dziewczyny właśnie skończyłam, całe 5 sezonów, Kochany Pamiętniczku.
Po latach oglądania tylko (przeważnie) amerykańskich produkcji, odkąd są napisy do polskich filmów, przeprosiłam się z polskim kinem. Pewno, że obecne produkcje to nie są dzieła na miarę Krzyżaków, Kanału, Nocy i dni, i innej klasyki.
Ale odczuwam już przesyt amerykańską produkcją.
Nijak to się ma do naszych realiów, choć nie powiem, robią całkiem dobre filmy.
Ale... Co najbardziej mnie tam wkurza - włażenie w butach na łóżka.
Tak, taki drobiazg.
Ale gość wchodzi do domu, do swojego pokoju.
To, że nie zdejmuje butów - małe miki - jego dom, jego zasady. Ja zdejmuję, ale gości od tego odciągam - podłoga jest dla ludzi, nie ludzie dla podłogi. Domagałam się tego, gdy dzieci były małe - wiadomo, podłoga to ich miejsce bytowe. A i tak codziennie sprzątałam ją odkurzaczem i myłam na kolanach na mokro. Bez przesady, można było u mnie jeść z podłogi. Teraz trudniej, bo panele zbierają kurz jak cholera, a że jestem sama i nikt mi się po podłodze nie szlaja, to ogarniam raz na tydzień - zresztą i siły już nie te. Ale do dziś Banda Czworga obrywa, gdy nawet w domowych kapciach włazi mi na kanapę - o wejściu na pościel w nich nie ma mowy.
A Amerykanie luz i hasta manana - wchodzi do pokoju i sruuuu w butach z ulicy na łóżko. Zasłane. Ja nie mam żadnego zasłanego łóżka, nie mam w sumie sypialni. Mogłabym mieć w jednym pokoju, ale... Denerwuje mnie słanie łóżka. W rodzinnym domu w zasadzie mieliśmy jeden pokój, bo w drugim, szumnie zwanym "na tapczanie", bywaliśmy tylko z okazji jakiejś uroczystości, spali tam goście. Przyczyna prozaiczna - węgiel był na przydział i nie starczało na ogrzewanie dwóch pokoi. Gnieździliśmy się więc w jednym pokoju we czwórkę, stało tam łóżko małżeńskie i kanapy. Fakt, że pokój był tak duży, że nie brakowało nikomu miejsca, ale...
O prywatności nikt nie słyszał.
I to słanie łóżka co rano, pierzyny ogromniaste, wyrównywanie ich kijem od szczotki, bo rękoma się nie sięgało... Kapa...
Olaboga aż mam dreszcze.
Ale zasłane łóżka i był porządek. Kurze starte, wszystko na swoim miejscu.
To zostało mi na zawsze. Bo jak kiedyś mój szwagier z lekceważeniem powiedział, na moje, że nie mogę, bo muszę posprzątać: co ty tam w tej swojej kanciapie sprzątasz?
Sam miał rezydencję, ale bardzo nieekonomicznie rozplanowaną, w której był wieczny bajzel.
Bo właśnie w takiej kanciapie, żeby dało się żyć, trzeba ogarniać na bieżąco.
Więc nawet jak mnie krew czasami zalewa, a sama jestem i co komu do domu, jak chałupka nie jego - rano wyganiam Niechcieja i niezależnie od tego, w którym pokoju śpię, chowam pościel.
Porzundek zaś ale musi być.
U moich dzieci jest inaczej. P. ma zagracone na maksa, nie wiem, jak ze sprzątaniem, bo sprzątają wiecznie, a zawsze mają bałagan. I w UK tak było, i tu. Nie wnikam, dopóki nie muszę w tym siedzieć, w dupie to mam.
Zaś I. mają sypialnię i każde dziecko ma swój pokój.
Nie ścielą łóżka.
Nie, nie chodzę obserwować, w czasie wycugu pracuję w biurze, które przylega do sypialni, drzwi są pootwierane.
