czwartek, 31 lipca 2025

Dziwny

 urlop mi się trafił, Kochany Pamiętniczku :) 

Ale w sumie bardzo fajny i jestem zachwycona.

Otóż zmęczona swoim nieróbstwem wzięłam się za...

Porządkowanie papierowego bajzlu.

Robiłam to już kiedyś, ale odchorowałam to, czytając listy od ojca i brata i przyrzekłam sobie - nigdy więcej.

Uleżało się, uklepało, denerwują mnie sterczące w szafach kartony, torby i inne takie tam...

A że pogoda w sumie barowa jest, rozmyślając nad tym, jakie biedne będą moje dzieci, gdy ja już będę z Abrahamem na chmurce piwko popijać i nóżką machać, postanowiłam co nieco ogarnąć.

A to naprawdę syzyfowe prace są.

I tak zaczęłam w poniedziałek, siedzę nad tym po 7-8 godzin dziennie, a końca nie widać.

Najgorsze jest to, że nie mam niszczarki do papieru, na serio myślę o jej kupnie, bo...

Samych kopert z adresami i pism zusowskich z danymi RODO mam od metra.

Nie mam żadnego znajomego z piecem, ognisko też raczej odpada - muszę pogadać z Inżynierem, czy da się to jakoś sfajczyć. Ten stempel z Alledrogo odpada, ręka by mi odpadła przy stemplowaniu, a i na tusz bym nie zarobiła, no i czas - zanim zatuszuję dane wrażliwe, trwa.

Próbowałam takim grubaśnym czarnym pisakiem, ale litery przebijają.

Mam paranoję? Maybe.

A może nie.

Nie takie cuda się dzieją.

Więc...

Zabrakło mi opakowań.  

Więc udałam się do Action, bo tam cenowo najlepiej, w takim kiosku koło nas za skoroszyt śpiewają sobie 7 zł...


 Wróciłam ze stosem teczek i skoroszytów, ale obawiam się, że to nie starczy do ogarnięcia tej kuwety :) 

Co za cuda wianki znalazłam - paszport brata (jak on, kurwa, paszport w domu zatrzymał, kiedy trzeba było oddawać?), jego dowód (a jeszcze nie dotarłam do teczki, w której już kiedyś zamelinowałam jego papiery, zdjęcia i to, co do mnie przyniósł odchodząc z tego świata). Legitymacje mojego ojca, w tym i PZPR-owską i pierdyliard innych, TPPR...

Wszystko w twardych płóciennych oprawkach. Jak to zutylizować? Bo w sumie kogo to interesuje. Nie będę na stare lata siedziała i przeglądała na okrągło cieni przeszłości. Chcę się jeszcze trochę nacieszyć życiem :P 

Rozmawiam z dzieckiem - mówi: przejrzymy, zostawić.

 Z Action przyniosłam jeszcze


 ... tak, tam już jesiennie, więc i jego kolega wyszedł z ukrycia i u mnie już 


 A co tam, pogoda taka w kratkę, a ja od tego upału (dla mnie 25 stopni i ta wilgoć to upał)... wolę jesień. Więc welcome autumn :) 
I tak przekładam z (jednej) kupki na wiele kupek.

Bo jest tam multum starych pocztówek z Poznania i okolicy


 niezapisanych, czystych, zapisanych, z adresami ludzi, którzy już odeszli - segreguję.

Przewodniki, inne cuda wianki


 Zapisane, niezapisane, z mojego dzieciństwa (pocztówka z zagranicy to było COŚ). Pocztówki z życzeniami od osób, które chcę zachować w pamięci, od mojej wychowawczyni i polonistki z podstawówki, która pisała do mnie aż do swojej śmierci, od Edy, od ludzi, którzy byli mi bliscy, bardzo... Wiem, do grobu tego nie zabiorę, ale czasem miło wrócić pamięcią, a przecież nie wiadomo, na jak długo pamięć ta jest nam dana.
Rachunki za telefon stacjonarny, zarejestrowany na teściową, która wyniosła się gdzie indziej, miała tam swój nowy numer, ale wciąż mi wygadywała, że mam jej telefon.



 

 Ta torba zajęła mi dwa dni :) 

Telegramy ślubne - w sumie psu na budę, ale... żal wyrzucić.

Rodziców kiedyś wyrzuciłam i do dziś boli (telegramy, żeby nie było, nie rodziców). 

A, były tam też zdjęcia po Cioci i...

Tym pięknym sposobem znalazłam kilkanaście zdjęć, których nie mam w swoim archiwum, nie licząc stosu zdjęć ślubnych i nieślubnych z nieznanymi mi osobami. Te odłożyłam na bok. Może oddam do jakiegoś muzeum w Krotoszynie, są to zdjęcia stamtąd. 

I...

Odnalazłam babcię i dziadka...

No dobra. To nie jest moja babcia, chociaż to jest moja babcia. To jest trzecia żona mojego dziadka. Moja babcia była drugą żoną mojego dziadka. Jak tłumaczyłam to I., nie ogarniał. Ale to jedyna babcia jaką znałam (ze strony mamy). Nie była dobra dla mojej Mamy i dla Cioci, ale jak znalazłam w jednym liście od Cioci, która się nią opiekowała, gdy chorowała na raka - spełniła swój obowiązek i ma czyste sumienie. A babcia umierała w męczarniach - wiem, bo byłam już wtedy nastolatką.

 A dziadek dzięki temu zdjęciu wrócił do mnie, bo już go nie pamiętałam. To znaczy: widziałam wciąż jak siedzi w takiej kiszkowatej kuchni, która miała może 1,5 m szerokości, a pod której ścianą stały rusztowania do prężenia firan (babcia się tym zajmowała) i obiera koziczkiem pyrki, a dłuuuga strużyna spada do wiadra. Nie pamiętałam już ani jego twarzy, ani imienia. Tylko nazwisko, bo mówiliśmy wszyscy babcia Marciszowa. Miał swoje dzieci z pierwszego małżeństwa (nie znałam ich), z babcią dzieci nie miał...

Wrócił do mnie z twarzą, był bardzo spokojnym i miłym człowiekiem. Miał na imię Ludwik. Nawet nie wiem, gdzie jest jego grób, ani babci też nie.

Pamiętała o nich Ciocia, ja już nie bywałam na ich grobach, nie było czasu podczas sporadycznych wizyt... 

Zdjęcia skanuję i opisuję, bo wszystko przepadnie w niepamięci.

Niektórych zdjęć nie rozszyfrowała nawet krotoszyńska kuzynka, której to posłałam, a której dziadek i moja mama byli przyrodnim rodzeństwem.

Skomplikowane te koligacje, gdzieś mam (gdzie? może do tego dojdę, ale chyba nie w czasie tego urlopu) początki genealogii.

Czy starczy mi życia, żeby to ogarnąć jeszcze? 

Dziś wyciągnęłam kolejną torbę, już mniejszą...


 Tu już przeważnie tylko listy. 

 Pisane do mnie - od ludzi, których już nawet nie pamiętam, nie umiejscawiam w czasie, przeleciałam pobieżnie, bo i życia, i oczu nie starcza, te kartki są zapisane maczkiem po obu stronach... Te na zwykłym papierze listowym.


 I pisane przeze mnie - nie mam pojęcia, w jakich okolicznościach wróciły do mnie :) Też zapisane obustronnie, też przeleciałam.

Nie da się ukryć. Byłam głupia jak but i to, co dziś jest dla mnie nędznym melodramatem, było wtedy wielkim nieszczęściem.

Listy od Przyjaciółek i przyjaciółek - jeżu kolczasty, umierałyśmy z miłości zupełnie niepotrzebnie.

I życie kręciło się wokół zabaw (five'ów, potańcówek), dramatów typu: kocha nie kocha. I dramatów niezrozumiałych dziś - bo nie można było nic kupić: zdobycie gatek czy pończoch, nie mówiąc o butach czy modnym ciuchu było wyczynem.

Czytałam, darłam...


 Jeszcze nieubite :) Niektóre czytałam dokładnie, inne mniej. Umówiłam się z I., że zostawię te, które coś wnoszą do naszej historii... Może ktoś kiedyś przeczyta i wzruszy się tak jak ja. Bo z listu od siostry mojej babci dowiedziałam się, dlaczego i moja mama i jej brat, który zginął w Mauthausen mieli takie, a nie inne imię. A siostra mojej babci wyjechała przed wojną do Francji i tam zmarła.

Moja babcia pracowała w majątku i kochała się w guwernerze. Niestety, wyjechał i...

Wyszła za mojego dziadka, który był szewcem, a po miłości takiej do ostatka do szału, do dna zostało tylko imię.

Coś musi być w genach, bo ja też to przerabiałam :) 



 

Ciocia zmarła mając 99 lat i 9 miesięcy, a ja spotkałam się z jednym z jej synów (a miała kilku chłopów na schwał) mając 7 lat w Polsce i po 50 latach - w Paryżu :) A potem z jedną z jej córek i z jej córką i jej rodziną w mojej wiosce  - i to były bardzo miłe chwile.

Zdawałoby się - dalecy krewni, ale... Dostawała od nich paczki i moja mama, w tym lekarstwa nie do zdobycia w PL, przemycane w kawie, jak i ja, w czasach solidarnościowych. I I. dostawał kasę na studia - niewielką, ale od rodziny Eksa dzieci nie dostawały nic.  

I z listów przyrodniej siostry, Przyjaciółki od lat (nasze drogi się rozeszły, gdy wyszła za mąż, co było jej wielkim marzeniem - ja "balangowałam" na studiach, ona nie chciała studiować, chciała mieć swoją kasę - została w rodzinnym bagienku, w wojnach domowych - mój ojciec i jej mama się pobrali, to temat na brazylijską telenowelę - dowiedziałam się dopiero teraz, że i ślub kościelny mieli. Mnie nikt o tym nie poinformował i umarłabym w niewiedzy. Ani ona, ani żona mojego ojca nie były na jego pogrzebie, choć zawiadamialiśmy. Telenowela. Ona została młodą wdową z trójką dzieci. A ja mam długie i szczęśliwe (momentami) życie. Nie zwierzam się już.

Próbowałam, przeszło mi.

Każdy ma swoje pod górkę :) 

Spotkałam się z nią po latach na zjeździe z podstawówki. Włosów sobie nie wyrywałyśmy, zapraszałam, nie skorzystała, choć bywa w mojej wiosce.

Jej matka przeżyła prawie do setki.

Mieszkały razem i to też temat na telenowelę.

I nie, nie byłam na pogrzebie. Nie zawiadomiła mnie, dowiedziałam się od wspólnej znajomej.

Czasem się spotykamy. 

Mamy kontakt na FB. Ale taki fejsbukowy. Życzenia. Suche informacje, jak odejdzie ktoś z naszego grona.

I tyle.

Czy żałuję? 

Nie. 
Żałować czegoś, co się stało, to cecha życiowych partaczy.

I tak podarłam wszystkie listy miłosne, a niektóre były bardzo fajne, zwłaszcza te od gościa, który na fotografii napisał mi (publikowałam ją kiedyś): nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy, co wówczas wkurwiało mnie niesamowicie, a dziś, gdy patrzę na nią (był bratem męża mojej przyrodniej siostry) myślę z czułością: jeżu kolczasty, jaki Ty byłeś mądry. 

