ale okazało się, że bratków jeszcze nie ma... Wiem, wiem za wcześnie, ale mnie swędzi, boli i takie tam. Na wiosnę, na badyle, na wiecie, rozumiecie...
A w szparze unijnej siedziała DORA :)
DORO, jesteś wielka, cudowna, kochana i jestem zachwycona i nie wiem, jak mam Ci dziękować. Dora własnoręcznie przysłała mi wiosnę.
Kochana jest i niedopodrobienia, że Jej się tak chce.
I w ten sposób u mnie na oknie
wróbelek Psotek wypatruje nadejścia wiosny :)
I karteczka była
środek pozostanie tajemnicą Dory i moją, ale słodka, też wyszydełkowny jest i w ogóle :)
Dziękuję Ci bardzo serdecznie, rozjaśniłaś mi oczekiwanie na wiosnę :) Jesteś kochana :)
Czystek jak dla mnie smakuje OK. Można go parzyć - jak zieloną herbatę - 2-3 razy, więc zobaczymy, co z tego będzie. Jak nie zaszkodzi, to pomoże, a jak zaszkodzi to odstawimy :)
I taka cezura mi wyskoczyła - lipiec. Jedna z moich ukochanych książek to To Kill a Mockingbird, Zabić drozda, no i do tego genialny film pod tym samym tytułem z Gregorym Peckiem w roli Atticusa... I love it... Okazuje się, że w lipcu wyjdzie druga część książki, Go Set a Watchman i już nie mogę się doczekać. Będzie to jedna z nielicznych książek, obok Jeżycjady, jakie jeszcze w ogóle czytam... Przebieram już nóżkami i zapisałam na żółtej karteczce, gdzie piszę wszystko do załatwienia, żeby czasem nie zapomnieć, bo to i rozumek już nie taki... :)
I jak widać, Kochany Pamiętniczku, powoli zbieram się do kupki, a i małe rzeczy od miłych ludzi też rozjaśniają dni...
I trzymam kciuki, za kogoś dalekiego, nieznanego, znanego i bliskiego, który znów walczy. Dzielnie, bo to taki model z najlepszego z roczników. I jeśli ktoś ma dobre fluidy na zbyciu, proszony jest o wysyłanie tychże do Gwiezdnego Pyłu...
Bo czymże bylibyśmy bez życzliwości i wsparcia innych??
Wieczorkiem wczoraj wpadł Kierownik Budowy i popatrzywszy fachowym okiem na to cuś z kontaktu za lodówką orzekł, iż nie jest ona niczemu winna i nawet pęknięta uszczelka w drzwiach jej nie szkodzi (pękła, bo Pierworodny uparł się na ostatnią lodówkę z wystawy, a gwarancja nie obejmuje uszczelki, okazało się, że nie da się jej wymienić, trzeba wymienić całe drzwi...), lodówka jest na medal. Podłączył to cuś do kompika i już po paru minutach, wymaglowawszy mnie swoim zwyczajem, pytając po miliardpińćsettysięcy o to samo (czy aby w grudniu nie chodziło nic oprócz lodówki, czy wszystko było wyłączone, a tego akurat byłam pewna, bo wyjeżdżając na tak długo wyjęłam wszystkie kable z kontaktów, tylko lodówkę zostawiłam, bo zamrażalnik jest pełny). Po czym zażyczył sobie rachunków za prąd, odpalił kalkulatorek w telefoniku i mnożył, dzielił, dodawał, odejmował, potęgował, całkował i coś tam jescze kombinował po przecinku, i stanowczo orzekł, że lodówka zużywa prądu za około 14 zł miesięcznie, a że to cuś zapieprza przy kompiku, to znaczy, że winowajcą jest rzeczone urządzenie. Jako że Stara Jędza kocha kompika miłością wielką jak cały świat, a na nowego kaski nie ma, bo kompik, choć składak, ale całkiem całkiem jest, zatem miłość mu wszystko wybaczy i... trudno, będziemy płacić za prąd. Jednakowoż okazało się, że KB nie posiada PC, ale laptopika, co tym bardziej uwiarygodniło przyczynę wysokich rachunków, jako że kompik chodzi u mnie gorzej jak lodówka, bo cały dzień, a ta od czasu do czasu się wyłącza. Dostałam polecenie usypiania kompika, ale na razie kulawo mi to idzie.
Trudno, life is brutal...
Ale to cuś zostało jako... hmmm... podstawa do obliczeń i następnego wlecenia :)
Nice.
Dziś rankiem okazało się, że ciśnienie jest w miarę znośne, a co ciekawsze, skacze w dół, nie w górę, z lekka zaburzając mój chód, ale oj tam, oj tam, nie można mieć wszystkiego...
Pożegnawszy się w czasie śniadania z Zeekiem i rodziną Bravermanów (polecam, serial: Parenthood, taka amerykańska rodzina, trochę smrodku dydaktycznego, ale w sumie w tym świecie zabójstw, afer, wojen, intryg miło czasem popodglądać przez dziurkę od klucza zwykłych ludzi) prysnęlam w teren. Od wczoraj mam umowę ze słoneczkiem - ja wychodzę, ono wychodzi zza chmur :) Na razie dotrzymuje umowy, a dziś resztą mózgownicy niezaćpaną do końca zajarzyłam, że wczoraj było mi gorąco i wyjęłam wiosenna kurtkę. Ludzie wciąż paradują zakutani, w kapturach, ale oj tam, oj tam, to wolny kraj, widać mają kłopoty z krążeniem :) Bo na termometrze było 10 stopni na plusie, wiaterku ni huhuhu, a w słoneczku to pewnie z 15 stopni było i tak sobie idąc myślałam, a może sandałki już?? :)
Polazłam do zielarni i kupiłam czystek.
Bo moda nowa jest, nie tak dawno był błonnik witalny, a teraz człowiekowi, co szuka porad z każdego kąta Internetu wyłazi czystek. Pomyślałam więc, dlaczemu nie? Tym bardziej, że nie obiecują cudów na kiju, ale podkreślają konieczność systematyczności. Drogie cholerstwo, nawet na Alledrogo nietanie, a w zielarni zonk... Taaaaaaka torba (20 dag tak jak kilo cukru wygląda) tylko 17 zyla. No to kupilam. I pomaszerowałam dalej lewa, prawa, w siną dal, zahaczywszy o Biedronkę, gdzie za obłędną kwotę 4,58 kupiłam stek z rekina. Dupy nie urwał, ale dał się zjeść. Są jeszcze ośmiornice, lubię bardzo, ale nie miałam melodii więc nie kupiłam. Nauczyłam się już, że jak nie ma napadu teraz zaraz już na zjedzenie to nie warto kupować na zapas.
Wleciałam do ogrodnictwa wracając okrężną drogą do chaupki, ale okazało się, że bratków jeszcze nie ma... Wiem, wiem za wcześnie, ale mnie swędzi, boli i takie tam. Na wiosnę, na badyle, na wiecie, rozumiecie...
A w szparze unijnej siedziała DORA :)
DORO, jesteś wielka, cudowna, kochana i jestem zachwycona i nie wiem, jak mam Ci dziękować. Dora własnoręcznie przysłała mi wiosnę.
Kochana jest i niedopodrobienia, że Jej się tak chce.
I w ten sposób u mnie na oknie
wróbelek Psotek wypatruje nadejścia wiosny :)
I karteczka była
środek pozostanie tajemnicą Dory i moją, ale słodka, też wyszydełkowny jest i w ogóle :)
Dziękuję Ci bardzo serdecznie, rozjaśniłaś mi oczekiwanie na wiosnę :) Jesteś kochana :)
Czystek jak dla mnie smakuje OK. Można go parzyć - jak zieloną herbatę - 2-3 razy, więc zobaczymy, co z tego będzie. Jak nie zaszkodzi, to pomoże, a jak zaszkodzi to odstawimy :)
I taka cezura mi wyskoczyła - lipiec. Jedna z moich ukochanych książek to To Kill a Mockingbird, Zabić drozda, no i do tego genialny film pod tym samym tytułem z Gregorym Peckiem w roli Atticusa... I love it... Okazuje się, że w lipcu wyjdzie druga część książki, Go Set a Watchman i już nie mogę się doczekać. Będzie to jedna z nielicznych książek, obok Jeżycjady, jakie jeszcze w ogóle czytam... Przebieram już nóżkami i zapisałam na żółtej karteczce, gdzie piszę wszystko do załatwienia, żeby czasem nie zapomnieć, bo to i rozumek już nie taki... :)
I jak widać, Kochany Pamiętniczku, powoli zbieram się do kupki, a i małe rzeczy od miłych ludzi też rozjaśniają dni...
I trzymam kciuki, za kogoś dalekiego, nieznanego, znanego i bliskiego, który znów walczy. Dzielnie, bo to taki model z najlepszego z roczników. I jeśli ktoś ma dobre fluidy na zbyciu, proszony jest o wysyłanie tychże do Gwiezdnego Pyłu...
Bo czymże bylibyśmy bez życzliwości i wsparcia innych??
poniedziałek, 23 lutego 2015
Naćpana
chodzę, jak kot kocimiętką :) Jestem oazą spokoju. Pierdolonym kurwa zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jebanego jeziora.
W moich żyłach płynie waleriana, melisa, kozłek, imbir, mięta i trochę cytryny oraz filiżaneczka kawy. Do alkoholu nawet się nie zbliżam, bo jak coś, to butelka eksploduje z hukiem i kto będzie sprzątał??
Poszłam na spacer, na długi spacer, a nieźle mi się w tym pustym łbie kręci od uspokajaczy. Teraz jeszcze muszę doczekać Kierownika Budowy, bo przełoży to cuś z gniazdka do gniazdka, a potem jeszcze dwie pigułki szczęścia i spać :)
Z pracy się jeszcze nikt nie odezwał, ale jestem oazą, jakby co. Po takiej dawce uspokajaczy, jak siądę w bimbie, to mnie sam rytm ukołysze, więc się do pracy nie wybieram.
Zamiast obiadu zjadłam 6 kapuśniaczków na zimno, takich tyci, tyci. Nie mam siły nic robić, a nikt jeść nie woła :D I popiłam meliską, więc na ciepło było ;)
I jako że niektórzy radzili mi zakupy, zaszalałam, a co?
Kto spokojnemu zabroni?
Producent chyba wiedział, że nie kontaktuję z rzeczywistością, bo na doniczce umieścił napis: nie do jedzenia :)
Hahahahahahahaha :)
A ciśnienie wciąż podwyższone, tyle że łeb mniej napitala...
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :)
W moich żyłach płynie waleriana, melisa, kozłek, imbir, mięta i trochę cytryny oraz filiżaneczka kawy. Do alkoholu nawet się nie zbliżam, bo jak coś, to butelka eksploduje z hukiem i kto będzie sprzątał??
Poszłam na spacer, na długi spacer, a nieźle mi się w tym pustym łbie kręci od uspokajaczy. Teraz jeszcze muszę doczekać Kierownika Budowy, bo przełoży to cuś z gniazdka do gniazdka, a potem jeszcze dwie pigułki szczęścia i spać :)
Z pracy się jeszcze nikt nie odezwał, ale jestem oazą, jakby co. Po takiej dawce uspokajaczy, jak siądę w bimbie, to mnie sam rytm ukołysze, więc się do pracy nie wybieram.
Zamiast obiadu zjadłam 6 kapuśniaczków na zimno, takich tyci, tyci. Nie mam siły nic robić, a nikt jeść nie woła :D I popiłam meliską, więc na ciepło było ;)
I jako że niektórzy radzili mi zakupy, zaszalałam, a co?
Kto spokojnemu zabroni?
Producent chyba wiedział, że nie kontaktuję z rzeczywistością, bo na doniczce umieścił napis: nie do jedzenia :)
Hahahahahahahaha :)
A ciśnienie wciąż podwyższone, tyle że łeb mniej napitala...
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :)
niedziela, 22 lutego 2015
Nie podoba mi się
to, co się ze mną dzieje.
Chodzę wciąż podenerwowana i byle drobiazg wytrąca mnie z równowagi.
Teoretycznie nie mam powodów do zmartwień, a praktycznie ciśnienie zwariowało i skacze jak na trampolinie.
Do kardiologa w tym roku się nie dostanę, zresztą ona na wszelkie moje sugestie, że leki nie działają jak należy nie odpowiada nic... i zapisuje to samo.
Nie wiem.
Olać, przestać mierzyć, to i nie będzie za wysokie.
Po pierwsze podbija mi praca.
Czuję się jak chłop pańszczyźniany. Po zamknięciu pytam, co jeszcze, jakie plany i inne takie. Nie, nic, spoko...
Dwa dni później SMS: wysyłam pani i proszę być w kontakcie z Bossem od poniedziałku.
Ojapierdolę, znów udupiona na nie wiadomo jak długo, bo... nie wiadomo kiedy będzie??
O nie.
Napisałam do Bossa grzecznie, ale stanowczo.
Dyspozycyjność nie oznacza trzymania mnie na krótkiej smyczy SMS i emilka.
Przejdę się jutro i pogadam, ale też pewno będzie tak, że nie będzie miał czasu.
Na emilka nie odpisał, jest na urlopie. Pisał na urlopie, wiem, bo korekciłam. Ale Ameryki też nie odkrywał, pisał, bo chciał, równie dobrze mógł to zrobić ktoś inny.
A ja nie chcę. Nie żyję po to, żeby pracować, ale pracuję, żeby żyć. Pensja ta sama, a obowiązków w ciul więcej i jeszcze ten czas.
Nie potrafię żyć bezplanowo i ciągłe zmienianie wszystkiego, bo taka fantazja to nie dla mnie.
Wóz albo przewóz.
I znów mi ciśnienie wzrosło, co wiem, bo zaczyna mnie głowa pobolewać. Nie miewam bólu głowy od dawna.
Drobiazg, ale wkurwił mnie na maksa. Otwieram szparę unijną. Duża, biała koperta. Bez adresu. Zaklejona. O, pewno znów jakaś reklama, ale że taką kopertę można wykorzystać, a ja jestem Szkotka wyrzucona ze Szkocji za skąpstwo, więc otwieram. I co ja paczę??? W środku kartka A4 zapisana drobnym maczkiem, że bleblebleblablabla, i mala koperta, opisana: danina diecezjalna i w drugiej linijce: ofiara na budowę kościoła. Imię i nazwisko. Adres. Jak żyję, nie dostałam czegoś takiego do skrzynki. To poszło za daleko. Bo po pierwsze: wyszło poza ramy kościoła, jeszcze nie ma przymusu uczęszczania do niego. A po drugie: budują nowy kościół na moim osiedlu, choć to jest absurd do potęgi. Dotychczasowy z biegiem lat się wyludniał i jak kiedyś nie można tam było szpilki wetknąć, tak dziś wszyscy siedzą w czasie mszy. I mowa księdza w czasie kolędy, o wspólnocie (jaka wspólnota?? tu, w mojej wiosce?? Z bloku znam kilka osób, a mieszkam już prawie 30 lat!! I nie chcę ani znać, ani się bratać, dobrze mi jak jest). Sranie w banie. Że bliżej. Może jakieś 4-5 minut bliżej, ale co to jest wobec wieczności.
Próbował mnie przekonać, że mam do nowego kościoła 3 minuty. Ta, może sprintem, ale to i Zatopek by nie doleciał. Nawet nie wiem, gdzie on jest, tzn. teoretycznie wiem, ale nie chce mi się tam iść, a jest za sklepem, do którego przypilona potrzebą, jak już wszystko zamknięte idę po alkohol szybkim krokiem 15 minut. Więc niech nie pierdoli.
Nie zapłacę w tym roku nic. Nie bo nie. Niech komornik przyjdzie, a co?? Dopiero co kolęda była, i sorry Winnetou, nie sram pieniążkami, ciężko pracuję na pieniądze.
Jakby tego kościoła nie było, dziury w moście by nie było. A i sądzę, że Panu Bogu zamiast kolejnego kościoła milsze byłoby - hospicjum?? Dom opieki?? Skoro taka troska o starzejące się społeczeństwo, to właśnie w ten sposób, a nie kolejny kościół.
Mówię stanowczo nie. Bóg jest wszędzie i wszędzie można z nim rozmawiać. Za darmo. Na hospicjum dołożyłabym, na dom opieki też. A tak nie i w sumie będę z tego rozliczana do góry, a nie tu na dole.
I znów mi ciśnienie poszło...
Ojapierdolę.
Kierownik Budowy założył mi takie mądre cuś, co cuś w gniazdku mierzy, bo twierdzi, że za dużo płacę za prąd. Mimo podwyżek od lat płacę tyle samo, po wyprowadzeniu Inżyniera rachunki spadły mi o 20 zł. Teraz nie mam nawet TV, który sporo żarł, bo wielki był i jeden z tych ostatnich normalnych, z kineskopem. Podejrzana jest lodówka, ale po 3 dniach pomiarów okazuje się, że niewinna jest. Więc nie wiem co, bo tylko komputer i lodówka chodzą u mnie non stop, pozostaje więc komputer. Ale to się okaże, bo ja mam niejakie podejrzenie, że ktoś się mógł podłączyć, skrzynka na korytarzu i wystarczy trzasnąć, żeby otworzyć. Obadamy. Dobrze, że nie muszę kupować nowej lodówki. Piorę góra dwie pralki tygodniowo, więc to też nie pralka, kiedyś prałam więcej. Żarówki i lampy mam wszystkie energooszczędne i to jeszcze te bardziej - ledowe. Już nie wiem, co jeszcze mogę zakręcić... Nawet młynek do kawy mam ręczny.
A właśnie, z tą kawą to mnie na szaro zrobili ;) Dostałam w prezencie od Chłopaków na Gwiazdkę, ale się nie przyznałam (chyba), że nie mam elektrycznego młynk, bo by mi jeszcze kawę zabrali, albo młynek kupili :P Miałam dwa, ale się wymełły :) Kilka lat temu Pierworodny kupił mi żarnowy, bo mieliśmy z Inżynierem fazę na mielenie kawy i na pogawędki... Bo nie da się ukryć, że do tego potrzebny jest czas, a my, osieroceni przez Pierworodnego, podpieraliśmy się na duchu. W ramach pociechy kupiliśmy sobie ekspres do kawy. Inżynier wyjechał, przerzuciłam się na mieloną kawę, bo tak łatwiej, no i z kim mam gawędzić, kręcąc rączką?? Chciałam kupić nowy, ale... dobry kosztuje jak za zboże, a na badziew co się zaraz przepali to szkoda kasy. I tak mieląc kawę stwierdziłam, że przyjemne z pożytecznym, bo trochę kalorii spalę, a i przecież buddyści używają młynków modlitewnych w celu wyciszenia. I faktycznie, taka monotonna czynność uspokaja, chociaż pewno ciśnienia nie zbija. Jednocześnie uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy zmechanizowaliśmy, rozrywając w ten sposób więzi łączące ludzi... Jak chociażby ubijanie masła, darcie pierza :) Wiem, wiem, żartuję. Tylko życie pędzi coraz prędzej i ludzie nie mają czasu. Za to mają nowe rzeczy...
