piątek, 25 lipca 2025

No i tydzień

 wolności w zasadzie za mną, Kochany Pamiętniczku, bo od zeszłego piątku do dziś.

Dlaczemu pracowe dni się tak wloką, a wolne tak szybko znikają?

Nie zrobiłam wszystkiego, co zaplanowałam, bo do pudła nawet się nie zbliżyłam, ale oj tam, oj tam :) 

Za to co się naczytałam o czarnych, czerwonych teczkach na czarną godzinę, znaczy się, jak mnie szlag, to moje.

No niby taką mam, ale co mi z tych wskazówek, że mam w taką teczuszkę wsadzić swoje umowy o pracę?

W zasadzie mogłabym wszystkie spokojnie na śmietnik wyjebać (no wiem, wiem, RODO), ale na co mi one? Emeryturę mam ustaloną, te parę złotych więcej, co mogłabym wydusić za pracę szkodliwą dla zdrowia (przy starych monitorach) to niewarta skórka za wyprawkę... Jak umrę, żadna umowa o pracę dzieciom nie będzie potrzebna - wiedzą, gdzie pracuję :) Mój akt urodzenia i ślubu na co im?  Akurat ślubu mam, bo potrzebowałam do renty wdowiej, a pewno i w tym papierowym bałaganie gdzieś tam inny jest. Znaczy się inny odpis :) Może nawet ten pierwszy, już nie ogarniam.
Aktu urodzenia do niczego już nie będą potrzebowały, te dane są już w zasobach państwowych - nawet mnie nikt nie prosi o ten akt. Cóż, żyję jeszcze, a akt zgonu do niczego mi się nie przyda.

Chciałabym jeszcze ściągnąć na memłon na spokojnie I., żeby mu wszystko pokazać, gdzie są najważniejsze rzeczy. Bo to on będzie ogarniał cały bajzel. I na serio zastanawiam się nad jakimś zapisem notarialnym, że to on zarządza wszystkim. 

Bo tak. Bo ma duży strych jak coś.

Bo wiem, że brata nie skrzywdzi.

A wkurwia mnie na maksa, jak żona P. wchodząc do mnie, nie idzie do pokoju, gdzie przyjmuję gości, tylko sunąc (tak, ona nie  idzie, ona sunie, majestatycznie, zwłaszcza w sklepach, gdy TYLKO ogląda, bo kasy nie ma, kiedyś mnie przewlokła w UK po wszystkich sklepach w ichniej galerii, ja nie kupowałam, bo choć kasę miałam, to nic stamtąd nie potrzebowałam, a ona szła i szła, brała każdy badziew w rękę i odkładała na półkę, ojapierdolę, nigdy więcej) lezie do małego pokoju i dokładnie lustruje wszystko... Widzi każdą nową rzecz, wie, gdzie co stoi, potem siada na kanapie i dalej lustruje. Kurwa. Ja, mieszkając w zasadzie cały miesiąc u mojej teściowej, bo pilnowałam jej chałupy, byłam tylko w kuchni i w salonie, połączonym z kuchnią, w sypialni, gdzie było tak wielkie małżeńskie łoże, żeśmy się w nim mieścili w czwórkę. Do skrzydła, gdzie była osobna sypialnia, pokój i kuchnia oraz łazienka wchodziłam tylko dlatego, że była tam też pralnia, a przez miesiąc bez pralki z dwójką dzieci to raczej się nie da. Do pozostałych pomieszczeń nie zaglądałam.

Więc nie, nie chcę, żeby mi się snuła po kątach :) Pewno, że będzie mi już obojętne, co kto weźmie, ale w tej chwili nie jest mi to tak nieważne.

Wiem, nie po chrześcijańsku to jest, ale... Jestem apostatką :) 

Rozdawałabym wszystko już teraz, ale jestem boomerem i wciąż mam z tyłu głowy: czarna godzina.

Dopóki żyję, może nadejść.

Tak też miała Ciocia, zawsze mówiła, że zbiera, bo nie wie, czy nie będzie musiała płacić za pomoc.

Ale... Jak jeszcze byłam na studiach, poprosiła, żebym przyjechała. Pojechałyśmy do O., gdzie założyła książeczkę oszczędnościową na moje nazwisko, ale z pełnomocnictwem dla niej. Zdziwiona byłam, ale cóż - nie mój cyrk, nie moje pchły :) Książeczko oczywiście nie widziałam na  oczy, nawet o nią nie pytałam. Po śmierci Cioci książeczkę znalazłam w jej szafie - nikt tego nie mógł oczywiście ugryźć. Bo tak naprawdę nie wiem, co tam zniknęło przedtem - nie ja miałam klucze i nie ja się opiekowałam na co dzień Ciocią w szpitalu - nie było opcji. Zajmowały się tym kuzynki z K. Nie wątpię w ich uczciwość, zresztą wynagrodziłam je sowicie. Ale książeczka i oszczędności były moje. Do dziś pamiętam wyprawę do O., z I. jako bodyguardem do PKO :) Nie było wtedy opcji przelania z książeczki na moje konto w innym banku, więc jechaliśmy z duszą na ramieniu. Nie była to zawrotna kwota, ale i nie byle jaka. I nikt się do niczego nie mógł przyczepić, bo... no to była moja książeczka :) 