Taki bad boy, ale jak wiadomo, łobuz kocha najbardziej.

Nie ożenił się.

Nie żyje już.

Z całej rodziny przeżył i żyje do dziś najmłodszy, z zespołem Downa.

Może jednak powinnam pisać jakąś powieść?

Tylko skąd wziąć fundusze na jej wydanie?

Bo i takie pisma znalazłam, że włosy dęba stają na głowie - o rodzinie Eksa. Ojciec TEGO szwagra, piszący do niego, że za to, co robi, poda go na policję. Pismo mojej teściowej, rozwiedzionej już od dawna, z żądaniem zabezpieczenia JEJ prawa do spadku i protestujące przeciw poczynaniom TEGO szwagra, a jej syna... Wiem, I. mówi: kładę na to laskę. P. też tak mówi. Ja - nie roztrząsam, ale ten model tak ma, że czasem wraca do przeszłości.

Żeby móc się cieszyć teraźniejszością.

I listy mojego ojca, które też poszły jak kamienie na szaniec: z jednej strony rodzina Eksa uratowała mu dalsze życie, zatrudniając i płacąc ZUS, ale wbrew temu, co mówili, a o czym ja nie pamiętałam już, wiele rzeczy uleciało mi z pamięci: to mój ojciec załatwiał w tamtych czasach, gdy nic nie było, te świniaki, dzięki którym w zamrażarkach rodziny (my nie mieliśmy zamrażarki) nigdy nie brakowało mięsa.

A i po tym, jak sfajczyła się pierwsza drewniana (bo była faza na drewnianą, poszła z  dymem w czasie spawania kaloryferów) chata na Wygwizdowie, to mój ojciec załatwiał w cegielni w K. (słynna kiedyś cegielnia) cegły na budowę nowej...


I zostawiam trochę listów od Cioci. Może któryś z moich synów przeczyta - zatrzyma się na chwilę nad swoim dzieciństwem, które fajne było właśnie dlatego, że mieli ciocię-babcię i wujka...

Wujka, o którym wszyscy z rodziny mówili pan, a który dla nich był wujkiem. Bo jakie znaczenie miało, że ciocia i wujek ślubu nie mieli?

Była ciocia, był wujek, były KOTKI :) A ja byłam wciąż dzieckiem.

Bo czekał na mnie rosół z makaronem (domowej roboty).

I ktoś się martwił o mnie.


 Tak, dziś wszyscy mnie nienawidzą, bo mówię, że jesień idzie... 

No ale co mam rzec, jak na Manhattanie już królują astry (a jeszcze Matki Bożej Zielnej, mojej ulubionej, taka ze mnie farbowana ateistka, nie było)?

A i kolejny Gnom w domu zagościł...

Łobuzy nad morze jadą.

Chwilę rozmawialiśmy na MSG, Alienek się pojawił. Skubany, prawie 300 stron dziennie ogarnia, fakt, że nie A4. Ma kompika, ale... czyta... I błogosławione niech będą biblioteki (cóż, nieodrodny wnuk magister bibliotekoznawstwa i informacji naukowej). Po kim on to ma? Nie po tacie, bo ten lektur nie czytał, a i książek raczej też nie, choć jest bardzo inteligentnym gościem, jakoś mu tak wyszło :) No, geny zygzakiem idą, ma to po babci, łącznie z szybkością czytania :)   

Mówię, że wyślę łapówkę na nadmorskie szaleństwa.

Dziecię z błyskiem w oku: ile?

Mówię: niespodziewajka.

Rozmawiam z matką, mówi: księgowy, wie co do grosza, ile ma na koncie i w skarbonce.

A, to już nie są moje geny :)

Chociaż jestem zadowolona (w miarę) ze stanu konta. Dostałam i za pracę, i za ekstras, i za wczasy pod gruszą :)

I oby los dał mi jeszcze popracować, chociaż bez bicia przyznaję, że bawi mnie taki pracujący urlop.

A ile miałabym czasu na to na emeryturze!

No ale nie można mieć wszystkiego...

Jest 21.34, a już ciemno...

Wracają światełkowe, zadumane dni...

Miałam (mam) fajne i ciekawe życie i cieszę się, że ruszyłam te stare papierzyska, choć trochę bolało, jak likwidowałam listy miłosne.

Ale...

Niech pozostaną w mej pamięci.

To, co mnie cieszy, dzieci mogło zaboleć.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :)  

 

A i znalazłam


 

 notes z wykresami cyklu płciowego. Działa, tak zaszłam w ciążę i nawet "prognoza" płci się sprawdziła.

Potem już byłam ostrożniejsza i wolałam spiralkę :) 


 Też znalazłam. W dobrym stanie. Warta 24 zł. Na nie najgorsze winko starczy :P 

 



piątek, 25 lipca 2025

No i tydzień

 wolności w zasadzie za mną, Kochany Pamiętniczku, bo od zeszłego piątku do dziś.

Dlaczemu pracowe dni się tak wloką, a wolne tak szybko znikają?

Nie zrobiłam wszystkiego, co zaplanowałam, bo do pudła nawet się nie zbliżyłam, ale oj tam, oj tam :) 

Za to co się naczytałam o czarnych, czerwonych teczkach na czarną godzinę, znaczy się, jak mnie szlag, to moje.

No niby taką mam, ale co mi z tych wskazówek, że mam w taką teczuszkę wsadzić swoje umowy o pracę?

W zasadzie mogłabym wszystkie spokojnie na śmietnik wyjebać (no wiem, wiem, RODO), ale na co mi one? Emeryturę mam ustaloną, te parę złotych więcej, co mogłabym wydusić za pracę szkodliwą dla zdrowia (przy starych monitorach) to niewarta skórka za wyprawkę... Jak umrę, żadna umowa o pracę dzieciom nie będzie potrzebna - wiedzą, gdzie pracuję :) Mój akt urodzenia i ślubu na co im?  Akurat ślubu mam, bo potrzebowałam do renty wdowiej, a pewno i w tym papierowym bałaganie gdzieś tam inny jest. Znaczy się inny odpis :) Może nawet ten pierwszy, już nie ogarniam.
Aktu urodzenia do niczego już nie będą potrzebowały, te dane są już w zasobach państwowych - nawet mnie nikt nie prosi o ten akt. Cóż, żyję jeszcze, a akt zgonu do niczego mi się nie przyda.

Chciałabym jeszcze ściągnąć na memłon na spokojnie I., żeby mu wszystko pokazać, gdzie są najważniejsze rzeczy. Bo to on będzie ogarniał cały bajzel. I na serio zastanawiam się nad jakimś zapisem notarialnym, że to on zarządza wszystkim. 

Bo tak. Bo ma duży strych jak coś.

Bo wiem, że brata nie skrzywdzi.

A wkurwia mnie na maksa, jak żona P. wchodząc do mnie, nie idzie do pokoju, gdzie przyjmuję gości, tylko sunąc (tak, ona nie  idzie, ona sunie, majestatycznie, zwłaszcza w sklepach, gdy TYLKO ogląda, bo kasy nie ma, kiedyś mnie przewlokła w UK po wszystkich sklepach w ichniej galerii, ja nie kupowałam, bo choć kasę miałam, to nic stamtąd nie potrzebowałam, a ona szła i szła, brała każdy badziew w rękę i odkładała na półkę, ojapierdolę, nigdy więcej) lezie do małego pokoju i dokładnie lustruje wszystko... Widzi każdą nową rzecz, wie, gdzie co stoi, potem siada na kanapie i dalej lustruje. Kurwa. Ja, mieszkając w zasadzie cały miesiąc u mojej teściowej, bo pilnowałam jej chałupy, byłam tylko w kuchni i w salonie, połączonym z kuchnią, w sypialni, gdzie było tak wielkie małżeńskie łoże, żeśmy się w nim mieścili w czwórkę. Do skrzydła, gdzie była osobna sypialnia, pokój i kuchnia oraz łazienka wchodziłam tylko dlatego, że była tam też pralnia, a przez miesiąc bez pralki z dwójką dzieci to raczej się nie da. Do pozostałych pomieszczeń nie zaglądałam.

Więc nie, nie chcę, żeby mi się snuła po kątach :) Pewno, że będzie mi już obojętne, co kto weźmie, ale w tej chwili nie jest mi to tak nieważne.

Wiem, nie po chrześcijańsku to jest, ale... Jestem apostatką :) 

Rozdawałabym wszystko już teraz, ale jestem boomerem i wciąż mam z tyłu głowy: czarna godzina.

Dopóki żyję, może nadejść.

Tak też miała Ciocia, zawsze mówiła, że zbiera, bo nie wie, czy nie będzie musiała płacić za pomoc.

Ale... Jak jeszcze byłam na studiach, poprosiła, żebym przyjechała. Pojechałyśmy do O., gdzie założyła książeczkę oszczędnościową na moje nazwisko, ale z pełnomocnictwem dla niej. Zdziwiona byłam, ale cóż - nie mój cyrk, nie moje pchły :) Książeczko oczywiście nie widziałam na  oczy, nawet o nią nie pytałam. Po śmierci Cioci książeczkę znalazłam w jej szafie - nikt tego nie mógł oczywiście ugryźć. Bo tak naprawdę nie wiem, co tam zniknęło przedtem - nie ja miałam klucze i nie ja się opiekowałam na co dzień Ciocią w szpitalu - nie było opcji. Zajmowały się tym kuzynki z K. Nie wątpię w ich uczciwość, zresztą wynagrodziłam je sowicie. Ale książeczka i oszczędności były moje. Do dziś pamiętam wyprawę do O., z I. jako bodyguardem do PKO :) Nie było wtedy opcji przelania z książeczki na moje konto w innym banku, więc jechaliśmy z duszą na ramieniu. Nie była to zawrotna kwota, ale i nie byle jaka. I nikt się do niczego nie mógł przyczepić, bo... no to była moja książeczka :) 

Chciałam kiedyś tak zapisać I. jako współwłaściciela na moje konto, ale okazało się, że to nie takie proste. Primo po pierwsze - mieszkał w UK i musiałby podać swoje zarobki. Nie palił się do tego - i ja to rozumiem. I na dokładkę miałam debet na koncie - więc wszystko umarło śmiercią naturalną. A i teraz pewno nie będzie proste, bo ja debetu nie mam, ale on i owszem. No i czas, bo to pewno razem musielibyśmy się stawić w banku. Olaboga :) 

Tyle do ogarniania...

A przypominam sobie, jak zachorował nagle ojciec Cynobera i okazało się, że nawet on nie ogarnia ojcowych płatności, finansów, zobowiązań, nie mówiąc już o żonie, która w tym temacie była zupełną debilką.

A i I. wspominał, że musi żonę podszkolić, bo się nie zna, nie wie, nie ogarnia.

Są jeszcze na tym świecie luksusowe kobiety. Ja od zawsze dzierżyłam ster finansów we własnych rękach. Oni mają z żonami osobne konta, chociaż żony płacą ich kartami w sklepach - wiem, widziałam.