I tak
jako że mam jeszcze zapas ziaren niedomielonych z Inżynierem (szczelnie zamknięte, nie straciły ani smaku, ani zapachu, ani mi nic nie zaszkodziło, chociaż przeterminowane są, bo zaledwie jedną filiżankę kawy dziennie piję), to to kilo starczy mi na dłuuuugo :) A co się namielę, to moje, co nie??
I pieścichłopy trafiłam cudne, kupione jeszcze przed walentynkami trzymały się, wczoraj wywaliłam, nie że zwiędły, ale... łodyżki im całkiem już pożółkły...
A żonkile...
... aż serce boli...
I zaszalałam w kuchni. Jako że nie miałam czasu w popielec śledzika sobie zrobić, zrobiłam go popopielcowo. Nie przepadam za curry, ale lubię kurkumę. I naczytałam się o niej, więc sobie powiedziałam, a dlaczego nie??
Zrobiłam klasyczne matiasy - z cebulką, jabłuszkiem i jogurtem, dodałam kurkumy i ojapierdolę :D
A miałam jeszcze długie buraki, ugotowałam w łupinkach, starłam, dodałam matiasy, cebulę, jabłko, zrobiłam sos z musztardy kcyńskiej, a jakże, z gorczycą w całości, białą i czarną, miodem, olejem, pieprzem i kurkumą. Posypałam posiekanym selerem naciowym. Jejku, jakie to dobre i nic a nic śledzia nie czuć... Czyli mogę nawet do pracy brać, bo nie wonieje i nikomu nie będzie przeszkadzało :) Nie podam proporcji, bo ja na oko. Wygląda jak paciaja, a niebo w gębusi i choć Inżynier na samo słowo "śledzie" najeżył się i nawet na Skype nie chciał obiecać, że spróbuje, może kiedyś mi się uda... :)
No i na koniec bonusik dla niektórych, a dla niektórych nie :)
Arya i Eddi. Leją się na razie, aż miło, chociaż zgodziły się pozować do rodzinnej fotografii...
I to tyle, Kochany Pamiętniczku, idę szukać sposobu na zbicie ciśnienie i nienerwowanie się byle gównem...
Na spacer nie idę, bo nie.
Bo na samą myśl, że będę musiała wyjść do pracy mam dreszcze.
Coś się we mnie spsuło i nie wiem, doprawdy, co...
Chodzę wciąż podenerwowana i byle drobiazg wytrąca mnie z równowagi.
Teoretycznie nie mam powodów do zmartwień, a praktycznie ciśnienie zwariowało i skacze jak na trampolinie.
Do kardiologa w tym roku się nie dostanę, zresztą ona na wszelkie moje sugestie, że leki nie działają jak należy nie odpowiada nic... i zapisuje to samo.
Nie wiem.
Olać, przestać mierzyć, to i nie będzie za wysokie.
Po pierwsze podbija mi praca.
Czuję się jak chłop pańszczyźniany. Po zamknięciu pytam, co jeszcze, jakie plany i inne takie. Nie, nic, spoko...
Dwa dni później SMS: wysyłam pani i proszę być w kontakcie z Bossem od poniedziałku.
Ojapierdolę, znów udupiona na nie wiadomo jak długo, bo... nie wiadomo kiedy będzie??
O nie.
Napisałam do Bossa grzecznie, ale stanowczo.
Dyspozycyjność nie oznacza trzymania mnie na krótkiej smyczy SMS i emilka.
Przejdę się jutro i pogadam, ale też pewno będzie tak, że nie będzie miał czasu.
Na emilka nie odpisał, jest na urlopie. Pisał na urlopie, wiem, bo korekciłam. Ale Ameryki też nie odkrywał, pisał, bo chciał, równie dobrze mógł to zrobić ktoś inny.
A ja nie chcę. Nie żyję po to, żeby pracować, ale pracuję, żeby żyć. Pensja ta sama, a obowiązków w ciul więcej i jeszcze ten czas.
Nie potrafię żyć bezplanowo i ciągłe zmienianie wszystkiego, bo taka fantazja to nie dla mnie.
Wóz albo przewóz.
I znów mi ciśnienie wzrosło, co wiem, bo zaczyna mnie głowa pobolewać. Nie miewam bólu głowy od dawna.
Drobiazg, ale wkurwił mnie na maksa. Otwieram szparę unijną. Duża, biała koperta. Bez adresu. Zaklejona. O, pewno znów jakaś reklama, ale że taką kopertę można wykorzystać, a ja jestem Szkotka wyrzucona ze Szkocji za skąpstwo, więc otwieram. I co ja paczę??? W środku kartka A4 zapisana drobnym maczkiem, że bleblebleblablabla, i mala koperta, opisana: danina diecezjalna i w drugiej linijce: ofiara na budowę kościoła. Imię i nazwisko. Adres. Jak żyję, nie dostałam czegoś takiego do skrzynki. To poszło za daleko. Bo po pierwsze: wyszło poza ramy kościoła, jeszcze nie ma przymusu uczęszczania do niego. A po drugie: budują nowy kościół na moim osiedlu, choć to jest absurd do potęgi. Dotychczasowy z biegiem lat się wyludniał i jak kiedyś nie można tam było szpilki wetknąć, tak dziś wszyscy siedzą w czasie mszy. I mowa księdza w czasie kolędy, o wspólnocie (jaka wspólnota?? tu, w mojej wiosce?? Z bloku znam kilka osób, a mieszkam już prawie 30 lat!! I nie chcę ani znać, ani się bratać, dobrze mi jak jest). Sranie w banie. Że bliżej. Może jakieś 4-5 minut bliżej, ale co to jest wobec wieczności.
Próbował mnie przekonać, że mam do nowego kościoła 3 minuty. Ta, może sprintem, ale to i Zatopek by nie doleciał. Nawet nie wiem, gdzie on jest, tzn. teoretycznie wiem, ale nie chce mi się tam iść, a jest za sklepem, do którego przypilona potrzebą, jak już wszystko zamknięte idę po alkohol szybkim krokiem 15 minut. Więc niech nie pierdoli.
Nie zapłacę w tym roku nic. Nie bo nie. Niech komornik przyjdzie, a co?? Dopiero co kolęda była, i sorry Winnetou, nie sram pieniążkami, ciężko pracuję na pieniądze.
Jakby tego kościoła nie było, dziury w moście by nie było. A i sądzę, że Panu Bogu zamiast kolejnego kościoła milsze byłoby - hospicjum?? Dom opieki?? Skoro taka troska o starzejące się społeczeństwo, to właśnie w ten sposób, a nie kolejny kościół.
Mówię stanowczo nie. Bóg jest wszędzie i wszędzie można z nim rozmawiać. Za darmo. Na hospicjum dołożyłabym, na dom opieki też. A tak nie i w sumie będę z tego rozliczana do góry, a nie tu na dole.
I znów mi ciśnienie poszło...
Ojapierdolę.
Kierownik Budowy założył mi takie mądre cuś, co cuś w gniazdku mierzy, bo twierdzi, że za dużo płacę za prąd. Mimo podwyżek od lat płacę tyle samo, po wyprowadzeniu Inżyniera rachunki spadły mi o 20 zł. Teraz nie mam nawet TV, który sporo żarł, bo wielki był i jeden z tych ostatnich normalnych, z kineskopem. Podejrzana jest lodówka, ale po 3 dniach pomiarów okazuje się, że niewinna jest. Więc nie wiem co, bo tylko komputer i lodówka chodzą u mnie non stop, pozostaje więc komputer. Ale to się okaże, bo ja mam niejakie podejrzenie, że ktoś się mógł podłączyć, skrzynka na korytarzu i wystarczy trzasnąć, żeby otworzyć. Obadamy. Dobrze, że nie muszę kupować nowej lodówki. Piorę góra dwie pralki tygodniowo, więc to też nie pralka, kiedyś prałam więcej. Żarówki i lampy mam wszystkie energooszczędne i to jeszcze te bardziej - ledowe. Już nie wiem, co jeszcze mogę zakręcić... Nawet młynek do kawy mam ręczny.
A właśnie, z tą kawą to mnie na szaro zrobili ;) Dostałam w prezencie od Chłopaków na Gwiazdkę, ale się nie przyznałam (chyba), że nie mam elektrycznego młynk, bo by mi jeszcze kawę zabrali, albo młynek kupili :P Miałam dwa, ale się wymełły :) Kilka lat temu Pierworodny kupił mi żarnowy, bo mieliśmy z Inżynierem fazę na mielenie kawy i na pogawędki... Bo nie da się ukryć, że do tego potrzebny jest czas, a my, osieroceni przez Pierworodnego, podpieraliśmy się na duchu. W ramach pociechy kupiliśmy sobie ekspres do kawy. Inżynier wyjechał, przerzuciłam się na mieloną kawę, bo tak łatwiej, no i z kim mam gawędzić, kręcąc rączką?? Chciałam kupić nowy, ale... dobry kosztuje jak za zboże, a na badziew co się zaraz przepali to szkoda kasy. I tak mieląc kawę stwierdziłam, że przyjemne z pożytecznym, bo trochę kalorii spalę, a i przecież buddyści używają młynków modlitewnych w celu wyciszenia. I faktycznie, taka monotonna czynność uspokaja, chociaż pewno ciśnienia nie zbija. Jednocześnie uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy zmechanizowaliśmy, rozrywając w ten sposób więzi łączące ludzi... Jak chociażby ubijanie masła, darcie pierza :) Wiem, wiem, żartuję. Tylko życie pędzi coraz prędzej i ludzie nie mają czasu. Za to mają nowe rzeczy...
I tak
jako że mam jeszcze zapas ziaren niedomielonych z Inżynierem (szczelnie zamknięte, nie straciły ani smaku, ani zapachu, ani mi nic nie zaszkodziło, chociaż przeterminowane są, bo zaledwie jedną filiżankę kawy dziennie piję), to to kilo starczy mi na dłuuuugo :) A co się namielę, to moje, co nie??
I pieścichłopy trafiłam cudne, kupione jeszcze przed walentynkami trzymały się, wczoraj wywaliłam, nie że zwiędły, ale... łodyżki im całkiem już pożółkły...
A żonkile...
... aż serce boli...
I zaszalałam w kuchni. Jako że nie miałam czasu w popielec śledzika sobie zrobić, zrobiłam go popopielcowo. Nie przepadam za curry, ale lubię kurkumę. I naczytałam się o niej, więc sobie powiedziałam, a dlaczego nie??
Zrobiłam klasyczne matiasy - z cebulką, jabłuszkiem i jogurtem, dodałam kurkumy i ojapierdolę :D
A miałam jeszcze długie buraki, ugotowałam w łupinkach, starłam, dodałam matiasy, cebulę, jabłko, zrobiłam sos z musztardy kcyńskiej, a jakże, z gorczycą w całości, białą i czarną, miodem, olejem, pieprzem i kurkumą. Posypałam posiekanym selerem naciowym. Jejku, jakie to dobre i nic a nic śledzia nie czuć... Czyli mogę nawet do pracy brać, bo nie wonieje i nikomu nie będzie przeszkadzało :) Nie podam proporcji, bo ja na oko. Wygląda jak paciaja, a niebo w gębusi i choć Inżynier na samo słowo "śledzie" najeżył się i nawet na Skype nie chciał obiecać, że spróbuje, może kiedyś mi się uda... :)
No i na koniec bonusik dla niektórych, a dla niektórych nie :)
Arya i Eddi. Leją się na razie, aż miło, chociaż zgodziły się pozować do rodzinnej fotografii...
I to tyle, Kochany Pamiętniczku, idę szukać sposobu na zbicie ciśnienie i nienerwowanie się byle gównem...
Na spacer nie idę, bo nie.
Bo na samą myśl, że będę musiała wyjść do pracy mam dreszcze.
Coś się we mnie spsuło i nie wiem, doprawdy, co...
środa, 18 lutego 2015
Te dwa dni
dużo zmieniły w moim życiu.
Inżynier uświadomił sobie chyba dopiero teraz tak do końca i do bólu, co to jest śmierć. Wie już, co to, ale pierwszy raz zetknął się z nią, nawet nie namacalnie, bo to już było, i odchodziły bliskie mu osoby, ale myślę, że dotarło do niego też, bardzo boleśnie, że matka jest tylko jedna.
Lepiej, że teraz. Najgorsze jeszcze przed nim, ale nie będę pisała scenariuszy i wpadała w czarnowidztwo, bo po co?
Cieszę się życiem. Cieszymy się razem.
Te dwa wieczory były nasze, przegadane, przesiedziane, poprzytulane, jak wtedy, gdy był dzieckiem. Bo chyba się poczuł dzieckiem, chociaż obiad sobie sam odgrzał, twierdząc, że jest już mężczyzną łatwym w obsłudze, a i koszulę sobie wyprasował. Niech mu będzie... :) Ale wywlókł z szafy sowją ukochaną bluzę z dzieciństwa, nie wywaliłam jej z sentymentu, ale i zeszyć rozpruć mi się już nie chce, wbił się w nią i triumfalnie pokazał Dziewczynie na Skype... Manchester United, kibicowaliśmy zespołowi we trójkę, mój ukochany zespół obok Górnika Zabrze... Gumki w bluzie sparciały, podarta jest, a cieszył się, że może w nią wleźć, jak znalazł garnitur od Armaniego. Jak niewiele czasem trzeba do szczęścia człowiekowi.
Tych godzin nie oddam i nie zapomnę. I tych słów, które jak balsam na moją duszę leciały i leciały, i nie przestawały lecieć.
Z Pierworodnym nie mam aż tak dobrze, nigdy, choć w sumie on przyjeżdżając tu ma dla mnie więcej czasu, bo nie znika z kolegami, jest odludkiem, a Inżynier rozrywany jest na strzępki...
I rzekł: co się mama dziwi, sama mnie mama tak wychowała, mama też taka jest, i już się nie zmienię... I dziękuję mamie za wychowanie.
Nie myślałam, że kiedyś to usłyszę...
Wychowywałam ich obu identycznie, sprawiedliwie rozdzielając kije i marchewki, nie wtrącając się w ich kłótnie, pozwalając bić się na własny rachunek.
A wyszły z identycznej mąki dwa różne chleby.
Bywa. Jeden wyszedł na drożdżach, a drugi na zakwasie...
Komputerek odetchnął też z ulgą po pobieżnym, ale fachowym i najlepszym na świecie grzebaniu Inżyniera. Na resztę musi poczekać do kwietnia, wtedy Inżynier da mu popalić, a co :)
I umówieni jesteśmy na ogarnięcie moich włości, bo jak Inżynier tego nie ogarnie, to już nikt.
Jednego musi się jeszcze nauczyć - asertywności. Bo naumiałam go wszystkiego, ale asertywności nie, bo sama nauczyłam się jej całkiem niedawno.
Inżynier wleciał, jak wleciał, bo to nie była radosna okazja, ale śmierć, a ta zawsze jest nie w porę. Wleciał więc w najgorętsze dni zamykania, no i oczywiście, Stara Jędza była jedyna i niezastąpiona i pracujemy do upadku. I... Okazało się, że jednak już sobie radzę z mówieniem NIE. Uprzedziłam lojalnie kolegów, że jest jak jest, dziecko mam znienacka darowane na parę godzin i sorry Winnetou, nie mam czasu czekać na przypływ ich muz i pracuję do 17. Wicenaczelny zaprotestował: przekłada pani dobro swoje nad dobro firmy?? Spojrzałam mu w oczy i rzekłam: najważniejsza w życiu jest rodzina, nie firma. Tak, moje dziecko i te parę godzin z nim są dla mnie ważniejsze niż firma. Następnego dnia też rzekłam: wychodzę o 17. I tak uczyniłam. Dziś przyszłam do pracy i mówię: dziś mogę siedzieć do jutra, teraz jest miejsce na firmę. I co?? Zamknęliśmy śpiewająco do 15, a zazwyczaj to się kończy w okolicach 22. Firma nie poniosła uszczerbku, a ja nacieszyłam się dzieckiem.
Kiedyś bałabym się tak powiedzieć.
Teraz nie.
W sumie nawet zwolnić mnie nie mogą, co najwyżej zasugerować przejście na emeryturę.
Ale tego się już nie boję, co ma być, będzie. Spacerek po śmietnikach po puszki, a dlaczemu nie??
Nerwowałam się, bo przez ten pogrzeb nie odebrali Edka, Inżynier miał po niego jechać dziś, wykorzystując to, że ma wolne. Wstawał w nocy (też wstałam, nakarmiłam nieboraka, a co, niech wie, że ma matkę, chociaż jest łatwy w obsłudze), lądował koło 7, miał jechać do domu po transporterek i - tu się zmieniło - pan od kota chciał go podrzucić w okolice Wimbledonu, co oszczędzało wprawdzie Inżynierowi godziny jazdy, ale zmieniało widełki czasowe, bo musiał być tam do 11, no i jechał słynną z korków autostradą.
W necie wyczaiłam, że wylądowali, więc nie męczyłam, bojąc się, że zamkną trumnę.
Kopnęłam się w dupę, tłustą, kubańską, żeby nie pisać scenariuszy z jazdy po autostradzie, mając wciąż w pamięci nasz powrót z Rushden...
I doczekałam się.
Dowiózł Edka w całości i proszę Państwa, debiut Edka, błyskawiczny, w momencie dojechania :) Tylko na moim blogu, zatem oklaski :)
Lepsze fotki i dalsze sprawozdania później, bo nie będę dziś już nikogo męczyć. Trwa walka o udomowienie Aryi i Edka, mam nadzieję, że podzielą terytorium sprawiedliwie i nie będzie walk plemiennych, bo już obiecałam Inżynierowi, że za mojej kadencji wykąpię sierściuchy w wannie, we wrzątku i naumiem je moresu, niech wiedzą, skubańce, kto jest przywódcą stada. I suszarką wysuszę, a co?? Żaden TOZ mnie tam nie dorwie :D
A na razie u nich separacja od łoża i stołu, oswajają na zmianę sierściuchy, cała strategia i plan wojenny. Łącznie ze spaniem z panienką gryzącą kable i z Edkiem (jeszcze nie wiem, co potrafi) na zmianę, w osobnych łożach, za zamkniętymi drzwiami. Ojapierdolę.