Chciałam kiedyś tak zapisać I. jako współwłaściciela na moje konto, ale okazało się, że to nie takie proste. Primo po pierwsze - mieszkał w UK i musiałby podać swoje zarobki. Nie palił się do tego - i ja to rozumiem. I na dokładkę miałam debet na koncie - więc wszystko umarło śmiercią naturalną. A i teraz pewno nie będzie proste, bo ja debetu nie mam, ale on i owszem. No i czas, bo to pewno razem musielibyśmy się stawić w banku. Olaboga :) 

Tyle do ogarniania...

A przypominam sobie, jak zachorował nagle ojciec Cynobera i okazało się, że nawet on nie ogarnia ojcowych płatności, finansów, zobowiązań, nie mówiąc już o żonie, która w tym temacie była zupełną debilką.

A i I. wspominał, że musi żonę podszkolić, bo się nie zna, nie wie, nie ogarnia.

Są jeszcze na tym świecie luksusowe kobiety. Ja od zawsze dzierżyłam ster finansów we własnych rękach. Oni mają z żonami osobne konta, chociaż żony płacą ich kartami w sklepach - wiem, widziałam.

Ja zawsze miałam wspólne konto z Eksem - nie było wtedy kart płatniczych, były czeki. Eks w życiu czeku nie wypisał, rachunku nie zapłacił, jak przychodziło do niego jakieś pismo, leciał do mnie, mówiąc: przeczytaj... Guza mózgu miał, sam sobie go zdiagnozował, bo nie widział liter. Dopóki nie zawlokłam go do apteki i nie kupiłam mu okularów dla dalekowidzów. Ale i tak nic nie czytał, jakby miał list od kochanki, też dałby mi do przeczytania :)  

Wyszedł (oczywiście nie sam, bo to go przerastało) ze wspólnego konta zaraz po tym, jak się obraził, że nie chcę walczyć o spadek i od tego czasu nie widziałam od niego ani złotówki.

No cóż, moje konto, moje zmartwienie, tak samo jak MOJE dzieci.

Przeżyłam, choć łatwo nie było.  

Więc - nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, jak można nie wiedzieć, gdzie i za co, i kiedy trzeba płacić.

I dlatego chcę ułatwić życie I., bo... stara jestem.

Niech wie, jak wejść do banku (powinien, ale ma sklerozę, hasło zna, ale pewno nie pamięta).
A i w banku mam pomieszanie z poplątaniem, kilka lat płaciłam czynsz na konto Eksa, zanim pani ze spółdzielni mi tego nie uświadomiła, że mój nr konta jest inny, płacę już na nowy (pani to przeksięgowywała, o czym nie wiedziałam, za co jej dziękuję), ale... stary został, bo ja głupia jestem i bankowego konta boję się jak diabeł święconej wody, albo i bardziej. Sam żona I. ma u mnie dwa konta, zawsze się stresuję, czy wpłacam na dobre. A najlepsze jest to, że i ona, i MW mają tak samo na imię i nazwisko... MW ma też konto w tym samym banku... Na całe moje szczęście wpadłam na GENIALNY pomysł i MW ma inicjał, bo na drugie ma tak jak ja...

A Eks upierał się, żeby P. dać na imię Jan. Jan to był jego najmłodszy brat. Mieszkaliśmy w tej samej kamienicy. Uparłam się, i P. ma imię po mojej (nieodżałowanej) pierwszej miłości, a na drugie ma Jan :) W sumie wyszło pięknie, jak książka o tym samym tytule...

A że Eks miał na imię tak jak jego ojciec, niezłe były jazdy. Bo jego ojciec chciał odebrać w spółdzielni mieszkaniowej mieszkanie dla Eksa, powołując się na kombatanctwo... I malucha z książeczki Eksa, co mu się nie udało, bo w Polmozbycie pracował kolega Eksa... Eks odkładał na malucha z pensji, ale rościła sobie do tego prawo teściowa... 

Tak popierdolonej rodziny z lampą naftową szukać, bo świeczka by nie starczyła...
I nie chcę, by w mojej (bo tamta moją nie jest i w zasadzie nigdy nie była, po tym jak skrzywdzili chłopaków) też były jakieś niesnaski.

Więc może zostawić wszystko losowi?