Ja zawsze miałam wspólne konto z Eksem - nie było wtedy kart płatniczych, były czeki. Eks w życiu czeku nie wypisał, rachunku nie zapłacił, jak przychodziło do niego jakieś pismo, leciał do mnie, mówiąc: przeczytaj... Guza mózgu miał, sam sobie go zdiagnozował, bo nie widział liter. Dopóki nie zawlokłam go do apteki i nie kupiłam mu okularów dla dalekowidzów. Ale i tak nic nie czytał, jakby miał list od kochanki, też dałby mi do przeczytania :)  

Wyszedł (oczywiście nie sam, bo to go przerastało) ze wspólnego konta zaraz po tym, jak się obraził, że nie chcę walczyć o spadek i od tego czasu nie widziałam od niego ani złotówki.

No cóż, moje konto, moje zmartwienie, tak samo jak MOJE dzieci.

Przeżyłam, choć łatwo nie było.  

Więc - nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, jak można nie wiedzieć, gdzie i za co, i kiedy trzeba płacić.

I dlatego chcę ułatwić życie I., bo... stara jestem.

Niech wie, jak wejść do banku (powinien, ale ma sklerozę, hasło zna, ale pewno nie pamięta).
A i w banku mam pomieszanie z poplątaniem, kilka lat płaciłam czynsz na konto Eksa, zanim pani ze spółdzielni mi tego nie uświadomiła, że mój nr konta jest inny, płacę już na nowy (pani to przeksięgowywała, o czym nie wiedziałam, za co jej dziękuję), ale... stary został, bo ja głupia jestem i bankowego konta boję się jak diabeł święconej wody, albo i bardziej. Sam żona I. ma u mnie dwa konta, zawsze się stresuję, czy wpłacam na dobre. A najlepsze jest to, że i ona, i MW mają tak samo na imię i nazwisko... MW ma też konto w tym samym banku... Na całe moje szczęście wpadłam na GENIALNY pomysł i MW ma inicjał, bo na drugie ma tak jak ja...

A Eks upierał się, żeby P. dać na imię Jan. Jan to był jego najmłodszy brat. Mieszkaliśmy w tej samej kamienicy. Uparłam się, i P. ma imię po mojej (nieodżałowanej) pierwszej miłości, a na drugie ma Jan :) W sumie wyszło pięknie, jak książka o tym samym tytule...

A że Eks miał na imię tak jak jego ojciec, niezłe były jazdy. Bo jego ojciec chciał odebrać w spółdzielni mieszkaniowej mieszkanie dla Eksa, powołując się na kombatanctwo... I malucha z książeczki Eksa, co mu się nie udało, bo w Polmozbycie pracował kolega Eksa... Eks odkładał na malucha z pensji, ale rościła sobie do tego prawo teściowa... 

Tak popierdolonej rodziny z lampą naftową szukać, bo świeczka by nie starczyła...
I nie chcę, by w mojej (bo tamta moją nie jest i w zasadzie nigdy nie była, po tym jak skrzywdzili chłopaków) też były jakieś niesnaski.

Więc może zostawić wszystko losowi?

Nie wiem, prześpię się jeszcze ze ślimakami.

Bo odejdę z tego świata goła, tak jak na niego przyszłam, ale pewne rzeczy teraz, tu, w tym momencie bolą.

Jak ten zegarek, który ojciec przepił za bezcen.

Jak ta perełka, którą zwinęłam z domu, a na wieść o tym Ciocia odetchnęła z wielką ulgą. Perełka była ze mną całe studia, zdejmowałam,  kładłam na stoliku w pokoju, w ktorym przewalały się tabuny ludzi. Po prostu perełka. 

Po mamie.

Aż... Założyłam perełkę będąc z Eksem. Żona TEGO szwagra ją wypatrzyła... O... Skąd to masz. To droga rzecz... Popatrz na zapięcie... 

Od tego czasu nie odważyłam się w niej na co dzień latać :) 

Bo to, co ja brałam za srebro, okazało się... platyną :)

I tak, oglądając filmy z tymi pierścionkami zaręczynowymi po babci (po mamie nie został mi żaden pierścionek, ten, zwany u nas "złotym" z niebieskim oczkiem zniknął, jak i inne rzeczy, ale nieważne. Myślę, jak to żaden z moich chłopaków nie poprosił o pierścionek. Zarżnęli się, a kupili zaręczynowy sami.  Bo moje byłyby za skromne. Sama nie dostałam zaręczynowego, a obrączki dostaliśmy od mojego ojca - ich ślubne. Eks swoją zgubił. Podejrzewam, że ten "nasz złoty" złoty nie był, tak jak nie jest złoty, który Eks kupił od gościa, który go "znalazł" idąc przed nami - piękny okaz tombaku :)
I choć to kretyństwo - nie chciałabym, żeby rzeczy z historią - dla mnie ważną - zniknęły nie wiadomo gdzie i jak, i u kogo...

No chyba, że znów złoto będzie znaczyło - życie.

Jakie to wszystko jest popierdolone na maksa.

Moje chciejstwa, moje dylematy.

Bo dla mnie portret mojej Mamy to relikwia. Wisiał w moim  rodzinnym domu na honorowym miejscu. Brat oddał mi go tylko dlatego, że sam nie za bardzo miał go gdzie powiesić, a kłóciliśmy się o niego. Zapytałam I., co z nim będzie. Bo wiem, że dla jego żony to nic, nawet to rozumiem. Bardziej interesowały się nim moje wnuki, którym trzeba było tłumaczyć jego proweniencję.

I. odpowiedział, że nie zastanawiał się nigdy nad tym.

P. nie miałam okazji zapytać.

Pewno rozwinąłby całą historię, w którą i tak nie uwierzyłabym.

I dlaczego takie "Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, creeps in this petty pace from day to day" ma dla mnie DZIŚ znaczenie, gdy prawdą jest, że  vanitas vanitatum et omnia vanitas?

Tak mi się dziś na filozofowanie zebrało, ale widać coś w powietrzu wisi.

I oby to nie było zło :) 

 

A z bieżącego frontu... 

Chata ogarnięta. Kasa wydana (a co mam sobie żałować), na mnie, a jakże.

Dostałam w Aldi narzutę na kanapę 230 x 250, miodzio, wciąż jeszcze te 10-20 cm za mało na długość, ale już lepiej.

Ta 220 x 240 sprofanowana przez Papryczka lodami wypiernięta i nawet się sznurki nie zerwały (zakładane jakieś 40 lat temu) przez Eksa w loggii (znaczy się deski z kołkami, sznurki zakładał ostatnio Inżynier). Wyschła. Pralka nie padła, a ciężka jest ta narzuta...

 

 No dobra, poszła kasa.

Ale w końcu na coś pracuję, co nie?

A dziś poleciałam znów do 


Aldi, bo...

No takie ustrojstwo widziałam wczoraj, ale bym nie dowlokła...

Jest idealne.

Moje nogi mówią beaucoup merci.
Wprawdzie w pracy miałam podnóżek i mogłam zabrać, ale to był badziew.

Tu na tych stópkach mogę chodzić, a na tych drążkach masować.

Tego trzeba było moim biednym nóżkom, godzinami uwięzionym przy kompie :) 

A co rano kopię się w tę tłustą kubańską dupę, żeby ćwiczyć na karimacie.

Nic nie spada, ale...

Moje bolące stawy i mięśnie, a mam ich całą masę mówią głośno beaucoup merci :) 

Niechcemisię, niechcemisię, ale...

Nie chudnę, nie o to lotto.

Chcę móc zleźć po schodach - niby tylko siedem stopni, ale...

Smerfowi Marudzie po latach starań urodziła się córka.

Nie lubię go z duszy i serca, tak samo jak nie lubię jego żony - to wyjątkowo niesympatyczna ekipa, co potwierdzają mieszkający z nimi ludzie, jak i inni. Ale I. ma na ten temat inne zdanie - i OK, szanuję.

Mają z dzieckiem niesamowite kłopoty, nie wiadomo co jest.

I ja, nielubiąca ich do szpiku kości, Małej życzę, żeby nie było jej nic groźnego. 

Córeczka urodziła  się też MM. To dobry przyjaciel I. - może przyjaciel to za dużo powiedziane - ale to skomplikowane  - i temat na inną notatkę.

Może będzie, może nie.

Pierwsze dziecko w wieku 41 lat - hardcore :) 

Tak przynajmniej mówi I.

Sama nie wiem, co powiedzieć - pierwsze miałam w wieku 26 lat :) 

Mając 41 lat byłam jeszcze pełną wigoru laską, ale... Pracowałam już i nie wiem, jak ogarnęłabym noworodka...

 

Niby nic się nie dzieje, ale jednak...

Kręci się.

I. odzyskał środek lokomocji, naprawa klimy kosztowała prawie tyle, ile mój nowy kompik. 

Życie pędzi coraz prędzej i czasami nie wiem, czy się śmiać, czy płakać...

Najłatwiej byłoby móc co wieczór wypić butelkę dobrego wina, ale to droga na skróty i moja wątroba mówi jej stanowczo NIE...

No cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo...

A ponieważ dzisiaj kupiłam 5 mieczyków


 

 i jedno piwo z mojej kultowej serii, więc jutrzejszej wycieczce na Manhattan po słoneczniki za 3 zł polskie za sztukę mówimy stanowcze NIE, albowiem...

Nie mamy gdzie tych słoneczników postawić...

A na kupno większego mieszkania, żeby zmieściły się wszystkie badylki nas nie stać.

Dalie - i te kupione w M. przy cmentarzu, i te, które dostałam od I. a cudne były, zeżarły mszyce. Mszyce w tym roku żrą wszystko namiętnie.  Na miejsce dalii posadziłam chryzantemy...

Może przetrwają. 

 

Jest długie lato w Portofino i dużo gości z różnych stron... 



 

 

 

 

środa, 23 lipca 2025

Wciąż

 mam TĘĘĘĘ MOOOC Kochany Pamiętniczku :) 

Urlop zaczęłam w poniedziałek od pomycia okien w kuchni i małym pokoju, po czym padłam wyczerpana, jak ten króliczek Duracella, gdy mu się bateria skończy. Ale czyste okna wynagrodziły mi to ujście energii, jakoś zaćma mi przeszła i lepiej było widać świat.

W nocy ulewa była i to niewąska :) 

We wtorek - 22 lipca, przeżywałam znów jak mrówka okres, bo...

Bo 22 lipca to moja młodość.

A w zasadzie od dzieciństwa to był fajny dzień, bo wiadomo - święto odrodzenia Polski - zabawa taneczna w strzelnicy - tak, mam miłe wspomnienia, bo wtedy ojciec ze mną tańczył, jeszcze trzeźwy, później dzieci znikały do domu i to już nie była moja bajka. A dzięki temu umiem tańczyć i walca, i tango, i oberka, i inne takie. Ojciec był dobrym tancerzem.
A późniejsze 22 lipce to czekanie, dojedzie, czy nie dojedzie, bo to był gorący okres żniw. I nigdy nie wiedziałam, czy da radę się wyrwać na zabawę. No cóż, nie było telefonów (my nie mieliśmy, on też nie), nie mówiąc o komórkach :) A listy nie dochodziły z dnia na dzień, żeby przewidzieć, co będzie tego dnia. Dzisiaj to rozumiem, ale kto wytłumaczy zakochanej nastolatce, niemającej nic wspólnego z rolnictwem, że to jednak siła wyższa? :) 

A potem - już po wielu latach - czekanie. Urodziła się 22 lipca o 00:58... Po kilku dniach czekania, po terminie, już z komórkami, ale... P. jest jaki jest i zawsze ma wykręty, z drugiej strony nie mogłam go przecież bez ustanku męczyć, nie wiedząc, co się w danym momencie dzieje.