Z dziećmi łatwiej było, Pierworodny wiedział, że będzie miał rodzeństwo i choć przez pierwsze dni protestował cicho, mówiąc: mamo, ona płacze, mamo ona zrobiła chyba kupę, jako że chciał mieć siostrę, a nie brata, czego nie przyjmował do wiadomości, że los mu spłatał figla, ale w końcu pogodził się z tym i...
... potem juz było z górki :)
Te dni nauczyły mnie też pogodzenia się z tym, co jest.
Analizując, rozmyślając stwierdziłam, że chociaż boli jak cholera, dobrze, że pozwoliłam im iść własną drogą.
I choć nie wszystko mi pasuje, godzę się na ich prawo do własnych błędów, bo sama też poszłam własną drogą. Chociaż teraz mam uczucie, że chciałabym mieć jakieś hamulce, nie żałuję ani chwili, którą przeżyłam.
I niech moje dzieci będą równie zadowolone z siebie i swoich wyborów, bo choć to niełatwe, piszą swoją książkę po swojemu.
I mam nadzieję, że będą ją pokazywały dalej bez wstydu.
Jako i ja...
Przez te dwa dni zasmakowałam więcej, niż gdyby został ze mną, z przymusu. A i ja teraz wiem, że udało mi się dorosnąć. Nareszcie...
A z innych nowin: Baran z Postmanem wrócili do domu, choć uzyskanie tej informacji kosztowało mnie nieco zdrowia i nerwów... Dam im popalić ;)
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku...
Do 2 marca mam wolne, będę leżała do góry dupą i puszczała bąki.
Albo i nie. Może będę je zatrzymywała na siłę? Ale jednak nie, bo niepuszczone bąki unoszą się do mózgu i tak się rodzą posrane pomysły :)
To się jeszcze okaże...
Ale okna są umyte, no chyba że zacznę przesadzać.
Dziś kupiłam pierwsze cięte żonkile w tym roku, bo tete a tete już przekwitają...
Przesadzać mogę, wiosna blisko :P
Inżynier uświadomił sobie chyba dopiero teraz tak do końca i do bólu, co to jest śmierć. Wie już, co to, ale pierwszy raz zetknął się z nią, nawet nie namacalnie, bo to już było, i odchodziły bliskie mu osoby, ale myślę, że dotarło do niego też, bardzo boleśnie, że matka jest tylko jedna.
Lepiej, że teraz. Najgorsze jeszcze przed nim, ale nie będę pisała scenariuszy i wpadała w czarnowidztwo, bo po co?
Cieszę się życiem. Cieszymy się razem.
Te dwa wieczory były nasze, przegadane, przesiedziane, poprzytulane, jak wtedy, gdy był dzieckiem. Bo chyba się poczuł dzieckiem, chociaż obiad sobie sam odgrzał, twierdząc, że jest już mężczyzną łatwym w obsłudze, a i koszulę sobie wyprasował. Niech mu będzie... :) Ale wywlókł z szafy sowją ukochaną bluzę z dzieciństwa, nie wywaliłam jej z sentymentu, ale i zeszyć rozpruć mi się już nie chce, wbił się w nią i triumfalnie pokazał Dziewczynie na Skype... Manchester United, kibicowaliśmy zespołowi we trójkę, mój ukochany zespół obok Górnika Zabrze... Gumki w bluzie sparciały, podarta jest, a cieszył się, że może w nią wleźć, jak znalazł garnitur od Armaniego. Jak niewiele czasem trzeba do szczęścia człowiekowi.
Tych godzin nie oddam i nie zapomnę. I tych słów, które jak balsam na moją duszę leciały i leciały, i nie przestawały lecieć.
Z Pierworodnym nie mam aż tak dobrze, nigdy, choć w sumie on przyjeżdżając tu ma dla mnie więcej czasu, bo nie znika z kolegami, jest odludkiem, a Inżynier rozrywany jest na strzępki...
I rzekł: co się mama dziwi, sama mnie mama tak wychowała, mama też taka jest, i już się nie zmienię... I dziękuję mamie za wychowanie.
Nie myślałam, że kiedyś to usłyszę...
Wychowywałam ich obu identycznie, sprawiedliwie rozdzielając kije i marchewki, nie wtrącając się w ich kłótnie, pozwalając bić się na własny rachunek.
A wyszły z identycznej mąki dwa różne chleby.
Bywa. Jeden wyszedł na drożdżach, a drugi na zakwasie...
Komputerek odetchnął też z ulgą po pobieżnym, ale fachowym i najlepszym na świecie grzebaniu Inżyniera. Na resztę musi poczekać do kwietnia, wtedy Inżynier da mu popalić, a co :)
I umówieni jesteśmy na ogarnięcie moich włości, bo jak Inżynier tego nie ogarnie, to już nikt.
Jednego musi się jeszcze nauczyć - asertywności. Bo naumiałam go wszystkiego, ale asertywności nie, bo sama nauczyłam się jej całkiem niedawno.
Inżynier wleciał, jak wleciał, bo to nie była radosna okazja, ale śmierć, a ta zawsze jest nie w porę. Wleciał więc w najgorętsze dni zamykania, no i oczywiście, Stara Jędza była jedyna i niezastąpiona i pracujemy do upadku. I... Okazało się, że jednak już sobie radzę z mówieniem NIE. Uprzedziłam lojalnie kolegów, że jest jak jest, dziecko mam znienacka darowane na parę godzin i sorry Winnetou, nie mam czasu czekać na przypływ ich muz i pracuję do 17. Wicenaczelny zaprotestował: przekłada pani dobro swoje nad dobro firmy?? Spojrzałam mu w oczy i rzekłam: najważniejsza w życiu jest rodzina, nie firma. Tak, moje dziecko i te parę godzin z nim są dla mnie ważniejsze niż firma. Następnego dnia też rzekłam: wychodzę o 17. I tak uczyniłam. Dziś przyszłam do pracy i mówię: dziś mogę siedzieć do jutra, teraz jest miejsce na firmę. I co?? Zamknęliśmy śpiewająco do 15, a zazwyczaj to się kończy w okolicach 22. Firma nie poniosła uszczerbku, a ja nacieszyłam się dzieckiem.
Kiedyś bałabym się tak powiedzieć.
Teraz nie.
W sumie nawet zwolnić mnie nie mogą, co najwyżej zasugerować przejście na emeryturę.
Ale tego się już nie boję, co ma być, będzie. Spacerek po śmietnikach po puszki, a dlaczemu nie??
Nerwowałam się, bo przez ten pogrzeb nie odebrali Edka, Inżynier miał po niego jechać dziś, wykorzystując to, że ma wolne. Wstawał w nocy (też wstałam, nakarmiłam nieboraka, a co, niech wie, że ma matkę, chociaż jest łatwy w obsłudze), lądował koło 7, miał jechać do domu po transporterek i - tu się zmieniło - pan od kota chciał go podrzucić w okolice Wimbledonu, co oszczędzało wprawdzie Inżynierowi godziny jazdy, ale zmieniało widełki czasowe, bo musiał być tam do 11, no i jechał słynną z korków autostradą.
W necie wyczaiłam, że wylądowali, więc nie męczyłam, bojąc się, że zamkną trumnę.
Kopnęłam się w dupę, tłustą, kubańską, żeby nie pisać scenariuszy z jazdy po autostradzie, mając wciąż w pamięci nasz powrót z Rushden...
I doczekałam się.
Dowiózł Edka w całości i proszę Państwa, debiut Edka, błyskawiczny, w momencie dojechania :) Tylko na moim blogu, zatem oklaski :)
Lepsze fotki i dalsze sprawozdania później, bo nie będę dziś już nikogo męczyć. Trwa walka o udomowienie Aryi i Edka, mam nadzieję, że podzielą terytorium sprawiedliwie i nie będzie walk plemiennych, bo już obiecałam Inżynierowi, że za mojej kadencji wykąpię sierściuchy w wannie, we wrzątku i naumiem je moresu, niech wiedzą, skubańce, kto jest przywódcą stada. I suszarką wysuszę, a co?? Żaden TOZ mnie tam nie dorwie :D
A na razie u nich separacja od łoża i stołu, oswajają na zmianę sierściuchy, cała strategia i plan wojenny. Łącznie ze spaniem z panienką gryzącą kable i z Edkiem (jeszcze nie wiem, co potrafi) na zmianę, w osobnych łożach, za zamkniętymi drzwiami. Ojapierdolę.
Z dziećmi łatwiej było, Pierworodny wiedział, że będzie miał rodzeństwo i choć przez pierwsze dni protestował cicho, mówiąc: mamo, ona płacze, mamo ona zrobiła chyba kupę, jako że chciał mieć siostrę, a nie brata, czego nie przyjmował do wiadomości, że los mu spłatał figla, ale w końcu pogodził się z tym i...
... potem juz było z górki :)
Te dni nauczyły mnie też pogodzenia się z tym, co jest.
Analizując, rozmyślając stwierdziłam, że chociaż boli jak cholera, dobrze, że pozwoliłam im iść własną drogą.
I choć nie wszystko mi pasuje, godzę się na ich prawo do własnych błędów, bo sama też poszłam własną drogą. Chociaż teraz mam uczucie, że chciałabym mieć jakieś hamulce, nie żałuję ani chwili, którą przeżyłam.
I niech moje dzieci będą równie zadowolone z siebie i swoich wyborów, bo choć to niełatwe, piszą swoją książkę po swojemu.
I mam nadzieję, że będą ją pokazywały dalej bez wstydu.
Jako i ja...
Przez te dwa dni zasmakowałam więcej, niż gdyby został ze mną, z przymusu. A i ja teraz wiem, że udało mi się dorosnąć. Nareszcie...
A z innych nowin: Baran z Postmanem wrócili do domu, choć uzyskanie tej informacji kosztowało mnie nieco zdrowia i nerwów... Dam im popalić ;)
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku...
Do 2 marca mam wolne, będę leżała do góry dupą i puszczała bąki.
Albo i nie. Może będę je zatrzymywała na siłę? Ale jednak nie, bo niepuszczone bąki unoszą się do mózgu i tak się rodzą posrane pomysły :)
To się jeszcze okaże...
Ale okna są umyte, no chyba że zacznę przesadzać.
Dziś kupiłam pierwsze cięte żonkile w tym roku, bo tete a tete już przekwitają...
Przesadzać mogę, wiosna blisko :P
Zwiędły
suknie i wachlarz z piór strusich,
czas opada jak chmura szarańczy,
wszystko kończy się prędzej, niż musi,
gra muzyka, lecz nie ma z kim tańczyć...
Tak się czuję, Kochany Pamiętniczku :(
czas opada jak chmura szarańczy,
wszystko kończy się prędzej, niż musi,
gra muzyka, lecz nie ma z kim tańczyć...
Tak się czuję, Kochany Pamiętniczku :(
niedziela, 15 lutego 2015
Taki piękny
był dziś dzień, że aż serce bolało. Ale we mnie się coś zacięło i nie poszłam na spacer, choć jak poleciałam w sandałkach ze śmieciami było mi tak ciepło, że mogłabym iść, iść, iść, w stronę słońca, bo świeciło jak nigdy dotąd w lutym...
I tak, z przykrością stwierdzam, Kochany Pamiętniczku, że chociaż
to jest idealne odbicie rzeczywistości coś się spsuło i coraz ciężej wyjść mi z chaupki. Nie, że fizycznie nie mogę, ale psychicznie nie radzę z tym sobie. I nie, że mam doła, nic z tych rzeczy.
Po prostu nie i już.
Na psychiatrę, psychologa czy inne leżenie na kanapce mnie nie stać, a z NFZ prędzej umrę jak doczekam.
Więc muszę to sama rozgryźć, nie ma innej opcji.
Coś jednak jest nie tak, co z bólem serca stwierdzam.
A przecież
te oczy nie mogą kłamać, co nie?? I jedyne, co zrobilam ze zdjątkiem to w sepię wciepłam i zmniejszyłam. Na każdą zmarszczkę pracowałam uczciwie w pocie czoła 60 lat.
Więc WTF?? Co się dzieje???
Konferencja na szczycie dziś była. I tak jak myślałam, nie chcą, żebym szła na pogrzeb. OK. To niezbyt fortunne okoliczności na poznawanie rodziny, w sensie że nowej rodziny Inżyniera. Może się uda później, nie mam parcia na szkło. I żal mi matki mamy Dziewczyny I. Kobieta ma 90 lat i to jest niesprawiedliwe, żeby rodzice chowali swoje dzieci. Więc gdzie ja tam z przytupem i orkiestrą. Paciorek zmówiłam, świeczkę zapaliłam, a do zastępowania matki się nie pcham. Sama nie chciałam, żeby mi ją ktoś zastępował (a "ktoś" żyje do dziś), a później, jak myślałam, że znalazłam mamę nr 2, okazało się, że do kochania to ja byłam synową, ale do roboty byłam zawsze potrzebna w charakterze taniej siły roboczej. Niech jej ziemia lekką będzie, a reszta jest milczeniem, bo de mortuis aut bene, aut nihil... Skoro tak twierdzili starożytni Rzymianie, coś w tym jest...
Zatem operacja uzgodniona i co mnie w tym wszystkim uderzyło, to opowiadanie Inżyniera. Mówił, jak zadzwonił do pracy Dziewczyny. Dziewczyna starała się o urlop od niedzieli do czwartku ze względu na to, że kocie stado miało się powiększyć o Edka. Odmówiono jej, a w międzyczasie Jej mama zmarła i pogrzeb we wtorek. Inżynier więc dzwoni i mówi co i jak, raz, że Dziewczyna w depresji, dwa, że Inżyniera angielski jest perfekcyjny, Odbiera ktoś, z akcentu sądząc Polak z kiepską angielszczyzną (za Chiny Ludowe nie ogarniam akcentu, ale SŁYSZĘ różnicę w wymowie Anglików i Amerykanów) i kłóci się z Inżynierem, że Dziewczyna wymyśliła sobie śmierć, żebu urlop dostać!!!! Ojapierdolę. Taka wymówka na poziomie gimbazy w pracy? Jak można w ogóle coś takiego podejrzewać??? Typowo po polsku, bo jak zmarł mój brat, szefowa (w poprzedniej firmie) robiła opory, że jak, tydzień wolnego?? Że nikt inny nie może?? Że co, że już nikt nie żyje...??? A jak po pogrzebie wylądował na OIOM Inżynier (w sam dzień powrotu z pogrzebu) z zapaleniem mięśnia sercowego i diagnozą, że w najlepszym przypadku transplantacja, to szefowa na prośbę o dalszy urlop popatrzyła na mnie zdziwiona i rzekła: przecież dopiero miała pani tydzień urlopu.... Ta, pod palemką z drinkiem z palemką leżałam. Karma jednak jest, ale... Spuśćmy na to zasłonę milczenia, żyję, Inżynier ma się dobrze, obeszło się bez przeszczepu, a szefowa jest już na łonie Abrahama, choć sporo młodsza ode mnie była. Alkohol ją zabił.
Choć jej tego nawet przez moment nie życzyłam.
I teraz wisienka na torcie...
Inżynier, dowiedziawszy się o śmierci teściowej in spe napisał wieczorem do swojego przełożonego na komunikatorze internetowym (nawet nie wiem jakim). W pracy ma obecnie urywanie głowy, bez przesady i innego srania w banie, wszyscy czekają od rana na niego, bo to Inżynier, i ma w genach po mamusi pracoholizm, jest niezastąpiony i takie tam... Więc idzie do pracy i co?? Okazuje się, że szef poinformował już, że sorry Winnetou, ale Inżynier ma sprawy prywatne niecierpiące zwłoki i nie do przełożenia. I co?? Dostaje 3 dni urlopu spoza urlopu wypoczynkowego (coś jak u nas urlop okolicznościowy) i nieważne, że to teściowa in spe. To jest Family i oczywiste i niezbijalne jest, że Inżynier musi dostać wolne... Bo musi lecieć za granicę i należy mu się to jak psu zupa... I wszyscy składają kondolencje, bo jego strata. Ojapierdolę, jak ja pójdę do Abrahama na piwo, to dopiero w firmie u niego będzie się działo. Ale... Nie tęsknię za tym piwem, więc spoko :)
Pracuję w firmie z kapitałem niemieckim. I też miałam taki moment. I też potraktowano mnie jak człowieka.
Firma, w której pracowałam, gdy zmarł mój brat, szczyciła się, że jest w stu procentach polska.
Moja teściowa też podkreślała, że Polskę niszczą Żydzi. Nieugięta w tej kwestii była.
A ja myślę, że po prostu - wypada być człowiekiem.
I że dekalog jest przesłaniem uniwersalnym.
I że jak nie wiem, co zrobić, to po prostu mogę być przyzwoitym człowiekiem.
Tylko tyle.
I aż tyle.
Staram się.
I tradycyjnie, życie czasem zatyka...
Oby nie na amen, jeszcze nie.
Jeszcze kilka darowanych chwil.
Dotknąć, przytulić, bo obiad to sobie sam odgrzeje.
Ma skunks wprawę :D
A w ramach bonusu zrobiłam mu pieczarki, których kijem nie tknie Dziewczyna.
Bo co może matka?? Cieszyć się z każdej chwili.
I nie, że mam we krwi karmienie, bo nie mam. Gotuję, bo lubię kombinować i mam napady. I lubię jeść, a nie przepadam za pizzą...
Ale jak inaczej dać delikatnie do zrozumienia, że Go kocham, skoro nie ma czasu na naprawianie największej mej miłości, czyli komputerka??
Oj tam, oj tam...
Nic nie zastąpi komputerka :D
I tak, z przykrością stwierdzam, Kochany Pamiętniczku, że chociaż
to jest idealne odbicie rzeczywistości coś się spsuło i coraz ciężej wyjść mi z chaupki. Nie, że fizycznie nie mogę, ale psychicznie nie radzę z tym sobie. I nie, że mam doła, nic z tych rzeczy.
Po prostu nie i już.
Na psychiatrę, psychologa czy inne leżenie na kanapce mnie nie stać, a z NFZ prędzej umrę jak doczekam.
Więc muszę to sama rozgryźć, nie ma innej opcji.
Coś jednak jest nie tak, co z bólem serca stwierdzam.
A przecież
te oczy nie mogą kłamać, co nie?? I jedyne, co zrobilam ze zdjątkiem to w sepię wciepłam i zmniejszyłam. Na każdą zmarszczkę pracowałam uczciwie w pocie czoła 60 lat.
Więc WTF?? Co się dzieje???
