urlop mi się trafił, Kochany Pamiętniczku :)
Ale w sumie bardzo fajny i jestem zachwycona.
Otóż zmęczona swoim nieróbstwem wzięłam się za...
Porządkowanie papierowego bajzlu.
Robiłam to już kiedyś, ale odchorowałam to, czytając listy od ojca i brata i przyrzekłam sobie - nigdy więcej.
Uleżało się, uklepało, denerwują mnie sterczące w szafach kartony, torby i inne takie tam...
A że pogoda w sumie barowa jest, rozmyślając nad tym, jakie biedne będą moje dzieci, gdy ja już będę z Abrahamem na chmurce piwko popijać i nóżką machać, postanowiłam co nieco ogarnąć.
A to naprawdę syzyfowe prace są.
I tak zaczęłam w poniedziałek, siedzę nad tym po 7-8 godzin dziennie, a końca nie widać.
Najgorsze jest to, że nie mam niszczarki do papieru, na serio myślę o jej kupnie, bo...
Samych kopert z adresami i pism zusowskich z danymi RODO mam od metra.
Nie mam żadnego znajomego z piecem, ognisko też raczej odpada - muszę pogadać z Inżynierem, czy da się to jakoś sfajczyć. Ten stempel z Alledrogo odpada, ręka by mi odpadła przy stemplowaniu, a i na tusz bym nie zarobiła, no i czas - zanim zatuszuję dane wrażliwe, trwa.
Próbowałam takim grubaśnym czarnym pisakiem, ale litery przebijają.
Mam paranoję? Maybe.
A może nie.
Nie takie cuda się dzieją.
Więc...
Zabrakło mi opakowań.
Więc udałam się do Action, bo tam cenowo najlepiej, w takim kiosku koło nas za skoroszyt śpiewają sobie 7 zł...
Wróciłam ze stosem teczek i skoroszytów, ale obawiam się, że to nie starczy do ogarnięcia tej kuwety :)
Co za cuda wianki znalazłam - paszport brata (jak on, kurwa, paszport w domu zatrzymał, kiedy trzeba było oddawać?), jego dowód (a jeszcze nie dotarłam do teczki, w której już kiedyś zamelinowałam jego papiery, zdjęcia i to, co do mnie przyniósł odchodząc z tego świata). Legitymacje mojego ojca, w tym i PZPR-owską i pierdyliard innych, TPPR...
Wszystko w twardych płóciennych oprawkach. Jak to zutylizować? Bo w sumie kogo to interesuje. Nie będę na stare lata siedziała i przeglądała na okrągło cieni przeszłości. Chcę się jeszcze trochę nacieszyć życiem :P
Rozmawiam z dzieckiem - mówi: przejrzymy, zostawić.
Z Action przyniosłam jeszcze
... tak, tam już jesiennie, więc i jego kolega wyszedł z ukrycia i u mnie już
A co tam, pogoda taka w kratkę, a ja od tego upału (dla mnie 25 stopni i ta wilgoć to upał)... wolę jesień. Więc welcome autumn :)
I tak przekładam z (jednej) kupki na wiele kupek.
Bo jest tam multum starych pocztówek z Poznania i okolicy
niezapisanych, czystych, zapisanych, z adresami ludzi, którzy już odeszli - segreguję.
Przewodniki, inne cuda wianki
Zapisane, niezapisane, z mojego dzieciństwa (pocztówka z zagranicy to było COŚ). Pocztówki z życzeniami od osób, które chcę zachować w pamięci, od mojej wychowawczyni i polonistki z podstawówki, która pisała do mnie aż do swojej śmierci, od Edy, od ludzi, którzy byli mi bliscy, bardzo... Wiem, do grobu tego nie zabiorę, ale czasem miło wrócić pamięcią, a przecież nie wiadomo, na jak długo pamięć ta jest nam dana.
Rachunki za telefon stacjonarny, zarejestrowany na teściową, która wyniosła się gdzie indziej, miała tam swój nowy numer, ale wciąż mi wygadywała, że mam jej telefon.