Mała Wiedźma, od razu tak przeze mnie ochrzczona, bo przecież wnuczka SJ nie mogła mieć inaczej na imię.
I to był mój czas - buntu, zaprzeczenia, nieakceptowania. Bo jak to, ja taka młoda kobieta, mam być babcią? Tym bardziej mnie to wkurwiało, że wszyscy zaczęli do mnie mówić: babciu. Nosz, kurwa... Wścieklizny dostałam i powiedziałam, że wykreślę wszystkich z życiorysu, którzy będą do mnie mówić babciu. Bo babcią jestem tylko dla MW, a dla reszty jestem: panią, SJ, mamą. 
Podziałało. 

No a potem różnie to bywało: podbiła moje serce przy pierwszym spotkaniu, bo też była (i jest) przeurocza.

Inna bajka to jej rodzice i jej wychowanie.

Dopiero dziś, kalkulując na zimno, podsumowałam, że winni są oboje. Ale morda w kubeł i nic nie napisałam, bo podjęłam męską decyzję: mam to w dupie.

Niezależnie od wszystkiego, od wszystkich tłumaczeń, wykrętów, wylałam swoje żale na głowę I. (jak zwykle), który też jest w tym wszystkim poszkodowany.

U mnie się przelało z czubem.

Podkreślałam, że chcę mieć kontakt na MSG (ma MSG). Że nie piszę SMS, bo za darmo mam tylko na ajfony, a tak to płacę (tak, szkoda mi kasy nawet na głupi SMS), oni mają na abonament, a mnie szkoda kasy na abonament, bo za kartę płacę mniej niż 100 zł za cały rok (oni chyba płacą więcej miesięcznie, ich bajka). MW siedzi non stop na telefonie, wciąż z kimś klepie. Życzenia - zarówno od I., jak i ode mnie są do dziś nieodczytane. Niedochodzące wiadomości MSG to wykręt stały. Za kasę, a posłaliśmy ją oboje - ani jednego dziękuję.

P. wiedział, że podsłaliśmy, bo ma powiadomienia na telefonie, konto podpięte jest pod jego konto. A i ja napisałam, że żeby nie było, bo pamiętałam.

I nic. 

No to do widzenia ślepa Genia.

Starałam się ostatnio ocieplić stosunki, winna się czułam, że z I. jadę na obiad, a ich nie zapraszam, więc...

A, nevermind.

Skończyło się.

I nie, nie będę się czuła nieswojo, że nie traktuję równo wnuków, na przyjemność też trzeba sobie zasłużyć.

Nie mam od nich żadnej laurki od lat, a MW rysuje nałogowo.

Nie mam żadnego jej rysunku.

Nie mam z nimi prawie żadnego kontaktu, a wiem, że jeździ sama do miasta, chodzi z koleżankami po galeriach.

Więc co za problem podjechać do mnie, te 4 przystanki autobusem?

Zapraszałam - napisz, jak masz czas, umówimy się, wiesz, że pracuję i nie zawsze mogę.

Tak więc koniec balu panno Lalu.

Jeśli ktoś nie docenia mnie, dlaczego mam się na siłę starać o odrobinę szacunku (bo już nie uczucia) dla mnie?

Że nie jeżdżę z nimi na wakacje? Że nie zapraszam na wakacje do siebie? Nie stać mnie na jeżdżenie. Sama nie jeżdżę, szkoda mi kasy, najlepiej czuję się we własnej chacie.

Proponowałam balet, bo sama lubię, a ona żałuje, bo ją z baletu w UK wyrwali z korzeniami. I nawet znalazłam imprezę. Właśnie wczoraj. Ale zastanawiam się, po jakiego chuja mam wydawać ponad 500 zł na bilety?

Coraz bardziej na serio myślę o odejściu z pracy, a kasa się rozchodzi jak świeże bułeczki, dziś nie wysiliłam się, a z konta zjechało 500 zł, inna bajka, że 300 wypłacam na Manhattan, bo mój zasrany bank ma tak, że poniżej 300 zł bierze prowizję.

I wcale nie zaszalałam, ot zakupy, żeby nie latać co dzień po sklepach, bo to też generuje wydatki - zawsze się coś kupi, bo wpadnie w oko.

A ja jestem Szkotką wyrzuconą za skąpstwo ze Szkocji i...

Nie wiem, ile zostawię u dentysty.

Okulista - może spowodować, że stracę pracę.

Ze wzrokiem nie jest najlepiej.

Okulary - jak pójdę pod nóż, to będę musiała zmienić, a z moim astygmatyzmem to nie w kij dmuchał za szkła, nawet jak oprawki wezmę tanie. Jak wylecę z  pracy, to żadnej refundacji nie dostanę, no i w sumie co to jest 200 zł?

Aparaty. Mają już kilka lat. Też już zero refundacji, a dopłata z NFZ to grosze.

Mieszkanie. Za chwilę będzie się prosiło o remont.

Sprzęt - odpukać, na razie wszystko gra i buczy, ale kto wie, co mnie czeka.

Więc spoko - nie muszę iść na balet. Nie odchamiałam się od studiów, mogę umrzeć nieodchamiona. Zresztą mam YT i inne zabawki :) 

I tak myślę.

Drugi kraniec - Łobuzy. Już nie wrzeszczą od proga, co dla nas masz, koniec z łapówkarstwem, wyrosły z tego, gdy skarcona przez ich rodziców zaczęłam przyjeżdżać z pustymi rękoma. Lecą, wieszają się na szyi, wrzeszczą, że dawno mnie nie widziały i tęsknią, kapcie w zębach niosą, i za chwilę lecą z karteczkami, gdzie jak wół stoi, że mnie kochają i że... inne takie tam.

Całą teczkę takich skarbów mam.

I nie, nikt ich już nie namawia do rysowania. 
Rysują i piszą same.

Za każdą rzecz, którą dostaną, dziękują.

Jeżeli dostają zaocznie, dziękują przy następnym spotkaniu.

Ja nie pamiętam, co dostały, bo mnie to rybka, ale jak się chwalą swoimi skarbami, to pamiętają, co ode mnie i podkreślają.

I jak gdzieś jadą i kupują pierdoły, to i mi przywożą - chociażby głupi magnes na lodówkę, kupiony za własną kasę.

Dwa odrębne światy.

Więc pierdolę, będę różnicowała. 

Kto bogatemu zabroni?

"Za miłość zapłać miłością, za pożądanie - pragnieniem, choć jesteś jeno ciemnością i bozym cieniem..."

True story.

No to tak se polamenciłam, ale przecież nie mogę cały czas nieszczęsnego I. dusić. I zamęczać.

Z P. sobie porozmawiam, bo pisane to: nie pisz credo na parkanie.

Jego żonie też powiem, co o tym wszystkim myślę, bo nie może mi w oczy kadzić, a na wszystko mówić, że: idź do swojego syna.
Skoro mam do niego iść, to pójdę.

I nie, do żadnych szpitali nie będę już latała z wywieszonym ozorem.

W dupie mam.

Pora zacząć dbać o siebie i swoją dupę.

Popcorn kupiony i przyglądam się z boku rekonstrukcji.

Cóż mi pozostało?

Na żadne manifestacje chodziła już nie będę, siły nie te.

Ale urlop mi się podoba.

Wysypiam się do wypęku - to fantastyczne uczucie móc poleżeć w łóżku do 9 bez stresu, że nie mam zakupów z Manhattanu, że poczta.

Pograć, nie liczyć czasu.

Wstać, poszwendać się jak smród po gaciach w piżamce.

Zastanowić się, co na śniadanko. 

I co zrobić z resztą takiego pięknego dnia.

Okna ogarnięte.

Dziś był dzień zakupowo-gospodarczy, potem gotowanie - w sumie mam obiad do końca tygodnia, więc spoko.

Może jakaś mała wyprawa do miasta jutro?

Albo karton, który stoi na widoku jak wyrzut sumienia i prosi od kilku tygodni o przejrzenie zawartości?

Podanie o paszport - to nie takie proste, bo nie wiem, czy wstrzelę się z wolnym terminem na złożenie, jeszcze nie sprawdzałam.

I na serio - każdy ma prawo do swoich marzeń.

Ale nie rozumiem konieczności "jechania na urlop".

Jeździłam do UK, bo to była jedyna opcja spotkania się z chłopakami.

Fajnie było, dopóki byli singlami i balangowaliśmy. Później już nie.

A jechać teraz gdzieś, żeby siedzieć u kogoś (bo tak było jak się odsinglili), jaki to ma sens?

Siedzieć na dupie to ja mogę w domu. Mam wszystko, co lubię pod ręką.

Wszystko mogę, nic nie muszę.

Oszczędzam sobie czasu na dojazdy gdzieś tam.

Pakowania.

Zawsze czegoś albo nie zabiorę, albo zapomnę - nawet jak jadę na te parę dni na włości.

Więc nie.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

I pogoda (nie przeklinać mnie, nie zawsze mam tak dobrze) moja ulubiona.

Jest ciepło, aczkolwiek chłodnawo :)  I pada, zieleń wciąż zielona do szału, do ostatka, do dna. 

Jeszcze niezakurzona.

Fakt, dla rolników ciężkie chwile.

Żywność droga i będzie droga.

Ale ja jestem choć przez chwilę, przez moment - szczęśliwa.

Home sweet home.

Ozzy odszedł. I złapałam się na tym, że ja ani Queen, ani Black Sabbath, ani innych wielkich nie ogarniam.

Więc próbuję.

Cóż, OK, fajnie.

Ale zupełnie nie moje klimaty. Może dlatego, że nie miałam za wielu okazji do słuchania muzyki za młodu? Już po czasie studiów i wiejskich potańcówek, gdzie raczej Queen nie grali? I koncertów życzeń, gdzie Black Sabbath nie istniał?

Mój ojciec szału dostawał na Czerwone Gitary i inne zespoły z tamtych lat, mówiąc: te szarpidruty...

Ja sama muzykę tak naprawdę zaczęłam odkrywać dopiero z walkmanem i innymi wynalazkami  - słuchawki.

Ale i tak moje klimaty to lata 50., 60.

I nie hard rock.

Owszem, posłucham, ale się nie jaram :) 

Tak jak nie jaram się niczym z ostatnich lat - nawet nie znam piosenkarzy polskich, tych ze ścianek - nazwiska obijają mi się o uszy, ale...

Jak woda po gęsi.

Denerwowałam się, jak wszyscy (w tym i jedna z moich synowych) zachwycali się  Hera koka hasz LSD, że takie głębokie.

Niedawno czytałam, że wykonawczyni tego kultowego przeboju jest na odwyku.

Dziwne czasy, dziwni idole, dziwne wartości. 

I tak jak lubię Kwaśniewskiego, tak wkurwia mnie, że pójdzie na zaprzysiężenie alfonsa.

Tłumaczy to:  "może w raju jest tak, że każdy prezydent to jest ulubieniec, ale nie żyjemy w raju".

Za to brawa wielkie dla Wałęsy - prosty, wyśmiewany, wielki człowiek. Zna pojęcie słowa honor. „Odmawiam udziału w tym gorszącym dla mnie widowisku".

I nie, nie przemawia do mnie, że to też będzie mój prezydent.