Konferencja na szczycie dziś była. I tak jak myślałam, nie chcą, żebym szła na pogrzeb. OK. To niezbyt fortunne okoliczności na poznawanie rodziny, w sensie że nowej rodziny Inżyniera. Może się uda później, nie mam parcia na szkło. I żal mi matki mamy Dziewczyny I. Kobieta ma 90 lat i to jest niesprawiedliwe, żeby rodzice chowali swoje dzieci. Więc gdzie ja tam z przytupem i orkiestrą. Paciorek zmówiłam, świeczkę zapaliłam, a do zastępowania matki się nie pcham. Sama nie chciałam, żeby mi ją ktoś zastępował (a "ktoś" żyje do dziś), a później, jak myślałam, że znalazłam mamę nr 2, okazało się, że do kochania to ja byłam synową, ale do roboty byłam zawsze potrzebna w charakterze taniej siły roboczej. Niech jej ziemia lekką będzie, a reszta jest milczeniem, bo de mortuis aut bene, aut nihil... Skoro tak twierdzili starożytni Rzymianie, coś w tym jest...
Zatem operacja uzgodniona i co mnie w tym wszystkim uderzyło, to opowiadanie Inżyniera. Mówił, jak zadzwonił do pracy Dziewczyny. Dziewczyna starała się o urlop od niedzieli do czwartku ze względu na to, że kocie stado miało się powiększyć o Edka. Odmówiono jej, a w międzyczasie Jej mama zmarła i pogrzeb we wtorek. Inżynier więc dzwoni i mówi co i jak, raz, że Dziewczyna w depresji, dwa, że Inżyniera angielski jest perfekcyjny, Odbiera ktoś, z akcentu sądząc Polak z kiepską angielszczyzną (za Chiny Ludowe nie ogarniam akcentu, ale SŁYSZĘ różnicę w wymowie Anglików i Amerykanów) i kłóci się z Inżynierem, że Dziewczyna wymyśliła sobie śmierć, żebu urlop dostać!!!! Ojapierdolę. Taka wymówka na poziomie gimbazy w pracy? Jak można w ogóle coś takiego podejrzewać??? Typowo po polsku, bo jak zmarł mój brat, szefowa (w poprzedniej firmie) robiła opory, że jak, tydzień wolnego?? Że nikt inny nie może?? Że co, że już nikt nie żyje...??? A jak po pogrzebie wylądował na OIOM Inżynier (w sam dzień powrotu z pogrzebu) z zapaleniem mięśnia sercowego i diagnozą, że w najlepszym przypadku transplantacja, to szefowa na prośbę o dalszy urlop popatrzyła na mnie zdziwiona i rzekła: przecież dopiero miała pani tydzień urlopu.... Ta, pod palemką z drinkiem z palemką leżałam. Karma jednak jest, ale... Spuśćmy na to zasłonę milczenia, żyję, Inżynier ma się dobrze, obeszło się bez przeszczepu, a szefowa jest już na łonie Abrahama, choć sporo młodsza ode mnie była. Alkohol ją zabił.
Choć jej tego nawet przez moment nie życzyłam.
I teraz wisienka na torcie...
Inżynier, dowiedziawszy się o śmierci teściowej in spe napisał wieczorem do swojego przełożonego na komunikatorze internetowym (nawet nie wiem jakim). W pracy ma obecnie urywanie głowy, bez przesady i innego srania w banie, wszyscy czekają od rana na niego, bo to Inżynier, i ma w genach po mamusi pracoholizm, jest niezastąpiony i takie tam... Więc idzie do pracy i co?? Okazuje się, że szef poinformował już, że sorry Winnetou, ale Inżynier ma sprawy prywatne niecierpiące zwłoki i nie do przełożenia. I co?? Dostaje 3 dni urlopu spoza urlopu wypoczynkowego (coś jak u nas urlop okolicznościowy) i nieważne, że to teściowa in spe. To jest Family i oczywiste i niezbijalne jest, że Inżynier musi dostać wolne... Bo musi lecieć za granicę i należy mu się to jak psu zupa... I wszyscy składają kondolencje, bo jego strata. Ojapierdolę, jak ja pójdę do Abrahama na piwo, to dopiero w firmie u niego będzie się działo. Ale... Nie tęsknię za tym piwem, więc spoko :)
Pracuję w firmie z kapitałem niemieckim. I też miałam taki moment. I też potraktowano mnie jak człowieka.
Firma, w której pracowałam, gdy zmarł mój brat, szczyciła się, że jest w stu procentach polska.
Moja teściowa też podkreślała, że Polskę niszczą Żydzi. Nieugięta w tej kwestii była.
A ja myślę, że po prostu - wypada być człowiekiem.
I że dekalog jest przesłaniem uniwersalnym.
I że jak nie wiem, co zrobić, to po prostu mogę być przyzwoitym człowiekiem.
Tylko tyle.
I aż tyle.
Staram się.
I tradycyjnie, życie czasem zatyka...
Oby nie na amen, jeszcze nie.
Jeszcze kilka darowanych chwil.
Dotknąć, przytulić, bo obiad to sobie sam odgrzeje.
Ma skunks wprawę :D
A w ramach bonusu zrobiłam mu pieczarki, których kijem nie tknie Dziewczyna.
Bo co może matka?? Cieszyć się z każdej chwili.
I nie, że mam we krwi karmienie, bo nie mam. Gotuję, bo lubię kombinować i mam napady. I lubię jeść, a nie przepadam za pizzą...
Ale jak inaczej dać delikatnie do zrozumienia, że Go kocham, skoro nie ma czasu na naprawianie największej mej miłości, czyli komputerka??
Oj tam, oj tam...
Nic nie zastąpi komputerka :D
sobota, 14 lutego 2015
Spring
again. Pachnie już powietrze, jeszcze mroźne, ale słoneczko już w plecki grzeje, nie jest takie zimne, odległe, obojętne, na forsycjach pączki.
Zatem co wypadało dziś zrobić?
Oczywiście, umyć okna.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam, do tego zaszalałam w Lidlu, bo mają dziś tanie kwiaty, a co, przecież kocham siebie bardzo mocno, więc kupiłam sobie i róże (13 czerwonych), i pieścichlopy, a że poprzednie jeszcze nie zwiędły, zatem u mnie spring again :)
Żeberka zrobię, pyzy kupiłam, Inżynier, myślę, doceni w poniedziałek...
Pościel się wietrzy, jeszcze tylko na miotle i na mopie przelecę i... zasłużony odpoczynek.
Nie myśleć.
Cieszyć się chwilą, czystością i zapachami.
Życiem...
UPDATE
Cieszą oko :)
A tu fioletowa bajka, mroczny kącik :)
:)
Tego aniołka dostałam na Gwiazdkę od Inżyniera... Mydli oczy moim Rodzicom, że jestem grzeczna :P
A to czeka na Inżyniera. Do tego pyzy dostanie i nawet jak nie wrócę z pracy, obsłuży się sam... Posłałam mu fotkę, zaakceptował menu :D
Zatem co wypadało dziś zrobić?
Oczywiście, umyć okna.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam, do tego zaszalałam w Lidlu, bo mają dziś tanie kwiaty, a co, przecież kocham siebie bardzo mocno, więc kupiłam sobie i róże (13 czerwonych), i pieścichlopy, a że poprzednie jeszcze nie zwiędły, zatem u mnie spring again :)
Żeberka zrobię, pyzy kupiłam, Inżynier, myślę, doceni w poniedziałek...
Pościel się wietrzy, jeszcze tylko na miotle i na mopie przelecę i... zasłużony odpoczynek.
Nie myśleć.
Cieszyć się chwilą, czystością i zapachami.
Życiem...
UPDATE
Cieszą oko :)
A tu fioletowa bajka, mroczny kącik :)
:)
Tego aniołka dostałam na Gwiazdkę od Inżyniera... Mydli oczy moim Rodzicom, że jestem grzeczna :P
A to czeka na Inżyniera. Do tego pyzy dostanie i nawet jak nie wrócę z pracy, obsłuży się sam... Posłałam mu fotkę, zaakceptował menu :D
piątek, 13 lutego 2015
Sponsorem
dzisiejszego dnia jest WKURW JAK CHUJ.
Dobrze, że nie czytają mnie niepełnoletni :)
Zwlokłam rano zwłoki z łózka i pomaszerowalam, nie, nie w siną dal, ani nie w stronę słońca, ale na badania okresowe z medycyny pracy.
Już na progu wkurwiłam się, bo panienka w recepcji, łypnąwszy na moje skierowanie, a później w komputerek stwierdziła, że za wcześnie jestem, bo miałam być o 10. Tymczasem na kartce, którą dostałam od Sekretarki Bossa stało jak wół 9, a ja przybyłam do przybytku 8.45 i o dziwo, NIE BYŁO KOLEJKI....
No nic.
Okazało się, że pan doktor okulista przyjmie mnie o 9.45, a pan doktor medycyny pracy... też o 9.45. Może i głucha jestem, ale aparaty miałam, a czytanie to odchodzi mi perfekcyjnie.
Na skierowaniu napisała mi rzeczona panienka numery pokojów, do których mam bieżeć jak ci pasterze do stajenki... i poczułam, że rośnie we mnie MOC.
Pokój pierwszy: kolejna rejestracja, WTF???... Okazało się, że jednak kolejka jest, więc WKURW wzrastał...
Wreszcie wlazłam. Rozebrana do rosołu, bo jakże tak, w pomieszczeniu w płaszczu, szalu i rękawiczkach. W t-shircie wlazłam, a chudziutka panienka na mój widok jęknęła rozpaczliwie: o jeżu kolczasty, nie zimno pani? Nie, odrzekłam twardo, SKS... Przetłumaczyć?? Zatrzepotała jak motylek na szpilce i rzecze: nie trzeba, rozumiem.
I spisała: trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka, ale miła była, więc się pośmiałyśmy i poszłam do pokoju 21, gdzie miano mi zmierzyć ciśnienie. Pokój pusty był, pani nie było. Recepcja orzekła, że pani jest na terenie i mam cierpliwie czekać.
Czekałam.
Na szczęście do pomiaru ciśnienia byłam pierwsza w kolejce.
Panienka, która po kilkunastu minutach wróciła z herbatką w kubeczku, zajęła się mną troskliwie, ale mój WKURW urósł do 190 mmHg... Ojapierdolę, takiego ekstremum nigdy nie miałam... Druga wartość była 80, więc WTF?? Panienka kazała mi się odprężyć i podać: 3 podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka. Podałam, mówiąc sobie w duchu: Stara Jędzo, jesteś kwiatem lotosu na pieprzonej tafli jeziora... Kolejny pomiar już 170. Nieźle, podziałało. Dobrze, że nie mierzyla 3. raz, bo opócz nadciśnienia białego fartucha mam WKURW jak mnie ktoś o słuch męczy. Niech pani stanie pod ścianą.... Taaa, gestapowskie metody.... Będę szeptała i sprawdzimy... Bidula, nie zauważyła, że mam aparaty, a ja zawsze mam wrażenie, że się w oczy rzucają. Więc wkurwiona rzekłam, że żadnych szeptów, mam papiery i koniec bajki... Chyba się bała, że ją pogryzę, więc odpuściła, notując, że noszę aparaty. Ale ciśnienie zapisała jak wyszło, bo: pan doktor też zbada.
Po chuja, skoro już miałam mierzone??
Nic, odetchnęłam, pożyczyłam miłego dnia (tja, piątek, trzynastego) i polazłam w kolejkę do okulisty.
I to był jedyny plus tego badania, bo pan doktor był miły i wyrozumiały. Stwierdził, że jak na taką ślepotę, to jest OK, zbadał dno oka i inne bajki (a to ważne, bo przy badaniu jak się kupuje okulary nie bawią się w takie hocki-klocki), wystawił zaświadczenie, że Stara Jędza ślepa jest jak kret i musi mieć okularki do kompika (będziem Bossa dusić o kaskę, bo się należy w tym przypadku), napisał też rozpoznanie, na wypadek jakby SJ chciała sobie nowe bryle kupić, obśmiał się z tego, że nie widzę, co kto mówi i...
Wylądowałam pod gabinetem pana doktora od medycyny pracy. Miałam tam być, jak wiadomo, o 9.45 przyjęta. Tymczasem była 10.00, a w gabinecie cicho, ciemno i głucho. Panienka w recepcji wybąkała, że mam czekać, bo pan doktor jeszcze nie przyszedł.
Kurwa, za pieniądze, nie na NFZ (chociaż przecież NFZ to też za pieniądze, bo mi co miesiąc golą kasę i to niemałą z pensji!!!!). A tu płaci pracodawca, też dymany przez ustawę, bo te badania o kant dupy w sumie potłuc, a on płaci i to dużo!!! Co roku, bo co roku trzeba mieć nowe zaświadczenie!!!
Nie wkurwiałam się już jednak, bo... ciśnienie będą mierzyć...
Na korytarzu zaduch już był i smród, zero wentylacji, a ja oczami duszy widziałam stertę wydruków na biurki i emilki na poczcie...
10.14 pan doktor przyszedł.
Pokręcił się jak gówno w przeręblu.
10.30 wlazłam do gabinetu i YUUUUUPIIII, byłam pierwsza w kolejce.
Trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Uczepił się faktu, że nie mam orzeczenia o inwalidztwie.
Celowo nie miałam. Raz, że nie chciało mi się szukać papierka, dwa, że mam legitymację rencisty i nie chcę znów przerabiać orzeczenia: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi. Ale napierał: czy komisja do spraw inwalidztwa czy ZUS. Upierałam się, że mam przyznaną rentę III grupy, ZUS ją płaci, a to było dawno temu i nieprawda. Drążył uparcie. Do jasnej kurwy nędzy co ma współnego fakt mojego inwalidztwa z pracą?? Pokazałam legitymację ZUS. Zapisał, odczepił się. Ale orzekł, że będzie szeptał... Najeżyłam się, że szeptem do mnie mów, to jeszcze się na niego rzucę i zgwałcę. Albo oskarże, że on się na mnie rzucił... Spasował. Zmierzył ciśnienie. 150 już było, ojapierdolę... Kazał się nie denerwować, zapisał, jakie leki biorę. Zapytał o operacje. Zapisał, że migdałki. A porody? Dwa. Cesarka? Nie... Na pewno... Kurwa, chyba wiem, jak rodziłam... Inne choroby?? Nie ma. Jak to nie ma?? No nie ma i już... Od 15 lat nie byłam na zwolnieniu... To nie jest pani dla nas dobrą klientką.... Ojapierdolę... Musiałam mieć mord w oczach, bo... podpisał mi zdolność do pracy i powiedział; do zobaczenia za rok...
Ciśnienie mi znów zrobiło volare, hohohoho :)
Ale uśmiechnęłam się i poszłam.
Nie w siną dal, do pracy.
Mój pracodawca zapłacił jeszcze za: badanie krwi, moczu i rentgena, których nie zrobiłam, bo nie chciałam! Bo nie!!!! Ile godzin bym tam jeszcze spędziła??
A skunks mnie nawet nie osłuchał!! I dobrze. Bo znów by się do znamion przyczepił... a jakby cycki macał szukając wczorajszego dnia, to bym mu chyba zęby wybiła. Nienawidzę, jak mnie ktos dotyka, nieważne, lekarz czy inny agregat...
Polazłam do pracy, a tam kolejny wkurw, bo akurat zamykamy. Pikuś.
Ale znów taki miesiąc, że wszystko w jeden dzień. I wszyscy chyłkiem, ukradkiem, z uśmieszkiem, że to nie oni. Pierdolę. Można mieć albo na spokojnie i dobrze, albo w jeden dzień. Więc na wydrukach zaczęłam pisać datę. Nie będę się uśmiechała więcej i tłumaczyła. Dziennikarzy jest ponad 20. Ja jedna. Jeżeli oddają wszyscy wszystko w jednym dniu, to sami sobie grabią. I mam czerwono na białym, że tak grabili i kosili. Amen...
Pomijając fakt, że gdybym nie była u konowała, wyszłabym punktualnie, to jednak oddawanie całej gazety w jeden dzień jest nie fair. Pracuję TRZY tygodnie w miesiącu.
I chuj...
Teraz dla spokojności pociągam wareczkę i spadnę zaraz spać.
W weekend będę gadała z Inżynierem, wiem tylko tyle, że przylatują po południu w poniedziałek, pogrzeb we wtorek, a odlot w środę.
Szczegółów dowiem się w weekend.
W sumie może przytulę, po łebku pogłaszczę, ale się nie nacieszę, bo kiedy???
Może nakarmię, menu już mam: pyzy (poznańskie, parowane kluski), żeberka i?? surówka z kiszonej kapuchy czy może modra kapustka?? Niech wie, Skubaniec jeden, że ma matkę. Wkurwia ją też, ale cóż....
Nie aż tak, jak medycyna pracy, a poza tym te 98,33% od Apple'a... Po kim on taki mądry, no po kim :)
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Dobrze, że nie czytają mnie niepełnoletni :)
Zwlokłam rano zwłoki z łózka i pomaszerowalam, nie, nie w siną dal, ani nie w stronę słońca, ale na badania okresowe z medycyny pracy.
Już na progu wkurwiłam się, bo panienka w recepcji, łypnąwszy na moje skierowanie, a później w komputerek stwierdziła, że za wcześnie jestem, bo miałam być o 10. Tymczasem na kartce, którą dostałam od Sekretarki Bossa stało jak wół 9, a ja przybyłam do przybytku 8.45 i o dziwo, NIE BYŁO KOLEJKI....
No nic.
Okazało się, że pan doktor okulista przyjmie mnie o 9.45, a pan doktor medycyny pracy... też o 9.45. Może i głucha jestem, ale aparaty miałam, a czytanie to odchodzi mi perfekcyjnie.
Na skierowaniu napisała mi rzeczona panienka numery pokojów, do których mam bieżeć jak ci pasterze do stajenki... i poczułam, że rośnie we mnie MOC.
Pokój pierwszy: kolejna rejestracja, WTF???... Okazało się, że jednak kolejka jest, więc WKURW wzrastał...
Wreszcie wlazłam. Rozebrana do rosołu, bo jakże tak, w pomieszczeniu w płaszczu, szalu i rękawiczkach. W t-shircie wlazłam, a chudziutka panienka na mój widok jęknęła rozpaczliwie: o jeżu kolczasty, nie zimno pani? Nie, odrzekłam twardo, SKS... Przetłumaczyć?? Zatrzepotała jak motylek na szpilce i rzecze: nie trzeba, rozumiem.
I spisała: trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka, ale miła była, więc się pośmiałyśmy i poszłam do pokoju 21, gdzie miano mi zmierzyć ciśnienie. Pokój pusty był, pani nie było. Recepcja orzekła, że pani jest na terenie i mam cierpliwie czekać.
Czekałam.
Na szczęście do pomiaru ciśnienia byłam pierwsza w kolejce.
