Kochany Pamiętniczku, że nie zwariowałam jeszcze do reszty.
Jednak moja praca jest zabójcza, ze względu na jej (dez)organizację, co przyznają wszyscy.
Może i oni są zapracowani jak te mrówki, ale u mnie 80% czasu to czekanie i to w sumie czekanie nieopłacone.
Dziś myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, z trudem dotrwałam do końca.
A, rękawów sobie nie wyrywałam, to nie ulega wątpliwości, ale czasem wolałabym załatwić wszystko w dwie godziny, bo tyle realnie zajęła mi praca, a nie tracić na to godzin 10.
No cóż, morda w kubeł.
Ale gacie opadywają, jak dostaję non stop teksty, że fun shop... Kurwa, wiem, że to marketing, ale oni mają pensje co najmniej 3 razy takie jak ja. Pytam, za jakie grzechy. Nie mamy fun shopu, ale fan shop - dla naszych fanów. I nie mamy fun club, ale fan club.
To wiem nawet ja, która nawet koło języka angielskiego przez swą głuchotę nie stała :) Jak ktoś do mnie w tym języku mówi, to ja ani be, ani me, ani kukuryku, no poza podstawowymi zwrotami, ale ludzie...
Błędy w języku pisanym, tzn. literówki widzę od razu.
I poprawiam, poprawiam, bo nawet nie znając języka wiem, że corss to coś nie tak, że chodzi o cross. A w takich z kolei błędach lubuje się moja ukochana technika...
Dobra, SJ, numer poszedł do drukarni, oddychaj w tytkę i miej wyjebane, będzie ci dane.
Do 4 września nawet na pocztę nie wejdę, jak ktoś chce, niech mnie szuka.
Mam wyjebane. A urlopu nie mogę wziąć na dłużej, bo a jakże, ekstrasy będą, a że się przesuną, znów będę szukała seriali...
Mam prawie cały urlop za ten rok, ale nie mam jak go wypisać, godziny na ten miesiąc mam wyrobione, z nadgodzinami, których nigdy nie odbiorę i nawet nie zapisuję, szkoda nerwów.
Ale jakby nie liczyć - 12 dni wolnego, kiedy wszystko mogę, nic nie muszę.
I tego się trzymajmy.
Wczoraj z rozpaczy i wściekłości na to czekanie pomyłam okna w kuchni i w małym pokoju - no dobra, nie do końca są dopieszczone, są smugi, ale jebać to. Nie ma tej warstwy kurzu i cętek z brudu i deszczów. Jest cudnie, wieczorem mam wrażenie, że jak wyciągnę rękę, to przejdzie na wylot. Został duży pokój, ale nic na siłę, wszystko młotkiem :) Przyjdzie i na niego pora.
A w języku teściowej niespodziewajka rosła - zobaczyłam, jak zdjęłam doniczkę z parapetu, bo rosła sobie w stronę okna :)
Jakieś sierotki bratki, cholera wie skąd sobie tam znalazły mieszkanko :) Fajnie pachną, czuję to, znaczy się, żaden wariant COVID-19 z tych nowych się nie przypałętał.
Aczkolwiek po tej łaźni w korku w Inżynierowym samochodzie zaatakowała mnie opryszczka wczoraj (mam tak po przegrzaniu się i po przemarznięciu), ale gdy miotałam się, wściekła, że nie mogę wyjść do apteki, smarując ust korale czosnkiem, co pomagało jak umarłemu kadzidło, dobry duch mego życia kazał mi zajrzeć do lodówki, a tam na półce z lekami leżał hascovir i tralalalala, ważny do grudnia. Napoczęty, ale zadziałał błyskawicznie, więc już nie miotałam się, a i opryszczki nie mam :)
Zovirax i inne cuda na mnie nie działają hascovir jest genialny :)
A dziś rano lecę po gatki do szafy i co ja paczę? Pod beniaminkiem się rozgościł
pachniał nieziemsko, grzybowo, tak się kończy ekologiczny tryb życia i podlewanie wszystkiego wodą po płukaniu warzyw :)
Na balkonie mam trzy krzewy dupomirków, właśnie kwitną, może zaowocują, może nie, zależy jaka będzie pogoda, ale i tak cieszą :)
Grzybki oczywiście zostały eksmitowane, nie znam się, pewno pieczarki, ale strzyc się należy u fachowca, więc nie ryzykowałam dodania do jajeczniczki :)
Z Manhattanu przywlokłam znów dupomirki, bo Pan od Pomidorków ma promocję, grzech nie skorzystać, dorwałam też węgierki, więc trochę czekania urwało mi przygotowywanie ich do smażenia, ale oj tam, oj tam, człowiek musi się jakoś rozerwać, co nie? Kto bogatemu zabroni :P
A jutro pójdę na Manhattan posuwistym krokiem, nie patrząc na godzinę i mając wyjebane na to, że dochodzi 9.