Gówno.

Tak jak Ążej nie był nigdy moim prezydentem.

Debil.

Mam prawo mieć własne zdanie na każdy temat.

Od 2015 i 2017 jestem na emigracji wewnętrznej.

I dalej tam będę.

Bo mogę :)  

 


 

 

 

sobota, 19 lipca 2025

Jestem

 złą: matką, babcią, teściową, kobietą, człowiekiem, Kochany Pamiętniczku.
Nie da się ukryć.

To jasne jak plamy na słońcu.

Łamałam się, że skoro P. wpadnie w sobotę, żeby obiad zrobić.

Ale upał jak dla mnie jest zabójczy.

I kombinuję, jak koń pod górkę, o  co b...

Bo Inżynier mówi wprost: możemy na nocowankę i podaje powód. Uzgadniamy plan, z obiadem, bez obiadu, ze stresem (jak się włóczy po nocy), czy bezstresowo, jak dusimy się na kanapach z dziećmi...

Jak potrzebuje coś, mówi.

Jak ja potrzebuję coś, też mówię wprost.

Do obu mówię.

Że pożądam fachowca. Że coś się jebie, a matka jest tylko jedna i na dokładkę niezguła.

A P. powiedział, że wleci w sobotę  z dziećmi, bo nie zabrał uszykowanych do oddania książek, o które bezskutecznie proszę od lat. Bo są mi potrzebne, inaczej bym nie drążyła, wziął to wziął. Dałam Elementarz Falskiego, bo  oba z Dżemorem miały kłopoty. Nie wiem, czy skorzystali, elementarz przydałby się Kalafiorkównie, Alienek czyta jak karabin maszynowy. Elementarz kosztował 95 zł, oryginału nie mam, to reprint. Dlaczego mam drugi raz płacić za coś, co jest moje?

Żona pojechała na jakiś koncert do Krakowa ze swoją najlepszą psiapsi, dla mnie bardzo kontrowersyjną osobą, przez moment miałam ją w znajomych na FB. I nie, nie moje klimaty, zresztą jak zawsze. Synowa jest uwielbiana przez swoich znajomych, wspólni znajomi mają o niej niestety, inne opinie. 
Nevermind. Jestem Szwajcarią, tym bardziej że z ust płynie miód, a realia... 

Pisze: o której możemy wlecieć.

Odpisuję, jak Wam pasuje.

O 16. OK.

Po wczorajszej akcji zamykania padam na mord, więc obiad jest po linii najmniejszego oporu: rosół z lodówki z ubiegłej soboty, kiedy mnie napadła młoda włoszczyzna (lodówka jest git majonez, rosołowi nic się nie stało) plus koncentrat, a że nawet nie chce mi się gotować makaronu, wrzucam groszek ptysiowy i odrobinę bazylii z balkonu. Wychodzi obiad na 2 dni.

Czekam na nich, wciągam Misję Afganistan, kręci mnie.
Przychodzą.  

I...

Jestem świnią i to okropną.

Cała trójka jest nieświeża.

Kupa jeża zawsze świeża, jak nieświeża, to nie jeża.

Mają wszyscy wspaniałe, bujne włosy po Eksie. Po mnie Papryczek i MW mają falujące. Duszę bym sprzedała, gdybym ją  miała za takie kudły.

Ale...

Są nieświeże, nieczesane od wieków i tłuste tak, że przytulam się z myślą o tym, kiedy umyję ręce...

U mnie w domu woda nie była nigdy racjonowana. Szampon też nie. P. moczyć się moczył co dzień, ale o mycie głowy (a kudły miał do pasa) trzeba było toczyć boje. Toczyłam, ale widać nie wygrałam wojny.

Mniejsza z większym. Karnie zdejmują buty, choć tego nie wymagam, bo podłoga jest dla ludzi.

Ale zdejmują i... Towarzystwo sadowi się rządkiem na kanapie, kładąc brudne nogi na niej.

OK, to we własnym domu jak najbardziej OK, ale u kogoś? Nieważne, że u babci, brudne nogi na kanapie, na której ja śpię...

Dla mnie profanum.

Wykorzystuję syna, bo po tym rozjebaniu prądu w lodówce miga wciąż niebieskie światełko na jakichś ustawieniach i żadne duszenie nie pomaga. Kilka sekund i nie miga :)

Podaję lody. Papryczek na kanapie je tak niechlujnie, nie chce zjeść przy stole, że zaznaczam, że jak będę musiała prać narzutę, to pożałuje. Kubek z sokiem stoi na kanapie, na wysokości skaczących nóg, a ja czekam aż zleci... Na całe szczęście nie zleciał.

Od chwili jak weszli, to ja gadam. Pytam o wrażenia z  wyjazdu nad morze z dziadostwem, o dalsze plany na lato, o wszystko. I zdawkowe odpowiedzi OK, było fajnie. Mówię, żeby coś powiedzieli o sobie, pogadali. Nic.

Pierworodny siedzi w telefonie, MW również, a Papryczek skacząc na kanapie i wyginając się jak paralityk opowiada o MF trzysta coś. Jakbym korekciła maszynki. Pociągi, to jedyne o czym rozmawia.

Od czasu do czasu wbija mu szpilę MW, drą ze sobą bezustannie koty. 

Lody zjedzone, minęło 45 minut, P. mówi, że będą się zbierać, bo musi zakupy zrobić, żeby móc jutro coś na obiad ugotować.  

W międzyczasie chciałam jeszcze ubić śmietankę, bo kupiłam sobie w Lidlu i blender oraz coś takiego do siekania warzyw :) Jedno i drugie kosztowało parę groszy po 30 zł.  Jako że ja w automaty nieuczona, poprosiłam o pomoc syna. A ten mówi, że jak chciałam blender, było jemu mówić, bo ma taki jeszcze z UK i mógł  mi dać, bo chce sobie kupić nowy.
WTF?

Ma dobry z UK, mnie chce dać stary, bo chce sobie kupić nowy?

Fakt, moje z serii Silver Crest może i długo nie pociągną, ale...

Stać mnie na nie. Stać mnie na droższe też, ale właśnie ten droższy Zelmera padł zaraz po gwarancji :) 

I ja mam kasę, a oni nie. Więc jaki jest sens kupowania nowego urządzenia, skoro stare działa w momencie, gdy się nie ma pieniędzy?

No właśnie, oni nie mają pieniędzy.

Piorę w trzydziestoparoletniej Candy,  ale skoro pierze i ma się dobrze, to nawet jak mam kasę na nową - jaki sens ma zmienianie jej na nową, z bajerami, uruchomianą z telefonu, taką, co śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje?

Żeby wieszała pranie, zdejmowała suche, składała je i wkładała do szafy, to może bym się skusiła.

Taką pralkę przed II wojną światową miała Wańkowiczowa. Pralka nazywała się Marysia :) 

Pożegnałam się więc z nim z lekkim odruchem niechęci i niesmaku, te tłuste rzeczy, a przy bliższym spotkaniu zapach potu...

MW za 3 dni kończy 15 lat. Na pytanie, o czym marzy nie odrzekła nic, zajęta telefonem.

No cóż, wyślę daninę babciową na konto.

I tyle z takiej wizyty.

Wieczorem odzywa się I. na MSG.

Dosyła i memy, i filmiki - Kundel sapie zupełnie jak  wyjebana z relacji Krotoszyn - Pleszew.

Szybka piłka i włącza się Kalafiorkówna, że kocha babcię. Babcia ją też - i znajduje Stitcha...

Zachwytom nie ma końca.
Alienek odrywa się od książki i deklaruje, że on kocha babcię bardziej.

Babcia na to szlagwortem naszym: I just called to say i love You...

I dodaje Minecrafta kochającego w gifcie.

W sumie przez te parę minut na MSG wymieniłam więcej informacji i z drugim synem, i z wnukami, niż przez te 45 minut realu z moim wymarzonym wytęsknionym pierwszym.

Jeśli potrzebował: kasy, przytulenia (wystarczyło się ogarnąć, tuliłabym i całowałabym), pogadania (pytałam, odpowiedź - nie ma o czym gadać), zjebki, wystarczyłoby...

Ano co???

Powiedział, że jutro z książkami wleci :) 

Serio?

W sumie nawet nie czekam.

Mam urlop do 10 sierpnia.

Jestem: wredna, paskudna, ohydna, samolubna, skąpa i co tam jeszcze - niepotrzebne skreślić.

Też mam telefon i wiele innych zabawek.

Które lubię.

Lubię swój uporządkowany świat.

My Echo, my Shadow and Me...

I już sama nie wiem jak ocenić swoją obrzydliwość w skali od 1 do 10, gdzie 1 oznacza, że jestem całkiem OK...

No dobra, daję sobie z lekkim naddatkiem 9.

Bo tak, bo to są moje ostatnie lata.

I nie jestem Matką Teresą (wcale taka święta nie była).

 

Pytanie za 100 zł polskich: dlaczego to wszystko tak kurewsko boli?

Może jednak powinnam wydać parę setek na kozetkę?

 

Miłość jest bolesna, powiedział zając, tuląc się do jeża... 

 

 

 

piątek, 18 lipca 2025

Nagłówek

 zmieniłam, Kochany Pamiętniczku, bo mogę.

A mnie kurwica dziś.

Jakbym się nie starała, dupa z tyłu i tłumaczenie co miesiąc to samo.

Ale patrząc na to, co się dzieje - morda w kubeł.

Albo zgaszę światło, albo będę się napawała jebnięciem mojego następcy na pracowej niwie.

Dla M. był to ostatni miesiąc, odchodzi do M., za którym tęskni. To był naprawdę fajny duet w pracy, nie miałam z nimi ani jednej scysji, w sumie ja z nikim w tej pracy scysji nie miałam, w przeciwieństwie do Auschwitz.

Tylko raz Boss doprowadził mnie do tego, że płakałam w łazience, ale...

Bez daj racji.

I cała ekipa stała za mną.

Było, minęło, teraz jestem ulubienicą Bossa.

Ale też i w kuwecie nie dzieje się nic ciekawego, a wprost przeciwnie - robi się coraz bardziej nieciekawie.

Ale cóż, mniejsza z większym, mnie już bliżej do drugiego końca tęczy (co nie znaczy, że się tam napieram), co ma być, będzie, co ma jebnąć, jebnie.

M. na odchodne chyba trochę żałowała, bo tak wywnioskowałam z rozmów - jednak 13 lat to nie w kij dmuchał, zostawić to za sobą. Ja mam tu już 15 lat w tym roku we wrześniu. 

I tak na MSG zeszłyśmy na sprawy prywatne, żaliła się na swoje córki, ja swoich chłopców wychwalałam pod niebiosa. A jej córki pamiętam z lat dziecięcych - za gwiazdy gazety robiły. Bo u nas wszystko rękodzieło :)

A tu już dorosłe, fajne dziewczyny, chociaż ja osobiście, jak z marzeń młodzieńczych wolę egzemplarze męskie - są łatwiejsze w obsłudze, co nie znaczy, że prostsze.

I tak zeszło na to, że pojechała po córce tak, że ta o 23 zabrała się za... ścieranie kurzy...