Panienka, która po kilkunastu minutach wróciła z herbatką w kubeczku, zajęła się mną troskliwie, ale mój WKURW urósł do 190 mmHg... Ojapierdolę, takiego ekstremum nigdy nie miałam... Druga wartość była 80, więc WTF?? Panienka kazała mi się odprężyć i podać: 3 podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka. Podałam, mówiąc sobie w duchu: Stara Jędzo, jesteś kwiatem lotosu na pieprzonej tafli jeziora... Kolejny pomiar już 170. Nieźle, podziałało. Dobrze, że nie mierzyla 3. raz, bo opócz nadciśnienia białego fartucha mam WKURW jak mnie ktoś o słuch męczy. Niech pani stanie pod ścianą.... Taaa, gestapowskie metody.... Będę szeptała i sprawdzimy... Bidula, nie zauważyła, że mam aparaty, a ja zawsze mam wrażenie, że się w oczy rzucają. Więc wkurwiona rzekłam, że żadnych szeptów, mam papiery i koniec bajki... Chyba się bała, że ją pogryzę, więc odpuściła, notując, że noszę aparaty. Ale ciśnienie zapisała jak wyszło, bo: pan doktor też zbada.
Po chuja, skoro już miałam mierzone??
Nic, odetchnęłam, pożyczyłam miłego dnia (tja, piątek, trzynastego) i polazłam w kolejkę do okulisty.
I to był jedyny plus tego badania, bo pan doktor był miły i wyrozumiały. Stwierdził, że jak na taką ślepotę, to jest OK, zbadał dno oka i inne bajki (a to ważne, bo przy badaniu jak się kupuje okulary nie bawią się w takie hocki-klocki), wystawił zaświadczenie, że Stara Jędza ślepa jest jak kret i musi mieć okularki do kompika (będziem Bossa dusić o kaskę, bo się należy w tym przypadku), napisał też rozpoznanie, na wypadek jakby SJ chciała sobie nowe bryle kupić, obśmiał się z tego, że nie widzę, co kto mówi i...
Wylądowałam pod gabinetem pana doktora od medycyny pracy. Miałam tam być, jak wiadomo, o 9.45 przyjęta. Tymczasem była 10.00, a w gabinecie cicho, ciemno i głucho. Panienka w recepcji wybąkała, że mam czekać, bo pan doktor jeszcze nie przyszedł.
Kurwa, za pieniądze, nie na NFZ (chociaż przecież NFZ to też za pieniądze, bo mi co miesiąc golą kasę i to niemałą z pensji!!!!). A tu płaci pracodawca, też dymany przez ustawę, bo te badania o kant dupy w sumie potłuc, a on płaci i to dużo!!! Co roku, bo co roku trzeba mieć nowe zaświadczenie!!!
Nie wkurwiałam się już jednak, bo... ciśnienie będą mierzyć...
Na korytarzu zaduch już był i smród, zero wentylacji, a ja oczami duszy widziałam stertę wydruków na biurki i emilki na poczcie...
10.14 pan doktor przyszedł.
Pokręcił się jak gówno w przeręblu.
10.30 wlazłam do gabinetu i YUUUUUPIIII, byłam pierwsza w kolejce.
Trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Uczepił się faktu, że nie mam orzeczenia o inwalidztwie.
Celowo nie miałam. Raz, że nie chciało mi się szukać papierka, dwa, że mam legitymację rencisty i nie chcę znów przerabiać orzeczenia: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi. Ale napierał: czy komisja do spraw inwalidztwa czy ZUS. Upierałam się, że mam przyznaną rentę III grupy, ZUS ją płaci, a to było dawno temu i nieprawda. Drążył uparcie. Do jasnej kurwy nędzy co ma współnego fakt mojego inwalidztwa z pracą?? Pokazałam legitymację ZUS. Zapisał, odczepił się. Ale orzekł, że będzie szeptał... Najeżyłam się, że szeptem do mnie mów, to jeszcze się na niego rzucę i zgwałcę. Albo oskarże, że on się na mnie rzucił... Spasował. Zmierzył ciśnienie. 150 już było, ojapierdolę... Kazał się nie denerwować, zapisał, jakie leki biorę. Zapytał o operacje. Zapisał, że migdałki. A porody? Dwa. Cesarka? Nie... Na pewno... Kurwa, chyba wiem, jak rodziłam... Inne choroby?? Nie ma. Jak to nie ma?? No nie ma i już... Od 15 lat nie byłam na zwolnieniu... To nie jest pani dla nas dobrą klientką.... Ojapierdolę... Musiałam mieć mord w oczach, bo... podpisał mi zdolność do pracy i powiedział; do zobaczenia za rok...
Ciśnienie mi znów zrobiło volare, hohohoho :)
Ale uśmiechnęłam się i poszłam.
Nie w siną dal, do pracy.
Mój pracodawca zapłacił jeszcze za: badanie krwi, moczu i rentgena, których nie zrobiłam, bo nie chciałam! Bo nie!!!! Ile godzin bym tam jeszcze spędziła??
A skunks mnie nawet nie osłuchał!! I dobrze. Bo znów by się do znamion przyczepił... a jakby cycki macał szukając wczorajszego dnia, to bym mu chyba zęby wybiła. Nienawidzę, jak mnie ktos dotyka, nieważne, lekarz czy inny agregat...
Polazłam do pracy, a tam kolejny wkurw, bo akurat zamykamy. Pikuś.
Ale znów taki miesiąc, że wszystko w jeden dzień. I wszyscy chyłkiem, ukradkiem, z uśmieszkiem, że to nie oni. Pierdolę. Można mieć albo na spokojnie i dobrze, albo w jeden dzień. Więc na wydrukach zaczęłam pisać datę. Nie będę się uśmiechała więcej i tłumaczyła. Dziennikarzy jest ponad 20. Ja jedna. Jeżeli oddają wszyscy wszystko w jednym dniu, to sami sobie grabią. I mam czerwono na białym, że tak grabili i kosili. Amen...
Pomijając fakt, że gdybym nie była u konowała, wyszłabym punktualnie, to jednak oddawanie całej gazety w jeden dzień jest nie fair. Pracuję TRZY tygodnie w miesiącu.
I chuj...
Teraz dla spokojności pociągam wareczkę i spadnę zaraz spać.
W weekend będę gadała z Inżynierem, wiem tylko tyle, że przylatują po południu w poniedziałek, pogrzeb we wtorek, a odlot w środę.
Szczegółów dowiem się w weekend.
W sumie może przytulę, po łebku pogłaszczę, ale się nie nacieszę, bo kiedy???
Może nakarmię, menu już mam: pyzy (poznańskie, parowane kluski), żeberka i?? surówka z kiszonej kapuchy czy może modra kapustka?? Niech wie, Skubaniec jeden, że ma matkę. Wkurwia ją też, ale cóż....
Nie aż tak, jak medycyna pracy, a poza tym te 98,33% od Apple'a... Po kim on taki mądry, no po kim :)
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
czwartek, 12 lutego 2015
Życie, kochanie
trwa tyle co taniec...
Poszłam wczoraj wcześniej spać, budzę się w nocy, sprawdzam godzinę, a tam SMS, że zmarła Mama Dziewczyny Inżyniera...
Miałam noc z głowy, rozmyślając.
Przylecą, nie wiem jeszcze kiedy, bo przylecą na pogrzeb, a data jeszcze nieustalona.
Jest mi żal Dziewczyny, choć stosunki z Mamą miała jakie miała, ale to matka przecież. Mam nic nie pisać do niej, bo nie może się pozbierać.
Rodzina Dziewczyny jest z mojej wioski i mam zagwozdkę, bo choć młodzi są ze sobą już dwa lata, a znają się chyba z dziesięć, z jej rodziną nie miałam nigdy nawet kontaktu przelotnego. Osobiście zawsze mówiłam Inżynierowi: pozdrów rodziców Dziewczyny, jak szedł, ale w drugą stronę to nigdy nie działało.
Taka trochę inna rodzina.
O mam zagwozdkę, bo przyzwoitość nakazuje mi iść na pogrzeb, a rzeczywistość?? Jeśli będzie to w pierwsze trzy dni przyszłego tygodnia, to moment, kiedy nie da się mnie zastąpić i nie da się urwać. Nie wiem. Poczekam, co powie Inżynier. Niefajnie.
Mama Dziewczyny była w moim wieku, fakt, że schorowana, ale...
Cicha kostucha, ta Miss Wykidajło wyłączy nam prąd w środku dnia...
***
I wracając do mojego życia (choć i tamto moim życiem jest, choć wydaje się, że nie, ale przecież drogi Inżyniera i Sikory się rozeszły, w sensie, że mają swoje losy, a Sikora jak się u mnie zagnieździła, tak nie wylatuje - i dobrze - bo skąd ja bym teraz taką supercórkę wytrzasnęła z taką Sówką na dociepkę??), jutro idę na te badania. Sekretarka załatwiła mi, że tylko badanie bez laboratorium i okulista. Jak się uda od okulisty się też wykręcę, bo zwyczajnie szkoda mi czasu, wzrok zbadam jak wygram w totka i kupię sobie nowe okulary. Na razie stare wystarczają, bo muszą, więcej zdejmowania, zakładania, kombinowania jak ustawa przewiduje, ale jest OK, bo mogę pracować.
Dostałam dziś nowe krzesło, z wielkim halo, że po znajomości mi załatwiła, bo fundusze i inne sranie w banie. W dupie to mam. Krzesło najtańszy badziew z Tesco i o kant dupy potłuc. Nie ogarniam, nie pojmuję, nie rozumiem. To nie są czasy dla mnie...
***
Do wspominek szyciowo-życiowych, Kochany Pamiętniczku, tytułem podsumowania dorzuciłabym parę słów o modzie.
Uczono mnie mody na starych wzrocach. Że nie łączy się kropek z kratkami, że nie łączy się niektórych kolorów, np. do granatowego czy czarnego garnituru nie zakłada się brązowych butów. Że nie hańbi cera, ale hańbi dziura czy plama. Że wszystko musi być równe, obszyte i takie tam.
Z niektórych rzeczy wyrosłam, z niektórych nie. Podobają mi się bardzo i kręcą mnie dżinsy z dziurami, nierówne brzegi, szwy na prawej stronie, obstrzępione końcówki. Uwielbiam fakt, że do pracy szoruję w dżinsach, bo lubię, w t-shircie, bo to moje klimaty. Jestem kobietą nieelegancką, niekobiecą, choć nie nazwałabym siebie babochłopem. Jak idę z Inżynierem na zakupy i oglądam coś bardzo kobiecego, dziecię protestuje: to do mamy zupełnie nie pasuje. Ano, coś w tym jest...
Ale jednocześnie nie trawię zestawienia niebieskiego, takiego chabrowego, z fioletem (takim bardziej pinkowym) i żółcią, zęby bolą. A taki jest "trynd" w grafice... Blehhh...
I nie podoba mi się to wszystko świecące jak dyskoteka, pinkowe.
Oczywiście, nie zabraniam nikomu, ale... nie lubię.
I nie podobają mi się tipsy. Są po prostu nieeleganckie moim zdaniem i już. Pomalowane, wypielęgnowane paznokcie - OK, ale tipsy?? Skoro ktoś musi, niech nosi, ale budzą we mnie obrzydzenie :) Oczami wyobraźni widzę tonę brudu pod nimi... Wyskrobywaną czymkolwiek :D I wycieranie dupy, oj, boli :) To już wolę pazurki utytłane w ziemi, bo to... zdrowsze :D
I jeszcze jedno co za mną ostatnio chodzi. Pończochy.
Ojapierdolę.
Były zmorą mojego dzieciństwa i moich młodych lat... Zwłaszcza jak mini było modne, a jeszcze nie dotarły do nas rajstopy, ileż się trzeba było nagimnastykować, żeby nie wyłaziły spod kiecek!!! A i pasy nie były takie odleciane jak teraz... To trauma, dlatego wciąż toczylam wojny z moim Eks, bo ten uwielbiał pończochy. I nie, że do seksu, ale miałam je nosić na co dzień!!!
Jako jedna z pierwszych dostałam rajstopy. Takie hmmm... we wzorki, pamiętam wzorek do dziś. I nie, nie cieszyłam się. Rajstopy przysłali mi w paczce z Francji i były popielato-czarne, taka kratka. Kratka kończyła się jakieś 10 cm za kolanem, potem już były gładkie popielate i jak zakładałam mini wyglądało to tak, jakby... No właśnie, dziś dziewczyny noszą takie rajtki, albo takie kolanówki za kolana na rajtki, i git majonez. A dla mnie to była wtedy trauma i koniec!!!!
Patrzyłam dziś na dziewczynę w seksirajtkach, imitujących pończochy i podwiązki i...
Przez moment żałowałam, że urodziłam się tak wcześnie.
Ale tylko przez moment, bo...
Manna, hosanna, różaniec i szaniec...
Konkurs na zgadnięcie, komu kroi się macierzyństwo trwa dalej :)
Poszłam wczoraj wcześniej spać, budzę się w nocy, sprawdzam godzinę, a tam SMS, że zmarła Mama Dziewczyny Inżyniera...
Miałam noc z głowy, rozmyślając.
Przylecą, nie wiem jeszcze kiedy, bo przylecą na pogrzeb, a data jeszcze nieustalona.
Jest mi żal Dziewczyny, choć stosunki z Mamą miała jakie miała, ale to matka przecież. Mam nic nie pisać do niej, bo nie może się pozbierać.
Rodzina Dziewczyny jest z mojej wioski i mam zagwozdkę, bo choć młodzi są ze sobą już dwa lata, a znają się chyba z dziesięć, z jej rodziną nie miałam nigdy nawet kontaktu przelotnego. Osobiście zawsze mówiłam Inżynierowi: pozdrów rodziców Dziewczyny, jak szedł, ale w drugą stronę to nigdy nie działało.
Taka trochę inna rodzina.
O mam zagwozdkę, bo przyzwoitość nakazuje mi iść na pogrzeb, a rzeczywistość?? Jeśli będzie to w pierwsze trzy dni przyszłego tygodnia, to moment, kiedy nie da się mnie zastąpić i nie da się urwać. Nie wiem. Poczekam, co powie Inżynier. Niefajnie.
Mama Dziewczyny była w moim wieku, fakt, że schorowana, ale...
Cicha kostucha, ta Miss Wykidajło wyłączy nam prąd w środku dnia...
***
I wracając do mojego życia (choć i tamto moim życiem jest, choć wydaje się, że nie, ale przecież drogi Inżyniera i Sikory się rozeszły, w sensie, że mają swoje losy, a Sikora jak się u mnie zagnieździła, tak nie wylatuje - i dobrze - bo skąd ja bym teraz taką supercórkę wytrzasnęła z taką Sówką na dociepkę??), jutro idę na te badania. Sekretarka załatwiła mi, że tylko badanie bez laboratorium i okulista. Jak się uda od okulisty się też wykręcę, bo zwyczajnie szkoda mi czasu, wzrok zbadam jak wygram w totka i kupię sobie nowe okulary. Na razie stare wystarczają, bo muszą, więcej zdejmowania, zakładania, kombinowania jak ustawa przewiduje, ale jest OK, bo mogę pracować.
Dostałam dziś nowe krzesło, z wielkim halo, że po znajomości mi załatwiła, bo fundusze i inne sranie w banie. W dupie to mam. Krzesło najtańszy badziew z Tesco i o kant dupy potłuc. Nie ogarniam, nie pojmuję, nie rozumiem. To nie są czasy dla mnie...
***
Do wspominek szyciowo-życiowych, Kochany Pamiętniczku, tytułem podsumowania dorzuciłabym parę słów o modzie.
Uczono mnie mody na starych wzrocach. Że nie łączy się kropek z kratkami, że nie łączy się niektórych kolorów, np. do granatowego czy czarnego garnituru nie zakłada się brązowych butów. Że nie hańbi cera, ale hańbi dziura czy plama. Że wszystko musi być równe, obszyte i takie tam.
Z niektórych rzeczy wyrosłam, z niektórych nie. Podobają mi się bardzo i kręcą mnie dżinsy z dziurami, nierówne brzegi, szwy na prawej stronie, obstrzępione końcówki. Uwielbiam fakt, że do pracy szoruję w dżinsach, bo lubię, w t-shircie, bo to moje klimaty. Jestem kobietą nieelegancką, niekobiecą, choć nie nazwałabym siebie babochłopem. Jak idę z Inżynierem na zakupy i oglądam coś bardzo kobiecego, dziecię protestuje: to do mamy zupełnie nie pasuje. Ano, coś w tym jest...
Ale jednocześnie nie trawię zestawienia niebieskiego, takiego chabrowego, z fioletem (takim bardziej pinkowym) i żółcią, zęby bolą. A taki jest "trynd" w grafice... Blehhh...
I nie podoba mi się to wszystko świecące jak dyskoteka, pinkowe.
Oczywiście, nie zabraniam nikomu, ale... nie lubię.
I nie podobają mi się tipsy. Są po prostu nieeleganckie moim zdaniem i już. Pomalowane, wypielęgnowane paznokcie - OK, ale tipsy?? Skoro ktoś musi, niech nosi, ale budzą we mnie obrzydzenie :) Oczami wyobraźni widzę tonę brudu pod nimi... Wyskrobywaną czymkolwiek :D I wycieranie dupy, oj, boli :) To już wolę pazurki utytłane w ziemi, bo to... zdrowsze :D
I jeszcze jedno co za mną ostatnio chodzi. Pończochy.
Ojapierdolę.
Były zmorą mojego dzieciństwa i moich młodych lat... Zwłaszcza jak mini było modne, a jeszcze nie dotarły do nas rajstopy, ileż się trzeba było nagimnastykować, żeby nie wyłaziły spod kiecek!!! A i pasy nie były takie odleciane jak teraz... To trauma, dlatego wciąż toczylam wojny z moim Eks, bo ten uwielbiał pończochy. I nie, że do seksu, ale miałam je nosić na co dzień!!!
Jako jedna z pierwszych dostałam rajstopy. Takie hmmm... we wzorki, pamiętam wzorek do dziś. I nie, nie cieszyłam się. Rajstopy przysłali mi w paczce z Francji i były popielato-czarne, taka kratka. Kratka kończyła się jakieś 10 cm za kolanem, potem już były gładkie popielate i jak zakładałam mini wyglądało to tak, jakby... No właśnie, dziś dziewczyny noszą takie rajtki, albo takie kolanówki za kolana na rajtki, i git majonez. A dla mnie to była wtedy trauma i koniec!!!!
Patrzyłam dziś na dziewczynę w seksirajtkach, imitujących pończochy i podwiązki i...
Przez moment żałowałam, że urodziłam się tak wcześnie.