U dzieci ostatnio jest porządek - w miarę, mają tyle zabawek, że można otworzyć dwa sklepy z zabawkami, więc nic nie będzie nigdy stało pod sznurek. Ale warunkiem korzystania z komputera jest sprzątanie, więc ogarniają w miarę.
Jednak łóżeczka nigdy nie są posłane.
Tłumaczyłam I., że to podstawa do wyrobienia nawyku porządku, ale to uparte stworzenie ma inna koncepcję.
W sumie rybka mi to, nie mój cyrk, nie moje małpy.
Z tym, że po każdej wizycie synów z progeniturą odczuwam nieprzepartą potrzebę sprzątania wszystkiego i dopiero gdy ostatnia pierdoła leży na swoim miejscu, oddycham z ulgą.
Bo logistyka mieszkania szaleje - kwiaty trzeba tak poustawiać, żeby nikt na nie nie wpadał, wazony przestawić, żeby w razie W nic się nie wylało na "elektrykę". I inne takie tam...
Tak, wiem, popierdolona jestem, ale...
To mieszkanie jest już jednoosobowe, starej staruchy, z nawykami.
I nie, że latam co dzień ze szmatką i kurze ścieram, nie.
Ale lubię iść na pamięć, nie patrząc pod nogi i wiedząc, że nie potknę się o nic.
Nauczyłam ich już ustawiać karnie buty w przedpokoju, lamencąc, że znów została zastawiona pułapka na biedną babcię...
Nawet dziecko, wracające z nocnej lumpki w stanie wskazującym usuwa już buty z trasy pokój łazienka. Po staremu :) Bo nie chce mieć na sumieniu starej matki.
Ale daleko odbiegłam do wstępnego tematu...
Wojenne dziewczyny (na Netflixie) zajęły mi parę tygodni, bo to 5 sezonów po 13 odcinków. Recenzje były takie sobie, ale...
To nie jest prawdziwa wojna. Prawda. To raczej wojna w amerykańskim technikolorze i na modłę amerykańską. To trzy (zmieniające się, ale zawsze w trzyosobowym składzie) dziewczyny, niesubordynowane, zbuntowane, zakochane, odkochane, które dzięki swoim działaniom doprowadziły do białej gorączki Niemców w okupowanej Warszawie. Taka bajka. Ale aktorki młode, ładne, nieznane, nie interesuję się ściankami, więc nie wiem, czy się na nich produkują, czy nie.
Idealny przerywnik w czasie czekania na kolejny tekst.
I tu... zonk.
Jakże inne realia (abstrahując od tego, że to wojna). Jak dla mnie piękne meble, drobiazgi i... stroje. Niewiarygodnie piękne, te kapelusze, rękawiczki, torebki, sukienki. U mnie w domu leżały w skrytce (tak mówiliśmy na komórkę na poddaszu) niemieckie żurnale z okresu okupacji, nie mam zielonego pojęcia, skąd mama je miała, nie chciała na ten temat rozmawiać, wiem, że służyła u bauera. Zamykałam się w niej i chłonęłam te stroje... Tak, taka była wtedy moda, jak na tym filmie. Czy i Polki mogły się tak ubierać? Na pewno, znając ich elegancję (jestem wyjątkiem na tle legendarnej elegancji Polek, ubieram się jak łajza) też coś kombinowały.
Więc podobają mi się realia w tym filmie. W kilku kadrach mignęła mi skrzynka do chleba - sama taką mam :)
Po Cioci, idealna. Sterana zębem czasu, ale chleb w niej nie pleśnieje, a zanim ją odziedziczyłam, miałam parę innych. Zniszczona, ale do dziewięćdziesiątki już chyba dobija - bo kto wie, jakie były jej losy przed wojną? Może to nawet z domu moich dziadków - nie dowiem się już.