No a że umawiamy się na prywatne spotkanie, bo tak, bo chcę, bo lubię M., a  jestem DDA, po usłyszeniu zaleceń, że okna muszą błyszczeć, zaoponowałam, bo mnie już comiesięczne mycie okien nie kręci. Na razie mam w miarę czyste. Ale usłyszałam, że na długim kiju i inne takie tam...

Nakręciłam się.

I nie, nie umyłam okien.

Ale...

Zapomniałam, że mam takie mądre i życiowe memy na lodówce :) 


 i rzuciłam się w wir ścierania kurzy...

A kurzy u mnie dostatek :) 

No to było w ramach czekania (niedoczekania) na pracę.

A że w Aldi zanabyłam priekrasnyje ściereczki z mikrofibry, bo ułożone były w tęczę, za jedyne 8 zł polskich 10 ściereczek...

... odkryłam, że (stara, a gupia jak but), że mikrofibra lepiej ściera kurz, niż te szmatki nawilżane...

I och i ach, jak lśnią moje półki i inne zakątki, ogarnięte z kurzu...

Jako że pracy nadal nie było (do końca dnia natrzaskałam 4 tys. kroków po mieszkaniu, bo słuchałam muzyki na ajfonie, nosząc go ze sobą, w kosmetyczce, której nie wyrzuciłam - przydasię, kosmetyczkę dostałam od teściowej jakieś, bagatela 30 lat temu, jak nie więcej, zawieszona na szyi na smyczy doskonale sprawdza się w łażeniu po mieszkaniu - z bezprzewodowych słuchawek sygnał znika, co wkurza, olaboga, plus 3 tys. rankiem Manhattan, razem 7 tys. super), ogarniałam, ogarniałam, nawet na Gwiazdkę ani na Wielkanoc tak nie ogarniam, już zaczęłam się zastanawiać, czy w ramach powera choinki nie zacząć ubierać...

Praca ruszyła o 17.30.

Trwała do 20.

I nie, kurwa, nie mam za to zapłacone, bo za nadgodziny nie płacą.

I co mi z tego, że mam już mieszkanie ogarnięte jak na Gwiazdkę?

Do Gwiazdki znów zarośnie.

Na koniec dostałam emilka:  

Wszystko pani Basiu, bardzo przepraszam, że tak długo musiała pani w komputer spoglądać i się doszukiwać materiałów... chciałabym się poprawić :)

No cóż, muszę próbować :) 
Miłego weekendziku :) 😀 jest pani najlepsza!
 
No wiem, że jestem, ale zemsta jest rozkoszą bogów i jaka to będzie rozkosz, jak ktoś inny będzie korekcił :)  
Więc odpyskowałam:

Tak się tłumaczymy co miesiąc... :) Ale OK :)  Nie weekendziku, tygodni :P 

Nie ma mnie do 10 sierpnia, choćby siekiery z nieba leciały :) 

Spokojnego ogarniania pracowej kuwety...

I tak sobie po cichu myślę... Odejdę, bez plecaczka i...

Pomarzyć można :) 

Serdeczności :) 

 

Ale wkurw mam.

I dopiero teraz uświadomiłam sobie, że przecież nawet jak M. do mnie wleci, a wleci, bo zapraszałam, to jest MOJA chata, moje reguły i to, że ją coś w jej domu wkurza, mnie zupełnie nie obowiązuje.

Uświadamiam sobie coraz dobitniej, że nieprzepracowanie kozetkowe traumy DDA mści się na całym moim życiu.  

Powoli usuwam co się da, takie przydasie - pierdyliard słoiczków po fajnym (aczkolwiek niezdrowym) jogurciku z Portugalii, czy innej Hiszpanii, już nie pomnę, bo... może kwiatki da się tam wstawić. I pojemniczki z  Lidla po crème brûlée (już z 10 wylądowało na śmietniku), na co mi te miseczki?

Odgracanie w toku.

Zegarek I. z I Komunii św., a jakże przystępował, leży od lat  na półce i się kurzy. 

 

Nawet nie pamiętamy, od kogo go dostał. Potrzebuje baterii, pytam - pamiętasz, chcesz?

Pamięta, chce (jeszcze nie tak dawno nie chciał).

Więc jutro polecę do zegarmistrza - jest sens wyjścia z nory - dopóki ten jeszcze na dzielni jest, bo wiekowy jest i dam mu go. Znaczy się dam I.

Jeden rupieć mniej do zutylizowania :) 

M. mówiła, że będzie się starała mnie do siebie ściągnąć.

Małe szanse, ale cóż, do księgi Guinnessa bym trafiła.

Z tym że nie chcę już etatu.

Chciałabym móc co wieczór sobie winko sączyć i niczym, i nikim się nie przejmować.

Tylko sobą.

Bo niewiele już dni przede mną, a tak w zasadzie jeszcze mniej ich miałam dla siebie przez całe życie.

Dzisiejszy bób był już stary. Szczęście w nieszczęściu, że mieszkam sama i bezkarnie mogę puszczać bąki.

Bo nawet mieszkając z własnymi dziećmi, które w tej dziedzinie mniej miały manier, bo matka nie słyszała, co najwyżej poczuła i zjechała, pomijając Eksa bez zahamowań bo ojciec lekarz wytłumaczył mu, że to fizjologia i jest OK, nie odważyłam  się puścić bąka poza WC. Byłam wychowywana na damę. A damy nie pierdzą, co nie? 

Od nich wróbelki odnoszą w dzióbkach :P 

 

A podczas gwiazdkowego sprzątania znalazłam jerychonkę. 

Nastolatką będąc zaczytywałam się Jerychonką Rodziewiczówny.

I na swojej krętej drodze życia spotkałam przed laty Cynobera, który mnie słuchał.

Nie odzywa się od lat, nie wiem, co z nim, a często o nim myślę.

O tej torebce na krześle.

I aczkolwiek...

A, nevermind.

Dostałam od niego jerychonkę.

Kilka lat leżała ostatnio na półce.

Dziś wsadziłam ją do wody.

I...


 Niewiele, ale odżyła...

Może jutro będzie znów zielona, jak kiedyś?

 

Życie nie takie płata figle.

I wciąż zapiera dech... 

 

A jutro wpada P. (taki jest plan), z przychówkiem.  Żona pojechała na koncert. Koreańskiego idola. Z wiadomo kim.

Morda w kubeł...

Lody kupiłam a Aldi, nie wydam kolejnych stów na lody w lodziarni.

I choć serce mi pęka, nie, nie gotuję.

Wyśpię się i od jutra znikam.

Bez plecaczka, zewsząd znikam :P

 

 

 

 

poniedziałek, 14 lipca 2025

Dawno

 nie było tak szalonego dnia, jak dziś, Kochany Pamiętniczku.

Od rana nic nie zwiastowało katastrofy.

Jako że w weekend pracowałam w czynie społecznym, nie musiałam sobie dziś wyrywać rękawów.

Aczkolwiek wkurzyła mnie nadszyszkownikowa M., bo dosłała mi do korekty w Wordzie tekst G. A ja ten tekst skorekciłam w SE w sobotę, dosłała go inna redaktor, więc uprzejmie donoszę, że jest skorekcony. A tekst kobyłą był.

Ale nie, nadszyszkownikowa M. (dotąd moja ulubiona) pisze, żeby korekcić, bo przeredagowała.

Nosz, ja mam pamięć wzrokową i przeredagowanie  sprowadziło się li i jedynie do poprawienia dwóch nawiasów z dopiskiem: dop. red. z kwadratowych na prostokątne, bo takie są reguły typografii. Pozostałe błędy były te same.

Więc mnie kurwica, bo kobyłę czytałam 45 minut. 

I w sobotę niepotrzebnie, i dziś.

A reszta szła jak szła, wolnym walcem, bez szału...

Aż zachciało mi się słodkiego po obiedzie, znalazłam petit beurre przeterminowane tylko o 2 miesiące, więc nówka nieśmigana i wpadłam na genialny pomysł: ciasto na zimno, z owocami. Petit beurre, galaretka ze skyrem i mam borówki.

Galaretka wystygła, wrzucam skyr, włączam blender, ale coś mi nie ubija...

I to chyba była moja wina, bo zamiast wyciągnąć z gniazdka angielską przejściówkę (korzystałam z innego blendera przedtem, z UK), wsadziłam polski blender w tę przejściówkę. Skyr ni chu, chu nie chciał zrobić pianki i nagle... jebut i czuję palący się plastik...

Poszedł prąd w kuchni, ale kompik chodzi, wszystko gra i buczy.

Zamiast zostawić kuchnię w świętym spokoju, drabinę wywlokłam i sruuu... Sprawdzać bezpieczniki.

A że miałam ciśnienie buzujące, nie myślałam logicznie.

Mam stare  bezpieczniki, znaczy się takie porcelanowe jeszcze.

I zamiast wyłączyć wszystko, wlazłam i wykręcam po kolei z gniazdka. Jeden był przepalony, wymieniam, złażę i okazuje się, że kompik nie działa. Światła nie ma w całej chacie.

Jebło.

Nie pomogło zmienienie bezpiecznika.

Piszę do I., mówi, że mógł iść przedbezpiecznik. A... mam cały czas włączony laptop służbowy do prądu, bo chyba jednak nie dostałam nowego, jak mi mówiono (bateria pada po 2 godzinach bez prądu). A właśnie wysypały się emilki...
Nie ma prądu, nie ma neta, ale przecież mam mobilny z telefonu.

Podłączam do lapka i do ajpadzika (akurat podładowany na maksa) i szafa gra.

Ale bateria w telefonie grozi zgonem.

Piszę do Pierworodnego, przyjedzie po pracy.  

Lecę sprawdzić przedbezpiecznik, okazuje się, że żaden z posiadanych przeze mnie w awaryjnym pęku kluczy nie wiadomo do czego nie pasuje do mojej skrzynki. Skrzynka jest na korytarzu.


 Jako że skrzynka ma prymitywny zamek, udaje mi się ją na siłę otworzyć. Już zgłaszałam kiedyś w spółdzielni, na siłę ją zamknęli.

Takie porządki, a co?


 

 No i mój licznik w całej okazałości - ani żadnego bezpiecznika, ani żadnej wajchy, którą sugerowały mi dzieci. 

Prądu nie ma.

Ale nagle przypominam sobie, że jestem gotowa na wojnę - mam cudny powerbank.

Ładowałam go bodajże jeszcze zimą, więc wyciągam z drżeniem serca, na szczęście wiem, gdzie jest i tadam...

Ajfonik jest ocalony, mam neta i w lapku, i w ajpadziku - mam kontakt ze światem.

I. dzwoni do pogotowia, ale mówią mu, że jak wezwanie okaże się nieuzasadnione, to będę bulić.

Mówię więc, że ma nie wzywać. Sytuacja jest na razie opanowana. Siku po ciemku to nie problem :) 

Dosyłają już II korektę, ale są współpracujący (spróbowaliby nie być) i może być jutro (bo drukarka nie ruszy bez prądu, skaner też nie).

A ja piszę czarne scenariusze, że jutro do redakcji, bo bez prądu nie ujadę, że poszło wszystko, że kucie, że remont...

I ciśnienie mi skacze...

Przed 18 ląduje z pracy P.

Nie chce rosołku, najpierw ogarnie wszystko.

Sprawdza bezpieczniki, jeden przegapiłam, też poszedł.

Sprawdza skrzynkę, włamuje się do drugiej - i jest. Jest mój przebezpiecznik, który padł. 