Ale tylko przez moment, bo...
Manna, hosanna, różaniec i szaniec...
Konkurs na zgadnięcie, komu kroi się macierzyństwo trwa dalej :)
środa, 11 lutego 2015
O czasie, który był...
Tak mnie pokręciło, Kochany Pamiętniczku, że zamieniłam się w erotomankę gawędziarkę, ale co tam, wolno mi. Mój pamiętnik, moje zasady.
Kilka kiecek w życiu miałam, ale dwie z nich dobrze pamiętam, nigdy nie zapomnę i może kiedyś, jak znajdę zdjęcie jednej, bo gdzieś mam, zeskanuję jak się uda.
W zamierzchłych czasach, jeszcze przed dinozaurami, nie kupowało się ubrań w sklepie gotowych, tylko się je szyło albo dziergało, albo "sztrykowało" (robiło na drutach). Moja Mama miała przezłote ręce i szydełkiem, drutami, a nawet igłą malowała świat... Na drutach miałam nawet zrobioną halkę (strasznym zmarzlakiem byłam, a i zimno było za moich młodych lat jak cholera). I cała zabawa polegała na tym, że Mama pilnowała, żebym rzeczoną halkę zakładała, a ja czekałam na moment, kiedy uda mi się ją ściągnąć i wrzucić na dno szafy, bo mnie pogrubiała... A chuda byłam jak szkielet i pan felczer (doktora wieś nie posiadała na składzie) badając mnie, zawsze mnie straszył, że jak nie będę jadła, to mnie w kącie gabinetu postawi jako szkieletorek. Sęk w tym, że jadłam i to dużo, no ale to były szczęśliwe dni. Dziś bym za dyżurną anorektyczkę we wsi robiła ;) Jednak jako że szycie ręczne jest męczące, co jakiś czas udawaliśmy się do madame Urbaniakowej, która nam szyła kiecki. Z madame byłam w stanie pernamentnej wojny, bo miałam zawsze swój pomysł na sukienkę, a madame potakując szyła zawsze wg swojej wizji. Nie muszę mówić, że owa wizja nijak się miała do moich fantazji, albowiem byłam zwolenniczką minimalizmu i prostoty, taka wsiowa mini-Chanel, a madame U. fantazję miała iście ułańską, ładując tony falbanek, szczypanek i innych bufek.
Moja pierwsza (tzn. pierwsza, którą do dziś pamiętam) sukienka, pierwsza i jedyna, która mi się podobała uszyta była z prawdziwego milanowskiego jedwabiu. Sponsorem materiału była żona restauratora, która dała mi ten kupon na imieniny (urodzin nie obchodziliśmy). Bladoseledynowy, był piękny pięknem jedwabiu z Milanówka. Sukienka była prosta, tuba, do góry ozdobiona szeroką falbaną przy dekolcie, falbana była też na dole. Ale madame nie byłaby sobą, gdyby do sukienki nie doczepiła czegoś i tak na falbanie zwisnął klucz wiolinowy, misternie zrobiony z wąskiej, czarnej aksamitki... Madame modo :) A druga była z różowego szyfonu (tak, tak Stara Jędza dziecięciem niewinnym będąc nie protestowała na pinkowy, zresztą dzieci wtedy głosu nie miały) i madame skroiła z niego kiecuszkę, odcinaną w pasie, coś a la amerykańskie kiecki z lat 50., tyle że z kołnierzykiem i rękawkami, bo i cycków Stara Jędza naówczas nie posiadała w ogóle... :) Cała ta sukienka na dole miała z 10 zakładek, tak że służyła lata całe, bo co Jędza w góre hycnęła, to się zakladkę popuszczało i sukienka była jak nowa :)
Potem było jeszcze parę, ale to już nie ta historia. Do ślubu poszłam w niebieskiej kiecce odkupionej od koleżanki, która ją miała na absolutorium, bo mi się podobała i już :) Skromna, prosta, nie miałam parcia na suknię ślubną. Kościelny zaś, 6 lat po cywilnym (dziś myślę, po kiego grzyba w ogóle wychodziłam za mąż, dzieci można mieć bez męża) brałam w takiej kiecce, w której moja szwagierka w ciąży chodziła, bo... kiecka mi się podobała. Była granatowa, na to biały żakiet z wełenki, prześliczny, pamiętacie te ramiona z lat 80.?? Jakoś nie udało mi się zaliczyć galowego ślubu nigdy, więc jak się już rozwiodę, to może jeszcze wszystko przede mną?? ;)
A teraz cerowanie. Gawędząc z Kierownikiem Budowy napomknęłam, że mój nauczyciel mówił, że dożyjemy czasów, kiedy nie będziemy cerować skarpetek, tylko kupować nowe. Brzmiało to wtedy jak bajka o żelaznym wilku, ale okazało się faktem i dziś cerująca dziewczyna to dziwoląg do pokazywania za pieniądze. A KB na to: ja ceruję skarpetki. Oniemiałam. Wypytuję i okazało się, że... zaszywa je na okrętkę, uważając, że to cerowanie :)
Wyprowadziłam go z błędu, wyciągając triumfalnie stare skarpetki Pierworodnego, które lata temu zacerowałam, co z tego, że inną wełną?? Dziury nie było, a pani Mogiłkowa wbijała nam do głowy, że cera nie hańbi, dziura hańbi. Skarpetki trzymam, bo... wełniane i czasem w nich śpię :D A nie umiem robić skarpetek na drutach, więc po co dobrą rzecz wyrzucać i kupować nową?
I tak
Grzybek gdzieś wsiąkł. Jest, ale gdzie, nie wiem. Znajdzie się, jak będę czegoś innego szukała. W razie czego można cerować na szklance i na kieliszku, na czymkolwiek. Z grzybka ostała mi się nóżka ino.
I tamborek mam. W tamborku nóżka od grzybka, radełko i obsadka, bo te skarby były w pudle do szycia (no co, perfekcyjna jestem). Wie ktoś z czytaczy do czego służy radełko?? :)
Wyszywałam, młodą dziewoją będąc. I to pięknie, umiem wyszywać wszystko. Wyszyłam na prośbę szwagierki z Reichu obrus na 24 osoby plus 24 serwetki. Haftem richelieu. Nie powiem, ile mi to czasu zabrało, bo sporo, szyłam po nocach, bo dzieci małe były, a i chałupniczo pracowałam, no i koejkowałam namiętnie, bo jeść trzeba było, prać, srajtaśmę zdobyć na 4 osoby. Prosiła, mówiąc, że mi zapłaci. Zapłaciła, a jakże. Z łaski wielkiej dała mi 100 marek, a taki ręcznie wyszywany obrus w Reichu kosztował wówczas w sklepie ponad 1000 marek. Wyszła z założenia, że skoro za 100 marek można w PL miesiąc przeżyć, to i tak nadto dostałam. Odtąd porzuciłam szycie, bo został mi niesmak i... wkurw. Teraz już nie będę szyła, bo oczy nie te, zresztą po co? Skoro zostaje po mnie szafa szmat, a i to się nikomu nie przyda, bo przecież teraz wszystko co nowe modne. Synowe mam nietenteges, więc i tak na stos wszystko pójdzie i naftą poleją... :)
I wracamy do czasów współczesnych, Kochany Pamiętniczku, zanim mnie znów najdzie dołek. Wkurw mnie w pracy ogarnął nieziemski, bo... znów mam iść do lekarza pracy!!!! Nienawidzę. Dotąd przez 4 lata udawało mi się psim swędem dostać zaliczenie, ale teraz nie i już, bo kontrola była z PIP :) Wynaleźli jakąś przychodnię, niby niedaleko, ale ojapierdolę... Wzięłam się w garść i poszłam nieznanymi opłotkami miasta (moja orientacja w terenie jest hahahahahahaha), przychodnię znalazłam, znalazłam też skrótową drogę do łażenia do pracy, ale tylko w biały dzień, bo i w biały dzień tam ciarki przechodzą, a przechadzka jest survivalowa. A com się w błocie wytaplała, to moje. No nic. Dodzwonić się tam nie można, a że jestem luksusowa, dzwoni sekretarka Bossa. Jak się dodzwoni, to mnie umówi, a jak mi znów zaserwują "nie podpiszę pani zdolności do pracy ze względu na słuch", bo i to przerabiałam, to zabiję i każdy sąd mnie uniewinni. W orzeczeniu inwalidztwa mam: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi i czasem trafia się skurwysyn (określenie jednego z lekarzy: skurwysyn musiał to pani wpisać, niezły), tłumaczący mi, że to dla mojego dobra niekontaktowanie się z ludźmi... Taaa... bananów na bezludnej wyspie bym nie mogła hodować, bo żeby z tego żyć, musiałabym je sprzedać, a sprzedaż wymaga kontaktu z ludźmi. Zawsze w takiej sytuacji cedzę przez perłowe ząbki, że: nie gryzę, nie pluję, nie rzucam sie na ludzi, nie drapię, że jakbym miała AIDS, musieliby mi podpisać, bo tajemnica lekarska. A jak egzemplarz nieprzemakalny czerwienię się, nadymam, i wrzeszczę, że proszę kierownika i że idę do prasy, bo to naruszenie mojej konstytucyjnej wolności, że wrócę tu z policją i adwokatem :) Jak na razie skutkuje. Zobaczymy, czy i tym razem zadziała...
A niby mamy tolerancję i wszyscy ludzie równi są i braćmi.
No, oprócz mnie, bo komisja orzecznicza lata temu wiedziała, że zagrażam społeczeństwu i zaleciła pracę niewymagającą kontaktu z ludźmi...
To może mnie od razu do klatki w ZOO i za pieniądze pokazywać??
Bo z czegoś żyć muszę...
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku... Jakiś Ty cierpliwy i wyrozumiały i nie boisz się kontaktu ze mną ;)
UPDATE
Dzieje się. Potwierdzono kolejną ciążę w gronie, ale cichosza, nie ma zgody jeszcze na odkrywanie kart. Można obstawiać, kto :)
Kilka kiecek w życiu miałam, ale dwie z nich dobrze pamiętam, nigdy nie zapomnę i może kiedyś, jak znajdę zdjęcie jednej, bo gdzieś mam, zeskanuję jak się uda.
W zamierzchłych czasach, jeszcze przed dinozaurami, nie kupowało się ubrań w sklepie gotowych, tylko się je szyło albo dziergało, albo "sztrykowało" (robiło na drutach). Moja Mama miała przezłote ręce i szydełkiem, drutami, a nawet igłą malowała świat... Na drutach miałam nawet zrobioną halkę (strasznym zmarzlakiem byłam, a i zimno było za moich młodych lat jak cholera). I cała zabawa polegała na tym, że Mama pilnowała, żebym rzeczoną halkę zakładała, a ja czekałam na moment, kiedy uda mi się ją ściągnąć i wrzucić na dno szafy, bo mnie pogrubiała... A chuda byłam jak szkielet i pan felczer (doktora wieś nie posiadała na składzie) badając mnie, zawsze mnie straszył, że jak nie będę jadła, to mnie w kącie gabinetu postawi jako szkieletorek. Sęk w tym, że jadłam i to dużo, no ale to były szczęśliwe dni. Dziś bym za dyżurną anorektyczkę we wsi robiła ;) Jednak jako że szycie ręczne jest męczące, co jakiś czas udawaliśmy się do madame Urbaniakowej, która nam szyła kiecki. Z madame byłam w stanie pernamentnej wojny, bo miałam zawsze swój pomysł na sukienkę, a madame potakując szyła zawsze wg swojej wizji. Nie muszę mówić, że owa wizja nijak się miała do moich fantazji, albowiem byłam zwolenniczką minimalizmu i prostoty, taka wsiowa mini-Chanel, a madame U. fantazję miała iście ułańską, ładując tony falbanek, szczypanek i innych bufek.
Moja pierwsza (tzn. pierwsza, którą do dziś pamiętam) sukienka, pierwsza i jedyna, która mi się podobała uszyta była z prawdziwego milanowskiego jedwabiu. Sponsorem materiału była żona restauratora, która dała mi ten kupon na imieniny (urodzin nie obchodziliśmy). Bladoseledynowy, był piękny pięknem jedwabiu z Milanówka. Sukienka była prosta, tuba, do góry ozdobiona szeroką falbaną przy dekolcie, falbana była też na dole. Ale madame nie byłaby sobą, gdyby do sukienki nie doczepiła czegoś i tak na falbanie zwisnął klucz wiolinowy, misternie zrobiony z wąskiej, czarnej aksamitki... Madame modo :) A druga była z różowego szyfonu (tak, tak Stara Jędza dziecięciem niewinnym będąc nie protestowała na pinkowy, zresztą dzieci wtedy głosu nie miały) i madame skroiła z niego kiecuszkę, odcinaną w pasie, coś a la amerykańskie kiecki z lat 50., tyle że z kołnierzykiem i rękawkami, bo i cycków Stara Jędza naówczas nie posiadała w ogóle... :) Cała ta sukienka na dole miała z 10 zakładek, tak że służyła lata całe, bo co Jędza w góre hycnęła, to się zakladkę popuszczało i sukienka była jak nowa :)
Potem było jeszcze parę, ale to już nie ta historia. Do ślubu poszłam w niebieskiej kiecce odkupionej od koleżanki, która ją miała na absolutorium, bo mi się podobała i już :) Skromna, prosta, nie miałam parcia na suknię ślubną. Kościelny zaś, 6 lat po cywilnym (dziś myślę, po kiego grzyba w ogóle wychodziłam za mąż, dzieci można mieć bez męża) brałam w takiej kiecce, w której moja szwagierka w ciąży chodziła, bo... kiecka mi się podobała. Była granatowa, na to biały żakiet z wełenki, prześliczny, pamiętacie te ramiona z lat 80.?? Jakoś nie udało mi się zaliczyć galowego ślubu nigdy, więc jak się już rozwiodę, to może jeszcze wszystko przede mną?? ;)
A teraz cerowanie. Gawędząc z Kierownikiem Budowy napomknęłam, że mój nauczyciel mówił, że dożyjemy czasów, kiedy nie będziemy cerować skarpetek, tylko kupować nowe. Brzmiało to wtedy jak bajka o żelaznym wilku, ale okazało się faktem i dziś cerująca dziewczyna to dziwoląg do pokazywania za pieniądze. A KB na to: ja ceruję skarpetki. Oniemiałam. Wypytuję i okazało się, że... zaszywa je na okrętkę, uważając, że to cerowanie :)
Wyprowadziłam go z błędu, wyciągając triumfalnie stare skarpetki Pierworodnego, które lata temu zacerowałam, co z tego, że inną wełną?? Dziury nie było, a pani Mogiłkowa wbijała nam do głowy, że cera nie hańbi, dziura hańbi. Skarpetki trzymam, bo... wełniane i czasem w nich śpię :D A nie umiem robić skarpetek na drutach, więc po co dobrą rzecz wyrzucać i kupować nową?
I tak
Grzybek gdzieś wsiąkł. Jest, ale gdzie, nie wiem. Znajdzie się, jak będę czegoś innego szukała. W razie czego można cerować na szklance i na kieliszku, na czymkolwiek. Z grzybka ostała mi się nóżka ino.
I tamborek mam. W tamborku nóżka od grzybka, radełko i obsadka, bo te skarby były w pudle do szycia (no co, perfekcyjna jestem). Wie ktoś z czytaczy do czego służy radełko?? :)
Wyszywałam, młodą dziewoją będąc. I to pięknie, umiem wyszywać wszystko. Wyszyłam na prośbę szwagierki z Reichu obrus na 24 osoby plus 24 serwetki. Haftem richelieu. Nie powiem, ile mi to czasu zabrało, bo sporo, szyłam po nocach, bo dzieci małe były, a i chałupniczo pracowałam, no i koejkowałam namiętnie, bo jeść trzeba było, prać, srajtaśmę zdobyć na 4 osoby. Prosiła, mówiąc, że mi zapłaci. Zapłaciła, a jakże. Z łaski wielkiej dała mi 100 marek, a taki ręcznie wyszywany obrus w Reichu kosztował wówczas w sklepie ponad 1000 marek. Wyszła z założenia, że skoro za 100 marek można w PL miesiąc przeżyć, to i tak nadto dostałam. Odtąd porzuciłam szycie, bo został mi niesmak i... wkurw. Teraz już nie będę szyła, bo oczy nie te, zresztą po co? Skoro zostaje po mnie szafa szmat, a i to się nikomu nie przyda, bo przecież teraz wszystko co nowe modne. Synowe mam nietenteges, więc i tak na stos wszystko pójdzie i naftą poleją... :)
I wracamy do czasów współczesnych, Kochany Pamiętniczku, zanim mnie znów najdzie dołek. Wkurw mnie w pracy ogarnął nieziemski, bo... znów mam iść do lekarza pracy!!!! Nienawidzę. Dotąd przez 4 lata udawało mi się psim swędem dostać zaliczenie, ale teraz nie i już, bo kontrola była z PIP :) Wynaleźli jakąś przychodnię, niby niedaleko, ale ojapierdolę... Wzięłam się w garść i poszłam nieznanymi opłotkami miasta (moja orientacja w terenie jest hahahahahahaha), przychodnię znalazłam, znalazłam też skrótową drogę do łażenia do pracy, ale tylko w biały dzień, bo i w biały dzień tam ciarki przechodzą, a przechadzka jest survivalowa. A com się w błocie wytaplała, to moje. No nic. Dodzwonić się tam nie można, a że jestem luksusowa, dzwoni sekretarka Bossa. Jak się dodzwoni, to mnie umówi, a jak mi znów zaserwują "nie podpiszę pani zdolności do pracy ze względu na słuch", bo i to przerabiałam, to zabiję i każdy sąd mnie uniewinni. W orzeczeniu inwalidztwa mam: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi i czasem trafia się skurwysyn (określenie jednego z lekarzy: skurwysyn musiał to pani wpisać, niezły), tłumaczący mi, że to dla mojego dobra niekontaktowanie się z ludźmi... Taaa... bananów na bezludnej wyspie bym nie mogła hodować, bo żeby z tego żyć, musiałabym je sprzedać, a sprzedaż wymaga kontaktu z ludźmi. Zawsze w takiej sytuacji cedzę przez perłowe ząbki, że: nie gryzę, nie pluję, nie rzucam sie na ludzi, nie drapię, że jakbym miała AIDS, musieliby mi podpisać, bo tajemnica lekarska. A jak egzemplarz nieprzemakalny czerwienię się, nadymam, i wrzeszczę, że proszę kierownika i że idę do prasy, bo to naruszenie mojej konstytucyjnej wolności, że wrócę tu z policją i adwokatem :) Jak na razie skutkuje. Zobaczymy, czy i tym razem zadziała...