Inna rzecz. Ile kombinowania było, żeby czegokolwiek się dowiedzieć. Trzeba przekazać wiadomość do Londynu. I tu zaczynają się schody. A dziś? Jaki to problem coś do Londynu przekazać? Są emilki, Messengery, Telegramy, Facebooki, Teamsy, SMS, pierdyliard możliwości. Zakaz fotografowania nie ma najmniejszego znaczenia w dobie satelitów, dronów, zdalnego sterowania...
Nawet bezdomni mają telefony komórkowe.
Łobuzy mają zegarki, którymi ich rodzice sterują zdalnie, z funkcją włącz, wyłącz, pokaż, gdzie jest dziecko i co robi. Zegarki, przez które rodzice mogą podsłuchiwać, o czym dzieci rozmawiają.
Z jednej strony totalna inwigilacja, z drugiej strony - dbanie o ich bezpieczeństwo.
Sama pamiętam, jak przeżywałam, gdy P. wracał ze szkoły prawie 2 godziny... A szkoła jest 15 minut spacerkiem od naszej chaty. A on sobie poszedł na spacer po przyległych osiedlach - w miejsca, w których ja do dziś nigdy nie byłam...
I jak zabrała go koleżanka po firmowej imprezie do siebie, nie odbierał wiadomości, wyłączył telefon, żeby koleżanka nie mogła do mnie zadzwonić. Bał się. Mnie. Przez moją głupotę, bo zawsze mówiłam chłopakom, że jak popiją, to będą nocować na wycieraczce. A jemu pierwszy raz zdarzyło się popić... Inżynier też wtedy od zmysłów odchodził, scenariusze pisaliśmy razem...
Sama jestem namierzana przez I. Zgodziłam się na to, bo nie chcę im przysparzać kłopotów w razie W.
Mnie to rybka, czy wie, gdzie jestem, nie mam nic do ukrycia. Znając moją orientację w terenie i na mapie, lepiej, że może mnie zlokalizować. Gdybym zwariowała i zafundowała sobie kochanka, poinformowałabym go o tym, prosząc, by mnie lokalizował. Chyba chce znaleźć trupka mamusi :P
Bo czasem nawet nie potrafię wytłumaczyć, gdzie jestem.
Więc (nie zaczyna się zdania od więc) – jaki szalony skok technologii. Sama mam dwa aparaty fotograficzne (i takie jeszcze na filmy, ale nie umiem filmów wkładać, tym zajmował się Ex, chociaż ja w życiorysie mam wielką miłość z zawodu fotografa), ale... odkąd mam ajfonika - aparaty leżą w kącie. Za dużo roboty ze zgrywaniem zdjęć i kolejne zadanie - gdzie schowałam kabelki do tego? I włażenie pod biurko, żeby podłączyć (już za krótkie teraz) kabelki do USB...
I okupacyjne realia.
Wiadomości, zdjęcia.
A skany? Kto wtedy słyszał o skanerze...
Takie tam pomieszanie z poplątaniem przez jeden głupi, słusznie zjechany przez krytykę serial.
A z dziś...
Poszłam na Manhattan, bo w czwartek Pan od Pomidorków przyjechał chyba dużo później i nie miałam pomidorków.
Jak wychodziłam z domu, mżyło.
Zanim doszłam do Manhattanu lunęło.
Wróciłam do domu z mokrą dupą, ale pomidorki i zapas żarełka na tydzień mam.
Bo na poczcie było dziś 15 emilków - ogarnęłam, w tym 4 kobyły. Ano, wzięli się do pracy po godzinach. Tak, wiem, asertywność. Ale lało pół dnia, chatę sprzątnęłam już w czwartek, znudzona czekaniem na pracę. Bez dwóch, do których trzeba by odpalać drukarkę, nie lubię wydruków, poczekają.
Wczoraj nagotowałam rosołku (zapisać w kajeciku - zwłoki podrożały znów o 50 gr, włoszczyzna po 8,50 zł - gdzie ta włoszczyzna po 1,50 i takież zwłoki?). Dodatki do zupek są - więc do 18 powinnam przetrwać.