Nie wiem, prześpię się jeszcze ze ślimakami.

Bo odejdę z tego świata goła, tak jak na niego przyszłam, ale pewne rzeczy teraz, tu, w tym momencie bolą.

Jak ten zegarek, który ojciec przepił za bezcen.

Jak ta perełka, którą zwinęłam z domu, a na wieść o tym Ciocia odetchnęła z wielką ulgą. Perełka była ze mną całe studia, zdejmowałam,  kładłam na stoliku w pokoju, w ktorym przewalały się tabuny ludzi. Po prostu perełka. 

Po mamie.

Aż... Założyłam perełkę będąc z Eksem. Żona TEGO szwagra ją wypatrzyła... O... Skąd to masz. To droga rzecz... Popatrz na zapięcie... 

Od tego czasu nie odważyłam się w niej na co dzień latać :) 

Bo to, co ja brałam za srebro, okazało się... platyną :)

I tak, oglądając filmy z tymi pierścionkami zaręczynowymi po babci (po mamie nie został mi żaden pierścionek, ten, zwany u nas "złotym" z niebieskim oczkiem zniknął, jak i inne rzeczy, ale nieważne. Myślę, jak to żaden z moich chłopaków nie poprosił o pierścionek. Zarżnęli się, a kupili zaręczynowy sami.  Bo moje byłyby za skromne. Sama nie dostałam zaręczynowego, a obrączki dostaliśmy od mojego ojca - ich ślubne. Eks swoją zgubił. Podejrzewam, że ten "nasz złoty" złoty nie był, tak jak nie jest złoty, który Eks kupił od gościa, który go "znalazł" idąc przed nami - piękny okaz tombaku :)
I choć to kretyństwo - nie chciałabym, żeby rzeczy z historią - dla mnie ważną - zniknęły nie wiadomo gdzie i jak, i u kogo...

No chyba, że znów złoto będzie znaczyło - życie.

Jakie to wszystko jest popierdolone na maksa.

Moje chciejstwa, moje dylematy.

Bo dla mnie portret mojej Mamy to relikwia. Wisiał w moim  rodzinnym domu na honorowym miejscu. Brat oddał mi go tylko dlatego, że sam nie za bardzo miał go gdzie powiesić, a kłóciliśmy się o niego. Zapytałam I., co z nim będzie. Bo wiem, że dla jego żony to nic, nawet to rozumiem. Bardziej interesowały się nim moje wnuki, którym trzeba było tłumaczyć jego proweniencję.

I. odpowiedział, że nie zastanawiał się nigdy nad tym.

P. nie miałam okazji zapytać.

Pewno rozwinąłby całą historię, w którą i tak nie uwierzyłabym.

I dlaczego takie "Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, creeps in this petty pace from day to day" ma dla mnie DZIŚ znaczenie, gdy prawdą jest, że  vanitas vanitatum et omnia vanitas?

Tak mi się dziś na filozofowanie zebrało, ale widać coś w powietrzu wisi.

I oby to nie było zło :) 

 

A z bieżącego frontu... 

Chata ogarnięta. Kasa wydana (a co mam sobie żałować), na mnie, a jakże.

Dostałam w Aldi narzutę na kanapę 230 x 250, miodzio, wciąż jeszcze te 10-20 cm za mało na długość, ale już lepiej.

Ta 220 x 240 sprofanowana przez Papryczka lodami wypiernięta i nawet się sznurki nie zerwały (zakładane jakieś 40 lat temu) przez Eksa w loggii (znaczy się deski z kołkami, sznurki zakładał ostatnio Inżynier). Wyschła. Pralka nie padła, a ciężka jest ta narzuta...

 

 No dobra, poszła kasa.

Ale w końcu na coś pracuję, co nie?

A dziś poleciałam znów do 


Aldi, bo...

No takie ustrojstwo widziałam wczoraj, ale bym nie dowlokła...

Jest idealne.

Moje nogi mówią beaucoup merci.
Wprawdzie w pracy miałam podnóżek i mogłam zabrać, ale to był badziew.

Tu na tych stópkach mogę chodzić, a na tych drążkach masować.

Tego trzeba było moim biednym nóżkom, godzinami uwięzionym przy kompie :) 

A co rano kopię się w tę tłustą kubańską dupę, żeby ćwiczyć na karimacie.

Nic nie spada, ale...

Moje bolące stawy i mięśnie, a mam ich całą masę mówią głośno beaucoup merci :) 

Niechcemisię, niechcemisię, ale...

Nie chudnę, nie o to lotto.

Chcę móc zleźć po schodach - niby tylko siedem stopni, ale...

Smerfowi Marudzie po latach starań urodziła się córka.