Wymienia. I MAM PRĄD :) 

A w kuchni słychać jakieś dziwne dźwięki, choć nic nie jest podłączone do kontaktu. Nawet P. leci sprawdzać swój telefon...

A to pika lodówka (nawet nie wiedziałam, że taką mam, co pika), że znów jest na chodzie :) 

Ponieważ jego rodzina jest nad morzem (dowiaduję się tego dopiero teraz), nawet pies tam jest, mówi, że jedziemy po bezpieczniki. Bo moje się skończyły (te 10 A do domu), a przedbezpiecznik 16 A, bo innego nie mam, a potrzebuję 20 A.

Jedziemy do Posnanii...

Jako że dziecko bez rosołku, słomiany wdowiec, wlokę go na burgera, oczy mu się świecą, ale w Pasibus za wodę mineralną płacę za tę małą butelkę 9 złotych :) No dobra, nakarmiłam moje dziecko - gdybym wezwała fachowca, zapłaciłabym więcej niż za tego burgera, a i nie wiadomo, o której by przyszedł.

Z nakarmionym lezę do Leroy Merlin, ogarniamy bezpieczniki, kupuję brakujący mi od dawna przedłużacz i... jestem lżejsza o kolejne 100 zł.

Ale nie będę latała do marketu za każdym razem, jak mi coś jebnie.

Wychodzimy z Posnanii, a niebo


 Dojeżdżamy do domu, P. wymienia bezpiecznik na automat, opanowuję włam do skrzynki z bezpiecznikami i...

Dziecko znika, bo pada na mordę.

A ja ogarniam bajzel i też padam na mordę.

Siadam do kompika, nagle słyszę jakieś dziwne odgłosy, niby muzyka, a jednak nie muzyka...

Sprawdzam ustrojstwa, nic nie gra...

A to ulewa była, deszcz tak dudnił...

Nie zdjęłam aparatów, a balkon był otwarty.

P., o dziwo, karnie się melduje, martwiłam się, bo naprawdę padał na pysk. Nawet piwa nie chciał w Żabce (tak, wlazłam, łamiąc zasady, do Żabki, bo żeby dziś zasnąć, muszę się lekko znieczulić - nie ma innej opcji, wino kupiłam, dupy nie urywa, ale znieczula).  Ponoć nie bardzo zmókł.

I tak sobie wieczorową porą, wyjątkowo w aparatach, bo nawet mi się ich nie chce zdjąć, słysząc rozmowy z wnęki pod moim balkonem, wszystkie jadące na sygnale karetki, i ten deszcz...

Myślę, że jednak dobrze mieć takie paskudne dzieci, jak moje...

Co one winne, że tak paskudnie je wychowałam?

Że nie dałam im wszystkiego, co chciały mieć?

P. chciał mieć motor. Miał jakieś 20 lat, może ze 2 więcej. Oczywiście, nie dostał, bo jak z pensji korektorki, utrzymującej 3 osoby?

Kiedy już po kilku latach zapytałam go, a co z motorem (ja mamie Lamborghini kupię, rzekł, wyjeżdżając do UK), odpowiedział: mamo, mam córkę. Ona mnie potrzebuje, ja nie chcę już motoru...
A dziś mówi do mnie, że jego córka marzy o motorze.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni. 

 

Myślę, że Małej Wiedźmie przejdzie, bo widzę, że jej ojciec jednak kombinuje.

I nie, nie dołożę ani złotówki.

Bo jak matka syna nie kocha, a babcia wnuczki, to im motor kupują.

 I tak minął mój szalony dzień.

Wniosek: jestem uzależniona od prądu.

Jestem starą wariatką.

Jestem niepoprawną Kasandrą.

Pora przestać pisać czarne scenariusze.

 

I tak warto żyć. Jutro od rana skok na wydruczki, rozmrozić wołowinkę na środowy obiad.

A P. znów chce zmienić pracę...

Idzie na rozmowę o nową.

On miał więcej prac w swoim życiu, niż ja włosów na głowie.

Tak, nie ma szczęścia. Jak i ja.

Do zarobków, bo do wykorzystywania pracowitości to inna bajka.

U nas to rodzinne i jakieś sfelerowane geny są...

Jack Rabbit primitivo z płaza, całkiem, całkiem, ale pora spać :) 

Spłynęło ze mnie dziś jak woda po gęsi...

I tak miało być :)  

  


 

sobota, 12 lipca 2025

Wojenne

 dziewczyny właśnie skończyłam, całe 5 sezonów, Kochany Pamiętniczku.

Po latach oglądania tylko (przeważnie) amerykańskich produkcji, odkąd są napisy do polskich filmów, przeprosiłam się z polskim kinem. Pewno, że obecne produkcje to  nie są dzieła na miarę Krzyżaków, Kanału, Nocy i dni, i innej klasyki. 

Ale odczuwam już przesyt amerykańską produkcją.

Nijak to się ma do naszych realiów, choć nie powiem, robią całkiem dobre filmy.

Ale... Co najbardziej mnie tam wkurza - włażenie w butach na łóżka.

Tak, taki drobiazg. 

Ale gość wchodzi do domu, do swojego pokoju.

To, że nie zdejmuje butów - małe miki - jego dom, jego zasady. Ja zdejmuję, ale gości od tego odciągam - podłoga jest dla ludzi, nie ludzie dla podłogi. Domagałam się tego, gdy dzieci były małe - wiadomo, podłoga to ich miejsce bytowe. A i tak codziennie sprzątałam ją odkurzaczem i myłam na kolanach na mokro. Bez przesady, można było u mnie jeść z podłogi. Teraz trudniej, bo panele zbierają kurz jak cholera, a że jestem sama i nikt mi się po podłodze nie szlaja, to ogarniam raz na tydzień - zresztą i siły już nie te. Ale do dziś Banda Czworga obrywa, gdy nawet w domowych kapciach włazi mi na kanapę - o wejściu na pościel w nich nie ma mowy.

A Amerykanie luz i hasta manana - wchodzi do pokoju i sruuuu w butach z ulicy na łóżko. Zasłane. Ja nie mam żadnego zasłanego łóżka, nie mam w sumie sypialni. Mogłabym mieć w jednym pokoju, ale... Denerwuje mnie słanie łóżka. W rodzinnym domu w zasadzie mieliśmy jeden pokój, bo w drugim, szumnie zwanym "na tapczanie", bywaliśmy tylko z okazji jakiejś uroczystości, spali tam goście. Przyczyna prozaiczna - węgiel był na przydział i nie starczało na ogrzewanie dwóch pokoi. Gnieździliśmy się więc w jednym pokoju we czwórkę, stało tam łóżko małżeńskie i kanapy. Fakt, że pokój był tak duży, że nie brakowało nikomu miejsca, ale... 

O prywatności nikt nie słyszał.

I to słanie łóżka co rano, pierzyny ogromniaste, wyrównywanie ich kijem od szczotki, bo rękoma się nie sięgało... Kapa...

Olaboga aż mam dreszcze.

Ale zasłane łóżka i był porządek. Kurze starte, wszystko na swoim miejscu.

To zostało mi na zawsze. Bo jak kiedyś mój szwagier z lekceważeniem powiedział, na moje, że nie mogę, bo muszę posprzątać: co ty tam w tej swojej kanciapie sprzątasz?

Sam miał rezydencję, ale bardzo nieekonomicznie rozplanowaną, w której był wieczny bajzel.

Bo właśnie w takiej kanciapie, żeby dało się żyć, trzeba ogarniać na bieżąco. 

Więc nawet jak mnie krew czasami zalewa, a sama jestem i co komu do domu, jak chałupka nie jego - rano wyganiam Niechcieja i niezależnie od tego, w którym pokoju śpię, chowam pościel.

Porzundek zaś ale musi być.

U moich dzieci jest inaczej. P. ma zagracone na maksa, nie wiem, jak ze sprzątaniem, bo sprzątają wiecznie, a zawsze mają bałagan. I w UK tak było, i tu. Nie wnikam, dopóki nie muszę w tym siedzieć, w dupie to mam.
Zaś I. mają sypialnię i każde dziecko ma swój pokój.

Nie ścielą łóżka. 

Nie, nie chodzę obserwować, w czasie wycugu pracuję w biurze, które przylega do sypialni, drzwi są pootwierane.

U dzieci ostatnio jest porządek - w miarę, mają tyle zabawek, że można otworzyć dwa sklepy z zabawkami, więc nic nie będzie nigdy stało pod sznurek. Ale warunkiem korzystania z komputera jest sprzątanie, więc ogarniają w miarę. 

Jednak łóżeczka nigdy nie są posłane.

Tłumaczyłam I., że to podstawa do wyrobienia nawyku porządku, ale to uparte stworzenie ma inna koncepcję.

W sumie rybka mi to, nie mój cyrk, nie moje małpy.
Z tym, że po każdej wizycie synów z progeniturą odczuwam nieprzepartą potrzebę sprzątania wszystkiego i dopiero gdy ostatnia pierdoła leży na swoim miejscu, oddycham z ulgą.
Bo logistyka mieszkania szaleje - kwiaty trzeba tak poustawiać, żeby nikt na nie nie wpadał,  wazony przestawić, żeby w razie W nic się nie wylało na "elektrykę". I inne takie tam... 

Tak, wiem, popierdolona jestem, ale...

To mieszkanie jest już jednoosobowe, starej staruchy, z nawykami.

I nie, że latam co dzień ze szmatką i kurze ścieram, nie.

Ale lubię iść na pamięć, nie patrząc pod nogi i wiedząc, że nie potknę się o nic.

Nauczyłam ich już ustawiać karnie buty w przedpokoju, lamencąc, że znów została zastawiona pułapka na biedną babcię...

Nawet dziecko, wracające z nocnej lumpki w stanie wskazującym usuwa już buty z trasy pokój łazienka. Po staremu :) Bo nie chce mieć na sumieniu starej matki.

Ale daleko odbiegłam do wstępnego tematu...

Wojenne dziewczyny (na Netflixie) zajęły mi parę tygodni, bo to 5 sezonów po 13 odcinków. Recenzje były takie sobie, ale...

To nie jest prawdziwa wojna. Prawda. To raczej wojna w amerykańskim technikolorze i na modłę amerykańską. To trzy (zmieniające się, ale zawsze w trzyosobowym składzie) dziewczyny, niesubordynowane, zbuntowane, zakochane, odkochane, które dzięki swoim działaniom doprowadziły do białej gorączki Niemców w okupowanej Warszawie. Taka bajka. Ale aktorki młode, ładne, nieznane, nie interesuję się ściankami, więc nie wiem, czy się na nich produkują, czy nie. 
Idealny przerywnik w czasie czekania na kolejny tekst. 

I tu... zonk.

Jakże inne realia (abstrahując od tego, że to wojna). Jak dla mnie piękne meble, drobiazgi i... stroje. Niewiarygodnie piękne, te kapelusze, rękawiczki, torebki, sukienki. U mnie w domu leżały w skrytce (tak mówiliśmy na komórkę na poddaszu) niemieckie żurnale z okresu okupacji, nie mam zielonego pojęcia, skąd mama je miała, nie chciała na ten temat rozmawiać, wiem, że służyła u bauera. Zamykałam się w niej i chłonęłam te stroje... Tak, taka była wtedy moda, jak na tym filmie. Czy i Polki mogły się tak ubierać? Na pewno, znając ich elegancję (jestem wyjątkiem na tle legendarnej elegancji Polek, ubieram się jak łajza) też coś kombinowały. 