A potem freelancer do 10 sierpnia.
I tak, będę wtedy asertywna :) Do bólu.
A lato piękne jest, jak wtedy, gdy leżałam pod czereśnią (tą z żółtymi czereśniami), na kocyku, zakryta drugim kocykiem, w sweterku i było mi ciepło, aczkolwiek chłodnawo :)
Jest kurewska susza i nawet taki deszcz jak dziś, a lało momentami zacnie, nie nawodni wszystkiego.
I tym optymistycznym akcentem, my Echo, my Shadow, and Me żegnamy się z Tobą, Kochany Pamiętniczku...
Słuchając Galapagos...

Chlebak piękny, zazdroszczę trochę! Wczoraj przeżyłam szok na ryneczku, jak zobaczyłam włoszczyznę po 12,50 za pęczek...Ech, żeby moja pensja rosła w takim stopniu i tempie, jak ceny. Mam nadzieję, że z pamiętniczkiem żegnasz się czule na dziś? Oby! Miłego urlopowania życzę :-)
OdpowiedzUsuńDziękuję, oczywiście, że na dziś. I na urlopie też będę pisała, jak mnie wena najdzie :)
UsuńMiłego urlopu życzę i pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńUrlop dopiero od 19, ale dziękuję :) Odpozdrawiam :)
UsuńPrzybij piatke, SJ, u mnie tez wszystko musi byc na swoim miejscu, a nie poslane i nie zakryte lozko budzi swedzenie dloni i nieprzepatra chec chocby ulozenia poscieli. Tak mialam, kiedy niedawno z P. bylismy u Gucia w sanatorium, poprawilam posciel. Za kilka dni P. pojechal sam, a potem mi zameldowal, ze Gucio sam wyrownal posciel i tak bylo za kazdym razem,kiedy go odwiedzal. Mamy sypialnie, mozna by zamknac drzwi i nic nie robic, ale ja tak nie umiem. Nawet kiedy wstaje z sofy, zeby pojsc spac, wyrownuje poduszki i miejsce, gdzie siedzialam. Corki tez jakos przejely to po mnie i nie maja burdelu w sypialniach.
OdpowiedzUsuńJa tez po gosciach musze natychmiast po swojemu posprzatac, wszystko poustawiac na swoim miejscu, poduszki na sofie itd.
Telefony komorkowe, bardzo wypasione smartfony, maja ci tzw. "uchodzcy", co po drodze pogubili wszystkie inne dokumenty, ale telefonu nie. Papiery "gubia", bo wtedy moga podawac inna tozsamosc i wiek, moga ciagnac socjal z kilku urzedow w roznych miastach, bo mnie daktyloskopuja, zeby wydac mi ausweis, ale ich nie, bo to rani ich ludzkie prawa czy jakos tak, qrwa!
Cieszę się bardzo, że są inni, którzy mają tak jak ja. Znaczy to, że nie jestem osamotniona w swojej manii :)
UsuńTeż oglądałam Wojenne.Bardzo sobie cenię tę dbałość o koloryt epokinawet w drobiazgach.I takie spostrzezenie- przez przypadek obejrzałam odcinek Klossa, tak dla konfrontacji wspomnień z dzieciństwa.A tam panowie- o.k.- mundury, garnitury.Za to panie - fryzury i fasony ciuchów - lata sześćdziesiąte! Jeszcze nie mini, ale do kolan😀I te lakierowane koki, sztuczne rzęsy😀Też miałam stary ulubiony żurnal. A te wyszukane fasony jeszcze powojennych sukienek- to dzieła sztuki krawieckiej! Często kombinowane z dwóch starych sukienek, różnych deseni- wychodziły niepowtarzalne cudeńka.Pamiętam Też- u mamy i babć- że rękawiczki były obowiązkowe, latem też- wtedy takie szydelkowe.Kiedy się skonczylo- w siedemdziesiątych? Chyba.( ale dłonie oslonięte- nie miały żadnych plam!).Amerykańskich produkcji- nie trawię, tak obca mentalność - irytująca:(
OdpowiedzUsuńNie zwróciłam uwagi na to, oglądając Stawkę :) A faktycznie, masz rację :) Moja mama też nosiła rękawiczki i kapelusze. Ja już nie. A kombinowane sukienki i nicowanie rzeczy pamiętam do dziś :)
UsuńNo ale żem się zlękła, że Ty się Jędzo żegnasz ....Pisz lepiej: cdn, i obejdzie się bez skurczu mojego serca.