Ta torba zajęła mi dwa dni :)
Telegramy ślubne - w sumie psu na budę, ale... żal wyrzucić.
Rodziców kiedyś wyrzuciłam i do dziś boli (telegramy, żeby nie było, nie rodziców).
A, były tam też zdjęcia po Cioci i...
Tym pięknym sposobem znalazłam kilkanaście zdjęć, których nie mam w swoim archiwum, nie licząc stosu zdjęć ślubnych i nieślubnych z nieznanymi mi osobami. Te odłożyłam na bok. Może oddam do jakiegoś muzeum w Krotoszynie, są to zdjęcia stamtąd.
I...
Odnalazłam babcię i dziadka...
No dobra. To nie jest moja babcia, chociaż to jest moja babcia. To jest trzecia żona mojego dziadka. Moja babcia była drugą żoną mojego dziadka. Jak tłumaczyłam to I., nie ogarniał. Ale to jedyna babcia jaką znałam (ze strony mamy). Nie była dobra dla mojej Mamy i dla Cioci, ale jak znalazłam w jednym liście od Cioci, która się nią opiekowała, gdy chorowała na raka - spełniła swój obowiązek i ma czyste sumienie. A babcia umierała w męczarniach - wiem, bo byłam już wtedy nastolatką.A dziadek dzięki temu zdjęciu wrócił do mnie, bo już go nie pamiętałam. To znaczy: widziałam wciąż jak siedzi w takiej kiszkowatej kuchni, która miała może 1,5 m szerokości, a pod której ścianą stały rusztowania do prężenia firan (babcia się tym zajmowała) i obiera koziczkiem pyrki, a dłuuuga strużyna spada do wiadra. Nie pamiętałam już ani jego twarzy, ani imienia. Tylko nazwisko, bo mówiliśmy wszyscy babcia Marciszowa. Miał swoje dzieci z pierwszego małżeństwa (nie znałam ich), z babcią dzieci nie miał...
Wrócił do mnie z twarzą, był bardzo spokojnym i miłym człowiekiem. Miał na imię Ludwik. Nawet nie wiem, gdzie jest jego grób, ani babci też nie.
Pamiętała o nich Ciocia, ja już nie bywałam na ich grobach, nie było czasu podczas sporadycznych wizyt...
Zdjęcia skanuję i opisuję, bo wszystko przepadnie w niepamięci.
Niektórych zdjęć nie rozszyfrowała nawet krotoszyńska kuzynka, której to posłałam, a której dziadek i moja mama byli przyrodnim rodzeństwem.
Skomplikowane te koligacje, gdzieś mam (gdzie? może do tego dojdę, ale chyba nie w czasie tego urlopu) początki genealogii.
Czy starczy mi życia, żeby to ogarnąć jeszcze?
Dziś wyciągnęłam kolejną torbę, już mniejszą...
Tu już przeważnie tylko listy.
Pisane do mnie - od ludzi, których już nawet nie pamiętam, nie umiejscawiam w czasie, przeleciałam pobieżnie, bo i życia, i oczu nie starcza, te kartki są zapisane maczkiem po obu stronach... Te na zwykłym papierze listowym.
I pisane przeze mnie - nie mam pojęcia, w jakich okolicznościach wróciły do mnie :) Też zapisane obustronnie, też przeleciałam.
Nie da się ukryć. Byłam głupia jak but i to, co dziś jest dla mnie nędznym melodramatem, było wtedy wielkim nieszczęściem.
Listy od Przyjaciółek i przyjaciółek - jeżu kolczasty, umierałyśmy z miłości zupełnie niepotrzebnie.
I życie kręciło się wokół zabaw (five'ów, potańcówek), dramatów typu: kocha nie kocha. I dramatów niezrozumiałych dziś - bo nie można było nic kupić: zdobycie gatek czy pończoch, nie mówiąc o butach czy modnym ciuchu było wyczynem.
Czytałam, darłam...