A niby mamy tolerancję i wszyscy ludzie równi są i braćmi.
No, oprócz mnie, bo komisja orzecznicza lata temu wiedziała, że zagrażam społeczeństwu i zaleciła pracę niewymagającą kontaktu z ludźmi...
To może mnie od razu do klatki w ZOO i za pieniądze pokazywać??
Bo z czegoś żyć muszę...
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku... Jakiś Ty cierpliwy i wyrozumiały i nie boisz się kontaktu ze mną ;)
UPDATE
Dzieje się. Potwierdzono kolejną ciążę w gronie, ale cichosza, nie ma zgody jeszcze na odkrywanie kart. Można obstawiać, kto :)
wtorek, 10 lutego 2015
Rzeczy
Cały dzień rozmyślam o rzeczach, jak trwałe są, a jak nietrwałe jest życie...
Mam obrusy starsze jak ja, inne takie badziewia...
Ileż by one mogły opowiedzieć.
Mój Ojciec do ślubu szedł w 1953 roku w czarnym garniturze. Pamiętam, jak Mama pracowicie czyściła ten garnitur czarną kawą zbożową, do dziś mam w rupieciach szczotkę, którą go czyściła. A potem Ojciec prasował spodnie przez szmatkę, przez stare prześcieradło, a kanty były jak brzytwy. I mnie naumiał tak prasować więc w latach 70. moje szwedki też miały kanty jak brzytwy... Garnitur wisiał w szafie, zakładany od wielkiego dzwonu i gdy Ojciec poszedł do Krainy Wiecznych Łowów ubraliśmy Go w ten garnitur, bo wyglądał jak nówka nieśmigana i nie było najmniejszego sensu kupować nowego, tylko dlatego, że do trumny... Ojciec brał ślub mając 23 lata, umierał mając 56. Tył, chudnął, ale garnitur wciąż był OK... Z dobrej, bielskiej wełny, co ja mówię, ze znakomitej bielskiej wełny. Nie do zdarcia... W przeciwieństwie do człowieka. Za 3 dni skończyłby 85 lat. Nie taki stary by był, co nie??
Kolejny garnitur, który pamiętam był granatowy w popielate albo białe prążki - koloru prążków nie jestem już pewna.
Z dobrej, bielskiej popeliny...
Taki model z lat 60.
Wciąż widzę te prążki, jak - smarkula - wtulona w Jego ramiona - walcuję z nim na zabawie ludowej. To On nauczył mnie tańczyć, nie przyjmując do wiadomości, że mam niedosłuch... Poczucie rytmu mam, nie chwaląc się, więc wtulona w Jego ramiona czułam się najwspanialszą kobietą na świecie. Do godziny 20, bo potem zmiłuj nie było i dzieci karnie maszerowały do domu spać pod kordełką z rączkami na.
Garnitur wyszedł z mody, nie miał ponadczasowego kroju i wylądował u madame Urbaniakowej, która pracowicie wypruła z niego prążki i przerobiła go na garsonkę dla mojej Mamy. Broń blog na garnitur, porządne kobiety nie chodziły wtedy w spodniach, to był skandal i obraza majestatu, a jak wiadomo, Mama moja była urzędnikiem państwowym, alfą i omegą na wsi, nauczycielką.
Mama zmarła, a w garnitur wskoczyłam ja. W spódnicę nie, bo spódnica długa była, a jak Mama zmarła, modne było mini... Takie no... A nogi miałam niezłe... Więc marynarka, nosiła się i nosiła, aż gdzieś mi po drodze zniknęła, choć wciąż byla nówka nieśmigana, wiadomo, z bielskiego materiału.
Mamę pamiętam od dzieciństwa w futrze ze źrebaków. Tak, wiem, nieekologiczne, nieludzkie i takie tam. Wtedy było wyznacznikiem prestiżu. Podobało mi się szalenie, dziwiłam się, że Mama go nie lubi. Zimne jest - mówiła zawsze. I zakładała je tylko do kościoła. Faktycznie, zimne było, wiem, bo odziedziczyłam je po Niej. Ciężkie i zimne, ale jakże seksowne, więc latałam w nim... W mini, a ono ledwo tyłek zakrywało, zimy wtedy były, że ojapierdolę, a ja zmarzluch po Mamie... Pamiętam, jak Ojciec pożyczkę brał, żeby Mamie kupić jedne z pierwszych wysokich kozaków, zapinanych na zamek, żeby nie marzła... Kozaki-marzenie.
Nie nacieszyła się nimi długo, nie wiem, co się z nimi stało, bo nogę miałam inną (lata całe trzymałam Jej zamszowe czółenka w szafie, nim w ubiegłym roku dojrzałam do wyrzucenia ich na śmietnik).
Płaszcz miała za mojej pamięci jeden. Taki z szalowym kołnierzem na guzik, pomarańczowy jakiś. Po kilku latach płaszcz wylądował u madame Urbaniakowej, która przenicowała go (konia z rzędem temu, kto zna słowo przenicować bez wujka Googla) i miał jakiś taki niezdecydowany niebieski kolor po przenicowaniu. I tu dziura w pamięci. Fasonu nie pamiętam...
Za to pamiętam sukienkę, którą Mama zakładała zawsze na imprezy. Prosta, chanelowska. Nie, nie czarna, popielata. Też z jakiegoś nicowania. Uniwersalna. Ponadczasowa. Do tego bolerko, korale, naszyjnik, kołnierzyk, szal. Moja Mama była mistrzynią elegancji, zawsze tip top, zawsze pod bronią. Dama. Nie takie byle co, ganiające w dżinsach i t-shirtach, niemające porządnej kiecki, nie mówiąc o garniturze, garsonce czy czymś takim...
Jak uszyłam Pierworodnemu pierwsze spodnie (ogrodniczki) ze sztruksu (manchesteru), zdobytego w pocie czoła psim swędem, Ojciec mój załamał dłonie, gdy wbiliśmy dziecko w te portki, z nogawkami na gumki (bo nierówne wyszły, do talentu madame Urbaniakowej nie zbliżyłam się nawet o milimetr) i powlekliśmy do kościoła. Jak to?? W spodniach z manchesteru, w jakich bamber do gnoju szedł dziecko do kościoła zabrać??
Tak mi się wspomnienia plączą po głowie, myśli kocą się namiętnie, tyle bym chciała przelać, ale nie da się, no bo...
Życia za mało na wszystko.
I trochę żał, że tyle odchodzi.
Mam marzenie, choć ponoć nie warto.
Żeby któreś z wnuków, nieważne, własnych, przyszywanych poczytało kiedyś te pierdoły i...
Ocaliło od zapomnienia.
Bo żyje się tak długo, póki pamięć trwa...
Więc i moje Umarlaki wciąż żyją, a to chyba znak, że wiosna blisko i już myślę, czy zdołam im posprzatać przed świętami.
Posrane to, co nie?? Tak jak mycie okien.
Bo i po co to komu, skoro to nic nie zmienia w losach świata?
Oglądam Scandal i choć nie wierzę w spiskową teorię dziejów, to jednak coś w tym jest. Że trzepot skrzydeł motyla...
Bratki mi się znów śnią w kultowej skrzyneczce.
Dojrzewam do jej malowania, ale znając życie, o ile przetrzyma następny sezon, to pewnie kultowo niepomalowana...
Update
To nie jest ten garnitur - ani ślubny, ani w prążki.
Ale... Tak niewiele mam zdjęć, a już zdigitalizowanych starych prawie wcale...
Ta ekstralaska to ja, chyba nikt nie wątpi?? :)
Mam obrusy starsze jak ja, inne takie badziewia...
Ileż by one mogły opowiedzieć.
Mój Ojciec do ślubu szedł w 1953 roku w czarnym garniturze. Pamiętam, jak Mama pracowicie czyściła ten garnitur czarną kawą zbożową, do dziś mam w rupieciach szczotkę, którą go czyściła. A potem Ojciec prasował spodnie przez szmatkę, przez stare prześcieradło, a kanty były jak brzytwy. I mnie naumiał tak prasować więc w latach 70. moje szwedki też miały kanty jak brzytwy... Garnitur wisiał w szafie, zakładany od wielkiego dzwonu i gdy Ojciec poszedł do Krainy Wiecznych Łowów ubraliśmy Go w ten garnitur, bo wyglądał jak nówka nieśmigana i nie było najmniejszego sensu kupować nowego, tylko dlatego, że do trumny... Ojciec brał ślub mając 23 lata, umierał mając 56. Tył, chudnął, ale garnitur wciąż był OK... Z dobrej, bielskiej wełny, co ja mówię, ze znakomitej bielskiej wełny. Nie do zdarcia... W przeciwieństwie do człowieka. Za 3 dni skończyłby 85 lat. Nie taki stary by był, co nie??
Kolejny garnitur, który pamiętam był granatowy w popielate albo białe prążki - koloru prążków nie jestem już pewna.
Z dobrej, bielskiej popeliny...
Taki model z lat 60.
Wciąż widzę te prążki, jak - smarkula - wtulona w Jego ramiona - walcuję z nim na zabawie ludowej. To On nauczył mnie tańczyć, nie przyjmując do wiadomości, że mam niedosłuch... Poczucie rytmu mam, nie chwaląc się, więc wtulona w Jego ramiona czułam się najwspanialszą kobietą na świecie. Do godziny 20, bo potem zmiłuj nie było i dzieci karnie maszerowały do domu spać pod kordełką z rączkami na.
Garnitur wyszedł z mody, nie miał ponadczasowego kroju i wylądował u madame Urbaniakowej, która pracowicie wypruła z niego prążki i przerobiła go na garsonkę dla mojej Mamy. Broń blog na garnitur, porządne kobiety nie chodziły wtedy w spodniach, to był skandal i obraza majestatu, a jak wiadomo, Mama moja była urzędnikiem państwowym, alfą i omegą na wsi, nauczycielką.
Mama zmarła, a w garnitur wskoczyłam ja. W spódnicę nie, bo spódnica długa była, a jak Mama zmarła, modne było mini... Takie no... A nogi miałam niezłe... Więc marynarka, nosiła się i nosiła, aż gdzieś mi po drodze zniknęła, choć wciąż byla nówka nieśmigana, wiadomo, z bielskiego materiału.
Mamę pamiętam od dzieciństwa w futrze ze źrebaków. Tak, wiem, nieekologiczne, nieludzkie i takie tam. Wtedy było wyznacznikiem prestiżu. Podobało mi się szalenie, dziwiłam się, że Mama go nie lubi. Zimne jest - mówiła zawsze. I zakładała je tylko do kościoła. Faktycznie, zimne było, wiem, bo odziedziczyłam je po Niej. Ciężkie i zimne, ale jakże seksowne, więc latałam w nim... W mini, a ono ledwo tyłek zakrywało, zimy wtedy były, że ojapierdolę, a ja zmarzluch po Mamie... Pamiętam, jak Ojciec pożyczkę brał, żeby Mamie kupić jedne z pierwszych wysokich kozaków, zapinanych na zamek, żeby nie marzła... Kozaki-marzenie.
Nie nacieszyła się nimi długo, nie wiem, co się z nimi stało, bo nogę miałam inną (lata całe trzymałam Jej zamszowe czółenka w szafie, nim w ubiegłym roku dojrzałam do wyrzucenia ich na śmietnik).
Płaszcz miała za mojej pamięci jeden. Taki z szalowym kołnierzem na guzik, pomarańczowy jakiś. Po kilku latach płaszcz wylądował u madame Urbaniakowej, która przenicowała go (konia z rzędem temu, kto zna słowo przenicować bez wujka Googla) i miał jakiś taki niezdecydowany niebieski kolor po przenicowaniu. I tu dziura w pamięci. Fasonu nie pamiętam...
Za to pamiętam sukienkę, którą Mama zakładała zawsze na imprezy. Prosta, chanelowska. Nie, nie czarna, popielata. Też z jakiegoś nicowania. Uniwersalna. Ponadczasowa. Do tego bolerko, korale, naszyjnik, kołnierzyk, szal. Moja Mama była mistrzynią elegancji, zawsze tip top, zawsze pod bronią. Dama. Nie takie byle co, ganiające w dżinsach i t-shirtach, niemające porządnej kiecki, nie mówiąc o garniturze, garsonce czy czymś takim...
Jak uszyłam Pierworodnemu pierwsze spodnie (ogrodniczki) ze sztruksu (manchesteru), zdobytego w pocie czoła psim swędem, Ojciec mój załamał dłonie, gdy wbiliśmy dziecko w te portki, z nogawkami na gumki (bo nierówne wyszły, do talentu madame Urbaniakowej nie zbliżyłam się nawet o milimetr) i powlekliśmy do kościoła. Jak to?? W spodniach z manchesteru, w jakich bamber do gnoju szedł dziecko do kościoła zabrać??
Tak mi się wspomnienia plączą po głowie, myśli kocą się namiętnie, tyle bym chciała przelać, ale nie da się, no bo...
Życia za mało na wszystko.
I trochę żał, że tyle odchodzi.
Mam marzenie, choć ponoć nie warto.
Żeby któreś z wnuków, nieważne, własnych, przyszywanych poczytało kiedyś te pierdoły i...
Ocaliło od zapomnienia.
Bo żyje się tak długo, póki pamięć trwa...
Więc i moje Umarlaki wciąż żyją, a to chyba znak, że wiosna blisko i już myślę, czy zdołam im posprzatać przed świętami.
Posrane to, co nie?? Tak jak mycie okien.
Bo i po co to komu, skoro to nic nie zmienia w losach świata?
Oglądam Scandal i choć nie wierzę w spiskową teorię dziejów, to jednak coś w tym jest. Że trzepot skrzydeł motyla...
Bratki mi się znów śnią w kultowej skrzyneczce.
Dojrzewam do jej malowania, ale znając życie, o ile przetrzyma następny sezon, to pewnie kultowo niepomalowana...
Update
To nie jest ten garnitur - ani ślubny, ani w prążki.
Ale... Tak niewiele mam zdjęć, a już zdigitalizowanych starych prawie wcale...
Ta ekstralaska to ja, chyba nikt nie wątpi?? :)
czwartek, 5 lutego 2015
Samochwała
w kącie stała, ale co tam.
Nie mogę cały czas bić w żałobny dzwon, bo i tak wiadomo, że on stale bije.
Więc - na pohybel mu...
Wczoraj wkurwiłam się maksymalnie. Wkurw przeszedł mi na dziś, bo... Gdy się zrywałam dwóch takich zaklinało się, że nie mogę, bo za pół godziny już robota będzie. Po 1,5 godziny poszłam w siną dal, żegnana groźbami, że przed 17 będę miała roboty po kokardkę i po kucyki. O 18.30 dostaję sesemeska, że sorry Winnetou, nie wyszło, ale jutro do 10 będę miała roboty po pachy. Czekałam do 11, nic, więc stwierdziłam, że jak coś na piśmie mam i zajęłam się czynnością bardziej twórczą, znaczy się pieczeniem chleba na zakwasie. Bo dostałam od koleżanki z pracy zakwas. Jak już 6. dyszkę po tym świecie ganiam, w życiu nie piekłam chleba na zakwasie, zabrałam się więc do pracy z należytą czcią wobec chleba naszego powszechniego i z szacunkiem...
Wciąż pamiętam smak wiejskiego chleba, i tego z miejscowej piekarni, i tego, który rozwoził piekarz z Dąbrowy, takim wozem, zaprzężonym w siwego konika. Moja Mama - nie wiem dlaczego - nie chciała nigdy tego chleba kupować, choć nie powiem, z miejscowej piekarni też się w ustach rozpływał. Piekarz z Dąbrowy lubił wypić i zazwyczaj w połowie trasy spał już na koźle. Mądry konik na pamięć znał drogę i gospodarstwa, w których zamawiano chleb, jechał więc ze śpiącym na koźle piekarzem, stając, gdzie trzeba, ludzie kładli odliczone pieniądze i zabierali chleb... A ja zawsze leciałam do sąsiadki na pajdę chleba ze smaloszkiem... Ojojojoj... MLASK :D
Wspominając czule te chwile zabrałam się do pracy i...
Tu już wyrośnięty przed wpieprzeniem do piekarnika...
... tu upieczony...
... wyeksmitowany z foremki...
... i pokrojony, jeszcze dymił :)
MLASK :)
Następny zakwas już nastawiony, bo chlebek się długo nie ostanie, muszę do P&P po mąkę, bo tam mają najlepszą.
17.08 wlazłam po coś na pocztę i co ja paczę?? Oooo, robota leży i kwiczy. Od 17.05 :)
Ma się tego nosa.
I SMS był, ale kto by tam cały dzień pilnował komórki??
Na kolanach przepraszał, bał się, że go zabiję.
Czy ja głupia jestem? Zabiję świnię, a za człowieka pójdę siedzieć. Nie warto.
A jeszcze skunks jeden napisał, że może być na poniedziałek.
Z palcem w dupie zrobiłam to w pół godziny i niech mi ktoś wytłumaczy, po co te cyrki??? Skoro mogło poczekać do poniedziałku??
Ale wkurw mi opadł, bo i po co się nerwować, skoro jestem do przodu i alleluja :D
A teraz kolejne chwalipiętowanie...
Jak wiadomo, kotecek zeza ma na maksa.
U nas to rodzinne, bo i Papryczek zezowate szczęście me. Słodki ten zez, jak cholera, jak mjut :)
Papryczek 6 kilo żywej wagi już ma i zastanawiam się na serio, czy nie zacząć go na kilogramy opylać?? :) Niby handel żywym towarem karalny jest, ale oj tam, oj tam... :)
A z Małej Wiedźminki rośnie hmm...
Nie powiem.
Nie zapeszę.
Mam jedynie nadzieję, że rozumek będzie miała po Starej Jędzy, ewantualnie po wujku Mietku, babci Mieci czy też wujku Inżynierze. Bo to mądrzy ludzie są... No wiem, autoreklama, ale oj tam, oj tam...Inne geny skreślamy, a już na pewno nie po babci J., która maluje dziecku paznokcie!!!! Ojapierdolę. Uczyć dziewczynę, że liczy się tapeta a nie głowa?? A co, jak tapeta się podrze?? No nie... Zatem jest jedna opcja. Mała Wiedźma i Stara Jędza mają tę samą pulę rozumkową, ale mam nadzieję, że ona jeszcze w kolejkę po cycki zdążyła :D
A tu komplecik :)
I bonus :)
W pracy mam :) Trojanka (wirus jeden mały) i Little Owl, teraz już w wersji lutowej. Little Owl pokażę za niedługo, muszę ją przerobić na pokazywalną. Jest słodka i też rośnie jak na drożdżach.