OdpowiedzUsuńNicowanie, kombinowanie z tkanin, to moja pasja. Przypomniałyście mi, drogie Siostry, że moja lniana sukienka czeka na przedłużenie, cobym nie musiała - jak mawiała moja matka- "historii pokazywać".
O cenach mi nie mówcie, w sąsiednich Sianożętach , zapyziałej wsi, jedna drożdżówka z jagodami kosztuje 23 zł.
Obserwuję wzrost cen kociego żarcia, i wychodzi mi , że taniej jest kupić kilo świeżej szynki bez kości w Dino, zmielić i poporcjować do zamrażalnika. Przynajmniej wiem, co moje koty dostaną. Oprócz mięsa czasem żółtko, trochę zwykłego jogurtu, jakieś warzywo z zupy.
I koty wyglądają jak dwa tygrysy:).
Nad morzem pogoda zmienna, co kilka godzin: upał, burza, deszcz, pogodnie, wichura, spokój.
Dziś załatwiałam sprawę w Urzędzie Gminy, nagle zaczął padać rzęsisty deszcz, znienacka walnął gdzieś blisko piorun i rozpętała się burza.
Akurat przechodził jakiś "techniczny", i ja z głupia frant odezwałam się do niego, że martwię się o moje koty, bo one boją się grzmotów i pewnie teraz zes*ały się ze strachu. Tak się wyraziłam, naprawdę. I ten pan powiedział: zaraz wracam, czekaj, odwiozę cię do domu.
Oczy mi wyszły z orbit, potulnie wsiadłam do jego "limuzyny" i pozwoliłam się podwieźć pod samą bramę. Zapytałam "Ile się należy", pan zrobił minę pt "Zwariowałaś? Ja to dla kotów". No to "dziękuję i do widzenia".
No patrz Jędzo, dzięki sierściuchom deszczówka nie nalała mi się do gaci, tylko trochę zmokły mi buty.
Pan ma 25-go lipca urodziny. Chyba wyślę mu sms-a :):):) od kotów oczywiście:).
Ale się nagadałam :) Ściskam Jędzo, całuję wszystkich. Monte i Carlo pozdrawiają Ciocie!
No ja widzę, że wszędzie się dzieje, a i to też, że na świecie są jednak dobrzy ludzie :) Odważnaś, wsiadając od auta nieznajomego, ale dobrze, że zakończyło się tak, jak się zakończyło. Tak, pogoda w tym roku jest wyjątkowo kapryśna, wciąż marcowo-kwietniowa i nieprzewidywalna :) Głaski dla Monte Carlo, może jednak powinnaś spróbować szczęścia w kasynie?
UsuńJędzo Kochana, podobno szczęście w grach ma się tylko raz, no nie wiem jak to jest, ja swoje już "odebrałam". Kilka lat temu odstawiłam autko do warsztatu, do wymiany opon na zimowe. Musiałam czekać, więc weszłam do kiosku ruchu po gazetę.
UsuńPani nie miała wydać 2 zł, więc zaproponowała mi los- zdrapkę. Przyjęłam. Okazało się, że wygrałam dokładnie tyle, ile żądał pan Grześ :)
Oh pamiętam swoją euforię, ale drugi raz nie nastąpił...