Jeszcze nieubite :) Niektóre czytałam dokładnie, inne mniej. Umówiłam się z I., że zostawię te, które coś wnoszą do naszej historii... Może ktoś kiedyś przeczyta i wzruszy się tak jak ja. Bo z listu od siostry mojej babci dowiedziałam się, dlaczego i moja mama i jej brat, który zginął w Mauthausen mieli takie, a nie inne imię. A siostra mojej babci wyjechała przed wojną do Francji i tam zmarła.
Moja babcia pracowała w majątku i kochała się w guwernerze. Niestety, wyjechał i...
Wyszła za mojego dziadka, który był szewcem, a po miłości takiej do ostatka do szału, do dna zostało tylko imię.
Coś musi być w genach, bo ja też to przerabiałam :)
Ciocia zmarła mając 99 lat i 9 miesięcy, a ja spotkałam się z jednym z jej synów (a miała kilku chłopów na schwał) mając 7 lat w Polsce i po 50 latach - w Paryżu :) A potem z jedną z jej córek i z jej córką i jej rodziną w mojej wiosce - i to były bardzo miłe chwile.
Zdawałoby się - dalecy krewni, ale... Dostawała od nich paczki i moja mama, w tym lekarstwa nie do zdobycia w PL, przemycane w kawie, jak i ja, w czasach solidarnościowych. I I. dostawał kasę na studia - niewielką, ale od rodziny Eksa dzieci nie dostawały nic.
I z listów przyrodniej siostry, Przyjaciółki od lat (nasze drogi się rozeszły, gdy wyszła za mąż, co było jej wielkim marzeniem - ja "balangowałam" na studiach, ona nie chciała studiować, chciała mieć swoją kasę - została w rodzinnym bagienku, w wojnach domowych - mój ojciec i jej mama się pobrali, to temat na brazylijską telenowelę - dowiedziałam się dopiero teraz, że i ślub kościelny mieli. Mnie nikt o tym nie poinformował i umarłabym w niewiedzy. Ani ona, ani żona mojego ojca nie były na jego pogrzebie, choć zawiadamialiśmy. Telenowela. Ona została młodą wdową z trójką dzieci. A ja mam długie i szczęśliwe (momentami) życie. Nie zwierzam się już.
Próbowałam, przeszło mi.
Każdy ma swoje pod górkę :)
Spotkałam się z nią po latach na zjeździe z podstawówki. Włosów sobie nie wyrywałyśmy, zapraszałam, nie skorzystała, choć bywa w mojej wiosce.
Jej matka przeżyła prawie do setki.
Mieszkały razem i to też temat na telenowelę.
I nie, nie byłam na pogrzebie. Nie zawiadomiła mnie, dowiedziałam się od wspólnej znajomej.
Czasem się spotykamy.
Mamy kontakt na FB. Ale taki fejsbukowy. Życzenia. Suche informacje, jak odejdzie ktoś z naszego grona.
I tyle.
Czy żałuję?
Nie.
Żałować czegoś, co się stało, to cecha życiowych partaczy.
I tak podarłam wszystkie listy miłosne, a niektóre były bardzo fajne, zwłaszcza te od gościa, który na fotografii napisał mi (publikowałam ją kiedyś): nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy, co wówczas wkurwiało mnie niesamowicie, a dziś, gdy patrzę na nią (był bratem męża mojej przyrodniej siostry) myślę z czułością: jeżu kolczasty, jaki Ty byłeś mądry.
Taki bad boy, ale jak wiadomo, łobuz kocha najbardziej.
Nie ożenił się.
Nie żyje już.
Z całej rodziny przeżył i żyje do dziś najmłodszy, z zespołem Downa.
Może jednak powinnam pisać jakąś powieść?
Tylko skąd wziąć fundusze na jej wydanie?
Bo i takie pisma znalazłam, że włosy dęba stają na głowie - o rodzinie Eksa. Ojciec TEGO szwagra, piszący do niego, że za to, co robi, poda go na policję. Pismo mojej teściowej, rozwiedzionej już od dawna, z żądaniem zabezpieczenia JEJ prawa do spadku i protestujące przeciw poczynaniom TEGO szwagra, a jej syna... Wiem, I. mówi: kładę na to laskę. P. też tak mówi. Ja - nie roztrząsam, ale ten model tak ma, że czasem wraca do przeszłości.