Tak więc na stare lata nie kroi mi się święty spokój, ale jakaś banda... Z nadzieją na powiększenie, ale... Ciiii...
Na początku za niedługo Edek dojdzie.
Nożycoręki :D
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku.
A... I powietrze takie... smogowate. Ludzie palą byle czym, niby mróz nieduży, ale da się odczuć. Aby do wiosny...
Nie mogę cały czas bić w żałobny dzwon, bo i tak wiadomo, że on stale bije.
Więc - na pohybel mu...
Wczoraj wkurwiłam się maksymalnie. Wkurw przeszedł mi na dziś, bo... Gdy się zrywałam dwóch takich zaklinało się, że nie mogę, bo za pół godziny już robota będzie. Po 1,5 godziny poszłam w siną dal, żegnana groźbami, że przed 17 będę miała roboty po kokardkę i po kucyki. O 18.30 dostaję sesemeska, że sorry Winnetou, nie wyszło, ale jutro do 10 będę miała roboty po pachy. Czekałam do 11, nic, więc stwierdziłam, że jak coś na piśmie mam i zajęłam się czynnością bardziej twórczą, znaczy się pieczeniem chleba na zakwasie. Bo dostałam od koleżanki z pracy zakwas. Jak już 6. dyszkę po tym świecie ganiam, w życiu nie piekłam chleba na zakwasie, zabrałam się więc do pracy z należytą czcią wobec chleba naszego powszechniego i z szacunkiem...
Wciąż pamiętam smak wiejskiego chleba, i tego z miejscowej piekarni, i tego, który rozwoził piekarz z Dąbrowy, takim wozem, zaprzężonym w siwego konika. Moja Mama - nie wiem dlaczego - nie chciała nigdy tego chleba kupować, choć nie powiem, z miejscowej piekarni też się w ustach rozpływał. Piekarz z Dąbrowy lubił wypić i zazwyczaj w połowie trasy spał już na koźle. Mądry konik na pamięć znał drogę i gospodarstwa, w których zamawiano chleb, jechał więc ze śpiącym na koźle piekarzem, stając, gdzie trzeba, ludzie kładli odliczone pieniądze i zabierali chleb... A ja zawsze leciałam do sąsiadki na pajdę chleba ze smaloszkiem... Ojojojoj... MLASK :D
Wspominając czule te chwile zabrałam się do pracy i...
Tu już wyrośnięty przed wpieprzeniem do piekarnika...
... tu upieczony...
... wyeksmitowany z foremki...
... i pokrojony, jeszcze dymił :)
MLASK :)
Następny zakwas już nastawiony, bo chlebek się długo nie ostanie, muszę do P&P po mąkę, bo tam mają najlepszą.
17.08 wlazłam po coś na pocztę i co ja paczę?? Oooo, robota leży i kwiczy. Od 17.05 :)
Ma się tego nosa.
I SMS był, ale kto by tam cały dzień pilnował komórki??
Na kolanach przepraszał, bał się, że go zabiję.
Czy ja głupia jestem? Zabiję świnię, a za człowieka pójdę siedzieć. Nie warto.
A jeszcze skunks jeden napisał, że może być na poniedziałek.
Z palcem w dupie zrobiłam to w pół godziny i niech mi ktoś wytłumaczy, po co te cyrki??? Skoro mogło poczekać do poniedziałku??
Ale wkurw mi opadł, bo i po co się nerwować, skoro jestem do przodu i alleluja :D
A teraz kolejne chwalipiętowanie...
Jak wiadomo, kotecek zeza ma na maksa.
U nas to rodzinne, bo i Papryczek zezowate szczęście me. Słodki ten zez, jak cholera, jak mjut :)
Papryczek 6 kilo żywej wagi już ma i zastanawiam się na serio, czy nie zacząć go na kilogramy opylać?? :) Niby handel żywym towarem karalny jest, ale oj tam, oj tam... :)
A z Małej Wiedźminki rośnie hmm...
Nie powiem.
Nie zapeszę.
Mam jedynie nadzieję, że rozumek będzie miała po Starej Jędzy, ewantualnie po wujku Mietku, babci Mieci czy też wujku Inżynierze. Bo to mądrzy ludzie są... No wiem, autoreklama, ale oj tam, oj tam...Inne geny skreślamy, a już na pewno nie po babci J., która maluje dziecku paznokcie!!!! Ojapierdolę. Uczyć dziewczynę, że liczy się tapeta a nie głowa?? A co, jak tapeta się podrze?? No nie... Zatem jest jedna opcja. Mała Wiedźma i Stara Jędza mają tę samą pulę rozumkową, ale mam nadzieję, że ona jeszcze w kolejkę po cycki zdążyła :D
A tu komplecik :)
I bonus :)
W pracy mam :) Trojanka (wirus jeden mały) i Little Owl, teraz już w wersji lutowej. Little Owl pokażę za niedługo, muszę ją przerobić na pokazywalną. Jest słodka i też rośnie jak na drożdżach.
Tak więc na stare lata nie kroi mi się święty spokój, ale jakaś banda... Z nadzieją na powiększenie, ale... Ciiii...
Na początku za niedługo Edek dojdzie.
Nożycoręki :D
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku.
A... I powietrze takie... smogowate. Ludzie palą byle czym, niby mróz nieduży, ale da się odczuć. Aby do wiosny...
środa, 4 lutego 2015
Dupa
Próbowałam ogarnąć zdjęcia i nie da się.
Bo zaraz w dołek włażę, jak porównam te dni, a to co teraz jest, za oknem, w życiu, w pracy, wszędzie.
Zatkało na złe i nie chce odetkać.
W Rossmannie dziś zakupy robię i co ja paczę? Na półce stoją podpaski organiczne...
I przeleciał mi w oczach film, jakie to za moich młodych lat "luksusy" były... Mama uszyła mi taką specjalną uprząż, żeby mi to nie wylatywało, bo pończochy się wtedy nosiło, a nie rajstopy. Podpaski szyła sama, z waty obciągniętej gazą... I opowiadała, jak w czasie jej młodości nosiły po prostu kawałki płótna, które prały... A babcia mówiła, że one na wsi to nawet gatek nie nosiły. Kiecki były do ziemi, to po nogach po prostu się sączyło. Ojapierdolę...
Jeżu kolczasty, jaka byłam latami nieszczęśliwa.
A potem przyszły czasy, że nic z sanitariów nie było i wszystko się załatwiało.
Miałam wtedy, dzięki posiadaniu teściowej z receptami na stanie całą górę szafy zapchaną watą, a i gdy gdzieś się wata pojawiła, cała rodzina, łącznie z chłopakami stała karnie w kolejce, bo zużywałam tego tonami, taka uroda :D Wata była na receptę na rany, więc... miałam niegojące sie rany...
I ten poród, gdy nie wolno było nic wnosić, a wydzielali nam potem po kawalątku ligniny, nie waty, bo wata mogła się dostać do pochwy i zgnić, po którą trzeba też było w kolejce od rana stać, nic dziwnego, że wiałam ze szpitala po dwóch dniach po porodzie, na własne życzenie, bo... nie wolno było nawet majtek nosić. Sunęłyśmy zatem zaciskając uda, żeby tej nieszczęsnej ligniny nie zgubić, w koszulinach niezakrywających dupy, a obok nas przemykali rechocąc chłopcy odrabiający w szpitalu służbę wojskową, często nasi rówieśnicy. Teraz bym to w dupie miała, ale wtedy nie, to była trauma, choć akurat nie miałam się wtedy czego wstydzić, mimo że dupę zawsze miałam kubańską, ale następnego dnia po porodzie wyglądałam jak laska, waga: 45 kilo i zero brzucha :D No ale ta goła dupa i ten rumieniec dziewiczy... A w domu czekała na mnie paczka "z Reichu", a tam szwagierka dorzuciła dla mnie specjalne siatkowe, obciskające gatki na tę okoliczność, co by przewiew był jak należy... Dwa światy, nie ma co...
Przy Inżynierze ciut lepiej było, ale też dwa dni po porodzie wywiałam. Noszenie majtek to podstawa, trudno, tak mnie wychowano :D
A teraz mało że wszystko śpiewa, tańczy i gra to jeszcze organiczne. Z organicznej bawełny... Muszę tę moją dupę przepytać na okoliczność, jak ona tyle lat żyła bez organicznej bawełny, zadawalając się zwykłą i gatkami za 2,50 z Manhattanu (teraz już co najmniej 5 za sztukę, z polskiej bawełny [!!!! jest coś takiego???] dużo droższe). Ojapierdolę... Nie muszę mówić, że cena tych organicznych podpasek powala na kolana, bo przecież to organiczne i przyjazne dla mojej dupy... Hmmm.... Moja dupa potrzebuje przyjaźni?? WTF?? :)
Co za czasy... Nie, żebym narzekala, ale...
Jakiś lęk we mnie jest, że za dużo, za szybko, że robi się bylejako, a i sił mniej, i apetytu na życie też. Bo i po co??
Cielęta odchowałam, więc jako że wszystko idzie wolnym walcem mówię, że wrócę w poniedziałek, bo na 15 dni (powrót w ten dzień to i tak będzie z górką). Ale nie, mam iść znów tłumaczyć Bossowi, jak krowie na rowie, chłop dalej nie ogarnia, bo... osoba, która ma to załatwić boi się Bossa.
No to ja pierdolę.
Ponieważ wyjeżdżał właśnie w siną dal, powiedziałam osobie, że wrócę w poniedziałek i wtedy będę się tłumaczyć...
Już mam więcej godzin przez te cielęta, ludzie... Zwariować można, a na upór nie ma rady.
Zaproponowała mi wypisanie tegorocznego urlopu, a ja pytam, jakim prawem?? Skoro zeszłoroczny mi wypisali z sufitu??
Nie ustąpię. Wypisać może, jak musi, ja świstka nie podpiszę.
Czy to tak trudno zrozumieć, że przysługuje mi 26 dni urlopu po 4 godziny albo 13 po 8?? W zależności od tego, ile miałam w danym tygodniu pracować wypisywałam po 4 albo po 8 :| I wszystko jest w Excelu, dopasowane do rytmu pracy...
Ojapierdolę.
Jak żyć??
Nie zablokuję pół Polski, jak rolnicy, dochodząc swych racji.
A obracam się wśród rolników i wiem, jak "ciężko" mają.
Prawda jest jak dupa, każdy swoją ma...
Podpisałam za to petycję o niekaranie za przechodzenie na czerwonym. Sama zapłaciłam frycowe, a i czasu mnóstwo tracę, stojąc na wiecznie czerwonym, choć nic nie jedzie, bo takich mamy łapaczy i takie przepisy. Akurat jak idę do pracy to na tej trasie (zimowej) co skrzyżowanie to łapią, jakby nie mieli nic do roboty. Więc stoję, bo mi kasa miła, a co chwilę dorywają jakiegoś delikwenta i naprawdę, nie ma żadnego zagrożenia, bo z bocznych uliczek nic nie jedzie godzinami. Ale to moja wioska i porzundek zaś ale musi być. Mała nadzieja, że zmienią przepisy, ale może jednak. Bo w Dublinie, w Paryżu, czy w innym Londynie przechodziliśmy pod nosem wladzy na czerwonym, oczywiście, gdy droga była wolna i żadnej z nich powieka nie drgnęła. Na początku musieli mnie ciągnąć, bo się władzy bałam, ale teraz już wiem, jak wygląda prawdziwa cywilizacja :D Zakłada, że jestem zdrowa na umyśle i nie rzucę się pod nadjeżdżający samochód, mając czerwone... Jak będę chora na umyśle, to zrobię to i nikt mnie nie zatrzyma... Logiczne, co nie??
A Baran z Postmanem chuliganią tam, gdzie ciepło, ale w wiadomościach nic nie piszą, znaczy się, jeszcze raju nie zdemolowali doszczętnie...
Jutro po raz pierwszy będę piekła chleb na zakwasie, dostałam zakwas od koleżanki.
Zobaczymy, co wyjdzie...
I tym optymistyczno-pesymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, mój Kochany Pamiętniczku...
Bo zaraz w dołek włażę, jak porównam te dni, a to co teraz jest, za oknem, w życiu, w pracy, wszędzie.
Zatkało na złe i nie chce odetkać.
W Rossmannie dziś zakupy robię i co ja paczę? Na półce stoją podpaski organiczne...
I przeleciał mi w oczach film, jakie to za moich młodych lat "luksusy" były... Mama uszyła mi taką specjalną uprząż, żeby mi to nie wylatywało, bo pończochy się wtedy nosiło, a nie rajstopy. Podpaski szyła sama, z waty obciągniętej gazą... I opowiadała, jak w czasie jej młodości nosiły po prostu kawałki płótna, które prały... A babcia mówiła, że one na wsi to nawet gatek nie nosiły. Kiecki były do ziemi, to po nogach po prostu się sączyło. Ojapierdolę...
Jeżu kolczasty, jaka byłam latami nieszczęśliwa.
A potem przyszły czasy, że nic z sanitariów nie było i wszystko się załatwiało.
Miałam wtedy, dzięki posiadaniu teściowej z receptami na stanie całą górę szafy zapchaną watą, a i gdy gdzieś się wata pojawiła, cała rodzina, łącznie z chłopakami stała karnie w kolejce, bo zużywałam tego tonami, taka uroda :D Wata była na receptę na rany, więc... miałam niegojące sie rany...
I ten poród, gdy nie wolno było nic wnosić, a wydzielali nam potem po kawalątku ligniny, nie waty, bo wata mogła się dostać do pochwy i zgnić, po którą trzeba też było w kolejce od rana stać, nic dziwnego, że wiałam ze szpitala po dwóch dniach po porodzie, na własne życzenie, bo... nie wolno było nawet majtek nosić. Sunęłyśmy zatem zaciskając uda, żeby tej nieszczęsnej ligniny nie zgubić, w koszulinach niezakrywających dupy, a obok nas przemykali rechocąc chłopcy odrabiający w szpitalu służbę wojskową, często nasi rówieśnicy. Teraz bym to w dupie miała, ale wtedy nie, to była trauma, choć akurat nie miałam się wtedy czego wstydzić, mimo że dupę zawsze miałam kubańską, ale następnego dnia po porodzie wyglądałam jak laska, waga: 45 kilo i zero brzucha :D No ale ta goła dupa i ten rumieniec dziewiczy... A w domu czekała na mnie paczka "z Reichu", a tam szwagierka dorzuciła dla mnie specjalne siatkowe, obciskające gatki na tę okoliczność, co by przewiew był jak należy... Dwa światy, nie ma co...
Przy Inżynierze ciut lepiej było, ale też dwa dni po porodzie wywiałam. Noszenie majtek to podstawa, trudno, tak mnie wychowano :D
A teraz mało że wszystko śpiewa, tańczy i gra to jeszcze organiczne. Z organicznej bawełny... Muszę tę moją dupę przepytać na okoliczność, jak ona tyle lat żyła bez organicznej bawełny, zadawalając się zwykłą i gatkami za 2,50 z Manhattanu (teraz już co najmniej 5 za sztukę, z polskiej bawełny [!!!! jest coś takiego???] dużo droższe). Ojapierdolę... Nie muszę mówić, że cena tych organicznych podpasek powala na kolana, bo przecież to organiczne i przyjazne dla mojej dupy... Hmmm.... Moja dupa potrzebuje przyjaźni?? WTF?? :)
Co za czasy... Nie, żebym narzekala, ale...
Jakiś lęk we mnie jest, że za dużo, za szybko, że robi się bylejako, a i sił mniej, i apetytu na życie też. Bo i po co??
Cielęta odchowałam, więc jako że wszystko idzie wolnym walcem mówię, że wrócę w poniedziałek, bo na 15 dni (powrót w ten dzień to i tak będzie z górką). Ale nie, mam iść znów tłumaczyć Bossowi, jak krowie na rowie, chłop dalej nie ogarnia, bo... osoba, która ma to załatwić boi się Bossa.
No to ja pierdolę.
Ponieważ wyjeżdżał właśnie w siną dal, powiedziałam osobie, że wrócę w poniedziałek i wtedy będę się tłumaczyć...
Już mam więcej godzin przez te cielęta, ludzie... Zwariować można, a na upór nie ma rady.
Zaproponowała mi wypisanie tegorocznego urlopu, a ja pytam, jakim prawem?? Skoro zeszłoroczny mi wypisali z sufitu??
Nie ustąpię. Wypisać może, jak musi, ja świstka nie podpiszę.
Czy to tak trudno zrozumieć, że przysługuje mi 26 dni urlopu po 4 godziny albo 13 po 8?? W zależności od tego, ile miałam w danym tygodniu pracować wypisywałam po 4 albo po 8 :| I wszystko jest w Excelu, dopasowane do rytmu pracy...
Ojapierdolę.
Jak żyć??
Nie zablokuję pół Polski, jak rolnicy, dochodząc swych racji.
A obracam się wśród rolników i wiem, jak "ciężko" mają.
Prawda jest jak dupa, każdy swoją ma...
Podpisałam za to petycję o niekaranie za przechodzenie na czerwonym. Sama zapłaciłam frycowe, a i czasu mnóstwo tracę, stojąc na wiecznie czerwonym, choć nic nie jedzie, bo takich mamy łapaczy i takie przepisy. Akurat jak idę do pracy to na tej trasie (zimowej) co skrzyżowanie to łapią, jakby nie mieli nic do roboty. Więc stoję, bo mi kasa miła, a co chwilę dorywają jakiegoś delikwenta i naprawdę, nie ma żadnego zagrożenia, bo z bocznych uliczek nic nie jedzie godzinami. Ale to moja wioska i porzundek zaś ale musi być. Mała nadzieja, że zmienią przepisy, ale może jednak. Bo w Dublinie, w Paryżu, czy w innym Londynie przechodziliśmy pod nosem wladzy na czerwonym, oczywiście, gdy droga była wolna i żadnej z nich powieka nie drgnęła. Na początku musieli mnie ciągnąć, bo się władzy bałam, ale teraz już wiem, jak wygląda prawdziwa cywilizacja :D Zakłada, że jestem zdrowa na umyśle i nie rzucę się pod nadjeżdżający samochód, mając czerwone... Jak będę chora na umyśle, to zrobię to i nikt mnie nie zatrzyma... Logiczne, co nie??
A Baran z Postmanem chuliganią tam, gdzie ciepło, ale w wiadomościach nic nie piszą, znaczy się, jeszcze raju nie zdemolowali doszczętnie...
Jutro po raz pierwszy będę piekła chleb na zakwasie, dostałam zakwas od koleżanki.
Zobaczymy, co wyjdzie...
I tym optymistyczno-pesymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, mój Kochany Pamiętniczku...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