Więc podobają mi się realia w tym filmie. W kilku kadrach mignęła mi skrzynka do chleba - sama taką mam :) 


 Po Cioci, idealna. Sterana zębem czasu, ale chleb w niej nie pleśnieje, a zanim ją odziedziczyłam, miałam parę innych. Zniszczona, ale do dziewięćdziesiątki już chyba dobija - bo kto wie, jakie były jej losy przed wojną? Może to nawet z domu moich dziadków - nie dowiem się już.

Inna rzecz. Ile kombinowania było, żeby czegokolwiek się dowiedzieć. Trzeba przekazać wiadomość do Londynu. I tu zaczynają się schody. A dziś? Jaki to problem coś do Londynu przekazać? Są emilki, Messengery, Telegramy, Facebooki, Teamsy, SMS, pierdyliard możliwości. Zakaz fotografowania nie ma najmniejszego znaczenia w dobie satelitów, dronów, zdalnego sterowania...

Nawet bezdomni mają telefony komórkowe.

Łobuzy mają zegarki, którymi ich rodzice sterują zdalnie, z funkcją włącz, wyłącz, pokaż, gdzie jest dziecko i co robi. Zegarki, przez które rodzice mogą podsłuchiwać, o czym dzieci rozmawiają.
Z jednej strony totalna inwigilacja, z drugiej strony - dbanie o ich bezpieczeństwo. 

Sama pamiętam, jak przeżywałam, gdy P. wracał ze szkoły prawie 2 godziny... A szkoła jest 15 minut spacerkiem od naszej chaty. A on sobie poszedł na spacer po przyległych osiedlach - w miejsca, w których ja do dziś nigdy nie byłam...

I jak zabrała go koleżanka po firmowej imprezie do siebie, nie odbierał wiadomości, wyłączył telefon, żeby koleżanka nie mogła do mnie zadzwonić. Bał się. Mnie. Przez moją głupotę, bo zawsze mówiłam chłopakom, że jak popiją, to będą nocować na wycieraczce. A jemu pierwszy raz zdarzyło się popić... Inżynier też wtedy od zmysłów odchodził, scenariusze pisaliśmy razem...

Sama jestem namierzana przez I. Zgodziłam się na to, bo nie chcę im przysparzać kłopotów w razie W. 

Mnie to rybka, czy wie, gdzie jestem, nie mam nic do ukrycia. Znając moją orientację w terenie i na mapie, lepiej, że może mnie zlokalizować. Gdybym zwariowała i zafundowała sobie kochanka, poinformowałabym go o tym, prosząc, by mnie lokalizował. Chyba chce znaleźć trupka mamusi :P

Bo czasem nawet nie potrafię wytłumaczyć, gdzie jestem.

Więc (nie zaczyna się zdania od więc) – jaki szalony skok technologii. Sama mam dwa aparaty fotograficzne (i takie jeszcze na filmy, ale nie umiem filmów wkładać, tym zajmował się Ex, chociaż ja w życiorysie mam wielką miłość z zawodu fotografa), ale... odkąd mam ajfonika - aparaty leżą w kącie. Za dużo roboty ze zgrywaniem zdjęć i kolejne zadanie - gdzie schowałam kabelki do tego? I włażenie pod biurko, żeby podłączyć (już za krótkie teraz) kabelki do USB...

I okupacyjne realia.

Wiadomości, zdjęcia. 

A skany? Kto wtedy słyszał o skanerze...

Takie tam pomieszanie z poplątaniem przez jeden głupi, słusznie zjechany przez krytykę serial.

A z dziś...

Poszłam na Manhattan, bo w czwartek Pan od Pomidorków przyjechał chyba dużo później i nie miałam pomidorków.

Jak wychodziłam z domu, mżyło.

Zanim doszłam do Manhattanu lunęło.

Wróciłam do domu z mokrą dupą, ale pomidorki i zapas żarełka na tydzień mam.

Bo na poczcie było dziś 15 emilków - ogarnęłam, w tym 4 kobyły. Ano, wzięli się do pracy po godzinach. Tak, wiem, asertywność. Ale lało pół dnia, chatę sprzątnęłam już w czwartek, znudzona czekaniem na pracę. Bez dwóch, do których trzeba by odpalać drukarkę, nie lubię wydruków, poczekają.

Wczoraj nagotowałam rosołku (zapisać w kajeciku - zwłoki podrożały znów o 50 gr, włoszczyzna po 8,50 zł - gdzie ta włoszczyzna po 1,50 i takież zwłoki?). Dodatki do zupek są - więc do 18 powinnam przetrwać.  

A potem freelancer do 10 sierpnia.

I tak, będę wtedy asertywna :) Do bólu.

A lato piękne jest, jak wtedy, gdy leżałam pod czereśnią (tą z żółtymi czereśniami), na kocyku, zakryta drugim kocykiem, w sweterku i było mi ciepło, aczkolwiek chłodnawo :)

Jest kurewska susza i nawet taki deszcz jak dziś, a lało momentami zacnie, nie nawodni wszystkiego.

 I tym optymistycznym akcentem, my Echo, my Shadow, and Me żegnamy się z Tobą, Kochany Pamiętniczku...

Słuchając Galapagos...

 

 

 

 

piątek, 11 lipca 2025

Nie do wiary

 jak szybko mija czas, Kochany Pamiętniczku...

Dzisiaj mija 41 lat od dnia, kiedy na świecie pojawił się Inżynier. Urodziłam go, mając 30 lat, on po raz pierwszy został ojcem mając 33...  

Wciąż widzę siebie, jak stoję u teściowej w kuchni, takiej długiej, wąskiej, przy kuchence gazowej, już z wydatnym brzuszkiem i mówię: mamo, czy drugie dziecko da się kochać tak samo jak pierwsze?

I sylwester, jeszcze brzuszka nie miałam, roznosiłam jedzenie. Zaczepił mnie szwagier, nie ten, ten "lepszy".

Spytał, ile Ex zapłacił mi za to, że urodzę mu drugie dziecko.

A long story - nie moja, trudna, nie opowiem, dlaczego tak zapytał...

Nie wszystko na sprzedaż, a to naprawdę smutna historia.

I tak, jestem przeszczęśliwa, można kochać drugie dziecko tak samo jak pierwsze.

I można niebiosom dziękować za to, że jest.

Choć i drugą ciążę przejechałam na kupowanym na czarnym rynku partusistenie...

Zapominam czasem nazwy moich leków, a tę pamiętam.

I mój prawie zgon z powodu zapalenia cycków... Przyszywaną ciotkę, która uratowała mi życie, teściowa, na którą mówiłam mama, pojechała do Reichu, do swojej córki, która rodziła w maju. Miała wrócić na mój poród, bo Ex naparł się na wyjazd na saksy właśnie wtedy, gdy miałam rodzić. Nie wróciła, bo córka ważniejsza. 
Umierałam ze strachu, z kim zostawię Pierworodnego. Został z nim mój ojciec, o dziwo, P. chodził jak w zegarku, ojciec nie pił, ale wyszłam ze szpitala z zapaleniem piersi, nikt tego nawet nie zbadał, na drugi dzień po porodzie, bo bałam się o P.
I kradzione ze szpitala zastrzyki na zatrzymanie pokarmu, które w PL przysługiwały tylko kobietom, które urodziły martwe dziecko. I szwagier lekarz, TEN, który odmówił mi pomocy, mówiąc, że I. ma prawo do cycka. 

Humanitarny taki. Dzieci mają też prawo do żywej matki. 

A ja mam niedrożne cycki, o mało nie zagłodziłam P. 
Zastrzyki robiła mi szwagierka, która umiała je robić, bo jej ojciec umierał na raka.

Pełna konspiracja.

I przyszywana ciotka, która się mną zajęła i pracowicie co wieczór wyciskała mi cycki, drobna 150 w kapeluszu, na obcasach i na Trybunie Ludu, która wszystko wyolbrzymiała.

Klęłam ją tak, że do końca życia mi to wypominała. Ale I. był jej ulubieńcem, choć swoje wnuki kochane miała :) 

I wiele, wiele innych rzeczy. Bo to tylko 41 lat ;) Ale dziś wspominam te pierwsze dni. 

Bo to jest ten czas. 

Nigdy przez niego nie płakałam, jeżeli płakałam, to tylko gdy ocierał się o śmierć albo ze szczęścia, gdy coś osiągał.

Nie jest idealny, ale jest dobrym człowiekiem.

Niech mu się szczęści dalej.

Darowane lata, piękne lata.

Nie będę się dalej rozpisywała, bo zacznę ryczeć.


Imprezy nie będzie, ale to nawet lepiej, bo pogoda barowa, nie chciałoby mi się na nią jechać.

 

Sto lat, dziecko moje kochane :) Happy Birthday :)  

 

 

środa, 9 lipca 2025

Wdowią

 rentę dostałam, Kochany Pamiętniczku...

Całe 222,48 groszy :) Netto, nie wiem, ile to brutto, ale ze wszystkiego ściągną przecież podatek.

2500 rocznie - nie pomyślałam o tym tak, sama żyję z miesiąca na miesiąc - Inżynier tak to ogarnął. On ma plan chyba 10-letni wydatków, rozpisanych na miesiące, jak nie dalej. W Excelu, of course...

Ale też pacholęciem będąc nieletnim, nie zgodził się na kupno telewizora na raty. Na co nalegał i Ex, i Pierworodny. Bo my bardzo długo nie mieliśmy telewizora, oj bardzo. 
Kazał odkładać, ściągał mi z pensji, już nie pamiętam ile. Jak mi zabrakło, to dołożył z tej odkładanej kasy, ale  w następnym miesiącu musiałam mu oddać.

Nie darował ani złotówki.

Telewizor kupiliśmy za gotówkę i za talony za makulaturę, które zasponsorowała teściowa. Kupowała je od panów z MPO.

A jedyny egzemplarz w sklepie był właśnie za talony i zakręcona kolejka nie mogła go kupić, bo nikt talonów nie miał.

I tak, dzieci od małego wdrażane były w  domowy budżet i wydatki.

Pierworodny nie ogarnia do dziś, Inżynier jak widać, żyje z Excelem w łapie.

A ja?

Ja żyję racjonalnie, aczkolwiek bez dalekosiężnego planowania.

Już nie muszę.

Mam i na bieżące wydatki, i na w razie W.

A może by tak sobie telewizor kupić? ;) 

I tak, Kochany Pamiętniczku, z bólem dupy w jeden dzień ogarnęłam to, co zazwyczaj ogarniamy w co najmniej cztery dni. Dziś ogarnęłam bardziej ogarnięte coś.

Teraz zostaje tylko ukochana gazetka i 18 lipca THE END.

M. odchodzi jednak.

Coś się kończy, coś zaczyna...

Boss dzisiaj, dosyłając swoją pracę zapytał o samopoczucie.

Pewno się zastanawia. jakim cudem jeszcze żyję.

Ano - na złość, a co?

Jutro planuję szybki start na Manhattan (coraz trudniej mi te poranne wyprawy ogarniać), bo potem ma padać bezlitośnie.

No nic...

Zobaczymy.