A, taki tam luksus.
Potem muszę ogarnąć jakieś kolędowanie po sklepach w poszukiwaniu okryjbidy na ten zjazd, nie za bardzo mam na to ochotę, ale cóż, jak mus to mus.
A, i wracając z pizzy na włościach przejeżdżałam obok
starych śmieci, już nie wyglądają tak, ale ku pamięci: tu minęły najszczęśliwsze moje lata pracowe, nie licząc oczywiście filii w BG AR...
To se ne vrati, c'est la vie.
A G. poromansował ze mną na MSG, na WA przesłał mi fotki, z notką, że podobałam mu się wtedy:
- kto zgadnie, gdzie SJ na tej fotce jest, że też nie wiedziałam wtedy, że mam branie :) I tak przeglądam tę fotkę, nazwisk niewiele pamiętam, ale imiona tak. Jak wybiórcza jest pamięć. I jest tu chłopak, z którego żoną jakimś dziwnym trafem nawiązałam kontakt i to fajny na FB, chociaż jej nie znam osobiście, a on już nie żyje... Jak to się dziwnie plecie, co nie?
I że ma w szpargałach
laurkę malowała moja Mama, malowała takie cuda, na wesela, na chrzciny, na komunie.
Namalowała też święty obraz (kopia - nie mam zielonego pojęcia, jakiego mistrza, na którym była święta rodzina), wisiał u rodziców nad łóżkiem, ale nie było to mistrzostwo w kopiowaniu i... wywaliłam kiedyś. Mam gdzieś zachomikowane kotki jej autorstwa, miała je na ścianie jej siostra, ale to też jest - patrząc w kategoriach bez pochlebstw - bohomaz. I tak wyląduje na śmietniku, jak odejdę, bo chłopcy nawet nie wiedzą, że to ona malowała, nie wieszałam na ścianie, zaraz po przywiezieniu z K.
Niech leży, wywalając będą mogli na mnie psioczyć.
I tak sobie pogawędziliśmy, przy czym przyznał się, że jest absolutnie nieinternetowy.
Poszłam spać, nie żegnając się, bo taka już messengerowa netykieta, to nie nieodżałowane GG :)
(Najbardziej brakuje mi ikonki <sex> z tego ustrojstwa, załatwiała wszystko, Inżynier do dziś pisze do mnie <przytul> i <głaszcze>, Sikora też mnie <głaszcze>, ktoś pamięta te kultowe ikonki, bo ja tak i za nimi tęsknię, wtedy wszystko było prostsze.)
A on jeszcze pisał, z czego wnioskuję, że albo jest nocnym markiem, albo nie musi wstawać do pracy, a ja muszę :P
A na wieczorne refleksje odpisałam rankiem, że dla mnie wczoraj to historia, jutro to tajemnica, a dzisiaj to dar. No i wziął i znikł...
W międzyczasie Inżynier, będący na bieżąco, zaczął się o matkę niepokoić, choć latami powtarzał, że matka wolna jest i niech robi co chce :)
Nawet na Barana nie protestował, na randki, spotkania, wyjazdy, rozjazdy, szaleństwa, bo były - a wręcz przeciwnie, popierał, a nagle zaczął się stawiać i obawiać o moją cześć niewieścią, choć zabawa nie wyszła jeszcze za komunikator :)
No i dobrze, że znikł.
Na serio nie kręci mnie wspominanie tego, co było i rozważanie, że zmieniliśmy się bardzo.
No cóż, dla mnie ważne jest dzisiaj i dożycie jutra.
Może też być opcja, że lubi PiS i przestraszył go mój wall.
Nie szkodzi :)
I właśnie zewsząd wyskakują mi wiadomości, że katastrofie uległ samolot, którym rzekomo leciał Prigożyn.
Życie pędzi coraz prędzej.
Banda z włości baluje nad morzem.
A ja, wbita w kąt...
Dobra, oddycham w tyteczkę, odreagowuję kolejny numerek ukochanej gazetki.
Czekam na ochłodzenie, na jesień, na tę pogodną, polską jesień, na dobry los, dobre dni i na jutro.
I tak da capo al fine...





