Żeby móc się cieszyć teraźniejszością.
I listy mojego ojca, które też poszły jak kamienie na szaniec: z jednej strony rodzina Eksa uratowała mu dalsze życie, zatrudniając i płacąc ZUS, ale wbrew temu, co mówili, a o czym ja nie pamiętałam już, wiele rzeczy uleciało mi z pamięci: to mój ojciec załatwiał w tamtych czasach, gdy nic nie było, te świniaki, dzięki którym w zamrażarkach rodziny (my nie mieliśmy zamrażarki) nigdy nie brakowało mięsa.
A i po tym, jak sfajczyła się pierwsza drewniana (bo była faza na drewnianą, poszła z dymem w czasie spawania kaloryferów) chata na Wygwizdowie, to mój ojciec załatwiał w cegielni w K. (słynna kiedyś cegielnia) cegły na budowę nowej...
I zostawiam trochę listów od Cioci. Może któryś z moich synów przeczyta - zatrzyma się na chwilę nad swoim dzieciństwem, które fajne było właśnie dlatego, że mieli ciocię-babcię i wujka...
Wujka, o którym wszyscy z rodziny mówili pan, a który dla nich był wujkiem. Bo jakie znaczenie miało, że ciocia i wujek ślubu nie mieli?
Była ciocia, był wujek, były KOTKI :) A ja byłam wciąż dzieckiem.
Bo czekał na mnie rosół z makaronem (domowej roboty).
I ktoś się martwił o mnie.
Tak, dziś wszyscy mnie nienawidzą, bo mówię, że jesień idzie...
No ale co mam rzec, jak na Manhattanie już królują astry (a jeszcze Matki Bożej Zielnej, mojej ulubionej, taka ze mnie farbowana ateistka, nie było)?
A i kolejny Gnom w domu zagościł...
Łobuzy nad morze jadą.
Chwilę rozmawialiśmy na MSG, Alienek się pojawił. Skubany, prawie 300 stron dziennie ogarnia, fakt, że nie A4. Ma kompika, ale... czyta... I błogosławione niech będą biblioteki (cóż, nieodrodny wnuk magister bibliotekoznawstwa i informacji naukowej). Po kim on to ma? Nie po tacie, bo ten lektur nie czytał, a i książek raczej też nie, choć jest bardzo inteligentnym gościem, jakoś mu tak wyszło :) No, geny zygzakiem idą, ma to po babci, łącznie z szybkością czytania :)
Mówię, że wyślę łapówkę na nadmorskie szaleństwa.
Dziecię z błyskiem w oku: ile?
Mówię: niespodziewajka.
Rozmawiam z matką, mówi: księgowy, wie co do grosza, ile ma na koncie i w skarbonce.
A, to już nie są moje geny :)
Chociaż jestem zadowolona (w miarę) ze stanu konta. Dostałam i za pracę, i za ekstras, i za wczasy pod gruszą :)
I oby los dał mi jeszcze popracować, chociaż bez bicia przyznaję, że bawi mnie taki pracujący urlop.
A ile miałabym czasu na to na emeryturze!
No ale nie można mieć wszystkiego...
Jest 21.34, a już ciemno...
Wracają światełkowe, zadumane dni...
Miałam (mam) fajne i ciekawe życie i cieszę się, że ruszyłam te stare papierzyska, choć trochę bolało, jak likwidowałam listy miłosne.
Ale...
Niech pozostaną w mej pamięci.
To, co mnie cieszy, dzieci mogło zaboleć.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :)
A i znalazłam
notes z wykresami cyklu płciowego. Działa, tak zaszłam w ciążę i nawet "prognoza" płci się sprawdziła.
Potem już byłam ostrożniejsza i wolałam spiralkę :)
Też znalazłam. W dobrym stanie. Warta 24 zł. Na nie najgorsze winko starczy :P

