Nie lubię go z duszy i serca, tak samo jak nie lubię jego żony - to wyjątkowo niesympatyczna ekipa, co potwierdzają mieszkający z nimi ludzie, jak i inni. Ale I. ma na ten temat inne zdanie - i OK, szanuję.

Mają z dzieckiem niesamowite kłopoty, nie wiadomo co jest.

I ja, nielubiąca ich do szpiku kości, Małej życzę, żeby nie było jej nic groźnego. 

Córeczka urodziła  się też MM. To dobry przyjaciel I. - może przyjaciel to za dużo powiedziane - ale to skomplikowane  - i temat na inną notatkę.

Może będzie, może nie.

Pierwsze dziecko w wieku 41 lat - hardcore :) 

Tak przynajmniej mówi I.

Sama nie wiem, co powiedzieć - pierwsze miałam w wieku 26 lat :) 

Mając 41 lat byłam jeszcze pełną wigoru laską, ale... Pracowałam już i nie wiem, jak ogarnęłabym noworodka...

 

Niby nic się nie dzieje, ale jednak...

Kręci się.

I. odzyskał środek lokomocji, naprawa klimy kosztowała prawie tyle, ile mój nowy kompik. 

Życie pędzi coraz prędzej i czasami nie wiem, czy się śmiać, czy płakać...

Najłatwiej byłoby móc co wieczór wypić butelkę dobrego wina, ale to droga na skróty i moja wątroba mówi jej stanowczo NIE...

No cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo...

A ponieważ dzisiaj kupiłam 5 mieczyków


 

 i jedno piwo z mojej kultowej serii, więc jutrzejszej wycieczce na Manhattan po słoneczniki za 3 zł polskie za sztukę mówimy stanowcze NIE, albowiem...

Nie mamy gdzie tych słoneczników postawić...

A na kupno większego mieszkania, żeby zmieściły się wszystkie badylki nas nie stać.

Dalie - i te kupione w M. przy cmentarzu, i te, które dostałam od I. a cudne były, zeżarły mszyce. Mszyce w tym roku żrą wszystko namiętnie.  Na miejsce dalii posadziłam chryzantemy...

Może przetrwają. 

 

Jest długie lato w Portofino i dużo gości z różnych stron... 



 

 

 

 

3 komentarze:

  1. no my w rodzinie zawsze mówiliśmy " dokumenty na kupce ?" my jako dzieci do Mamy, teraz ja mówię tak do brata ( jest starszy, wiem wszystko może się zdarzyć ale on jest sam ) sama mówię do Kuby że dokumenty są na kupce ;-)
    U Ciebie dużo historii, piękne rzeczy i mimo, że sama mam bardziej ikeowskie wnętrze to podobają mi się takie mieszkania jak Twoje.
    U nas pole słoneczników mogłabym naciąć pół wiadra ale nie mogę bo Antek jest zawsze bardzo zainteresowany co madka wstawiła do wazonu hahaha no i obsypują tym żółtym pyłkiem.
    Też ćwiczę co rano, bo czasem mam słupy wystające z dupy :D no i zamówiłam sobie " zioła na detox wątroby" bo mam otłuszczoną, jestem świeżo po badaniach a po 6 tygodniach znowu będę miała więc będę mogła obiektywnie stwierdzić, że 150 zł dobrze zainwestowałam lub zapłaciłam frycowe hahaha
    co do kont to mamy osobne ale z pełnomocnictwem, rachunki ogarnia Paskud ale sama też potrafię, cały czas się bronię przed używaniem karty bo już chyba będzie naście lat jak popłynęłam z wydawaniem kasy bo przecież nie widać jak ucieka z portfela. Płacę wszędzie gotówką więc o mnie nie wiedzą zbyt dużo hehehe.
    Pomidorki mam już swoje, tak się chwalę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomidorków zazdroszczę, resztę podziwiam :) No ja nie mam sierści, to badyli mogę znosić do domu skolka ugodna :) A konta już nie mam z kim dzielić, ale moje się cieszy, że jest tylko moje :) Serdeczności, Zmoreczko :*

      Usuń
  2. No Ty masz duszę archiwisty! Muszę też zrobić porządek w papierach, żeby były " na kupce"! Ja jednak łatwiej pozbywam się wszystkiego, likwidowałam dwa mieszkania- Mamy, i Babci, a jeszcze domek na wsi...To jest hardcorowe wyzwanie:( I wszystkiego jest za dużo, każdy już ma swoje serwisy, obrusy, pościele.Mamy mieszkanie kupił. pan,, który zgodził się zatrzymać kilka mebli i książki!( te ukochane zabrałyśmy, ale było ponad 1000!Przecież nie wyrzuciłabym, a swoich mamy już prawie tyle.Jednak jestem bardziej chomikiem, niż Nomadem.

    OdpowiedzUsuń